Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojna. Pokaż wszystkie posty

8.03.2018

Podsumowanie Eventu Walentynkowego oraz Wojny+Niespodzianka!

Cześć, czołem, kluski z rosołem :D Jesteśmy tu po to, by omówić dwa ostatnie ważne wydarzenia dla Eternal Freedom - ekhem, aż trzy! Pragnę oczywiście przypomnieć jeszcze o naszej rocznicy, bo to naprawdę wiele znaczy. A poza tym przetrwaliśmy szczęśliwie Wojnę oraz szał amora, czyli Walentynkowy Event. Uwaga. W związku z tym nie można już kontynuować tych rozpoczętych wątków ani tworzyć nowych.
Zacznijmy od ,,przyjemniejszej" sprawy - Wojny.
Przeciwnik: Fikcyjne Stado Hańby.
Zwycięzca: Klan Mroźnej Duszy.
Czas trwania od momentu ogłoszenia do ostatniej potyczki: 10.01-8.03.2018, co daje nam łącznie...*Kalkulator* 57 realnych dni!
Nowe tereny: Zajęty cały Ajmak Kobdoski; Tsenkher i Skalny lej.
Jak wiadomo, każdy miał obowiązek napisania min. 2 opowiadań na ten temat. Jak się sprawiliśmy? To prezentuje poniższe zestawienie:
  • Yatgaar - Nabazgrałam łącznie VII części jednego, wielkiego opowiadania, po ok. 700 słów. *Taaak, teraz się będzie przechwalać* Myślę, że wyrobiłam normę... R. I, II, III, IV, V, VI, VII
  • Khonkh - Nasza DODA dla przykładu napisała VI części, a w związku z tym jak najbardziej ma odpuszczone. R. I, II, III, IV, V, VI
  • Marabell - Zwolniona z powodu nieobecności.
  • Kirk - Również VI części, pochwalam. R. I, II, III, IV, V, VI
  • Bush Brave - Ten (nie)kochany morderca opisał swoje przeżycia w IV częściach, podłączając do nich trening. R. I, II, III, IV
  • Valentia - Wyrobiła się w pełni pod koniec z II opowiadaniami. R. I, II
  • Tenebris - Klacz napisała II części wojenne. R. I, II
  • Kasja - Niestety, nie napisała żadnego opowiadania tego typu. Karą będzie podatek od 10 SŁ.
  • Mikado - Jego aktywność w ostatnich czasach drastyczne spadła, ale napisał aż trzy opowiadania. R. I, II, III
  • Eragon - Ten młody jeszcze koń wyrobił obiecane II opka. R. I, II
  • U'schia - Postać opisała to treściwie, w II częściach. R. I, II
  • Atom bomb - Ze względu na to, iż dołączył niedawno, zostaje usprawiedliwiony.
  • Vayola - Najmłodsza członkini naszego klanu wykazała się w II opowiadaniach. R. I, II
  • Krisopia - Zwolniona z powodu nieobecności. 
Muszę przyznać, że w pewnym momencie już myślałam, że wydarzenie to będzie totalnym niewypałem...ale wy wcale mnie nie zawiedliście. Opowiadania, które czytałam, były bardzo ciekawe, długie i kreatywne, choć zawierały bardzo różne wersje przebiegu wojny. Myślę, że była to dla nas wspaniała przygoda oraz okazja do urozmaicenia fabuły. Dziękuję! 

Przejdźmy więc do Eventu Walentynkowego!
Będę o nim opowiadać poszczególnymi kategoriami, aby to uporządkować i uprościć. Wobec pojawienia się Giełdy Pięciu Kopyt, zmieniły się trochę nagrody :)

Zbłąkane strzały Amora
Odbyły się 4 ankiety, po ok. 5-6 postaci. Powód: a) brak pomysłów b) trudności przy określeniu odpisującego. Wybrane przez was pary to: Bush Brave&Marabell, Tenebris&Yatgaar, Eragon&Kasja, Khonkh&U'schia. Z radością oznajmiam, że wszyscy oprócz Mary napisali w tej kategorii opowiadania na temat (swoją drogą ciekawe, gdyby tak było na co dzień...), więc każdy aktywny uczestnik otrzymuje 10 SŁ!

Na świętego Walentego...
Tu wykazała się tylko Tenebris. Jej opowiadanie, podzielone na dwie części, równocześnie opisujące przebieg wojny, posiada łącznie aż 915 słów, ale nie zanudza; wręcz przeciwnie! Podobał mi się zwłaszcza przepiękny wierszyk, doprawdy poezja, oraz końcówka (XD). W związku z tym na pocieszenie droga klacz otrzymuje 40 SŁ.

Walentynka
Jedyną, jaką otrzymałam, była dość treściwa i bardzo...hmmm...pasująca do jej autora, Bush Brave'a, walentynka. Oto i ona:
Nie no, dziękuję, naprawdę nie trzeba było :3
Przyznam, że nie sądzę, żeby pracował nad nią całymi dniami i nocami, ale pomysł ciekawy i oryginalny, na dodatek wykonanie w realu to już zupełnie inna rzecz od siedzenia przed paintem. Postać otrzymuje w takim razie do swoich zapasów 20 SŁ.

Znajdź Kupidyna!
Przyznam, że była to chyba najtrudniejsza część zabawy, pełna haczyków i pułapek. Niestety, nikomu nie udało się odnaleźć szalonego Amorka ze wszystkimi serduszkami *W końcu dostał wyrzutów sumienia i nerwicy od samotności*. Jednak kilku osobom udało się odnaleźć porozrzucane przez niego ,,wskazówki" *I przyleciał do mnie*, za co jak najbardziej należy się nagroda, bo, jak już wspominałam *Więc treściwie wytłumaczyłam mu*, to i tak spory wyczyn. *Że ma już lecieć do nieba i pod chmury, do góry* Poniżej ilość SŁ według znalezionych serc, które zostaną niedługo usunięte z zakładek:
*No i mamy spokój*
Kasja - 25 SŁ
Marabell - 30 SŁ
Mikado - 10 SŁ
*Teraz zastanawiam się, czy nie powinnam raczej powiedzieć: Spadaj do piekła...?*
Ale, gdzie mógł się w takim razie zaszyć Kupidyn? W króliczej dziurze...? I tu właśnie kryje się dzisiejsza niespodzianka: Discord! Na tym komunikatorze powstał nasz serwer Eternal Freedom. Myślę, że to ułatwi nam komunikację i zdobywanie nowych członków. Nie musicie się obawiać - rejestracja jest prosta, sam Discord został przetestowany przeze mnie i kilka innych osób, uzyskując bardzo dobre wyniki. Serdecznie zapraszam do rejestracji, a przy okazji podaję już nasze dane kontaktowe, które należy wpisywać w wyszukiwarce:
Główny serwer - Eternal Freedom
Kontakt głównego admina - @Per Łowca Much - EF#8659

Oraz ostatnia ważna wiadomość dnia:
Wszystkim Kobitkom
Małym i dużym
Mniej i bardziej skromnym
Bo choć nie jestem wróżbitką
Jedno wiem ja na pewno
Wszystkie piękne jesteśmy
I silne do końca
Nadal takie bądźmy!

Jestem naprawdę szczęśliwa. Jeżeli cokolwiek pominęłam - proszę się o to upomnieć w komentarzu pod postem. Z niecierpliwością wyczekuję okazji do skontaktowania się z wami na Discordzie. Do zobaczenia ponownie!
~Yatgaar
PS. Edytowane 9 marca 2018 roku. 

7.03.2018

Od Khonkha "Zwycięstwo. Władca, nauczyciel życia stadnego" Cz. VI

Nie musiałem nawet wygłaszać żadnego przemówienia, by zachęcić swoich wiernych poddanych do walki. Wszyscy i tak byli już odpowiednio nastawieni i wprost nie mogli doczekać się rozlewu świeżej krwi. Zhańbionej krwi. Porażka naszych wrogów była już tylko kwestią czasu. Zaatakowaliśmy z samego rana. Zasadzka, którą zastawiło Stado Hańby, nie pomogła im za bardzo. Czułem, że mój Sędzia także pragnął już zanurzyć się w czyimś ciele i wypełnić swoje zadanie, wymierzając sprawiedliwość. Przez długi czas nie miałem okazji go używać i z tego powodu mógł poczuć się zaniedbanym. Dziś jednak mu to wynagrodzę-pomyślałem. Nie musiałem długo czekać. Już po chwili pod mój miecz trafił jakiś niedoświadczony młodzik.  Na moje nie miał więcej niż trzy lata. Mógł przeżyć jeszcze wiele szczęśliwych lat, gdyby nie wybrał życia w tym gnieździe pełnym haniebnych żmij o końskich pyskach-pomyślałem, słysząc przy tym i czując, jak gładko miecz wchodzi w jego ciało. Koń padł martwy u mych stóp, a ja od razu wyciągnąłem z niego swój miecz. Jednocześnie zachowałem pełną czujność i dzięki temu wyczułem, że ktoś ponownie chce mnie zaatakować. Odwróciłem się szybko i wymierzyłem cios karemu koniowi. Mimo że był bardzo zaskoczony, zdołał jakoś zablokować mój szybki atak. Cofnąłem się, unikając ostrza jego włóczni. Żałowałem, że nie mam ze sobą jakiejś tarczy. Zdecydowałem, że po tej walce będę musiał sobie jakąś załatwić. Mój przeciwnik ponownie zaatakował, a ja byłem zmuszony znowu zrobić unik. Myślałem nad tym, jak najlepiej będzie go pokonać, gdy coś podłużnego przeszyło powietrze tuż obok mojej głowy. Koń zastygł z niemym wyrazem zaskoczenia i niedowierzania na swoim pysku, po czym upadł bez życia na ziemię. Obejrzałem się i ujrzałem stojącą za mną Yatgaar. Klacz spojrzała na mnie. Moje spojrzenie mówiło: dzięki za pomoc. Wiedziałem, że ona wyłapie i zrozumie tę niemą wiadomość. Z kim jak z kim, ale z Yatgaar idealnie rozumieliśmy się bez słów. Następnie oboje odwróciliśmy się i powróciliśmy do walki. Potem mój miecz miał okazję pozbawić życia jeszcze dwa konie. Pierwszy z nich sam mnie zaatakował. Walka trwała dość długo i nie zanosiło się na szybkie zwycięstwo. Mój przeciwnik musiał być nieco bardziej doświadczony niż jego poprzednicy. Walczył jednak za pomocą krótkiego sztyletu, co skutecznie utrudniało mu zabicie mnie. W końcu jednak udało mi się zatopić miecz aż do połowy w jego piersi. Martwe ciało upadło na ziemię z głuchym łoskotem, którego jednak w gwarze walki nikt nie słyszał. Może i ja tak naprawdę tego nie usłyszałem, a tylko mi się wydaje? Może zadziałała siła mojej wyobraźni, która była pewna, że tak to powinno wyglądać? Następnie rozejrzałem się uważnie dookoła. Zauważyłem Mikado spierającego się z jakimś koniem. Z tyłu podchodził do niego drugi przeciwnik, którego szpieg nie był w stanie zauważyć. Chciałem rzucić się w tamtą stronę i pomóc koniowi, ale kątem oka spostrzegłem, że coś leci w moją stronę.
-Mikado, za tobą!-krzyknąłem, jednocześnie robiąc unik przed lecącym wprost na moją osobę sztyletem. Szybko odwróciłem się, by spojrzeć, co z Mikado. Jego poprzedni przeciwnik leżał już martwy na ziemi. Ogier walczył teraz z koniem, który planował go wcześniej zaatakować z zaskoczenia. Szpieg miał widoczną kontrolę nad tą walką. Rozejrzałem się więc ponownie po polu naszej bitwy. Ujrzałem, jak grupa koni ucieka. Rozpoznałem wśród nich jednego z nowych dowódców Stada Hańby. Postanowiłem jednak zająć się tym później. Odwróciłem się w chwili, kiedy jakiś koń wymierzał mi cios. Z łatwością go zablokowałem.
-Wy wszyscy musicie zginąć! Żałosne kreatury! Poczujecie smak sprawiedliwości! Pożałujecie, że kiedykolwiek weszliście nam w drogę!-wołał ze złością.
-Otwórz oczy! To wy będziecie żałować wojny z nami! A raczej żałowalibyście, jeśli udałoby wam się przeżyć, ale na to nie liczcie, wstrętne szumowiny!-odkrzyknąłem, ponownie blokując atak ogiera i zadając własny cios. Na przedniej nodze mojego rywala pojawiła się wielka rana. Koń syknął z bólu i skulił się na ułamek sekundy, ale zaraz potem ponownie stanął do walki. Musiałem przyznać, że spodobał mi się jego hart ducha. Ponadto widać było, że zna się na walce. Miał dobrą technikę i był silny. Zwinności też mu nie brakowało. Nie łatwo było mi go pokonać. W końcu jednak ktoś musiał okazać się lepszym i wygrać starcie. Im dłużej trwała walka, tym większe było prawdopodobieństwo, że któryś z nas popełni jakiś błąd. Tak też się stało, na szczęście nie w moim przypadku. Dzięki pomyłce mojego przeciwnika udało mi się wytrącić mu jego broń. Miecz poleciał kilka mterów dalej. Szkoda, że nie jest członkiem naszego klanu-myślałem, zadając mu śmiertelny cios w pierś. Kiedy ponownie rozejrzałem się po polu walki, okazało się, że nasza bitwa miała już się ku końcowi. Po kilku chwilach padły ostatnie konie ze Stada Hańby, które nie zdecydowały się uciec i nie zostały też zabite wcześniej przez moich wiernych poddanych. Kilku członków klanu miało wyraźną ochotę na pościg za dezerterami. Bez problemu zgodziłem się na to. Skoro tego chcieli, droga była wolna. Reszta członków, po wstępnym opatrzeniu ran, ruszyła w stronę naszej bazy. Po drodze rozglądałem się i obserwowałem inne konie. Nie mogłem wprost uwierzyć, że było już po wszystkim. Na szczęście na pierwszy rzut oka nikt nie odniósł poważnych obrażeń, choć z wielu ran sączyła się krew.
-Udało się. Zostały jeszcze tylko te tchórzliwe niedobitki, ale nasi się nimi zajmą-powiedziała Yatgaar, która szła obok mnie.
-Nie mogę wprost w to uwierzyć. To moja pierwsza wojna-odparłem.
-Serio? Ja uczestniczę w jakiejś średnio raz w tygodniu-powiedziała klacz. Spojrzałem na nią. Nie miałem pojęcia skąd ona miała siłę się jeszcze uśmiechać.
-Jakoś nie zauważyłem. Choć po tobie można się wszystkiego spodziewać-odparłem i także spróbowałem się uśmiechnąć. Po powrocie do bazy okazało się, że Stado Hańby dotarło i tutaj, ale Kasja i Eragon poradzili sobie z intruzami. Teraz swoją "walkę" miał Nick, który musiał opatrzyć wszystkich rannych.
~Wieczorem~
Rozmowy o wojnie trwały nadal. Wszyscy mieli sobie mnóstwo do opowiedzenia. W końcu po tak długim czasie życie w niepewności i ze świadomością stale grożącego niebezpieczeństwa, nastał czas świętowania zwycięstwa.
-Strasznie się cieszę, że nam się udało-powiedziała stojąca nieopodal mnie Marabell.
-A dopuszczałaś jakąkolwiek inną możliwość? Klan Mroźnej Duszy zawsze zwycięża-odparłem poważnym tonem.
-To prawda. Nikt nas nigdy nie pokona. Nigdy-dodała Yatgaar, która pojawiła się za nami.
-To nieładnie podsłuchiwać i wtrącać się do czyjejś rozmowy- powiedziałem, odwracając się.
-Po pierwsze, nie podsłuchuję. Mówicie tak, że z łatwością można was usłyszeć. Poza tym i tak wszyscy mówią o tym samym. A jeśli moja obecność wam przeszkadza, to odejdę-odparła klacz.
-Przestań, tylko żartowałem-powiedziałem. Razem z Yatgaar i Marabell rozmawialiśmy jeszcze przez jakiś czas o wojnie, ale nie chwaliliśmy się swoimi osiągnięciami. W końcu jednak gniada klacz odeszła zmęczona.
-Dobra, teraz przyznaj się szczerze. Ilu wrogów załatwiłaś?-spytałem.
-Na pewno więcej niż ty-odparła z uśmiechem Yatgaar.
-Ejj!-udałem oburzenie, odwracając przy tym głowę.
-No co! Jestem tego pewna!-powiedziała klacz. Spojrzeliśmy na siebie i oboje roześmialiśmy się. Przed pójściem spać jeszcze tylko cały klan obowiązkowo odśpiewał Pieśń Zwycięstwa. Nasz pełen radości z niedawno odniesionego zwycięstwa śpiew niósł się echem chyba po całej Mongolii.
 
Kiedy śmierć w oczy zajrzy
Walczyć będziemy
Kiedy broni będzie brak
Walczyć będziemy
Kiedy nadziei zabraknie
Walczyć będziemy
Kiedy wiara w zwycięstwo podupadnie
Walczyć będziemy
Kiedy sił nam braknie
Walczyć będziemy do ostatniego tchu!
 

 Kiedy wróg liczniejszy będzie
My zwyciężymy
Kiedy wróg silniejszy będzie
My zwyciężymy
Kiedy zawiodą nas właśni bliscy
My zwyciężymy
Kiedy zdradzą nas prawie wszyscy
My zwyciężymy
Kiedy przeciw nam będzie i pogoda i czas i cały świat
My zwyciężymy
I zwyciężać będziemy cały czas!
 
Koniec wojny, całe 1208 słów XD

 


7.03.2018

Od Kirka "Ostateczne starcie. Obrońca" Cz. VI

Od jakiegoś czasu w klanie mówiło się tylko o zbliżającym się końcu wojny. Szpiedzy donosili, że wrogów było już niewielu. Ich działania wojenne były tylko nieudolnymi próbami wyjścia z godnością z sytuacji, z której wyjść już tak naprawdę nie mogli. Stado Hańby postąpiłoby o wiele lepiej, jeśli samo by się poddało. Jednak byli na to zbyt dumni albo też głupi. Już jutro odbyć się miała decydująca bitwa. Z tego powodu wszyscy byli poddenerwowani. Wykorzystałem czas, by porozmawiać z Vayolą i wytłumaczyć jej, co się ma jutro zdarzyć i jak ona ma się zachowywać. Klaczka na szczęście pojęła, że wszystko, co mówiłem, było bardzo ważne i że musi się do tego stosować, choć widać było, że nie chciała zostawać w bazie. W noc przed walką targały mną tak silne emocje, że nie mogłem spać. Musiałem jednak wypocząć przed bitwą.
~Następnego dnia~
Z samego rana wyruszyliśmy. Na czele szeregu stanął Khonkh, a obok niego Yatgaar. Dalej byli bojownicy i mordercy, następnie szpiedzy, obrońcy (w tym ja), zwiadowcy i reszta. Kasja i Eragon zostali, by strzec rannych i źrebiąt. Maszerowaliśmy spiesznym krokiem. W pewnym momencie wszyscy się zatrzymali. Wokół panowała niczym niezmącona cisza. Po stadzie zaczęły roznosić się szepty.
-Co jest? O co chodzi?-próbowałem się czegoś dowiedzieć.
-Według szpiegów tutaj miało znajdować się Stado Hańby-powiedział ktoś. Chwilę jeszcze staliśmy w miejscu, kiedy nagle dało się słyszeć krzyki. Wyskoczyło na nas kilkanaście koni. Było ich jednak już tak mało, że nawet zastawienie na nas tej pułapki nie mieli szans na wygraną. W ten sposób tylko nieświadomie przedłużyli swoje cierpienia. Rozpoczęła się walka. Szybko pozbawiliśmy Stado Hańby przewagi, którą uzyskali dzięki zastawieniu zasadzki. W moją stronę skoczyła z mieczem jakaś klacz. Zrobiłem szybki unik. Moja przeciwniczka nie była widocznie zbyt doświadczona w walce, gdyż, zadając cios, włożyła w niego za dużo siły. Kiedy więc zrobiłem unik, poleciała niemal całym ciężarem ciała w przód, odsłaniając się przy tym. Zadałem jej dwa szybkie pchnięcia w szyję. Wiedziałem, że kiedy upadła, jeszcze żyła, ale ja nie miałem czasu jej dobijać. Rzuciłem się na kolejnego konia, który właśnie chciał zajść od tyłu Marabell. Chciał kogoś zaskoczyć, a to ja zaskoczyłem jego. Również i jemu zadałem cios w szyję. Dla mnie było to najlepsze miejsce do ataku. Niestety zadana przeze mnie rana okazała się nie dość głęboka. Szybko wyszarpnąłem swój sztylet. Koń odwrócił się i zaatakował mnie nożem. Udało mi się zrobić unik. Przeciwnik już planował kolejny atak. Wtedy właśnie ujrzałem, jak jakiś sztylet wbija się w jego głowę. Nie traciłem czasu na szukanie  właściciela broni, tylko rzuciłem się ponownie w wir walki.
~~~
Niedobitki ze Stada Hańby rozpierzchły się na wszystkie strony. Khonkh wysłał za nimi pościg składający się z koni, którym jeszcze mało było walki. Reszta nie marzyła o niczym innym niż o powrocie do klanu. Chciałem znaleźć się jak najszybciej w bazie, by sprawdzić co z Vayolą i odpocząć. Powrót trochę nam zajął, zważywszy na to, że wszyscy byli zmęczeni, niektórzy ranni. Kiedy dotarliśmy do bazy, Kasja i Eragon opowiedzieli nam o ataku członków Stada Hańby. Natychmiast przeraziłem się, czy nic nie stało się Vayoli. Na szczęście klaczka była cała. Niesamowicie cieszyłem się, że wojna dobiegła końca.
Koniec wojny

7.03.2018

Od Vayoli "Pierwsza i ostatnia walka. Źrebię" Cz. II

Ponieważ była noc, bardzo się wystraszyłam. Od razu postanowiłem obudzić tatę, jednak wtedy usłyszałam, że głosy ucichły. Jednocześnie słyszałam, że ktoś się zbliża. Po chwili zauważyłam sylwetki dwóch koni, które pojawiły się nieopodal. Konie jak gdyby nigdy nic stanęły gdzieś na uboczu klanu i chyba poszły spać. Ja nie miałam najmniejszej ochoty tego sprawdzać. Postanowiłam jednak siedzieć cicho i postarać się zasnąć.
~Kilka dni później~
Nadal pamiętałam o wydarzeniach z tamtej nocy, ale uznałam, że to nic nadzwyczajnego. Skupiłam się raczej na tym, co miało się dziś stać. Tego dnia wiele członków stada miało wyruszyć na kolejną bitwę, w tym mój tata. Bardzo nie chciałam tutaj zostawać bez niego, ale jeszcze bardziej nie chciałam ponownie znaleźć się w pobliżu jakiejś walki. Nie widziałam i nie pamiętałam za wiele z tej, po której znalazł mnie Kirk, ale i tak nie miałam ochoty na powtórkę z rozrywki. Ranne konie oraz ja i Mindy mieliśmy zostać w naszej bazie, a pilnować nas mieli jeszcze Kasja i Eragon. Z nim także miałam już lekcje, ale średnio mi się podobało. Był trochę niecierpliwy, choć starał się zachowywać mile. W każdym razie i tak cieszyłam się, że zostałam tutaj z końmi, które znałam. Nudziło mi się, więc poszłam do Mindy.
-Hej, nie chciałabyś się może pobawić w tę twoją zabawę? Berka?-zapytałam.
-Członkowie naszego klanu są na wojnie, nie możemy się teraz bawić-odparła oburzona klaczka.
-Dlaczego?-spytałam, nie rozumiejąc, czemu nie mogłyśmy w nic zagrać.
-Bo nie. Wszyscy pozostali narażają teraz swoje życie. Czy ty rozumiesz, co to znaczy?-zapytała Mindy. Zdenerwowałam się. Oczywiście, że wiedziałam, co to oznacza. Skoro jednak klaczka nie chciała się ze mną bawić, oddaliłam się od niej. Najpierw trochę spacerowałam. Potem znalazłam kamień, który idealnie nadawał się do zabawy. Kopałam go, dobiegałam do miejsca, gdzie się zatrzymał i ponownie kopałam. Nie było to zbyt pasjonujące, ale lepsze to niż nic.
-Może chciałabyś się pobawić?-spytała Kasja, widząc, że się nudzę. Od razu pokiwałam energicznie głową. Klacz zaczęła mnie więc uczyć, a ja świetnie się przy tym bawiłam! Wtem powietrze przeszył krzyk Eragona:
-Intruzi!-na te słowa Kasja natychmiast odwróciła głowę i dopadła do ogiera. Eragon walczył właśnie z jakimś koniem.
-Vayola, Mindy, schowajcie się i nie patrzcie!-zawołała jeszcze Kasja, nim pobiegła w stronę ogiera. Klaczka przez jakiś czas stała w miejscu i wpatrywała się w scenę walki.
-Chodź!-zawołałam, próbując ją za sobą pociągnąć. Ona jednak stała dalej jak skamieniała. Spróbowałem jeszcze raz, tym razem mocniej. Omal nie przewróciłam Mindy. To chyba sprawiło, że się ocknęła. Razem pognałyśmy w przeciwnym kierunku. Biegłyśmy obok siebie jak najszybciej i jak najdalej, aż nie wpadłyśmy na innego konia. Spojrzałam w górę i ujrzałam karego ogiera, ze sztyletem trzymanym w pysku. Uśmiechał się przy tym...strasznie. Aż przeszły mnie ciarki.
-Proszę, proszę, co my tu mamy-powiedział i zamachnął się w stronę Mindy. Nie wiem jak, ale udało jej się zrobić unik. Razem zawróciłyśmy w stronę klanu. Biegłyśmy ile sił. Z tego wszystkiego nie zauważyłam sporej wielkości kamienia, o który się potknęłam i przewróciłam. Nie oglądając się za siebie, podniosłam się czym prędzej i ruszyłam dalej. W końcu wróciłyśmy do klanu. Kasja i Eragon spojrzeli na nas zdziwieni, ale spoważnieli, kiedy ujrzeli gościa, którego im przyprowadziłyśmy. Natychmiast rzucili się w jego stronę. Zauważyłam, że ich poprzedni przeciwnik leżał na ziemi i się nie ruszał. Odgłosy walki sprawiły, że przypomniały mi się nieprzyjemne chwile sprzed kilku dni. Na szczęście Kasja i Eragon szybko zakończyli walkę. Po około dwóch godzinach wrócili niezwykle zadowoleni członkowie klanu, w tym także mój tata. Ucieszyłam się, że nic mu się nie stało.
-Jak dobrze, że nic ci nie jest. Tak strasznie się o ciebie martwiłem. Na szczęście już po wszystkim-powiedział z wyraźną ulgą w głosie.
Koniec wojny

7.03.2018

Od Bush Brave'a "Kolejne zlecenie. Dowódca morderców" Cz. IV

-Bush Brave? - usłyszałem czyjś głos. Odwróciłem głowę. To była ta lizuska władcy. Marabell.
-Tak? - mruknąłem niechętnie.
-Khonkh cię wzywa - powiedziała. I to jest niby arystokracja? Najwyżej sługa.
-A czemu nie ciebie? Przecież lizusi najchętniej współpracują - prychnąłem. - Gdzie on? - spytałem nieuprzejmie. 
-Tam, na prawo od reszty - klacz wskazała głową na konia stojącego w pewnym oddaleniu od grupy. Przed chwilą chyba rozmawiał z innym członkiem, bo widać było oddalającą się od niego jasną sylwetkę. A takich koni w klanie było kilka. Yatgaar, Kirk, Valentia, Piorun, Aron, Fenrir i Cherry. Koń ten miał jednak ciemniejszą grzywę co wskazywało na pierwszą albo dwoje ostatnich z wymienionych. Miałem wrażenie, że na sierści widać było jabłkowitość. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że to właśnie Yatgaar. Ostatnio zachowywała się w stosunku do niego jakoś... inaczej. Nie mogłem określić, czy lepiej, czy gorzej, ale wiedziałem, że jej zachowanie się zmieniło. Nieznacznie, ale zawsze. Podszedłem bliżej. Spojrzałem w stronę reszty stada, ale wyglądało jakby wszyscy zajmowali swoje miejsca przez długi czas. Nie mogło mi się przywidzieć, że doszło do spotkania. A z resztą. Nad czym się tu zastanawiać. Przecież Khonkh jest zbyt głupi, żeby knuć. A nawet jeśli bez problemu można by się o tym dowiedzieć. Nie muszę się martwić.
-Przybyłem na twój rozkaz, panie - skłoniłem się ze wzgardą.
-Mam dla ciebie kolejne zlecenia. Dwa. Oba dotyczą morderstw kogoś z nowego dowództwa Stada Hańby. Pierwsze zabójstwo dotyczy Hermesa. Według doniesień zwiadowców gniadego kucyka, rozmiarów Nicka. Wiesz kto to? - spytał Khonkh.
-Hermes czy Nick? - doczepiłem się.
-Nick. Doskonale wiesz, że o niego chodzi - westchnął władca.
-Ach tak? Nie będę się kłócił z waszą wysokością. Tak. Wiem kto to. W przeciwieństwie do ciebie, nie jestem głup... Wiem - zatrzymałem się w momencie, po którym nawet Khonkh zorientowałby się o jaką cechę chodzi.
-Doskonale. Kolejnym celem jest kara klacz. Wiemy jeszcze tylko, że nosi zawsze czarną pelerynę. Nic więcej - zignorował moje nieuprzejmości władca.
- To nie ma sensu, równie dobrze możnaby wymordować całe stado. Ile ich tam jest? Może szóstka. Wystarczy zaatakować - skłoniłem się wzgardliwie i odszedłem.
KONIEC

7.03.2018

Od Mikada ,,Daleka wędrówka. Szpieg" Część 3

Minęło już dużo czasu od tamtej misji. Wtedy jakimś cudem dotarłem na plażę i tego, co tam się stało, nie zapomnę. Widziałem małą bójkę, a sam musiałem się chować. Oczywiście dostałem dużo pochwał i pomoc lekarza, jednakże igrałem ze śmiercią. Wiem, że mogłem umrzeć, w sumie teraz liczyła się dla mnie Mara, naprawiliśmy błędy przeszłości, co bardzo mnie cieszy. Oczywiście nie straciłem przez to lubności dla reszty stada, co to to nie. Ono bardzo się dla mnie liczyło. Wiedziałem, że wygrało bitwy i byłem z niego całkowicie dumny. Możliwe, że zawdzięczam im życie. A nawet nie, jest pewne to, że zawdzięczam im żywot. Uśmiechnąłem się do siebie. A poza tym Mongolia jest piękna. Nigdy nie zmieniłbym miejsca zamieszkania. Tylko jeszcze trochę tęsknie za mamą, która owszem jest w tym kraju, ale na zupełnie oddalonych od Klanu mroźnej duszy. W tym stadzie rzeczywiście zostawiłem moją duszę. Choć część mnie przebywała w stajni z rodzicielką i tak myślę, że to był dobry wybór. Nagle coś mnie ogarnęło i miałem naprawdę dużą chęć zwiedzić tereny. Podróżowałem i z zapartym tchem przyglądałem się otaczającej mnie krainie. Z ośnieżonej trawy powoli wychylały swoje główki przebiśniegi, a słońce nieśmiało podkręcało temperaturę grzania. Gdy oddychałem, z moich ust wydobywała się magiczna biała chmurka. Wiedziałem, że żyć tu, to sens mojego życia...
Kuniec wojen ;')

7.03.2018

Od U'schii ,,Zawalczyć chociaż o swój kawałek ziemi. Przewodnik" Część 2

O poranku zaczęliśmy się zbierać. Mimo że wygraliśmy bitwy, jak widać, stado dalej na nas napadało. Trzeba było się ewakuować, by nie dopuścić już do takich sytuacji, jednak każdy pomimo chęci zapewnienia bezpieczeństwa miał mały problem ze wstaniem po wczorajszej bitwie, wiadomo, jedni okazywali to mniej, drudzy bardziej. Po chwili zauważyliśmy, że Khonkh gdzieś zniknął. Zapewne poszedł coś ustalić z mordercami. Jednak ku naszym zdziwieniu na zbiórce go nie było, a ponadto nikt go nie widział. Już sama nie wiedziałam, czy mówią prawdę, ale wiedziałam jedno — władca nie znika ot, tak sobie.
- Przecież on tu był — przez stado przechodziły szmery — Gdzie się stracił, hołota?
Postanowiliśmy się rozdzielić. Jedni mieli go szukać, inni stać na straży. Za pół godziny miała być zbiórka, mniej więcej tam gdzie stała straż. Mimo naszych obaw nie musieliśmy długo czekać. Arab zjawił się chwilę potem.
- Załatwiłem to z nimi po męsku — rzucił, wyraźnie siląc się na, chociaż krztę kultury.
Widziałam na nim wyraźne oznaki zmęczenia. Z tego wywnioskowałam, że te „sprawy” nie były najmilsze... więc po prostu zostawiłam go w spokoju. Za to Khokh wykazał się do nas kompletnym szacunkiem. Zamiast iść, chociaż na przemyślenia, zapytał z niepokojem.
- Gdzie reszta z was?
- Zaraz wrócą. Na razie cię szukają- odpowiedziała Ya z uśmiechem- Umówiliśmy się, że mają wstawić się tu za pół godziny.
Ogier uśmiechnął się lekko i odszedł. Śledząc go wrogiem, przyuważyłam, że idzie w kierunku naszej jaskini. I niech się rozgrzeje, nasz „domek” miał tę zaletę, że pomimo zwisających sopli, zawsze ocieplał.
**************************************************************************************************
Konie wróciły w zaważającym tempie. Powiedziałam im o znalezieniu władcy, a one szczęśliwie odsapnęły. Niedługo potem wyruszyliśmy. Szliśmy przez piękne pola i w nasze oczy rzucały się pierwsze oznaki wiosny.
- No proszę, po wczorajszej bitwie wszystko wymiecione — powiedziałam gdy przechodziliśmy koło jeziora- To też były te męskie sprawy?
Na jego pysku na chwilę wymalował się niepokój, jednakże szybko zatarł go uśmiechem.
- No co ty! Ja bym się nawet do takiej roboty nie zabrał. Przecież zawsze może mi spaść korona — zaśmiał się.
Poczułam, że wszystko idzie w najlepszym kierunku...
Kuniec wojen

7.03.2018

Od Bush Brave'a "Prawie ostateczne starcie. Dowódca morderców" Cz. III +Seria treningowa #3 Siła fizyczna. Zwinność. Technika

Stado Hańby zaczęło podupadać. Pozostała już tylko garstka najsilniejszych jednostek. Mieliśmy nad nimi przewagę liczebną, ale nawet gdy było ich więcej dawaliśmy sobie z nimi radę, bez większych problemów. Jako, że słyszy się, iż atakujący ma większe szanse na zdobycie przewagi niż broniący, to my pierwsi ruszyliśmy na ostateczne starcie. Ze względów zdrowotnych Linda nie mogła brać udziału w walce. Po pierwsze dosyć zaawansowany już wiek, a po drugie przez odniesione w walce rany dość widocznie utykała na jedną z przednich nóg. Ja za to nie posiadałem żadnej broni, bo straciłem mój sztylet. Ale ostatni raz widziałem go wbitego w szyję mojego ojca, więc wcale nie żałuję straty. Poza tym zapowiadało się na niedługi koniec jego martwego życia. Swoją drogą dziwnie to brzmi. Chodziło mi po prostu o to, że niedługo miał się zniszczyć i przestać nadawać się do użytku. Ale wróćmy już do głównego wątku zamiast odpływać w krainę marzeń. To również dziwnie brzmi. Dobra. Teraz już naprawdę wróćmy do wątku. Jako że Linda już nie walczyła, a ja nie posiadałem broni, dzięki ingerencji innych osób oraz dobrym nastawieniu klaczy otrzymałem tą z jej ekwipunku. Sam nie zniżyłbym się do takiego poziomu. Prosić. Kto by pomyślał. Chyba nie bez powodu słowo "prosić" jest bardzo podobne do wyrazu "prosię". To drugie jest raczej niezbyt szlachetne i przeciwne elegancji i chlubie. Wyglądają podobnie, więc muszą posiadać podobne znaczenia. Rozumiem słowa posiadające kilka znaczeń. Na przykład klucz, zamek, ścierka. Rozpędziłem się. Zamiast "ścierki" nada się "wycieraczka". Cały czas, który poświęciliśmy na dojście do wrogiego stada, poświęciłem właśnie takim rozmyślaniom. A z resztą nie tylko takim. Zajmował mnie głównie mój nowy miecz. Ta broń i mój stary sztylet. Po prostu nie da się porównać. Mój były ekwipunek był... Mógłbym rozwodzić się nad tym godzinami, ale zainteresuje was chyba tylko kilka cech. Choć i tak nie w nich nic interesującego. Mój sztylet był ostry, doskonale wyważony, łatwo się go chwytało, był też krótki i poręczny. Do tego niezwykle gustowny i piękny. Czarno - złota rękojeść z wyrzeźbionym skorpionem. Można by stworzyć jeszcze długi opis tego morderczego dzieła sztuki, ale nie chciałbym znudzić was na śmierć. Może niektórym odebrałbym życie, ale w ciekawszy sposób. Może coś z torturami. Pozbawianie kończyn, obdzieranie ze skóry, w niektórych przypadkach kastracja, a to tylko niektóre z możliwych wariantów. Jest ich dużo. Oj, dużo. Nawet gruba książka nie zdołałaby pomieścić ich wszystkich. Przechodząc jednak do opisu miecza Lindy. Był długi, niewyważony, w tą gorszą stronę. Klinga była chyba dwa razy cięższa niż rękojeść. W oczy rzucały się też tępe i postrzępione boki ostrza. Chwytność również pozostawiała wiele do życzenia. Rękojeść była niezwykle śliska. Gdyby tego było mało, była w kształcie stożka, który im bliżej kingi, tym był szerszy. Uwierzcie. Ciężko jest chwycić coś takiego w zęby. Mimo wszystko nie miałem co narzekać. No dobra. Miałem. Zmuszono mnie do proszenie Lindy o pożyczenie broni. I to jeszcze takiego badziewia. Kto widział takie cuda? To wszystko przez tego Khonkha. Tchórza. Tępaka. Jak władca mógł ulec zdaniu innych, gdy nawet nie protestowali. Ani trochę oporu! Chociażby słownego. O przemocy fizycznej nie ma w ogóle co gadać. Czyżby cały klan był upośledzony? Czyżby nikt nie posiadał własnego zdania? Czy nikt nie zauważa ukrytego, pod "dobrymi" działaniami Khonkha, reżimu? Tylko garstka trzyma się własnego zdania, walczy o dobro całości, wolność osobistą. Wszyscy uważaliby to za zło. Gdyby się dowiedzieli rzecz jasna. Inaczej ciężko by było myśleć coś o czymś, o czym się nie wie. Frakcja. Jednoczyła wszystkich tych, którzy nie byli "dobrzy" tylko z pozoru. Wręcz przeciwnie. Wszyscy którzy w niej byli, wydawałoby się agresorzy i ci źli, trzymali z tymi odpowiednimi. Z tymi, z którymi po przepędzieniu tchórza z tronu, będzie lepiej niż z "dobrymi", pozbawionymi własnej woli sługusami Khonkha. Aron, Grey, Fenrir, Hanken, Tenebris, Yatgaar. Tylko oni zdawali sobie sprawę z ukrytego w działaniach władcy reżimu. Moje rozmyślania przerwał sygnał do ataku. Na rozgrzewkę zaatakowałem stojącego na środku źrebaka na koślawych nogach. Widocznie Stado Hańby uciekało się już do wykorzystywania źrebaków w wojsku. Co za pech. Uśmiechnąłem się szyderczo. Już po chwili koń leżał na ziemi z przedziurawioną szyją. Poczułem jak z tyłu zalatuje na mnie jakieś ostrze, więc zrobiłem unik i szybko odwróciłem się o sto osiemdziesiąt stopni. Jakiś rosły ogier próbował pozbawić mnie życia, ale ja bez problemu blokowałem silne ciosy. Nie minęło dużo czasu, a koń już leżał martwy. Ktoś zamachnął się na mnie z boku. Sparowałem cios. Zaskoczony przeciwnik wypuścił broń, która pchana siłą mojej wbiła się w jego pierś z oczywistymi skutkami. Zobaczyłem jakieś źrebię, które szarżowało na mnie z krzaków.
-Zabiłeś moją matkę! - krzyczało.
-Bywa - syknąłem. Zamachnąłem się, a następnie z całej siły dałem maluchowi tarczą w łeb. Ten zatoczył się i upadł. Żył, ale nie ruszał się. Skorzystałem z okazji i naciskając przednimi nogami na jego łeb, roztrzaskałem mu czaszkę. Podniosłem wzrok. Dezerterzy uciekali i nie został już nikt. Tylko jakiś koń patrzył na mnie w obawie, widząc co zrobiłem z maluchem. Chyba można uznać trening za zaliczony. Było łatwo, ale zawsze coś. Za to jutro będzie coś dużo trudniejszego.
CDN.

PS. +700 słów

7.03.2018

Od U'schii ,,Zawalczyć chociaż o swój kawałek ziemi. Przewodnik" Część 1

Stado hańby... Pierwsze skojarzenie? Bezlitosny, a zarazem wykąpany w hańbie gród. Grób ciemności i zła... Pojedynek z nim? Po co marnować sobie kości i zdrowie... Jednak chęć wylanej krwi musiała zwyciężyć. Musiała dopuścić do nieuchronnej bitwy. Przed nią nie uciekniesz, choćbyś dał uciąć sobie język. A język dużo może, przecież przez niego istnieje większość par... Można by tu było wymieniać dużo nowinek o bitwie, a nawet bardzo dużo. Jednak po co? I tak by się dużo dowiedzieć, trzeba po prostu zawalczyć. Zawalczyć o siłę i pokój...
Powoli przymierzałam jaskinię z dużym namysłem. Dzisiaj obudziłam się zupełnie wyrwana z rzeczywistości, a ponadto nie miałam zupełnej ochoty uczestniczyć w bitwie. I może dałabym sobie spokój, gdyby nie dzisiejszy barbarzyński zlot napastników na jaskinię władcy i przewodników. Wtedy coś we mnie puściło. Mimo troskliwych próśb obrońców puściłam się za przeciwnikami. Aby nie zostać zawrócona do stada, chowałam się w krzakach niczym szpieg. Niestety, przez mój dość słaby kamuflaż, co rusz było widać jakieś fragmenty mojego końskiego tułowia. Na szczęście moja silna wola została wysłuchana i mogłam biec dalej i dalej koło Jeziora Usw. Gdy już dosłownie padałam, cała reszta się zatrzymała. W oczach wszystkich zebranych była wyraźna chęć buntu i walki. Możliwe, że tylko ja byłam zdezorientowana i nie wiedziałam co mam robić. Wiedziałam, że jeśli teraz wybiegnę, zostanę odprawiona z kwitkiem. Moim zdaniem trochę przesadzali, każdy miał prawo do walki. Mimo to czekałam na właściwy moment, a dokładnie na rozpoczęcie bójki. Nie trzeba było długo czekać. Kopyta poszły w ruch, zauważyłam, że konie traktują je jak najlepszą obronę. Rozejrzałam się, myśląc jakie widoki i jakie konie mogę stracić na zawsze, jeśli teraz umrę. Po chwili dyskretnie włączyłam się do śmiercionośnej walki. Starałam się dać z siebie wszystko, ale też zachować siły na później. Cała armia zauważyła moje przybycie, jednak widocznie nic sobie z tego nie robili. Cóż... w planach chciałam być szpiegiem bitewnym, a wyszło jak wyszło. Niech żaden zwierz nie znieważy się myśleć, że miałam czas na długie rozmyślanie. Wręcz przeciwnie, co chwilę dostawałam kopytem w szyję. Najwyraźniej przeciwnicy uznali to za punkt intymny... Spojrzałam w stronę Khokha. W jego spojrzeniu coś mówiło „O U'shiia, przybyłaś”, jednak była tam także masa nieuzasadnionej niepewności. Nie wiem ile dokładnie trwała walka, ale mnie wykończyła na całego. Gdy doszliśmy, nie dostałam ochrzanu, w oczach wszystkich biła obojętność i zmęczenie. Dobra, tylko Yatgaar zmierzyła mnie wzrokiem, ale ona nie brała udziału w tej nieudanej sprzeczce. Miała prawo zastanawiać się, skąd mnie przywiało i dlaczego nie było mnie w aktualnej jaskini ochronnej. Mimo tego, że władca był zmęczony, od razu kiedy wrócił, zabraliśmy się do planu wędrówek. Po tym wszystkim, musieliśmy zmienić miejsce spoczynku i jedzenia. Siedziba prezentowała się imponująco, a była to Rzeka Dzawchan.

C. D. N

5.03.2018

Od Vayoli "Życie w nowym stadzie. Źrebię" Cz. I

Dziś przyszła do nas jakaś klacz, którą już kilka razy widziałam, ale jej nie znałam. Schowałam się więc za tatą. Nieznajoma przywitała się z nim, po czym zwróciła do mnie:
-Witaj, nazywam się Kasja i pouczę cię dziś trochę o tym, jak powinno się walczyć. Widzisz, mamy wojnę i musisz na temat coś wiedzieć-powiedziała klacz, uśmiechając się do mnie. Ja nic nie odpowiedziałam i nie ruszyłam się nawet z miejsca.
-No, dalej, przedstaw się. Kasja jest bardzo miła i nie musisz się jej bać-powiedział mój ojciec. Skoro ona tak mówił, to postanowiłem mu zaufać.
-Jestem Vayola-powiedziałam cicho, podchodząc niepewnie do klaczy.
-Miło mi cię poznać. A teraz pożegnaj się z tatą, pójdziemy się trochę pouczyć-powiedziała Kasja. Jak to pożegnaj?-pomyślałam i odwróciłam się w stronę Kirka. To pytanie musiało być wręcz wymalowane na mojej twarzy.
-Nie patrz tak na mnie. Pójdziesz sobie teraz grzecznie z Kasją, a zajmę się paroma innymi sprawami. Tylko uważaj na siebie i słuchaj dokładnie swojej nauczycielki-powiedział mój tata. Chciałam zaprotestować, ale zrozumiałam, że to nie miałoby większego sensu. Wszystko już zostało postanowione. Niechętnie poszłam więc z Kasją. Dotarliśmy na skraj bazy klanu, gdzie klacz zaczęła mi tłumaczyć różne rzeczy. Połowy z nich nie rozumiałam, ale starałam się powtarzać po Kasji, kiedy mnie o coś pytała.
-Dobrze, całkiem nieźle sobie radzisz. Teraz pokażę ci kilka nieskomplikowanych ciosów, których w razie potrzeby mogłabyś użyć-powiedziała klacz. Zrobiła kilka dziwnych według mnie ruchów kopytami, po czym kazała mi je powtórzyć. Zrobiłam to bez większego problemu.
-Brawo, poradziłaś sobie bardzo dobrze! Na dziś koniec naszych zajęć, wracamy do Kirka-powiedziała Kasja. Poczułam się niezwykle dumna, że mnie pochwaliła. Po powrocie tata, w nagrodę, że tak dobrze sobie poradziłam, zaproponował spacer. Ucieszyłam się, mimo że miała iść z nami Kasja. Zdążyłam ją już trochę polubić. Mogliśmy jednak przejść się tylko po obrzeżach bazy. Byłam tym zasmucona, gdyż miałam wielką ochotę poznać świat poza jej granicami. Jednak mój ojciec i wszyscy inni stale mówili coś o wojnie i o tym, że wszyscy musimy się mieć na baczności. Ja nie za wiele rozumiałam z tego wszystkiego oprócz tego, że nie wolno było nikomu opuszczać tego miejsca. A ja nie zamierzałam łamać tego zakazu. W trakcie naszego "spaceru" natknęliśmy się na Mindy, która szła z jakimś srokatym ogierem.
-Hej Eragon!- zawołała Kasja. Koń zatrzymał się i podszedł do nas, a Mindy wraz z nim. Przywitał się z moim tatą i Kasją.
- To jest Eragon. On także jest nauczycielem i będzie cię uczył-wyjaśnił mój tata.
-Witaj, Vayola-powiedział srokaty ogier.
-Dzień dobry. Ale mnie już uczy Kasja-odparłam.
-Tak, ale ja przekażę ci wiedzę o czymś innym. Ja uczę samoobrony, a Kasja walki-powiedział Eragon.
-A czym to się różni?-zapytała zaciekawiona.
-Właściwie to niczym. Przynajmniej według mnie-wtrąciła się Mindy.-Ej, Vayola, chcesz się pobawić w berka?!-dodała po chwili. Spojrzałam na mojego tatę, który skinął głową. Podeszłam więc do Mindy. Dorośli stali kawałek dalej i rozmawiali między sobą.
-A co to za zabawa?-spytałam.
-Wiesz, najpierw jedna z nas goni, aż dotknie drugą i krzyknie: "Berek!". Wtedy ta druga zaczyna gonić pierwszą, rozumiesz?
-Chyba tak-odparłam. Zaczęłyśmy bawić się w berka. Gra średnio mi się podobała, bo Mindy była ode mnie szybsza i zwinniejsza. Po jakimś czasie byłam wyczerpana, a ona nadal miała jeszcze chęci na dalszą zabawę. Na szczęście dorośli zaczęli się żegnać i musieliśmy się rozejść. Reszta dnia minęła mi bardzo szybko. Dokończyliśmy nasz spacer, a potem od razu poszłam spać, bo byłam naprawdę zmęczona.
~Nocą~
Obudziłam się w środku nocy. Na początku nie wiedziałam dlaczego, ale potem usłyszałam dziwne szmery i hałasy. Brzmiały jak czyjeś głosy.
CDN.

5.03.2018

Od Khonkha do Yatgaar "Zaginięcie. Władca, nauczyciel życia stadnego" Cz. V

Poranek przywitał nas wszystkich sporymi opadami śniegu. Widoczność ograniczyła się do kilku metrów, na szczęście nie było wiatru. W takiej sytuacji jakiekolwiek działania wojenne nie wchodziły w grę. Należało jedynie rozstawić wszędzie straże. Zaraz po przebudzeniu była to pierwsza myśl, która wpadła mi do głowy. Odwróciłem głowę, by sprawdzić jak się ma Yatgaar i czy jeszcze śpi, ale jej już nie było. Z lekka mnie to zasmuciło, ale postanowiłem w takim razie zająć się wszystkim samemu. Lubiłem kiedy klacz mi towarzyszyła i pomagała, ale ostatecznie to ja jestem władcą i poradzę sobie samemu. Najpierw poleciłem Hasminie, Dorianowi, Aronowi i Byornowi, by zajęli odpowiednie miejsca i strzegli stada przed niebezpieczeństwem. Wybrałem też konie, które miały ich potem zmienić. Następnie postanowiłem odnaleźć Hankena, by sprawdzić, jak mu idzie wytwarzanie dla nas broni. Po drodze jednak zauważyłem Yatgaar. Stała nieco na uboczy i polerowała swoją włócznię z taką energią i zaciętością, jakby zależeć od tego miało jej życie. Postanowiłem do niej podejść.
-Czemu tak nagle zniknęłaś?-spytałem. Klacz odwróciła się z wyrazem zaskoczenia na twarzy.-Wybacz, powinienem najpierw się przywitać-odparłem, zdając sobie sprawę z mojego niegrzecznego zachowania.
-Nie, nic się nie stało. A co do twojego pytania, wstałam wcześniej i nie chciałam cię budzić, więc poszłam się przejść-powiedziała Yatgaar. Uśmiechnęła się przy tym, ale uśmiech ten wyglądał na bardziej smutny niż radosny. I wymuszony.
-Mogłaś mimo wszystko mnie obudzić. A tak w ogóle to coś się stało?-spytałem.
-Nie, a co miałoby się stać?-odparła, jak na moje, zbyt szybko klacz. Przez to nie wydało mi się to do końca prawdą.
-Nie kłam, przecież widzę-powiedziałem.
-Ech, no dobrze. Po prostu obudziłam się dziś rano z potwornym bólem brzucha. Być może coś mi zaszkodziło, w końcu nie od dziś wiadomo, że wykopane spod warstwy śniegu rośliny nie są najlepszym pożywienie. Myślałam, że jak się przejdę to ból ustąpi. Potem postanowiłem spróbować się jakoś uspokoić, na przykład czyszcząc moją włócznię. Lubię to robić-powiedziała Yatgaar, ponownie siląc się na uśmiech.
-To czemu tego od razu nie powiedziałaś? Powinnaś iść do medyka-odparłem.
-Mamy wojnę. Nick i beze mnie ma na głowie wielu pacjentów-odparła Yatgaar.
-Ale w końcu leczenie członków klanu to jego zadanie. Sam sobie wybrał taką rangę. Mimo wszystko powinnaś skorzystać z jego pomocy. Albo chociaż idź do Atom bomb'a, może on coś poradzi?-powiedziałem. Starałem się przekonać klacz mimo jej uporu.
-W sumie to masz rację. Pójdę do medyka, najlepiej od razu-odparła Yatgaar. Zaskoczyło mnie, że tak łatwo dała się przekonać.
-Iść z tobą?-spytałem.
-Nie trzeba, poradzę sobie. Ty masz pewnie dużo na głowie-powiedziała klacz.
-Ale to może poczekać-odparłem.
-Naprawdę, poradzę sobie-powiedziała Yatgaar, po czym oddaliła się szybkim krokiem. Przez chwilę stałem w miejscu, nie rozumiejąc jej zachowania. Czułem, że było w nim coś dziwnego, ale nie wiedziałem co. Tym bardziej nie mogłem zrozumieć, co mogłoby zaniepokoić tak Yatgaar. Bo na ból brzucha to ja nie dam się nabrać. Zdecydowałem jednak, że nie ma co dalej nad tym myśleć, póki klacz sama nie powie mi, co się stało. Poszedłem więc, tak jak planowałem, do Hankena.
-Witaj, masz może coś nowego?-spytałem.
-Witaj Khonkhu-odparł Hanken.-Co prawda z tych materiałów, które mi dostarczacie, nie za wiele da się zrobić, ale udało mi się stworzyć pułapkę przypominającą ludzkie wnyki-dodał ogier.
-Wspaniale! Następnym razem zabiorą ją ze sobą szpiedzy i rozstawią w pobliżu obozu wroga-odparłem uradowany. Hanken przekazał mi pułapkę, po czym pożegnaliśmy się. Ogier był naprawdę pomocny. Postanowiłem odszukać Mikado i jemu powierzyć zadanie zainstalowania pułapki. W trakcie moich poszukiwań ponownie udało mi się dostrzec Yatgaar. Od razu skierowałem się w jej stronę. Po chwili klacz spostrzegła mnie.
-Wybacz, nie mogę rozmawiać. Muszę iść się zdrzemnąć. Nick kazał mi dużo odpoczywać-powiedziała klacz, jak tylko się do niej zbliżyłem. Następnie niemal natychmiast odeszła. Teraz już byłem pewien, że coś tu nie grało. Mimo to postanowiłem zostać Yatgaar w spokoju, gdyż wiedziałem, że naciskanie na nią w takiej sytuacji tylko pogorszyłoby sprawę. Odszukałem więc Mikado i wyjaśniłem mu jego zadanie. Ogier w mig wszystko zrozumiał. Następnie poszedłem poszukać czegoś do jedzenia. Zaraz po tym postanowiłem odszukać Yatgaar i spróbować się czegoś od niej dowiedzieć. Nie udało mi się to jednak, gdyż wtedy właśnie Cherry i Dorian przybiegli, oznajmiając, że nigdzie nie ma Mindy. Cały klan został postawiony na nogi. Przeszukaliśmy naszą siedzibę, jednak nie znaleźliśmy klaczki. Należało więc zorganizować poszukiwania w terenie.
-Najlepiej będzie, jeśli udadzą się na nie osoby dobrze znające okolice i radzące sobie poza klanem, czyli zwiadowcy, przewodnicy, szpiedzy, obrońcy albo bojownicy-usłyszałem obok siebie głos Yatgaar. Spojrzałem na nią zdziwiony. Po jej wcześniejszym, dziwnym zachowaniu, nie było śladu.
-Masz rację. Mikado i Kasja mają wkrótce wyruszyć na misję, więc ich zostawmy. Sprawdzą tylko, czy Mindy nie ma w Stadzie Hańby, jeśli zajdzie taka potrzeba. Bojowników lepiej zostawmy na wypadek ataku. Pójdą z nami Dorian, Cherry, Kirk, Grey, Hasmina, Valentia i Aron.
-Lepiej zrobimy, jeśli podzielimy się na dwie grupy-dodała klacz. W odpowiedzi pokiwałem głową. Po kilku minutach na poszukiwania udały się dwie grupy. Ja i Yatgaar byliśmy w tej samej. Cieszyłem się z tego, mimo że nie to było teraz najważniejsze, tylko odnalezienie źrebięcia. Wolałem nie myśleć, co mogło stać się Mindy. Szukaliśmy dwie godziny, ale nic to nie dało. Postanowiliśmy zrobić krótki postój.
-Czemu się zatrzymujemy? Powinniśmy szukać nieprzerwanie dalej!-zawołał zdenerwowany Dorian.
-Musimy ustalić jakąś strategię. Chyba że chcesz biegać bez opamiętania po lesie, to proszę bardzo, droga wolna- powiedziałem. Ogier już nic mi nie odpowiedział. Po krótkiej namowie zdecydowaliśmy się kierować się jeszcze przez jakiś czas w stronę Stada Hańby, a następnie mieliśmy wrócić do klanu okrężną drogą, by przeszukać większy teren.
<Yatgaar? Co z Mindy? Pozostawiam to tobie XD>

4.03.2018

Od Kirka "Mała podopieczna. Obrońca." Cz. V + adopcja

Ostatecznie to w końcu jednak ja miałem zająć się przez jakiś czas ocalałym źrebięciem. Zupełnie nie wiedziałem, jak z takim młodym koniem postępować. Miałem nadzieję, że kiedy wrócimy do reszty klanu, ktoś zajmie się klaczką. Niestety, nikt nie był zbyt chętny. Ponieważ źrebię miało tylko kilka dni, musiało jeszcze być karmione mlekiem. Jedyną zaś klaczą, która miała jeszcze w klanie pokarm, była Cherry, która zgodziła się użyczyć swojego pokarmu. Na szczęście ona i kilka innych klaczy zawsze były chętne mi pomóc w opiece nad młodą. Po naszej walce przez jakiś czas mieliśmy spokój, gdyż dopiero szykowaliśmy się do kolejnego starcia. Z informacji naszych szpiegów wynikało, że sporo grupa niedobitków ze Stada Hańby ukrywała się gdzieś w rozproszeniu, czekając tylko na stosowny moment do ataku. Musieliśmy być więc stale czujni i gotowi na wszystko. W czasie tych kilku dni, które źrebię spędziło ze mną, zdążyłem się do niego przywiązać. Nadałem jej imię Vayola, które chyba spodobało się klaczce. Codziennie jednak chodziłem do Khonkha zapytać się, czy ktoś może nie zdecydował się zaopiekować źrebięciem na stałe. Za każdym razem odpowiedź była odmowna. Pewnego wieczoru szykowałem się do snu, kiedy klaczka jak zwykle podeszła do mnie, by się ogrzać.
-Dobranoc, Vayola-powiedziałem.
-Dobranoc tato-odparło źrebię, po czym niemal natychmiast zasnęło. Jej słowa wywołały u mnie niemałe zdziwienie, ale też dumę i radość. Przez to wszystko zacząłem myśleć o ostatnich dniach i w końcu podjąłem ostateczną decyzję.
~Następnego dnia~
Z rana poszedłem razem z klaczką do Khonkha.
-Nie mam dla ciebie dobrych wieści. Nadal nikt nie wyraził chęci na adopcję-powiedział przywódca.
-To nawet lepiej. Postanowiłem, że to ja się na stałe nią zaopiekuję-odparłem.
-Czyli chcesz ją adoptować? Jesteś tego pewien? Poradzisz sobie sam z opieką nad nią? Zwłaszcza po tym, co stało się niedawno?-obawy władcy były słuszne, ale ja już wszystko sobie przemyślałem.
-Przecież i tak na razie to ja się nią zajmuję. Skoro jeszcze żyje, widać dobrze to robię-powiedziałem. Klaczka na szczęście nie zdawała sobie sprawy, że mówimy o niej i spokojnie spacerowała sobie nieopodal.
-W takim razie nie widzę żądnych przeciwwskazań. Możesz ją adoptować-powiedział Khonkh, czyniąc mnie jednocześnie dzięki tym słowom niezwykle szczęśliwym.
-Dziękuję-powiedziałem z uśmiechem, po czym poszedłem po Vayolę.
-Może teraz chciałabyś się gdzieś przejść na spacer?-spytałem.
-Tak!-zawołała z entuzjazmem. Cieszyłem się, że ciężkie przeżycia nie odbiły się na niej widocznie w żaden sposób, może poza tym, że jest niezwykle nieśmiała i nieufna. Poszliśmy więc na mały spacer wokół terenu, gdzie stacjonował klan. Reszta dnia jakoś minęła.
~Kilka dni później~
Życie toczyło się swoim rytmem. O ile można tak powiedzieć w czasie wojny. Vayola była dziś niezwykle żywiołowa, więc wybraliśmy się na spacer. Jedynym źrebięciem w klanie oprócz niej była tylko Mindy, z którą jednak klaczka nie zdążyła się zbyt dobrze poznać, mimo że często z nimi przebywamy, gdyż Cherry musi nadal karmić Vayolę swoim mlekiem, inaczej klaczka by nie przeżyła. Dlatego też to ja musiałem być na razie towarzyszem jej zabaw. Źrebię pędziło wesoło przed siebie, ja zaś starałem się nie pozwolić jej się oddalić.
-Vayola, nie pędź tak! Nie mogę za tobą tyle biec!-zawołałem, gdyż z tego wszystkiego zacząłem utykać. Rany po ataku, którego doświadczyłem jakiś czas temu, nadal dawały o sobie niestety znać. Vayola na szczęście zatrzymała się i zawróciła.
-Co się stało, tato?-spytała.
-Nic, po prostu nie mam tyle energii co ty-odparłem zgodnie z prawdą.
-A dlaczego tak dziwnie chodzisz?-nic nie umknęłoby jej uwadze.
-Jakiś czas temu przydarzyło mi się coś niemiłego i teraz tak mam, ale niedługo pewnie mi przejdzie-odparłem wymijająco.
-A co takiego ci się przydarzyło?-Vayola była ciekawska, jak każde źrebię.
-Nic ważnego. Choć, wróćmy na razie do klanu. Zapamiętaj, w czasie wojny nie wolno ci się od niego oddalać bez niczyjej opieki, zwłaszcza jeśli większość stada ruszy do walki-upomniałem klaczkę.
-Dobrze-odparła.
-Poza tym jutro masz swoje pierwsze zajęcia z Kasją, a pojutrze z Eragonem, musisz się przygotować-dodałem. Klaczka wyraźnie posmutniała.
-Co się stało?
-Nie chcę nigdzie iść i się niczego uczyć.
-Czemu?
-Boję się-powiedziała Vayola.
-Nie masz czego, Kasja i Eragon są bardzo mili. Poza tym nauka jest super, zobaczysz-odparłem i uśmiechnąłem się, co chyba jednak nie do końca przekonało Vayolę. Po powrocie do klanu okazało się, że w planach była już kolejna bitwa. Szpiedzy donieśli, że Stado Hańby mimo porażki planowało nadal walczyć i podobno mają nowego, zastępczego przywódcę. Z opisów wynikało, że to jakiś młody, narwany ogier, pełen zgubnej nadziei, woli walki, chęci zwycięstwa i pomszczenia poległych. Czyli typowy młody zapaleniec-pomyślałem. Jednak na razie nie było wiadomo, kto wyruszy na bitwe i kiedy się ona odbędzie. Władca znał za mało szczegółów. Poza tym pozostała jeszcze kwestia ataku na mą osobę. Sam nie byłem do końca przekonany, że to wina kogoś ze Stada Hańby. Mimo to nie było żadnych dowodów, poszlak ani innych świadków. Byłem na siebie niesamowicie zły, że dałem się tak łatwo zaskoczyć, ale też cieszyłem się, że nie spotkało mnie nic gorszego. Obiecałem sobie od tego czasu być bardziej uważnym, zwłaszcza, że teraz mam jeszcze pod opieką Vayolę.
CDN.

3.03.2018

Od Yatgaar do Khonkha ,,Język to sztylet. Przewodnik" Cz. VII

Radość, śmiechy, entuzjazm, rozluźnienie - to wszystko zastąpiło wcześniejszy strach, przerażenie, niepewność, niepokój, na chwilę zdołało nawet zamaskować żałobę po nieuniknionych w takich sytuacjach stratach. Opatrywani ranni śmiali się, wielu krzątało się, wyrażając swoją ulgę na różny sposób. Choć nie był to jeszcze ostateczny koniec walki, to wiadome już było, że niedobitkowie Stada Hańby nie unikną walki i przegrają ją, a być może zdecydują się poddać, choć uwzględniając ich zaciętość i fanatyzm raczej nie pójdzie tak łatwo.
Następnego wieczoru przygotowana została ostatnia wyprawa na obóz przeciwnika. Wszystko odbyło się niemal perfekcyjnie; osłona nocy, gdy księżyc był schowany za chmurami, działała wyśmienicie...do momentu, gdy natknęliśmy się na doskonale przygotowanych na nasze przybycie koni, jakby mieli wśród swoich jakiegoś wróżbitę. Kompletna klęska, przedłużająca tylko mękę tych idiotów. Ale jedno było pewne. Ktoś musiał za tym stać.
Moja przednia część ciała wyglądała trochę jak ,,zmumifikowana", tylna nieco mniej, ale poza tym dokuczający wciąż ból w ogóle przestał mnie interesować. Leżałam pod jednym z drzew na grubej, miękkiej warstwie puchu, niczym na przyjemnie lodowatym kocu, kojącym udrękę i pozwalającym odpłynąć w spokojny rejon umysłu. Światło bijące od bladej tarczy sierpu księżyca z łatwością przemykało się między nagimi gałęziami drzew. Wtem kątem oka zauważyłam zbliżający się z lewej strony ciemny, koński kształt, wijący się między drzewami. Prędko wstałam, otrzepując się ze śniegu prosto na Hankena. Jego mina wyraźnie mówiła, że ta rozmowa nie ma prawa odbyć się w zbyt dużym gronie świadków. Niechętnie ruszyłam, by odejść dalej, w duchu zgrzytając zębami. Wywalenie go raczej nie wchodziło w grę; trzeba będzie to znieść aż do momentu znalezienia dobrego pretekstu do użycia włóczni, bo na razie chyba, kochana biedulka, miała dość ofiar na koncie jak na jeden dzień. Właściwie zupełnie nie jest mi to już potrzebne, a rozpadnie się szybko. Frakcja, słudzy, walka, więc...co tak naprawdę? Za jakie grzechy wciąż życie nie daje mi odpowiedzi...?
Wreszcie stanęłam jak wryta tuż przed walnięciem w pień drzewa i zgrabnie odwróciłam się w stronę ogiera, obrzucając go niechętnym spojrzeniem.
— Wojna już się kończy... - zaczął cichym, służalczym tonem, lecz natychmiast przerwałam tę błazenadę:
— Nie musiałeś aż mnie o tym powiadamiać. Nie wszyscy są tak zdezorientowani. - prychnęłam.
— Och, nie o to mi chodziło. Mam propozycję, która spełni ostatecznie nasze pragnienia...Czyż nie mamy codziennie w myślach tego samego celu, tego samego obłędu? - uśmiechnął się szyderczo. - Wystarczy po to sięgnąć, i oboje będziemy zadowoleni. - milczałam dalej, gotowa do szybkiego ataku. Czułam, że krew zaczyna szybciej krążyć mi w żyłach. - Wczorajsza interwencja świetnie się sprawdziła... - w tym momencie zamieniłam się niby w słup soli. Nie byłam w stanie wykrztusić ani słowa. Wszystkie uczucia mieszały się, tworząc jednolitą, gorzką masę; to on był winien moim ranom, on był winien goryczy Khonkha po porażce...
— Co?! - zdołałam tylko wykrztusić, równocześnie uderzając go mocno w łeb. Błyskawicznie się jednak uspokoiłam, starając się czymkolwiek zalać buzujące wnętrze.
— TO za niesubordynację. - dodałam szybko dla usprawiedliwienia, po czym głęboko westchnęłam i ciągnęłam: - Był to dobry ruch, ale zdecydowanie zbyt mocny i prędki. - zapadła chwila milczenia.
— Wydaje mi się, czy szanowna cesarzowa po prostu sama nie ma pomysłu...? - rzekł nieśmiało, lecz kryła się pod tym dobitnie drapieżna sugestia. Ale on drążył temat dalej. - Czyżby chciała stchórzyć, porzucając swe ambicje? Nie ma już dla niej świętości? Czyżby bała się jakiejś...straty? - moje źrenice powoli zwężały się, a całe ciało dygotało z wściekłości. Jak śmie. Jak śmie, jak śmie. Uderzył w najczulszy punkt, świadomie, czy nie...Coś we mnie pękło. Nie dam rady... - spuściłam wzrok, spoglądając jakoś bezradnie na swoje kopyta, osłonięte przez pelerynę. ...bo go kocham. - Głos, szept, trzy słowa. Język to sztylet, który można wbić w serce każdemu, jeżeli jest w pełni sprawny i wiemy, gdzie ugodzić. Ogier z pewnością zamierzał to wykorzystać. Moje myślenie powoli się wyłączało, zdrowy rozsądek ustępował bez najmniejszego oporu. Kocham go...i dlatego go nienawidzę...? W jednej chwili przepełniła mnie furia, panika, które wnet odepchnęły wszelkie rozważania. Nie liczyło się dosłownie nic.
Rzuciłam się do przodu z nadzwyczajną prędkością, z włócznią wycelowaną prosto w klatkę piersiową karego sk*rwysyna, gdy poczułam bolesne ukłucie. Stara rana ponownie została rozdrapana, niczym me serce. Cofnęłam się jak oparzona, dysząc ciężko. Zanim ponownie zaatakowałam, na swoje szczęście zdążyłam zauważyć Arona i Fenrira, zapewne przekupionych przez Hankena.
— Och, zróbmy tak: przejmuję inicjatywę, i pokieruję nią tak, byśmy dostali to, czego chcemy. Zresztą sam nie byłbym w stanie rządzić klanem; jestem na to zbyt głupi. Umiem za to być dobrą podporą. Oboje odniesiemy korzyści. - Znajdowałam się pułapce, misternych wnykach zastawionych przez ogiera. Żadne jego słowo nie było godne zaufania, a równocześnie było wyrokiem. Pozostała mi tylko jedna opcja. Wszystko potoczyło się błyskawicznie, jakby rozmowa dotyczyła smaku jakiejś potrawy. Z całych sił stłumiłam złość, i wycedziłam przez zęby:
— Piekielny Ptaku, odejdź.
— Jesteś doprawdy mądrą klaczą. - mruknął, prędko się oddalając, niczym tchórz chcący uniknąć przykrego losu (a zwłaszcza ostrza, które prawie musnęło jego zad). Gdy zniknął w oddali, zaczęła, kręcić głową.
Teraz dopiero zacznie się prawdziwa walka.
Walka, w której nie mam szans.
Zacisnęłam zęby, po czym pogalopowałam przed siebie, nie przejmując się zupełnie przeszkodami, a po drodze wyrzucając z siebie wszystkie przekleństwa, jakie tylko zdołały mi przyjść do głowy. Ich echo, przeplatane łkaniem, odbijało się żałosnym jękiem od skalnej ściany. Dość! - trzeźwa myśl przebiła się wreszcie przez welon bólu i rozpaczy. To nic mi nie da. Cóż za ironia. Jedyną rozsądną rzeczą było teraz wrócić i...czekać.
Z obojętnym pyskiem stanęłam jak zwykle z boku i usiłowałam usnąć, co jak wiadomo, skutkuje brakiem snu. Słyszałam kroki Khonkha zbliżającego się powoli. Zamknęłam oczy. Nic nie zauważył.
Jedna sekunda udawania kosztowała tyle. Wiele ich będzie. 
<Khonkh? To teraz sobie trochę Yatgaar podręczę ^^XD>

3.03.2018

Od Yatgaar ,,Kręgi śmierci. Przewodnik" Cz. VI

Kilku członków klanu zdążyło już osiąść na sennych marach, gdy z podporą dwóch innych koni Kirk ,,doczołgał się" do śnieżnej zaspy pod potężnym, starym dębem, i tam padł, opuszczany powoli na ziemię przez towarzyszy. Od razu wokół rannego zebrało się spore zamieszanie. Przyłączyłam się, by nie budzić podejrzeń i spojrzeć na robotę Bush Brave'a. Lewa łopatka była cała pięknie rozharatana i stanowiła główną przyczynę utraty krwi. Poza tym posiadał jeszcze sporo ran na tylnych i przednich nogach, z grzywy i ogona zostało wyrwanych parę kosmyków, a pod prawym okiem znajdowało się jeszcze jedno rozcięcie. Biel puchu natychmiast zmieniła się w krwistą szatę.
— Medyka! - krzyknął natychmiast władca. Nick z Atom Bomb'em, stojący już z boku, z tym pozwoleniem podszedł bliżej, chwilę przyglądał się uważnie obrażeniom, po czym orzekł:
— My-yślę, że wyjdzie z tego. Małe są szanse, że nie wróci do pełnej sprawności...Hm... - rozejrzał się po zgromadzonym tłumie - Proszę, dajcie mu odpocząć. - napatrzyłam się już wystarczająco. Machnęłam ogonem, oddalając się na swoje miejsce, jednak nie zasnęłam. Przymknęłam tylko oczy i czekałam na rozwój wydarzeń. Wreszcie usłyszałam pytanie z pyska Khonkha:
— Nie śpisz? - bardziej stwierdzenie tego faktu.
— Nie...Jak tam z Kirkiem? 
— Nie jest źle...Wyeliminowali jednego z naszych. - dodał z nagłym rozgoryczeniem. - Jak zwykle...zawiodłem. 
— To nie jest twoja wina. - odparłam zaskoczona. Patrząc na niego czułam się niemalże tak, jakby to mi zadano ten ból. Jeden głupi członek tyle dla niego znaczy...? - pokręciłam lekko głową, przecząc temu w myślach. Odpowiedzialność.
— Jak myślisz, który władca dopuściłby, żeby jego wojownik błąkał się samotnie po lesie w nocy, gdy wróg jest tak blisko?
— Przynajmniej żaden z nich nie potrafiłby przewidywać przyszłości. - ogier westchnął długo, po czym skierował rozmowę na inne tory:
— Kirk stwierdził, że wybrał się na mały patrol, kiedy ktoś zaszedł go od tyłu, od strony stada. Po uderzeniu w głowę stracił przytomność i obudził się w takim stanie. Przed samą bitwą. - Zapewne Bush nie zdążył dokończyć dzieła.
— To ciekawe...ale w sumie typowe dla wroga. - Khonkh pokiwał głową i stanął obok mnie. Teraz z ulgą odpłynęłam do krainy snu.
~*~
Ledwo słońce zdążyło dźwignąć się ponad linię horyzontu, wszyscy zdolni do walki członkowie zabrali się ochoczo do przygotowań. W obozie panowało przyjemne ożywienie. Wszystko było dobrze przygotowane. Włócznia zatknięta za pewnie, ale nie za mocno zawiązany pas. Peleryna z dość grubego materiału narzucona na grzbiet. Szyk podróżny uformowany. I pierwsze, dumne oderwanie kopyt od ziemi. Rozpierało mnie charakterystyczne, wojenne podniecenie, zwłaszcza, że u boku miałam Khonkha. Nie czułam ani jednej kropelki strachu w żyłach; wypełniała je tylko adrenalina, chęć rozlewu krwi i coś nieokreślonego, co zawsze udzielało mi się w towarzystwie ogiera. Szczęk broni i odgłosy marszu potęgowały tajemniczy, uroczysty nastrój, nieco dla większości przerażający.
Ułani, ułani, malowane dzieci
Niejedna panienka za wami poleci...
Wymruczałam pod nosem jedną zwrotkę piosenki, jednak za przykładem poszło wkrótce całe wojsko. Dopiero w pobliżu obozu wroga wszystko ucichło, poruszano się nadzwyczaj ostrożnie. Wreszcie na horyzoncie ukazał się przeciwnik. Dwa razy liczniejszy. Sekundy wydawały się przeciągać w godziny, a równocześnie wszystko działo się niezwykle szybko. Czułam pęd powietrza rozwiewający moją grzywę podczas szarży, cwałując prosto na zwartą linię koni. Wraz z pierwszym uderzeniem wszystko rozpadło się na mniejsze, pojedyncze walki na śmierć i życie. Uderzyłam o pierś jakiegoś ogiera, z miejsca przewalając go do tyłu, gdzie został stratowany brutalnie przez pobratymców. Następny wyłonił się inny, uzbrojony już, zapewne arystokrata. Błyskawicznie wyciągnęłam włócznię, rozpoczynając serię sztychów. Wyjątkowo szybki i zwinny; udało mu się zranić mnie w łopatkę, lecz w pewnym momencie z łatwością przeszyłam jego szyję grotem, używając nieznanego mu ataku. 
A po polu, niczym na wodzie po muśnięciu jej z wierzchu pyskiem, roztaczały się Kręgi Śmierci. Najszerszy, idealny dla dezerterów i leżących na poboczu trupów, coraz się zacieśniał. Drugi Krąg stanowił strefę zażartej walki zwykłych członków, nieświadomych okrucieństwa i prawdziwej wojny, krwawych historii i rozpaczliwych miłości. A samo piekło zajęła elita elit, ci, którzy naprawdę to rozpętywali...
W centrum panował tłok, choć z każdą minutą się przerzedzał. W pewnym momencie zauważyłam spod czerwieni i czerni walki kątem oka Khonkha mierzącego się z przywódcą Stada Hańby. Oboje toczyli zażartą walkę, jednak szala zwycięstwa przechylała się na stronę wroga. Inne konie zaczęły w tym dziele dopomagać, by jak najszybciej je zakończyć. Jakikolwiek rozsądek czy chłodna kalkulacja przestały obowiązywać. Liczył się tylko arab. Tratując po drodze jakiegoś siwka, dotarłam na miejsce, po czym wbiłam ostrze głęboko w nogę bułanego ogiera, nim zdążył się cofnąć. Ryk bólu przeszył powietrze, podczas gdy z rozkoszą zatopiłam zęby w jego szyi. Wystarczyło pchnięcie Khonkha, i bitwę można było uznać za zakończoną, choć niedobitki armii zdołały wydostać się i zabarykadować w swojej bazie, gdzie zapewne rozpaczały sobie nad śmiercią ,,władcy". Pył bitewny opadł.
CDN

28.02.2018

Od Khonkha "Spokój i pewność zwycięstwa. Władca, nauczyciel życia stadnego" Cz. IV

Działania wojenne szły swoim torem tak, jak iść powinny. Szpiedzy przynosili wiele przydatnych informacji, a przygotowania do kolejnego starcia szły pełną parą. Miałem więc kopyta pełne roboty. Wolne chwile spędzałem głównie w towarzystwie Yatgaar. Zaczynałem już dopuszczać do siebie myśl, że chyba poczułem do niej coś więcej. Nie miałem teraz jednak czasu na żadne rozterki miłosne ani nic podobnego. Priorytetem było wygranie wojny. Dziś postanowiłem ponownie zwołać zebranie, aby ostatecznie potwierdzić naszą strategię. Planowaliśmy bowiem zaatakować jak najszybciej, ale też dobrze się do tego przygotować. Z racji, że większość rzeczy była już uprzednio ustalona, owo zebranie było tylko formalnością. Po nim miałem trochę czasu wolnego, więc jak zwykle udałem się na krótki spacer po naszym obozie w towarzystwie Yatgaar.
-Szczerze mówiąc, chciałbym, aby wojna skończyła się już-powiedziałem.
-Czemu niby?-spytała szczerze zdziwiona klacz.
-To jest dość męczące-odparłem.
-Przynajmniej coś się dzieje-powiedziała Yatgaar.
-A do tej pory brakowało ci wrażeń? Trzeba było powiedzieć, na pewno coś dałoby się załatwić-odparłem.
-Nie o to mi chodziło-powiedziała klacz, uśmiechając się.
-A o co w takim razie?-spytałem. Yatgaar nie umiała udzielić mi zbytnio odpowiedzi na moje pytanie, toteż uśmiechnąłem się do niej z satysfakcją.
-Zaraz Ci zetrę ten głupi uśmieszek!-zaśmiała się klacz, po czym niespodziewanie obrzuciła mnie śniegiem. Szybko oddałem jej i tak rozpętała się nasza krótka wojna śnieżna. Zakończyliśmy ją jednak szybko, by nikt nie nakrył nas na takich wygłupach w czasie, kiedy klan znajduje się w stanie prawdziwej wojny i to nie na śnieżki.
-Wygrałam!-zaśmiała się Yatgaar.
-Dałem Ci wygrać-odparłem, próbując uratować swą męską dumę.
-Akurat, kogo chcesz oszukać?-spytała klacz. Resztę dnia spędziliśmy na spacerowaniu i rozmowie. Pomagaliśmy też reszcie członków. Udzieliliśmy razem między innymi krótkiej lekcji walki. Potem musiałem wysłuchać raportu szpiegów. Oczywiście Yatgaar by nie przepuściła takiej okazji. Zawsze musiała mieć najświeższe wiadomości. Potem udało mi się znaleźć dla nas coś na ząb pod grubą warstwą białego puchu. Wieczorem jak zwykle położyliśmy się spać obok siebie. W towarzystwie Yatgaar zupełnie zapomniałem o czyhających na nas niebezpieczeństwach i trudach wojny i wypocząłem jak nigdy od dawna.
~~Nocą~~
Przebudziłem się. Spostrzegłem, że nie ma obok mnie Yatgaar. Wydawało mi się też, że słyszałem gdzieś w oddali czyjeś głosy. Nie licząc tego, wokoło panowała cisza jak makiem zasiał. Zignorowałem więc hałasy i ponownie zasnąłem, będąc przekonanym, że to nic ważnego.
~~Rankiem~~
Kiedy się obudziłem, Yatgaar była przy mnie. To, co było nocą, uznałem za zwykły sen. Nie zamierzałem zaś myśleć teraz nad tym, co po zachodzie słońca czai mi się w głowie. Miałem ważniejsze sprawy, jak choćby Yatgaar czy wojna. Z rana musieliśmy przejrzeć nasze zapasy. Kolejna bitwa już była zaplanowana. Nie mogliśmy jej przerwać. Czułem, że to między innymi od tej walki zależeć może nasze ostateczne zwycięstwo. Trzeba było upewnić się, że każdy koń wie, co ma robić, mamy odpowiedną ilość broni i lekarstw. Na wojnie liczy się każdy, nawet najmniejszy szczegół. Na szczęście wszystko wydawało się iść po naszej myśli. Czułem, że los nam sprzyja. W czasie walki zaś liczą się nie tylko umiejętności, ale i szczęście. Patrząc na swój klan byłem jednak pewien, że bez względu na wszystko, nie poniesiemy klęski. Wygramy, bo takie jest nasze przeznaczenie. Zwyciężać, ale nigdy nie być zwyciężonym.
KONIEC

28.02.2018

Od Kirka "Ofiary wojny. Obrońca" Cz. IV

Wieczorem tego samego dnia Khonkh wysłał jeszcze Mikado i Valentię, aby zebrali jak najwięcej informacji. Szpiedzy powrócili następnego dnia. Według nich Stado Hańby przegrupowało się i w najbliżej nas znajdowała się grupa składająca się z około dwudziestu koni. Władca postanowił, że przypuścimy na nich szybki atak, aby nie zdołali nikogo zawiadomić.
-Poprzednia bitwa nie poszła nam aż tak źle. Teraz jednak dajmy z siebie wszystko! Zero litości! Musimy wygrać tę walkę za wszelką cenę! Wyzbądźcie się wszelkich skrupułów, gdyż nie ma na nie miejsce na wojnie!-przed wyruszeniem Khonkh wygłosił krótkie przemówienie. W końcu ruszyliśmy. Na samym przodzie biegli bojownicy, władca, Yatgaar oraz kilka innych koni, które miały za zadanie przedrzeć się jako pierwsze i utorować drogę reszcie. Przeciwnicy nie spodziewali się oczywiście naszego ataku, ale byli dość dobrze na to przygotowani. My także wiedzieliśmy na co się piszemy, toteż szybko udało nam się pokonać wszelkie przeszkody. Dostaliśmy się na ich terytorium, co już było sukcesem. Musieliśmy jednak uważać, gdyż przeciwnicy mimo wszystko znali je lepiej niż my. Rozpoczęła się walka. Krwawa jatka trwała w nieskończoność. Również i ja walczyłem, zabijając jak największą liczbę wrogów. Wyzbyłem się przynajmniej na razie początkowych obaw i uprzedzeń do zabijania. Na wojnie, jeśli nie mordujesz, sam giniesz-ta myśl utwierdzała mnie w przekonaniu, że dobrze postępuję. Kątem oka zauważyłem, że kilka koni ze Stada Hańby po prosty zdezerterowało. Zobaczyłem między innymi uciekającą, czarno-białą klacz. Chciałem puścić się za nimi w pogoń lub chociaż zgłosić to, że uciekinierzy mogą sprowadzić posiłki, ale w tym momencie zostałem ponownie zaatakowany. Odwróciłem się i ujrzałem przed sobą napastnika. Był to dobrze zbudowany ogier, o wiele ode mnie wyższy i silniejszy. Walka nie poszła mi zatem tak szybko i łatwo jak poprzednie. Koń zdawał się być o wiele bardziej doświadczonym w boju niż ja. Im dłużej zaś trwała nasza walka, tym gorzej dla mnie. Coraz bardziej opadałem z sił, moje ataki były gorsze, zaś ogier sprawiał wrażenie, jakby tylko na to czekał. W pewnym momencie zaatakowałem mojego przeciwnika, stając na dwóch nogach i solidnie go kopiąc. Kiedy jednak opuściłem przednie kończyny, trafiłem na jakiś kamień, mocno się zachwiałem i przewróciłem. Ogier od razu do mnie doskoczył. Pomyślałem, że to koniec. Umrę tu i teraz, w tak haniebny sposób. Wtem coś metalowego przeszyło powietrze i wbiło się w głowę ogiera, który już chciał zadać mi ostateczny cios. Koń padł martwy. Czym prędzej rozejrzałem się i ujrzałem nikogo innego jak Bush Brav'e. Ten jak gdyby nigdy nic podszedł do ogiera i wyciągnął z jego głowy swój sztylet, po czym wytarł go w śnieg.
-Nie ma za co-powiedział, nim zdążyłem cokolwiek powiedzieć. Koń najwyraźniej stracił mną zainteresowanie, toteż rozejrzałem się dokoła w celu sprawdzenia, czy nikt nie zamierza mnie ponownie zaatakować. Spostrzegłem dzięki temu, że walka już się zakończyła. Praktycznie wszyscy przeciwnicy zostali albo zabici, albo uciekli.
-Już po walce?-chciałem się upewnić.
-Jak widać. Khonkh wysyła tylko kilka koni, by sprawdziły, co z dezerterami-odparł Bush. Odwrócił się i już miał odejść, gdy oboje wyczuliśmy czyjąś obecność. W powietrzu czuć było woń wielu koni, ale ta zdawała się być inna. Czym prędzej skierowałem się za nią, a zaciekawiony Bush poszedł razem ze mną. Weszliśmy w las. Po kilku metrach do naszych uszu dotarło coś jakby szuranie. Idąc za hałasem, dotarłem do osoby, która była jego przyczyną. Pod jednym z drzew iglastych leżało małe źrebię. Nim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, towarzyszący mi ogier uniósł swój sztylet.
-Stój! Co ty chcesz zrobić?!-zawołałem.
-To pewnie źrebię kogoś z tamtego klanu. A Khonkha nie kazał okazywać litości. Pamiętaj, że to wojna-odparł Bush.
-Ale co jest Ci winne to źrebię? Zresztą, jeśli powiemy o nim Khonkhowi, na pewno zgodzi się, aby zostawić je przy życiu. Ogier nic nie odpowiedział. Ja za to myślałem, co teraz zrobić. Wolałem nie zostawiać źrebięcia sam na sam z Bush Brave'em. Młode było też zbyt osłabione, żeby mogło pójść samemu.
-Sprowadź tu Khonkha-powiedziałem do ogiera. Ten na początku zrobił minę, jakby nie zrozumiał moich słów. W końcu bez słowa zawrócił i udał się w stronę reszty klanu. Zostałem więc sam na sam ze źrebięciem. Młode całe się trzęsło, toteż położyłem się obok niego, aby ogrzać je własnym ciałem. Mijał czas, a nikt nie przybywał. Nie zdziwiłbym się, gdyby Bush Brave po prostu zignorował tę sytuację-pomyślałem. W końcu jednak na horyzoncie zamajaczyły dwie sylwetki. Jedna z nich po czasie zawróciła. Domyśliłem się, że Bush nie widział sensu swojej obecności tutaj. Khonkh podszedł do mnie i, widząc sytuację, powiedział:
-Bush Brave wszystko mi wyjaśnił. Masz rację, źrebię nie jest niczemu winne. Nie możemy jednak oddać go jemu stadu, nie wyobrażam sobie, jakby to miało wyglądać. Trzeba zabrać źrebię i się nim zaopiekować. Skoro to ty je znalazłeś, może na razie się nim zajmiesz? Zanim ktoś je zaadoptuje?
-Ja?-zdziwiłem się.-Ja nie mam pojęcia o opiece nad źrebakiem-dodałem.
-Na pewno sobie poradzisz. Teraz weźmy je ze sobą. Nie wygląda na głodne ani w żaden sposób zaniedbane, jak już to zmarznięte. Musimy je ogrzać-odparł Khonkh. Domyśliłem się, że nie mam co protestować. Zabraliśmy źrebię do reszty klanu. Po drodze myślałem tylko o tym, jak bardzo mu współczuję i jakie miało nieszczęście, że urodziło się akurat w tym miejscu i o tym czasie. Wojna to naprawdę potworna rzecz.
KONIEC

28.02.2018

Od Tenebris "Gdy ceną jest młodość, a zyskiem śmierć. Morderca. Psycholog." Cz. II + "Konsekwencje" (+18)

-Naszym celem jest zamordowanie jakiegoś ważnego dowódcy o imieniu Arbitrantes. Z opisu tego śmiecia, Khonkha, oraz jego lizusów wynika, że jest on siwy, nie ma sierści na jednej nodze, nie ma prawego oka, a na lewym ma bliznę. To wszystko co wiem - wyrecytował na jednym oddechu Bush Brave. Na więcej nie było go stać.
-Starczy? - zawahałam się. Czy nie ciężko znaleźć konia po tak powierzchownym opisie?
-Myślę że tak. W końcu to dosyć jasne znaki - ogier uśmiechnął się zachęcająco. O kurcze! To on potrafi tak wykrzywić twarz? Wprost niemożliwe. Mimo wszystko nie chciałam psuć tak wyjątkowej sytuacji i nie skomentowałam uśmiechu.
-Dobrze, kiedy ruszamy? - dopytywałam się nie chcąc przedłużać bezczynności.
-Jak najszybciej, czyli teraz - zaśmiał się Bush. - Chodź.
Kiwnęłam głową i uśmiechnęłam się. Stado Hańby miało swoją miejscówkę w niewielkim borze, bo chyba nie istnieje takie słowo jak borek,czy bórek. Nie wiedziałam jak wejdziemy do wewnątrz, ale postanowiłam zaufać dowódcy. Przewróciłam oczami na to sformułowanie. Podeszliśmy pod duże głazy pod samym lasem i kryjąc się za nimi przed wzrokiem pilnujących, przekroczyliśmy barierę drzew i znaleźliśmy się wewnątrz bazy. Udało się. Tylko co teraz?
-Tenebris - szepnął ogier. - Ty zabij tego Arbitruntususa, czy jak my tam było, a ja zrobię co innego. Bez dyskusji. Spotkamy się przy głazach- rzekł wciąż cicho, ale stanowczo. Westchnęłam w duchu. Arbitrantesa. Nie ukrywam. Trochę martwiłam się o Brave'a, ale postanowiłam mu zaufać. Przecież jest dużo starszy i bardziej doświadczony niż ja. Oczywiście, że da radę. Ja postanowiłam poszukać mojego celu. Po krótkich poszukiwaniach zobaczyłam, jak przechadza się po jednej z niepilnowanych granic lasu. Niepostrzeżenie opuściłam teren strzeżony,zrobiłam wielkie koło i wróciłam do Arbitrantesa. Chciałam, żeby nie zorientował się, że byłam w środku.
-Stać - usłyszałam stanowczy głos ogiera.
-Witaj czcigodny - przywitałam się składając głęboki ukłon przed jego obliczem.
-Kim jesteś i co tu robisz? - spytał ostro, ale widać, że po okazaniu szacunku lekko złagodniał.
-Jestem Tenebris. Byłam członkiem tej bzdurnej chmary koni z którymi walczycie, ale uznałam, że nie warto z nimi trzymać. Męczyli mnie, bili, torturowali. - całą sobą starałam się pokazać, że się boję i że zrobię wszystko co mi każe. - Chcę przekazać wam istotne informacje.
-Dobrze śliczna - zbliżył się. - Doprawdy nie rozumiem jak można było dręczyć taką piękność jak ty. Chodź, przejdźmy się - powiedział. Zdecydowanie był typem z przerośniętym ego. Mimo wszystko nie protestowałam. Czas na grę.
-Oczywiście - przytaknęłam posłusznie. Chciałam dać mu do zrozumienia, że zrobię wszystko co zechce. Arbitrantes ruszył, a ja za nim. Z kroku na krok szedł coraz bliżej mnie. Po chwili czułam już dotyk jego boku na swoim.
-Masz piękne oczy, wiesz? - powiedział patrząc na mnie uwodzicielsko. Zarumieniłam się. W pewnym momencie, gdy doszliśmy pomiędzy jakieś skały, zatrzymał się. Ja zrobiłam to samo. Samiec podszedł do mnie z boku i objął mnie swoją szyją. Robił nią co chciał, ale nic nie robiłam. Chciałam, żeby wiedział, że nie śmiem zaprotestować. Nagle podniósł głowę i szepnął mi do ucha.
-Miałaś kiedyś źrebaki? - spytał.
W odpowiedzi pokiwałam przecząco głową.
-Czas to zmienić - spojrzałam na niego z niemym zakazem, ale on patrzył się na mnie szyderczo. Zrobię to. Choćbym miała ponieść konsekwencje. Dla dobra klanu. Ogier wskoczył na mój zad i się zaczęło. Ledwo wytrzymywałam. Nie chciałam podejmować ryzyka. Bałam się najgorszego. Ciąży. Mimo wszystko wiedziałam jak to się skończy, kiedy nie poczekam wystarczająco długo. Arbitrantes uniknie ostrza. Musiał poczuć się wystarczająco pewnie. Schyliłam głowę i wyciągnęłam ukryty pod brzuchem sztylet. Zamachnęłam się i wbiłam broń w szyję wroga. Ten runął na ziemię.
-Miej szacunek do klaczy - splunęłam. Koń nie żył. Możliwe, że przyjdzie mi za to słono zapłać.
THE END

28.02.2018

Od Tenebris "Misja. Morderca. Psycholog" + "Walentynkowa poezja"

*ważnym elementem dla fabuły są opowiadania Bush Brave'a. 1; 2 *

Same nudy. Niby wojna, ale... Szkoda gadać. A myślałam, że będzie pełno krwi, ryzyka, poświadczenia życia, a tu nic. Tylko chowanie się jak sobole przed moim sztyletem. Swoją drogą ciekawie to brzmi. Może zrobić to przysłowiem. A z resztą. Nieważne. Wracając do tematu wojny. Nie musi jej być, żeby były walki. Wystarczą walentynki. Dla mnie to święto to pojedynek z samym sobą. A może by tak zrobić własną walentynkę? Tylko z czego? Nie ma nigdzie materiałów. To jest myśl! Napiszę wiersz! A później będę go recytowała go sobolom, bundrukom i innym takim, podczas ich cierpienia. Bo to właśnie do nich chciałam skierować moje dzieło literackie. A więc pstryk. Wena włączona i możemy zaczynać.

Dla soboli i bundruków, co sens mi nadają
O sobolu z złotą kitą,
Co tajgę dzień w dzień przemierzasz
W nocnym blasku klingą litą
Kończysz marny żywot zwierza
Krew się leje żyła pęka
Tracisz swą oddaną nogę.
Wiem że to dla ciebie męka
I przeżywasz wielką trwogę
Mimo wiedzy tej koniecznej
Co mój umysł uświadamia
Nie mam serca dostatecznie
I zabiję zawiadamiam
Ale przedtem w mej radości
Dźwięku kości gruchotanych
Hen odpłyną twoje złości
I ból nóg tobie łamanych

-Tenebris - przerwał mi jakiś głos. Całe szczęście skończyłam już tworzyć zwrotkę dla soboli. Teraz tylko bundruki.
-Ta? - przystanęłam i odwróciłam głowę. Był to Bush Brave.
-Chodź - nakazał głosem nieznoszącym sprzeciwu.
-Dlaczego mam cię słuchać? - zaśmiałam się buntowniczo.
-Bo jestem twoim dowódcą - w tej chwili pożałowałam, że wybrałam stanowisko wśród morderców, którymi kieruje mój przybrany ojciec.
-Jasne, jasne - prychnęłam urażona i podeszłam bliżej.
-Idziesz ze mną - oznajmił prosto z mostu samiec.
-Gdzie? - spytałam delikatnie zdezorientowana.
-Na misję - zaśmiał się ogier, jak gdyby było to oczywiste.
-Na misję powiadasz? W takim razie się zgadzam - uśmiechnęłam się chytrze. W reszcie można się rozerwać. Koniec lenistwa. Zaczyna się wojna. Prawdziwa wojna.
-Naszym celem jest zamordowanie jakiegoś ważnego dowódcy o imieniu Arbitrantes. Z opisu tego śmiecia, Khonkha, oraz jego lizusów wynika, że jest on siwy, nie ma sierści na jednej nodze, nie ma prawego oka, a na lewym ma bliznę. To wszystko co wiem - wyrecytował na jednym oddechu Bush Brave. Na więcej nie było go stać.
-Starczy? - zawahałam się. Czy nie ciężko znaleźć konia po tak powierzchownym opisie?
-Myślę że tak. W końcu to dosyć jasne znaki - ogier uśmiechnął się zachęcająco. O kurcze! To on potrafi tak wykrzywić twarz? Wprost niemożliwe. Mimo wszystko nie chciałam psuć tak wyjątkowej sytuacji i nie skomentowałam uśmiechu.
CDN

27.02.2018

Od Khonkha "Wojenna rzeczywistość. Władca, nauczyciel życia stadnego Cz. III

Udało się. Kalan w końcu się złamał i wygadał wszystko jak na spowiedzi. Dzięki niemu wiedzieliśmy, z iloma przeciwnikami będziemy mieli do czynienia, ile mają broni, jak są wyszkoleni. Oczywiście pod warunkiem, że ogier powiedział nam prawdę. Z racji tego, że Kalan na nic więcej już by się nam nie przydał, trzeba było się go pozbyć. Co prawda myślałem nad tym, czy by nie zrobić z niego jeńca, ale wątpiłem, by jego stado zechciało go wykupić. Puścić go ot tak także nie mogliśmy. Postanowiłem jednak załatwić to nietypowo.
-Dobrze, odpowiedziałeś już na wszystkie pytania, które do Ciebie mieliśmy. Możesz odejść wolno-powiedziałem.
-Naprawdę?-zdziwił się Kalan.
-Tak-odparłem. Ogier zaczął się niepewnie oddalać. Co jakiś czas zerkał nerwowo za siebie, obserwując nas w obawie, że coś mu zrobimy. W końcu nie wytrzymał i puścił się biegiem przed siebie.
-Zajmiesz się nim?-spytałem Bush'a, kiedy tylko Kalan zniknął nam z pola widzenia.
-Z przyjemnością-odparł ogier, po czym udał się w pościg za naszym niedawnym rozmówcom. Nasza trójka zawróciła w stronę klanu. Bush Brave miał do nas dołączyć po wykonaniu swojej pracy. Czy miałem wyrzuty sumienia? Takie same jak przy pozbywaniu się poprzedniego Klanu Mroźnej Duszy. W końcu dotarł do nas kuc. Nikt nie zadawał mu żadnych pytań, bo nie było takiej potrzeby. Jego mina sama za siebie mówiła, że wszystko poszło zgodnie z planem. Po powrocie do klanu od razu obstąpili nas inny członkowie. Byli ciekawi, jak się ma Hasmina i jak poszła akcja. Zgodnie przemilczeliśmy fakt rozmowy z Kalanem.
-Czyli poszło Wam bez żadnych komplikacji?-spytała Yatgaar, kiedy już wszyscy rozeszli się do swoich spraw.
-Nie do końca-odparłem. Nie miałem pojęcia, jak ona to robi, ale zawsze udawało jej się wyciągnąć ze mnie wszystkie informację. W sumie w jej przypadku aż tak mi to nie przeszkadzało, bo czułem, iż komu jak komu, ale jeśli jej nie mogę zaufać, to już nikomu innemu.
-Co się stało?-spytała zainteresowana.
-Mieliśmy szczęście uwolnić też przy okazji członka Stada Hańby-powiedziałem zgodnie z prawdą.
-I co dalej?
-Przycisnęliśmy go i wypytaliśmy o wszystko, co mogłoby nam się przydać-odparłem.
-A później? Co z nim zrobiliście? Nie widziałam, żeby z Wami przyszedł, ale chyba nie puściliście go wolno?
-Ej! Nie jestem idiotą!-zawołałem, po czym odszedłem kilka kroków, udając, że się obrażam.
-Niech Ci będzie-powiedziała klacz, przewracając oczami.-To powiesz mi czy nie?
-A mam inny wybór?
-Nie- odparła krótko Yatgaar, po czym oboje się zaśmialiśmy.
-Nie wiem, co się z nim później stało. Spytaj się Bush'a-powiedziałem w końcu, kiedy przestaliśmy się śmiać.
-Jeśli mam być szczera, to uważam to za dobre rozwiązanie-odparła klacz. Nic nie odpowiedziałem, ale w duchu ucieszyłem się z jej słów. Nie wiedzieć czemu, ostatnio coraz częściej wyczekiwałem jej aprobaty czy też pragnąłem jej towarzystwa. Czułem, że jest moją bratnią duszą.
~~~Jakiś czas później~~
Cieszyłem się, że to właśnie Yatgaar poprowadzi klan razem ze mną do ataku. Mam przy sobie jednocześnie ukochaną klacz i doskonałego wojownika-pomyślałem, nim zdążyłem się nieco zastanowić nad sensem tych słów. Ukochaną w sensie, że lubianą- wyjaśniłem sobie od razu. Razem ruszyliśmy do walki.
~~Wieczorem następnego dnia~~
Cały dzień wypełniła nam praca, toteż pod koniec nikt nie miał ani krzty energii. Miałem już iść spać, ale jakoś nie mogłem zasnąć. W końcu zauważyłem Yatgaar. Mimo że wszyscy już spali, ona nie. Zauważywszy, iż ja także jeszcze nie zasnąłem, skierowała się w moją stronę.
-Nie możesz spać?-spytała od razu.
-Tak.
-Pewnie za bardzo przejmujesz się wojną-odparła.
-Wątpię, żeby to było tego przyczyną. A ty czemu nie śpisz?-zapytałem.
-Nie wiem- powiedziałą Yatgaar. Przez jakiś jeszcze czas rozmawialiśmy, aż w końcu zmorzył mnie sen. Zanim jednak zasnąłem, w mojej głowie pojawiła się myśl: w towarzystwie Yatgaar zawsze czuję się tak dobrze. Ponadto ona jest bardzo inteligentna, waleczna, potrafi doskonale walczyć. Ale ma też swój charakterek. Mimo to ją lubię. Ale czy tylko "lubię"? Ostatnio zacząłem łapać się coraz częściej na myśleniu o niej, o tym, co do niej czuję.
C.D.N.


27.02.2018

Od Kirka "Powrót na wojnę. Obrońca" Cz. III

Pies całą noc przeleżał bez ruchu. Choć nie chciałem spać, w końcu zmęczenie wzięło górę i zasnąłem. Kiedy rankiem się obudziłem, mogłem zobaczyć, jak zwierzak siedzi przede mną i merda ogonem. Ucieszyłem się, gdyż to oznaczało, że nic poważnego mu się nie stało. Moja radość była jednak odrobinę przedwczesna, gdyż okazało się, iż szczeniak utyka na jedną łapę. Cały dzień zastanawiałem się, co mam teraz z nim zrobić, bo nie wyobrażałem sobie, żeby miał pójść ze mną do klanu. Zostawić go tu samego też bym nie mógł, poza tym pies cały czas za mną chodził. Zastanawiałem się, co w ogóle tutaj robił, skoro ludzie musieli opuścić to miejsce dawno temu. Ponadto szczeniak był mocno wychudzony. Zastanawiałem się, od jak dawno nie jadł. Nie udało mi się znaleźć niczego, co mógłbym dać mu do zjedzenia. Zrezygnowany po raz kolejny obszedłem cały dom i okolicę. Potem wróciłem do chaty, by trochę odpocząć i zastanowić się co dalej. Szczeniak cały czas mi towarzyszył. Spędziliśmy w środku jakąś godzinę, po czym nagle psiak zerwał się i wybiegł na zewnątrz. Wyrwany z zamyślenia podszedłem powoli do wejścia, by sprawdzić, co się dzieje. Ujrzałem nie tylko towarzyszącego mi wcześniej szczeniaka, ale chyba całą jego rodzinę. W odległości kilku metrów widziałem jak zwierzak wita się z jakimś innym psem i resztą rodzeństwa. Nie byłoby w tym nic tak nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że wraz z nimi był wilk. Od razu pojąłem, że to jakaś rodzina składająca się z dzikich psów i tego drapieżnika. Mimo że znajdował się tam tylko jeden wilczur, przestraszyłem się nie na żarty. Postanowiłem się po cichu wycofać i obserwować dalej sytuację z ukrycia. W tym samym czasie wilk wyczuł moją obecność i skupił na mnie swoje bursztynowe spojrzenie. Zastygłem w bezruchu. Sam nie wiedziałem, czego się spodziewam. Ku mojemu zdziwieniu, drapieżnik tylko zawył, a po chwili dołączyła do niego reszta jego małej watahy. Mimo iż był dzień, wycie słyszane z tak bliska sprawiło, że przeszedł mnie dreszcz. Po tym cała rodzinka odwróciła się i pobiegła w swoją stronę. Po jakichś kilkunastu metrach czarny szczeniak, z którym dane mi było spędzić tyle czasu, zatrzymał się, odwrócił, zaszczekał w moją stronę i pomachał radośnie ogonem. Potem odwrócił się i pobiegł dalej za stadem. Nawet kiedy już zniknęli z mojego pola widzenia, ja jeszcze przez chwilę stałem w miejscu, nie dowierzając w to, czego byłem świadkiem. W końcu jednak otrząsnąłem się z zamyślenia i stwierdziłem, że skoro problem rozwiązał się sam, to czas wracać do klanu. Nie powiem, trochę mnie smuciło, że zapewne już nigdy nie spotkam psiaka, który uratował mi życie, ale tak już jest. Na swojej drodze napotykamy wiele rzeczy, z których odejściem musimy się godzić. Tak było od zawsze. Do klanu udało mi się wrócić dość szybko. Jak się okazało, wszyscy byli już niemal przygotowani do wojny. Mieliśmy wyruszyć następnego dnia, toteż cały pozostały mi czas poświęciłem na własne przygotowanie się i odpoczęcie. W międzyczasie musiałem wyjaśnić niektórym, w tym przywódcy, czemu tak długo mnie nie było. Jak się okazało, wysłali nawet jakąś grupę poszukiwawczą, ale nie udało im się mnie odnaleźć. Wyjaśniłem więc, co i gdzie robiłem przez ten czas, jednak powiedziałem to nieco inaczej, niż było w rzeczywistości, aby nie musieć się tłumaczyć z tego, iż mimo wojny nie wróciłem do klanu z powodu...psa.
~~Następnego dnia~~
O ustalonym czasie ruszyliśmy na wojnę. W wielkim skrócie, pierwsza walka nie poszła nam źle, ale mogła pójść lepiej. Mieliśmy kilku rannych, ale nikt z naszych nie zginął. Stado Hańby poniosło za to o wiele poważniejsze straty. Następne dni miały nam zlecieć na przygotowaniach do prawdziwej działań wojennych, która właśnie się zaczęło. Wiele koni sprawiało wrażenie, jakby dopiero teraz zdały sobie sprawę, co tak naprawdę oznacza słowo "wojna". Ci jednak, którzy zdawali sobie sprawę z powagi sytuacji i wiedzieli co nieco na ten temat, byli pewni, że zbliża się kolejna bitwa. Khonkh ogłosił dzień po pierwszej walce, że chce jak najszybciej zaatakować ponownie. Od tego czasu stale uzupełnialiśmy zapasy, przygotowywaliśmy więcej broni i ćwiczyliśmy. W końcu władca ogłosił, że jutro wyruszamy na kolejną bitwę.
C.D.N.
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika