Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nadira. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nadira. Pokaż wszystkie posty

17.07.2017

Od Nadiry do Shere Khana (S) - "Wątpliwości"

- Zdecydowałem, że, jeśli nadal uważasz, iż obie z Peril dacie radę, pójdziemy przez pustynię. Czy wtakim razi zgodzisz się pomóc mi przeprowadzić klan?
- Oczywiście - skinęłam delikatnie łbem. Wciąż czułam się z tym nieco niezręcznie, ale wiedziałam, że dla dobra klanu powinnam przełknąć moją wrodzoną nieśmiałość. Kiedy mówi się "A", trzeba powiedzieć "B", a w końcu to ja, całkiem niedawno zaproponowałam mu swoją pomoc. On był gotów ją przyjąć, nie było się nad czym zastanawiać.
Wieczór był przyjemnie chłodny, w porównaniu do upalnego dnia. Miałam świadomość, że to tylko przedsmak tego, co czeka nas na pustyni, jednak wiedziałam, że zarówno ja, jak i Peril, damy radę przez nią przebrnąć. Mała zapewne zacznie narzekać, ale czego innego spodziewać się po dziecku? Podobnie narzekałaby, gdybyśmy szli naokoło. Podróż trwałaby dłużej i cierpiałaby z powodu bolących nóg.
Ogier uśmiechnął się do mnie, po czym odszedł, żebyśmy mogły odpocząć.
Następne dni przyniosły wiele nieoczekiwanego. Partnerstwo Shere Khana i La Vidy, śmierć Nicoleta. Muszę przyznać, że nie znałam go dobrze, jednak podobnie jak wszyscy, czułam przygnębienie. Zdążyłam zorientować się, że kasztan był naprawdę mądrym i dobrym koniem. Taka strata zawsze boli.
Cieszyłam się też, że Peril była grzeczna i na uroczystości pogrzebu udało jej się zachować ciszę. Byłam z niej naprawdę dumna. Nadarzyła się też pierwsza okazja, by porozmawiać z nią o śmierci. Nie wiedziałam, jak jej to wyjaśnić, jednak ostatecznie udało mi się wyjść z opresji, tłumacząc, że to podróż w odległe miejsce. Miejsce, z którego już się nie wraca i gdzie wszyscy są szczęśliwi. Podróż do nieba, do gwiazd. Zapytała, czy jej tata też tam jest. Zaskoczyła mnie tym pytaniem. Bez wahania odpowiedziałam, że tak. Przez chwilę nie mówiła nic, po czym spojrzała na mnie błękitnymi ślepkami.
- Ale Ty, mamusiu, nie idziesz w to miejsce, prawda? Nie idziesz do nieba?
- Nie, Peril. Jeszcze nie.
- To dobrze, nie chcę zostać sama.
- Nigdy nie będziesz sama, kochanie - odparłam ciepło, pieszczotliwie skubiąc wargami jej grzywkę - Zawsze będę przy Tobie, nawet kiedy pójdę do nieba. Będę patrzeć na Ciebie z góry i pomagać Ci w trudnych chwilach.
- Obiecujesz?
- Obiecuję.

Kiedy źróbka zasnęła, jeszcze długo leżałam u jej boku, rozmyślając. Ruszaliśmy już jutro. Kiedy La Vida została partnerką Shere Khana, nie wiedziałam, czy nasza umowa wciąż jest aktualna. Teraz to ona powinna pomóc mu przeprowadzić stado, nie ja. Wszystko okaże się, kiedy zaczniemy wędrować. Na wszelki wypadek nie będę wychodzić w przód. Poczekam aż Shere zdecyduje. Nie chciałam mu się narzucać. Westchnęłam, po czym zamknęłam oczy, oddając się objęciom snu.

Ruszyliśmy wieczorem, by uniknąć upałów. Zgodnie z zamierzeniem, ruszyłam za prowadzącymi. Nie wychodziłam naprzód, jednak trzymałam się w miarę blisko, by być w pogotowiu. Chyba pierwszy raz nie szłam na samym końcu, głównie ze względu na Peril. Wolałam, żeby była otoczona innymi końmi. Tak było bezpieczniej.

<Shere Khan?>

15.06.2017

Od Nadiry do Shere Khana (S) - ,,Koniec wędrówki"

Nie rozumiałam, dlaczego Shere Khan tak wypierał myśl, że jest dobrym przywódcą. Przejmował się mną i obcym źrebięciem, mimo, że nie byłyśmy jego największym i kluczowym zmartwieniem.
- Nie musisz się o nas niepokoić. Mała wciąż pije mleko, więc nie zabraknie jej pożywienia. Nie odwodni się, a jeśli będzie potrzebować cienia, może schować się pode mną. Ja urodziłam się i wychowałam w tamtych stronach. Z nas wszystkich jestem prawdopodobnie najlepiej przystosowana do takiej przeprawy.
Ponownie zapadła między nami cisza. Wiedziałam, że ogier właśnie zastanawia się nad tym, co właśnie mu powiedziałam. Przypatrywałam się Peril, gdy ta wybiegła przede mnie i ogiera. Popadłam przez to w zamyślenie, z którego wyrwało mnie dopiero pytanie karego. Ulokowałam spojrzenie w jego pysku, by po chwili ponownie spojrzeć na małą.
- Idąc na końcu obchodu usłyszałam rżenie. Wiedziałam, że ktoś bardzo cierpi i jako medyk nie potrafiłam tego zignorować. Zatrzymałam się i nasłuchiwałam. Byliście już całkiem daleko, więc zboczyłam ze szlaku sama - wyjaśniłam, trochę obawiając się, że przywódca zgani mnie za taką samowolkę.
- Co było dalej? - zapytał zamiast tego.
- Dotarłam do klaczy w połogu, ale nie mogłam nic dla niej zrobić. Peril była w fatalnym ułożeniu macicznym i bałam się, że nie przeżyją tego obie. Klacz miała silny krwotok. Urodziła, ale straciła zbyt wiele krwi. Obiecałam, że zajmę się jej dzieckiem.
Na tym zakończyłam historię. Nie chciałam zamęczać go zbędnym gadaniem, więc ograniczyłam się do najważniejszych informacji. Zawsze wolałam mówić za mało niż za dużo, wychodząc z założenia, że jeśli mój towarzysz będzie zainteresowany, po prostu zapyta.
- To musiało być straszne - zauważył.
- Nie było straszne. Było przygnębiające. Powinnam była jakoś jej pomóc, a jedyne co mogłam zrobić to po prostu tam z nią być - na chwilę zamknęłam ślepia, ale już po chwili otworzyłam je, nie chcąc na długo tracić małej z pola widzenia. Była grzeczna, ale to wciąż tylko dziecko. Kto wie, co przyjdzie jej do głowy?
- Nie obwiniaj się. Zrobiłaś dla niej wszystko co mogłaś.
Westchnęłam, kiwając łbem na znak zgody. Odłączyłam się od klanu i naraziłam na niebezpieczeństwo.
- Szkoda, że to nie wystarczyło.

Przez resztę drogi szliśmy w ciszy, od czasu do czasu nawołując Peril, gdy odeszła za daleko. Gdy dotarliśmy do innych koni, Amigo przywitał nas rżeniem. Było też kilka innych, ale skierowanych w stronę przywódcy. Mnie mało kto kojarzył, nic dziwnego. Nie chciałam dłużej narzucać się karemu, jednak zanim się rozdzieliliśmy, zatrzymałam go.
- Shere Khan?
- Tak? O co chodzi?
Przez chwilę biłam się z myślami. Nie byłam pewna czy chcę się tak wychylać, ale bezpieczeństwo stada było ważniejsze niż moja nieśmiałość.
- Dobrze znam tę pustynię. Jeśli zdecydujesz, że przejdziemy środkiem, będę wiedziała jak iść, żeby ominąć ruchome piaski. Znam też parę osad.
<Shere Khan?>

14.06.2017

Od Nadiry do Shere Khana (S) - ,,Wicher zmian"

Musiałam przyznać, że Shere Khan zaskoczył mnie, wyznając, że stado wyruszyło na poszukiwania, gdy tylko zdali sobie sprawę z mojego zniknięcia. Nie spodziewałam się, że zmienią trasę tylko po to, żeby rozejrzeć się za pojedynczym osobnikiem. Byłam realistką i wiedziałam, że to nieopłacalne, chociaż myśląc o tym czułam wdzięczność. Nawet jeśli nie udało im się mnie znaleźć, sam fakt, że spróbowali mocno podniósł mnie na duchu. Tak samo jak to, że mogę znów być częścią klanu razem z Peril. Szczerze mówiąc obawiałam się reakcji przywódcy. Źrebię to pewien kłopot, może opóźniać pochód i trzeba będzie na nie uważać, a mimo to zgodził się, jakby była to najbardziej oczywista decyzja pod słońcem. Odetchnęłam z ulgą, posyłając karemu uśmiech.
- Dziękuję. Masz rację, ciąganie jej po lesie o tej porze to fatalny pomysł.
- Więc jak ma na imię nasza najmłodsza członkini? - zainteresował się, spoglądając na źrebię. Peril pod naporem jego spojrzenia onieśmieliła się i spuściła wzrok.
- Peril. Jest bardzo nieśmiała - wyjaśniłam zachowanie małej. Nie chciałam, by fryzyjczyk pomyślał, że się go boi, choć prawdę mówiąc były na to całkiem spore szanse. Od urodzenia przebywała tylko ze mną, nie poznając innych koni. W ciągu swojego króciutkiego życia zdążyła przeżyć już spotkanie z wilkami. Schyliłam się, by pokrzepiająco skubnąć jej króciutką grzywkę.
- Podnieś wzrok, kochanie. Nie ma się czego bać. Shere Khan nie jest zagrożeniem.
Mała niepewnie przestudiowała karego wzrokiem.
- Jesteś duży - skomentowała nieufnie w jego stronę - A ja jestem mała. Muszę na Ciebie uważać.
- Peril - zaczęłam, chcąc ją upomnieć, jednak ogier wtrącił się uprzejmie:
- Nie Nadiro, nie szkodzi. Peril jest bardzo mądra. To co duże, jest niebezpieczne. Będzie potrzebować czasu, żeby przekonać się, że może mi ufać.
Skinęłam głową, będąc pod wrażeniem jego wyrozumiałości. Zauważyłam, że Peril ziewa i odruchowo zrobiłam tu samo.
- Chyba pora na sen - zauważył Shere Khan - Odpocznijcie, ja będę czuwał.

Najpierw nie chciałam się na to zgodzić, ale po chwili doszłam do wniosku, że muszę wreszcie się wyspać, żeby nie stracić mleka i nie zwalniać pochodu. Odeszłam kawałek, żeby położyć się w miękkich mchach. Peril udała się w ślad za mną, kładąc się obok i wtulając w moje ciało.
- Mamusiu?
Przeszył mnie dreszcz. Nazywała mnie tak od niedawna i nie mogłam się do tego przyzwyczaić.
- Tak, skarbie?
- Zaśpiewasz?
Pokręciłam łbem z niedowierzaniem, jednak nie miałam serca jej odmówić, nawet jeśli trochę krępowałam się śpiewać przy Shere Khanie.

W oddali łąki, wejdźże do łóżka
Czeka tam na cię z trawy poduszka.
Skłoń na niej główkę, oczęta zmróż,
Rankiem zbudzi cię słońce, twój stróż.

Tu jest bezpiecznie, ciepło jest tu,
Stokrotki polne zaradzą złu.
Najsłodsza mara tu ziszcza się...

Nim zdołałam dokończyć refren zorientowałam się, że Peril zasnęła. Uśmiechnęłam się więc i niedługo potem ułożyłam łeb na ziemi, by pójść w jej ślady.

Kiedy się obudziłam, zorientowałam się, że małej przy mnie nie ma. Panikując, odruchowo poderwałam się na nogi, jednak kiedy omiotłam zagajnik spojrzeniem, zauważyłam, że jest parę metrów dalej, skradając się od tyłu do Shere Khana, który spokojnie skubał trawę. Nie wiedząc, co Peril zamierza zrobić, chciałam ją powstrzymać, ale wtedy zauważyłam, że ogier śledzi ją spojrzeniem, doskonale zdając sobie sprawę z jej obecności. Udawał nieświadomego, nie chcąc psuć jej zabawy, a na moim pysku zakwitł uśmiech. Stałam więc w miejscu obserwując ich. Gdy źróbka była parę kroków od od ogiera, skoczyła do przodu, łapiąc go za ogon i pociągając lekko. Potem jak najszybciej uciekła, ponownie chowając się pod moim brzuchem. Zaśmiałam się, bo fryz bardzo wiarygodnie odegrał zaskoczonego, rozglądając się dookoła.
- Co to było? - zapytał, spoglądając podejrzliwie w moją stronę - Nadira, to Ty?
Wybuchnęłam jeszcze głośniejszym śmiechem, kręcąc głową na nie. Spojrzał więc na Peril, mrużąc ślepia i wydając swój osąd.
- I co mam teraz z Tobą zrobić, hmm? - ruszył w naszą stronę. Biała schowała łeb za moją nogą, licząc na ochronę, jednak ja odstąpiłam na krok. chcąc by sama zmierzyła się z przywódcą. Ta jednak ponownie schowała się pode mną, najwyraźniej jeszcze zbyt wystraszona. Kary pokręcił głową z rozbawieniem.
- Pora wracać - oznajmił. Przytaknęłam mu i po chwili ruszyliśmy w drogę powrotną.

<Shere Khan?>

13.06.2017

Od Nadiry do Shere Khana (S) - "Powrót do domu"

23 kwietnia, godzina do zachodu słońca 
Powietrze zmieniło temperaturę na niższą, zwiastując niechybne nadejście gwieździstej nocy. Stado wciąż wędrowało w poszukiwaniu miejsca na nocleg. Otwarta przestrzeń z pewnością nie byłaby dobrym wyborem. Szłam jak zwykle na końcu, w pewnym odstępie od osobników zamykających pochód. Shere Khan i Amigo szli z przodu, jednak ja czułabym się niezręcznie, wyprzedzając resztę. Raz po raz omiatałam nogi miękkim włosiem mlecznobiałego ogona, czujnie strzygąc uszyma. W pewnym momencie usłyszałam niepokojący dźwięk, więc przystanęłam i obróciłam głowę w jego stronę, nasłuchując. Kiedy odgłos się powtórzył, zdałam sobie sprawę, że jest to przepełnione bólem rżenie. Parsknęłam w stronę stada, by zwrócić ich uwagę, jednak byli zbyt daleko, by mnie usłyszeć. Rozdarta, ponownie spojrzałam w stronę skąd dobiegło mnie słabe wołanie o ratunek. Nie chciałam stracić z oczu innych, jednak serce nie pozwalało go zignorować. Byłam medykiem i niesienie pomocy  było moim powołaniem. Potrząsając nerwowo grzywą zboczyłam ze szlaku, wyruszając na poszukiwania rannej. 

Kilka godzin później, 24 kwietnia 
Nie spodziewałam się tego, co zostałam na miejscu. W szuwarach spoczywała nerwowo wyciągnięta klacz. Bok unosił się chaotycznie, a łeb co chwila wyłaniał się z morza zieleni i na powrót opadał w wysoką trawę. Słyszałam jej ciężki oddech będąc kilkanaście metrów dalej. Zarżałam miękko, by nie wystraszyć jej nagłym pojawieniem się. Spojrzała na mnie krótko, nim ponownie wyprężyła się w bólu. Podeszłam bliżej, pochylając się, aby przefiltrować jej zapach. Był mi zupełnie obcy. Potem przesunęłam po niej spojrzeniem. Liczyłam oddechy i spazmy jej ciała. Szybko zdałam sobie sprawę, że nieznajoma lada moment wyda na świat nowe życie, jednak proces nie idzie zgodnie z planem. Nie mogłam nic dla niej zrobić. Wiedziałam, że okropnie cierpi i jedyne co mi pozostało, to wspierać ją w ciężkich chwilach. Musnęłam pyskiem jej ucho, a potem skroń, by bo chwili ułożyć smukłe ciało tuż przy niej z nadzieją, że uda mi się podtrzymać w ten sposób jej ciepło. Straciła dużo energii, pomału docierała do mnie metaliczna woń krwi. Noce wciąż były chłodne. Przyłożyłam głowę przez jej spoconą szyję, na miarę możliwości przygarniając ją do siebie. Przez cały ten czas nie wymieniłyśmy ani słowa. To nie było konieczne. Obie miałyśmy świadomość, że ta historia nie będzie mieć szczęśliwego zakończenia, a ja wiedziałam, że nie porzucę źrebięcia, które niebawem się urodzi. 

24 kwietnia, wschód słońca
Ostatkiem sił, Kalina zmusiła obolałe ciało do ostatniego wysiłku. Parła z całą siłą woli, w pewnym momencie wydając z siebie okropny wrzask. Podejrzewałam pęknięcie kanału rodnego, jednak wciąż nie podniosłam się na nogi więc nie mogłam stwierdzić tego na pewno. Usłyszałam, jak coś niewielkiego porusza trawami, osuwając się na ziemię. 
- Udało Ci się - szepnęłam do niej z czułością, jakby to uczucie w moim głosie miało ukoić jej męki. Miałam nadzieję, że mój głos nie drży tak jak drżały mi nogi, gdy podnosiłam się, aby obejrzeć maleństwo. Teraz widziałam, że krwotok był przynajmniej dwukrotnie większy. 
- Jak mam dać jej na imię? - zapytałam z łagodnością, po czym pochyliłam się, by rozerwać błonę płodową i umożliwić klaczce swobodny oddech. Jej matka poruszyła się z trudem, usiłując po raz pierwszy i ostatni spojrzeć na swoje dziecko. Pomogłam jej,  podpierając zmizerniały łeb. 
- Peril - odparła tak cicho, że ledwie mogłam ją usłyszeć. Patrzyła na śnieżnobiałe źrebię, aż nie zabrakło jej sił. Wtedy położyłam jej głowę w trawie, zaczynając delikatnie skubać jej grzywkę. Ostatnie chwile jej życia, pomyślałam. Jakie to smutne. 
- Zaopiekuję się nią - obiecałam, chcąc sprawić, by choć u kresu życia była spokojna. Widziałam, że spogląda na mnie z wdzięcznością, a pysk rozświetla blady uśmiech. Właśnie to chciała usłyszeć i z tą myślą zaczerpnęła powietrza po raz ostatni. Starałam się nie pokazać, jak bardzo się boję. Jak mogłam brać odpowiedzialność za kogoś, kiedy nie potrafiłam zadbać sama o siebie? Mając pewność, że Kaliny już ze mną nie ma, ponownie podniosłam się na nogi, by odtąd całą swoją uwagę poświęcić małej Peril. Wylizałam ją dokładnie, czyszcząc źrebięcą sierść i pobudzając krążenie. Zachęciłam ją, by zaczerpnęła pierwszego mleka od nieżyjącej już matki. Wiedziałam, że to przesądzi o jej życiu lub śmierci, zwłaszcza, że ja mleka nie produkowałam. Podejrzewałam, że to tylko kwestia czasu. 

27 kwietnia 
Martwiłam się. Peril stanęła na nogi, jednak nie nabierała sił. Wręcz przeciwnie, słabła z dnia na dzień, a ja wciąż nie mogłam jej karmić. Zastanawiałam się, czy to z powodu ogromnego stresu. Pewnie tak. 

28 kwietnia 
Peril po raz pierwszy pociągnęła moje mleko. Czułam, że jeśli będzie próbować, w końcu się uda. Choć uczucie było przedziwne, starałam się nie wzdrygać za każdym razem, gdy jej drobny pyszczek sięgał wymienia. Spędziłyśmy tam kilka następnych dni, posilając się i zbierając siły. Jadłam za dwoje, by odpowiednio ją nakarmić. Miałam nadzieję, że parę dni głodówki nie odbije się znacząco na jej zdrowiu. 

5 maja 
Peril wygląda i chyba czuje się dużo lepiej. Jej sierść lśni niczym kość słoniowa, a błękitne ślepia błyszczą nieodpartą ciekawością świata. Sądzę, że to dobrze. Przez chwilę myślałam, że nigdy się nie ożywi. Jest urocza, kiedy usiłuje gonić motyla i kiedy przewraca się, gdy zaplączą jej się nogi. To najpiękniejsze źrebię, jakie kiedykolwiek widziałam. Jedyne, jakie kiedykolwiek widziałam, ale to nie przeszkadza mi w stwierdzeniu faktu - kocham ją. Kocham jakby była moja.

6 maja 
Ruszyłyśmy o świcie. Mała ma już na tyle sił, by wędrować przy moim boku. Wiedziałam, że będziemy często się zatrzymywać, ale po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułam, że może nam się udać. Zamierzam odnaleźć mój klan. Wiem, że tam będzie bezpieczna. Wiem, że muszę zapewnić jej bezpieczeństwo, a w pojedynkę nie jestem w stanie tego dokonać. 

19 maja 
Idziemy już strasznie długo, jednak nie tracę nadziei. Stado to nasza jedyna szansa na przeżycie i wiem o tym aż za dobrze. Nie śpię w nocy, bo wiem, że muszę czuwać. Przysypiam za dnia w porze karmienia. Jestem coraz bardziej zmęczona, ale to mnie nie powstrzymuje. Nic mnie już nie powstrzyma, bo paradoksalnie do wyczerpania wędrówką wstępują we mnie nowe siły witalne. Wszystko przez Peril. Ona mnie napędza. Gdyby nie ona, już dawno bym się poddała. Muszę dać radę dla niej, muszę odnaleźć Shere Khana i resztę klanu. 

28 maja 
Trafiłam na pierwsze tropy. Nie mam pewności, do kogo należą, ale jedne z nich są znacznie większe i głębsze od reszty. Mam nadzieję, że to ślady Shere Khana. Jak bardzo chciałabym, aby były jego! Narzuciłam szybsze tempo. Mała nadąża z trudem, ale prędko się hartuje. Jeśli mamy ich dogonić - kimkolwiek są - musimy znacząco się sprężyć. Wciąż nie śpię, ale Peril je teraz dużo więcej. Niedawno zaczęła skubać trawę, co bardzo mnie cieszy. 

8 czerwca 
Jesteśmy coraz bliżej. Mogę stwierdzić, że siedzimy im na ogonie. Ślady są coraz świeższe, a moja ekscytacja rośnie. Jednocześnie się obawiam - nie jestem w stanie rozpoznać woni, które unoszą się nad tropami. Idziemy w ciemno, licząc na łut szczęścia, ale to jedyne, co nam pozostaje. 

10 czerwca 
Nigdy wcześniej się tak nie bałam. Może dlatego, że zawsze chodziło tylko o moje życie. Teraz gra toczy się przede wszystkim o życie Peril, a ja mogłam ją stracić. Nawet nie chcę myśleć, co by się stało, gdyby jeden z tych wilków ją dopadł. Nie wiem też, co we mnie wstąpiło. Zawsze uciekałam przed zagrożeniem, a dziś... Dziś stawiłam mu czoła. Coś się we mnie zmieniło, na zawsze. Zasłoniłam małą własnym ciałem, broniąc przed szczękami drapieżników. Nie dosięgnęły jej, ale poharatały mi nogi i grzbiet. Na szczęście to tylko zadrapania. Mam nadzieję, że znajdziemy niedługo jakiś zbiornik wodny, bo słońce górujące na nieboskłonie sprawia, że strasznie swędzą. 

13 czerwca, godzina po północy 
Wiem, że spotkanie z klanem to tylko kwestia czasu. Połacia wyciętej trawy i ogołocone krzaki świadczą o tym, że zatrzymali się gdzieś w okolicy. Wciąż nie mam pewności czy wytropiłam właściwe stado, więc razem z Peril skryłyśmy się w niewielkim zagajniku. Gęste ściany drzew otaczają nas z trzech stron, więc czuję się odrobinę spokojniej. Nie kładę się jednak, nawet jeśli Peril leży od dawna. Chowa się jak zawsze pod moim brzuchem. Jestem z niej dumna, jest bardzo bystrym dzieckiem. Wie, że musi być cicho i nie oddala się na krok, chyba, że jej pozwolę. 
Wzdycham, odciążając zadnią nogę. Po raz kolejny spływa na mnie trud poprzednich tygodni, przymykam zatem ślepia. Światło księżyca oblewa moje ciało, załamując się na jego krawędziach. Peril emanuje srebrną poświatą i zastanawiam się, czy lśnię w ten sam zapierający oddech sposób. Otacza nas łuna mistycyzmu. Dawno nie widziałam czegoś tak pięknego. 
Z rozmyślań wyrywa mnie trzask gałązki, a potem następnej. Sciółka zagajnika skrzypi pod kimś ciężkim. Czym prędzej przestępuję z nogi na nogę, zmuszając źrebię do wstania. Robi to natychmiast, ale nie wychodzi spode mnie, plącząc mi się między nogami. Strzygę uszyma i odwracam głowę, starając się zlokalizować intruza. Kiedy go dostrzegam, wszystko we mnie zamiera. Mój oddech, mój głos i moje serce. Peril również nie rusza się choćby o centymetr. 
W ciszy obserwuję zwalistą sylwetkę, jednak nie rozpoznaję jej od razu. Zbyt mocno stapia się z mrokiem, zacierając znajomą linię łba i grę stalowych mięśni. Powoli wypuszczam powietrze, a mała niespokojnie drobi w miejscu, drobnym kopytkiem łamiąc kruchą gałązkę. To wystarcza, aby postać spojrzała w naszą stronę. 
Przez chwilę po prostu się sobie przyglądamy. Nerwowo poruszam ogonem, a księżycowe refleksy sprawiają, że kiedy to robię zdaję się strząsać z włosów iskrzący pył. Czarne ślepia lśnią niczym kryształy, a Peril przytula się do mojej nogi. Mam nadzieję, że weźmie nas za zjawy. Piękne, długonogie zjawy, które nawiedzają to miejsce w noce takie jak ta. 
Wtedy dociera do mnie jego woń. Tak ciepła i cudownie znajoma. Otula mnie i w mgnieniu oka czuję, że nic nam nie grozi. 
- Shere Khan - rżę więc cichutko w jego stronę, by i on mnie rozpoznał, jeśli jeszcze tego nie zrobił. Barwę głosu mam ciepłą i łagodną, jakbym zwracała się do dziecka lub umierającego. Stawiam parę niepewnych kroków w jego stronę, wychodząc przed Peril, która błękitnymi ślepiami taksuje jego sylwetkę zza mojego ogona. - Jak dobrze Cię widzieć. 

<Shere Khan? Wybacz mi tę długość. Miałam natłok weny po przerwie.>

12.06.2017

Nadira powraca!

Nadira, członkini Klanu Mroźnej Duszy, która odeszła 23 kwietnia, postanowiła do nas wrócić. Witamy z powrotem!

Inne zdjęcia: 1, 2 
Źródło: Pinterest
Motto: "Nie bój się cieni. One świad­czą o tym, że gdzieś znaj­du­je się światło."
Imię: Nadira, co w języku jej przodków oznacza cenna
Tytuł: Brak
Wiek: 3 lata
Płeć: Klacz
Przynależność: Klan Mroźnej Duszy
Ranga/i: Medyk
Głos: Beyonce
Rodzina: Krewni klaczy zostali zabici przez watahę wilków. Jej udało się uciec tylko dlatego, że rodzice poświęcili za nią życie, stając do walki z drapieżnikami. Nigdy nie miała rodzeństwa.
Osobowość: Nadira jest klaczą bardzo strachliwą i zamkniętą w sobie, trochę przypomina zagubione źrebię. Od tragicznej śmierci bliskich stroni od towarzystwa innych koni i stara się nie wchodzić nikomu w drogę, a gdy jest speszona, chowa oczęta na białą grzywką lub ucieka spojrzeniem, nerwowo przestępując z nogi na nogę. Długo uczono ją, że może ufać tylko tym, którzy na to zasłużą - czynem, a nie słowem, zatem każdego, nawet władcę, traktuje z pewnym dystansem (oczywiście pokornie stosując się do jego poleceń). Odkąd dołączyła do stada trzyma się raczej na uboczu, skubiąc trawę w cieniu drzew lub krzewów, a do wodopoju zawsze rusza ostatnia. Nigdy nie odchodzi daleko, zawsze jest na tyle blisko, by słyszeć, czy ktoś przypadkiem nie potrzebuje jej pomocy. Kiedy tak się dzieje, zapomina, co to strach i może pracować nawet pod ogromną presją. Nie zostawi rannego, nawet jeśli dla niej samej byłby to wyrok śmierci. 
Partner/Partnerka: Klacz jest jeszcze bardzo młoda i nie doświadczyła jeszcze miłości innej od tej, którą darzyli ją rodzice. Kto wie, może z czasem uda jej się na kogoś otworzyć?
Potomkowie: W głębi duszy marzy o potomku, jednak obawia się, że nie będzie potrafiła otoczyć go należytą opieką, poza tym, najpierw wypadałoby znaleźć partnera, a który by ją chciał?
Aparycja:
  • Rasa: koń czystej krwi arabskiej
  • Wygląd: Klacz jest bardzo drobna, jednak nie można odmówić jej uroku. Ślepia czarne niczym dwa węgle zawsze nieśmiało spoglądają na innych spod wachlarzy długich rzęs, które rzucają delikatny cień na jej szczupaczy pysk. Szyję łabędzia przystraja aksamitna, mlecznobiała grzywa. Ogon podczas biegu niesie dumnie jak sztandar i nie ma od tego wyjątków, niezależnie od sytuacji. Wąska pierś, mała kłoda i zgrabny zad wieńczą długie nogi o stosunkowo niedużych kopytach. Jej dużą zaletą jest bajeczny, sprężysty ruch, którym zapewne mogłaby zwieść niejednego ogiera, gdyby tylko miała na tyle śmiałości.  
  • Znaki charakterystyczne: Kiedy się boi, nie potrafi opanować drżenia nóg.
  • Wzrost: 151 cm
  • Waga: 421 kg

Umiejętności: Siwka nie należy do koni nawet przeciętnie silnych. Cechuje ją kruchość i delikatność budowy, ale z pewnością jest wytrzymała, a w dodatku niewiarygodnie szybka - tak szybka, że jedynie wiatr może ją dopędzić. Często ściga się z podrywającymi do lotu ptakami, jest nieocenioną mistrzynią ucieczki przed drapieżnikami. Poza tym dysponuje ogromną wiedzą na temat zielarstwa i wie, jak leczyć rozmaite schorzenia. W walce nie miałaby jednak najmniejszych szans, dlatego w chwili zagrożenia zawsze trzyma się blisko władcy. 
Historia: Stadem Nadiry od zawsze była jej własna rodzina, matka Norma i ojciec Kahlan. Żyli we trójkę, troszcząc się o siebie nawzajem i unikając większych grup koni. Rodzicielka od źrebaka wpajała jej tajniki zawodu, jako że była zielarką, natomiast jej mąż czuwał nad bezpieczeństwem ukochanych klaczy zarówno w dzień, jak i w nocy. Byli wędrowcami, dla bezpieczeństwa zatrzymywali się naprawdę rzadko i jeśli już to tylko po to, by zregenerować siły, ugasić głód i pragnienie. Niestety, pewnego dnia za bardzo zbliżyli się do granicy terytorium wilków, co rozgniewało ich Alphę, w dodatku była to jedna z najsurowszych zim w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Głodne drapieżniki uknuły zatem misterny plan - zgodziły się, by konie przeszły przez ich teren, obiecując, że nie zrobią im krzywdy. Gdyby stadko nie było skrajnie wycieńczone, zapewne nie skorzystałoby z oferty, jednak ze względu na wciąż zbierającą po porodzie siły Normę podjęli ryzyko. Wataha, wbrew obietnicy, zasadziła się na konie w zaśnieżonym wąwozie. Skupiły się jednak na dwóch dorosłych osobnikach, w końcu źrebię byłoby dla nich niczym więcej jak przystawką. Nadira miała wtedy zaledwie rok i sparaliżowana strachem patrzyła, jak bestie powalają jej rodziców na ziemię, rozszarpując im gardła. Rzuciła się do ucieczki dopiero, gdy jedna z wader ruszyła w jej stronę. Szczęśliwie udało jej się uciec, choć było to szczęście w nieszczęściu. Przez następny rok była sama, ale tak bała się, że wilki prędzej czy później ją dopadną, że zaczęła poszukiwać innych koni. Natknęła się na ślady kopyt i przez kilka dni snuła się jak cień za Klanem Mroźnej Duszy, a kiedy nieznajomi wreszcie ją zauważyli, powstrzymała odruch ucieczki, decydując się do nich dołączyć i wspierać ich jako medyk.

23.04.2017

Żegnamy Nadirę!

Nadira zostaje wydalona z klanu z powodu braku kontaktu z jej autorką. Mamy nadzieję, że kiedyś zdecyduje się do nas wrócić!

Nadira|3 lata| Klacz|Medyczka|Brak|yourhappythirteen@gmail.com

23.03.2017

Od Nadiry do Shere Khana (S)- "Niedźwiedzie"

Usłyszałam niepożądany dźwięk, jednak nie zdołałam przypisać go do żadnego znanego sobie zwierzęcia. Byłam w stanie stwierdzić, że na pewno nie były to wilki, ani dzikie koty i zapewne gdyby nie obecność ogiera, już dawno temu wzięłabym nogi za pas. Nie podobało mi się, że chce zostawić mnie tu samą, nawet jeśli zamierzał zniknąć tylko na chwilę. Co jeśli to coś tu po mnie przyjdzie? Nie śmiałam jednak kwestionować decyzji przywódcy, więc mimo oczywistego lęku skinęłam mu łbem na znak, że grzecznie tu na niego poczekam.
Kiedy Shere Khan zniknął mi z pola widzenia, nerwowo przestąpiłam z nogi na nogę. Nie czułam się już ani trochę bezpiecznie, więc uważnie nasłuchałam, jednocześnie rozglądając się co jakiś. Byłam tak czujna, że ciężko byłoby mnie teraz zaskoczyć, ale nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać i to ani trochę nie pomogło zachować zimnej krwi. 
Usłyszałam końskie kopyta, więc nie potrafiąc wytrzymać dłużej w bezruchu, podkłusowałam do fryza, by uważnie mu się przyjrzeć. Nie zauważyłam żadnych ran, więc odetchnęłam z ulgą.
- Niedźwiedzie? - zapytałam ze zdumieniem - Nigdy nie widziałam niedźwiedzi... - przyznałam ciszej. 
Nie śpieszyło mi się jednak, by je poznać, zatem ruszyłam za Shere Khanem, gdy ten podjął drogę powrotną. 
- Jak wyglądają? Są bardzo szybkie?
Zapewne brzmiałam teraz jak mały, zaciekawiony źrebak, aczkolwiek wciąż nie przestałam się bać. Nie byłam też ciekawa. Uznałam, że warto nauczyć się czegoś o potencjalnym zagrożeniu na wypadek, gdybym jeszcze kiedyś się na nie natknęła. Pozostało mi mieć nadzieję, że nie będę wtedy sama. 
- Hej... Co do wyścigu, moglibyśmy to jeszcze kiedyś powtórzyć. Oczywiście, jeśli tylko będziesz miał ochotę.
<Shere Khan?>

9.03.2017

Od Nadiry do Amigo (S)

*przepraszam,że wstawiam to tak późno nie miałam dostępu do komputera :)*

Dziwiła mnie żywotność ogiera. Wydawał się być wygadany i wesoły, co sprawiało pomimo lepszego samopoczucia ciężej było mi zabrać głos. Mimo wszystko próbowałam, bo zaczynałam mieć dość samej siebie. Uśmiechnęłam się do Amigo, gdy ten się zaśmiał i nawet postawiłam uszy, machnąwszy ogonem. 
- Cóż... Staram się, ale jest mi ciężko. Urodziłam się tchórzem - wyznałam, spoglądając na bułanego zza białej grzywki. Nogi pomału przestawały mi się trząść, ale czerwone ślepia czerwienić będą się pewnie jeszcze jakiś czas. Ogier zdawał się jednak nie zwracać na to uwagi, więc wzięła z niego przykład. Niby tylko zły sen, niby każdej nocy wyglądał tak samo, a za każdym razem ranił tak, jakby przeżywała go na jawie, niestety. 
Uśmiechając się delikatnie do towarzysza nie powiedziała nic więcej, a zamiast tego pochyliła się, by zacząć skubać trawę. 

<Amigo?>

7.03.2017

Od Nadiry do Shere Khana (S)

- Wygląda na to, że mamy coś wspólnego - odparłam z nutą entuzjazmu - Ja również uwielbiam wyścigi, kiedy biegnę, nie myślę o niczym innym.
Rzeczywiście, czułam na sobie wzrok chyba całego klanu, co pomimo moich usilnych prób niesienia głowy w górze nieco mnie przytłaczało. Dobrze, że nie znałam życia w stadzie i nie miałam pojęcia o tym, że teraz większość zapewne wysnuje absurdalne wnioski na temat relacji mojej i Shere Khana. Zamyśliłam się jednak, kiedy zauważyłam, że dwie klacze mierzą nas wzrokiem, a następnie szepczą między sobą, chichocząc. Potrząsnęłam grzywą, starając się je ignorować, jednak postarałam się tak mocno, że wyłączyłam się nie tylko na nie, ale także na towarzysza. Uśmiechnęłam się do niego przepraszająco.
Czułam ekscytację na myśl o wyścigu i z pewnością było to widać w moich oczach. Pewnie nie zdawałam sobie sprawy, że pierwszy raz od dawna uśmiechałam się niemal bez przerwy.
Kiedy ruszyliśmy, ja również nie włożyłam w to wielkiego wysiłku, pozwalając ogierowi narzucić rytm. Jakby nie patrzeć, nikt mnie jeszcze nigdy nie przegonił, moja rasa była stworzona do biegania. Muszę przyznać, że trochę go nie doceniłam, bo wydawało mi się, że koń tak duży i ciężki nie będzie szybki. Pomyliłam się, więc chcąc nadać zmaganiom nieco więcej smaczku, wyciągnęłam nogi w biegu, wyprzedzając Shere Khana o pół długości, a następnie całą.
Pęd rozwiewał moją śnieżnobiałą grzywę i zadarty dumnie ogon. Czułam się wspaniale, na chwilę zapomniałam o strachu i o tym, że mam do czynienia z najważniejszym osobnikiem w stadzie. W końcu to był wyścig, nie było tu miejsca na hierarchię. Teraz oboje byliśmy równi.
Gdy ogier mnie dogonił, spojrzałam na niego i zarżałam radośnie, dając upust nagromadzonym emocjom. Moje oczy lśniły, a ciało zdawało się frunąć. Przez chwilę biegliśmy równo, po prostu ciesząc się wiatrem w grzywach i jedyne co słyszałam, to rumor kopyt, szum w uszach, bicie serca i nasze zsynchronizowane oddechy.
W końcu jednak przypomniałam sobie, że to wyścig i mimo, że nie chciałam tego kończyć, zawołałam:
- Dokąd się ścigamy?
- Do tamtego wzniesienia! - odparł ogier, pyskiem wskazując mi metę.
- W takim razie powodzenia!
To mówiąc, zebrałam w sobie pozostałe siły i wkładając w to całe serce, wyciągnęłam smukłe ciało, przechodząc do najszybszego cwału, na jaki tylko było mnie stać. Wystrzeliłam jak z procy, a przynajmniej tak zawsze mawiał mój ojciec. Nie zamierzając dawać mojemu przywódcy forów, gnałam w stronę wzniesienia, stopniowo się od niego oddalając.

<Shere Khan?>

6.03.2017

Od Nadiry do Shere Khana (S)

Odprężyłam się odrobinę, gdy ogier uśmiechnął się do mnie. Tak naprawdę nie zależało mi na tym, żeby miejsce pozostało tajemne, w końcu każdy miał do niego takie samie prawa jak ja, w końcu było to terytorium klanu, a właśnie na jego uśmiechu. Nie chciałam, żeby czuł się przy mnie jak intruz tylko dlatego, że przez rok musiałam dorastać sama i uciekać przed wszystkim, nawet najmniejszym szmerem. Tylko dzięki temu udało mi się przeżyć w pojedynkę, biorąc pod uwagę to, jak jestem drobna i że w starciu nie miałabym najmniejszych szans. Chyba, że polowałoby na mnie źrebię, wtedy nie musiałabym się obawiać, ale wszyscy wiedzą, że nie było na to szans. Ucieczka była moją obroną, a do klanu dołączyłam, by wreszcie coś w życiu zmienić. Przestać bez przerwy uciekać, ale nawyków nie zmienia się przecież tak łatwo.
Tak jak w przypadku Amigo, w głębi duszy cieszyłam się towarzystwem. Nie przeszkadzało mi milczenie, zdecydowanie wystarczała obecność karego ogiera. Przy nim czułam się na tyle bezpiecznie, że gdy skończyłam posiłek, odeszłam kawałek, ugięłam przednie kolana i położyłam w świeżej trawie, a po chwili moje nogi były w powietrzu. Musiałam wyglądać komicznie, ale nie dbałam o to. Zadrapania zaczęły swędzieć od słońca i chciałam sobie ulżyć. Tarzanie odrobinę pomogło, lecz nie wstałam od razu. Póki Shere Khan był obok, postanowiłam dać nogom wypocząć.
W duchu skarciłam się za kolejną tchórzliwą reakcję. Chcąc się poprawić, kiwnęłam smukłym łbem, a na aksamitnym pysku po raz kolejny zatańczył uśmiech.
- To będzie dla mnie zaszczyt - odpowiedziałam, stając w końcu na nogi, po czym ruszyłam za fryzem.
Minęła chwila, zanim zdecydowałam, że będę szła u jego boku, a nie za jego ogonem. Oczywiście bardziej z tyłu, ani myśląc wyprzedzać. Korzystając z okazji, że nie jestem sama, pozwoliłam sobie na odrobinę rozproszenia i podziwiałam krajobrazy, starając się jednak wypatrywać nieprawidłowości. W końcu jednak spojrzałam na ogiera.
- Mogę Cię o coś zapytać?
- Oczywiście - odparł, zerkając na mnie z uśmiechem.
- Chciałbyś... Chciałbyś się pościgać? Oczywiście, kiedy skończymy obchód. Miło byłoby rozprostować nogi
<Shere Khan?>

6.03.2017

Od Nadiry do Shere Khana (S)

Słysząc słowa ogiera podniosłam odrobinę uszy, po chwili pozwalając im stanąć niemal prosto. Wciąż nie wyprostowałam się jednak w pełni, bardziej komfortowo czując się w skulonej pozycji.
Miałam pewność, że moja odpowiedź zapewne go nie zadowoli. Jedyne, co wiedziałam na temat klanu, a raczej jego członków, to dokładnie to, że są mili. W dodatku swój osąd mogłam oprzeć jedynie o Shere Khana i Amigo, bo z nikim więcej nie zamieniłam nawet słowa. Prawdopodobnie potrzebowałam po prostu czasu, nic więcej.
Z jednej strony powinnam się cieszyć, że żaden koń nie potrzebował jeszcze mojej pomocy, z drugiej zaś żałowałam, że nie miałam się jeszcze czym wykazać przed moim władcą. Chciałabym, żeby wiedział, że nie jestem bezużyteczną galaretą na wiecznie trzęsących się nogach. Nie chciałam do końca życia być jak to zagubione w mroku źrebię, na które trzeba non stop uważać i się nim opiekować. Jakby nie patrzeć, byłam już dorosła. Pora dorosnąć. Pora przestać bać się własnego cienia. Przecież jesteś teraz częścią klanu. Jesteś bezpieczna. Tutaj nikt Cię nie skrzywdzi, powtarzałam sobie. Oczyściłam gardło, zanim rozluźniłam mięśnie i postarałam się przyjąć neutralną pozycję. Uniosłam głowę, by odrzucić grzywkę na bok i ukazać czarne ślepia, a ogon przestał gubić się prawie pod brzuchem. Wręcz przeciwnie, nawet odrobinę go uniosłam, by miękkim tiulem powiewał na porannym wietrze.
- Nie, zaczekaj - wyrzuciłam z siebie, zanim na dobre zdałam sobie sprawę z tego, co mówię. Gdy ogier spojrzał bezpośrednio na mnie, znów poczułam się onieśmielona i spoglądając na niego spod rzęs, postarałam się o delikatny uśmiech - To bardzo ładne miejsce. Byłabym egoistką, gdybym chciała zatrzymać je dla siebie - kontynuowałam cichym, acz melodyjnym głosem - Zostań, proszę. Tylko obiecaj, że nikomu o nim nie powiesz - uśmiech odrobinę się poszerzył. Wiedziałam, że to brzmi bardzo dziecinnie, ale chciałam sprawić, bo zrobiło się nieco bardziej swobodnie.

<Shere Khan?>

5.03.2017

Od Nadiry do Amigo (S)

Musiałam przyznać, że przebywanie w jego towarzystwie nie było wcale takie złe, może dlatego, że potrzebowałam teraz kogoś, kto po prostu byłby obok. Bez względu na moje spaczenie społeczne podświadomie potrzebowałam innych koni, jakby nie patrzeć byłam zwierzęciem stadnym, a natury przecież nie oszukam, bez względu na to, jak bardzo bym chciała. Amigo sprawiał wrażenie bardzo serdecznego, w jakimś stopniu interesował się mną, więc postanowiłam, że postaram się walczyć przy nim ze swoimi lękami. Uśmiechnęłam się więc delikatnie, próbując zatuszować ciężkość serca i smutek.
- Póki co udało mi się poznać jedynie Shere Khana i Ciebie, ale wydajecie się być mili, więc może z czasem poczuję się tu jak w domu. Mam nadzieję, w sumie nigdy nie miałam domu - westchnęłam. W życiu chyba tyle nie powiedziałam i zdawałam sobie sprawę, że rozmowa ze mną nie jest łatwa. Dziwiło mnie, że mimo to ogier próbował i patrzył na mnie z pewnym zrozumieniem, co dodało mi odrobinę otuchy, więc pomału wyprostowałam sylwetkę, jako że do tej pory stałam trochę skulona. Dopiero teraz mógł mnie zobaczyć w pełnej krasie. Poranny wiatr delikatnie poruszył moją grzywą i ogonem.
- A Ty? Jak długo tu jesteś?

<Amigo?>

5.03.2017

Od Nadiry do Amigo (S)

Uśmiech ogiera wydawał się być tak swobodny i szczery, że postanowiłam go odwzajemnić, choć mój był bardzo delikatny, bo mimo, że poczułam się przy Amigo odrobinę lepiej, wciąż byłam sobą - kontakty z innymi przychodziły mi z niebywałym trudem.
- Dobranoc - powiedziałam cicho, tak jak zawsze mówiłam do rodziców, a oni do mnie. Weszło mi to w krew.
W przeciwieństwie do ogiera nie spałam dobrze. Znowu śniłam o dniu, kiedy zginęła moja rodzina. Pełno krwi, wrzasku i bólu. Na szczęście nigdy nie krzyczałam przez sen, ale kiedy się obudziłam, mój pysk był mokry od łez, a nogi znów się trzęsły. Odeszłam nieco dalej, by się uspokoić.
W pewnej chwili zauważyłam że Amigo na mnie patrzy, więc uśmiechnęłam się do niego zapraszająco, ale smutno. Nie zdobyłam się na to, by podejść, bo nogi wciąż drżały.

<Amigo?>

5.03.2017

Od Nadiry do Shere Khana (S)

Miałam to do siebie, że lubiłam się chować. Był to mój nawyk z okresu, kiedy rodzice jeszcze żyli - razem szukaliśmy kryjówek przed drapieżnikami, bezpiecznego strategicznie miejsca, w którym będziemy dobrze osłonięci i na pierwszy rzut oka niewykrywalni.
Ten uroczy zakątek upatrzyłam sobie już pierwszego dnia w klanie. Spełniał wszystkie wymogi - z trzech stron zamknięty przez nurt rzeki, a z jednej ciągiem krzewów. Prowadziła do niego ścieżka usłana gałęziami, więc gdyby ktoś się zbliżał nie mogłabym tego nie usłyszeć, niezależnie od faktu, czy byłby to odgłos przeprawiania się przez wodę, czy trzask gałęzi. Czułam się tu zatem stosunkowo bezpiecznie i jakby tego było mało, mogłam nie tylko zaspokoić głód, ale także ugasić pragnienie.
W spokoju skubałam świeżą trawę, od czasu do czasu przecinając powietrze ogonem i odpędzając od siebie pierwsze owady, kiedy doszedł mnie trzask gałązek na ścieżce. Po krokach poznałam, że osobnik jej duży, więc odrobinę panikując, wcisnęłam się w zarośla. Nieznacznie mnie podrapały, ale nie zwracałam na to uwagi, bo w przypadku walki skończyłabym dużo, dużo gorzej.
Na szczęście moim oczom ukazała się potężna sylwetka fryza, mojego przywódcy. Poczułam ulgę, ale tylko na chwilę, bo już potem zastanawiałam się, jak właściwie się teraz zachować. Jeśli wyjdę, może pomyśleć, że go śledziłam... A jeszcze tego mi tylko brakowało.
Niespodziewanie jedna z gałązek ukuła mnie w oko, więc syknęłam, instynktownie szarpnąwszy głową, przez co zwróciłam na siebie uwagę karego. Westchnęłam i nie mając już wyjścia, powoli wyszłam mu na spotkanie, cała w liściach i gałązkach.
- "Świetnie Nadira, doskonale prezentujesz się przed przywódcą" - mruknęłam do siebie w myślach. Gdzieniegdzie było widać, że białą sierść zdobią niewielkie kropelki krwi.
- Jestem Nadira - mimo wszystko odpowiedziałam na pytanie Shere Khana, nawet jeśli nie miałam śmiałości na niego spojrzeć.
- Też nie sądziłam, że ktoś tu przyjdzie. Powinnam... Powinnam sobie pójść?
Dopiero teraz obarczyłam go niepewnym spojrzeniem. Co prawda pierwsza odkryłam to miejsce, ale on był głową klanu i byłam gotowa mu je odstąpić. Czasami przerażało mnie, jak bardzo nie potrafię się zachować. Nigdy nie byłam w stadzie. Nie obcym. Z mamą i tatą wszystko było przecież inaczej. Byli rodziną, nie musiałam zastanawiać się, co jest stosowne, a co nie, co mi wolno, a czego nie.
Cofnęłam uszy i przybrałam uległą postawę. Tak na wszelki wypadek, jakby nie patrzeć, był ode mnie sporo większy i nie chciałam jakikolwiek mu podpaść.

<Shere Khan?>

5.03.2017

Od Nadiry do Amigo (S)

Po chwili ciszy nabrałam przekonania, że ogier śpi i myśl o tym pozwoliła mi trochę się zrelaksować, dlatego kiedy usłyszałam jego głos, drgnęłam zaskoczona. Teraz nie miałam już innego wyjścia, jak spojrzeć po prosto w pysk, choć nieznacznie pochyliłam przy tym głowę, aby grzywka choć częściowo nakryła mi ślepia. To zabawne, jak lubiłam się za nią chować. Absurdalne wręcz, bo przecież Amigo wciąż doskonale mnie widział, a i tak czułam się dzięki temu lepiej.
- Nadira - odpowiedziałam półgłosem, nie chcąc budzić nikogo w pobliżu. Jak zawsze przestąpiłam z nogi na nogę, czując pewien dyskomfort - Ja nie... - zacięłam się, czując, że kłamstwo i tak mi się nie uda - No cóż, taka już jestem.
Westchnęłam, odwracając od niego wzrok. Czasami sama miałam do siebie żal za bycie takim tchórzem. Jednak wtedy poczułam, że się poruszył, więc znów na niego spojrzałam, a na moim aksamitnym pysku zatańczył cień delikatnego uśmiechu. To rzeczywiście było proste. Wzięłam z niego przykład, nie stając tak blisko ogiera jak przedtem.
- Dziękuję - dodałam odruchowo, próbując trochę zażartować - Myślałam, że mnie przepędzisz.

<Amigo?>

4.03.2017

Od Nadiry do Amigo (S)

Nie przepadałam za postojami. Po zmroku konie zaczęły skupiać się w ciasną gromadę, a ja czułam zbyt wielki lęk przed drapieżnikami, by zasnąć pod jednym z drzew, które sobie upatrzyłam. Nie zamieniłam zbyt wielu słów z nikim z mojego nowego klanu i wciąż czułam się tu obca, więc bycie tak blisko nich było dla mnie krępujące. Nie zbliżałam się do Shere Khana, nawet jeśli był jednym z największych osobników w stadzie i z pewnością mógłby mnie skutecznie ochronić, gdyby zaszła taka potrzeba. Trzymałam się z daleka, bo nie byłam pewna, jak się do niego odnosić. Był władcą, dlaczego miałby zawracać sobie mną głowę?
Nieśmiało zbliżyłam się zatem do tyłów grupy, gdzie stał nieznajomy mi ogier. Cofnęłam uszy, czując się bardzo niepewnie, kiedy przystanęłam niedaleko, niemal ocierając się bokiem o jego bok. Noce były jeszcze chłodne i nawet jeśli moje zachowanie było w pełni naturalne, wciąż czułam, że może lepiej byłoby, gdybym została pod drzewem. Nawet nie patrzyłam w jego stronę, obawiając się, że mnie pogoni, dlatego nie byłam pewna, czy zdążył już zasnąć. Nie odezwałam się więc, a zamiast tego skierowałam spojrzenie ku usianemu gwiazdami niebu.

<Amigo?>

4.03.2017

Medyczka - Nadira!

1,2
Źródło: Zdjęcie główne: Pinterest 1 2
Motto: "Nie bój się cieni. One świad­czą o tym, że gdzieś znaj­du­je się światło."
Imię: Nadira, co w języku jej przodków oznacza cenna
Tytuł: Brak
Wiek: 6 lat
Płeć: Klacz
Przynależność: Klan Mroźnej Duszy
Ranga/i: Medyk
Głos: Beyonce
Rodzina: Krewni klaczy zostali zabici przez watahę wilków. Jej udało się uciec tylko dlatego, że rodzice poświęcili za nią życie, stając do walki z drapieżnikami. Nigdy nie miała rodzeństwa.
Osobowość: Nadira jest klaczą bardzo strachliwą i zamkniętą w sobie, trochę przypomina zagubione źrebię. Od tragicznej śmierci bliskich stroni od towarzystwa innych koni i stara się nie wchodzić nikomu w drogę, a gdy jest speszona, chowa oczęta na białą grzywką lub ucieka spojrzeniem, nerwowo przestępując z nogi na nogę. Długo uczono ją, że może ufać tylko tym, którzy na to zasłużą - czynem, a nie słowem, zatem każdego, nawet władcę, traktuje z pewnym dystansem (oczywiście pokornie stosując się do jego poleceń). Odkąd dołączyła do stada trzyma się raczej na uboczu, skubiąc trawę w cieniu drzew lub krzewów, a do wodopoju zawsze rusza ostatnia. Nigdy nie odchodzi daleko, zawsze jest na tyle blisko, by słyszeć, czy ktoś przypadkiem nie potrzebuje jej pomocy. Kiedy tak się dzieje, zapomina, co to strach i może pracować nawet pod ogromną presją. Nie zostawi rannego, nawet jeśli dla niej samej byłby to wyrok śmierci. 
Partner/Partnerka: Klacz jest jeszcze bardzo młoda i nie doświadczyła jeszcze miłości innej od tej, którą darzyli ją rodzice. Kto wie, może z czasem uda jej się na kogoś otworzyć?
Potomkowie: W głębi duszy marzy o potomku, jednak obawia się, że nie będzie potrafiła otoczyć go należytą opieką, poza tym, najpierw wypadałoby znaleźć partnera, a który by ją chciał?
Aparycja:
  • Rasa: koń czystej krwi arabskiej
  • Wygląd: Klacz jest bardzo drobna, jednak nie można odmówić jej uroku. Ślepia czarne niczym dwa węgle zawsze nieśmiało spoglądają na innych spod wachlarzy długich rzęs, które rzucają delikatny cień na jej szczupaczy pysk. Szyję łabędzia przystraja aksamitna, mlecznobiała grzywa. Ogon podczas biegu niesie dumnie jak sztandar i nie ma od tego wyjątków, niezależnie od sytuacji. Wąska pierś, mała kłoda i zgrabny zad wieńczą długie nogi o stosunkowo niedużych kopytach. Jej dużą zaletą jest bajeczny, sprężysty ruch, którym zapewne mogłaby zwieść niejednego ogiera, gdyby tylko miała na tyle śmiałości.  
  • Znaki charakterystyczne: Kiedy się boi, nie potrafi opanować drżenia nóg.
  • Wzrost: 151 cm
  • Waga: 421 Kg
Umiejętności: Siwka nie należy do koni nawet przeciętnie silnych. Cechuje ją kruchość i delikatność budowy, ale z pewnością jest wytrzymała, a w dodatku niewiarygodnie szybka - tak szybka, że jedynie wiatr może ją dopędzić. Często ściga się z podrywającymi do lotu ptakami, jest nieocenioną mistrzynią ucieczki przed drapieżnikami. Poza tym dysponuje ogromną wiedzą na temat zielarstwa i wie, jak leczyć rozmaite schorzenia. W walce nie miałaby jednak najmniejszych szans, dlatego w chwili zagrożenia zawsze trzyma się blisko władcy. 
Historia: Stadem Nadiry od zawsze była jej własna rodzina, matka Norma i ojciec Kahlan. Żyli we trójkę, troszcząc się o siebie nawzajem i unikając większych grup koni. Rodzicielka od źrebaka wpajała jej tajniki zawodu, jako że była zielarką, natomiast jej mąż czuwał nad bezpieczeństwem ukochanych klaczy zarówno w dzień, jak i w nocy. Byli wędrowcami, dla bezpieczeństwa zatrzymywali się naprawdę rzadko i jeśli już to tylko po to, by zregenerować siły, ugasić głód i pragnienie. Niestety, pewnego dnia za bardzo zbliżyli się do granicy terytorium wilków, co rozgniewało ich Alphę, w dodatku była to jedna z najsurowszych zim w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Głodne drapieżniki uknuły zatem misterny plan - zgodziły się, by konie przeszły przez ich teren, obiecując, że nie zrobią im krzywdy. Gdyby stadko nie było skrajnie wycieńczone, zapewne nie skorzystałoby z oferty, jednak ze względu na wciąż zbierającą po porodzie siły Normę podjęli ryzyko. Wataha, wbrew obietnicy, zasadziła się na konie w zaśnieżonym wąwozie. Skupiły się jednak na dwóch dorosłych osobnikach, w końcu źrebię byłoby dla nich niczym więcej jak przystawką. Nadira miała wtedy zaledwie rok i sparaliżowana strachem patrzyła, jak bestie powalają jej rodziców na ziemię, rozszarpując im gardła. Rzuciła się do ucieczki dopiero, gdy jedna z wader ruszyła w jej stronę. Szczęśliwie udało jej się uciec, choć było to szczęście w nieszczęściu. Przez następny rok była sama, ale tak bała się, że wilki prędzej czy później ją dopadną, że zaczęła poszukiwać innych koni. Natknęła się na ślady kopyt i przez kilka dni snuła się jak cień za Klanem Mroźnej Duszy, a kiedy nieznajomi wreszcie ją zauważyli, powstrzymała odruch ucieczki, decydując się do nich dołączyć i wspierać ich jako medyk.
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika