Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Quinlan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Quinlan. Pokaż wszystkie posty

9.07.2018

Żegnamy Quinlan!

Quinlan odchodzi, umierając z powodu choroby. Majątek postaci zostaje usunięty, mamy jednak nadzieję, że jej autor kiedyś zdecyduje się wrócić w nasze progi. Niechaj spoczywa w pokoju [*].

Flower Crown adorned horse
Quinlan|7 lat|Klacz|Strateg|Brak|Tajemnica*

9.07.2018

Od Quinlan ,,Czułam ją w żyłach"

Od niemal tygodnia chowałam coraz to nowsze objawy choroby. Kaszel, dziwna wydzielina z nozdrzy i ogólne zmęczenie zamieszkały u mnie na stałe.
Bałam się, nie wiem czego - odrzucenia, samotności, litości ze strony innych?
„Jesteś zdrową klaczą, Quinny” - wmawiałam sobie, choć w głębi duszy znałam odpowiedź. „Nie. Już nie”.
Wiedziałam, że coś się zbliża. Podniosłe, choć niekoniecznie radosne wydarzenie. Czułam to.
I wreszcie, tamtego wieczoru zrozumiałam. Nareszcie dowiedziałam się, co na mnie czeka – albo na co czekam ja, nieważne. To właśnie to skłoniło mnie do napisania tego listu.
„Drogi czytający!
Ten list będzie krótki; wiem, że nie starczy mi czasu na długi.
Czy umiesz wyczuwać smierć? Ja nie potrafiłam, dopóki nie odkryłam własnej. Czujesz ją w żyłach, stopniowo zaciemnia twój mózg. To stało się ze mną.
Hadvegarze; kiedyś byłam zauroczona. Przeszło.
Bush Brave; ciekawa jestem, czemu wtedy dostałam gałęzią.
Yatgaar; nie znam cię, ale powiem ci jedno - nie zdradza się swoich.
Khonkhu; zdajesz sobie sprawę, ile osób cię nienawidzi?
Inni; nie znam.
Dedykacje skończone. Kropla potu spada na kartkę, rozmazując to sło*nieczytelne*. Coraz ciężej mi trzymać pióro.
Czułam ją w żyłach, umyśle, kościach, krwi, oczach, uszach i żołądku. Wyczuwałam jej zapach i smak; towarzyszy mi do końca. O czym mowa? Śmierć. Uważaj na nią, czytający.”
Nad ranem klacz zmarła, bez ustanku mając upiorne wrażenie, że ktoś ją obserwuje.

2.05.2018

Od Quinlan do Hadvegara ,,Zagubieni"

Z lekkim strachem uchem poruszyłam. To prawda, faktycznie wianek zgubiłam!
- Nic się nie stało, Hadvegar. To nie twoja wina - szepnęłam cichutko.
Ponieważ padało już bardzo malutko, wyszliśmy z mokrego lasu. Spędziliśmy tam wiele czasu, a zmysł orientacji mój już oszalał. Chociaż Hadvegar bardzo się starał, nijak nie można trafić do stada. Khonkh nam pewnie w domu nagada, lecz jak się tam dostać? To inna sprawa. Niezbyt zabawna już ta zabawa.
Byłam coraz bardziej przerażona, po minie Hadvegara widać było, że również jest zaniepokojony. Zdawało mi się, że raz przybliżamy się do stada, raz oddalamy. W dodatku moje zmęczone oczy raz po raz miały zwidy dużego cielska przemykającego między nielicznymi drzewami, a nawet błyszczących groźnie oczu. Chcąc nareszcie znaleźć się w bezpiecznym miejscu, przyspieszyłam. Niestety, na dobre mi to nie wyszło. Potknęłam się i upadłam. Na coś bardzo ostrego, albo przynajmniej zadającego ogromną ilość bólu. Obstawiam krzemień.
Miałam rozciętą łopatkę, chociaż ból rozchodził się dużo dalej. Nie mogłam się podnieść.
Dopiero po chwili zarejestrowałam, że pochyla się przy mnie Hadvegar. Bez specjalnego wysiłku, ale bardzo delikatnie obrócił mnie na drugi bok i usiłował obejrzeć ranę w nikłym świetle. Chwilę później złapał za coś zębami i pociągnął, a moje ’kuku’ zaprotestowało nowym bólem. Teraz jednak pozbawiona byłam uczucia, że coś w niej tkwi.
- Postaram się znaleźć jakieś zioła. Staraj się nie ruszać - poprosił, odbiegając szybkim kłusem.
Niespecjalnie miałam jakieś możliwości w tej dziedzinie, za to usiłowałam spełnić jego prośbę najlepiej jak umiałam. Zastygłam bez ruchu.
Jak trup.
- Umrę - wymamrotałam do siebie.
W myślach, a potem na głos zaczęłam się żegnać ze światem; trochę po to, żeby zabić czas i nie myśleć o bólu.
- Do zobaczenia, mamo... Kocham cię - ostatnie słowa wypowiedziałam głośniej.
Dopiero po chwili zorientowałam się, że nie byłam już sama - Hadvegar klęczał już koło mnie.
Jestem skończoną idiotką.
- Znaczy... Och, nieważne, co powiem, uznasz mnie za idiotkę, bo jak idiotka się zachowałam. W każdym razie, to nie tak jak myślisz, nie kocham cię, to znaczy... Sleipnirze, ja już najlepiej pójdę.
Dopiero wzrok Hadvegara, na wpół rozbawiony, na wpół litościwy, uświadomił mi, że znowu powiedziałam coś, czego nie powinnam.
Pójdziesz, tak, jasne.
<Hadvegar? Quinlan się nie spodziewała, serio.>

22.04.2018

Od Quinlan do Yatgaar - Misja integracyjna #1

Dzisiejszego ranka obudził mnie gwar. Kiedy zapytałam najbliższego konia, o co chodzi, odparł, że Khonkh zwołał zebranie klanu mające na celu sprawdzić naszą sprawność. W końcu udało mi się odnaleźć właściwe miejsce i stanąć w szeregu.
- Dobierzemy się zaraz drogą losowania w pięcioosobowe grupki. Wylosuję pięć numerków od jednego do dziesięciu, i na przykład jeśli wylosuję dwa, to druga osoba od lewej wychodzi, tak samo trzecia, piąta, ósma i siódma.
- Zakład, że wylosuje te same liczby? - szepnął stojący obok mnie koń.
Khonkh tymczasem wybierał już papierowe karteczki z niewielkiej miski. Kiedy przeczytał numery, jego wargi wygięły się w uśmiechu.
- Dwójka - rzekł. Niepocieszona Marabell niechętnie przesunęła się do przodu. - Trójka, piątka, siódemka, ósemka.
Kolejny ruszył się Bush Brave. Zaraz po nim kilka kroków postąpiła Yatgaar, mierząc go spojrzeniem. Następny koń nie okazywał niepokoju; był to przemiły, przystojny ogier imieniem Hadvegar. Wtem zorientowałam się, że wszyscy patrzą na mnie.
- Quinlan, prosimy, nikt cię nie zje, chociaż może wydawać się inaczej - zażartował Khonkh.
Zaczerwieniłam się i kłusem dołączyłam do grupy.
- Dobrze... Wszyscy się znają, nie? - zapytała Yatgaar, patrząc na nas badawczo. - Pytam, bo Quinlan i Hadvegar są nowi.
Pokiwaliśmy potakująco głowami. Nastąpiła chwila milczenia, w której Yatgaar mierzyła spojrzeniem Bush Brave’a, który odwdzięczał się tym samym, Marabell przewracała oczami, a ja stałam skonsternowana.
- Od czego zaczynamy? - przerwałam ciszę, rozglądając się z krzywym uśmiechem.
- Od rozgrzewki - odparła Yatgaar równocześnie z Bush Brave’m.
Nastąpiła kolejna wymiana spojrzeń, a Marabell nie zdołała powstrzymać chichotu.
- OK, idziemy gdzieś, czy... co? - spytałam niezręcznie.
<Yatgaar/Bush Brave? Marabell, masz mnie wielbić, bo zmieniłam zdanie i to nie jest do ciebie :*>

19.04.2018

Od Quinlan do Hadvegara ,,Nalegam"

Piękny był dziś poranek - jasny słońca kaganek rozświetlał wielkie przestworze. Wszystkie poranne zorze ze światłem wraz odchodziły, by zebrać na jutro siły. Ktoś tu kończył śniadanie - drodzy panowie i panie, to była Quinlan, klacz młoda, której spora swoboda pozwalała na dużo. Na uszach jej pysznił się wianek z różą. Wtem Khonkh do klaczy dociera, prowadząc za sobą ogiera.
- Witaj, Quinlan*. To jest Hadvegar. Nikt nie ma czasu go oprowadzić, zajmiesz się tym, dobrze? - i szybkim krokiem odchodził, jakby się bał... powodzi? Powodzi uczuć, rozmowy, bo słów wszak jest las kolorowy.
- Tak, oczywiście - mruknęła, choć jego nie było już przy nich.
Zostawił jej sprawy wynik... Odpowiedzialność jej ciąży, do dobrego wrażenia już dąży: po pierwsze, trzeba się przedstawić, później gościa zabawić...
- Jestem Hadvegar - uprzedził ogierek, zmuszając klaczkę do zmiany swych gierek.
- Ja... Na imię mi Quinlan - na pysk jej wystąpił rumieniec, z uszu zsunął się wieniec.
- Coś ci się przekrzywiło - rzekł z miłym uśmiechem.
Odrzucić byłoby grzechem - pomyślała klacz miła i pyszczek swój nachyliła.
- Dziękuję bardzo, Hadvegarze - zarumieniła się bardziej. Czerwień przejęła wartę na pyszczku jasnym i młodym, zaś oczu głębokie wody uciekły pod kurtynę powiek. Uczucie to się zowie abashment, zawstydzenie, niewielu koni marzenie.
Wtem świat zasnuła ciemna pożoga - każdy ogon, ucho, noga uciekło w obawie przed deszczem. Powietrze chwyciło w kleszcze, porażało ciężarem. Czuć już było tę marę - wielką, okropną burzę, co siedziała na chmurze - ciemnej, rzecz oczywista - by w wiatru zimnego listach rozsyłać kiepską wiadomość.
- Moja droga Quinlan, nalegam, abyśmy gdzieś się schronili. W powietrzu czuć burzę. To może być niebespieczne - namawiał ogier roztropnie.
A niech to wszystko gęś kopnie! - pomyślała klaczyna i oto para ruszyła.
<Hadvegar? Wyruszamy na poszukiwanie schronu przed burzą!>

* Nie zmuszałam koni do mówienia wierszem, Khonka zwłaszcza :’)

17.04.2018

Od Quinlan do Bush Brave'a ,,Myśliwy na konie i wiewiórki"

- Niech będzie - zgodziłam się po krótkim namyśle.
Zastanawiało mnie coś, mianowicie cień dziwnego błysku w oczach ogiera, kiedy mówił o atrakcjach. Prawdopodobnie jestem przemęczona i mam zwidy. Nieważne. Na pewno nie ma złych zamiarów.
Bush Brave wytłumaczył mi, na co właściwie polujemy i jak to zrobić.
Kilka godzin później siedzieliśmy przy zwalonym pniu. Skóry wiewiórkowatych stworzonek leżały niedaleko. Nie wywiązała się jakaś konkretna rozmowa. Ja po prostu patrzyłam na zachodzące słońce, Bush chyba robił coś podobnego. W pewnym momencie wstał i odszedł. Nie ruszyłam za nim; szczerze - nie chciało mi się.
Poczułam, że w moją stronę leci jakiś przedmiot. Nie widziałam, co to było, panował już półmrok. Uchyliłam głowę w ostatnim momencie, a cios zadrapał mi skórę na zadzie. Kiedy odważyłam się podnieść pysk, zauważyłam postać konia z jakimś gałęziopodobnym przedmiotem, który do złudzenia przypominał posturą nowego kolegę, Brave’a.
W błyszczących w ciemności oczach mogłam dostrzec szczere zaskoczenie. Chciałam wierzyć, że po prostu walnął nie tego konia*lenny*, ale intuicja podpowiadała mi inaczej.
- Poczekaj, nie rozumiem. Jaki miałeś cel w uderzeniu mnie w mój drogi łeb gałęzią? - zapytałam prosto, marszcząc brwi.
Nie odpowiedział. Zniknął w tym wszechobecnhm mroku.

***
Następnego dnia wybrałam się na spacer z konkretnym celem. Tak jak myślałam, odnalezienie Bush Brave’a nie zajęło mi aż tak wiele czasu.
- Nie dokończyliśmy wczorajszej rozmowy - uśmiechnęłam się krzywo.
<Bushie? Walimy nie te koniki, co trzeba, hm?>

16.04.2018

Od Quinlan do Bush Brave'a ,,Mogę spędzić z tobą czas?"

Byłam w Klanie Mroźnej Duszy już kilka dni i zaczynało mi się porządnie nudzić. Marabell miała partnera - bardzo przystojnego, swoją drogą - i nie miała dla mnie wiele czasu. Siedziałam kilka dni nastroszona jak wróbel, aż postanowiłam wrócić do starych przyzwyczajeń. Opracuję plan idealny!
Dzień później siedziałam w krzakach, obserwując czujnie zbliżający się cel - gniadego ogiera. Stałam na czubkach kopyt, drżąc z podekscytowania. Kiedy jednak kuc skręcił może metr od krzaków, przysiadłam na zadzie z wrażenia. Nie, tego nie przewidziałam.
Tymczasem ogier szedł dalej. Znalazł się blisko pary władców. Kiedy ich zobaczył, jego pysk od razu się zachmurzył. Podszedł bliżej i powiedział kilka ostrych słów, po czym obrócił się i odszedł szybkim krokiem. Bez namysłu pospieszyłam za nim.
Stanął tyłem do młodego drzewka, przeniósł ciężar ciała na przód i uderzył tylnymi kopytami w drzewo. Powtórzył to kilka razy, aż usłyszał trzask pękającego drewna. Obrócił się i obejrzał straty z widocznym zadowoleniem. Wtedy zdecydowałam się podejść.
- Jesteś silny - zauważyłam niepewnie.
Po raz pierwszy od jakiegoś czasu czułam się jak idiotka. Plany idealne tego nie zakładały, przecież to inni źle się czuli, podchodząc do Quinlan, Quinlan nie czuła się źle, podchodząc do innych.
- Nieważne. Przejdźmy się - zaproponował nieoczekiwanie.
Przytaknęłam skinięciem głowy.
- Zanim się... hm, bliżej poznamy, muszę ci zadać kilka pytań. Co sądzisz o Khonkhu?
- Nie znam go - odparłam zgodnie z prawdą.
- A Yatgaar?
- Jej też nie znam.
- Yatgaar to podła zdrajczyni, a Khonkh to idiota. Wkrótce się o tym przekonasz - syknął pod nosem.
- Mogę spędzić z tobą trochę czasu? Nudzi mi się. Mogę robić cokolwiek, jestem tak znudzona, że nie mam wielkich wymagań - popatrzyłam na niego dużymi oczami.
<Bush Brave? Wiem, to okropne.>

16.04.2018

Od Quinlan do Marabell ,,Pierwszy dzień"

Minęło kilka dni, od kiedy Quinlan udało się uciec z płonącego obozu. Zaczynało jej doskwierać wiele rzeczy - głównie samotność. Mimo to, przykurzone nozdrza zmarszczyły się, kiedy dotarł do nich zapach innych koni.
Innych koni! Serce klaczy zabiło mocniej. Jak się zachowają? Co się stanie?
Te i wiele innych myśli przemykało przez głowę klaczy, kiedy powoli skradała się w stronę zapachu. Słyszała śmiechy i rozmowy. Uśmiechnęła się bezwiednie. Czuła się coraz swobodniej, toteż wydała z siebie wysoki pisk, kiedy poczuła delikatny dotyk na boku.
- Chyba się nie znamy? - mruknęła zaciekawiona klacz, przekrzywiając lekko głowę.
Poruszyła pyskiem, a spod czarnej grzywy wychynęło jasne pasemko.
- Nie - odparła spokojnie, taksując ją spojrzeniem.
Była mniej więcej wzrostu Quinlan. Kopyta ukryte były pod szczotkami. Błyszcząca, gniada sierść była nieco zakurzona, a przy kłębie leżał mały listek. Klacz z trudem powstrzymała się, by go nie strzepnąć.
- W takim razie co tu robisz? - drążyła dalej.
- Moje życie spłonęło - odpowiedziała dwuznacznie. - Idę za zapachem koni.
- Klan Mroźnej Duszy. Jeśli chcesz dołączyć...
- Chcę - przerwała mu.
- Zaprowadzę cię do Khonkha - dokończyła.
Siwa klacz nieufnie podreptała za gniadoszką. Nie musiały długo iść, żeby stanąć przed ogierem arabskim.
Po rozmowie Quinlan czuła się dużo lepiej. Wybrała stanowisko stratega i została wypuszczona.
- Marabell... Co mam teraz zrobić? - zapytała rozbrajająco nowo poznaną klacz?
<Marabell? I tym akcentem kończymy.>

12.04.2018

Nowy strateg - Quinlan!

Flower Crown adorned horse
1
Źródło: Zdjęcie główne i 1
Motto: W życiu chodzi nie o unikanie każdej burzy, ale o umiejętność tańczenia w deszczu.
Imię: Ta zmyślna cyrkowa klacz została oznaczona imieniem Quinlan, zdrabnianym czasami do Quin lub Lan.
Wiek: 7 lat.
Płeć: Klacz.
Ranga/i: Strateg
Głos: Zara Larsson 
Rodzina: Quinlan nie pamięta swojej rodziny - na pierwszych wspomnieniach opiekowali się nią już
ludzie.
Osobowość: Lannie bardzo działa na nerwy innym koniom. Uwielbia wycinać psikusy, nie marnuje jednak swojego cennego czasu na polewanie innych wodą z kwiatka - o, nie! Jej specjalnością są poważniejsze zabawy, podczas których niezbyt troszczy się o życie ofiary. Często używa ironii bądź udaje, że kogoś nie słyszy. Ma bardzo wysokie ambicje, nie poskąpiono jej też dumy. Pragnie uwagi i poklasku jak małe dziecko - może to pozostałość po cyrku? Rzadko jej na kimś bardziej zależy, jeśli tak jednak się stanie, opracowuje szczegółowy i poniekąd zabawny plan na nawiązanie bliskich relacji. Lubi wzbudzać w innych silne uczucia; wprost nie znosi pozostawać komukolwiek obojętną. Często miała przy swoim boku ogiery, tak naprawdę jednak jej serce pozostało wolne od prawdziwej miłości. Chociaż może wydawać się inaczej, ogromnym marzeniem Quin jest to zmienić. Ścisły umysł i wysoki poziom inteligencji pozwoliły jej dostać się na upragnione stanowisko stratega.
Orientacja: Heteroseksualna.
Partner/Partnerka: Chciałaby mieć przy swoim boku odpowiedzialnego, silnego ogiera.
Potomkowie: Nie znosi dzieci, chociaż właściwie z żadnymi nie ma kontaktu? W każdym razie, nie jest pewne, że będzie lubić nawet swoje własne.
Aparycja:

  • Rasa: Angloarabka.
  • Wygląd: Quinlan to zgrabna, jasnosiwa klacz. Na szczupłą szyję opadają zadbane, białe kosmyki. Jedwabiste chrapy lekko poruszają się, kiedy klacz oddycha. Mięśnie są delikatnie zarysowane. Błękitne, przez ludzi zwane rybimi oczy bacznie lustrują świat, niekiedy spoglądając ze złością czy rozbawieniem. Całkiem długi ogon lekko kołysze się przy każdym kroku.
  • Znaki charakterystyczne: Mała, sierpowata blizna na prawej tylniej nodze.
  • Wzrost: 155 centymetrów w kłębie.
  • Waga: Około 517 kg.

Umiejętności:
Siła fizyczna: 10
Szybkość: 15
Zwinność: 25
Technika: 15
Wytrzymałość: 15
Kamuflaż: 20
Umiejętności dodatkowe: -
Historia: Jeśli zapytasz Quinlan, co działo się z nią przed jej dołączeniem do Klanu Mroźnej Duszy, zapewne odpowie wymijająco: „Żyłam z ludźmi”. Co dokładniej stoi za tym krótkim zdaniem? Otóż, chociaż dla samej klaczy jest to wybitnie nieprzyjemny temat, jej rodzice zginęli w wypadku samochodowym - ot, przyczepa przewróciła się w drodze do hotelu dla koni. Ojca i matki Lan nie dało się uratować, jednak malutkie źrebię ku uciesze właścicieli przeżyło. Niestety nie posiadali oni kwalifikacji do zajmowania się maluszkiem, toteż źrebak został wystawiony na sprzedaż.
Kupił ją cyrk. Wbrew pozorom, mimo, że występowało tam wiele zwierząt, nikomu żebra nie przebijały przez skórę, a mieszkało się tam we wcale miłych warunkach. Nakrywanie się kocem ani stawanie dęba na komendę, a nawet podawanie kopyt nie okazało się dla Lannie żadnym problemem. Publiczność bardzo lubiła rozumną klacz, a ona kochała publiczność.
Podczas przejazdu przez Mongolię - konkretniej w czasie postoju - wozy się zapaliły. Z płonącego obozu wydostała się tylko Quin. Znalazła Klan Mroźnej Duszy, gdzie przystanęła, by złapać oddech.
Inne:
- Boi się ognia.
- Uwielbia czerwone jabłka.
Kontakt: Tajemnica* (hw) || elfciacho@gmail.com
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika