
25.03.2018
Żegnamy Tenebris!

25.03.2018
Od Tenebris "Odejście"
-Śmieciu! - zawołałam. Na te słowa Takhal przybiegł w podskokach. Pchnęłam go mocno do przodu tak, że prawie się przewrócił. Udałam się z nim "pogratulować" Yatgaar i Khonkhowi zawarcia partnerstwa.
-Gratulacje. Głupiec i hipokrytka. Idealna para. - zaczęłam. - Kolaborantko, idioto, co powiecie na to? - błyskawicznie wyjęłam sztylet i zatopiłam go w szyi mojego syna. - Wygnajcie mnie, zabijcie, śmiało. Wszystko jest lepsze niż życie pod rządami śmieci. Tak Khonkhu. Ja też chciałam cię zabić. Pragnęłam przynieść kres temu reżimowi. Teraz z chęcią ukręcę ten pusty łeb tej zdrajczyni. Yatgaar, wyzywam cię na pojedynek. Doskonale wiem, że przegram, ale z chęcią skorzystam z okazji, aby zrobić ci krzywdę.
I dopełniło się.
13.03.2018
Od Tenebris do Marabell "Pozbyć się ciężaru"
- Dobra, nie mam zamiaru dalej tracić siłę na twoje pyskowanie i pytać się ciebie, skąd u licha się ono wzięło. Po prostu chodźmy z nim do reszty. Zapewne przyda się i tobie i źrebięciu lekarz. - popatrzyłam się na Marabell. Zdziwiła mnie jej propozycja. Po co mi lekarz? Tym bardziej z klanu. Choćby się szukało dzień i noc nie znajdzie się tu żaden godny uwagi medyk, który mógłby zdiagnozować jakąś dolegliwość. Jedyne co potrafili robić ci wspaniali i skuteczni "lekarze" były opatrunki, które tak czy inaczej, po kilku ruchach zsuwały się z rany.
-Beznadziejny pomysł. Co medyk miałby teraz zrobić? Nawet nie będzie potrafił mnie zbadać. A zresztą. Nie zależy mi zupełnie na tym śmieciu - szturchnęłam źrebaka, który próbował wstać. Ogierek od razu się przewrócił. - Weź go sobie do tego lekarza, może mu wypruć wnętrzności, powyrywać flaki, zrzucić go z urwiska, obedrzeć ze skóry. - pchnęłam próbujące się podnieść źrebię wprost na Marabell. Odwróciłam się na tylnich kopytach i odgalopowałam. Niech ten śmieć zniknie mi z oczu. Najlepiej na zawsze, ale pewnie się nie uda, więc niech chociaż teraz zabierze te swoje szczudła. Hmm... Jak mogę go nazwać? Niech będzie Takhal. Przecież to jest prawdziwa zaraza. Niech ginie.
<Marabell?>
10.03.2018
10.03.2018
Od Tenebris "Poród"
Minął już odpowiedni czas. Niedługo mogłam urodzić. Po co te wszystkie kłopoty. Ciąże, porody i inne kłopoty z tym związane. Czy temu światu potrzebna jest miłość? Równie dobrze źrebaki mogłyby rosnąć na drzewach. A nawet jeśli nie byłoby takiej możliwości, bo w końcu koń nie ptak, jest ciężki, bez większych problemów mogę sobie idealnie wyobrażać inną opcję bez zbędnego bólu, a mianowicie kiełkowanie z ziemi. Brzmi dziwnie, ale nie chodzi mi o na przykład tkwienie z nogami w ziemi. Wyobrażałam to sobie tak. Z ziemi wyrasta mały pączek, później rośnie i robi się coraz większy. Na końcu rozbija się ukazując skulonego w środku źrebaka. Wydaje się niemożliwe, ale przecież każdy był kiedyś zarodkiem, nie większym od ziarenka piasku. No ale przecież konie nie mają nasion. Ale mogłoby nadać się do tego, zdaję sobie sprawę, że brzmi to ochydnie, łajno czy inne produkty wydalania. Powstrzymam się od wymienienia ich nazw, bo chyba nie każdy chce tego słuchać. Nagle nogi zaczęły mi ciążyć. Tak, to już za chwilę. Znalazłam dogodne miejsce w jakimś wgłębieniu, a potem położyłam się na ziemi. Chciałam już mieć to za sobą. Oddychałam ciężko. Czułam ogromny ból. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Powtarzałam sobie jak mantrę dwa słowa. Po chwili było już po wszystkim. Postanowiłam zabić to chodzące okropieństwo zanim ktoś się zorientuje, że się narodziło. Nagle usłyszałam czyjeś kroki. Już za późno. Jeszcze na mnie doniosą i zostanę wyrzucona.
<Ktosiu?>
3.03.2018
Tenebris zachodzi w ciążę!

1.03.2018
Od Tenebris do Yatgaar "Krwawa poezja"
-Wszystko w porządku? - zapytała Yatgaar.
-Taa...ak - aż mnie zatkało. Za mną stało oblicze piękne niczym twarz bogini. Yatgaar. Siwa piękność. Jeszcze niedawno uważałam, że miłość do tej samej płci, homoseksualizm to zło, ale już rozumiałam o co chodzi.
-Wiesz co... - zaczęłam. - Ostatnio dużo rozmyślałam na ten temat i doszłam do wniosku, że cię kocham. I nie patrz się na mnie tak dziwnie. Mówię prawdę. Ostatnio napisałam walentynkowy wiersz. Akurat nie do ciebie, ale przeczytam. Może będziesz chciała taki z dedykacją dla ciebie? - odchrząknęłam. - A więc zaczynamy.
Dla soboli i bundruków, co sens memu życiu nadają
O sobolu z złotą kitą,
Co tajgę dzień w dzień przemierzasz
W nocnym blasku klingą litą
Kończysz marny żywot zwierza
Krew się leje żyła pęka
Tracisz swą oddaną nogę.
Wiem że to dla ciebie męka
I przeżywasz wielką trwogę
Mimo wiedzy tej koniecznej
Co mój umysł uświadamia
Nie mam serca dostatecznie
I zabiję zawiadamiam
Ale przedtem w mej radości
Dźwięku kości gruchotanych
Hen odpłyną twoje złości
I ból nóg tobie łamanych
Walczysz co dzień o przetrwanie
Zimno ciepło tyś na dworze
Pojmiesz dzisiaj pogrzebanie
Czujesz strach wiem doskonale
Przeżywasz ból oczywisty
Zginiesz więc w cierpienia szale
Jutro wejdzie księżyc krwisty
A tortury są przed zgonem
Skórę tracisz raz za razem
Nic nie będzie tobie schronem
Później będziesz drogowskazem
No i z głową na pal wbitą
Cały czas w księżyca blasku
Już obtarty klingą litą
Skóra twa jest już w zatrzasku
<Yatgaar? Wiem że beznadziejne>
28.02.2018
Od Tenebris "Gdy ceną jest młodość, a zyskiem śmierć. Morderca. Psycholog." Cz. II + "Konsekwencje" (+18)
-Starczy? - zawahałam się. Czy nie ciężko znaleźć konia po tak powierzchownym opisie?
-Myślę że tak. W końcu to dosyć jasne znaki - ogier uśmiechnął się zachęcająco. O kurcze! To on potrafi tak wykrzywić twarz? Wprost niemożliwe. Mimo wszystko nie chciałam psuć tak wyjątkowej sytuacji i nie skomentowałam uśmiechu.
-Dobrze, kiedy ruszamy? - dopytywałam się nie chcąc przedłużać bezczynności.
-Jak najszybciej, czyli teraz - zaśmiał się Bush. - Chodź.
Kiwnęłam głową i uśmiechnęłam się. Stado Hańby miało swoją miejscówkę w niewielkim borze, bo chyba nie istnieje takie słowo jak borek,czy bórek. Nie wiedziałam jak wejdziemy do wewnątrz, ale postanowiłam zaufać dowódcy. Przewróciłam oczami na to sformułowanie. Podeszliśmy pod duże głazy pod samym lasem i kryjąc się za nimi przed wzrokiem pilnujących, przekroczyliśmy barierę drzew i znaleźliśmy się wewnątrz bazy. Udało się. Tylko co teraz?
-Tenebris - szepnął ogier. - Ty zabij tego Arbitruntususa, czy jak my tam było, a ja zrobię co innego. Bez dyskusji. Spotkamy się przy głazach- rzekł wciąż cicho, ale stanowczo. Westchnęłam w duchu. Arbitrantesa. Nie ukrywam. Trochę martwiłam się o Brave'a, ale postanowiłam mu zaufać. Przecież jest dużo starszy i bardziej doświadczony niż ja. Oczywiście, że da radę. Ja postanowiłam poszukać mojego celu. Po krótkich poszukiwaniach zobaczyłam, jak przechadza się po jednej z niepilnowanych granic lasu. Niepostrzeżenie opuściłam teren strzeżony,zrobiłam wielkie koło i wróciłam do Arbitrantesa. Chciałam, żeby nie zorientował się, że byłam w środku.
-Stać - usłyszałam stanowczy głos ogiera.
-Witaj czcigodny - przywitałam się składając głęboki ukłon przed jego obliczem.
-Kim jesteś i co tu robisz? - spytał ostro, ale widać, że po okazaniu szacunku lekko złagodniał.
-Jestem Tenebris. Byłam członkiem tej bzdurnej chmary koni z którymi walczycie, ale uznałam, że nie warto z nimi trzymać. Męczyli mnie, bili, torturowali. - całą sobą starałam się pokazać, że się boję i że zrobię wszystko co mi każe. - Chcę przekazać wam istotne informacje.
-Dobrze śliczna - zbliżył się. - Doprawdy nie rozumiem jak można było dręczyć taką piękność jak ty. Chodź, przejdźmy się - powiedział. Zdecydowanie był typem z przerośniętym ego. Mimo wszystko nie protestowałam. Czas na grę.
-Oczywiście - przytaknęłam posłusznie. Chciałam dać mu do zrozumienia, że zrobię wszystko co zechce. Arbitrantes ruszył, a ja za nim. Z kroku na krok szedł coraz bliżej mnie. Po chwili czułam już dotyk jego boku na swoim.
-Masz piękne oczy, wiesz? - powiedział patrząc na mnie uwodzicielsko. Zarumieniłam się. W pewnym momencie, gdy doszliśmy pomiędzy jakieś skały, zatrzymał się. Ja zrobiłam to samo. Samiec podszedł do mnie z boku i objął mnie swoją szyją. Robił nią co chciał, ale nic nie robiłam. Chciałam, żeby wiedział, że nie śmiem zaprotestować. Nagle podniósł głowę i szepnął mi do ucha.
-Miałaś kiedyś źrebaki? - spytał.
W odpowiedzi pokiwałam przecząco głową.
-Czas to zmienić - spojrzałam na niego z niemym zakazem, ale on patrzył się na mnie szyderczo. Zrobię to. Choćbym miała ponieść konsekwencje. Dla dobra klanu. Ogier wskoczył na mój zad i się zaczęło. Ledwo wytrzymywałam. Nie chciałam podejmować ryzyka. Bałam się najgorszego. Ciąży. Mimo wszystko wiedziałam jak to się skończy, kiedy nie poczekam wystarczająco długo. Arbitrantes uniknie ostrza. Musiał poczuć się wystarczająco pewnie. Schyliłam głowę i wyciągnęłam ukryty pod brzuchem sztylet. Zamachnęłam się i wbiłam broń w szyję wroga. Ten runął na ziemię.
-Miej szacunek do klaczy - splunęłam. Koń nie żył. Możliwe, że przyjdzie mi za to słono zapłać.
THE END
28.02.2018
Od Tenebris "Misja. Morderca. Psycholog" + "Walentynkowa poezja"
*ważnym elementem dla fabuły są opowiadania Bush Brave'a. 1; 2 *
Same nudy. Niby wojna, ale... Szkoda gadać. A myślałam, że będzie pełno krwi, ryzyka, poświadczenia życia, a tu nic. Tylko chowanie się jak sobole przed moim sztyletem. Swoją drogą ciekawie to brzmi. Może zrobić to przysłowiem. A z resztą. Nieważne. Wracając do tematu wojny. Nie musi jej być, żeby były walki. Wystarczą walentynki. Dla mnie to święto to pojedynek z samym sobą. A może by tak zrobić własną walentynkę? Tylko z czego? Nie ma nigdzie materiałów. To jest myśl! Napiszę wiersz! A później będę go recytowała go sobolom, bundrukom i innym takim, podczas ich cierpienia. Bo to właśnie do nich chciałam skierować moje dzieło literackie. A więc pstryk. Wena włączona i możemy zaczynać.
Dla soboli i bundruków, co sens mi nadają
O sobolu z złotą kitą,
Co tajgę dzień w dzień przemierzasz
W nocnym blasku klingą litą
Kończysz marny żywot zwierza
Krew się leje żyła pęka
Tracisz swą oddaną nogę.
Wiem że to dla ciebie męka
I przeżywasz wielką trwogę
Mimo wiedzy tej koniecznej
Co mój umysł uświadamia
Nie mam serca dostatecznie
I zabiję zawiadamiam
Ale przedtem w mej radości
Dźwięku kości gruchotanych
Hen odpłyną twoje złości
I ból nóg tobie łamanych
-Tenebris - przerwał mi jakiś głos. Całe szczęście skończyłam już tworzyć zwrotkę dla soboli. Teraz tylko bundruki.
-Ta? - przystanęłam i odwróciłam głowę. Był to Bush Brave.
-Chodź - nakazał głosem nieznoszącym sprzeciwu.
-Dlaczego mam cię słuchać? - zaśmiałam się buntowniczo.
-Bo jestem twoim dowódcą - w tej chwili pożałowałam, że wybrałam stanowisko wśród morderców, którymi kieruje mój przybrany ojciec.
-Jasne, jasne - prychnęłam urażona i podeszłam bliżej.
-Idziesz ze mną - oznajmił prosto z mostu samiec.
-Gdzie? - spytałam delikatnie zdezorientowana.
-Na misję - zaśmiał się ogier, jak gdyby było to oczywiste.
-Na misję powiadasz? W takim razie się zgadzam - uśmiechnęłam się chytrze. W reszcie można się rozerwać. Koniec lenistwa. Zaczyna się wojna. Prawdziwa wojna.
-Naszym celem jest zamordowanie jakiegoś ważnego dowódcy o imieniu Arbitrantes. Z opisu tego śmiecia, Khonkha, oraz jego lizusów wynika, że jest on siwy, nie ma sierści na jednej nodze, nie ma prawego oka, a na lewym ma bliznę. To wszystko co wiem - wyrecytował na jednym oddechu Bush Brave. Na więcej nie było go stać.
-Starczy? - zawahałam się. Czy nie ciężko znaleźć konia po tak powierzchownym opisie?
-Myślę że tak. W końcu to dosyć jasne znaki - ogier uśmiechnął się zachęcająco. O kurcze! To on potrafi tak wykrzywić twarz? Wprost niemożliwe. Mimo wszystko nie chciałam psuć tak wyjątkowej sytuacji i nie skomentowałam uśmiechu.
CDN
11.02.2018
Od Tenebris do Eragona "Sobole i bundruki"
-Zawsze jesteś taka "miła"? - spytał ogier. Po chwili na jego pysku pojawiło się lekkie niezdecydowanie. Doskonale widziałam, że się mnie bał. A właśnie to mi się przyda. Respekt.
-Pocieszę cię, tak - powiedziałam ironicznie. - Choć zdarzają się wyjątki, ale to rzadkość - machnęłam grzywą dając mu do zrozumienia, że to nie ważne. - Bycie miłym to moje ulubione zajęcie - rzekłam z sarkazmem. - No może po kilku bardziej drastycznych rzeczach - zaśmiałam się.
-Jakich drastycznych rzeczach? - spytał niepewnie Eragorn.
-Na pewno chcesz wiedzieć? - spytałam śmiejąc się z żadnego mi pytania.
-Taak - powiedział nastolatek, jednak w jego głosie wyraźnie słychać było nieudanie skrywane niezdecydowanie i obawy, nawet strach.
-Dobrze, więc. Tylko nie mam zamiaru tłumaczyć się później twojej mamusi - prychnęłam. - Obdzieranie ze skóry bundruków syberyjskich, przepaławianie nóg sobolom - z rozkoszą przypomniałam sobie rodzinny dom. Niestety po dołączeniu do klanu, nie miałam okazji tego praktykować. - Starczy? - zaśmiałam się widząc przestrach w oczach ogiera.
-Tak - powiedział. Widocznie bardzo chciał nie wyjść na tchórza, bo doskonale wiedziałam, że chciał powiedzieć coś w stylu "Możesz kontynuować" albo "Mów dalej", ale po prostu, zwyczajnie nie dał rady. Doskonale widziałam, że nie ma już ochoty na rozmowę. Sama podzielałam jego zdanie, więc postanowiłam zakończyć tę konwersację.
-No cóż, sobole czekają - zaśmiałam się szyderczo i ruszyłam na poszukiwanie wymienionych przeze mnie zwierząt. Czas trochę się rozerwać. Nie ma ani minuty do stracenia.
<Eragorn? Moja wena jest gdzieś głęboko pod ziemią i nie mogę jej znaleźć>
6.02.2018
Od Tenebris do Bush Brave'a "Kłótnia"
-Mam cię szczerze dość - wysyczał Bush Brave'a.
-No nie gadaj stary - przewróciłam oczami.
-No nie pyskuj młoda - prychnął ogier.
-Tylko nie płacz - powiedziałam z litościwą miną.
-To nie miało sensu - ojciec spojrzał się na mnie dziwnie.
-Tak jak cała twoja egzystencja - wręcz przeliterowałam.
-I kto to mówi - prychnął z wyższością Brave.
-Ja. Tenebris. Psycholog. Morderczyni. - powiedziałam twardo.
-A! - powiedział krótko - Ja. Bush Brave. Dowódca morderców. Osoba wyżej w hierarchii niż ty. - odparł lekceważąco.
-Ucisz się. Skoro jesteś takim wielkim dowódcą, powiedz mi z kim będziemy trenować tą tępą część stada - zakończyłam naszą kłótnię, wyglądającą raczej jak dziecięca przekomarzanka.
-Ten niestety jeszcze nie nieświętej pamięci Khonkh mówił, że z obrońcami i bojownikami. Nie słuchałaś, marna egzystencjo? - znowu zaczął kłótnię, jednak to zignorowałam.
-No wow! Tyle to i ja wiem. Wysil te swoje szare komórki. - prychnęłam.
-O! Jednak nie jesteś głucha! Gdybyś nie wiedziała moje szare komórki cały czas pracują. Już Ci mowię. Ja, ty, Kirk, Grey, Byorn, Fenrir, Hasmina. Tyle - wymienił.
-Czyli prawie samo porządne towarzystwo d...-nie zdążyłam dokończyć.
-Weźmiecie się wreszcie za swoją robotę? Stado zaczyna się nudzić - przerwał mi ktoś, pewnie przysłał go władca.
Nudziło mi się okropnie, więc postanowiłam się zgodzić.
-Idę trenować tą bandę nieudaczników. Idziesz ze mną? - zapytałam
<Bush Brave? 100% dialogów, 0% akcji, 0% otoczenia>
6.02.2018
Od Tenebris do Eragona "Krytyka"
Jest wojna, umrę.
Jest wojna, umrę.
Jest wojna, umrę.
Jest wojna, nie umrę.
Jest wojna na pewno umrę.
Jest wojna, umrę.
Jest wojna, umrę.
Jest wojna, umrę.
Jest wojna, umrę.
Jest wojna, um...
-O! Przepraszam... nie zauważyłem Cię... - jakiś nastolatek wpakował się na moją osobę. Spojrzał zakłopotany na moją osobę. Prowadzone przeze mnie rozmyślania tylko mnie denerwowały. Z resztą to miały na celu. Naładowana złością postanowiłam dać upust swoim emocjom.
-O! Przepraszam... Nie zauważyłem Cię... - z przesadą naśladowałam ogiera. - Jak dla mnie dosyć wyraźnie odróżniam się od śniegu. A! Racja! Mogłeś pomylić mnie z błotem. Albo z drzewem. A może ze zjawą? Często je widujesz? Jak widzę dosyć długo żeby wiedzieć, że można przez nie przenikać, a zbyt krótko, żeby rozróżnić ducha i konia. Choć nawet głupi to potrafi. Wiem. Jesteś ślepy. Niewidomy. Bardzo głupi. Wiesz... Szkoda mi Cię. Gdybyś trafił w odpowiednie ręce mogło by z ciebie coś być. Nie zauważyłem Cię - powiedziałam z przekąsem. - Mój drogi. Jest wojna. Tu trzeba patrzeć. Jeśli nie rozróżnisz mnie i... Niczego, to nie rozróżnisz swojego od przeciwnika, śmierci od życia, zabójczego ostrza od gałęzi. Mówię. Jest wojna. Ja umrę. Ty umrzesz. Brave umrze. Khonkh umrze. Yatgaar umrze. Każdy umrze jeśli nikt nie będzie zauważał przeciwnika. - zakończyłam swoją niezbyt miłą wypowiedź i patrzyłam się z ukrytym zainteresowaniem jak zareaguje nastolatek.
<Eragorn? Tenebris pojechała może trochę zbyt ostro, ale da się albo przyzwyczaić albo zyskać jej sympatię >
6.02.2018
Od Tenebris do Yatgaar "Bezpieczna misja z narażeniem życia"
- Cóż, przydałoby się wyposażyć wreszcie Grey w jakąś porządną, długotrwałą broń, a nie tylko kawałek urwanego gdzieś patyka. - nastawiłam uszy i zaczęłam nasłuchiwać, co też Yatgaar chce mi zlecić. - Od ludzi dzielą nas kilometry, od skalnej ściany niczego zębami nie odłupiesz...Nie wiem, czy nawet taka inteligentna dziewucha jak ty poradzi sobie z jej zdobyciem. - klacz zakończyła wzdychając cicho. Zdawałam sobie sprawę, że to coś w rodzaju podpuchy. Ma mnie zmusić do zgody. Co mam zrobić skoro i bez tego bym się wyrwała.
- Chyba śnisz. - odparłam szybko. Yatgaar uśmiechnęła się i potrząsnęła grzywą. Zaczęła się kierować w stronę zajętego przygotowaniami stada.
- Nie daj Bush Brave'vowi długo czekać. Nazajutrz wyruszamy - przystanęła i odwróciła się, a po chwili kontynuowała już marsz.
Nie czekałam długo. Był dopiero ranek, ale do jutra musiałam mieć tę broń. Klacz miała rację. Od ludzi dzielilły nas kilometry. Przynajmniej sto, ale kto wie, może dużo więcej? Do najbliższego miasta zdołałabym dotrzeć dopiero po trzech dniach intensywnego wysiłku. Nie mówiąc już o drodze powrotnej. Druga opcja wymieniona przez Yatgaar była też raczej nie możliwa. Może udałoby się o odłupać coś od mniejszego głazu, ale od góry? Nikt bez specjalnych narzędzi nie dał by rady. Ani koń, ani żaden drapieżnik, ani nawet człowiek. Zastanawiając się nad możliwościami uzyskania broni, zaczęłam kierować się w stronę stada. Nie miałam zupełnie pomysłu, więc z nudów zaczęłam przysłuchiwać się rozmowom innych.
-Myślisz, że nic nie stanie się naszej malutkiej Mindy? - powiedział jakiś zatroskany głos. To zapewne Cherry. Niedawno zawarła partnerstwo z Dorianem i zaszła w ciążę. Z tego co wiem jej dziecko to jedyne źrebię w klanie.
-Mam was szkolić czy nie - ktoś wycedził przez zęby. - Wcale nie zależy mi na waszym życiu i nie moją sprawą jest, żebyście przetrwali wojnę! - rozpoznałam głos Busha i uśmiechnęłam się na myśl o tych biedakach których musi szkolić. W mojej głowie zaczął świtać jakiś pomysł. Mglisty i niesprecyzowany, zupełnie nie mogłam go wyciągnąć z otchłani myśli.
-Dorian doniósł, że Stado Hańby zatrzymało się u stóp Gerel Uul. Musimy... - usłyszałam jak Khonkh robi z kimś naradę. Nie słuchałam. Nieuchwytna dotąd myśl, wreszcie dała się chwycić. Stado Hańby. Skoro jest u stóp Gerel Uul bez problemu dotrę do niego jeszcze dzisiaj. Wrócę pewnie jutro, trochę po północy. Znałam pewien skrót. Gdy jakiś czas temu byliśmy na szczycie przewróciłam się i zsunęłam się po idealnym do tego celu zboczu, praktycznie na sam dół. Oczywiście nie zrobiłam sobie krzywdy. Zjazd trwał koło godziny, więc wystarczyło, że wrócę na szczyt, zjadę i poszukam wrogiego stada. Może dwie godziny i będę na miejscu.
***
Właśnie kończyła mi się trasa w poprzek zbocza. Zjeżdżałam powoli po śniegu na prawym boku. Po kilku minutach byłam już na poziomym gruncie. Nie zajęło mi długo znalezienie drogi do całkowitego Zejścia z góry. Minęło może pół godziny i mogłam szukać Stada Hańby. Nie byli zbytnio ukryci, więc i to nie sprawiło mi problemu. Stanęłam jak wryta. Byli chyba dwukrotnie liczniejsi od nas, Klanu Mroźnej Duszy. Zrobiłam małe rozeznanie. O dziwo nikt mnie nie dostrzegł choć kręciłam się obok członków stada. Udało mi się nawet przemknąć za plecami strażnika do miejsca, w którym składają broń. Były tu też worki z prowiantem, chyba myśleli, że na górze nie będą mieli co jeść. Przedziurawiłam jeden i wysyłałam z niego zawartość. Jak najciszej wzięłam ze stosu chyba pięć mieczy, trzy tarcze, siedem sztyletów i mnóstwo kamiennych pocisków. Zapakowałam wszystko do worka. Opuściłam jaskinię, po raz kolejny niezauważona, po czym ruszyłam w stronę stada. Tym razem musiałam iść tradycyjną drogą. Gdy oddaliłam się od Stada Hańby dobre dwa kilometry usłyszałam zdenerwowane krzyki. Musieli być naprawdę źli. Później poczułam drżenie ziemi. Biegli tu. Gonili mnie.
<Yatgaar? Starczy?>
4.02.2018
Od Tenebris do Yatgaar "Wiadomość"
- Dlatego też muszę ogłosić...że rozpoczęła się wojna - zakończył swoją wypowiedź Khonkh. W klanie wybuchła wielka wrzawa. Ktoś wybuchł płaczem, kolejni krzyczeli z wyraźnym strachem w głosie, jeszcze inni pytali rozpaczliwie Khonkha o to co będzie dalej. Ten wcale się nie zdziwił widząc powstałe zamieszanie. Zaczął uspokajać klan jakimiś gadkami o tym wyimaginowanym Arocie. Cały klan od razu nabrał chęci do walki. Niech słuchają czego chcą, wierzą w co im się podoba. To oni się ostro na nim przejdą. Mi nic do tego. Stałam pośród tłumu patrząc się przed siebie. Nie interesowało mnie gadanie Khonkha o jakichś przygotowaniach, więc pogrążyłam się w rozmyślaniach. Wiedziałam co to wojna, ale nie miałam pojęcia jak ją się toczy. Co ja będę robiła? Jestem tylko nastolatką. Nie przydam się do niczego. Walcząca młodzież? Kto to widział? Może i nie miałam nic przeciwko temu, że będę musiała walczyć, ale takie coś nie było podobne do tego małego i pustego mózgu władcy. Za praktycznie kilka dni będę dorosła, ale nadal kwalifikowałam się w tę młodszą grupę wiekową.
-Obecnie uznałem, że najlepiej będzie, jeśli Bojownicy, mordercy i obrońcy zajmą się szkoleniem innych członków. Piorun musi przeszkolić nastolatków, jednak będą też oni brali udział w normalnym szkoleniu z resztą - zdołałam wychwycić istotne dla mnie informacje. Co on sobie myśli?! Nie jestem na tyle głupia, żeby ktoś musiał uczyć mnie przetrwać.
***
Wszyscy zajmowali się już przygotowaniem do wojny. Nie wiedziałam co mam robić. Postanowiłam pójść do Yatgaar, bo Bush Brave był zajęty i zapytać się co mogę ze sobą począć.
<Yatgaar? Ja też nie mam weny>
14.01.2018
Od Tenebris do Yatgaar "Huk"
Byłam zdenerwowana tym, że Yatgaar kazał mi przerwać ćwiczenia. Przede wszystkim czułam się urażona.
— Jak wyrobisz sobie odpowiednią kondycję - pogadamy. - odparła ze spokojem klacz. Rozważałam czy warto w tej chwili pytać się jej o dalsze treningi. Nagle Yatgaar ruszyła w stronę stada. To rozwiało moje wątpliwości. Później może nie być okazji.
— Jutro też miałabyś czas? - zapytałam pospiesznie.
— Przyszłość pokaże. - mruknęła klacz. - Ale bądźmy dobrej myśli. - dodała.
Uśmiechnęłam się. Trening z Yatgaar to trening z Yatgaar. Mój trening to mój trening. Nie muszę robić tego co jej się podoba. Odrzuciłam patyk i zaczęłam się rozglądać za innym zajęciem. Mój wzrok padł na choinkę. Czegoś jej brakowało. Może trochę nieładu? Postanowiłam poćwiczyć celność i zrzucać z niej ozdoby. Wzięłam do pyska niewielką szyszkęa. Moją uwagę zwracała wielka, złota gwiazda, lśniąca na szczycie drzewka. Nie występowała w naszym środowisku, nie rosła na drzewach, więc pewnie pochodziła z jakiegoś ludzkiego miasta lub została zagubiona przez jakiegoś dwunożnego. Wycelowałam starannie i po chwili szyszka mknęła w stronę błyszczącej w świetle księżyca ozdoby. Pocisk trafił w cel, ale gwiazda jedynie drgnęła. Wzięłam do pyska cięższy przedmiot, a mianowicie kamień i ponownie skierowałam go w stronę ozdoby. Ta z hukiem rozpadła się na kawałki.
<Yatgaar? >
10.01.2018
Od Tenebris do Yatgaar "Trening"
Na początku byłam trochę zawiedziona, bo co ma broń do mokrego badyla? Mimo wszystko chciałam potrenować. Nie ma znaczenia jak, byle tylko zwiększyć swoje umiejętności. Podniosłam, więc jeden z grubszych patyków, który wymiarami przypominał mi sztylet Bush Brave'a.
- Spróbuj przekręcić maksymalnie szyję na lewo i na prawo. Do sztychów potrzebna jest elastyczność karku i głowy. - Powiedziała Yatgaar, gdy chwyciłam swoją "broń" w zęby. Od tego zaczął się trening. Zastanowiłam się chwilę po czym spytałam :
-Chodziło Ci bardziej o takie przekręcanie, - przekręciłam głowę i szyję, tak że tworzyły z podłożem kąt trochę większy niż czterdzieści pięć stopni - czy o takie? - tym razem starałam się zwrócić te części ciała jak najbardziej do tyłu.
-Miałam na myśli bardziej to pierwsze, ale takie też mogą się przydać - zaspokoiła moją ciekawość połączoną z niepewnością Yatgaar.
Zaczęłam ćwiczyć przechylając głowę naprzemiennie na prawo i lewo. Co jakiś czas spoglądałam jak najbardziej w tył.
-Dobrze, skoro już rozgorzałaś sobie kark, więc teraz pokażę ci na czym polegają same sztychy - oznajmiła klacz. Chwyciła jakiegoś patyka i zaczynała prezentować jak to nazwała, sztychy. Używała drewienka podobnej długości do mojego, widocznie dlatego, że prezentowanie mi włócznią sztuki walki sztyletem nie było by chyba dla niej, jak i dla mnie zbyt wygodne. Postarałam się powtórzyć ruch czekając na uwagi Yatgaar.
<Yatgaar? Dobrze robię>
21.12.2017
Od Tenebris do Yatgaar "Ćwiczenia"
Stojąc w tym samym miejscu przez kilka godzin rozgrzebywałam śnieg i skubałam ukryte pod nim źdźbła trawy. Robiłam to aż do zapadnięcia zmroku. Wtedy spróbowałam usnąć. Nie powiem. Miałam z tym nie małe problemy. Poza tym zdrętwiały mi tylne kończyny m tkwiące w bez ryc przez długi czas. Postanowiłam się rozruszać i szybkim krokiem oddaliłam się w stronę lasu. Zagłębiłam się w gąszcz. Przez chwilę miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje, ale rozejrzałam się i nikogo nie zauważyłam. Gdy byłam już dobrze schowana przed resztą stada przystanęłam i zaczęłam mały trening. Zaczęłam robić slalomy między drzewami co jakiś czas stając i próbując kopnąć jeden z pniów. I jedna, i druga czynność wymagała sporego skupienia. Po pierwsze las był gęsty, a po drugie drzewa były bardzo cienkie. Nagle z cienia wynużyła się Yatgaar. Trochę się zdziwiłam, ale dzięki wczesniejszemu przeczuciu, że ktoś na mnie patrzy, nie przestraszyłam się. Klacz spytała się mnie co tu robię, a ja zgodnie z prawdą, wytłumaczyłam się problemami ze snem
- Przestań przechylać zad, to może uda ci się kiedyś trafić przeciwnika. - poradziła mi rozmówczyni. Na chwilę przystanęłam i wysłuchałam jej rad. Spróbowałam ponownie. Tym razem trafiłam w pień.
- Skąd pochodzisz? - spytała się Yatgaar.
-Urodziłam się w Ułan... - poraz drugi z sukcesem walnęłam tylnymi kończynami w drzewo -... Bator. Przynajmniej tak nazywają to ludzie -odpowiedziałam.
-A co się stało z twoją rodziną?-klacz poraz kolejny zadała pytanie.
-Mamę i siostrę zabił ojciec. Teraz siedzi sobie z moim bratem i go szkoli. Uznał, że jestem gotowa, aby go opuścić, a więc poszłam - rzekłam obojętnie. Mało mnie interesowały losy mojej rodziny. Między nami zapadła cisza. Yatgaar chyba o czymś rozmyślała, a ja co jakiś czas, głównie z powodzeniem, próbowałam kopnąć drzewa.
-Mogłabyś mi pomóc udoskonalić moją technikę walki bronią białą? Niedługo się w takową wyposażę, więc chcę potrafić się nią dobrze posługiwać. - spytałam.
<Yatgaar? Ja też za bardzo nie miałam pomysłu >
10.12.2017
Od Tenebris do Bush Brave'a/Yatgaar "Członkostwo"
ważyły się moje losy, a dokładniej to czy dołączę do Frakcji chcącej obalić tego... A zresztą mniejsza o to. Musiałabym użyć mnóstwa niecenzuralnych słów. Wiedziałam że Yatgaar mnie obserwuje, choć patrzyła na ogiera. Rozejrzałam się dookoła i szukałam przedmiotu, który mógłby mi pomóc w pokazie siły. Zauważyłam dosyć młode drzewko stojące nieopodal mnie. Zagalopowałam wprost na roślinę, a potem zadem, tak aby nie uszkodzić sobie stawów. Po uderzeniu w drzewo niespiesznym galopem wróciłam do rozmawiających koni.
- Dobrze więc. Łata. - oznajmiła Yatgaar.
Uśmiechnęłam się zwycięsko.
-A więc mogę dokładnie wiedzieć jak działa frakcja? - spytałam.
-Bush Brave cię nie poinformował-klacz spojrzała znacząco na ogiera. Ten zapewne wzruszyłby ramionami, gdyby tylko miał taką możliwość.- Wiesz już chyba w jakim celu działamy?-Yatgaar spojrzała się w moją stronę.
-No...-mruknęłam.
- Ja-wyraźnie zaakcentowała klacz- jestem przywódczynią frakcji. Należy do niej jeszcze kilka innych koni. Może później się dowiesz kim oni są. Kiedy zajdzie taka potrzeba dostaniesz jakieś zadania i będziesz musiała wykonać je dyskretnie. Nie przypominam sobie więcej rzeczy, które mogłbym ci teraz przekazać. Wszystkiego dowiesz się później-zakończyła klacz.
Yatgaar potrząsnęła grzywą i odeszła. Bush odpowiedział jej tym samym.
Nie mając nic ciekawego do roboty odeszłam trochę dalej. Udało mi się podsłuchać rozmowę innych koni.
-To straszne...-powiedział jeden.
-No... Biedny Tay spadł z urwiska. -odparł ponuro drugi.
Tyle mi wystarczyło. Odeszłam od rozmawiających i zaczęłam powoli skubać trawę. "To na pewno oni, to sprawka Frakcji Kruczych Cieni" pomyślałam z uśmiechem.
<Yatgaar? Bush Brave?>
5.12.2017
Nowy psycholog i morderca - Tenebris!

1, 2
Źródło: Jeden autor.
Motto: Dla niej takie kilka słów nic nie znaczy.
Imię: Tenebris. Mrok. Imię doskonale odzwierciedla jej charakter. To imię dał jej prawdziwy, biologiczny ojciec. We frakcji Kruczych Cieni posługuje się pseudonimem Łata.
Wiek: 3 lata. Tyle dokładnie przeżyła. Nie zawsze było łatwo, ale przetrwała tyle lat. Uwaga, bo w planach ma żyć jeszcze długo.
Płeć: Klacz. Jeśli powiesz, że jest ogierem... To już twoja sprawa. Raz ujdzie ci to na sucho, a drugi raz możesz skończyć ze zmiażdżoną głową przybitą do skały, poćwiartowanym tułowiem i wyrzuconymi z ciała wnętrznościami.
- Rasa: Pinto z domieszką krwi mustanga.
- Wygląd: Czarna jak smoła, falująca na wietrze grzywa, piękna srokata sierść - to wszystko równa się Tenebris.
- Znaki charakterystyczne: Nie ma. Może to i dobrze?
- Wzrost: Dokładnie 167,3 cm w kłębie
- Waga: Tyła, tyła i przytyła, ale się nie roztyła 622 kg.
