Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Valentia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Valentia. Pokaż wszystkie posty

15.11.2018

Żegnamy Ganerdene i Valentię!

Pierwsza wyżej wspomniana postać odchodzi z powodu braku aktywności i takiej decyzji właściciela. Mamy nadzieję, że kiedyś zdecyduje się wrócić w nasze progi!
Valentia natomiast, nasza niemłoda, droga członkini, odchodzi w wyniku śmierci z przyczyn naturalnych - o jej nadzwyczajnych okolicznościach dowiecie się więcej tutaj. Majątek klaczy zostanie podzielony odpowiednio pomiędzy rodzinę, a rzeczy usunięte. Niechaj spoczywa w pokoju [*].

Ganerdene|12 lat|Klacz|Czujka|Brak|piamonkey

https://pre00.deviantart.net/8854/th/pre/f/2011/003/e/9/white_and_smile_by_vikarus-d36ce9c.jpg
Valentia|14 lat|Klacz|Szpieg|Brak|Aurea

18.10.2018

Od Valentii do Kirka ,,Droga"

-Pójdziemy za śladami. –odparłam twardo, jednak czułam wątpliwości. Kirk spojrzał na mnie spode łba.
-W środku nocy? –powtórzył moje słowa, spoglądając na krew.
-Tak, a po za tym spójrz, krew jest świeża. Może ktoś potrzebuje pomocy? –zapytałam, ale w duszy dobrze wiedziałam, że to mało prawdopodobne.
-W nocy jest bardziej niebezpiecznie, mogą nas zaatakować dzikie zwierzęta. –opierał się stanowczo ogier, lekko grzebiąc kopytem w błocie. Przez chwilkę milczałam, ale chwilę później przełknęłam ślinę.
-Rano ktoś zauważy naszą nieobecność, mamy już swoje lata, więc nie mamy nic do stracenia. –uśmiechnęłam się. Kirk przez chwilę miał jeszcze zaniepokojoną minę, ale zaraz spojrzał mi w oczy.
-Więc chodźmy. –odparł krótko, po czym wyruszyliśmy za śladami.
~~~
Drogę oświetlał nam wiosenny księżyc. Często słyszeliśmy odgłosy, różne zwierzęta biegały wśród ciemności, to skacząc po drzewach. Było zimno a las robił się coraz bardziej mroczniejszy. W pewnym momencie zobaczyłam dziwny kształt i głucho krzyknęłam, stając dęba. Kirk natychmiast zarżał.
-Co się stało?! –krzyknął, milczałam i sapałam aż w końcu zdałam sobie sprawę, że to zwykły złamany pieniek.
-Już nic, pomyliłam drzewo z jakimś stworem. –mruknęłam. Chociaż sama namawiałam partnera do podążania za śladami, coraz mniej mi się to podobało. Szliśmy dalej, a ja wiedziałam, że miejsce obozu naszego Klanu oddalało się dużymi krokami. Czułam, że w moim sercu zaczął rosnąć dziwny niepokój, stres i strach, jednak nie ujawniłam tego Kirkowi. Miałam bardzo złe przeczucie, jakby ciążył nad nami jakiś łańcuch, uniemożliwiający powrót. W pewnym momencie usłyszałam mlaskanie i jęczenie.
-Kirk.. –szepnęłam, czując jak kręci mi się w głowie. Ogier miał przerażoną minę, a dopiero po chwili, zdaliśmy sobie sprawę, że okrążają nas duże sylwetki, nie jakichś tam wilków. To były sylwetki koni.
<Kirk?>

21.09.2018

Od Valentii do Kirka ,,W mroku"

Westchnęłam powoli. Chłodne powietrze lekko uderzyło w mój pysk, a łzy przestały płynąć i leniwie spływały po moich policzkach. Spojrzałam na Kirka z lekkim smutkiem, jednak milczałam. Popatrzyłam ukradkiem na kilka innych koni, patrzących na mnie z lekką dezaprobatą. Odwróciłam więc wzrok. Byłam lekko zdezorientowana i zdenerwowana. -Chodźmy już. –powiedział mój partner i uśmiechnął się pokrzepiająco. Ja uniosłam lekko kąciki ust, ale po za tym moje oczy pozostawały smutne. Szliśmy brodząc w śniegu, było dość zimno a wiatr świszczał. Na drzewach osiadły pokaźne capy śniegu. Ptaki jadły co się da. Zima jak zawsze, w Mongolii była surowa. Przechadzaliśmy się niedaleko Klanu, aby nie stracić go z oczu. Wciąż trochę smutna, oglądałam przyrodę i życie które radziło sobie wspaniale.
-Dalej Ci smutno? –zapytał mój partner, obracając głowę w moją stronę.
-Trochę.. –odparłam cicho.
–Mam tylko nadzieję, że nie będzie nas winił, że go nie zauważyliśmy.. –mruknęłam do siebie. -Na pewno nie, pamiętaj, że chcieliśmy go uratować, ale robiąc to narazilibyśmy swoje życie i nic i tak byśmy nie zdziałali. –powiedział ogier, a ja uśmiechnęłam się lekko.
-I tak to smutne widzieć śmierć swego pobratymca. –stwierdziłam, a na tym zakończyła się nasza rozmowa. Wróciliśmy kłusem w obręby Klanu, zbliżała się noc. Idąc pod drzewo wraz z Kirkiem, Rozejrzałam się lekko, czułam dziwny niepokój, ale nic nie mówiłam. Sen zmorzył mnie tak samo szybko, jak musiałam się zbudzić.
-PÓŁNOC-
Zbudziłam się. Księżyc swoim mocnym światłem, oświetlał dużo terenu. Stawiłam krok, po czym usłyszałam szelest. Stanęłam. Milcząc, nasłuchiwałam patrząc w ciemne drzewa. Trochę niepewnie zaczęłam zmierzać w kierunku dźwięku, niepokój rósł. Spojrzałam w mrok, a mym oczom ukazał się nieduży cień. Sylwetka wskazywała na coś koniopodobnego.
<Kirk?>

26.08.2018

Od Valentii do Kirka ,,Drapieżniki"

Umilkłam. Wtedy dotarło do mnie, że nigdzie nie widać Williama. Rozejrzałam się dookoła, ale nigdzie nie widziałam znajomego konia. Poczułam lekki niepokój.
-Spytajmy może kogoś.. –powiedziałam, Kirk kiwnął głową.
-Konkretnie kogo? –spytał ogier i również się rozejrzał.
-Ja pójdę spytać Vayoli lub Khairtai! –powiedziałam i ruszyłam w stronę córek. Lekko zdyszana podbiegłam do Vayoli. Klacz odwróciła się w  moją stronę zdziwiona.
-Coś się stało? Mamo? – spytała, patrząc na mnie pytająco.
-Uh.. Widziałaś może tamtego rannego konia? Którego znalazłam razem z Kirkiem? –odparłam rozglądając się nerwowo.
-Nie, ale nie widziałam też, żeby szedł gdzieś wśród Klanu.. –powiedziała Vayola.
-Jasne, dziękuję.. –odparłam i wróciłam do Kirka. Ogier już czekał.
-Nikt go nie widział.. –powiedział mój partner ze smutnym wyrazem pyska.
-W takim razie musimy po niego wrócić! –powiedziałam.
-To nie jest dobry pomysł.. no ale.. jeżeli już, to musimy się pospieszyć! –odparł i razem zacwałowaliśmy w stronę miejsca w którym ostatnio przebywał Klan. Rozejrzałam się, jednak nigdzie nie widziałam ogiera. Westchnęłam lekko. Panowała mroczna cisza, lecz nagle zza kamienia wybiegł wrzeszczący William. Otworzyłam szeroko oczy. Ogier miał pełno ran, był cały podrapany. Za nim wybiegły wilki, a wycieńczony koń nie mógł dać im rady. Razem z Kirkiem bezradnie patrzyliśmy jak wilki rozszarpują ogiera, a jeden z nich swoimi złotymi ślepiami spojrzał mi prosto w oczy.
<Kirk?>

3.07.2018

Od Valentii do Kirka ,,Bardzo blisko"

Wiadomość od władcy nie była jakoś wesoła. Zmarszczyłam czoło, ostro wpatrując się w Williama, poczułam wątpliwości, czy dobrze zrobiłam zwracając uwagę na ogiera. Po chwili odpędziłam od siebie te myśli, gdyby nie pomoc, koń z pewnością zmarłby z braku krwi albo zakażenia. Prychnęłam. Po jakimś czasie cały Klan wyruszył na poszukiwanie dobrego miejsca, dwunogi nie specjalnie się nami interesowały, choć widziałam je wyraźnie na wzgórzu dość dużą odległość od nas. Kręcili się i chodzili w kółko.
-Nie podoba mi się to, Kirk.. –mruknęłam to partnera, zwracając głowę do ludzi.
-Spokojnie, nie powinni się do nas przyczepić.. –odparł Kirk, a ja lekko kiwnęłam głową.
-I tak czuję się źle, czując ich obecność.. –powiedziałam po czym ruszyliśmy dalej. Po jakimś czasie znaleźliśmy dogodne miejsce a konie poukładały się wygodnie pod koronami drzew. Razem z Kirkiem leżeliśmy wygrzewając się na słońcu, a nasze córki były gdzieś nieopodal.
-Ale one szybko urosły.. –szepnęłam, obserwując kroki Vayoli i Khairtai.
-Faktycznie.. wydaję się, że to trwało chwilkę.. –odparł ogier, również patrząc na klacze.
-Są już dorosłe.. –westchnęłam spoglądając na źdźbło trawy. Kirk popatrzył na mnie.
-Smutno Ci?-zapytał mój ukochany, muskając mnie lekko pyskiem.
-Może.. to przykre, że nie będę mogła już się nimi opiekować.. my nie będziemy mogli.. –odparłam cicho, a ogier mnie przytulił. –Ale cieszę się, że są zdrowe i wolne.
-Właśnie tak –uśmiechnął się Kirk, a ja odwzajemniłam uśmiech i znów popatrzyliśmy na klacze. Obudziłam się w środku nocy, panował mrok, ale księżyc świecił bardzo jasno. Wstałam i wybrałam się nad strumyk. Błyszczał i ślicznie falował, zanurzyłam w nim pysk i poczułam ulgę, kiedy chłodna i letnia woda uderzyła mnie o pysk. Wtem dostrzegłam Williama, ogier nie spał i patrzył niespokojnie w prawo i lewo. Podniosłam głowę, a wtedy zobaczyłam dwunożnych, którzy zbliżali się w stronę noclegu Klanu.
<Kirk?>

3.06.2018

Od Valentii do Kirka ,,William"

Koń nadal wyglądał na lekko przerażonego, jego rany były poważne i głębokie. Westchnęłam, patrząc na swojego partnera. Kirk uśmiechnął się do mnie, a ja to odwzajemniłam. Deszcz powoli ustawał, a niemrawe słońce wychodziło zza chmur. Podniosłam głowę, a sekundę później, ulewa ustała.
-Pójdę po Nicka! –powiedziałam, już wychodząc, a Kirk kiwnął głową. Oddaliłam się od naszej kryjówki, kierując się w stronę miejsca, gdzie zwykle medyk odpoczywał. Już z daleka zobaczyłam go, jak zajmował się jakimś koniem. Chyba Lexus. Poczekałam sekundę, aż kuc skończył zajmować się ogierem i odwrócił się w moją stronę.
-O! Witaj Valentio, c-co Cię tu sp-sprowadza – zapytał medyk.
-Razem z Kirkiem zobaczyliśmy rannego konia, uciekł od ludzi, potrzebuje pomocy.. –odparłam lekko niespokojnie.
-Zaprowadzisz mnie do niego? –zapytał kuc, przewróciłam lekko oczami.
-Raczej nie mam wyboru.. –odmruknęłam. Po chwili szłam, prowadząc kuca. Było gorąco, a słońce bezlitośnie piekło. Kałuże po ulewie, zasychały w szybkim tempie a krople wody poznikały. Kiedy dotarliśmy do kryjówki mojej i Kirka. Medyk od razu podszedł do konia.
-A więc.. –powiedział Nick, oglądając bacznie rany. Stukałam kopytem o podłoże. Milczałam w wyczekaniu.
-Myślę, że rany trzeba odkazić i opatrzyć. Jeżeli rany się n-nie otworzą, t-to myś-lę, że koń wyzdrowieje w najbliższym cza-czasie.. –dodał po chwili medyk i jak sam mówił, odkaził i opatrzył rany.
-Dziękuję za pomoc.. naprawdę.. –powiedział ranny.
-Proszę –odparłam z uśmiechem.
-Czy mógłbym zatrzymać się tu na jakiś czas? –zapytał koń.-A po za tym, czas się przedstawić. Nazywam się William.
-Miło poznać, Ja jestem Kirk, a to moja partnerka Valentia i nasze córki, Khairtai oraz Vayola.-powiedział Kirk. Wskazane klaczki właśnie nadbiegały z daleka, widocznie opowiedziały o zdarzeniu reszcie źrebiąt. Zaciekawione stanęły obok nas, patrząc na Williama. Kiedy koń poszedł spać, ja podeszłam do Kirka.
-Hm.. myślisz, że ludzie za nim nie przyjdą? –zapytałam partnera.
<Kirk?>

12.05.2018

Od Valentii do Kirka ,,Ranny nieznajomy"

Kiedy ruszyliśmy do klanu, zaczął padać deszcz. Dosyć mocno, jednak to nam nie przeszkadzało. W końcu deszcz zamienił się w ulewę, galopowaliśmy owiewani wiatrem, a po naszych grzywach spływały krople wody. Zarżałam szczęśliwie, śmiejąc się, Kirk odpowiedział tym samym. Machnęłam głową, brykając, a pod naszymi kopytami bryzgał pył i woda. Mój ukochany popatrzył na to z zachwytem i również tak zrobił. Bo zabawie w deszczu, znaleźliśmy się na terenach Klanu. Wiatr wiał niesamowicie, a nasze córki podbiegły całe mokre, ale śmiały się i ochlapywały wodą, uśmiechnęłam się na ten widok.
-Może schronimy się pod tamtym głazem? –zapytałam Kirka, który sam zatrzymał wzrok na kamieniu.
-Dobry pomysł, chodźcie! –odparł na to ogier, przywołując Vayolę i Khairtai. Stanęliśmy pod osłonieniem, susząc się od deszczu, nagle zauważyłam coś na horyzoncie. Był tam jakiś koń, z siodłem i poszarpaną uzdą, był ranny i podrapany. Przez chwilę patrzyłam na niego, żeby upewnić się, że tam jest, ale na widok krwi kapiącej z ran, nie miałam co do tego jakichkolwiek wątpliwości.
-Kirk! Patrz! –powiedziałam do ogiera, który spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
-Co? Na co mam patrzyć? –zapytał zdziwiony, a ja sprowadziłam jego wzrok na konia. Poruszał się wolno, utykając.
-Widzisz? Trzeba mu pomóc! –powiedziałam, a kiedy zobaczyłam, że koń upadł. Kirk również to zauważył, z niepokojem obserwując ciało konia.
-Zostańcie tu.. –powiedział do naszych córek, które popatrzyły z lekką zazdrością, na to, że opuszczamy schronienie, po chwili, ruszyliśmy w stronę rannego.
<Kirk?>

30.04.2018

Od Valentii do Yatgaar ,,Źrebaki się poznają”

-Wiesz.. albo już nieważne.. –powiedziałam, a klacz pokiwała głową.
-Jak będziesz jeszcze coś chciała wiedzieć, to pytaj. –odparła Yatgaar. Pożegnałam się z nią i odeszłam, odprowadziłam moje córki na lekcję, spędziłam trochę czasu z Kirkiem i wybrałam się nad rzekę. Zanurzyłam w wartkim nurcie pysk, uśmiechając się przy tym. Od tyłu, podszedł do mnie Kirk, przytulając mnie, życzył mi dobrej nocy i wybrał się na patrol. Ciekawiły mnie bardzo, dzieci Yatgaar, więc postanowiłam, ze następnego dnia je zobaczę.
=Następnego dnia=
Obudziłam się na miejscu, w którym zwykle spałam. Zjadłam trochę trawy, przy tym napoiłam się wodą. Zupełnie obudzona, jeszcze jakiś czas spędziłam odpoczywając, pod drzewem, obserwowałam przyrodę, która bez dnia wytchnienia budziła się do życia. Motyle zaczęły już latać, pszczoły też nie spoczywało. A wiele innych zwierząt obudziło się do życia i buszowało gdzieś w krzakach. Kwiaty na drzewach zakwitły, rażąc po oczach mocą barw i zapachów. W końcu zauważyłam, że Yatgaar obudziła się i wraz z źrebakami stała dość niedaleko. Wzięłam więc ze sobą Vayolę i Khairtai i podeszłam do niej. Skłoniłam głowę.
-Czy mogę podejść? –zapytałam uważnie patrząc na uszy klaczy.
-Tak –odparła a ja się zbliżyłam.
-Jak mają na imię twoje pociechy? –dodałam, wyginając się.
-Shiregt, Dante i Miriada. –odpowiedziała Yatgaar. Vayola i Khairtai podeszły do dzieci klaczy, wąchając się uważnie.
-Myślisz, że się polubią? –zapytałam Yatgaar, żeby podtrzymać tą rozmowę.
 
< Yatgaar? Przepraszam za to coś default smiley xd>

30.04.2018

Od Valentii do Kirka "Szczęśliwe dni"

Spojrzałam z rozbawieniem na partnera, Kirk popatrzył na źrebięta oszołomiony, a potem tak jak myślę, przypomniał sobie co powiedział.
-Oczywiście.. a w co chcecie się bawić? –zapytał ogier, patrząc na Vayolę, to na Khairtai.
-Może.. wyścigi aż do rzeki? –zaproponowała Khairtai, a Vayola odparła na to z błyskiem w oku. Kirk popatrzył na mnie, bezgłośnie pytając, czy ja też się zgadzam. Kiwnęłam nieznacznie głową, po czym sama stanęłam w pozie, szykującej się do dzikiego galopu.
-No to dalej! –krzyknęłam, po czym wystrzeliłam jak z procy, ale na tyle, aby klaczki nadążyły, lub nawet nas prześcignęły, Kirk się zaśmiał, po czym również ruszył. Khairtai i Vayola spojrzały po sobie i również zdecydowały się na galop. W końcu całą rodziną galopowaliśmy ze śmiechem, nie zważając na to co nas otaczało. Byliśmy. Po prostu byliśmy wtedy jednością. Pierwsza rzeki dopadła Vayola razem z Khairtai, potem znalazłam się tam ja wraz z moim partnerem. Źrebięta podeszły do wody i chlapały się nawzajem. Ja z Kirkiem stanęliśmy niedaleko. Uśmiechałam się, patrząc na te nieziemskie istoty, skaczące na swoich patykowatych nóżkach. Oparłam się o swojego ukochanego.
-Pomyśleć, że tyle czasu minęło od tego wszystkiego.. –szepnęłam bez ładu i składu, ale mój partner uśmiechnął się i pocałował mnie. Zadrżałam śmiejąc się cichutko. W rewanżu, dotknęłam go chrapą po szyi. Po chwili podbiegły do nas nasze pociechy, rzucając liśćmi. Oboje z Kirkiem popatrzyliśmy na siebie z uśmiechami.
-Ooo.. ze mną się nie zadziera.. –uśmiechnęłam się podejrzanie, po czym wpadłam w liście i oddałam małym zuchwałym istotkom. Po chwili rozegrała się prawdziwa wojna, na rzucanie nimi. Po pewnym czasie, zmęczeni całą czwórką padliśmy pod drzewem, Khairtai i Vayola napiły się mleka i zasnęły. Ja razem z Kirkiem trwaliśmy do późnych godzin nocnych.
-Cieszę się, że Cię mam. Zmieniłeś moje życie, tak bardzo na szczęśliwe.. że nie wiem kim bym teraz była.. dziękuje.. –przytuliłam ogiera czule.
< Kirk? Przepraszam, że tak późno>

20.04.2018

Od Valentii do Kirka ,,To już koniec ognia"

Obróciłam się ze strachem, patrząc na cofającą się klaczkę. Sytuacja była coraz bardziej tragiczna, Kirk próbował uspokoić klaczki, a ja w ostatniej chwili złapałam Khairtai. Ogień ugaszony przez Kirka, chylił się przy ponownym zapaleniu. Klaczki za nic nie chciało ruszyć się spod drzewa, zacisnęłam zęby, po czym jednym ruchem zgasiłam ogień, który chciał dobrać się do Vayoli. Mika i Mindy stały skulone i wystraszone.
-Potrzebujemy pomocy! –powiedziałam do Kirka.
-Nikt nas nie usłyszy! –odparł ogier, zaniepokojona tym, że nikt za nami nie poszedł krzyknęłam na całe gardło, może ktoś przyjdzie. Sekundę później udało mi się wypchnąć Vayolę ze śmiertelnego kręgu, Kirk poszedł za moim przykładem i zrobił to samo z Khairtai i Mindy. Została jedynie Mika, która za wszelką cenę, nie chciała opuścić swojego stanowiska pod drzewem, ogień zaczął trawić już jego połowę, a Mika dalej stała i drżała.
-Chcesz iść do rodziców? –powiedziałam do niej, a klaczka kiwnęła głową.-Jeżeli tak, to musimy się stąd wydostać, wszystko będzie dobrze! –mruknęłam do niej. W końcu uparciuch ruszył się, a Kirk korzystając z okazji popchnął ją za ognistą ścianę. Potem oboje wyskoczyliśmy, jedynym problemem było to, że ogień zaczął zbliżać się do schronienia w jaskini i spalać wszystko dookoła, pioruny dalej bezlitośnie trzaskały z nieba, powodując zamęt, oraz trafiając następne drzewo, deszcz lał już zupełnie, a dodatkowo z nieba słychać było grzmoty. Przed nami wybiegł Dorian, Hasmina, Cherry i Byorn. Wydawało się, że wszystko jest już w porządku, kiedy wszyscy przypomnieli sobie o ogniu. Khonkh,  jak i Yatgaar zarządzili, ze musimy stąd iść, inaczej dosięgnie nas ogień, cały Klan ruszył, nie myśląc o niczym innym, niż ratunku od ognia. Vayola i Khairtai wciąż drżały ze strachu, Khairtai łkała a Vayola milczała.
-Mamusiu, to już k-koniec tego ognia..? –spytała Khairtai ze łzami w oczach.
-Tak, tak.. to już koniec.. –odparłam po czym popatrzyłam na mojego partnera, przytuliłam się do niego.
<Kirk?>

17.04.2018

Od Valentii do Kirka ,,Pożar"

Razem z Kirkiem trzymaliśmy klaczki blisko siebie, wiele koni przygotowywało się do drogi, zaczął padać deszcz. Zapowiadało się na niezłą burzę, razem z Kirkiem i córkami czekaliśmy, aż Khonkh wyda sygnał abyśmy ruszali. Chwile ciągnęły się wieczność, a deszcz coraz bardziej dawał się we znaki. W końcu usłyszałam upragnione: Ruszamy! I wszyscy ruszyliśmy, wszędzie porobiło się nieprzyjemne błoto, na którym co rusz ktoś się poślizgiwał.  Za to Vayola, Khairtai, Mika i Mindy świetnie bawiły się ślizgając, patrzyłam na nie uważnie.
-Zaraz jedna się poślizgnie, mówię Ci –powiedziałam, patrząc na co nowsze pomysły czwórki klaczek.
-Zważając na ich szczuplutkie nóżki? Yhym.. –odparł Kirk, zamyślając się nad czymś.
-Filozof.. –mruknęłam po czym parsknęłam śmiechem, mój partner popatrzył na mnie zdezorientowany, ale po chwili też nie wytrzymał. Po dość długim czasie, znaleźliśmy sporą jaskinię, mieszcząca większość koni, reszta musiała się ścisnąć, aby żądna kropla deszczu ich nie dotknęła. Przeczekaliśmy burzę, która rozpętała się na dobre, niestety, jak na złość, Mindy wybiegła ze schronienia, nikt nie zdążył jej złapać. Za jej przykładem podążyły: Khairtai, Vayola i Mika. Wszystkie. Wszystkie trzy. Rozszerzyłam oczy, a Kirk również nie wyglądał na zadowolonego, staliśmy tak chwilę, po czym oboje wybiegliśmy ze schronienia, podążając za uciekinierkami. Stały one pod rozłożystym drzewem, pod którym było dosyć sucho.
-Chodźcie! Co wam przyszło do głowy wychodzić ze schronienia? –przekrzyczałam burzę i popatrzyłam lekko wkurzonym wzrokiem na klaczki.
-Chciałyśmy się pobawić! –odpowiedziała Mindy także krzycząc, popatrzyłam na Kirka, szukając pomocy. Wtedy w drzewo trzasnął piorun, od razu rozszedł się ogień, którego nie mogła zgasić nawet burza, spanikowane klaczki zaczęło biegać w każdą stronę.
-Musimy coś zrobić! –krzyknął Kirk próbując uspokoić klaczki.
-Wiem o tym! Musimy je stad wyprowadzić! –odkrzyknęłam starając się złapać klaczki, wtedy ogień zatoczył wokół drzewa śmiertelny krąg, klaczki coraz bardziej panikowały biegając tam i z powrotem, na szczęście unikając ognia. Patrzyłam na to wszystko zszokowana, po chwili odzyskałam władzę nad kopytami i podążyłam za przykładem Kirka, próbując uspokoić klaczki.
-Co teraz zrobimy!? –wrzasnęłam szukając jakiejś wnyki w ścianie ognia.
<Kirk?>

16.04.2018

Od Valentii do Yatgaar ,,Spokojny dzień"

Dzień zapowiadał się dość spokojnie, obudziłam się a promienie słońca bezlitośnie mnie oślepiły. Khairtai i Vayola brykały wesoło niedaleko, pod czujnym okiem Kirka. Podeszłam do nich i przywitałam się. Kilka godzin później, Kirk poszedł odprowadzić je na lekcje. Sama poszłam się przejść, było dosyć przyjemnie, zjadłam spóźnione śniadanie i napiłam się z jakiegoś jeziorka. Sylwetki koni z Klanu majaczyły w oddali. Stanęłam sobie pod drzewem, po czym zaczęłam przyglądać się koniom, nikt nie krzyczał, nie było wojny, było spokojnie. Po prostu niebo, niczym ten obraz nie przypominał mi wojny, której mam nadzieję już nie doświadczyć. Przeciągnęłam się i ziewnęłam, godzinę później zaczęłam sobie trochę myszkować, na szczęście w okolicy nie działo się nic podejrzanego, potem całym Klanem ruszyliśmy w stronę Tsenkher, potem zatrzymaliśmy się na następny postój, podczas niego zauważyłam niedaleko Yatgaar, uznałam, że pogratuluję jej partnerstwa z Khonkhiem osobiście. Podeszłam nie spiesząc się. Yatgaar zauważyła mnie już chyba z daleka, ponieważ patrzyła na mnie, widocznie przeczuwając, że zmierzam do niej.
-Cześć Yatgaar –skinęłam jej głową.
-Witaj Valentio –odparła klacz kopiąc kopytem w ziemi.
-Chciałabym Ci pogratulować partnerstwa z Khonkhiem –powiedziałam, poruszyłam uchem i stanęłam podnosząc jedno kopyto.
-Bardzo dziękuje –odpowiedziała klacz lekko się uśmiechając, a ja również się uśmiechnęłam.
-Jak myślisz? Ile zajmie nam jeszcze droga do Tsenkher? –spytałam zaciekawiona.
<Yatgaar? Bardzo przepraszam, że tak długo>

15.04.2018

Od Valentii do Marabell ,,Nieproszona burza”

- Hm... Valentia, słuchaj, może nie chciałabyś się ze mną przejść? Tylko we dwie, żeby się trochę lepiej poznać. Co ty na to? –spytała klacz.
-Właściwie, czemu nie? –odparłam, po czym obie ruszyłyśmy przez niewielką równinę, słońce przyjemnie grzało, a rośliny dosłownie błyszczały zielenią. Przez jakiś czas podziwiałyśmy rozkwitająca roślinność, po czym odezwałam się.
-Nie mogę się doczekać, kiedy pojawią się już liście na drzewach –powiedziałam bardziej do siebie.
-Ja również, myślisz, że to nastąpi niedługo? –odparła pytaniem klacz.
-Kto wie.. mam nadzieję, że nie spadnie już to białe chole*stwo- prychnęłam, przypominając sobie wszystkie chwile ze śniegiem i pokręciłam głową.
-Dokładnie, choć nie było tak źle.. –odpowiedziała Marabell, patrząc na trawę. Jakiś czas potem wybrałyśmy się nad rzekę, szaleńczo płynąca i porywająca wszystko co zetknęło się z nią.
-Chyba lepiej się tu nie zbliżać.. –mruknęłam, patrząc na błoto, które niczym nie zachęcało do jakiegokolwiek kontaktu.
-Faktycznie, nie chcę się dzisiaj kąpać.. –odparła klacz, a ja zaśmiałam się cicho. Szłyśmy metr od brzegu, rozmawiając sobie i plotkując na przeróżne tematy, w końcu trochę zmęczone, poskubałyśmy sobie trawy, po czym ruszyłyśmy w drogę powrotną. Po pewnym czasie sielankowej pogody, coś oczywiście musiało się zepsuć. Zaczął padać deszcz, najpierw delikatnie, ale potem zaczęło lać, schroniłyśmy się pod drzewem, miałam nadzieję, że z tej ulewy nie wyjdzie burza.
-Tylko nie deszcz. –jęknęłam i popatrzyłam w stronę Marabell, ona również nie pałała entuzjazmem.
-Miejmy nadzieję, że to szybko się skończy.. –odpowiedziała klacz i popatrzyła w niebo. Niestety jak na zawołanie rozległ się trzask pioruna i grzmot skierowany z góry.
<Marabell?>

6.04.2018

Od Valentii do Kirka ,,Niespodziewane komplikacje"

Podszedł do nas Eragon, pytając się czy wszystko ze mną w porządku.
-Jest coraz lepiej, dziękuje.. –powiedziałam uśmiechając się delikatnie.
-Dobrze.. naprawdę przepraszam za moją nieuwagę.. przeze mnie cierpisz.. –odparł ogier.
-Trudno się mówi, czasem jest gorzej, a czasem lepiej.. –mówiąc to spojrzałam bacznie na klaczki skaczące niedaleko. Potem przekierowałam spojrzenie na Kirka, ogier trzymał zaciśnięte wargi, nic nie mówił i przypatrywał się ogierowi, chyba za nim nie przepadał, rozumiałam go, w końcu mogły ucierpieć nasze dzieci. Z jednej strony przymknęłam oko na czyny młodego ogiera, z drugiej jednak wciąż żywiłam lekką urazę, że nie przypilnował naszych małych kruszynek. Milczałam sekundę po czym powiedziałam:
-Proszę, nie rób tak więcej. Martwiliśmy się.. i to nie mało.. –popatrzyłam Eragonowi w oczy, on spuścił wzrok.
-Naprawdę, nie będę.. będę ich lepiej pilnował.. a teraz zostawię was samych.. –odparł i odszedł w stronę Miki i Mindy. Popatrzyłam na swojego partnera.
-To dobrze, że umie przeprosić.. –powiedziałam.
-Faktycznie, ale i tak to co zrobił mogło mieć tragiczne skutki.. –odpowiedział ogier.
-Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło.. –odparłam patrząc na swoje kopyta. Zaczęłam powoli wstawać, mój ukochany w sekundę pojawił się koło mnie, pomagając mi.
-Możemy się przejść? –spytałam- Muszę się trochę odświeżyć..
-Jasne! Zabierzemy ze sobą dzieci? –odparł pytaniem Kirk.
-Wiesz co, nie –zaśmiałam się, ogier przez chwilę patrzył na mnie rozkojarzony, ale po chwili zrozumiał, że nie mówię poważnie i również się zaśmiał. Szliśmy całą rodziną, rozmawiając i śmiejąc się. Słońce przygrzewało przyjemnie, śpiewały ptaki, a tu i tam pojawiły się kwiaty. Gdzieś w oddali usłyszałam rzekę, wszyscy razem ruszyliśmy w jej stronę. Dzieci bawiły się przy drzewie, a ja razem z Kirkiem, staliśmy obok siebie obserwując te małe istotki. Mój partner podszedł do rwącej wody, co było gigantycznym błędem, ponieważ poślizgnął się i wpadł.
<Kirk? U mnie podobnie, tylko takie coś mi wyszło>

31.03.2018

Od Valentii do Kirka ,,Spokój"

Westchnęłam przeciągle i spojrzałam na nogę Kirka. Żałowałam, że dałam się zadrapać panterze. Teraz wszyscy kręcili się wokół mnie, i nie spoglądali na własne rany.
-To.. boli –szepnęłam cicho, patrząc w miejsce gdzie odszedł Eragon z naszymi córkami.
-Wiem, niedługo będzie tu medyk –odparł Kirk, a ja pokiwałam jedynie głową i ze smutkiem spojrzałam na ranę.
-Wstydzę się tego.. –powiedziałam po chwili milczenia.
-Czego? –zapytał rozkojarzony Kirk.
-Że uwaga jest teraz skupiona na mnie, a ty też jesteś ranny.. –powiedziałam, wskazując jego nogę.
Mój partner popatrzył na mnie i chwilę milczał.
-Masz poważniejszą ranę, moją zajmę się później.. –powiedział ogier, przykładając pysk do mojej szyi a ja się lekko uśmiechnęłam. Byliśmy na środku drogi, nie podobało mi się to więc z dużym bólem przeciągnęłam się pod drzewo, żeby znaleźć oparcie. Oczy Kirka wrażały niechęć do tej czynności, ale nic nie powiedział. Po chwili przeszedł mnie straszliwy ból.
-Gdzie ten Nick? Chyba tu zaraz wykorkuję –powiedziałam zaciskając zęby.
-Ani mi się waż! –odparł na to Kirk i przybliżył się do mnie. W końcu ujrzałam zbliżającego się Nicka. Podbiegł szybko.
-Co się dokładnie stało? –spytał kuc, widocznie widział ranę, ale chciał znać przyczyny jej powstania.
-Zaatakowała nas pantera podczas poszukiwać naszych córek –powiedział Kirk. Kuc przytaknął i podszedł do mnie. Przykładał mi jakieś zioła, które cholernie szczypały kiedy przykładało je się do ran. W końcu Nick zabandażował rozcięcie.
-To powinno wystarczyć, n-nie możesz zbytnio się po-poruszać –stwierdził Nick, a jak kiwnęłam głową. Kirk pomógł mi dojść do reszty Klanu i ułożyć się wygodnie. Po chwili przybiegły klaczki.
-Co się stało mamie? –zawołała Khairtai.
-No właśnie? –zgodnie potwierdziła Vayola. Popatrzyłam na klaczki i myślałam jak im to wytłumaczyć bez zbędnych zmartwień, na szczęście na pomoc przyszedł mi Kirk.
-Wasza mama troszkę się zraniła, i musi odpocząć –powiedział ogier. Klaczki spojrzały na siebie zdziwione, ale nie wypytywały o więcej. Patrzyłam na to wszystko z uśmiechem, znowu byliśmy bezpieczni. Po jakimś czasie, zaczęły mi opadać powieki. Pogrążyłam się we śnie.
 <Kirk?>

29.03.2018

Od Valentii do Kirka ,,Atak"

Zasłoniłam Vayolę i Khairtai swoim ciałem, Kirk i Eragon zastraszali panterę, która nie rezygnowała z walki. Nie atakowała już, tylko próbowała przedostać się do dwóch klaczek. Musiała być wyjątkowo głodna, kręciła się tu i tam, szukając luki, gdzie ogiery nie mogły jej przeszkodzić. Miałam nadzieję, że po za panterą, nic tutaj nie zawędruje. Dzikie zwierzę rzuciło się na Kirka, ogier rzucał się, aż w końcu pantera spadła, cofnęła się unikając ciosu kopytami Eragona. Zarżałam wystraszona. Mój partner kopnął panterę w nogę, a ta niezrażona oddała cios, wgryzając się mu w nogę. Wyszarpnął ją, a pantera wściekle popatrzyła na Eragona.
-Uważaj! –krzyknęłam, gdy głodne zwierzę drapnęło go w zad, on obrócił się i wściekle kopnął zwierzę które upadło, miało poważne rany, pantera zawarczała i cofnęła się jeszcze dalej, skoczyła w las. Małe klaczki patrzyły ze strachem na to wszystko. Podbiegłam z nimi do ogierów.
-Nic wam nie jest? –spytałam do klaczek, jak i ogierów.
-Nie są to jakoś bardzo poważne rany, i tak musimy iść do medyka –powiedział Kirk.
-Nam też… przepraszam! –powiedziała Vayola a Khairtai potwierdziła jej słowa.
-Już dobrze.. –odaprłam, mając nadzieję, że zwierzę nie wróci. Przytuliłam klaczki, i ruszyliśmy w drogę powrotną do Klanu, cały czas trzymałam nasz córki blisko siebie i mojego ukochanego, w razie niebezpieczeństwa, byłyby w miarę bezpieczne. Popatrzyłam na ogiery, one pokiwały głową na tak, wiedzieli, że być może przyjdzie jeszcze zmierzyć się z panterą. Przyspieszyliśmy, na tyle żeby klaczki mogły nadążyć. Zacisnęłam zęby, słysząc szelest. Pantera wyskoczyła na drogę. Cofnęłam się popychając Vayolę i Khairtai do tyłu, pantera wściekle ryknęła, ogiery chciały ją kopnąć, ale zwinne zwierzę skoczyło w moją stronę wbijając mi pazury w brzuch, zrzuciłam ją.
-No nie! –krzyknęłam. Wtedy pantera skoczyła w stronę naszych córek.
-NIE! –wrzasnęłam. –KIRK!
<Kirk? Przepraszam, że całe opowiadanie jest o walce z panterą ale nie miałam innego pomysłu xD>

24.03.2018

Od Valentii do Kirka ,,Ogromne niebezpieczeństwo"

Skinęłam głową na Kirka, musieliśmy uratować nasze córki, choćby nie wiem co! Po sekundzie ruszyliśmy z kopyta, za zapachem krwi. Wilk przemieszczał się szybko, widocznie rany nie przeszkadzały mu w biegu. Po jakimś czasie pogoni zatrzymaliśmy się, wszędzie panowała pustka.
-Co mamy teraz zrobić? –załkałam.
-Spokojnie.. ruszymy za zapachem wilka, nie możemy marnować czasu! –powiedział mój ukochany i popatrzył mi w oczy. Faktycznie, teraz nie czas na płacz. Zacisnęłam zęby.
-Ruszajmy.. –moje kopyta same z siebie rozpędziły się do prawie granic moich możliwości. Stukot kopyt roznosił się po cichym, lecz zabójczym lesie. Odór futra wilka, to stawał się słabszy, to czuć go było strasznie blisko. Gdzieś w oddali zobaczyłam przemykające, chude zwierzę.
-To ten wilk! –krzyknęłam cicho.
-Chyba tak! –odpowiedział również szeptem Kirk. Potem zakradliśmy się bardzo blisko, trzeba było zabić zwierzę. Kiedy mieliśmy atakować, wilk skapnął się, że ktoś stoi za nim, i warcząc znów uciekł w gąszcz. Zarżałam wkurzona.
-Musimy je znaleźć.. musimy.. –szeptałam przy każdym kroku. Kirk popatrzył na mnie smutnym wzrokiem, jednak nie mogliśmy się zatrzymać, teraz priorytetem było zabicie wilka, przed jego dotarciem do naszych źrebiąt. Minęła minuta, i następna, i następna. Zapach futra wilka zmieszał się teraz z krwią, zaczęło mnie to niepokoić, w oczach widniały mi pojedyncze łzy.
-Czujesz to..? –zapytałam słabym wzrokiem.
-Tak! –krzyknął mój partner i rzucił się za zapachem, ja poszłam w jego ślady. Wpadliśmy na niewielką polanę, wilk leżał martwy z dużym zadrapaniem, a raczej rozszarpanym brzuchem. Odebrało mi mowę, popatrzyłam na Kirka szukając pomocy.
-Co tu się stało.. –powiedziałam patrząc na trawę całą ubrudzoną krwią.
-Nic dobrego.. dobrze, że chociaż mamy pewność, że nic już nie zrobi naszym córkom.. –odparł Kirk. Wtedy ogier zastrzygł uszami.
-Usłyszałem rżenie! –powiedział i ruszył za odgłosem, a ja wciąż trzęsłam się z niepewności. Trafiliśmy na teraz, już dość dużą polanę. Na jej drugim krańcu, stały trzęsąc się nasze córki, ale było źle, bardzo źle. Duża pantera, stała na środku, odgradzając nas. Tylko, że był jeszcze jeden problem, po drugiej stronie była druga pantera, obie miały jeden cel.
<Kirk?>

19.03.2018

Od Valentii do Kirka ,,Zniknięcie"

-A my co teraz robimy? –spytał Kirk.
-Kontynuujemy spacer? –spytałam.
-Czemu nie..? –odparł ogier i uśmiechnął się.
Pogoda była dość kapryśna, słońce świeciło, jednak zimno jak nic. Wszyscy szliśmy rozmawiając.
-Jak myślisz? Jaka przyszłość czeka nasze dzieci? –spytałam po jakimś czasie.
-Przyszłość.. tego nigdy nie wiadomo, miejmy nadzieję, że jak najlepsza. –odpowiedział mój partner, uśmiechając się promiennie.
-W sumie masz rację.. –powiedziałam szeptem, patrząc na ganiające się źrebaki. W końcu, po pewnym czasie wróciliśmy do reszty Klanu, zjedliśmy coś, po czym razem z Kirkiem stanęliśmy z boku i patrzyliśmy na brykające klaczki. Obydwie, po chwili przewróciły się, wpadając na siebie. Parsknęłam zduszonym głosem, a Kirk z trudem zachowywał powagę.
-Zastanawiam się, czy nasze źrebięta nie wstąpią do cyrku.. –powiedziałam po chwili namysłu, a Kirk potaknął.
-Na to wygląda –odparł ogier. Khairtai i Vayola, po chwili przybiegły, żeby napić się mleka. Po tym obie klaczki znów wróciły do zabawy w berka.
-Kto goni? –spytała Khairtai patrząc przyjaźnie na Vayolę.
-Nie wiem.. –odpowiedziała klaczka.
-Ja mogę! –odparła na to Khairtai. Po tych słowach ruszyła w pogoń za siostrą, nogi jeszcze się jej plątały, ale tylko troszkę. Zaśmiałam się, patrząc na te dwie małe kruszynki. Razem z Kirkiem, poszliśmy porozmawiać chwilę z innymi końmi, a potem oboje wróciliśmy to patrzenia na źrebaczki.
-Hej! –nagle rozległ się czyiś głos.
-O! Cześć Eragon –powiedziałam.
-Źrebaki w formie? –spytał uśmiechając się.
-Tak! –krzyknęły klaczki podbiegając.
-Bierzesz je na lekcję? –spytał Kirk, a Eragon kiwnął głową. Pożegnaliśmy się z naszymi córkami i patrzyliśmy jak odchodzą.
***
Razem z moim ukochanym odpoczywaliśmy pod drzewem, gdy zobaczyłam biegnącego Eragona.
-KLACZKI ZNIKNĘŁY! –krzyknął z daleka, na te słowa zaczęłam panikować.
-Jak to zniknęły?! –spytał wystraszony Kirk.
-Obróciłem się na chwilę, a one zniknęły! Podejrzewam, że poszły do lasu.. –powiedział nauczyciel.
<Kirk?>

16.03.2018

Od Valentii do Kirka ,,Źrebię"

Leżałam zmęczona, ale szczęśliwa, u mojego boku była maleńka klaczka, całkiem biała. Usłyszałam czyjeś kroki, podniosłam czujnie głowę. Zbliżał się Kirk i Nick. Mój partner podszedł niepewnie, i zbliżył się do źrebaczka.
-Klaczka..? –wyszeptał.
-Tak.. jest taka maleńka.. –odparłam. Kirk uśmiechnął się szeroko. Wstałam powoli a Kirk mi pomógł.
Mała klaczka otworzyła oczy, rozglądając się z ciekawością i patrząc na nas wszystkich z osobna, źrebię spróbowało wstać ale od razu upadło, zaśmiałam się cicho lekko ją podpierając. Klaczka delikatnie się trzęsąc wstała, miała długie i szczuplutkie nogi. Postawiła kilka niepewnych kroków, Kirk i ja patrzyliśmy na to niesamowite stworzenie idące ku nam. Maleńka klacz popatrzyła na mnie z uśmiechem, a potem podeszła napić się mleka. Przytuliłam Kirka.
-Jest niesamowita.. –powiedziałam.
-Tak, niesamowita.. –powtórzył jak echo Kirk.
-Jak ją nazwiemy? –spytałam.
-Hm.. pomyślmy, a wieczorem sobie powiemy co wymyśliliśmy – zaproponował ogier a ja się zgodziłam. Po jakimś czasie przyszła Vayola z Eragonem, mój adoptowany syn uśmiechnął się widząc źrebię.
-Gratuluje –powiedział a ja podziękowałam. Vayola popatrzyła na klaczkę zaciekawiona.
-Kto to? –spytała przekręcając główkę.
-Twoja siostra –powiedział Kirk.
-Siostra..? Naprawdę? –Vayola zdziwiła się.
-Naprawdę, będziesz mogła się z nią bawić –powiedziałam a Vayola uśmiechnęła się.
Biała klaczka przestała pić mleko i spojrzała na Vayolę.
-Cześć.. –powiedziała niewyraźnie.
-O, cześć.. –odparła Vayola, a ja z Kirkiem patrzyliśmy uradowani jak nasze dzieci się poznają.
Klaczki patrzyły na siebie chwilę, a potem jeszcze o czymś rozmawiały i moje rodzone źrebię poszło spać obok mnie. Patrzyliśmy razem z Kirkiem na małą klaczkę z zachwytem.
-A więc? –spytałam- Jak nazwiemy to małe stworzonko?
-Może coś na ,,K”? –odparł Kirk.
-Niezły pomysł.. może.. Khai.. Khair.. Khairtai..?- powiedziałam w zamyśleniu.
-Właściwie? Chyba do niej pasuje.. –odpowiedział ogier.
-Tak.. Miłość.. –uśmiechnęłam się opierając głowę o ciało Kirka.
<Kirk? Nie miałam pomysłu xD>

12.03.2018

Valentia się oźrebiła!

Valentia wraz z Kirkiem mogą się już dziś cieszyć swoim własnym, małym szczęściem, którym jest nowa klaczka - Khairtai! Gratulujemy!

Khairtai
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika