Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kirk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kirk. Pokaż wszystkie posty

4.11.2018

Od Kirka "Ostatni sen"

Wraz z Valentią wybraliśmy się dziś na mały spacer. Przeszliśmy się po lesie, wspominając naszego niedawno zmarłego znajomego, Williama.
-Już niedługo i nas czeka podobny los-powiedziała klacz.
-Przestań, więcej optymizmu-odparłem, przytulając swoją partnerkę. Ta w odpowiedzi posłała mi smutny uśmiech. Po powrocie ze spaceru pokręciliśmy się trochę po klanie. Odkąd wychowaliśmy nasze córki i przestaliśmy wykonywać swoje obowiązki, tak właśnie spędzaliśmy większość czasu. Natknęliśmy się na jedną z naszych córek, Khairtai, z którą trochę porozmawialiśmy. Ostatnio obie nieco się od nas oddaliły, co szczególnie bolało Valentię. Ja starałem się ją wspierać, tłumacząc, że to naturalna kolej rzeczy. Przecież nasze dzieci nie mogą spędzić z nami całego swojego młodego życia, prawda? Niedługo potem poczułem się ogromnie zmęczony, dlatego poszedłem spać. Moja partnerka stanęła obok mnie i wtuliła się we mnie. Od tak dawna zasypialiśmy właśnie w ten sposób...lata, które spędziłem bez Valentii, wydawały mi się tak oddalone i nierealne, jakby nigdy nie miały miejsca albo jakby przeżył je jakiś inny koń, ale na pewno nie ja. Następnego ranka zaraz po śniadaniu ponownie trochę się przespacerowaliśmy. Tym razem narzuciliśmy sobie szybsze tempo, ale poskutkowały to niestety dużym zmęczeniem.
-Nie polecam być starym-powiedziałem, kiedy już wracaliśmy do klanu.
-Gdyby tak można było jeszcze raz stać się młodym, ale zachowując doświadczenie i mądrość, którą się nabyło przez te wszystkie lata...-odparła Valentia.
-Może ktoś kiedyś wynajdzie wehikuł czasu-powiedziałem.
-Może będzie to jakiś nasz potomek i przeniesie się w czasie, aby poznać swoich praprapraprapradziadków? Może już jutro nas odwiedzi?-ożywiła się Valentia i posłała mi swój uśmiech, za który mógłbym nawet zabić.
-Taa, jasne. Nie bujaj tyle w obłokach, tylko skup się, bo jeszcze się potkniesz i przewrócisz-odparłem, po czym popchnąłem lekko klacz. Ta zrobiła kilka chaotycznych kroków w przód, ale udało jej się utrzymać równowagę.
-Ty niedobry!-zawołała, po czym odwróciła się, aby mi oddać. Ja jednak uskoczyłem w bok, robiąc unik. Klacz zaśmiała się, podczas gdy ja przyklęknąłem lekko.
-Coś się stało?-zaniepokoiła się, widząc, iż nie mogę utrzymać się na nogach.
-To nic takiego. Pewnie po prostu coś sobie zwichnąłem albo...-zacząłem.
-Więc musisz iść do medyka-przerwała mi Valentia. Próbowałem odwieść ją od tego pomysłu, tłumacząc, że nie jest mi to potrzebne, ale klacz nie dała się przekonać. Zaprowadziła mnie do klanu i zostawiła na uboczu, a sama odnalazła Hadvegara. Po badaniu ogier stwierdził, że po prostu nadwyrężyłem sobie mięśnie w tylnej prawej nodze i powinienem nieco odpocząć. Podziękowaliśmy mu, po czym medyk oddalił się.
-Widzisz? Mówiłem, że nic mi nie jest-odparłem, kładąc się, aby nie obciążać chorej kończyny.
-Chyba tak nie do końca "nic", skoro ledwo mogłeś chodzić. Lepiej dmuchać na zimne i uważać na siebie-odparła klacz.
-W moim wieku nie ma już na co uważać. I tak tą nadwyrężoną nogą jestem już na tamtym świecie-odparłem, po czym zaśmiałem się. Mojej partnerce nie było jednak do śmiechu.
-Przestań. Nie mów tak. To wcale nie jest zabawne-odparła.
-Może i nie. Ale prawda jest taka, że kiedyś każdego z nas czeka koniec. Jesteś na to gotowa? Na śmierć? Na życie beze mnie?-zapytałem.
-A skąd ci przyszło do głowy, że ty niby umrzesz pierwszy? Może...
-Bo ja nie potrafię wyobrazić sobie życia bez ciebie. Dlatego muszę umrzeć przed tobą, nie ma innej opcji-przerwałem jej. Moje słowa musiały ją mocno zaskoczyć, gdyż przez chwilę tylko leżała obok mnie i nic nie mówiła.
-Ja też nie wyobrażam sobie życie bez ciebie...-odparła w końcu.
-Ach tak? W takim razie przyrzeknij mi tu i teraz, że jeżeli umrę, to ty postarasz się nadal żyć pełnią życia-powiedziałem.
-Ale ty musisz obiecać mi to samo-odparła. Uśmiechnąłem się do niej, po czym złożyliśmy sobie swoje obietnice.
-A teraz wybacz, ale jestem zmęczony. Muszę się chyba na trochę położyć-powiedziałem.
-Jasne. Ja może pójdę się przejść albo porozmawiam z którąś z naszych córek. Albo z Yatgaar lub z jakimś innym koniem, jeśli na kogoś wpadnę. Potem przyjdę jeszcze sprawdzić co u ciebie-odparła klacz, po czym przytuliła się do mnie. Trwaliśmy tak przez jakiś czas, aż w końcu zażartowałem, że ma już iść, bo nie daje mi spać. Valentia posłała mi swój uśmiech, po czym wstała i oddaliła się. Patrzyłem na jej sylwetkę dopóty, dopóki całkowicie nie zniknęła mi z oczu. Potem położyłem głowę i nim się zorientowałem, zasnąłem. Śniło mi się, że ja i Valentia jesteśmy w lesie i szukamy drogi powrotnej do klanu, czyli robimy dokładnie to, co kiedyś, gdy się poznaliśmy. Zajęło nam to naprawdę dużo czasu, ale w końcu odnaleźliśmy stado. Zaczęliśmy biec w jego stronę. Klacz wbiegła w grupę koni, ale ja, choć biegłem ile sił, nadal stałem w miejscu. Dopiero po chwili ruszyłem się, ale zamiast przybliżać się do nich wszystkich, zacząłem się oddalać. Valentia odwróciła się w moją stronę i pobiegła za mną, krzycząc coś przy tym. Ja zaś czułem, że klacz nie może, nie powinna za mną biec, pod żadnym pozorem. Otworzyłem usta, aby ją ostrzec, ale nie potrafiłem wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Na szczęście inne konie zdołały zatrzymać moją partnerkę. Ostatnie, co zdążyłem zauważyć, to jej smutne, ale jednocześnie emanujące życiem i ciepłem spojrzenie, którym tak często obdarzała mnie przez te wszystkie lata naszego wspólnego życia.
 
KONIEC

2.11.2018

Żegnamy Kirka i Bush Brave'a!

Te oto dwie postacie odchodzą z powodu śmierci z przyczyn naturalnych. Starość jako pierwszych zabiera nam z klanu Kirka i Bush Brave'a w dniu rzeczywistego Święta Zmarłych. Będzie nam ich z pewnością brakować - niechaj spoczywają w pokoju [*].
Tymczasem majątki ogierów zostaną podzielone po równo na członków rodziny, natomiast same rzeczy - usunięte.

Bush Brave von Schmerz|16 lat|Ogier|Emeryt, Rada Starszych|Brak|Azor

Kirk|16 lat|Ogier|Emeryt|Valentia|DODA

25.09.2018

Od Kirka do Valentii "Koszmar"

Klan został daleko za nami, a ja i Valentia dalej cwałowaliśmy przed siebie. Oboje śmialiśmy się i zachowywaliśmy, jak byśmy znowu mieli po cztery lata. Nie martwiliśmy się, że oddalimy się od klanu za bardzo, gdyż był środek dnia i na pewno zdążylibyśmy wrócić do stada. Przychamowaliśmy przed małym pagórkiem.
-To co? Kto pierwszy na szczycie?-spytała Valentia. Następnie zarżała wesoło i rzuciła się pędem przed siebie.
-Już przegrałaś!-zawołałem, ruszając za nią. Niestety klacz dobiegła do mety nieco szybciej ode mnie.
-Następnym razem nie strasz mnie groźbami, których nie jesteś w stanie spełnić!-zawołała Valentia. Ani trochę nie wyglądała na zmęczoną. Ja zresztą także nie odczuwałem zmęczenia. Przystanęliśmy na chwilę, aby nasze oddechy się uspokoiły. Kiedy przeniosłem wzrok ze swojej partnerki na roztaczający się przed nami widok, zamarłem. Wszystko zdawało się w mgnieniu oka pociemnieć, jakby czarna, nieprzenikniona noc pojawiła się dosłownie znikąd. Miałem wrażenie, że widzę jak ciemność rozprzestrzenia się wszędzie na dole i zaczyna kierować się w naszą stronę. Jakby zaraz i nas miała pochłonąć. Z przerażeniem spojrzeliśmy z Valentią po sobie.
-Co to jest?-zapytała.
-Nie mam pojęcia. Powinniśmy się przekonać-odparłem i ruszyłem. Zrobiłem jednak zaledwie kilka kroków, kiedy zatrzymał mnie głos mojej partnerki.
-Stój! Przecież to i tak tutaj przyjdzie, dlaczego mamy stąd schodzić? Powinniśmy...powinniśmy od tego uciec-powiedziała Valentia. Spojrzałem na nią, aby upewnić się, że rzeczywiście jest pewna tego, co mówi. Coś podpowiadało mi, że musimy zejść w dół. Kiedy zaś ujrzałem wzrok Valentii zrozumiałem, że i ona to wiedziała, ale nie chciała tego robić.
-Spokojnie, nic nam się nie stanie-powiedziałem, starając się ją uspokoić.
-Skąd masz taką pewność?-zapytała. W odpowiedzi zrobiłem kolejny krok i do połowy zanurzyłem się w ciemności, która zdążyła już dopłynąć na pagórek. Valentia krzyknęła cicho.
-Stąd. Widzisz? Nic mi nie jest-powiedziałem. Klacz, choć z dużym wahaniem, podeszła do mnie. Jeszcze raz spojrzeliśmy sobie głęboko w oczy. Uśmiechnąłem się do niej pokrzepiająco, a chwilę później ruszyliśmy w dół zbocza. Ciemność całkowicie nas pochłonęła, a wokół zapanował chłód. Wszystko wyglądało dwa razy dziwaczniej, mroczniej i straszniej. Powykręcane drzewa w tym nowopowstałym, mrocznym świecie wyglądały jak ogromne, wystające z ziemi kolce, które tylko czekają, aby ktoś się na nie nadział. Serce podchodziło do gardła na myśl, że zaraz zza zakrętu wyskoczyć może wilk, niedźwiedź, puma, człowiek...albo coś jeszcze nienazwanego. Coś, co nie doczekało się swojej nazwy, bo być może zabiło wszystkich, którzy to "coś" kiedykolwiek widzieli. Odgoniłem jednak od siebie te myśli. W końcu nie byłem źrebakiem, tylko koniem, któremu bliżej już niż dalej na tamtą stronę. I nie wypadało mi wierzyć w duchy czy inne stworki. Im dalej szliśmy, tym gęstsza stawała się ciemność wokół nas. Nie było zapachów, dźwięków, nie było nic widać. Została tylko ciemność. Ciemność i chłód. Zupełnie jakby ktoś odciął tę część świata, a ona zacząła nagle gnić...Zdałem sobie sprawę, że to porównanie pojawiło się w mojej głowie nie bez powodu. W powietrzu dało się w końcu wyczuć jakiś zapach, jednak nie był on zbyt przyjemny. Była to metaliczna woń krwi oraz nadgniłego mięsa. Im dalej szliśmy, tym silniejszy stawał się ten odór.
-Kirk, też to czujesz?-zapytała moja partnerka.
-Tak-zdążyłem jedynie odpowiedzieć, kiedy nagle zza drzewa wypadła jakaś ciemna postać. Kiedy przyjrzałem się jej lepiej, rozpoznałem w niej Williama, ale nie takiego, jakiego go pamiętałem. Był cały we krwi, wszędzie miał szarpane rany. Jego szyję od jednego ucha do klatki piersiowej zdobiła szeroko, głęboka rana, wokół której pełno było zakrzepniętej krwi. Jedno oko wypadło mu z oczodołu, ale nadal trzymało się na jakimś cienkim mięśniu. Połowa twarzy była dosłownie zdarta. Widać było jego kości policzkowe i kawałek szczęki. Brzuch także był cały rozorany. Gdzieniegdzie skóra była zdarta wraz z mięśniami tak, że widać było białe, kościste żebra.
-To wasza wina! Dopadły mnie przez was! Zaoferowaliście mi pomoc i mnie zostawiliście!-zawołał William głosem tak pełnym nienawiści, że aż wydawało się to nieprawdopodobnym. Jednocześnie ogier skoczył do przodu. Już byłem przygotowany na to, aby poczuć wszechogarniający swąd zgnilizny, kiedy...obudziłem się. Dyszałem ciężko i szybko.
-Nic ci nie jest?-usłyszałem głos. Podskoczyłem ledwo zauważalnie i dopiero po chwili dotarło do mnie, że to moja partnerka.
-Nie...Coś się stało?-spytałem, próbując uspokoić przyspieszony oddech.
-Obudziłam się w nocy i coś usłyszałam. Przeszłam się kawałek i wydawało mi się, że zobaczyłam sylwetkę jakiegoś konia. Wróciłam więc jak najszybciej, aby ciebie obudzić. A ty chyba miałeś jakiś koszmar, bo wyglądałeś jakbyś omal nie dostał zawału przez sen-wyjaśniła moja partnerka.
-To prawda, miałem niesamowicie straszny i realny koszmar. A teraz zaprowadź mnie tam, gdzie widziałaś tego kogoś-odparłem. Ruszyłem za Valentią, doskonale zdając sobie sprawę, że wszystko wyglądało niemal identycznie jak w moim śnie. Kiedy dotarliśmy na miejsce, nikogo nie znaleźliśmy.
-Nie rozumiem...Jestem pewna, że kogoś tutaj widziałam-powiedziała zdezorientowana klacz.
-Poszukajmy śladów. Chociaż nocą znalezienie ich może się okazać nie lada wyzwaniem-powiedziałem. Zaczęliśmy więc szukać czegoś, co wskazywałoby na czyjąś niedawną obecność w pobliżu klanu.
-Może po prostu był to jakiś członek stada?-zapytałem po dłuższym czasie bezowocnych poszukiwań.
-Mam!-zawołała nagle Valentia. Podszedłem do niej i w blasku księżyca ujrzałem ledwo widocznie na śniegu ślady kopyt. I coś jeszcze. Bezgłośnie przełknąłem ślinę. Krew.
-Co teraz robimy? Powinniśmy wrócić i kogoś o tym zawiadomić-odezwałem się.
-W środku nocy?-zdziwiła się klacz.
-A masz lepszy pomysł?-zapytałem.
<Valentia?>

26.08.2018

Od Kirka do Valentii "Rozpacz"

Kiedy wrzeszczący William wypadł prawie prosto na nas, na początku ucieszyłem się. Jednak zaraz za nim pojawiły się wilki, które zaczęły go dosłownie rozszarpywać na naszych oczach. Jeden z nich spojrzał wprost na moją partnerkę.
-Uciekamy!-zawołałem, ciągnąc za sobą swoją partnerkę. Wiedziałem, że nie zdołamy już pomóc Williamowi. Musieliśmy myśleć o własnym bezpieczeństwie. Przez chwilę nie było słychać odgłosów pościgu, w końcu jednak do moich uszu dotarł dźwięk łap uderzających o śnieg. Biegliśmy ile sił, a wilki po jakimś czasie odpuściły sobie pościg. Kiedy dotarliśmy do klanu, musieliśmy wyglądać, jak byśmy uciekali przed samym diabłem.
-Co się stało?-spytała mocno zaniepokojona Khairtai, która akurat znajdowała się najbliżej nas.
-Wróciliśmy po Williama...-zaczęła Valentia, ale nie dokończyła, gdyż na dobre się rozpłakała. Rozumiałem ją w pełni. Mimo że nie znałem tego ogiera długo, zdążyłem go już polubić i na jakiś sposób z nim zżyć. Poza tym nikt z nas nigdy nie powinien widzieć, jak wilki rozszarpują jakiegokolwiek, nawet zupełnie obcego konia.
-Wróciliśmy po niego, ale dopadły go wilki-wyjaśniłem, uważając, aby mój głos się przy tym nie załamał.
-Mieliście w takim razie dużo szczęścia. Drapieżniki zajęły się nim, a wy mogliście uciec-odezwał się kuc, który w międzyczasie z nieznanych mi przyczyn do nas podszedł.
-Nie wiem, czy sytuację, kiedy wilki mordują twojego przyjaciela, a ty na to wszystko patrzysz, można nazwać "szczęściem"-powiedziałem.
-Według mnie tak-odparł Bush Brave, po czym oddalił się, za co byłem wdzięczny.
-Poinformuj Khonkha, co stało się z Williamem, dobrze-zwróciłem się do naszej córki. Ta pokiwała głową i oddaliła się w poszukiwaniu władcy.
-Ciii, już dobrze-od razu zacząłem uspokajać Valentią.
-Nie jest dobrze! William nie żyje! I to przez nas! Powinniśmy byli zauważyć, że go nie ma!-krzyczała klacz.
-Wcale nie. Byliśmy skupieni na ratowaniu siebie, jak każdy. To normalna reakcja-powiedziałem, choć sam w duchu obwiniałem się za śmierć ogiera. Nie mogłem jednak znieść płaczu swojej partnerki.
-Nie jest normalne to, że wilki zabijają twojego przyjaciela!-zawołała klacz.
-Nic nie poradzimy na to, że William zginął. Płacz nie przywróci mu życia. Możemy jedynie godnie uczcić jego pamięć-powiedziałem, licząc na to, że moja partnerka się uspokoi.
<Valentia?>

5.07.2018

Od Kirka do Valentii "Ewakuacja"

Kiedy przebudziłem się w nocy, od razu dostrzegłem, że u mojego boku nie było Valentii. Zacząłem się rozglądać, próbując ją gdzieś wypatrzeć. Ruszyłem, aby jej poszukać. Wtem dostrzegłem ją, kiedy sama omal na mnie nie wpadła.
-Nic ci nie jest? Gdzie byłaś?-spytałem.
-Nad strumykiem. Widziałam ludzi, zbliżają się do Klanu-odparła moja partnerka, dość mocno wystraszona. Nic dziwnego, po zobaczeniu Williama każdy bałby się tego, co te stworzenia zwane ludźmi mogą zrobić nam, koniom.
-Trzeba więc wszystkich obudzić i ostrzec-powiedziałem. Klacz pokiwała na to przytakująco głową. Podzieliliśmy się i każde z nas poszło w swoją stronę, aby jak najszybciej wszystkich wybudzić. Musieliśmy czym prędzej uciekać. Kiedy już wszyscy zostali obudzeni, Khonkh posłał na zwiad Doriana. Ogier wrócił po około dwudziestu minutach i potwierdził, że w stronę Klanu zmierzają ludzie. Nie było czasu na sprawdzanie ich zamiarów, toteż nasz władca zarządził jak najszybsze opuszczenie tych terenów. Na szczęście nie mieliśmy w stadzie żadnych osłabionych osobników, toteż mogliśmy utrzymywać stosunkowo szybkie tempo marszu, czasami przechodzącego w bieg. Wędrowanie nocą nigdy nie było niczym przyjemnym, a już zwłaszcza, kiedy jesteś do tego zmuszony przez grupę ludzi o nieznanych zamiarach. W stadzie panowała śmiertelna cisza, gdyż wszyscy byli albo zmęczenia, albo przerażeni.
-A co z Khairtai i Vayolą?-zapytała Valentia, zatrzymując się nagle.
-Wszystko dobrze, widziałem je w przodzie-odparłem. Moja partnerka uspokoiła się i ruszyliśmy dalej.
-Tak sobie myślałem...-zacząłem.
-O czym?-spytała Valentia.
-Skoro one są już tak duże, to czy my jesteśmy starzy?-spytałem, uśmiechając się do swojej ukochanej.
-Stary to ty jesteś, na pewno nie ja!-odparła, a na jej pysku także zagościł uśmiech. Po chwili ruszyła energicznym krokiem do przodu, wyprzedzając mnie.-A tu masz na to dowód!-dodała. Roześmiałem się i zbliżyłem do niej.
-Ale jedno muszę ci jeszcze powiedzieć-powiedziałem.
-Co znowu?-zapytała klacz, nadal się uśmiechając.
-Minęło już tyle lat...a choćby miało minąć jeszcze raz tyle, i jeszcze, i jeszcze, i choćbyśmy mieli żyć nawet wiecznie, nigdy nie zmieni się to, co do ciebie czuję-wyjawiłem, przytulając się do niej.
-Kirk...ja ciebie też kocham...-odparła Valentia, odwzajemniając mój gest.-...staruchu-dokończyła z uśmiechem.
-Obrażę się!-zawołałem, śmiejąc się.
-Oj, nie bądź taki-moja partnerka również się zaśmiała. Wtem coś mi się przypomniało.
-A co z Williamem? Nie widziałem go nigdzie-powiedziałem, po czym zacząłem się rozglądać dookoła, aby dostrzec znajomą sylwetkę.
<Vaentia?>

9.06.2018

Od Kirka do Valentii "Dwunogi"

Kiedy William poszedł spać, Valentia przybliżyła się do mnie z nieco zatroskanym wyrazem pyska.
-Hm...myślisz, że ludzie za nim nie przyjdą?-spytała.
-Wiesz, nie możemy być tego pewni. Ale nie możemy też po prostu zostawić go na pastwę losu. Ostateczną decyzję podejmie Khonkh-odparłem. Valentia pokiwała głową na znak, że się ze mną zgadza. Po kilku godzinach przybył nasz władca, którego do tej pory nie było. Zapoznał się z Williamem i pozwolił mu zostać z nami kilka dni.
-To świetnie, że możesz z nami zostać-powiedziała moja partnerka, kiedy Khonkh już się oddalił. Wcześniej jednak kazał mi i Valentii zająć się naszym gościem.
-To może opowiesz nam o sobie coś więcej?-spytałem.
-Przecież już wszystko powiedziałem-odparł ogier. Zrozumiałem, że nie zamierza on bardziej rozwijać swojej historii.
-Może chciałbyś poznać pobliskie tereny?-spytała Valentia.
-Niekoniecznie, wolałbym jeszcze trochę odpocząć-odparł William. Pozwoliliśmy mu więc odejść, a sami wybraliśmy się na spacer z naszymi córkami. Zarówno Khairtai jak i Vayola były coraz starsze i bardziej samodzielne. Kiedy na nie patrzyłem, rozpierała mnie duma, że udało nam się je wychować na tak wspaniałe klaczki. Podczas spaceru podziwialiśmy okolicę, a także rozmawialiśmy. Kiedy nasze dzieci nieco się od nas oddaliły, po jakimś czasie rozmowa samoistnie zeszła na temat Williamia.
-Cieszę się, że mogliśmy mu pomóc, ale jednocześnie liczę na to, że nie zaszkodzi nam to w żaden sposób-powiedziała Valentia.
-Trzeba być dobrej myśli. Poza tym to nie pierwszy koń w naszym klanie, który uciekł z ludzkiej hodowli-odparłem, po czym uśmiechnąłem się ciepło do mojej partnerki. Klacz odwzajemniła uśmiech. Po kolejnej godzinie wróciliśmy do klanu. Nasze dzieci poszły bawić się z innymi źrebiętami. Do nas zaś po jakimś czasie dołączył William, z którym rozpoczęliśmy krótką rozmowę. Po jakimś czasie została ona jednak brutalnie przerwana. Pojawił się Khonkh, a u jego boku szedł Dorian.
-Nasz zwiadowca wytropił przebywających w pobliżu ludzi, dlatego czym prędzej musimy zmienić miejsce postoju. Nie ma się jednak czym martwić, gdyż dwunogi nie wyglądały, jakby chciały czegś właśnie od nas. Mimo to należy zachować szczególną ostrożność-powiedział Khonkh.
<Valentia?>

12.05.2018

Od Kirka do Valentii "Pomoc dla nieznajomego"

Powoli podeszliśmy do nieznajomego. Nie mógł raczej nam nic zrobić, ale ostrożności nigdy za wiele.
-Hej, co ci jest?-zadałem pytanie, kiedy już znaleźliśmy się blisko konia. Przez chwilę nic nie odpowiadał, przez co wystraszyłem się, że stracił przytomność. W końcu jednak nieznajomy poruszył się, próbując powstać.
-Może lepiej nie wstawaj-powiedziałem.
-Potrzebujesz pomocy? Co się stało?-zapytała Valentia. Zauważyłem, że koń mimo wszystko postanowił wstać, więc pomogliśmy mu.
-Uciekłem ludziom. Czy moglibyście mi pomóc?-spytał nieznajomy.
-Oczywiście. Chodź z nami-odparłem. Pomogliśmy koniowi dotrzeć do naszej kryjówki, gdzie chcieliśmy przeczekać największą ulewę. Po naszym przyjściu Vayola i Khairtai od razu zaczęły zadawać pytania.
-Cichutko, musimy pomóc temu koniowi- powiedziałem, uciszając je. Obie zrozumiały, że muszą się nieco uspokoić i wyciszyć. Przeniosłem wzrok na nieznajomego. Miał kilka ran, które nadal krwawiły. Nie mieliśmy czym go opatrzyć, ale też nie mogliśmy nic nie zrobić. Niemożliwe też było, abyśmy wrócili teraz do klanu po pomoc. Koń nie dałby rady iść.
-Znasz się na ziołach?-zapytałem swoją partnerkę. Ta pokręciło przecząco głową.
-To i tak by za wiele nie dało. Nic, co by się nadawało do zrobienia opatrunku, tu nie ma. Musimy przeczekać ulewę i udać się po pomoc do klanu. Lub któreś z nas tam pójdzie-powiedziała Valentia. Pokiwałem głową na znak, że się z nią zgadzam.
-Wytrzymasz? Może czegoś ci potrzeba?-spytałem konia.
-Nie, dziękuję. Dam radę-odparł. Zbliżyłem się do niego. Spojrzał na mnie z mieszanką zdziwienia i przestrachu. Ja zaś zdjąłem mu to, co zostało z jego siodła i uzdy.
-Nareszcie! Czuję się taki wolny! Warto było zaryzykować-odezwał się koń. W tonie jego głosu słychać było ogromną ulgę. Byłem niezmiernie ciekaw jego historii oraz tego, kim jest i skąd się tutaj wziął. Wiedziałem jednak, że teraz powinniśmy mu pomóc. Czas na pytania przyjdzie później- pomyślałem, spoglądając ukradkiem na nieznajomego. Opierał się on o głaz, starając się utrzymać na nogach. Wtedy zdałem sobie sprawę, że najlepiej byłoby zagaić jakąś krótką, niemęczącą rozmowę, aby koń nie zemdlał.
-Jak się masz?-zadałem chyba najgłupsze z możliwych pytań. Koń spojrzał na mnie jak na kogoś niespełna rozumu.
-Chyba już pada mniej. Pewnie niedługo ulewa się skończy i będziemy mogli liczyć na pomoc klanu-odezwała się moja partnerka.
-Tak. Może któreś z nas pójdzie wtedy po jednego z medyków, a reszta poczeka? Ewentualnie źrebaki też pójdą do klanu. Ty możesz nie mieć tylu sił, aby dotrzeć do naszego klanu-ostatnie zdanie wypowiedziałem w stronę nieznanego konia, aby wyjaśnić mu intencje naszych działań.
<Valentia?>

5.05.2018

Od Kirka do Ganerdene'y "Mroczna historia"

Uśmiechnąłem się na myśl, że będziemy mieli nową członkinię. Wszyscy inni także wydawali się cieszyć z tego faktu. Jedynie Yatgaar nadal pozostawała sceptycznie nastawiona. Nie od dziś wiadomo było, że Khonkh został obdarzony w ich związku nadmiarem ufności, zaś klacz wręcz przeciwnie.
-Doskonale! Jeszcze tylko musisz sobie wybrać jakieś stanowisko-powiedział władca. Ganerdene spojrzała na niego ze zdziwieniem.
-Każdy w klanie wykonuje jakieś zadania, związane z zajmowaną przez niego rangą-wyjaśniłem. Następnie Khonkh zapoznał klacz z różnymi stanowiskami. Uznałem, że moja obecność tutaj nie miała już sensu, więc spróbowałem się oddalić.
-Poczekaj, Kirk. Chciałbym cię o coś prosić. Czy znalazłbyś czas, aby pomóc Ganerdene się tutaj zaaklimatyzować? Wyjaśnić na jakich zasadach funkcjonuje nasze stado, do kogo może się zgłosić w razie problemów? Zwykle zajmuje się tym Marabell, ale dziś gdzieś zniknęła-powiedział Khonkh. Po chwili namysłu zgodziłem się. Klacz wybrała sobie rangę czujki. Następnie pożegnała się z władcą i jego partnerką, po czym poszła za mną. Już po chwili wszyscy zainteresowani całym wydarzeniem wrócili do swoich zajęć.
-Więc, co najpierw robimy?-zapytała klacz. Nim zdołałem odpowiedź, przybiegły do nas Khairtai i Vayola.
-Kto to jest?-zapytały niemal jednocześnie. Upomniałem je, że należy się najpierw przedstawić, a dopiero potem spytać nieznajomą dla nich klacz o imię.
-Ja jestem Vayola.
-A ja Khairtai.
-To moje córki-dodałem.
-Miło mi was poznać, jestem Ganerdene-powiedziała z uśmiechem klacz. Po chwili przyszła także Valentia.
-To moja partnerka Valentia, a to nasza nowa członkini, Ganerdene-powiedziałem, przedstawiając sobie klacze. Obie uśmiechnęły się do siebie. Wyjaśniłem swojej ukochanej, że mam za zadanie oprowadzić nieco nową osobę po klanie. Valentia życzyła nam powodzenia i poszła z dziećmi na spacer, aby nam nie przeszkadzać.
-Zatem co chciałabyś wiedzieć?-zapytałem.
-Dlaczego Klan Mroźnej Duszy?-spytała Ganerdene, kładąc wyraźny nacisk na środkowy człon nazwy naszego stada.
-Tak nazywało się trio grabieżców, którzy związani są z powstaniem naszego klanu-wyjaśniłem.
-W jaki sposób?-zapytała klacz.
-Nie wiem, czy powinienem to teraz mówić. To niezbyt przyjemna historia-odparłem, Ganerdene jednak nalegała, abym ją jej opowiedział.
-Nasz władca przyłączył się dawno temu do tego tria i pozbył się ich. Wieść o śmierci niebezpiecznych rozbójników szybko rozeszła się po Mongolii. Khonkh zyskał sławę i zaczęły do niego ściągać różne konie, kierowane przeróżnymi intencjami. Postanowił więc utworzyć ten klan-wyjaśniłem.
-I nazwał go tak, aby jeszcze bardziej poniżyć swoich poprzedników-odparła po chwili namysłu klacz. Widać jednak było, że historia naprawdę zrobiła na niej wrażenie.
-Tego nie wiem-wyznałem zgodnie z prawdą.-Co jeszcze chciałabyś wiedzieć?-dodałem.
-Jak rozległe są wasze tereny?-zapytała klacz. Zacząłem wymieniać i krótko opisywać wszystkie nasze terytoria.
-Macie wielu członków. Czy jest coś, co powinnam o nich wiedzieć?
-W razie problemów zawsze możesz prosić kogoś o pomoc, zwłaszcza Marabell. Jest arystokratką i zajmuje się tego typu sprawami. Poza tym radziłbym uważać na Bush Brave'a, to podejrzany typ, swego czasu zamieszany był w spisek przeciwko władcy-powiedziałem.
<Ganerdene?>

4.05.2018

Od Kirka do Valentii "Nadzwyczajna zwyczajność"

-Nawet tak nie mów. To ja powinienem dziękować tobie. Nadałaś memu życiu sens-powiedziałem, spoglądając z miłością i wdzięcznością na swoją partnerkę. Jeszcze chwilę staliśmy wtuleni w siebie nawzajem, aż w końcu i my zasnęliśmy.
~Następnego dnia~
Po brutalnej pobudce, jaką zafundowały nam nasze pociechy (hałasy i dzikie harce z samego rana), napiliśmy się wody i nieco posililiśmy. Klaczki także zabrały się z ochotą za pałaszowanie świeżej trawy. Już niedługo to miał być ich jedyny pokarm. Po śniadaniu wróciliśmy do klanu. Okazało się, że dopiero popołudniu nasz władca zarządził rozpoczęcie kolejnej wędrówki, więc mieliśmy sporo czasu.
-Czy możemy iść się pobawić z innymi źrebiętami?-spytała Vayola głosem pełnym nadziei i wyczekiwania, uśmiechając się przy tym od ucha do ucha, choć mogłoby się wydawać, że tak szeroki uśmiech nie jest do wykonania przez żadnego konia. Khairtai spojrzała na mnie i na Valentię z taką samą miną. Zwróciłem wzrok ku swojej partnerce, a po ujrzeniu w jej oczach aprobaty, wyraziłem zgodę. W ten sposób zostaliśmy z Valentią sami.
-Może wybierzemy się na spacer i powspominamy stare dzieje?-spytała moja partnerka.
-z chęcią, tylko bez gubienia się jak wtedy-zaśmiałem się. Ruszyliśmy ponownie w stronę rzeki. Po dotarciu do niej przeszliśmy się kawałek z wzdłuż jej brzegu. Nagle zerwał się porywisty wiatr.
-Może lepiej wracajmy?-zasugerowała Valentia, a ja jej przytaknąłem. Tafla wody marszczyła się pod wpływem wiatru. Nadzwyczajność tej sceny polegała właśnie na jej zwyczajności. Pomyśleć, że wcześniej przez tyle lat żyłem samotnie, mając obok siebie tak wspaniałą klacz-pomyślałem.
-O czym myślałeś? Wyglądałeś na mocno zamyślonego-głos Valentii przerwał moje rozmyślania.
-O tym, jakim jestem szczęściarzem-odparłem.
-Mogłabym powiedzieć to samo-powiedziała klacz. Jak na złość po tych słowach wiatr przybrał na sile, a na skórze dało się wyczuć pierwsze krople deszczu.
-O rąk, zdecydowanie jesteśmy największymi szczęściarzami. Pospieszmy się lepiej i wracajmy do klanu-powiedziałem, na co oboje się zaśmialiśmy i ruszyliśmy już galopem w stronę klanu. 
<Valentia? Brak weny:/ I przepraszam, jeśli są jakieś błędy, których nie poprawiłam, pisałam to na telefonie>

30.04.2018

Od Kirka do Genardene'y "Co wybierasz?"

Kiedy tylko stado dopadło do wodopoju, wraz z kilkoma innymi wyznaczonymi członkami zacząłem obserwować okolicę. Po jakimś czasie sam udałem się, by zaspokoić swoje pragnienie. Następnie dopadły do mnie rozradowane Khairtai i Vayola, chcąc się ze mną w coś pobawić. Nie mogłem niestety zignorować zadania, które wyznaczył mi sam władca. Miałem obserwować okolicę w miejscu postoju klanu, więc kazałem swoim córkom iść pobawić się z mamą albo z innymi źrebiętami. Były mocno niepocieszone, ale to idealna okazja do nauki, że nie zawsze można mieć lub robić to, czego się pragnie. Wróciłem więc na swoje stanowisko i zacząłem wykonywać wyznaczone zadanie. Stado pomału zbierało się do odejścia. Spojrzałem w stronę Doriana, który także został poproszony o pilnowanie i obserwowanie terenu. Od początku nie ukrywał, że nie było mu to na rękę. Jak tylko klan był gotowy do dalszej wędrówki, Dorian przestał obserwować okolicę i zaczął wpatrywać się w zgromadzone konie. Przez to nie zauważył, że z zarośli zza niego wyszła jakaś nieznana klacz o karodereszowatym umaszczeniu.
-Dorian, uważaj! Ktoś za tobą jest!-zawołałem do ogiera. Dorian obrócił się i posłał klaczy zdziwione spojrzenie, jakby nie wiedział, skąd się tam wzięła. Inne konie także zauważyły przybycie nieznanej przedstawicielki naszego gatunku. Khonkh i Yatgaar zaczęli kierować się w stronę klaczy, a ja razem z nimi. Tylko raz spojrzałem za siebie, by napotkać spoczywający na mnie zaniepokojony wzork Valentii. Niestety nie miałem teraz jak jej uspokoić. Podeszliśmy do nieznajomej. Dorian jedynie cały czas ją obserwował. Sytuacja wyglądała co najmniej dziwnie, a poza tym pewnie komicznie. Widząc, że kierujemy się w jej stronę, nieznana klacz także do nas podeszła.
-Kim jesteś?-spytał władca, kiedy już stanęliśmy naprzeciwko siebie. W tym samym czasie Yatgaar obrzuciła nieznajomą nieufnym i badawczym spojrzeniem. Ja wolałem się nie odzywać i pozwolić Khonkhowi działać w jego dziedzinie.
-Nazywam się Genardene-odparła niepewnie klacz.
-Ja jestem Khonkh, władca Klanu Mroźnej Duszy. To jest moja partnerka Yatgaar, a to Kikr, nasz obrońca-powiedział władca, przedstawiając nas wszystkich.
-Możemy wiedzieć, co robiłaś na naszych terenach?-zapytała partnerka ogiera.
-Nie wiedziałam, że to miejsce zajmuje jakiś klan. Szukałam po prostu wody-odparła Genardene.
-Rozumiem. Teraz jednak wiesz to wiesz. Masz do wyboru opuścić ten teren lub do nas dołączyć. Co wybierasz?-powiedział Khonkh. Na pysku Genardene malowała się niepewność.
-Gwarantuję, że nie pożałujesz decyzji o dołączeniu-odezwałem się po raz pierwszy od samego początku rozmowy.
<Genardebe?>

20.04.2018

Od Kirka do Valentii "Spokój po burzy"

Valentia wtuliła głowę w moją szyję, a ja przytuliłem ją.
-Już nic nam nie grozi-powiedziałem, chcąc nie tylko uspokoić nasze córki, ale też dodać otuchy swojej partnerce. Nie do końca była to jednak prawda, bo burza nadal szalała. Na szczęście ogień został daleko za nami. Klan przemierzał tereny pokryte błotem, deszcze siekł niemiłosiernie, temperatura także pozostawiała wiele do życzenia. Było zimno, mokro, brudno i nie mieliśmy żadnego schronienia. Ponadto nie mogliśmy kierować się do celu naszej podróży. Aby dotrzeć do rzeki Dzawchan, trzeba było pokonać kilka wzniesień, a na to w czasie burzy nikt nie miał ochoty. Większość koni najchętniej by się w takim momencie poddała i na przykład rozpłakała. My jednak jesteśmy Klanem Mroźnej Duszy, a ja mam jeszcze swoją rodzinę, o którą muszę dbać. Khonkh zadecydował, że zawrócimy w stronę Tsenkher, gdyż tam łatwiej będzie nam znaleźć jakieś schronienie.
-Nie bójcie się-powiedziałem do Vayoli i Khairtai, które nadal trzęsły się ze strachu. Mindy i Mika były bezpieczne, bo zabrali je ich rodzice. W pewnym momencie Vayola poślizgnęła się i upadła.
-Nic ci nie jest?-wystraszyła się Valentia. Pomogła też jej wstać, ale nasza córka i tak wyglądała, jakby miała zaraz ponownie upaść.
-Jestem zmęczona-odparła Vayola.
-Khairtai też nie wygląda najlepiej. Wszystkie źrebięta są pewnie zmęczone-powiedziałem.
-To prawda, jednak nie możemy się zatrzymać na otwartym terenie. Musimy iść dalej. Możemy jedynie poruszać się nieco wolniej, a źrebaki z rodzicami, zamiast w środku, będą iść na końcu-powiedział Khonkh. Podszedł do nas, widząc, że nasza córka przewróciła się i być może nie będzie mogła dalej iść. Pokiwałem głową na znak, że rozumiem.
-Zgadzasz się na to?!-zdziwiła się Valentia.
-Nie mamy wyboru. Cały klan nie może tutaj zostać, my sami  też nie powinniśmy. Vayola, dasz radę dalej iść, prawda? Obiecuję, że jak już dojdziemy na miejsce i wypoczniemy, cały dzień będziemy się bawić w co tylko zechcecie-powiedziałem. Po chwili udało nam się ruszyć dalej. Na szczęście już niedługo udało się znaleźć kolejną jaskinię, na tyle dużą, że wszyscy członkowie mogli się w niej swobodnie pomieścić. Jedyną wadą tej kryjówki było to, że trzeba było pokonać krótki odcinek drogi pod górę. Do tego należało uważać na śliskie i zdradzieckie kamienie. Kilka koni potknęło się, na szczęście nikomu nic się nie stało. Wraz z Valentią bardzo uważaliśmy, by ani Khairtai, ani Vayola nie przewróciły się, gdyż mogłoby się to dla nich źle skończyć. Po dotarciu do kryjówki i schronieniu się, wszyscy członkowie rozeszli się, by odpocząć. Wraz z Valentią i naszymi córkami skierowaliśmy się bardziej w głąb jaskini, by wysuszyć się i odpocząć. Vayola i Khairtai wyglądaly na naprawdę zmęczone, z resztą tak samo jak my.
-Nie chcecie się przespać?-zapytała Valentia.
-A jak ogień wróci, kiedy będziemy spać?-zapytała Khairtai.
-Nie wróci, spokojnie. Już my się tym zajmiemy. Macie teraz jednak nauczkę, żeby zawsze się nas słuchać. Myślę, że już na zawsze to zapamiętacie. A teraz prześpijcie się-odparłem. Już po chwili nasze córki zmorzył sen.
-To był naprawdę ekscytujący dzień. Nie żebym nie lubiła przygód, ale akurat takich wrażeń wolałabym więcej nie doświadczać-powiedziała cicho Valentia.
-Zgadzam się z tobą w całości-odparłem równie cichym głosem. Większość członków poszła już spać, a nie chcieliśmy, by ktokolwiek nas słyszał. Jeszcze jakiś czas rozmawialiśmy o dzisiejszym strasznym wydarzeniu. Zapewne każde z nas odczuwało potrzebę podzielenia się własnymi przeżyciami, by ochłonąć. W końcu zasnęliśmy.
~Następnego dnia~
Kiedy się obudziłem, Valentia była już na nogach, ale nasze córki nadal spały.
-Witam-powiedziałem z uśmiechem do mojej partnerki, stykając się z nią na krótką chwilę chrapami.
-Również witam. Jak się spało?-spytała klacz.
-Dość dobrze, zważywszy na to, co wczoraj nas spotkało-odparłem.
-Nie wspominajmy już o tym-powiedziała Valentia, nieco pochmurniejąc. Kiedy obudziły się nasze córki, wyszliśmy z jaskini, by poszukać czegoś do jedzenia. Zejście z powrotem na dół nie należało do łatwych, jednak o wiele lepiej było robić to teraz, niż podczas ulewy. Niestety niełatwo było znaleźć coś do jedzenia po takiej burzy. Roślinności i tak nie było tu jeszcze zbyt wiele, a teraz jeszcz wszystko pokryła gruba warstwa błota. Po pożywieniu się, nasz władca przedstawił plan na dalszą wędrówkę.
-Skierujemy się z powrotem w stronę rzeki Dzawchan. Mimo wszystko nie powinno być tam dużo błota, poza tym wszystko zniknie, zanim tam dojdziemy. Wyruszamy jutro rano. Przypominam jednocześnie, że już niedługo wraz z Yatgaar odłączymy się na kilka dni od klanu-powiedział. Powstał mały rozgardiasz. Wszyscy członkowie rozeszli się. Jedni udali się ponownie na odpoczynek, inni na spacer po okolicy.
-Pobawimy się? Obiecałeś!-zawołała Vayola, jak tylko zamieszanie ucichło.
<Valentia?>

18.04.2018

Od Kirka do Valentii "Ognisty krąg"

Sytuacja wyglądała źle. Powiedziałbym nawet, że bardzo źle  Musieliśmy jak najszybciej działać. Popatrzyłem na Valentię. Klacz rzuciła mi szybkie, przerażone spojrzenie i wróciła do uspokajania klaczek. Oboje byliśmy spanikowani i zupełnie nie wiedzieliśmy, co mamy robić. Źrebięta na szczęście przestały już biegać i zbiły się w jedną kupkę pośrodku śmiertelnego kręgu ognia. Zacząłem okrążać to miejsce. Na początku chciałem przeskoczyć ogień, by dostać się do klaczek. Nic by to jednak nie dało, gdyż nie uratowalibyśmy ich w ten sposób. Przede wszystkim musieliśmy je stamtąd jakoś wydostać. W końcu zauważyłem, że w jednym miejscu ogień jest dużo mniejszy. Czym prędzej podbiegłem tam i zacząłem przysypywać płomień mokrą ziemią. Kiedy jeszcze nieco zmalał, próbowałem go zadeptać  Widząc to, moja partnerka natychmiast rzuciła mi się na pomoc.
-Już dobrze, zaraz was stamtąd wydobędziemy. Z nami jesteście bezpieczne-powiedziałem, chcąc uspokoić klaczki.
-Nie bójcie się-dodała Valentia. Źrebaki były jednak tak przerażone, że nie dało się ich w żaden sposób uspokoić. Nie dziwiło mnie to z resztą. Deszcz niestety nie był w stanie zgasić ognia w pełni, ale niewątpliwie pomagał nam przy wcielaniu w życie naszego planu. Płomień faktycznie zaczął przygasać w tym jednym miejscu. Nagle niebo przecięła kolejna błyskawica, która na szczęście w nic nie trafiła. Smuga światła pojawiła się niczym spuszczona z nieba nić, mająca połączyć je w jakiś sposób z ziemią. Po chwili rozległ się głodny grzmot, chyba najatrakcyjniejszy, jaki do tej pory dane mi było słyszeć. Niestety błyskawica wywołała jeszcze większy strach wśród klaczek. Ponownie rozbiegły się w popłochu, a ja i Valentia musieliśmy je znowu uspokoić, aby nic im się nie stało. Na razie, ku naszej głębokiej i szczerej uciesze, były całe  ale w każdej chwili mogło się to zmienić. W końcu klaczki ponownie zebrały się na środku.
-Tak trzymać! Z dala od ognia! Słuchajcie się nas, a wszystko będzie dobrze!-zawołałem  chcąc dodać źrebiętom otuchy. Nagle ogień zmienił kierunek i zaczął się kierować do środka okręgu. Na szczęście robił to wolno. Mimo to klaczki ponownie się wystarczyły  zwłaszcza Khairtai, która zaczęła się cofać w stronę przeciwnej ściany ognia, obserwując z przerażeniem w oczach to, co dzieje się wokół niej.
-Khairtai! Uważaj!-zawołała Valentia, próbując wraz ze mną jak najszybciej zgasić resztki ognia, aby klaczki mogły wydostać się z ognistego kręgu.
<Valentia? Jeśli są jakieś błędy, przepraszam, pisałam na telefonie>

15.04.2018

Od Kirka do Valentii "Humorzasta pogoda"

Stałem spokojnie na suchym lądzie, a już po chwili zewsząd otaczała mnie woda. W końcu wynurzyłem się z otchłani tej jakże głębokiej rzeki, bo sięgającej mi aż do kolan. Towarzyszył mi przy tym śmiech Valentii, Vayoli i Khairtai, stojących na brzegu.
-Tak was to śmieszy? Ciekawe, co powiecie teraz!-zawołałem i odwróciłem się gwałtownie, ochlapując je wszystkie wodą. Tak jak myślałem, ich śmichy-chichy zamieniły się w piski. Ja w tym czasie wyszedłem z rzeki na ląd.
-Jestem moookra-powiedziała z pretensją w głosie Vayola, na co ja zaśmiałem się.-To nie jest śmieszne!-zawołała ponownie klaczka.
-Ja także jestem mokry-powiedziałem, na co moja córka nic już nie odpowiedziała.
-Dokąd teraz idziemy?-spytała moja partnerka, podchodząc do mnie.-Najlepiej byłoby znaleźć jakieś nasłonecznione miejsce, żeby dzieci szybko się wysuszyły-dodała. Gdy zrozumiałem intencje tych słów, z przerażenia otworzyłem szerzej oczy.
-Jak ja mogłem tak lekkomyślnie postąpić? A co, jeśli Khairtai lub Vayola się przez mnie rozchorują?-powiedziałem z przejęciem.
-Spokojnie, nic im nie będzie. Poza tym muszą się przystosowywać do surowych, mongolskich warunków-odparła uspokajająco Valentia.-Zachowujesz się jak przewrażliwiona matka. Nie zapominaj, że to moje zadanie, a ty masz mnie zawsze uspokajać. Nie na odwrót-dodała po chwili z uśmiechem moja partnerka. Na stepie nietrudno było znaleźć miejsce dobrze oświetlane przez słońce. Niestety temperatura i tak nie była zbyt wysoka. Dodatkowo, kiedy szliśmy przez równinę, nagle zerwał się silny i porywisty wiatr. Moja grzywa od razu zaczęła żyć własnym życiem.
-Może lepiej wróćmy do klanu?-powiedziała Valentia. Wszyscy jak na zawołanie zawróciliśmy w stronę stada. Jak powszechnie wiadomo, w grupie jest cieplej, toteż szliśmy jak najszybciej, by ogrzać się w klanie. Powrót zajął nam mimo to niewiele krócej, właśnie z powodu wiejącego nam prosto w oczy wiatru. Po dotarciu ujrzeliśmy członków stada szykujących się do drogi.
-Dobrze, że przyszliście, inaczej musielibyśmy was szukać-powiedział Khonkh, który pojawił się tuż przed nami.
-A co się tutaj właściwie dzieje?-spytała Valentia.
-Jak widzicie, zerwał się naprawdę silny wiatr i nie zanosi się, że szybko ustanie. A nasze obecne miejsce postoju jest raczej dość odsłonięte, dlatego idziemy poszukać jakiejś kryjówki-wyjaśnił władca, po czym przeprosił i znikł nam z oczu, gdyż musiał przygotować cały klan do drogi.
-No pięknie. Mam tylko nadzieję, że szybko coś znajdziemy-powiedziałem.
-Czyli...idziemy dalej na spacer?-zapytała po chwili Vayola.
-Można tak powiedzieć-odparła Valentia. Klaczki zaczęły skakać z radości. Po chwili jednak musieliśmy je uspokoić, gdyż wszyscy byli już gotowi do drogi.
-Tylko pamiętajcie, żeby trzymać się blisko nas-rzuciła do naszych córek jeszcze przed wyruszeniem moja partnerka.
<Valentia?>

4.04.2018

Od Kirka do Valentii "Chwile z rodziną"

Valentia zasnęła, a ja postanowiłem jej nie budzić, aby mogła odpocząć. Wieczorem Eragon przyprowadził nasze córki, które na szczęście szybko poradziły sobie z całą tą sytuacją. Nie powiem, na początku byłem zdolny zabić ogiera za to, że naraził Vayolę i Khairtai na niebezpieczeństwo, ale w końcu wszystkie te wydarzenia sprawiły, że zapomniałem o tym, a potem już mu wybaczyłem.
-Czy pobawicie się jeszcze z nami trochę?-zapytała Vayola.
-Gdzie mama?-dodała Khairtai.
-Niestety, mama jest zmęczona i już śpi. A czas na zabawę już minął. Teraz wszyscy idziemy spać-odparłem. Obie naraz zrobiły smutne miny i starały się mnie przekonać do zmiany decyzji, ale ja byłem nieugięty. W końcu wszyscy poszliśmy spać.
~Następnego dnia~
Obudziły mnie oczywiście wesołe krzyki Vayoli i Khairtai. Od razu postarałem się je nieco uciszyć, aby nie wybudziły też Valentii. Klacz musiała jak najwięcej wypoczywać. Przez jakiś czas Vayola i Khairtai kręciły się gdzieś w pobliżu, jednak zaczynało im się nudzić.
-Możemy się gdzieś przejść?-zapytała Khairtai.
-Wykluczone. Nie dość wam po ostatnich wydarzeniach? Ja muszę pilnować mamy, a wy same nigdzie na pójdziecie-powiedziałem.
-A Eragon? Przecież może iść z nami?-spytała Vayola.
-Nic z tego. On też ma swoje sprawy, nie możecie mu przeszkadzać-powiedziałem, licząc na to, że taka odpowiedź zaspokoi klaczki. Vayola i Khairtai odeszły niepocieszone kawałek dalej. Nagle usłyszałem, że Valentia się budzi.
-Jak ci się spało?-zapytałem.
-Bardzo dobrze, ale na ile właściwie zasnąłem?
-Kilkanaście godzin-odparłem zgodnie z prawdą.
-Co?!-zdziwiła się Valentia.
-Poszłaś spać wczoraj jakiś czas po naszym powrocie do klanu i spałaś całą noc-powiedziałem.
-I tak czuję się ledwo żywa-odparła cicho klacz.
-Czemu? Rana cię boli?-zaniepokoiłem się.
-Właściwie to trochę tak-powiedziała Valentia.
-W takim razie idę po Nicka. Przy okazji zmieni ci bandaże-odparłem.
-A gdzie nasze córki?-spytała klacz.
-Są gdzieś tutaj-powiedziałem i zawołałem Vayolę oraz Khairtai. Kazałem im zostać z mamą, podczas gdy sam poszedłem szukać medyka. Jak na złość nie mogłem go nigdzie znaleźć. Moje poszukiwania przedłużały się, podczas gdy ja coraz bardziej denerwowałem się upływającym czasem. W końcu Valentia cierpiała! Nikt jednak nie wiedział, co stało się z kucem. Wreszcie ujrzałem go, jak wraca do klanu. Od razu do niego dopadłem.
-Gdzie byłeś?-spytałem.
-Czy to przesłuchanie?-zdziwił się kuc.
-Nie, ale Valentia potrzebuje nowych ziół. I może nie znam się na medycynie, ale chyba trzeba jej też zmienić bandaże?-powiedziałem.
-Racja-odparł Nick i poszedł za mną. Po przybyciu na miejsce zabrałem Vayolę i Khairtai, aby nie przeszkadzały kucowi w pracy. Klaczki wyglądały na nieco zasmucone.
-A co się stało z waszymi wesołymi minkami?-zapytałem radośnie.
-Smutno nam, bo to przez nas to wszystko-wyznała Vayola.
-Cóż, na pewno nie można powiedzieć, że postąpiłyście dobrze. Teraz już przynajmniej wiecie, że nie wolno wam nigdzie chodzić bez dorosłych. Nie przejmujcie się już tak tym-powiedziałem. Niestety nigdy nie byłem dobry w pocieszaniu, a jeśli idzie o źrebaki to już w ogóle zero doświadczenia. W końcu jednak Vayola i Khairtai odzyskały dobry humor. Wróciliśmy do Valentii.
-Musisz jeszcze dużo odpoczywać-powiedział do niej Nick, po czym pożegnał się z nami i odszedł.
-I jak?-zapytałem.
-Znacznie lepiej. A jeśli idzie o was, to widzę, że polepszył wam się humor-powiedziała z uśmiechem do naszych córek Valentia. Vayola i Khairtai pokiwały jednocześnie głowami.
-Chcesz się z nami pobawić?-zapytała jedna z klaczek.
-Bardzo bym chciała, ale jeszcze nie mogę. Obiecuję, że jak tylko wyzdrowieję, będziemy się bawić razem cały dzień albo i dwa!-odparła klacz. Klaczki zaczęły aż skakać z radości.
-No, no, no, tylko spokojnie-zaśmiałem się.
-Mam nadzieję, że nie przeszkadzam. Przyszedłem sprawdzić, co z Valentią?-usłyszeliśmy głos Eragona i od razu głowy wszystkich odwróciły się w jego stronę.
<Valentia? Przepraszam za ten chłam, ale brakowało mi pomysłu...>

29.03.2018

Od Kirka do Valentii "Oczekiwanie na pomoc"

To chyba najbardziej uparte zwierzę, jakie spotkałem-pomyślałem, widząc na naszej drodze panterę. Drapieżnikowi udało się uniknąć naszych ciosów. Skoczył w stronę Valentii, którą poważnie zranił i zwrócił się w stronę naszych córek. Nim zdążyłem dobiec do Vayli i Khairtai, znalazł się tam jakimś cudem Eragon. Zamachnął się i kopnął panterę, która na szczęście nie zdążyła zaatakować klaczek. Miałem nadzieję, że nie zadała także żadnych ran Eragonowi. Pantera wydała z siebie straszny jęk bólu, upadając parę metrów dalej. Zwierzę wydawało z siebie mnóstwo pełnych irytacji prychnięć i syków. Próbowało się też podnieść, ale nie było w stanie. Nie chciałem wnikać, czemu nie może wstać. Liczyło się tylko to, że pantera została skutecznie unieszkodliwiona.
-Eragon, zajmij się Vayolą i Khairtai!-zawołałem, a sam podbiegłem do swojej partnerki. Valentia mocno krwawiła i nie wyglądało to najlepiej.
-Nic się nie martw, zaraz wezwiemy pomoc-powiedziałem do klaczy, chcąc ją uspokoić.
-Nic im nie jest!-zawołał Eragon.
-Dobrze, weź wiec Vayalę i Khairtai i biegnijcie do klanu. Niech ktoś się nimi zajmie, a ty sprowadź pomoc dla Valentii-odparłem.
-Ale nie mogę was tak tu zostawić-zaprotestował.
-Masz lepszy pomysł? Śmiało, zamieniam się w słuch-powiedziałem, odwracając się w stronę Eragona. Ogier zamilkł na chwilę.
-Wrócę jak najszybciej-odparł w końcu.-Vayola, Khairtai, idziecie ze mną-zwrócił się do klaczek.
-Ale my chcemy zostać z mamą i tatą-zaprotestowała Vayola.
-Bez dyskusji. Nie mamy czasu do stracenia-powiedział w miarę łagodnie, ale stanowczo Eragon. Jako nauczyciel wiedział na szczęście, jak przemówić do źrebięcia, by posłuchało. W końcu cała trójka zaczęła się biegiem oddalać. Ja postanowiłem skupić się na Valentii. Nie znałem się na medycynie i nie wiedziałem, jak jej pomóc. Ponadto wokoło nie było chyba niczego, co by się teraz przydało. Uznałem, że najlepiej będzie, jeśli postaram się zająć Valentię rozmową, by nie straciła przytomności.
-Jak się czujesz?-zadałem chyba najgłupsze pytanie.
-A jak twoim zadaniem czuje się ktoś z rozciętym brzuchem? Czuję się świetnie-powiedziała słabym głosem klacz.
<Valentia? Wybacz, ze tak mało akcji XD>

26.03.2018

Od Kirka do Valentii "Działanie instynktu"

W tamtym momencie w ogóle nie myślałem logicznie. Do głosu doszedł mój instynkt. Zarżałem z wściekłości, czym przykułem uwagę obydwu panter. Ta znajdująca się bliżej nas skierowała się w stronę moją i Valentii. Bez żadnego namysłu zacząłem biec ku niej.
-Uciekajcie!-zawołała Valentia do naszych córek, puszczając się biegiem za mną.
-Zajmij się nimi!-krzyknąłem. Kątem oka zauważyłem, jak nasze córki biegną w stronę matki, jednak druga z panter od razu ruszyła za nimi. Na szczęście Vayola i Khairtai dobiegły do Valentii, która od razu stanęła na tylnych nogach i zarżała głośno, by przestraszyć drapieżnika. Poniekąd to zadziałało. Pantera nie zaatakowała, tylko zatrzymała się i zaczęła wokół nich krążyć.Kiedy byłem blisko mojego przeciwnika, szybko odwróciłem się i zadałem drapieżnikowi solidny cios tylną nogą. Jej okrzyk, czy też ryk bólu nadal pobrzmiewa mi w uszach. Ponownie odwróciłem się. Podniosłem się na tylne nogi i zarżałem ostrzegawczo, aby dać jej do zrozumienia, że ze mną nie ma żartów. Pantera zjeżyła sierść i odsłoniła swoje ostre kły. Machnęła kilka razy łapą z wysuniętymi pazurami w powietrzu, ale nie zadała mi żadnych ran. Wątpię, by w ogóle chciała to zrobić. Udało mi się ją przestraszyć. Zwierzę zawróciło, jednak popędziło prosto w stronę Valentii i źrebiąt, wokół których krążył przecież drugi drapieżnik. Czym prędzej zacząłem biec za panterą. Ona okazała się jednak o wiele szybsza ode mnie. Valentia już szykowała się do odparcia jej ataku, jednak wiedziałem, że z dwoma drapieżnikami nie da sobie rady. Wtem ujrzałem, jak z zarośli wybiega biały kształt, który biegnie wprost na rozpędzoną panterę. Uderza ją mocno, przez co ta pada na ziemię kawałek dalej. Po chwili wstaje, ale już nie atakuje ponownie. Zawraca i odbiega na dobre w stronę lasu. Drugi drapieżnik patrzy zdezorientowany na naszą trójkę. Zdaje sobie sprawę, że nie poradzi sobie sam z trzema końmi. Nawet niesamowicie głodna pantera odpuściłaby sobie w takiej chwili, w końcu nie jest samobójcą. Chyba że jednak jest.
-Valentia, pilnuj dziewczynek. Eragon i ja zajmiemy się panterą, jeśli zaraz stąd nie ucieknie-powiedziałem. Spojrzałem na chwilę na Valentię i nasze córki, by upewnić się, że wszystko z nimi w porządku. Jak najszybciej jednak powróciłem do pilnego obserwowania drapieżnika.
<Valentia?>

20.03.2018

Od Kirka do Valentii "Krew"

-Jak mogłeś do tego dopuścić?!-krzyknąłem na Eragona. Zaskoczony koń zrobił wielkie oczy ze zdziwienia. Musiałem go chyba trochę przestraszyć, bo nic nie odpowiedział i tylko spuścił szybko wzrok.
-Kirk, to nie jego wina. Zresztą, nie ma teraz czasu na obwinianie się. Trzeba odnaleźć Vayolę i Khairtai-odparła Valentia, próbując mnie uspokoić.
-Racja. Zróbmy tak: Eragon powie nam, gdzie mamy szukać i już tam pójdziemy, a on w tym czasie zawiadomi resztę klanu, żeby także pomogli w poszukiwaniach Vayoli i Kahirtai. Im więcej koni się tym zajmie, tym lepiej. Co wy na to?-spytałem. Oboje zgodzili się z moim pomysłem. Ogier wytłumaczył nam jak najszybciej i jak najdokładniej, gdzie ostatnio widział nasze córki. Wraz z Valentią pognaliśmy tam co sił w nogach, gdy tylko Eragon skończył mówić. Wiem, że to syn Valentii, ale jeśli coś się stanie Khairtai albo Vayoli, nikt ani nic go przede mną nie uchroni-myślałem, podczas gdy wspólnie z moją partnerką uważnie przeczesywaliśmy teren. Nawet nie musieliśmy nic do siebie mówić, gdyż porozumiewaliśmy się w bez słów.
-Kirk, czujesz to?-zapytała w pewnym momencie Valentia. Wciągnąłem głęboko powietrze i rzeczywiście wyczułem w powietrzy dziwną woń...krwi.-O nie, spójrz tylko tutaj-powiedziała po chwili moja partnerka. Podszedłem do niej czym prędzej. Schylała się właśnie nad jakimś krzakiem, którego gałązki przybrudzone były czerwoną cieczą. Jeszcze świeżą czerwoną cieczą.
-Spokojnie, Vayoli i Khairtai na pewno nic się nie stało-powiedziałem, chcąc uspokoić klacz. Tak naprawdę jednak sam niesamowicie się denerwowałem o ich los, zwłaszcza po ujrzeniu krwi.
-Skąd wiesz?-spytała i spojrzała na mnie szklanym wzrokiem, gotowa w każdej chwili się załamać i rozpłakać.
-Po prostu wiem. Ale musimy znaleźć je czym prędzej-odparłem. Postanowiliśmy podążyć za zapachem krwi. W końcu smród ten zaczął przybierać na sile. W końcu wyczułem w powietrzy jeszcze jedną woń. Bez wątpienia był to zapach wilka. Puściłem się pędem przed siebie, a za mną moja partnerka. Wypadliśmy wprost na niezarośniętą przestrzeń, otoczoną gdzieniegdzie drzewami. Na środka znajdował się zwrócony do nas tyłem, samotny wilk. Nie był zbyt duży. Wręcz przeciwnie, od razu zauważyłem, że jest wychudzony i prawdopodobnie osłabiony. Jednak nie to mnie przeraziło najbardziej. Wilk leżał na ziemi i wyglądał, jakby coś jadł. Z daleka widać było tylko małe, brązowe ciało rozrywane na strzępy przez jego kły. Zarżałem głośno i zamachnąłem się kopytami. Wilk natychmiast uniósł się i odwrócił, a ja rzuciłem się pędem w jego stronę. Wystraszony wilk odbiegł kilka metrów i zatrzymał się, dopiero kiedy ja stanąłem. Odetchnąłem z ulgą, gdy zobaczyłem, że to, co jadł wilk, to młody dżejran. Drapieżnik wykorzystał chwilę i uciekł. Byłem tak uspokojony świadomością, że to nie była żadna z moich córek, że dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, iż wilk, który uciekł, może jeszcze natknąć się na Vayolę i Khairtai.
-Biegnijmy za tym wilkiem. Nie możemy dopuścić do tego, aby znalazł nasze córki przed nami, a razem na pewno go załatwimy. Wyglądał na osłabionego, w dodatku jest tylko jeden. Damy radę-powiedziałem do Valentii. Wystarczyło jedno spojrzenie w jej oczy, by zrozumieć, że klacz gotowa jest na wszystko, byleby tylko odnaleźć Vayolę i Khairtai całe i zdrowe.
<Valentia?>

16.03.2018

Od Kirka do Valentii "Pierwszy ranek"

Otworzywszy oczy, nie bez dumy i radości zdałem sobie sprawę, że to nasz pierwszy wspólny poranek. Cóż, zawsze jest ten pierwszy raz. Pierwsza wspólna wędrówka, pierwsza zabawa, pierwszy upadek-pomyślałem zaraz. Rozmyślania przerwał głos mojej partnerki.
-Już nie śpisz? Jaki mamy czas?-zapytała, kiedy tylko wstała.
-Jak widać nie śpię. Jak widać mamy ranek-odparłem, uśmiechając się. Nasze spojrzenia spotkały się ze sobą na jedną magiczną chwilę, która mogłaby trwać wiecznie. Została jednak przerwana już po paru sekundach.
-Co dzisiaj robimy?! Będę mogła pobawić się z Khairtai?!-zawołała uradowana Vayola.
-Jasne, ale później. A teraz musisz być cicho, bo twoja siostra jeszcze nie wstała-odparła Valentia.
-Dlaczego jeszcze śpi?-zapytała klaczka, robiąc zawiedzioną minę.
-Bo jest trochę młodsza od ciebie i potrzebuje dużo snu. A skoro ty jesteś nieco starsza, to musisz to zrozumieć i się nią opiekować-powiedziałem. Vayola otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia.
-Naprawdę?-zapytała, niedowierzając.
-Tak-odparła Valentia.
-Ale super! Będę najlepszą siostrą na świecie!-zawołała klaczka. Nie zdążyliśmy jej już uciszyć, gdyż Khairtai się obudziła. Moja ukochana nakarmiła ją, po czym postanowiliśmy przejść się. Khairtai musiała w końcu ćwiczyć chodzenie. Mimo że na początku szło jej to bardzo nieporadnie i nieraz z Valentią ledwo powstrzymywaliśmy się od śmiechu, nie mogłem jednak wyjść z podziwu patrząc na ten mały cud. Gdyby ktoś jeszcze kilka lat temu powiedział mi, że zakocham się po uszu w Valentii i będziemy mieć w sumie pięcioosobową rodzinę, bez wahania wyśmiałbym go. Życie jednak potrafi zaskoczyć.
-Idź tak jak ja to robię-powiedziała Vayola, widząc desperackie próby Khairtai. Klaczka przespacerowała się kawałek, po czym odwróciła w stronę siostry. Źrebię powoli ruszyło, ale przejście tego samego odcinka zajęło mu znacznie więcej czasu niż Vayoli, choć trzeba było przyznać, że radzi sobie już lepiej.
-Eragon!-zawołała nagle Valentia, widząc zbliżającego się do nas ogiera.
-Tak mam na imię-odparł z uśmiechem.
-Bardzo zabawne- powiedziała klacz.
-Skoro już cię spotkaliśmy, może chcesz iść z nami?-zapytałem.
-W sumie to bardzo chętnie spędzę z wami trochę czasu. Wcześniej miałem go całkiem sporo, ale teraz, kiedy w stadzie przybyło źrebiąt, będę musiał już więcej pracować-odparł. Ruszyliśmy więc razem na przechadzkę po stepie wokół Tsenkher. Źrebięta szły raz za nami, raz przed nami. Khairtai chodziła już niemal idealnie, próbowała nawet biegać za Vayolą. Kilka razy się przewróciła, ale zawsze wstawała.
-Typ wojowniczki. Widać, że łatwo się nie poddaje-powiedział z uśmiechem Eragon.
-To prawda-odparłem. Spacerowaliśmy razem przez jakąś godzinę, aż ogier oświadczył, że musi wracać, by przyszykować się do lekcji, którą musi poprowadzić.
-Swoją drogą niedługo i Khairtai będzie się u mnie uczyć-powiedział.
-Tak, ale najpierw niech opanuje tajniki sztuki zachowywania równowagi-odparła Valentia, po czym cała nasza trójka zaśmiała się po cichu, widząc jak Khairtai kolejny raz się przewraca, ale tym razem tak, że pociąga za sobą Vayolę i obie lądują na ziemi. Oczywiście jak tylko klaczki spojrzały w naszą stronę, natychmiast zrobiliśmy poważne miny.
-Nic wam nie jest?-spytała Valentia. Źrebięta zgodnie zaprzeczyły, kręcąc głowami, a następnie wstały. My zaś pożegnaliśmy się z Eragonem.
-Do zobaczenia już wkrótce na lekcji-powiedział jeszcze ogier do Vayoli i Khairtai, po czym zaczął się oddalać.
-A my co teraz robimy?-spytałem swojej partnerki.
<Valentia? Ja tak samo XD>

12.03.2018

Od Kirka do Valentii "To już"

W oddali majaczył już szczyt Tsenkher, wszyscy jednak wiedzieli, że czeka nas jeszcze długa wędrówka, zanim dotrzemy na miejsce.
-Jak się czujesz?-spytałem moją partnerkę, kiedy rankiem wyruszyliśmy w ponowną wędrówkę.
-Bardzo dobrze, dziękuję, a ty?-odparła.
-Ja także-powiedziałem.
-Ja też! Ja też!-zawołała Vayola, która cały czas kręciła się wokół nas.
-To dobrze-odparliśmy niemal jednocześnie ja i Valentia. Spojrzeliśmy po sobie i uśmiechnęliśmy się.
-Właściwie to te tereny wydają się mi trochę znajome, a tobie?-spytałem.
-Tak w sumie to mi też. Wydaje mi się, że mogliśmy tutaj trafić w czasie naszych poszukiwań drogi do klanu-odparła po namyśle klacz.
-To może być prawda-powiedziałem. Następnie przez jakiś czas wymienialiśmy elementy otoczenia, które wydawały się nam znajome. Wieczorem władca zarządził kolejny postój. Po pożywieniu się wraz z Valentią i Vayolą udaliśmy się na spoczynek.
~*~
Vayola miała dziś lekcje z Kasją. Razem z Valentią oddaliliśmy się więc nieco od stada w poszukiwaniu spokoju i pożywienia. Właśnie przeżuwaliśmy wygrzebane przez nas rośliny, kiedy klacz cicho krzyknęła.
-Co się dzieje?!-przejąłem się natychmiast.
-Chyba...to chyba...już-odparła klacz.
-Ale co "już"?-nic nie rozumiałem.
-Ja niedługo urodzę-powiedziała Valentia. Na początku wystraszyłem się, ale zdołałem zachować zimną krew.
-W takim razie zostań tutaj i ułóż się wygodnie, a ja pobiegnę po medyka-odparłem. Klacz pokiwała głową na "tak" i położyła się. Ja natychmiast skierowałem się w stronę klanu. Wyrzucałem sobie w duchu, że zgodziłem się, abyśmy się na tyle oddalili.
-Gdzie jest Nick?!-zawołałem, kiedy tylko dobiegłem do stada. Część koni popatrzyła na mnie jak na wariata.
-Tu jestem-odparł kuc, wychodząc z tłumu.
-Chodź za mną-powiedziałem i zawróciłem. Nick po chwila zaczął biec ze mną.
-Co się dzieje?-dopytywał w drodze.
-Valentia zaczęła rodzić-odparłem. Po kilku minutach byliśmy już na miejscu. Nick od razu zajął się moją partnerkę.
~*~
Cały czas czekałem nieopodal, odchodząc od zmysłów. Miałem tyle wątpliwości. Jednczocześnie tak bardzo nie mogłem się doczekać, aż zobaczę mojego syna lub córkę. Modliłem się, aby wszystko poszło dobrze. W końcu zauważyłem, że zbliża się do mnie Nick. Natychmiast ruszyłem w jego stronę, niecierpliwie wyczekując od niego wieści o Valentii i źrebięciu.
<Valentia?>

11.03.2018

Od Kirka do Valentii "Wędrówka"

Mindy i Vayola patrzyły się na nas ze zdziwieniem.
-Pobawmy się w to, co oni-zawołała Mindy i rzuciła w Vayolę śniegiem. Klaczka nie pozostała dłużna i od razu jej oddała. Obie zaczęły się wzajemnie nim obrzucać.
-A tak właściwie, dobrze się czujesz?-spytałem.
-Mogę cię zapewnić, że nigdy nie czułam się lepiej-odparła z uśmiechem klacz. Potem jeszcze przez chwilę rozmawialiśmy. Następnie musieliśmy wyruszyć w drogę. Dziś rozpoczęła się nasza wędrówka w stronę Tsenkher. Było to nowe terytorium, które udało nam się zdobyć podczas wojny ze Stadem Hańby. Niezbyt podobało się to Vayoli, która chyba bała się iść w nieznane miejsce, ale razem z Valentią jakoś ją przekonaliśmy. Podczas wędrówki klaczka nie odstępowała nas na krok.
-Czemu musimy tam iść?-pytała co chwila.
-Bo tak postanowił władca i przewodnicy-odparłem ze spokojem.
-Ale czemu tak postanowili?-dopytywała dalej Vayola.
-Bo uznali to za odpowiednie. A my zawsze musimy słuchać władcy-dodała Valentia. Klaczka dała za wygraną i nie zadawała już więcej pytań.
-Właściwie to ja jestem bardzo ciekawa jak wyglądają nasze nowe terytoria-powiedziała po chwili Valentia.
-W sumie to ja też-odparłem.
-Ciekawe, czy jest w nich dużo pożywienia, ludzi czy drapieżników-rozmyślała dalej na głos klacz.
-I schronienie. Oraz wody. Interesuje mnie, ile tego tam jest-powiedziałem.
-I czy w ogóle jest. Być może Stado Hańby nie miało zbyt dobrych terenów. Ale o tym się przekonamy-odparła klacz. Po dwóch godzinach marszu klan zatrzymał się na wieczorny postój. W drogę mieliśmy dalej wyruszyć dopiero rano. Spod śniegu wydobyliśmy nieco roślin, które jednak swym wyglądem nie zachęcały do spożycia ich.
-Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Nie marudź-powiedziała Valentia, widząc, że niezbyt kwapię się do zjedzenie swojej porcji.
-Ale ja nic nie powiedziałem-odparłem, biorąc się za jedzenia.
-Ale pomyślałeś.
-Czytasz w myślach?-spytałem.
-Tak-odparła Valentia.
-To ty jakiś wybryk natury jesteś-powiedziałem, po czym oboje zaczęliśmy się śmiać.
-Co to jest wybryk natury?-zapytała Vayola, która cały czas stała nieopodal.
-To takie zwierzę, które zachowuje się inaczej, niż inni przedstawiciele jego gatunku-wyjaśniła jej Valentia. Następnie dokończyliśmy posiłek. Udaliśmy się potem na krótki spacer, a po powrocie niemal od razu poszliśmy spać.
<Valentia? Wiem, że kijowe, ale nic nie mogłam wymyślić XD>
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika