Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Khairtai. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Khairtai. Pokaż wszystkie posty

10.09.2019

Od Khairtai do Cardinaniego ,,Idiota, łamaga i... Co jeszcze?"

Wolałam trzymać się z dala od tej bandy patałachów. Bawiło mnie oglądanie głupich źrebiąt, w tym mojej córki. Za wszelką cenę chciałam ją wciągnąć do Stada Hańby. Shiregt kiedyś i tak będzie mieć za swoje. Tak samo, jak kiedyś z radością ostrze mojego miecza zostanie skąpane we krwi Yatgaar. No, ale marzenia, marzeniami. Warto coś ze sobą porobić.
- Ha tfu. - przechodząc obok członka Klanu, splunęłam mu pod nogi i mrużąc oczy, stanęłam w chłodnym cieniu. Irytowało mnie to ciągłe ćwierkanie ptaków. Mogłyby stulić swoje gęby i dać mi święty spokój. Westchnęłam cicho i skrzywiłam się, patrząc na córkę otoczoną wianuszkiem źrebiąt. Klacz wydawała się... Szczęśliwa. A raczej zadowolona, bo miała tak paskudnie poważną mordę, że trudno cokolwiek rozróżnić. Postanowiłam rozprostować trochę kości. To już nie te lata. Ruszyłam powoli, stępem, bo po co się przemęczać? Co jakiś czas bacznie obserwowałam członków Klanu. Jedni  rozmawiali na głupkowate tematy, a jedni cieszyli się z niedawno zawiązanego partnerstwa ukochanego władcy Klanu i jeszcze lepszej klaczy - Mivany. Z czego tu się cieszyć?  Przewróciłam oczyma, a rozmawiający spojrzeli na mnie z pogardą i szybko wrócili do zapierającej dech w piersiach rozmowy. W pewnym momencie do moich uszu dotarł odgłos bardzo szybkiego cwału. Podniosłam powoli brew i powoli się obróciłam, ale wtem wpadł na mnie jakiś ogier. Wydałam z siebie oburzony wrzask i padłam na ziemię. Szarpanie nie zdało się na nic.
- Ty idioto! Złaź ze mnie! - zarżałam wściekle. - Nosz kurwa! - przekonana, że to coś w rodzaju ataku, zdzieliłam konia po mordzie, a potem dałam solidnego kopniaka w brzuch. Koń wydał z siebie zduszony jęk. Co za łamaga!
<Cardinano? Co ja robię ze swoim życiem...>

9.07.2019

Od Khairtai do Vayoli ,,Stałam się popychadłem"

- Przed narodzeniem się Tantai -


Że co proszę? ,,Nieprzemyślane"? Wbiłam lekko zszokowane spojrzenie w łaciatą klacz. Śmie mi zarzucać, że to, co zrobiłam, było głupie i nieprzemyślane? Właściwie było. Ale nie mogę jej przyznać racji, bo to byłby cios poniżej pasa. Mocno zdenerwowana zaryłam kopytami o ziemię. Powoli wypuściłam powietrze z nosa. Jest głupia, czy co?
- Musisz mi to przypominać? - warknęłam agresywnym tonem. Zarzuciłam grzywką i starałam się uspokoić.
- Spokojnie, Khairtai. Chcę się tylko dowiedzieć, dlaczego zabiłaś akurat Cherry. - odparła łagodnie Vayola. Popatrzyłam na siostrę, a moja warga zadrżała. Dlaczego zabiłam Cherry? Dlaczego zabiłam Cherry? Dlaczego zabiłam Cherry? Dlaczego zabiłam Cherry? Dlaczego... Zabiłam... Cherry?
- Ja... - wydukałam z siebie. - Nie wiem. Chciałam poczuć ból jakiegoś członka z Klanu. Po części chciałam się jakoś zemścić... Po prostu to był napad szału i tyle.
- Dobrze wiesz, że mogło to zwiększyć jakieś podejrzenia Shiregt'a. W końcu jestem Twoją siostrą. Może nie biologiczną, ale jednak. Mógłby mnie jakoś z tym powiązać. - Vayola spojrzała na mnie lekko zawiedziona.
- Ale tego nie zrobił. - odwróciłam wzrok od siostry i westchnęłam. - Mogło to się potoczyć znacznie gorzej. Na razie nie znam swojej kary, może w ogóle mi żadnej nie dadzą...
- Oni mogą nawet dać Ci wyrok śmierci. - Vayola wbiła we mnie palące spojrzenie i pokręciła łbem. - Shiregt już od jakiegoś czasu ma na mnie oko. Zauważyłam to.
Milcząc, przygnębiona opuściłam głowę. Starałam zmienić się jakoś temat.
- A jak z frakcją? Są jacyś nowi członkowie? - właściwie to bardzo mnie ciekawiło.
- Na razie Spear. Zobaczysz, z czasem wszystko się jakoś rozkręci. Wszystko trzeba rozplanować. Sama zapamiętaj tę zasadę. - Vayola rzuciła mi znaczące spojrzenie, a następnie zakończyłyśmy rozmowę i wróciłyśmy do Klanu. Wrażenie, że jestem bardzo głupia, zostało mi gdzieś z tyłu głowy. Zażenowana postanowiłam zasnąć.

- Po urodzeniu się Tantai (Gdy jest już nastolatką) -

Minęło bardzo dużo czasu. Naprawdę, dużo. Nie rozmawiałam za bardzo z Vayolą. Właściwie, przez tę całą karę odizolowałam się od wszystkich. Brzydzili mnie członkowie Klanu. Czułam obrzydzenie do samej siebie i własnego źrebaka. Vayola na pewno już dawno zobaczyła, że urodziłam źrebię - Tantai. Nie podchodziła do mnie. Zapewne oczekiwała, że to ja pierwsze coś powiem. Właściwie to powinnam. Kochałam Vayolę, była moją jedyną rodziną. Nie zaliczałam do niej Tantai, o nie. Tak czy siak, oddałam ją Rose. W sumie bawiło mnie to wmawianie jej złych przekonań o Klanie. Śmieszne były jej te łzy i krzyki. W końcu ta mała głupia klacz pożałuje, że w ogóle ktokolwiek dał jej życie. Uśmiechnęłam się pod nosem, a następnie wypatrzyłam wzrokiem łaciatą siostrę. Lekko zestresowana podeszłam do niej i w milczeniu na nią popatrzyłam.
- Teraz nagle podchodzisz? - zapytała Vayola z przerażającym spokojem.
- Przepraszam... Odizolowałam się od wszystkich. Okazało się, że Shiregt dał mi coś znacznie gorszego niż śmierć. Jakiś losowy ogier musiał się zgłosić i spłodzić mi źrebię. Tak urodziłam Tantai. - tu wskazałam łbem na szampańską klacz, która stała gdzieś z boku. - Stałam się popychadłem. Wystraszyłam się też, że ty również tak o mnie sądzisz. Przepraszam, jeszcze raz przepraszam. Wiem, że słowa nie mogą odpłacić prawie dwóch lat, przez które się nie odezwałam. - patrzyłam na Vayolę. Co jak co, była moją przybraną siostrą i mocno ją kochałam. Dla niej potrafiłam być szczerza. Potrafiłam złamać swoje zasady.
<Vayola? Wiem, ile czekałaś ;_; Przepraszam z całego serca, wybacz mi.>

12.06.2019

Od Khairtai do Shiregt'a ,,Palące spojrzenie"

- Ah, jednak chodziło o Rose, Hypnos. - zawołał Shiregt, a odchodzący ogier zdołał go usłyszeć i kiwnąć głową.
Powoli podniosłam wzrok na gniadosza. Zacisnęłam usta i spojrzałam na Tantai. Zmrużyłam oczy i ciężko westchnęłam.
- Rose chciałaby zaopiekować się moją córką? - zapytałam, podnosząc łeb. Może nawet z lekkim oburzeniem, wymalowanym na smukłym pysku. 
- Dokładnie. - Shiregt kiwnął głową. - Nie mogę Ci w pełni zaufać, oddając pod opiekę tę klaczkę. Zapewniam, że będzie dobrze żyć wraz z Rose.
Uniosłam brew i prychnęłam, przewracając oczyma. 
- No dobra. Mogę ją jej oddać, ale pod warunkiem, że będę się mogła z nią spotykać, kiedy mi się podoba. Pasuje? - warknęłam pod nosem i delikatnie przysunęłam do siebie córkę. Najchętniej w ogóle bym jej nie oddawała, ale po części obudziła się we mnie litość. Nie chciałam niszczyć życia tej niewinnej istocie, mimo że tak bardzo jej nienawidziłam. Zamknęłam oczy, a po chwili je otworzyłam. 
- W porządku, ale nie za często. - władca zmierzył mnie chłodnym wzrokiem i spojrzał na Tan. Szampańska klaczka, zapewne nie wiedziała, co się dzieje, stała dosłownie przyklejona do mojego brzucha. Spojrzałam na nią żałośnie i podeszłam bliżej do Shiregt'a.
- Ale obiecujesz mi, że Rose zaopiekuje się nią, jak należy i nie naopowiada jej o mnie złych rzeczy? - chciałam się upewnić. Co jak co, byłam matką Tantai. A matka mimo wszystko dba o swoje dziecko. Nie znałam tej całej Rose i nie ufałam jej. Ani trochę. 
- Jestem pewien. Może jeżeli się poprawisz, będziemy w stanie zwrócić Ci nad nią opiekę. - ogier uśmiechnął się do Tantai. Raczej nie, Shiregt. Przepraszam. Zamarłam na chwilę. Byłam trochę nieobecna. Nie słyszałam głosu gniadosza. Jedynie głośny śpiew ptaków i szelest spadających liści. Wszystko działo się jak... W zwolnionym tempie? Tak, dokładnie. W zwolnionym tempie. To trudne tak rozstawać się z rodzonym źrebięciem. Przecież nie na zawsze! Będziesz mogła się z nią spotykać, przecież Shiregt to potwierdził, prawda? Khairtai, co się z Tobą dzieje do cholery?! Wcale nie lubisz tego źrebięcia.
- Mhm. Fajnie wiedzieć. - zarżałam ponuro i zmarkotniałam jeszcze bardziej, gdy na horyzoncie ujrzałam zbliżającego się Hypnosa, wraz z Rose. Przerzuciłam nienawistne spojrzenie na Shiregt'a. Ah! Tak bardzo nienawidziłam wszystkiego, co było spokrewnione z Yatgaar. Samego Shiregt'a też. Spojrzałam na Tantai, a potem na gniadosza. Gdy Hypnos i Rose się zbliżyli, popchnęłam córkę w ich stronę. Władca obrzucił mnie dziwnym spojrzeniem, a następnie odwrócił się tyłem.
- Zostawiam Was. - powiedział i rzucił znaczące spojrzenie Hypnosowi. Trudno było nie zauważyć. Tantai spojrzała na mnie przerażona, a potem obróciła się w stronę Rose. Zmarszczyłam czoło i wbiłam lodowaty wzrok w medyczkę, a następnie podeszłam do córki.
- Niedługo się zobaczymy. - powiedziałam, siląc się na łagodny ton. Odwróciłam się na kopycie, gdy usłyszałam zdziwione wołanie szampańskiej klaczki, zacisnęłam powieki. Nie słuchając dalej, wybrałam się na spacer wokół miejsca obozu Klanu. W pewnym momencie na drodze dostrzegłam Shiregt'a. Był... Sam. Burknęłam coś pod nosem i wbiłam w niego palące spojrzenie.
<Shiregt? Trochę zabrakło pomysłu. Wyszło takie sobie :P>

8.05.2019

Khairtai się oźrebiła!

Po niecierpliwym oczekiwaniu Khairtai dotrwała momentu pojawienia się na świecie swojego potomka - Tantai! Powodzenia na nowej drodze życia.

Tantai
image.png

7.05.2019

Od Khairtai ,,Początek końca"

Czułam się źle. No... Nawet mało powiedziane. Czułam się paskudnie. Dodatkowo miałam wrażenie, że zostałam potraktowana jak jakiś śmieć lub co gorsza, zabawka. Zapewne dla nich to była tylko  kara, ale dla mnie... Coś o wiele, wiele gorszego. Pewnie powinnam się cieszyć, że mnie nie zarżnęli, ale perspektywa ujadania się z małym, głupim źrebakiem była nie do końca kolorowa. Czułam, że czas porodu zbliżał się coraz bardziej. Od kilku byłam z dala stada, dokładniej mówiąc, gdzieś na obrzeżach, bo nigdzie dalej chodzić mi nie pozwolili. To... Dosyć krępujące, gdy musisz rodzić w obecności Klanu. Ciężko westchnęłam. Wyglądałam przy tym, jak wielki balon lub spasiona świnia. Zdawałam sobie sprawę, że mogą mi odebrać źrebię, jeżeli moje zachowanie będzie podejrzane. Z jednej strony by mi ulżyło, a z drugiej moje plany co do źrebaka zostałyby pokrzyżowane. Postanowiłam nie zaprzątać sobie głowy tym wszystkim na jakiś czas.

---

Minęło parę dni, przez które czułam się coraz gorzej. Postanowiłam wybrać się na spacer, oczywiście w pobliżu koni z Klanu, bo jakże by inaczej? Powolnym krokiem przemierzałam tereny, co jakiś czas przystając i skubiąc trawę. Słońce pięknie świeciło, ptaszki ćwierkały i bla, bla... W pewnym momencie stanęłam na dłużej, czując mocny skurcz. Miałam zamiar to zignorować, w końcu często takie miewałam. Niestety po nim pojawił się kolejny, a potem kolejny, i kolejny. Zmarszczyłam czoło, stawiając jeden krok do tyłu. Akurat teraz? Świetnie... Wzięłam głęboki oddech, starając się uspokoić i skupić. Nie zamierzałam wołać medyka... Poradzę sobie, prawda? Przekonywałam się. W duszy jednak czułam pewne kucie, zapewne strach przed tym, że ten poród przejdzie źle i zginę ja wraz ze źrebakiem.
- Dasz radę, dasz radę, dasz... Radę! - mruknęłam do siebie. Parłam, starając się ustać na prostych nogach. Poród przedłużał się w nieskończoność. Wydałam z siebie jęk pełen bólu, a po nim pojawiło się... Źrebię. Zamarłam, wbijając wzrok w malutkiego konia. Nie wiedziałam co robić, kompletnie. Wbrew wszystkiemu... To było moje pierworodne źrebię. Moje dziecko... Zacisnęłam zęby i już miałam się odwrócić i odejść, ale westchnęłam ciężko i zrezygnowana jakoś... Ogarnęłam źrebaka. Najwyraźniej była to klacz, dosyć drobna. Ledwo trzymała się patykowatych nóżkach. Jej maść wskazywała na szampańską. Miała brązowe oczy... Dokładnie takie same jak ja. Minęło trochę czasu, aż klaczka w końcu stanęła na równe nogi. Podeszła do mnie, a ja gwałtownie się cofnęłam. Mhm... Źrebaki się chyba karmi... Dlaczego wszystko dzieje się aż tak szybko?! Pomyślałam i spiorunowałam wzrokiem źrebaka.
- Będziesz mieć na imię Tantai, żeby jakoś upamiętnić to, co mi zrobili. - prawie wywarczałam, ale opanowałam się w porę. Nie wiem, skąd przyszło mi do głowy to imię, kiedyś gdzieś je usłyszałam i... Tak. Ponownie westchnęłam, a następnie delikatnie popchnęłam źrebię do przodu, idąc za nim.
- No to mamy początek końca... Nawet dobrego życia.

KONIEC <Przepraszam za jakość, ale musiałam się śpieszyć :c>

4.05.2019

Od Khairtai do Cardinaniego ,,Romantyczne gwałcenie klaczy o poranku"

Spytacie mnie... Jaki jest mój najgorszy moment w życiu? Śmierć rodziców? To też okropne, ale nie. Śmierć Eragona? Pfft... Nie. Właśnie to. To, co działo się w tej chwili. Czy ktoś z zebranych chciałby odczuć to, co czułam w momencie gdy dowiedziałam się o tej chorej karze i to, co czułam w chwili, gdy ten ogier na mnie naskoczył? Myślę, że nie. 
- Ch... Cholera! - wyszeptałam przez łzy. Przed dobry moment próbowałam obmyślić jakikolwiek plan ucieczki lub ataku na gwałcącego mnie ogiera. Gdy jednak kara się przedłużała, zrozumiałam, że walka na nic już się tu nie zda. W końcu, po co miałabym walczyć? Zaraz będzie po wszystkim, a potem będę musiała wychowywać jakieś źrebię. Najłatwiej byłoby je porzucić, ale Shiregt od razu by to zauważył i szczerze mówiąc? Nie chciałabym wiedzieć, co wtedy by mi zrobił. Nieznajomy ogier nie zaprzestawał swoich działań, jednakże czułam, że jego ruchy nieznacznie zwolniły. Doprawdy, romantyczne. Nie ma to, jak gwałcenie klaczy o... poranku? Właściwie to nie wiedziałam, jaka jest pora. Nie będę się mogła nawet zemścić. Jak widać, wszystko zostało dokładnie zaplanowane. Ja też mogłam w jakiś sposób zaplanować całe to morderstwo Cherry. Niestety tego nie zrobiłam. 
- Jaki odruch mógł Cię popchnąć do takich czynów...? - usłyszałam po chwili. Czyżby ogierek postanowił rozpocząć nową rozmowę?
- A Ciebie? - zapytałam z gniewem w głosie. Nieznajomy nie odpowiedział. Brawo, Khairtai. Poddałaś się! Przygotuj się na małego gówniaka! 
Powiedziałam do siebie w myślach i cicho westchnęłam. Łzy ponownie spłynęły mi po pysku. 
- Roz*ebałeś mi życie. -warknęłam. Nieznajomy widocznie uznał moje słowa za prowokację, więc dalej milczał. Minęło jeszcze trochę czasu, gdy mój koszmar w końcu się ,,zakończył". Właściwie to powinnam powiedzieć, że mój koszmar się rozpoczął. Ogier zeskoczył z mojego zadu. Zapewne poszedł jeszcze porozmawiać z Shiregt'em. Chwilę później dosłyszałam już tylko stukot kopyt oddalającego się konia. Władca do mnie poszedł i powoli ściągnął mi opaskę z oczu. 
- Zadowolony? - syknęłam, przez zaciśnięte zęby. Gniadosz zignorował moje słowa. 
- Teraz wrócimy do Klanu. Będziemy Cię mieć na oku, Khairtai.  -powiedział i zmierzył mnie nieufnym wzrokiem. 
- Wolałabym już śmierć, niż coś takiego! - odparłam podniesionym tonem. 
- Być może dzięki tej karze zrozumiesz kilka rzeczy. - powiedział lodowatym tonem. Nie miałam już siły dyskutować. Z opuszczonym łbem ruszyłam w stronę Klanu. Shiregt szedł za mną.

---

Minęło dużo czasu. Nie liczyłam. Po prostu... Dużo. Byłam już prawie całkowicie pewna, że jestem w ciąży. Szybkie męczenie się? Duży brzuch? Do czego mogłabym to przypisywać jak nie do ciąży? Wszystkie konie w Klanie się za mną oglądały. Nie było to... Przyjemne. Nie potrafiłam się nawet domyślić, czyjego źrebaka noszę w brzuchu.
- Mhm... - mruknęłam pod nosem, skubiąc soczystą trawę. Podnosząc się, wydałam z siebie ciężkie sapnięcie.
<Cardinano? Naprawdę nie wiem, co ty masz na to odpisać XDDD>.


1.05.2019

Khairtai zachodzi w ciążę!

Zgodnie z wymiarem sprawiedliwości, Khairtai zachodzi w ciążę, odkupując, przynajmniej po części, swe winy i zarazem otrzymując potomka. Gratulujemy! (?)
  • Ojciec - Tajemnica Państwowa xd. Matka - Khairtai, omega, szeregowiec.
  • Ilość źrebiąt: 1
  • Data zajścia w ciążę: 1.05.2019 r.
  • Planowana data porodu: 7.05.2019 r. 


26.03.2019

Od Khairtai do Shiregt'a (Cardinaniego) ,,Nienawiść do wszystkich ogierów."

Drżałam, wbijając zszokowane, szeroko otwarte oczy we władcę Klanu. Jak śmie...
-Nigdy! – wrzasnęłam, kładąc uszy i wierzgając najmocniej, jak potrafiłam. Strażnicy uniemożliwili mi to, na tyle ile mogli. –Nie pozwolę na to, po moim trupie! – dodałam, próbując przedostać się przez zaporę, którą utworzyli strażnicy. Shiregt spojrzał na mnie zamyślony, po czym zignorował moje słowa.
-Pozostaje jedno, kto odważy się to zrobić? – powiedział, rozglądając się. Wszyscy milczeli, a to znaczy, że pozostali zwykli poddani. Wbiłam wściekłe spojrzenie w gniadosza i odsłoniłam kły, próbując na niego ruszyć. W oczach ogiera na chwilę błysnęły iskierki niepewności, ale momentalnie opanował się i zablokował moją szarżę.
-Khairtai, kim ty teraz jesteś? – Wyszeptał, patrząc na mnie z zawodem w ciemnych oczętach. Niedługo potem mogłam wrócić do reszty stada, aczkolwiek Shiregt kazał mnie pilnować. Do jutra rana miało też się okazać, kto wykona na mnie tę całą karę! W głębi duszy bałam się, bałam się niemiłosiernie. Moja ranga w Klanie na pewno znacząco spadła... Poza tym, tak czy siak, nie zależało mi na jej podniesieniu! Może tylko dla jakiegoś niecnego planu... Tak, to jest myśl! Jeszcze się zdziwisz, Shiregt’cie… Muszę potem powiedzieć o tym Vayoli! Powolnym kłusem zbliżyłam się do soczystej i zielonej trawy. Cały czas czułam gardzące spojrzenie koni oraz czujny wzrok strażników na swoich plecach. Jeden z członków stada odważył się podejść.
-Mam nadzieję, że władca wyznaczył Ci surową karę! Najlepiej by było, gdybyś zapłaciła własną śmiercią za naszą drogą Cherry! – zarżał głosem pełnym nienawiści. Odwróciłam się gwałtownie, rżąc i unosząc kopyta.
-Zostaw mnie w spokoju! – prychnęłam. Zauważyłam, jak jeden ze strażników drgnął do przodu, ale postanowił zostać tam, gdzie stał. Koń, który wcześniej zakłócił mi spokój, spojrzał na mnie z wyższością, a potem oddalił się, już słyszałam te wszechobecne szepty na mój temat. Krążyły mi z tyłu głowy jak demony. Teraz pozostało mi czekać, co przyniesie następny dzień, a raczej kogo przyniesie.
-NASTĘPNY DZIEŃ-
Zbudziłam się wcześnie, nic nawet nie zjadłam, ponieważ ściskało mi żołądek ze stresu. Cały czas czułam dziwne spojrzenie Cardinaniego, skarogniadego ogiera należącego do Klanu. Stanęłam do niego tyłem, ale nie na długo miałam spokój. Niedługo potem dostrzegłam Shiregt’a zbliżającego się w moją stronę. Drgnęłam odruchowo, kładąc uszy, ale opanowałam się, wbijając w niego lodowate spojrzenie.
-No? Czego chcesz? -zapytałam przez zaciśnięte zęby. Władca Klanu nie odpowiedział. To była dosłownie chwila, gdy wszystko stało się ciemne.
-Przykro mi, Khairtai. Nie możesz nic zobaczyć. -odezwał się gniadosz. Szarpnęłam się, ale to nic nie dało. Nie mogłam zdjąć tego czegoś, co zasłaniało mi widok.
-To nie ujdzie Wam płazem! Zemszczę się! -krzyknęłam dalej próbując kopać wszystko naokoło. Krótko po założeniu mi tego przedmiotu na oczy, prawdopodobnie opaski, zostałam odprowadzona duży kawałek dalej. Poddałam się, dysząc. Chciałam mieć już to wszystko za sobą. Mogli dać mi każdą karę, ale musieli wybrać akurat tą. Być może teraz słono zapłacę za zamordowanie Cherry.
<Shiregt? Cardinano? Przepraszam, weny trochę zabrakło i wypadło mało kreatywnie.>

24.01.2019

Od Khairtai do Hypnosa ,,Uwięzieni"

Stałam jak wbita w ziemię wpatrując się w konie. Skończymy jak ten źrebak, albo gorzej – jako ich obiad.
-Co robimy? –zapytałam dalej stojąc jak głupia. Hypnos popatrzył na mnie z podobnym problemem. Również stał w miejscu.
-Podzielimy się tym nożem –mruknął do mnie i wskazał nóż który trzymałam w pysku. Był brudny od ciemnej i świeżej krwi źrebaka. Mogliśmy go po prostu zostawić. Zdechnąłby i nie byłoby problemu z jakimkolwiek ,,zabójstwem”. No ale trudno, siedzimy w tym bagnie, to trzeba z niego wyjść.
-Dobra. –jęknęłam nie dość, że zła to jeszcze zmęczona. Trójka koni szybko się zbliżała. Oboje z Hypnosem wycofaliśmy się trochę aby mieć miejsce. Dopiero teraz dostrzegłam, że konie są cholernie uzbrojone. Jeden trzymał miecz, drugi jakiś inny miecz a trzeci coś w rodzaju miecza, tyle że podwójnego.
-No wiesz, tego ja nie wzięłam pod uwagę. –warknęłam półgłosem do Hypnosa. Nie mieliśmy już jednak czasu na namyślenie się. Szybko się starliśmy. Najpierw Hypnos otrzymał nóż. Ja za to starałam się wytrącić jednemu z napastników broń. Bo wielu próbach udało się, gdy boleśnie kopnęłam konia w klatkę piersiową. Ten upadł na ziemię jak długi, przy okazji puścił broń. Niewiele myśląc złapałam ją i szybko zatopiłam w głowie konia. Po śniegu popłynęła krew. Spojrzałam jak radzi sobie Hypnos. Ogier już zabił konia z jednym mieczem. Teraz próbował pokonać tego z podwójnym. Oboje dyszeli ze zmęczenia, gdy dołączyłam się ja, napastnik wycofał się kilka kroków.
-Pożałujecie, zobaczycie. Jeszcze się spotkamy! –wysyczał przez zęby i niczym petarda odwrócił się i zaczął uciekać.
-Musimy za nim biec. Jak przekaże to swoim ziomkom to już będziemy mieli KOMPLETNIE przesrane. –krzyknęłam.
-Masz rację, nie mam ochoty zostać zaatakowany przez zapewne niemałą grupę bardzo uzbrojonych koni.. –odparł Hypnos i westchnął. Nie czekaliśmy długo bo już po chwili cwałowaliśmy po śladach tajemniczego konia. Moja głowa była wypełniona sprzecznymi myślami. Po pierwsze, skąd tak blisko obozu naszego Klanu znalazły się jakieś inne konie? Czy zwiadowcy są tak bardzo głupi i ślepi, że patrolują teren pięć metrów od obozu. Na tę myśl skręcałam się ze złości. Po drugie, teraz będziemy mieli problem jeśli te konie dowiedzą się o Klanie Mroźnej Duszy.. a w sumie? Z drugiej strony byłoby naprawdę fajnie.. w końcu może wytępiliby te kłamliwe i przygłupie konie. Zaśmiałam się sama do siebie. Niedługo potem wyczułam zapach innych koni, mój towarzysz widocznie również. Zwolniliśmy.
-Idźmy lasem, nie będziemy tak wzbudzać wątpliwości. –powiedziałam.
-Faktycznie, tak będzie lepiej. Bądźmy uważni. –odparł Hypnos i oboje powoli skradaliśmy się przez las. Nie musieliśmy długo iść bowiem już po chwili las się kończył i mieliśmy bardzo wyraźny widok na zebrane konie. Dobrze widziałam, że koń który od nas uciekł, przemawiał do sporej grupy innych czterokopytnych. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że niechcący zatrzymałam wzrok na jednym z koni. On patrzył również na mnie.
-Hypnos? –spytałam przez zaciśnięte usta.
-Co? –spytał ogier. Uważnie obserwował otoczenie.
-Bo wiesz.. tak jakby właśnie chyba zdradziłam nasze otoczenie. –wyparowałam zdenerwowana.
-Co?! –spytał znów ogier. Tym razem przeniósł spojrzenie na mnie.
-Zmywamy si.. –nie dano mi jednak dokończyć gdy zobaczyłam jak Hypnos dostaje kamieniem w tył głowy. Chciałam już go ratować lub zrobić cokolwiek, ale po chwili sama poczułam uderzenie o ogromnej sile. Krew napłynęła mi do ust a potem film się urwał. Mrugałam niespokojnie. Próbowałam się poruszyć, ale poczułam, że jestem związana grubym sznurem. Nie miałam swojej broni. Dostrzegłam Hypnosa, on również był przywiązany i nie miał noża. Gdy uniosłam powieki zobaczyłam potężnego ogiera z tym samym podwójnym mieczem.
-Proszę, proszę. Widzę, że obudziliście się już dostatecznie. Teraz poczekacie sobie tu trzy dni bez picia i jedzenia, a potem zrobię Wam to samo co wy naszemu przyszłemu władcy. Klacz ewentualnie sobie jeszcze wykorzystam. –powiedział, szczerząc uśmiech. Poczułam jak serce podchodzi mi do gardła.
<Hypnos? Hi hi hi hi hiXD>

24.01.2019

Od Khairtai do Shiregt'a ,,Szaleńcze słowa"

Całą siłą woli próbowałam zmusić ciało do ucieczki czy do jakiegokolwiek ruchu mającego na celu pozwolić mi wyplątać się z sideł ogierowi.
-N-nie..! –wykrzyknęłam, ale nie mogłam nic zrobić. –Nie chcę, nie chcę..
W dziwnej monotonii powtarzałam to słowo, a przed oczami cały czas miałam ciało Cherry, splamione krwią i martwe.. martwe.. zabita przeze mnie. Zabiłam ją.. zabiłam Cherry.
-Idziemy do Klanu. –powtórzył ogier stanowczo. Bezbronna, usłużnie wstałam i opuściłam głowę. Shiregt cały czas uważnie mnie obserwował, każdy mój najmniejszy ruch. Wlokłam się, noga za nogą. W mojej głowie panowała upiorna pustka a ja dalej czułam ten stalowy zapach krwi Cherry. Jej resztki zaschnęły mi na grzywie i sierści. Widziałam jak Shiregt przygląda mi się z obrzydzeniem, oburzeniem i wściekłością. I z jakimś dziwnym żalem. Za to ja nie obdarowałam go nawet jednym, najmniejszym zerknięciem. Dumnie uniosłam głowę patrząc na horyzont. Gdy zjawiliśmy się w Klanie, wszystkie konie wpatrywały się we mnie jak jeden mąż. Żaden nie odpuścił sobie popatrzenia na mnie. Z tłumu wypadł Dorian.
-Gdzie jest Cherry? Gdzie moja kochana Cherry? –zawołał. Obok niego stała Mindy patrząc na mnie z szokiem.
-Nie żyje, Dorianie. –odparł Shiregt ze smutkiem. Dorian spojrzał na mnie jak na największego demona. Zadrżał.
-Jak mogłaś? Nienawidzę Cię, nienawidzę! –wrzasnął i rzucił się w moją stronę, ale w połowie drogi przytrzymał go stojący blisko Nunek oraz Mindy. Konie patrzyły na mnie z bardzo widocznym w oczach potępieniem. Jakbym nie była warta ani złamanego kawałka trawy. Shiregt zaprowadził mnie w osłonięte cieniem drzew miejsce. Spojrzał na mnie mrużąc oczy.
-Dlaczego to zrobiłaś? –spytał bez cienia emocji w głosie. Dopiero teraz odzyskałam świadomość.
-Ah, wybacz Shiregt’cie. –mruknęłam zapatrzona w jakiś punkt w krajobrazie.
-Pytam się dlaczego to zrobiłaś? –spytał ponownie gniadosz tym razem już zdenerwowanym tonem.
- Nieważne.. wybacz, wybacz.. –jęknęłam patrząc na niego szeroko otwartymi i przerażonymi oczami.
-Pytam po raz ostatni, dlaczego to zrobiłaś? –podniósł ton Shiregt. Spojrzałam na niego z nieukrywaną nienawiścią i obłędem w ciemnym oczach.
-Nie odpowiem Ci na to. –warknęłam wściekła. –W końcu zostaniesz zarżnięty tak samo jak Cherry. –nie czekając na jego odpowiedź wyszłam z cienia drzew i spojrzałam na konie, który wpatrywały się we mnie. –Wszyscy zginiecie.. będziecie cierpieć. To tylko początek, tylko początek. –spojrzałam na Shiregt’a z szaleństwem w oczach. Nie byłam świadoma co mówię, nie byłam nawet świadoma co robię.
<Shiregt?>

28.12.2018

Od Khairtai do Vayoli ,,Początek zemsty"

Przez chwilę ucichłam. Propozycja była bardzo kusząca.
-Jakiej frakcji? –spytałam równie cicho, pochylając się lekko.
-Pragnę odbudować Stado Hańby, a gdy kiedyś będzie już na tyle silne, zemścić się na nich wszystkich. –odparła Vayola. Spojrzałam na nią z oczami pełnymi zapału. Tak.. to jest właśnie to. W ten sposób sama też będę się mogła zemścić. Bez zastanowienia, już z początku znałam swoją odpowiedź.
-Oczywiście, że tak. –powiedziałam uśmiechając się morderczo.
-W takim razie, witaj jako członkini, pierwsza członkini. –Vayola odwzajemniła mój uśmiech a potem spojrzała przez chwilę na źrebięta.
-Będziesz planowała szukać tu więcej sojuszników? –zapytałam siostry.
-Tak, zza Klanu raczej nikogo nie znajdę, ale pewności nie mam. –mruknęła Vayola a potem spojrzała mi w oczy. –Musisz tylko przysiąc, że nikomu nie zdradzisz, że ta frakcja istnieje.
-Nigdy. –zarżałam i podniosłam głowę.
-Cieszę się, że mogę Cię mieć w mojej frakcji. –uśmiechnęła się dosłownie maleńko moja siostra.
-Ja cieszę się, że mogę do niej należeć.
Po tej wymianie zdań wróciłyśmy do obozu Klanu i nikt na szczęście nie pytał się o powód naszej nieobecności. W końcu nadarzyła się ta okazja, kiedyś pożałują. Dodatkowo siostra wyjawiła mi drugą straszliwą tajemnicę, zabili jej prawdziwą rodzinę. Jak można być tak bezdusznym i beznadziejnym. Przechodząc obok Yatgaar posłałam jej ledwo widoczne mordercze i kpiące spojrzenie. Klacz również na mnie spojrzała, ale bardziej zdziwiona i zniechęcona. W mojej głowie uknuł się plan, aby pewnego dnia roznieść jakąś niekorzystną plotkę na temat któregoś konia z monarchii, ale pomysł zachowałam dla siebie. Mogę wrobić kogoś w zabójstwo.. Na mój zazwyczaj mało wyrażający pysk wstąpił następny uśmiech. Tego dnia zajęłam się sobą a potem ułożyłam się spać z dala od reszty, co jakiś przed snem spoglądałam na Yatgaar, To wszystko to z pewnością jej wina. Z tymi słowami w głowie zasnęłam.
~Następnego dnia~
Zbudziłam się i wstałam szybko i żwawo bo jeszcze miałam kilka pytań do siostry, ale przedtem poszukałam trochę pożywienia. Wygrzebałam jakieś korzonki i skrawki trawy. Zjadłam je, ale nie zaspokoiło to mojego głodu. Zrezygnowana zaczekałam do końca dnia. Gdy wszyscy zajęli się sobą, odciągnęłam Vayolę trochę w cień drzew.
-Mam jeszcze kilka pytań. –mruknęłam. Klacz kiwnęła głową i wzięła ze sobą jej źrebaki. Weszłyśmy w gąszcz drzew.
-A więc? –zapytała lekko zniecierpliwiona.
-Zamierzasz wprowadzać jakieś działania przed ostatecznym powstaniem? –spytałam zaciekawiona.
<Vayola?>

28.12.2018

Od Khairtai do Hypnosa ,,Wywalony pysk i ciemne kształty"

Do klanu znów dołączył nowy koń, właściwie nie tak dawno bo z kilka dni temu. Nie zwracałam na niego szczególnie uwagi a tym bardziej wagi na to, co mógł o mnie myśleć. Jednak i tak skończyło się na tym, że musiałam zaciekawić się jego wyglądem, był dość.. nietypowy? Tak przynajmniej ujął to mój mózg. Czas jednak wrócić do realnego świata. Jak to co dzień robiłam, przechadzałam się wśród lasu, przysłuchując się świergocie ptaków i odgłosom którymi częstował mnie ten cud natury. Przeszłam do nieśpiesznego galopu, tym samym trochę się rozprostowałam.
-Ah.. –westchnęłam i chwilę potem wylądowałam głową w zaspie śniegu, to obudziło mnie doszczętnie.
-Mogłam spróbować tego od razu. –parsknęłam i wyciągnęłam głowę z niespodziewanej pułapki. Wyplułam śnieg z ust i mlasnęłam. Wyrwało mnie to z wcześniejszych rozmyślań. Wstałam i obejrzałam się dookoła. Gdybym jeszcze bardziej przyspieszyła, dotrę do Uws. Ten fakt ucieszył mnie bardzo, gdyż lubiłam to jezioro, tym bardziej lubiłam spędzać tam samotnie czas ze swoim odbiciem. Tak jak postanowiłam, tak zrobiłam i już po niedługim czasie udało mi się dotrzeć do Uws. Przedarłam się przez gąszcze roślin i coś usiadło mi na pysku. Kichnęłam głośno i zobaczyłam Hypnosa. Ogier odskoczył na usłyszenie donośnego dźwięku, który jak zwykle musiałam wydać ja.
-Nie bój się, nie zjem Cię. –zarżałam wesoło.
-Po prostu wyskoczyłaś nagle z krzakówi i to z dziwnym odgłosem. –odparł koń.
-To w moim stylu. –odpowiedziałam i rozejrzałam się. –Co ty tu właściwie robisz?
-Poszedłem zapoznać się trochę z okolicą. –Hypnos pogrzebał kopytem w ziemi.
-Ah tak.. mogłam się tego spodziewać. Po za tym dobrze Ci tu? W Klanie? –zadałam następne pytanie.
-Myślę, że tak. Chociaż jestem tu dopiero krótko. –wzruszył ramionami ogier.
-Tak.. a! Zapomniałabym. Mam na imię Khairtai. –przedstawiłam się.
-Ja Hypnos. –powiedział koń, imię jego już znałam. Gdy ktoś dołączał do Klanu, wielokrotnie słyszało się jego imię w grupach plotkujących koni.
-Miło mi. –zarżałam. Miałam już coś powiedzieć, gdy w wodzie pojawił się duży ciemny kształt. Tuż na samym brzegu.
<Hypnos?>

28.12.2018

Od Khairtai do Shiregt'a ,,Krew niewinnej"

Panowała cisza. Płatki śniegu leniwie opadały na powierzchnię ziemi, a wiatr tworzył z nich wiry i różne dziwne struktury. Dzień jak co dzień. Nic szczególnego się nie działo, no może tylko wewnątrz mnie. Nieokiełznana złość, która w większości nie miała żadnej podstawy, no i irytacja. Naprawdę tylko mnie wkurzały te tony śniegu, albo gdzieś się poślizgnęłam i wywaliłam na pysk, albo wpadłam do wody poprzez załamanie się lodu. To chyba najgorsza pora w roku. Prychnęłam. Z rozmyślań wyrwał mnie skrzek jakiegoś ptaka. Dźwignęłam się z ziemi i zastrzygłam uszami. Obrzuciłam spojrzeniem okolicę. Większość koni wypełniała swoje obowiązki zgodnie z rangą, reszta po prostu odpoczywała lub szwędała się gdzieś. Ja sama powlokłam się brzegiem Uws. ,,Jesteśmy jednością” tak o nas wszystkich mówią.. ale dlaczego aż tak porozdzieraną? Władca nie widzi ile koni kryje w sobie złość, knuje, rzuca w siebie jadem i walczy. Zniżyłam głowę i przysunęłam pysk do wody. Moje odbicie zafalowało wraz z wiatrem. Przez chwilę wyglądałam jak potwór. Rozszerzyłam oczy i wzdrygnęłam się. Potrząsnęłam głową i zignorowałam to. Szybko zawróciłam do Klanu. Cały czas miałam dziwne wrażenie, jakby ktoś mnie obserwował. Kiwnęłam głową do Shiregt’a, władca odpowiedział mi tym samym. Miałam okropną potrzebę, żeby z kimś porozmawiać. Bez namysłu wyciągnęłam staruszkę, Cherry. Szłyśmy tą samą drogą, którą ja obrałam wcześniej. Nie odpowiadałam na pytania klaczy, a po drodze, gdy wychodziłyśmy z obozu wzięłam przypadkowy nóż. Dawna służąca patrzyła na mnie z przerażeniem, ale nic nie mówiła. Potem odwróciła głowę. Minął jakiś czas i dotarłyśmy do zacisza, do którego przychodziłam tylko ja.
-Eh.. tak. Po co mnie tu zabrałaś? –zapytała zdziwiona, rozglądając się po cichym zakątku. Milczałam chwilę, samemu się zastanawiając. W mojej głowie panował mętlik, jakby zdrowy rozsądek zasnuła mgła. Wbiłam spojrzenie w klacz, która zaczęła skubać trawę. Słyszałam tylko własne bicie serca i oddech.
-Nie wiem, Cherry. –warknęłam i odwróciłam wzrok. Teraz patrzyłam na drugi brzeg jeziora Uws. Rosło tam dużo drzew. Dostrzegłam też kilka koni z naszego Klanu. Westchnęłam. Stara klacz podeszła do mnie.
-Coś Cię trapi moja droga? –zapytała z troską klacz.
-Dużo mnie trapi, wiele pytań, niedokończonych słów. Za dużo. –prychnęłam i uniosłam oczy ku niebu.
-Nie martw się. –klacz posłała mi ciepły uśmiech. Nie martw się..? NIE MARTW SIĘ? JAK MAM SIĘ NIE MARTWIĆ? W moim sercu zaszalała burza. Moje oczy zapłonęły gniewem. Straciłam panowanie nad sobą i resztki zdrowego rozsądku. To była chwilka. Przycisnęłam głowę biedaczki do dna wody i patrzyłam jak stara klacz walczy o życie. Nie drgnęłam. Nawet nie myślałam, w mojej głowie panowała pustka, wszechobecna cisza. Gdy Cherry straciła przytomność wyciągnęłam ją z wody i bez namysłu zaczęłam dźgać nożem gdzie popadnie. Towarzyszył mi przy tym chaotyczny śmiech. Krew niewinnej bryzgała mi na pysk i białą sierść. Także śnieg przybrał barwę ciemnej czerwieni. Po chwili było już cicho. Klacz była martwa. Martwa.. upadłam z jękiem. W tym samym momencie wyczułam Shiregt’a. Schowałam się w krzakach. Gdy ogier przyszedł, drgnął jak uderzony. Rozejrzał się wystraszony i wtedy spojrzał wprost na mnie. Kropla krwi i potu spłynęła mi po czole. Z wrzaskiem wybiegłam i zaczęłam pędzić przed siebie na oślep. Nie słysząc nic, nawet wyrzutów sumienia.
<Shiregt?>

25.12.2018

Od Khairtai do Vayoli ,,Tajemnicze źrebaki"

Niebo zasłoniły chmury. Pogoda nie sprzyjała, a z nieba leciały tony malutkich okruchów śniegu. Sam biały puch osiadł na ziemi, tworząc niekiedy barierę nie do przejścia. Przy zamarzniętych jeziorach ciągnęły się ślady pozostawione przez zwierzęta. Zima przyszła niespodziewanie, tak samo jak ja straciłam rodziców. Nawet się nie obejrzałam, a oni zniknęli. Rzucała mną złość, dlaczego Yatgaar nie uratowała mojej matki? Dlaczego starość tak szybko odebrała mi ojca? Nie potrafiłam się z tym pogodzić, ani wtedy, ani teraz. Moje spojrzenie utknęło w tafli lodu. Jak zawsze samotnie przesiadywałam wśród ciszy natury. Wsłuchana w harmonię. Westchnęłam i przymknęłam oczy, gdy ostry wiatr uderzył mnie w oczy. Tak bezcelowo dotrwałam do późnej pory. Gwiazdy wzeszły na niebo, zachęcając mnie do powrotu do Klanu. Tak też zrobiłam. Wlokłam się, nie powiem. Moje oczy wędrowały z jednej zaspy śniegu potem do drugiej i tak w kółko. Po długim czasie, zmęczona dotarłam do całej reszty.. tych.. tych.. zdrajców, nienawidzę ich. NIENAWIDZĘ. Miałam przeczucie, już nie mogę im ufać. Jak można tak łatwo odpuścić czyiś ratunek?
---
Wśród wszystkich, dostrzegłam Vayolę. Nie samą. Wokół niej kręciła się trójka źrebaków. Nie wydawało mi się żeby Vayola w najbliższym czasie była w ciąży. Zaskoczona przystanęłam. Kiedy? Jak? Z kim? Położyłam uszy i cofnęłam głowę. Z grymasem podeszłam jednak do siostry i spojrzałam na nią z podejrzeniem.
-Cześć. Cóż to za źrebaki? –zapytałam z trudnością, wręcz cedziłam te słowa z nienawiścią. Nienawiścią której nie mogłam zidentyfikować. Vayola posłała mi zdziwione spojrzenie.
-Ah.. tak.. –mruknęła po czym odwróciła wzrok. Ten gest jeszcze bardziej mnie zirytował. Co jest tak trudnego w tym, żeby powiedzieć chociażby kto jest ich ojcem? –To Virginia, Arrow i Risa.
-Ciekawe imiona. –zarżałam. –A zdradzisz mi z kim miałaś okazję je posiadać?
<Vayola?>

30.10.2018

Od Khairtai do Gwiazdy ,,Niecny plan"

To był dzień jak co dzień, przechadzałam się, myłam, no te sprawy. W niedługim czasie w Klanie zrobiło się troszkę tłoczno, dołączyło dużo nowych koni, nie żeby mi to przeszkadzało, ale byłam trochę sceptyczna co do tego. Najbardziej rzuciła mi się w oczy nowa klacz, jak mniemam, nauczycielka walki. Przyglądałam się jej z wyraźnym zainteresowaniem, mój, martwy już, przyrodni brat, również był takim nauczycielem. Chcąc z kimś porozmawiać, trochę leniwie poszłam w jej stronę. Klacz widocznie, już z daleka mnie zobaczyła, ponieważ wpatrywała się we mnie.
-Witaj, to ty jesteś tą nową nauczycielką walki i nową członkinią Klanu? –zapytałam nieprzyjaźnie.
-Uhm, tak. Mam na imię Gwiazda. –odparła troszkę niechętnie owa Gwiazda.
-Tak, tak. Ja nazywam się Khairtai, chcesz się może przejść? Taka dziś ładna pogoda. –zmrużyłam delikatnie oczy i ruszyłam. Klacz chwilę się wahała, ale chwilę później wyruszyła za mną. W mojej głowie układał się diabelski plan, którego nie byłam jeszcze świadoma. Przez połowę drogi, nic nie mówiła.
-Widzę, że jesteś mało rozmowna. –warknęłam ostro. Klacz zdziwiła się trochę moim tonem głosu.
-Nie, po prostu podziwiam przyrodę. –odparła Gwiazda. Nie spodobała mi się ta klacz. Chętnie bym się jej pozbyła, przemknęło mi przez głowę.
-Mam czas.. –mruknęłam do siebie, na tyle głośno, że Gwiazda mnie dosłyszała.
-Czas na co..? –zapytała zaniepokojona.
-Nie twoja sprawa. –odparłam.
-Wiesz muszę już iść.. –powiedziała nauczycielka walki i rozejrzała się niespokojnie.
-Zaczekaj, jeszcze nie skończyłam. – odpowiedziałam, uśmiechając się.
<Gwiazda? No wiesz, ona wszystkich chce zabić ma depresję, zrozum to biedne stworzenie XD>

21.09.2018

Od Khairtai do Dantego ,,Mrok"

Dzień jak dzień. Słońce chowało się za chmurami, a śniegu napadało znów tak dużo, że nie można było praktycznie chodzić. Szłam daleko od stada, czasami zerkając na konie. Wszystkie były szczęśliwe, przynajmniej tak mi się zdawało. Odwróciłam głowę z wkurzonym wyrazem pyska. Przyśpieszyłam kroku, ślady w śniegu były głębokie. Niedaleko mnie, stało przewrócone drzewo, przeskoczyłam kłodę, jednak lekko obtarłam się gałęzią.
-Mhm.. –mruknęłam i uderzyłam drzewo kopytem, odpadło trochę kory. Nie tracąc czasu zwróciłam się tam, gdzie zmierzałam. Zbliżał się wieczór, a księżyc powoli ukazywał się na niebie. Stanęłam pod jakimś drzewem i obserwowałam różne zwierzątka. Jakiś ptak próbował znaleźć coś pod śniegiem, podeszłam i odkopałam górę śniegu, ptak na początku odskoczył wystraszony, jednak po chwili niepewnie zagłębił się w dziurę. Uśmiechnęłam się blado, po czym ruszyłam dalej. W końcu nastała noc. Księżyc świecił mocno, a chmur nie było zbyt dużo, tylko co jakiś czas przysłaniały blask. Moje oczy wpatrzone w białą kulę, błyszczały lekkim smutkiem. Westchnęłam po czym ruszyłam nad strumień. Był oczywiście zamarznięty. Dotknęłam kopytem pokrywy lodu. Pokazała się na niej pajęczynka cofnęłam się. Chwilę później, w mroku zobaczyłam jakiegoś konia. Przekręciłam lekko głowę, wiedziałam, że to ktoś z Klanu, jednak przysłaniał go cień. Zaczęłam iść w jego stronę.
<Dante?>

26.08.2018

Od Khairtai do Miriady ,,Ciemność"

-Faktycznie –zaśmiałam się, a kropla deszczu wpadła mi do oka. Prychnęłam lekko.
-Schrońmy się gdzieś –zaproponowała Miriada, patrząc na niebo. Kiwnęłam głową i obie udałyśmy się pod jakieś głazy. Wydawały się stabilnie opierać na urwisku. Oparłam się o ścianę i patrzyłam na konie, które również chowały się przed deszczem. Za nami była również jakaś jaskinia, była ciemna i zapewne długa, mroczna i kręta. Ziewnęłam lekko i spojrzałam na Miriadę, stojąco obok.
-Jestem śpiąca.. –mruknęłam, przypatrując się leniwie spadającym kroplom deszczu. Delikatnie uderzały o kamień i o ziemię.
-Ja w sumie też.. –odparła moja towarzyszka. –Prześpijmy się.. –dodała po chwili, a ja zgodziłam się ruchem głowy. W końcu zmorzył nas sen.
=KILKA GODZIN PÓŹNIEJ=
Obudziła mnie straszna burza, panowała noc, a Miriada spała. Rozejrzałam się i usłyszałam dziwne odgłosy. Na ziemię spadały kamienie, małe kamienie. Wszędzie porobiło się błoto, a deszcz i grzmoty straszyły niemiłosiernie. Pioruny rozświetlały niebo. Przez sekundę wszystko ucichło, ale nagle ,,stabilne’ głazy u góry, zaczęły spadać. Krzyknęłam.
-Miriada, budź się, musimy uciekać! –klacz ocknęła się szybko, ale zanim coś powiedziała, pociągnęłam ją za sobą w głąb jaskini. Kamienie spadły i zablokowały przejście. Było strasznie ciemno.
-Miriada..? –powiedziałam ze strachem, widząc tylko ciemność.
<Miriada?>

3.07.2018

Od Khairtai do Miriady ,,Normalny dzień"

Wraz z Marabell i Miriadą gnałyśmy w stronę Klanu. Wiatr był ciepły i przyjemny. Popatrzyłam na Miriadę i lekko się zaśmiałam.
-Zawsze pakuje konie w takie rzeczy.. –prychnęłam z niesmakiem.
-Ale ważne, że wszyscy przeżywają. –odparła Miriada i się uśmiechnęła. Reszta powrotu do Klanu upłynęła w milczeniu. Gdy byliśmy w niedużej odległości od Klanu, odezwałam się.
-Raczej nie spotka nas już coś takiego.. –mruknęłam pod nosem. Po powrocie do Klanu rodzice rozmawiali ze mną chwilę, ale puścili mnie wolno. Wybrałam się na spacer, rozciągając się. Wzięłam wdech świeżego powietrza. Po pewnym czasie dostrzegłam Miriadę, klaczka stała w cieniu drzewa. Podeszłam do niej.
-Miałaś jakieś problemy? –spytałam, wiedząc, że znów mogę mieć jakieś problemy.
-Na szczęście nie, ale na przyszłość lepiej nie biegajmy za kwiatkami podczas tego, jak Klan się przemieszcza. –powiedziała Miriada.
-Prawda.. ale kwiaty i tak były ładne. –powiedziałam bardziej do siebie. Stałyśmy jeszcze jakiś czas, po czym poszłam napić się chłodnej wody. Zanurzyłam pysk w przyjemnym strumyku i napiłam się wody. Zanurzyłam również kopyta, po czym wyszłam z wody. W moją grzywę uderzył orzeźwiający wiatr. Nadeszła jednak jesień i było coraz zimniej a wszyscy korzystali z ostatnich promieni słońca. P[rzez chwilę patrzyłam na zachodzące słońce, widok był niesamowity, westchnęłam lekko i obróciłam się w stronę Klanu. Konie w większości spożywały trawę i inne rośliny, znudzona przypatrywałam się im, ale w końcu nie mogłam wytrzymać. Postanowiłam odwiedzić Miriadę.
-Cześć! –krzyknęłam z daleka, do klaczy, która jadła trawę.
-Cześć –odparła nastolatka, uśmiechając się, na co również i ja to uczyniłam.
-Może się przejdziemy? –zapytałam klacz, strasznie ją polubiłam.
<Miriada?>

30.05.2018

Od Khairtai do Shiregt'a ,,Normalny dzień + Prośba do ,,Wiatrów prerii"

Obudzona rankiem, wstałam żwawo, jednak nie wesoło, zapowiadał się kolejny nudny i bezowocny dzień. Wybrałam się na śniadanie, rodzice pilnowali mnie i Vayolę wzrokiem, a obie stałyśmy znudzone. Na horyzoncie pojawił się Shiregt, od razu wrócił mi humor, o zobaczeniu mojego przyjaciela.
-Cześć, Shiregt! –zawołałam do przybysza, który podszedł do mnie i mojej siostry.
-Cześć Khairtai, cześć Vayola –odparł na to ogierek, uśmiechając się. Zebrała się też reszta źrebaków. Popatrzyłam na mamę i tatę, którzy lekko kiwnęli głową. Mint, Mivana, Mindy, Miriada, Dante, Mika stali za Shiregt’em.
-Ej, dziewczyny, możecie się bawić? –zapytała Mindy, która stała na przodzie. Rodzice widocznie wyrazili zgodę więc odparłam.
-Jasne! A w co? –zapytałam źrebaki, zaciekawiona.
-Może poodkrywamy sobie? –wtrąciła Mika, zadowolona z takiego pomysłu, po chwili jednak zmarkotniałam.
-A co jeżeli znowu będzie taka akcja jak wtedy? –powiedziałam lekko zasmucona.
-Pokręcimy się w okolicy koni, nic nam się nie stanie –powiedziała Mivana. Wszyscy kiwnęliśmy głowami i ruszyliśmy przed siebie, rozmawialiśmy sobie i śmialiśmy. Nie szaleliśmy za bardzo, żeby znów nie wpakować się w kłopoty. Od niedawnego czasu słyszałam o nowo założonej frakcji, przez Shiregt’a, a od pewnego czasu korciło mnie dołączenie do niej. Kiedy reszta źrebaków lekko się rozproszyła, podeszłam do niego.
-Shiregt, mam takie pytanie.. –zaczęłam nie pewnie, patrząc w trawę.
-Tak, jakie? –odparł przyszły władca, a ja podniosłam głowę.
-Wiesz, słyszałam, że założyłeś frakcję.. mogłabym dołączyć? –zapytałam ogierka, bardzo ciekawa jego odpowiedzi.
<Shiregt? Coś takiego…>

26.05.2018

Od Khairtai do Miriady ,,Zniknęli"

Trzymałam niewielki kij, jednak ciężki, wzięłam go z powodu, iż wydawał się ciekawy i pomocny do ćwiczeń. Wtem zjawiła się Miriada. Podniosłam głowę, jednak przez kijek, nie mogłam się uśmiechnąć czy cokolwiek powiedzieć.
-Hej, Khairtai, pomóc Ci? –zapytała klaczka, zjawiając się obok mnie, pokiwałam zmęczona głową. Miriada chwyciła drugi koniec kijka i ruszyłyśmy pod miejsce, z którego zabrać ją miał Eragon. Gdy już ją odniosłyśmy i odłożyłyśmy, odezwałam się do Miriady.
-Dzięki za pomoc, Miriada! Nie poradziłabym sobie bez Ciebie! –mruknęłam wesoło, a klaczka odpowiedziała uśmiechem.
-Nie ma za co! –odparła miło, a ja popatrzyłam na konie. Wszyscy szamotali się dookoła, przenosząc różne rzeczy, aż w końcu władca wydał rozkaz do ruszenia. Wszyscy zaczęliśmy iść, szłam obok Miriady.
-Jestem ciekawa tego nowego miejsca, a ty? –zapytałam, aby zacząć jakoś rozmowę.
-Ja też! Będzie wiele nowych miejsc, a po za tym więcej nowych rzeczy do ćwiczeń –odparła klaczka, a ja pokiwałam głową, także interesowały mnie nowe miejsca. Nagle, jak zwykle zainteresował mnie wyjątkowo dziwny kwiat, o rozłożystych płatkach, koloru ognistego. Odstąpiłam ciągu koni i podeszłam do kwiatu, Miriada poszła za mną, również ciekawa dziwnego tworu natury.
-Ale dziwny! Jak ogień –powiedziałam, wpatrując się w magicznie wyglądającą roślinę, natomiast Miriada zauważyła ciąg tych samych kwiatów. Zupełnie zapomniałyśmy o stadzie, a kiedy podniosłyśmy głowy, okazało się, że stado zniknęły gdzieś w oddali.
<Miriada?>
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika