Tymczasem majątki ogierów zostaną podzielone po równo na członków rodziny, natomiast same rzeczy - usunięte.
2.11.2018
Żegnamy Kirka i Bush Brave'a!
Tymczasem majątki ogierów zostaną podzielone po równo na członków rodziny, natomiast same rzeczy - usunięte.
10.09.2018
Od Bush Brave'a do Yatgaar "Sąd (prawie)ostateczny"
29.05.2018
Od Bush Brave'a do Yatgaar "Baranek na rzeź"
<Yatgaar? Zabwa dopiero się zaczyna XD>
*paznokcie
27.05.2018
Od Bush Brave'a do Yatgaar ,,Ignorant"
- Nie wytarłeś - mruknęła z satysfakcją i sama otarła ostrze o trawę, która dopiero co wyłaniała się spod śniegu, zdejmując z niego krew. Korzystając z okazji, nadepnąłem na ostrze, sprawiając tym samym, że wysunęło się klaczy z pyska, a później błyskawicznie schyliłem się i podniosłem sztylet.
- Nie wytarłem bo nie chciałem. Jakaś pamiątka może być. Wielka szkoda, że nie po waszej krwi. - Beznamiętnym krokiem podszedłem do kupki zwłok, a następnie dziurawiąc jednemu ze źrebaków brzuch i rozgrzebując flaki, które wylądowały później wszędzie dookoła. Podniosłem ostrze tak, że błysnęło w słońcu, a raczej ta jego część, która nie była pokryta czerwoną cieczą.
- I bardzo mi przykro, ale nie będę niczyim więźniem ani nie będę podporządkować się niczyjej woli, tym bardziej takich śmieci jak wy - powiedziałem nieprzychylnym tonem, po czym odwróciłem się i poszedłem w stronę tylnej ściany wąwozu. Dając znak, że mam ich gdzieś schowałem sztylet i położyłem się przymykając leniwie oczy.
<Yatgaar?>
22.04.2018
Od Bush Brave'a do U'schii "Zasługi"
16.04.2018
Od Bush Brave'a do Quinlan "Niecny plan"
- Oczywiście, mogę zapewnić ci mnóstwo atrakcji - ledwo powstrzymałem się od szyderczego uśmiechu. - Tak w ogóle jak ci na imię? - spytałem jak gdyby nigdy nic.
- Jestem Quinlan - przedstawiła się klacz.
- Ja jestem Bush Brave - ukłoniłem lekko głowę, aby zyskać jej sympatię. Najpierw kontakt z ofiarą, a później czyn - powiedział mi to kiedyś pewien mądry koń. A, zapomniałem. Ja. - Pasuje ci polowanie na bunduruki? Później możemy je wypatroszyć - zaproponowałem, chcąc rozgrzać się przed morderstwem.
<Quinlan? Trzebs go jakoś udobruchać>
11.04.2018
Od Bush Brave'a do Yatgaar "Rzeź niewiniątek" (+16)
- Masz rację – zacząłem. Na te słowa Yatgaar zatrzymała się i odwróciła ze zwycięskim uśmiechem. – Kochałem Tenebris. I nadal ją kocham tak, jak ojciec powinien kochać córkę – zaśmiałem się nie dając się zbić z tropu. – Skoro uważasz, że tytuł daje szacunek, mylisz się. Straciłaś honor, zmieszałaś się z błotem. Jesteś nikim więcej niż pieprz**ą zdrajczynią, która najpierw udaje przyjaciela, a potem morduje współpracowników – mówiłem niewzruszonym głosem. – Khonkhu! – zwróciłem się do władcy. – Czekam z niecierpliwością jak twoja ukochana wbije ci nóż w plecy – rzekłem z pogardą, po czym odszedłem nie interesując się już gołąbkami. Idealnymi do obdarcia ze skóry. Chciałem jednego. Zostawić to za sobą na jakiś czas. Pewnym krokiem oddaliłem się w pierwszą lepszą stronę. Może wrócę. Pewnie wrócę. Tak, wrócę. Kiedy? Nie wiem.
Wędrowałem już któryś dzień. Rzadko przystawałem, moim jedynym celem było iść do przodu. Moją jedyną rozrywką było patrzenie, jak Divo przylatuje z jeszcze żywymi ofiarami, a potem nie uśmiercając ich, pozbawia ich fragmentów ciała, sprawiając, że muszą cierpieć wręcz piekielne męki. Szedłem przez step niewzruszony, posunę się nawet do stwierdzenia, że zapadłem w trans, powtarzając nieustannie te same ruchy. Nagle poczułem zapach dymu. Wzniosłem oczy na niebo, a wtedy dostrzegłem słup ciemnego dymu, który wydobywał się zza pobliskiego pagórka. Napędzany możliwością urozmaicenia swojego monotonnego w tej chwili żywota, ruszyłem pośpiesznie w stronę czarnego „obłoku”. Gdy byłem bliżej dostrzegłem małą, stojącą po środku stepu, drewnianą chatę, a obok niej średniej wielkości konstrukcję z tego samego materiału. Wszystko stało w płomieniach. Zaciekawiony podbiegłem bliżej i spojrzałem przez okno chaty. Dostrzegłem w niej palące się zwłoki ludzi i wrzeszczące, trawione przez płomienie dziecko, które w końcu znieruchomiało. Podszedłem do okrągłej konstrukcji. Było to coś na kształt stajni. Jedno wielkie pomieszczenie podzielone było na dwa mini wybiegi, odgrodzone korytarzem. Jeden został całkowicie przygnieciony przez zapadnięty dach, uśmiercając przy tym kilka dorosłych koni, a na drugim było uwięzione pięć źrebaków. Do głowy wpadł mi pewien plan. Udając bohatera, otworzyłem im bramkę.
- Wszystko będzie dobrze – po raz kolejny uspokajałem źrebaki wędrując u ich boku przez step. – Ze mną będziecie bezpieczni. – zakończyłem. Na takich rozmowach mijały całe dnie. W końcu nastała noc, w której miałem już dość ich lamentów i postanowiłem przyśpieszyć realizację swojego planu. Na nocleg wybrałem kanion z jednym, wąskim wejściem, usprawiedliwiając się tym, że rzekomo czułem zapach wilków. Gdy źrebaki usnęły, przystąpiłem do działania. Wziąłem jakiś ostry kamień, ale później zamieniłem go na sztylet, który cudem znalazł się w tej okolicy. Następie podszedłem do pierwszego malucha. Bez wahania poderżnąłem mu gardło. Dla następnego nie byłem tak łaskawy. Szybkim ruchem wbiłem mu sztylet w oko. Ten obudził się z wrzaskiem. Nie mogłem pozwolić reszcie na ucieczkę, więc zagłębiłem go jeszcze bardziej, śmiertelnie uszkadzając mózg. Jeden z zdezorientowanych źrebaków podnosił się właśnie, więc uśmierciłem go ciosem w serce. Z dwoma następnymi rozprawiłem się szybko, przecinając tętnicę szyjną i rozkoszując się widokiem fontanny krwi. Zebrałem wszystkie zwłoki na kupkę po czym poszedłem spać.
O świcie obudziły mnie odgłosy rozmów, niedaleko mojej kryjówki. Nie zamierzałem uciekać. Jeśli mnie ktoś nakryje… Cóż…Przecież żyję, żeby zabijać. Zabijam, żeby żyć. A z resztą... Ja tylko ukróciłem im mękę. Płonąć jest o wiele gorzej.
<Yatgaar?>
+ BB znajduje sztylet
2.04.2018
Od Bush Brave'a do Yatgaar "Nienawiść"
Zawarcie partnerstwa. Yatgaar i Khonkh... Trzeba wyjaśnić sobie parę spraw. Z Yatgaar. Tylko z nią. Podszedłem do klaczy, która miziała się z władcą bez wątpienia przerywając im z pewnością jakąś intymną chwilę. Miałem to gdzieś.
11.03.2018
Od Bush Brave'a Seria treningowa #7 Siła fizyczna. Zwinność. Technika.
KONIEC
11.03.2018
Od Bush Brave'a "Ratować własną skórę" Seria treningowa #6 Siła fizyczna. Zwinność. Technika.
Brzmi to dosyć dziwnie, ale jako trening uznałem walkę z rośliną. W pewnym momencie odwróciłem się by zadać ostateczny cios. Drzewo prawie się złamało. Oczywiście nie zaczęło nawet wpadać z ziemi razem z korzeniami, ale w połowie widać było pożądne pęknięcie. Oparłem cały ciężar ciała na przednich kopytach, a tylnymi uderzyłem w drzewo. Włożyłem w to całą swoją siłę. Nagle poczułem jak moje kopyta jedynie muskają korę. Pęd pociągnął mnie w stronę rozpadliny. Gdy moje kopyta wylądowały na ziemi, nie zdołałem wyhamować. Moje kończyny straciły oparcie na ziemi i ześlizgnęły się w dół przepaści. Wtedy chwyciłem się ostatniej deski, a raczej drzewa, ratunku. Wypuściłem z pyska miecz i złapałem pień tuż przy ziemi, gdzie była najgrubsza. Nie wiedziałem co zrobić.
To wiadomo nie od dziś,
Kiedy masz kłopoty myśl, myśl, myśl
Po to żebyś wpadł jak detektyw na ślad.
Wtedy myśl, myśl, myśl.
Radosna melodyjka wkradła się do mojego umysłu. Wygoniłem ją ze swojej głowy i rzeczywiście zacząłem myśleć. W pierwszej kolejności przewróciłem się na bok. Kiedy moje przednie kończyny były już w wygodniejszej pozycji, zahaczyłem nimi o drzewo, po obu stronach pyska. Z nadludzką, a raczej z nadkońską siłą podciągnąłem się na pewny grunt. Wstałem i przeszedłem kilka kroków, po czym padłem zmęczony na ziemię.
CDN.
11.03.2018
Od Bush Brave'a "Walka z drzewem" Seria treningowa #5 Siła fizyczna. Zwinność. Technika.
Linda umarła, więc nie musiałem oddawać nikomu broni. Teraz pękający już miecz należał do mnie. Ze względu na jego stan nie zamierzałem go sobie przywłaszczać na jakiś dłuższy czas. Postanowiłem przetrzymać go do czasu zdobycia kolejnego, porządniejszego ekwipunku. Wybrałem się na spacer po brzegu jakiejś, stosunkowo, niezbyt głębokiej rozpadliny. Mimo wszystko upadek na jej dno był śmiertelny. W pewnym momencie natknąłem się na rosnące na jej skraju drzewko. Bez większego zastanowienia zacząłem uderzać w roślinę. Chyba uznam to za trening. Drzewo było dosyć grube, ale wydawało mi się, że bez problemu je złamię. Zacząłem, mam nadzieję poprawnie technicznie, ciosy mieczem oraz kopytami. Roślina chyba nie zamierzała mnie zaatakować, więc tarcza nie była mi potrzebna. W pewnym momencie odwróciłem się by zadać ostateczny cios. Drzewo prawie się złamało. Oczywiście nie zaczęło nawet wpadać z ziemi razem z korzeniami, ale w połowie widać było porządne pęknięcie. Oparłem cały ciężar ciała na przednich kopytach, a tylnymi uderzyłem w drzewo.
CDN.
8.03.2018
Od Bush Brave'a "Wiraże" Seria treningowa #4. Siła fizyczna. Zwinność. Technika.
CDN.
7.03.2018
Od Bush Brave'a "Kolejne zlecenie. Dowódca morderców" Cz. IV
7.03.2018
Od Bush Brave'a "Prawie ostateczne starcie. Dowódca morderców" Cz. III +Seria treningowa #3 Siła fizyczna. Zwinność. Technika
Stado Hańby zaczęło podupadać. Pozostała już tylko garstka najsilniejszych jednostek. Mieliśmy nad nimi przewagę liczebną, ale nawet gdy było ich więcej dawaliśmy sobie z nimi radę, bez większych problemów. Jako, że słyszy się, iż atakujący ma większe szanse na zdobycie przewagi niż broniący, to my pierwsi ruszyliśmy na ostateczne starcie. Ze względów zdrowotnych Linda nie mogła brać udziału w walce. Po pierwsze dosyć zaawansowany już wiek, a po drugie przez odniesione w walce rany dość widocznie utykała na jedną z przednich nóg. Ja za to nie posiadałem żadnej broni, bo straciłem mój sztylet. Ale ostatni raz widziałem go wbitego w szyję mojego ojca, więc wcale nie żałuję straty. Poza tym zapowiadało się na niedługi koniec jego martwego życia. Swoją drogą dziwnie to brzmi. Chodziło mi po prostu o to, że niedługo miał się zniszczyć i przestać nadawać się do użytku. Ale wróćmy już do głównego wątku zamiast odpływać w krainę marzeń. To również dziwnie brzmi. Dobra. Teraz już naprawdę wróćmy do wątku. Jako że Linda już nie walczyła, a ja nie posiadałem broni, dzięki ingerencji innych osób oraz dobrym nastawieniu klaczy otrzymałem tą z jej ekwipunku. Sam nie zniżyłbym się do takiego poziomu. Prosić. Kto by pomyślał. Chyba nie bez powodu słowo "prosić" jest bardzo podobne do wyrazu "prosię". To drugie jest raczej niezbyt szlachetne i przeciwne elegancji i chlubie. Wyglądają podobnie, więc muszą posiadać podobne znaczenia. Rozumiem słowa posiadające kilka znaczeń. Na przykład klucz, zamek, ścierka. Rozpędziłem się. Zamiast "ścierki" nada się "wycieraczka". Cały czas, który poświęciliśmy na dojście do wrogiego stada, poświęciłem właśnie takim rozmyślaniom. A z resztą nie tylko takim. Zajmował mnie głównie mój nowy miecz. Ta broń i mój stary sztylet. Po prostu nie da się porównać. Mój były ekwipunek był... Mógłbym rozwodzić się nad tym godzinami, ale zainteresuje was chyba tylko kilka cech. Choć i tak nie w nich nic interesującego. Mój sztylet był ostry, doskonale wyważony, łatwo się go chwytało, był też krótki i poręczny. Do tego niezwykle gustowny i piękny. Czarno - złota rękojeść z wyrzeźbionym skorpionem. Można by stworzyć jeszcze długi opis tego morderczego dzieła sztuki, ale nie chciałbym znudzić was na śmierć. Może niektórym odebrałbym życie, ale w ciekawszy sposób. Może coś z torturami. Pozbawianie kończyn, obdzieranie ze skóry, w niektórych przypadkach kastracja, a to tylko niektóre z możliwych wariantów. Jest ich dużo. Oj, dużo. Nawet gruba książka nie zdołałaby pomieścić ich wszystkich. Przechodząc jednak do opisu miecza Lindy. Był długi, niewyważony, w tą gorszą stronę. Klinga była chyba dwa razy cięższa niż rękojeść. W oczy rzucały się też tępe i postrzępione boki ostrza. Chwytność również pozostawiała wiele do życzenia. Rękojeść była niezwykle śliska. Gdyby tego było mało, była w kształcie stożka, który im bliżej kingi, tym był szerszy. Uwierzcie. Ciężko jest chwycić coś takiego w zęby. Mimo wszystko nie miałem co narzekać. No dobra. Miałem. Zmuszono mnie do proszenie Lindy o pożyczenie broni. I to jeszcze takiego badziewia. Kto widział takie cuda? To wszystko przez tego Khonkha. Tchórza. Tępaka. Jak władca mógł ulec zdaniu innych, gdy nawet nie protestowali. Ani trochę oporu! Chociażby słownego. O przemocy fizycznej nie ma w ogóle co gadać. Czyżby cały klan był upośledzony? Czyżby nikt nie posiadał własnego zdania? Czy nikt nie zauważa ukrytego, pod "dobrymi" działaniami Khonkha, reżimu? Tylko garstka trzyma się własnego zdania, walczy o dobro całości, wolność osobistą. Wszyscy uważaliby to za zło. Gdyby się dowiedzieli rzecz jasna. Inaczej ciężko by było myśleć coś o czymś, o czym się nie wie. Frakcja. Jednoczyła wszystkich tych, którzy nie byli "dobrzy" tylko z pozoru. Wręcz przeciwnie. Wszyscy którzy w niej byli, wydawałoby się agresorzy i ci źli, trzymali z tymi odpowiednimi. Z tymi, z którymi po przepędzieniu tchórza z tronu, będzie lepiej niż z "dobrymi", pozbawionymi własnej woli sługusami Khonkha. Aron, Grey, Fenrir, Hanken, Tenebris, Yatgaar. Tylko oni zdawali sobie sprawę z ukrytego w działaniach władcy reżimu. Moje rozmyślania przerwał sygnał do ataku. Na rozgrzewkę zaatakowałem stojącego na środku źrebaka na koślawych nogach. Widocznie Stado Hańby uciekało się już do wykorzystywania źrebaków w wojsku. Co za pech. Uśmiechnąłem się szyderczo. Już po chwili koń leżał na ziemi z przedziurawioną szyją. Poczułem jak z tyłu zalatuje na mnie jakieś ostrze, więc zrobiłem unik i szybko odwróciłem się o sto osiemdziesiąt stopni. Jakiś rosły ogier próbował pozbawić mnie życia, ale ja bez problemu blokowałem silne ciosy. Nie minęło dużo czasu, a koń już leżał martwy. Ktoś zamachnął się na mnie z boku. Sparowałem cios. Zaskoczony przeciwnik wypuścił broń, która pchana siłą mojej wbiła się w jego pierś z oczywistymi skutkami. Zobaczyłem jakieś źrebię, które szarżowało na mnie z krzaków.
-Zabiłeś moją matkę! - krzyczało.
-Bywa - syknąłem. Zamachnąłem się, a następnie z całej siły dałem maluchowi tarczą w łeb. Ten zatoczył się i upadł. Żył, ale nie ruszał się. Skorzystałem z okazji i naciskając przednimi nogami na jego łeb, roztrzaskałem mu czaszkę. Podniosłem wzrok. Dezerterzy uciekali i nie został już nikt. Tylko jakiś koń patrzył na mnie w obawie, widząc co zrobiłem z maluchem. Chyba można uznać trening za zaliczony. Było łatwo, ale zawsze coś. Za to jutro będzie coś dużo trudniejszego.
CDN.
PS. +700 słów
6.03.2018
Od Bush Brave'a - "Koń zamiast orła" Seria treningowa #2
szuka innego rozwiązania. Tak myślałem do teraz, ale gdy przyszło co do czego, zdałem sobie sprawę jaka jest potrzebna do zwyciężania w walce. Jak najlepiej poćwiczyć technikę? Walcząc. A jak najlepiej walczyć? Z kimś. Na razie nie zapowiadało się na żadne starcie, czy nic w tym rodzaju, więc została pozorowana walka z członkami klanu. Ten sztywniak, Khonkh, nie pozwoliłby na żadne potyczki, więc czy pozostało coś oprócz męczenia Tenebris? Chyba nic. Widziałem, że niedawno kierowała się do lasku, a właściwie zagajnika, więc postanowiłem również się tam udać.
-Tenebris! - zawołałem gdy przekroczyłem barierę tworzoną przez pierwsze z drzew.
-Yhy? - klacz wyjrzała zza krzaka.
-Co ty robisz? - spytałem zdziwiony.
-Nic, nie ważne - odparła trochę oburzona, jakbym trafił w jej czuły punkt. Tenebris podniosła się z ziemi i podeszła do mnie.
-O co chodzi? - spytała.
-Chodź na trening - ozajmiłem.
-Jaki znowu trening, co ty wygadujesz? - zdziwiła się. - Przecież dzisiaj nie mieliśmy nikogo trenować.
-Nie kogoś, tylko siebie - odparłem.
-Niby jak? - prychnęła - Przywiążemy się do sznurka i zaczniemy się siłować?
-Nie, ale to byłby dobry pomysł. Chodziło mi o pozorowaną walkę, jest wojna, przyda się.
Klacz prychnęła oburzona, ale zgodziła się na trening. Ku mojemu zdziwieniu dorównywała mi umiejętnościami. Dzięki temu można uznać trening za udany.
CDN
5.03.2018
Od Bush Brave'a "Walka z wiatrem" - Seria trenigowa #1 + Trening towarzysza
5.03.2018
Od Bush Brave'a "Liściki miłosne" Misja #13
27.02.2018
Od Bush Brave'a "Sabotaż. Dowódca morderców" Cz. II
-Idziesz ze mną - powiedziałem do Tenebris.
-Gdzie? - spytała zdziwiona.
-Na misję - zaśmiałem się.
-Na misję powiadasz? W takim razie się zgadzam - klacz uśmiechnęła się chytrze.
-Naszym celem jest zamordowanie jakiegoś ważnego dowódcy o imieniu Arbitrantes. Z opisu tego śmiecia, Khonkha, oraz jego lizusów wynika, że jest on siwy, nie ma sierści na jednej nodze, nie ma prawego oka, a na lewym ma bliznę. To wszystko co wiem - zakończyłem.
-Starczy? - zawahała się Tenebris.
-Myślę że tak. W końcu to dosyć jasne znaki - uśmiechnąłem się zachęcająco.
-Dobrze, kiedy ruszamy? - dopytywała się.
-Jak najszybciej, czyli teraz - zaśmiałem się. - Chodź.
Klacz kiwnęła głową i również się uśmiechnęła. W końcu ruszyliśmy w stronę Stada Hańby. Przebywali obecnie w Zhańbionym Lesie . Tak przynajmniej nazwałem niewielki zadrzewiony obszar, na którym stacjonowało wrogie stado. Nie wydawało mi się trudnym, dostanie się do wewnątrz ich siedziby. Kilkakrotnie wysyłałem Diva na zwiad. Dzięki niemu wiedziałem, którędy można dostać się do środka omijając straże. Polegało to mniej więcej na tym, że narysowałem na ziemi sporawy prostokąt, a orzeł, wiem że brzmi to nieprawdopodobnie, dziobem oznaczał pilnowane miejsca. Takim sposobem wiedziałem, jak ominąć "zabezpieczenia".
Podeszliśmy pod duże głazy pod samym lasem i kryjąc się za nimi przed wzrokiem pilnujących, przekroczyliśmy barierę drzew i znaleźliśmy się wewnątrz bazy.
-Tenebris - szepnąłem tak, żeby nikt nas nie usłyszał. - Ty zabij tego Arbitruntususa, czy jak my tam było, a ja zrobię co innego. Bez dyskusji. Spotkamy się przy głazach- rzekłem stanowczym, ale cichym tonem. Klacz spojrzała się na mnie trochę zmartwiona, ale szybko odwróciła się i, wciąż kryjąc się w gąszczu, odeszła. Sam podkradłem się do miejsca, w którym trzymane były zapasy. Jak się spodziewałem groty pilnował strażnik. Prychnąłem cicho. I doczekałem się. Koń ruszył ostrożnie w moją stronę. Kiedy był wystarczająco blisko, zatopiłem grot sztyletu, aż po samą rękojeść, w szyi wroga. Ukryłem zwłoki w krzakach. I po problemie. Następnie szybkim, ale ostrożnym i niedosłyszalnym krokiem wszedłem do jaskini. Jak się okazało była płytka i pusta. Na końcu leżały worki z żywnością i bronią. No. Czas na mały sabotaż. Wziąłem pakunki i otwierając je rozrzuciłem, oczywiście osobno z zawartością, po krzakach. Już miałem wracać, ale zobaczyłem jego. Cutdown. Mój ojciec. On musiał być dowódcą. Musiało tak być. Wziąłem sztylet i bez zastanowienia rzuciłem nim w ogiera. Padł.
CD w opowiadaniach wojennych od Tenebris
W opowiadaniu Bush Brave traci swój sztylet
27.02.2018
Od Bush Brave'a "Zlecenie. Dowódca morderców"
-Witaj Khonkhu - patrzyłem dumnie w oczy władcy. - Wzywałeś mnie - przewróciłem oczami. Nie jestem niewolnikiem.
-Zgadza się - ogier zauważył mój gest, ale zignorował go. - Ostatnio szpiedzy donieśli mi, że walką w Stadzie Hańby kierują dwie osoby. Wiadomo mi, że jedną z nich jest Arbitrantes. Z tego co mi wiadomo, a bazuję wyłącznie na informacjach, które przekazali mi szpiedzy, którzy swoją drogą świetnie się spisali, jest to ogier. - przerwał Khonkh.
-Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę, ale nic mi to nie pomoże. Nie jestem Wielkim Bergiem* - prychnąłem z trudem wymawjając imię tego czegoś z tej cholernej religii.
-Daj mi dokończyć - odrzekł spokojnym tonem Khonkh. - Powracając do tematu Arbitrantesa. Szpiedzy donoszą, że to siwy ogier z wyłupanym prawym okiem i z blizną na lewym. Na jednej z nóg nie ma sierści. To tyle ze znaków charakterystycznych, po których mógłbyś go rozpoznać - zakończył ogier.
-A są jakieś inne? - spytałem znudzonym tonem.
-Nie - przyznał się władca.
-No właśnie - po raz kolejny lekceważąco przewróciłem oczami. - No i co ten Arbitrantes? - spytałem.
-Właśnie, nie zapomniałem ci to wytłumaczyć. Chcę, abyś go zamordował - rzekł bez owijania w bawełnę Khonkh.
-No i na reszcie jakieś konkrety - powiedziałem.
-I jeszcze jedno. Wiesz gdzie oni są? - spytał ogier.
-Jasne. To wszystko?
-Tak.
-Mogę już iść?
-Tak - usłyszałem po raz kolejny.
-Umiesz mówić coś poza "Tak"?
-Tak - na te słowa zaśmiałem się i odszedłem.
Postanowiłem poszukać Tenebris. Lepiej iść na misję w dwójkę niż samemu.
-Tenebris - zawołałem.
-Ta? - klacz przystanęła i spojrzała się w moją stronę.
-Chodź - nakazałem.
-Dlaczego mam cię słuchać? - zaśmiała się moja wychowanka.
-Bo jestem twoim dowódcą - rzekłem. Tenebris niedawno osiągnęła pełnoletniość i wybrała stanowisko wśród morderców, którymi dowodzę.
-Jasne, jasne - klacz prychnęła, ale posłusznie się zbliżyła.
-Idziesz ze mną - powiedziałem.
-Gdzie? - spytała zdziwiona.
-Na misję - zaśmiałem się.
CDN
*Wielki Berg - według wierzeń pomocnik i posłaniec Arota
27.02.2018
Od Bush Brave'a do Marabell "Recepta na zakochanie"
<Marabell? Miłość w wykonaniu szaleńca>

