Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bush Brave. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bush Brave. Pokaż wszystkie posty

2.11.2018

Żegnamy Kirka i Bush Brave'a!

Te oto dwie postacie odchodzą z powodu śmierci z przyczyn naturalnych. Starość jako pierwszych zabiera nam z klanu Kirka i Bush Brave'a w dniu rzeczywistego Święta Zmarłych. Będzie nam ich z pewnością brakować - niechaj spoczywają w pokoju [*].
Tymczasem majątki ogierów zostaną podzielone po równo na członków rodziny, natomiast same rzeczy - usunięte.

Bush Brave von Schmerz|16 lat|Ogier|Emeryt, Rada Starszych|Brak|Azor

Kirk|16 lat|Ogier|Emeryt|Valentia|DODA

10.09.2018

Od Bush Brave'a do Yatgaar "Sąd (prawie)ostateczny"

jakby ktoś zgubił fabułę: klik
- Masz nam coś do zaoferowania? – rzekła ironicznie Yatgaar.
- Szczerze mówiąc nie, ale chyba skazanemu należą się ostatnie słowa? Niby taki ten sąd uczciwy, chociażby Valentia jest tu po to, aby to podkreślić, ale jednak takie podstawowe prawo jest łamane. No i starca będziecie mordować. Został mi rok, może dwa życia. Ech… Ale do rzeczy. Nie wspominając już o tym, że dla frakcji nie zamordowałem nikogo, większa wina leży tu po jej stronie – spojrzałem na Yatgaar spod oka. – Pewnie co poniektórzy z was pamiętają Tayfuna. Miły był z niego koń, ale w pewnym momencie zagroził Frakcji Kruczych Cieni. Prawie ją zdemaskował. Yatgaar zabiła go i zrzuciła z urwiska. „Tajemnicze zaginięcie” – rzekłem z przekąsem. Nie doliczając już do tego, że pozabijała jeszcze kilku członków klanu, a ja pod tym względem jestem czysty. Gdyby to ona była osądzana, to myślę, że wyrok byłby podobny. Za wroga monarchii uznać mnie nie można. Może i nie jestem jej zwolennikiem. Przyznaję, czuje w stosunku do Khonkha i innych z niewartej wspomnienia grupy, czuję skrajne obrzydzenie. Ale czy kiedykolwiek próbowałem kogoś zabić? Kogoś skrzywdzić? Nie. Przynajmniej nie z klanu, ale osądzaniem morderstw z poza klanu nie powinniście zajmować się my. A to „brutalne morderstwo źrebaków”? Uwierzcie, cierpiałyby bardziej gdybym dał im spłonąć w swoim prawdziwym domu wraz z resztą stada. Mogą być mi tylko wdzięczne.
<Yatgaar?>


29.05.2018

Od Bush Brave'a do Yatgaar "Baranek na rzeź"


— Teraz możesz się poczuć jak prawdziwy, oporny jeniec. - uśmiechnęła się Yatgaar. - Dostanie ci się nawet za wytrwałość przywilej rozpatrzenia ewentualnych pozytywów. Gratulacje. - zakończyła monolog, a reszta koni zaczęła prowadzić mnie ku klanowi. Zdałem sobie sprawę, że teraz muszę przyjąć zupełnie inną strategię. Inaczej trzeba było się zachowywać w rozmowie z Yatgaar przy ograniczonej publiczności, a inaczej przed całym klanem. Uśmiechnąłem się więc delikatnie i cierpiętniczo, nie przesadzając jednak w żadną że stron. To miało wyglądać tak, jakbym to nie ja był winny, lecz oni, władca i jego przydupasy. Starałem się być pokorny, jak niewinny baranek prowadzony na rzeź, ale na tyle, aby nie dać satysfakcji Yatgaar. Szedłem posłusznie nie dając po sobie poznać beztroski, obojętności i satysfakcji, które rozsadzały mi głowę i urządzały sobie w niej balangę. Podczas mojej wędrówki widziałem jak człowiek na znak obojętności i ignorancji ogląda swoje małe kopyta na końcach przednich nóg*. Gdyby anatomia mi na to pozwoliła, bez wątpienia uczyniłbym taki gest. Okazało się, że klan stacjonował kilka kilometrów od zwłok źrebaków, więc już po chwili zaczął on majaczyć gdzieś na horyzoncie. Znudzony brakiem emocji i śmierci, ziewnąłem przeciągle. Zastanawiałem się jak przyjmie mnie klan. Nie tyle mnie, co moje przybycie jako jeńca. Szczerze mówiąc miałem to głęboko w dupie, ale zawsze przyda się studiowanie psychiki możliwych ofiar.
<Yatgaar? Zabwa dopiero się zaczyna XD>
*paznokcie

27.05.2018

Od Bush Brave'a do Yatgaar ,,Ignorant"

Zdenerwowany tymi słowami, pod wpływem impulsu, wyjąłem miecz i podszedłem do Khonkha z zamiarem przedziurawienia mu serca, jednak Yatgaar spojrzała się na niego porozumiewawczo, po czym korzystając z tego, że zastanawiałem się gdzie wycelować, chwilę przed "tragedią", wyciągnęła mi ostrze z pyska, raniąc mi przy tym kąciki warg.
- Nie wytarłeś - mruknęła z satysfakcją i sama otarła ostrze o trawę, która dopiero co wyłaniała się spod śniegu, zdejmując z niego krew. Korzystając z okazji, nadepnąłem na ostrze, sprawiając tym samym, że wysunęło się klaczy z pyska, a później błyskawicznie schyliłem się i podniosłem sztylet.
- Nie wytarłem bo nie chciałem. Jakaś pamiątka może być. Wielka szkoda, że nie po waszej krwi. - Beznamiętnym krokiem podszedłem do kupki zwłok, a następnie dziurawiąc jednemu ze źrebaków brzuch i rozgrzebując flaki, które wylądowały później wszędzie dookoła. Podniosłem ostrze tak, że błysnęło w słońcu, a raczej ta jego część, która nie była pokryta czerwoną cieczą.
- I bardzo mi przykro, ale nie będę niczyim więźniem ani nie będę podporządkować się niczyjej woli, tym bardziej takich śmieci jak wy - powiedziałem nieprzychylnym tonem, po czym odwróciłem się i poszedłem w stronę tylnej ściany wąwozu. Dając znak, że mam ich gdzieś schowałem sztylet i położyłem się przymykając leniwie oczy.
<Yatgaar?>

22.04.2018

Od Bush Brave'a do U'schii "Zasługi"

-Daruj sobie. Chyba każdy z koni w tym stadzie, nawet mała Mika, zna twoje imię - powiedziała U'schia. W środku, aż poukładałem się ze śmiechu, ale na zewnątrz jedynie uśmiechnąłem się delikatnie. Nie, nikt nie znał mojego imienia. Nikt nie spodziewał się, że ten, według klaczy, znany Bush Brave, nazywał się Crunchy Pure Cornflake Freddy. Wyszło mi to nawet na dobre, bo moje fałszywe imię budziło trochę większy respekt niż Chrupiący Miękki Płatek kukurydziany Freddy, czy jakoś tak. Nie potrafiłem posługiwać się językami obcymi.
-Mika? Jaka Mika? - zastanawiałem się na głos, odrzucając płaszcz fałszywości. - Ach tak! Chodzi ci o tego małego szczyla, córkę dwóch przydupasów władcy. Nawet ona mnie zna? Ciekawe. Doprawdy interesujące. A cóż takiego uczyniłem, że mam zaszczyt być popularnym? - spytałem z celowo przerysowaną ciekawością.
-Tego chyba nie muszę ci mówić - U'schia nie bawiła się w uprzejmości ani długie konwersacje.
-Ależ musisz. Tego jest tak wiele, że sam sobie nie poradzę. Chodzi ci może o masowe morderstwo słodkich źrebaczków, nieudaną próbę zabójstwa członka klanu, spiskowanie przeciw władzy czy też o moje niezwykle przyjazne nastawienie do świata? A może masz na myśli coś zupełnie innego? - powiedziałem tym samym, widocznym jak na tacy sztucznym tonem, który nie pozostawiał złudzeń co do mojego stosunku do innych.
<U'schia? Brave też nią gardzi, jak miło>

16.04.2018

Od Bush Brave'a do Quinlan "Niecny plan"

- Mogę spędzić z tobą trochę czasu? Nudzi mi się. Mogę robić cokolwiek, jestem tak znudzona, że nie mam wielkich wymagań - powiedziała biała klacz, która przed chwilą zwróciła mi głowę. Głowę. Nie w głowie. Jest różnica, nawet spora. Dlaczego zaproponowałem jej przechadzkę? O to jest pytanie. Ale spokojnie mam na nie gotową odpowiedź. Najpierw planuję ją obrócić przeciwko władzy. Może uda mi się ukatrupić Yatgaar z Khonkhiem w gratisie razem z nią? Później mam na celu ją zabić. Zamordować. I to tak okrutnie. Podrrżnięcie gardła jest trochę zbyt szybką śmiercią, klaczy raczej nie wykastruję, a sterylizacja też raczej nie wchodzi w grę. Zanim dotarłbym do odpowiednich narządów, chyba by się wykrwawiła. Wbicie sztyletu w oko grozi uszkodzeniem mózgu, a więc szybką śmiercią, co jest sprzeczne z moimi zamiarami. Niech będzie tak. Najpierw ją ogłuszę, później poodcinam kończyny. Jak się obudzi to obedrę ją ze skóry, a później zadźgam. Brzmi idealnie, nieprawdaż? Nie, nie, nie. Trzeba wcisnąć tu gdzieś jeszcze gwałt.
- Oczywiście, mogę zapewnić ci mnóstwo atrakcji - ledwo powstrzymałem się od szyderczego uśmiechu. - Tak w ogóle jak ci na imię? - spytałem jak gdyby nigdy nic.
- Jestem Quinlan - przedstawiła się klacz.
- Ja jestem Bush Brave - ukłoniłem lekko głowę, aby zyskać jej sympatię. Najpierw kontakt z ofiarą, a później czyn - powiedział mi to kiedyś pewien mądry koń. A, zapomniałem. Ja. - Pasuje ci polowanie na bunduruki? Później możemy je wypatroszyć - zaproponowałem, chcąc rozgrzać się przed morderstwem.
<Quinlan? Trzebs go jakoś udobruchać>

11.04.2018

Od Bush Brave'a do Yatgaar "Rzeź niewiniątek" (+16)

- Zamiast uciekać, stawiłam czoło miłości. Jestem władczynią. Gdybyś więc miał jeszcze jakieś pytania - śmiało. Na jedno już znasz odpowiedź: Kochałeś Tenebris – powiedziała Yatgaar i odwróciła się, po czym ruszyła do tego swojego zasrańca. Kipiałem ze złości.
- Masz rację – zacząłem. Na te słowa Yatgaar zatrzymała się i odwróciła ze zwycięskim uśmiechem. – Kochałem Tenebris. I nadal ją kocham tak, jak ojciec powinien kochać córkę – zaśmiałem się nie dając się zbić z tropu. – Skoro uważasz, że tytuł daje szacunek, mylisz się. Straciłaś honor, zmieszałaś się z błotem. Jesteś nikim więcej niż pieprz**ą zdrajczynią, która najpierw udaje przyjaciela, a potem morduje współpracowników – mówiłem niewzruszonym głosem. – Khonkhu! – zwróciłem się do władcy. – Czekam z niecierpliwością jak twoja ukochana wbije ci nóż w plecy – rzekłem z pogardą, po czym odszedłem nie interesując się już gołąbkami. Idealnymi do obdarcia ze skóry. Chciałem jednego. Zostawić to za sobą na jakiś czas. Pewnym krokiem oddaliłem się w pierwszą lepszą stronę. Może wrócę. Pewnie wrócę. Tak, wrócę. Kiedy? Nie wiem.
Wędrowałem już któryś dzień. Rzadko przystawałem, moim jedynym celem było iść do przodu. Moją jedyną rozrywką było patrzenie, jak Divo przylatuje z jeszcze żywymi ofiarami, a potem nie uśmiercając ich, pozbawia ich fragmentów ciała, sprawiając, że muszą cierpieć wręcz piekielne męki. Szedłem przez step niewzruszony, posunę się nawet do stwierdzenia, że zapadłem w trans, powtarzając nieustannie te same ruchy. Nagle poczułem zapach dymu. Wzniosłem oczy na niebo, a wtedy dostrzegłem słup ciemnego dymu, który wydobywał się zza pobliskiego pagórka. Napędzany możliwością urozmaicenia swojego monotonnego w tej chwili żywota, ruszyłem pośpiesznie w stronę czarnego „obłoku”. Gdy byłem bliżej dostrzegłem małą, stojącą po środku stepu, drewnianą chatę, a obok niej średniej wielkości konstrukcję z tego samego materiału. Wszystko stało w płomieniach. Zaciekawiony podbiegłem bliżej i spojrzałem przez okno chaty. Dostrzegłem w niej palące się zwłoki ludzi i wrzeszczące, trawione przez płomienie dziecko, które w końcu znieruchomiało. Podszedłem do okrągłej konstrukcji. Było to coś na kształt stajni. Jedno wielkie pomieszczenie podzielone było na dwa mini wybiegi, odgrodzone korytarzem. Jeden został całkowicie przygnieciony przez zapadnięty dach, uśmiercając przy tym kilka dorosłych koni, a na drugim było uwięzione pięć źrebaków. Do głowy wpadł mi pewien plan. Udając bohatera, otworzyłem im bramkę.
- Wszystko będzie dobrze – po raz kolejny uspokajałem źrebaki wędrując u ich boku przez step. – Ze mną będziecie bezpieczni. – zakończyłem. Na takich rozmowach mijały całe dnie. W końcu nastała noc, w której miałem już dość ich lamentów i postanowiłem przyśpieszyć realizację swojego planu. Na nocleg wybrałem kanion z jednym, wąskim wejściem, usprawiedliwiając się tym, że rzekomo czułem zapach wilków. Gdy źrebaki usnęły, przystąpiłem do działania. Wziąłem jakiś ostry kamień, ale później zamieniłem go na sztylet, który cudem znalazł się w tej okolicy. Następie podszedłem do pierwszego malucha. Bez wahania poderżnąłem mu gardło. Dla następnego nie byłem tak łaskawy. Szybkim ruchem wbiłem mu sztylet w  oko. Ten obudził się z wrzaskiem. Nie mogłem pozwolić reszcie na ucieczkę, więc zagłębiłem go jeszcze bardziej, śmiertelnie uszkadzając mózg. Jeden z zdezorientowanych źrebaków podnosił się właśnie, więc uśmierciłem go ciosem w serce. Z dwoma następnymi rozprawiłem się szybko, przecinając tętnicę szyjną i rozkoszując się widokiem fontanny krwi. Zebrałem wszystkie zwłoki na kupkę po czym poszedłem spać.
            O świcie obudziły mnie odgłosy rozmów, niedaleko mojej kryjówki. Nie zamierzałem uciekać. Jeśli mnie ktoś nakryje… Cóż…Przecież żyję, żeby zabijać. Zabijam, żeby żyć. A z resztą... Ja tylko ukróciłem im mękę. Płonąć jest o wiele gorzej.
<Yatgaar?>
+ BB znajduje sztylet

2.04.2018

Od Bush Brave'a do Yatgaar "Nienawiść"

*time skip*
Zawarcie partnerstwa. Yatgaar i Khonkh... Trzeba wyjaśnić sobie parę spraw. Z Yatgaar. Tylko z nią. Podszedłem do klaczy, która miziała się z władcą bez wątpienia przerywając im z pewnością jakąś intymną chwilę. Miałem to gdzieś. 
-O pani, czy zechciałaby wasza wysokość zamienić ze mną słówko - skłoniłem się ze sztucznym szacunkiem. 
-Tak, oczywiście - odrzekła klacz,i szepnąłwszy coś na ucho Khonkhowi zwróciła się w moją stronę. Odszedłem kawałek, a ona ruszyła za mną. Gdy przystanąłem odwróciłem się w jej stronę.
-Zawiodłem się na tobie Yatgaar. A raczej wasza wysokość. Jak mam do ciebie mówić o pani? Tak się martwiłaś, że Tenbris zabierze mi czas, a teraz sama dałaś się ponieść uczuciom. Dowódca niewierny swojemu oddziałowi. Jaka hańba. Dezercja. Ucieczka. Zawiodłaś moje zaufanie. Widocznie nie byłaś jego godna. Nie jesteś godna aby tu być. Życzę ci z okazji Wielkanocy, abyś szczezła gdzieś w środku stepu. Tam gdzie nikt cię nie odnajdzie. Nawet ten twój zasrany Khonkh. Tenebris odeszła. Przez ciebie. Nie mam tego za złe ani jej, ani co gorsza tobie. To była dobra decyzja. Wspaniała. Lepsza niż przebywanie w takiej propagandzie. W takim reżimie. Nie jesteś nikim więcej niż jakąś jeb**ą ku**ą. Śmieciem. Z chęcią rozpier****ł bym ci łeb, wasza wysokość - zakończyłem swój monolog. Zabolało? Cóż. Miało.
<Yatgaar?>

11.03.2018

Od Bush Brave'a Seria treningowa #7 Siła fizyczna. Zwinność. Technika.

Po tylu treningach straciłem siłę i ochotę na ćwiczenia. Czułem się jak zniedołężniały starzec, który nagle stracił wszystkie siły witalne. Nie chciałem ruszyć obolałych mięśni, ale honor nie pozwalał poddać mi się w tej chwili. Nie mogłem porzucić treningu od tak. Musiałem jakoś zwieńczyć moje trudy. Oczywistym sposobem były kolejne, ostatnie ćwiczenia. Wstałem i pewnie skierowałem się do zagajnika. Wąwóz oddalał się w szybkim tempie. Chciałem jak najszybciej opuścić to miejsce. Nie byłem jakiś strachliwy, ale wąwóz spowijała mroczna atmosfera śmierci i wolałem tu nie przebywać. Kiedy w szybkim tempie przebierałem nogami zagajnik wciąż prędko się zbliżał. Drzewa wyglądały tak, jakby wprost czekały na moją dłoń, a raczej kopyto, które bez problemu może je unicestwić. Mój plan był prosty. Zamierzałem dać się ponieść przygnębieniu i niszczyć drzewa, a później wrzucać je do wąwozu, jak zbłąkane dusze szukające odpoczynku. Nie musiałem się trudzić. Ledwo zacząłem uderzać drzewo już runęło. W ślad za nim poszły następne. Na końcu złapawszy resztki roślin w zęby wrzucałem je w otchłań wąwozu. Koniec treningów. Nareszcie dość.
KONIEC
Wiem, że to dziwne, ale nie mogłam się oprzeć.
Zaliczone.

11.03.2018

Od Bush Brave'a "Ratować własną skórę" Seria treningowa #6 Siła fizyczna. Zwinność. Technika.

Brzmi to dosyć dziwnie, ale jako trening uznałem walkę z rośliną. W pewnym momencie odwróciłem się by zadać ostateczny cios. Drzewo prawie się złamało. Oczywiście nie zaczęło nawet wpadać z ziemi razem z korzeniami, ale w połowie widać było pożądne pęknięcie. Oparłem cały ciężar ciała na przednich kopytach, a tylnymi uderzyłem w drzewo. Włożyłem w to całą swoją siłę. Nagle poczułem jak moje kopyta jedynie muskają korę. Pęd pociągnął mnie w stronę rozpadliny. Gdy moje kopyta wylądowały na ziemi, nie zdołałem wyhamować. Moje kończyny straciły oparcie na ziemi i ześlizgnęły się w dół przepaści. Wtedy chwyciłem się ostatniej deski, a raczej drzewa, ratunku. Wypuściłem z pyska miecz i złapałem pień tuż przy ziemi, gdzie była najgrubsza. Nie wiedziałem co zrobić.
To wiadomo nie od dziś,
Kiedy masz kłopoty myśl, myśl, myśl
Po to żebyś wpadł jak detektyw na ślad.
Wtedy myśl, myśl, myśl.
Radosna melodyjka wkradła się do mojego umysłu. Wygoniłem ją ze swojej głowy i rzeczywiście zacząłem myśleć. W pierwszej kolejności przewróciłem się na bok. Kiedy moje przednie kończyny były już w wygodniejszej pozycji, zahaczyłem nimi o drzewo, po obu stronach pyska. Z nadludzką, a raczej z nadkońską siłą podciągnąłem się na pewny grunt. Wstałem i przeszedłem kilka kroków, po czym padłem zmęczony na ziemię.
CDN.

11.03.2018

Od Bush Brave'a "Walka z drzewem" Seria treningowa #5 Siła fizyczna. Zwinność. Technika.

Linda umarła, więc nie musiałem oddawać nikomu broni. Teraz pękający już miecz należał do mnie. Ze względu na jego stan nie zamierzałem go sobie przywłaszczać na jakiś dłuższy czas. Postanowiłem przetrzymać go do czasu zdobycia kolejnego, porządniejszego ekwipunku. Wybrałem się na spacer po brzegu jakiejś, stosunkowo, niezbyt głębokiej rozpadliny. Mimo wszystko upadek na jej dno był śmiertelny. W pewnym momencie natknąłem się na rosnące na jej skraju drzewko. Bez większego zastanowienia zacząłem uderzać w roślinę. Chyba uznam to za trening. Drzewo było dosyć grube, ale wydawało mi się, że bez problemu je złamię. Zacząłem, mam nadzieję poprawnie technicznie, ciosy mieczem oraz kopytami. Roślina chyba nie zamierzała mnie zaatakować, więc tarcza nie była mi potrzebna. W pewnym momencie odwróciłem się by zadać ostateczny cios. Drzewo prawie się złamało. Oczywiście nie zaczęło nawet wpadać z ziemi razem z korzeniami, ale w połowie widać było porządne pęknięcie. Oparłem cały ciężar ciała na przednich kopytach, a tylnymi uderzyłem w drzewo.
CDN.

8.03.2018

Od Bush Brave'a "Wiraże" Seria treningowa #4. Siła fizyczna. Zwinność. Technika.

Następnego dnia mieliśmy wyruszyć w drogę. Wojna się skończyła. Wygraliśmy nie odnosząc przy tym wielkich strat. Rana w boku zaczynała mi się już goić, więc postanowiłem, że nadszedł czas na trening. Divo podczas samotnej wyprawy, a raczej zwykłego, codziennego lotu nabawił się złamania nogi, więc nie mógł mi pomóc w ćwiczeniach. Nie miałem zupełnie pomysłu na inny rodzaj treningu. Nagle mój wzrok padł na lasek. Drzewa rosły w nim stosunkowo ciasno, więc mógł by się przydać. Tak! Slalom! To jest myśl. Przynajmniej jeśli chodzi o obecne warunki. Przecież nie było możliwości zbudowania jakiegoś porządnego toru przeszkód czy czegoś w tym rodzaju. Ledwo zdążyłby stanąć, już byśmy ruszali. Tym bardziej, że zostawianie za sobą takich śladów mogłoby powodować podążanie za nami ludzi albo wrogo nastawionego stada. Tak jak na przykład Stado Hańby. Pewnym krokiem udałem się do lasu. Poszedłem na jego skraj, najbardziej oddalony od "centrum" terytorium na którym przebywało podczas postoju stado. Stanąłem dęba, po czym ruszyłem z kopyta, manewrując zgrabnie między gęsto rosnącymi drzewami. Co jakiś czas dało się usłyszeć dźwięk łamanej gałązki, kopyta uderzającego z ogromną siłą o podłoże. Mimo tego wszystko odbywało się bez najmniejszych szelestów. Praktycznie nie dotykałem drzew. Jedynie co jakiś czas czułem na sobie muśnięcie twardej kory albo, co najgorsze, dotyk lepkiej żywicy, która zasychała na mojej sierści tworząc zaklejki, jakby łuski czy fragmenty tarczy, która miała za zadanie chronić mnie przed niebezpieczeństwami. Gdy las się skończył, szybkim kłusem wróciłem na miejsce "startu". Po raz kolejny zacząłem slalom. Powtarzałem te czynności, aż do późnego wieczora, bo właśnie w tamtym momencie straciłem siły.
CDN.

7.03.2018

Od Bush Brave'a "Kolejne zlecenie. Dowódca morderców" Cz. IV

-Bush Brave? - usłyszałem czyjś głos. Odwróciłem głowę. To była ta lizuska władcy. Marabell.
-Tak? - mruknąłem niechętnie.
-Khonkh cię wzywa - powiedziała. I to jest niby arystokracja? Najwyżej sługa.
-A czemu nie ciebie? Przecież lizusi najchętniej współpracują - prychnąłem. - Gdzie on? - spytałem nieuprzejmie. 
-Tam, na prawo od reszty - klacz wskazała głową na konia stojącego w pewnym oddaleniu od grupy. Przed chwilą chyba rozmawiał z innym członkiem, bo widać było oddalającą się od niego jasną sylwetkę. A takich koni w klanie było kilka. Yatgaar, Kirk, Valentia, Piorun, Aron, Fenrir i Cherry. Koń ten miał jednak ciemniejszą grzywę co wskazywało na pierwszą albo dwoje ostatnich z wymienionych. Miałem wrażenie, że na sierści widać było jabłkowitość. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że to właśnie Yatgaar. Ostatnio zachowywała się w stosunku do niego jakoś... inaczej. Nie mogłem określić, czy lepiej, czy gorzej, ale wiedziałem, że jej zachowanie się zmieniło. Nieznacznie, ale zawsze. Podszedłem bliżej. Spojrzałem w stronę reszty stada, ale wyglądało jakby wszyscy zajmowali swoje miejsca przez długi czas. Nie mogło mi się przywidzieć, że doszło do spotkania. A z resztą. Nad czym się tu zastanawiać. Przecież Khonkh jest zbyt głupi, żeby knuć. A nawet jeśli bez problemu można by się o tym dowiedzieć. Nie muszę się martwić.
-Przybyłem na twój rozkaz, panie - skłoniłem się ze wzgardą.
-Mam dla ciebie kolejne zlecenia. Dwa. Oba dotyczą morderstw kogoś z nowego dowództwa Stada Hańby. Pierwsze zabójstwo dotyczy Hermesa. Według doniesień zwiadowców gniadego kucyka, rozmiarów Nicka. Wiesz kto to? - spytał Khonkh.
-Hermes czy Nick? - doczepiłem się.
-Nick. Doskonale wiesz, że o niego chodzi - westchnął władca.
-Ach tak? Nie będę się kłócił z waszą wysokością. Tak. Wiem kto to. W przeciwieństwie do ciebie, nie jestem głup... Wiem - zatrzymałem się w momencie, po którym nawet Khonkh zorientowałby się o jaką cechę chodzi.
-Doskonale. Kolejnym celem jest kara klacz. Wiemy jeszcze tylko, że nosi zawsze czarną pelerynę. Nic więcej - zignorował moje nieuprzejmości władca.
- To nie ma sensu, równie dobrze możnaby wymordować całe stado. Ile ich tam jest? Może szóstka. Wystarczy zaatakować - skłoniłem się wzgardliwie i odszedłem.
KONIEC

7.03.2018

Od Bush Brave'a "Prawie ostateczne starcie. Dowódca morderców" Cz. III +Seria treningowa #3 Siła fizyczna. Zwinność. Technika

Stado Hańby zaczęło podupadać. Pozostała już tylko garstka najsilniejszych jednostek. Mieliśmy nad nimi przewagę liczebną, ale nawet gdy było ich więcej dawaliśmy sobie z nimi radę, bez większych problemów. Jako, że słyszy się, iż atakujący ma większe szanse na zdobycie przewagi niż broniący, to my pierwsi ruszyliśmy na ostateczne starcie. Ze względów zdrowotnych Linda nie mogła brać udziału w walce. Po pierwsze dosyć zaawansowany już wiek, a po drugie przez odniesione w walce rany dość widocznie utykała na jedną z przednich nóg. Ja za to nie posiadałem żadnej broni, bo straciłem mój sztylet. Ale ostatni raz widziałem go wbitego w szyję mojego ojca, więc wcale nie żałuję straty. Poza tym zapowiadało się na niedługi koniec jego martwego życia. Swoją drogą dziwnie to brzmi. Chodziło mi po prostu o to, że niedługo miał się zniszczyć i przestać nadawać się do użytku. Ale wróćmy już do głównego wątku zamiast odpływać w krainę marzeń. To również dziwnie brzmi. Dobra. Teraz już naprawdę wróćmy do wątku. Jako że Linda już nie walczyła, a ja nie posiadałem broni, dzięki ingerencji innych osób oraz dobrym nastawieniu klaczy otrzymałem tą z jej ekwipunku. Sam nie zniżyłbym się do takiego poziomu. Prosić. Kto by pomyślał. Chyba nie bez powodu słowo "prosić" jest bardzo podobne do wyrazu "prosię". To drugie jest raczej niezbyt szlachetne i przeciwne elegancji i chlubie. Wyglądają podobnie, więc muszą posiadać podobne znaczenia. Rozumiem słowa posiadające kilka znaczeń. Na przykład klucz, zamek, ścierka. Rozpędziłem się. Zamiast "ścierki" nada się "wycieraczka". Cały czas, który poświęciliśmy na dojście do wrogiego stada, poświęciłem właśnie takim rozmyślaniom. A z resztą nie tylko takim. Zajmował mnie głównie mój nowy miecz. Ta broń i mój stary sztylet. Po prostu nie da się porównać. Mój były ekwipunek był... Mógłbym rozwodzić się nad tym godzinami, ale zainteresuje was chyba tylko kilka cech. Choć i tak nie w nich nic interesującego. Mój sztylet był ostry, doskonale wyważony, łatwo się go chwytało, był też krótki i poręczny. Do tego niezwykle gustowny i piękny. Czarno - złota rękojeść z wyrzeźbionym skorpionem. Można by stworzyć jeszcze długi opis tego morderczego dzieła sztuki, ale nie chciałbym znudzić was na śmierć. Może niektórym odebrałbym życie, ale w ciekawszy sposób. Może coś z torturami. Pozbawianie kończyn, obdzieranie ze skóry, w niektórych przypadkach kastracja, a to tylko niektóre z możliwych wariantów. Jest ich dużo. Oj, dużo. Nawet gruba książka nie zdołałaby pomieścić ich wszystkich. Przechodząc jednak do opisu miecza Lindy. Był długi, niewyważony, w tą gorszą stronę. Klinga była chyba dwa razy cięższa niż rękojeść. W oczy rzucały się też tępe i postrzępione boki ostrza. Chwytność również pozostawiała wiele do życzenia. Rękojeść była niezwykle śliska. Gdyby tego było mało, była w kształcie stożka, który im bliżej kingi, tym był szerszy. Uwierzcie. Ciężko jest chwycić coś takiego w zęby. Mimo wszystko nie miałem co narzekać. No dobra. Miałem. Zmuszono mnie do proszenie Lindy o pożyczenie broni. I to jeszcze takiego badziewia. Kto widział takie cuda? To wszystko przez tego Khonkha. Tchórza. Tępaka. Jak władca mógł ulec zdaniu innych, gdy nawet nie protestowali. Ani trochę oporu! Chociażby słownego. O przemocy fizycznej nie ma w ogóle co gadać. Czyżby cały klan był upośledzony? Czyżby nikt nie posiadał własnego zdania? Czy nikt nie zauważa ukrytego, pod "dobrymi" działaniami Khonkha, reżimu? Tylko garstka trzyma się własnego zdania, walczy o dobro całości, wolność osobistą. Wszyscy uważaliby to za zło. Gdyby się dowiedzieli rzecz jasna. Inaczej ciężko by było myśleć coś o czymś, o czym się nie wie. Frakcja. Jednoczyła wszystkich tych, którzy nie byli "dobrzy" tylko z pozoru. Wręcz przeciwnie. Wszyscy którzy w niej byli, wydawałoby się agresorzy i ci źli, trzymali z tymi odpowiednimi. Z tymi, z którymi po przepędzieniu tchórza z tronu, będzie lepiej niż z "dobrymi", pozbawionymi własnej woli sługusami Khonkha. Aron, Grey, Fenrir, Hanken, Tenebris, Yatgaar. Tylko oni zdawali sobie sprawę z ukrytego w działaniach władcy reżimu. Moje rozmyślania przerwał sygnał do ataku. Na rozgrzewkę zaatakowałem stojącego na środku źrebaka na koślawych nogach. Widocznie Stado Hańby uciekało się już do wykorzystywania źrebaków w wojsku. Co za pech. Uśmiechnąłem się szyderczo. Już po chwili koń leżał na ziemi z przedziurawioną szyją. Poczułem jak z tyłu zalatuje na mnie jakieś ostrze, więc zrobiłem unik i szybko odwróciłem się o sto osiemdziesiąt stopni. Jakiś rosły ogier próbował pozbawić mnie życia, ale ja bez problemu blokowałem silne ciosy. Nie minęło dużo czasu, a koń już leżał martwy. Ktoś zamachnął się na mnie z boku. Sparowałem cios. Zaskoczony przeciwnik wypuścił broń, która pchana siłą mojej wbiła się w jego pierś z oczywistymi skutkami. Zobaczyłem jakieś źrebię, które szarżowało na mnie z krzaków.
-Zabiłeś moją matkę! - krzyczało.
-Bywa - syknąłem. Zamachnąłem się, a następnie z całej siły dałem maluchowi tarczą w łeb. Ten zatoczył się i upadł. Żył, ale nie ruszał się. Skorzystałem z okazji i naciskając przednimi nogami na jego łeb, roztrzaskałem mu czaszkę. Podniosłem wzrok. Dezerterzy uciekali i nie został już nikt. Tylko jakiś koń patrzył na mnie w obawie, widząc co zrobiłem z maluchem. Chyba można uznać trening za zaliczony. Było łatwo, ale zawsze coś. Za to jutro będzie coś dużo trudniejszego.
CDN.

PS. +700 słów

6.03.2018

Od Bush Brave'a - "Koń zamiast orła" Seria treningowa #2

Do walki nie wystarczy sama zwinność. Bardzo ważną rzeczą jest również technika. To ona była moim najsłabszym punktem. Siła, wytrzymałość, kamuflaż, szybkość. Tym cechom nie można było odmówić przydatności, jednakże nie były one u mnie, aż tak słabo dopracowane jak technika. No kto by się spodziewał. Na co ona komuś, kto nigdy nie chce wpasować się w resztę i zawsze
szuka innego rozwiązania. Tak myślałem do teraz, ale gdy przyszło co do czego, zdałem sobie sprawę jaka jest potrzebna do zwyciężania w walce. Jak najlepiej poćwiczyć technikę? Walcząc. A jak najlepiej walczyć? Z kimś. Na razie nie zapowiadało się na żadne starcie, czy nic w tym rodzaju, więc została pozorowana walka z członkami klanu. Ten sztywniak, Khonkh, nie pozwoliłby na żadne potyczki, więc czy pozostało coś oprócz męczenia Tenebris? Chyba nic. Widziałem, że niedawno kierowała się do lasku, a właściwie zagajnika, więc postanowiłem również się tam udać.
-Tenebris! - zawołałem gdy przekroczyłem barierę tworzoną przez pierwsze z drzew.
-Yhy? - klacz wyjrzała zza krzaka.
-Co ty robisz? - spytałem zdziwiony.
-Nic, nie ważne - odparła trochę oburzona, jakbym trafił w jej czuły punkt. Tenebris podniosła się z ziemi i podeszła do mnie.
-O co chodzi? - spytała.
-Chodź na trening - ozajmiłem.
-Jaki znowu trening, co ty wygadujesz? - zdziwiła się. - Przecież dzisiaj nie mieliśmy nikogo trenować.
-Nie kogoś, tylko siebie - odparłem.
-Niby jak? - prychnęła - Przywiążemy się do sznurka i zaczniemy się siłować?
-Nie, ale to byłby dobry pomysł. Chodziło mi o pozorowaną walkę, jest wojna, przyda się.
Klacz prychnęła oburzona, ale zgodziła się na trening. Ku mojemu zdziwieniu dorównywała mi umiejętnościami. Dzięki temu można uznać trening za udany.
CDN

5.03.2018

Od Bush Brave'a "Walka z wiatrem" - Seria trenigowa #1 + Trening towarzysza

Ze względu na wojnę klan stacjonował w jednym miejscu. Skoro trwała wojna postanowiłem podszkolić swoje umiejętności bojowe. Zaliczała się do nich zwinność, a mianowicie szybkość reakcji. Zastanawiałem się jak mogę zabrać się za jej doskonalenie, ale nic nie przychodziło mi do głowy. W pewnym momencie poczułem wbicie ostrych pazurów w grzbiet. Mój towarzysz wrócił z jednej ze swoich wędrówek i przysiadł właśnie na moich plecach, aby odpocząć.
-Świetny pomysł staruszku - powiedziałem żartobliwie do Diva. Tak naprawdę nie był jeszcze stary. Przeżył dopiero połowę swojego życia i nie zdziwię się jeśli będzie na tym świecie dłużej niż ja. Przylot orła podsunął mi pewien pomysł. Doskonałym pomysłem na podszkolenie swojej zwinności będzie atak Diva. Brzmi to trochę dziwnie i niedorzecznie, ale zawsze jakiś pomysł. Polegałoby to na tym, że mój towarzysz zacząłby spuszczać na mnie serię szybkich ataków jak na przykład dziobanie czy pikowanie. Moim zadaniem byłoby uniknięcie ciosów. Jednak w pierwszej kolejności trzeba by nauczyć go prawidłowo reagować na moje komendy do pozorowanego ataku. Zacząłem zastanawiać się nad, z pozoru, nieważną rzeczą, a dokładniej nazwą. Musiała być krótka. Jedno słowo, maksymalnie dwie sylaby. Atak? Nie, to brzmi zbyt dosłownie. Pozór? Wstydziłbym się to wymawiać. Walka? Nie brzmi zbyt dobrze. Może As? Chyba się nadaje, bo nikt nie domyśli się o co mi chodzi. Krótkie, dźwięczne, słowo nawet fajne. Niech będzie "as". Dałem Divo'wi sygnał, aby ze mnie zszedł, a następnie rzuciłem się na niego w pozorowanym ataku powtarzając komendę. Orzeł szybko domyślił się, że nie chcę go skrzywdzić, więc zaczął na mnie nacierać, nie robiąc mi jednak nic złego. 
-Pas - krzyknąłem po czym zatrzymałem się. Nie była to może zbyt efektowna nazwa, ale Divo zorientował się już co oznacza i nie mogłem jej zmienić. Na dźwięk mojego głosu Divo zatrzymał się i ,tym razem łagodniej, przysiadł mi na zadzie. Dałem mu chwilkę na analizę informacji po czym znowu użyłem głosu.
-As - zakomenderowałem. Divo wzleciał w powietrze i zaczął się trening.
CDN

5.03.2018

Od Bush Brave'a "Liściki miłosne" Misja #13

Po dzisiejszym pojedynku byłem bardzo zmęczony. Zostałem mocno zraniony w plecy, a upływ krwi dodatkowo potęgował wyczerpanie. Zdołałem ewakuować się z pola bitwy i zostałem prowizorycznie opatrzony, ale przeżycia robiły swoje. Pozwoliłem, więc sobie zdrzemnąć się w strefie, do której atak nie miał szans dotrzeć.
Kiedy się obudziłem wszyscy byli już w naszej "siedzibie". Widocznie byłem na tyle wyczerpany, że nie zdążyłem zarejestrować momentu, w którym wrócili. Podniosłem się na nogi. Z mojej grzywy wypadł jakiś zwitek. Schyliłem się, ale poczułem przeszywający ból w prawym boku. No tak. Rana. Sięgnąłem po przedmiot, tym razem ostrożniej. Rozwinąłem go. Ku mojemu zdziwieniu był zapisany. Zabrałem się za próbę odczytania go.
Póki gwiazdy są na niebie
Póki słońce jest na niebie
Moja miłość trwa do ciebie
Moje serce rwie do ciebie
Tajemicza wielbicielka♥♥♥
Pismo było ładne, więc nie miałem problemów z rozszyfrowaniem wiadomości. Zdenerwowałem się. Kto mógłby mi to podrzucić? Jestem już za stary na wierszyki miłosne. Zdecydowanie to nie była moja bajka. Prychnąłem wyrażając swoją złość i podarłem liścik rozrzucając go wszędzie gdzie było to możliwe. 
***
Następnego dnia doszło do kolejnego starcia. Chciałem pójść z resztą i zacząć walczyć, ale nie pozwolono mi. Nie chciałem się poddać, ale w końcu udobruchali mnie tym, że w razie dostania się tu wroga, będę mógł go unieszkodliwić. Mimo wszystko nie byłem w nastroju. Poszedłem po swoją tarczę. Gdy ją podnosiłem, zauważyłem, że coś wetknięte jest za uchwyt. Był to kolejny zwitek. Postanowiłem odczytać zawartą na nim wiadomość.
Kiedy raz na ciebie spojrzę
Moje serce się raduje
Boskie piękno w tobie dojrzę
Gdy me serce wyśpiewuje
Kocham cię mój ukochany
Czy jest duchota czy też mróz
Kocham cię mój uwielbiany
Przy ptaków śpiewie i beku kóz
Zakochana w twej piękności♥♥♥
Tylko nie to. Znowu jakieś głupie wierszyki niegodne najgorszego poety. Skąd niby miałaby wziąć się tu koza? Nie mam zielonego pojęcia. Autor liściku chyba był chory umysłowo. I widocznie miał za mało problemów. Jeśli szukał następnych, nie ma problemu, dostarczę mu ich. A raczej jej. Ogier raczej nie mógł być zakochana. Raczej. Chyba, że jest homoseksualistom. 
-Aaa! - rozmyślania przerwał mi krzyk źrebaka, chyba Mindy. 
Chwyciłem tarczę i pobiegłem w tamtą stronę. Zobaczyłem jakiegoś ogiera mierzącego toporkiem w klaczkę. Nie zastanawiając się długo natarłem na wroga. Musiał obejść naszych bokiem. Jednak dobrze, że tu zostałem. Po szybkiej walce, w dużej mierze za sprawą elementu zaskoczenia, pokonałem przeciwnika. Niestety w mojej tarczy widoczne było dosyć głębokie wgłębienie. Mindy zaczęła mi dziękować, ale ja zignorowałem ją. Udałem się w stronę reszty. 
Kiedy wszyscy wrócili z walki, poprosiłem płatnerza, aby zrobił coś z moją tarczą. Hanken niechętnie, ale zabrał się do roboty. Odszedłem, aby został sam na sam ze swoją robotą.
Gdybym miała żyć u ludzi
A ty miałbyś być bezpieczny
Radość mego serca budzi
Przymus wcale nie konieczny
Poszłabym tam bez wahania
Bylebyś mógł być wśród swoich
Wkładam wszystkie swe starania
Boś miłością oczu moich
Zapatrzona w twą osobę ♥♥♥
Co się znowu dzieje do jasnej cho*ery! Czyżby się na mnie uwzieli! Patrzyłem na kolejny zwitek z miłosną wiadomością. Po raz kolejny znajdował się w tarczy. Nie, nie mogę się z nią rozstawać. Znowu będą mnie męczyli. Męczyli, męczyły, męczyła, męczył, męczyło. Nie robi mi to różnicy Byle wreszcie skończyły się te cho*erne wiadomości! 
-Co się stało? - spytała Tenebris, widząc moją minę.
-Nic się nie stało! - krzyknąłem wściekle. - Nic oprócz tego, że ktoś mnie zamęcza jakąś stertą nic nie wartych miłosnych liścików! Co za pomysł, żeby wymyślać wiersze!? - mój głos przypominał teraz warczenie. Zastanawiałem się jak to brzmi - Ukatrupię jak się dowiem kto to!
-Nie ukatrup przypadkiem siebie. Tak się składa, że jakaś bułana klacz, nigdy jej wcześniej nie widziałam, dała mi to i kazała mi to doręczyć do ciebie - Tenebris podała mi kolejny zwitek. Nie chciałem robić z siebie durnia, więc przeczytałem jego zawartość
Bush Brave'ie mój ukochany
Gdybym miała stracić ciebie
Odniosłabym wszelkie rany
Byle byś nie pognił w glebie
Nawet jeśli mnie pobijesz
To ja przyjmę to z miłością
Mej miłości nie zabijesz
Widzieć ciebie mą radością
Ta, która nie potrafi żyć bez ciebie ♥♥♥
Byle bym nie pognił w glebie? Niech autor tych listów ucieka, bo zaraz jego spotka taki los. Jak widać ktoś, kto za tym stoi, wiedział, że jestem zły. Niech uwierzy. Z chęcią go pobije, a może nawet zabiję. A wtedy nawet ta bzdurna "miłość" nie przetrwa. Miłość w ogóle nie istnieje. To tylko wybryk umysłu, przez który jedna strona chodzi wpatrzona w tą, która ją wykorzystuje. To wszystko nie ma celu. Ta "miłość" to jeden wielki bezsens, wymysł duszy, która musi uzasadnić sobie jakoś bezczelne wpatrzenie w drugą osobę. 
-Brave, coś nie tak? - spytała zaniepokojona Tenebris.
-Jak widzisz wszystko okej - odparłem ironicznie i oddaliłem się.
-Wszyscy na stanowiska! Szykują się do ataku! - ktoś zaczął krzyczeć i powtarzał te treść kilka razy. Wszyscy, nie wyłączając mnie, w ustalonej wcześniej formacji, wybiegli do przodu na kolejny dziś pojedynek. Tym razem nikt nie zdoła mnie powstrzymać. Walczyłem zawzięcie, a adrenalina nie pozwalała mi zwracać uwagi na ból. Zabiłem już tarantowatą klacz i szykowałem się do starcia z jakimś fryzem. Właśnie zadawałem mu ostateczny cios, gdy poczułem uderzenie w tył głowy. Straciłem przytomność.
Nadajesz sens memu życiu

Ty jesteś skarbem mym pięknym
Radujesz mnie w samym byciu
W samym kroku twym tak wdzięcznym
Umierać mogłabym bez ciebie
Nadajesz barw życiu memu
Bardzo chcę ujawnić siebie
Nie robić więcej problemu
Ta, którą cieszy twój widok ♥♥♥
Kolejna wiadomość wetknięta była w mój opatrunek. Miałem zamiar wyrzucić ją i podrzeć, ale moją uwagę przyciągnął jeden z wersów. "
Bardzo chcę ujawnić siebie". Skoro mogłem zdemaskować autora liścików, postanowiłem poczekać na jeszcze jedną wiadomość. Jeśli rzeczywiście się uda, to ukatrupię tego kto za tym stał. Tyle miłych słówek, było wręcz odwrotnością miłości. Tylko głupi podryw i rzucanie słów na wiatr. Na moim pysku zagościł szyderczy uśmiech. Niedługo rozprawie się z "tą, którą cieszy mój widok" raz na zawsze. Wystarczy tylko poczekać.
Spotkajmy się o poranku
W samym środku lasu
Przyjdź mój luby baranku
Nie ma już tak dużo czasu
Czekam tam już niecierpliwie
Chcę już z tobą porozmawiać
Biegnę na miejsce skwapliwie
Pragnę cię już oczarować
Ta, która czeka z niecierpliwością ♥♥♥
Nie myliłem się. Kolejny zwitek dotarł do mnie bardzo szybko. Gdy wciąż lekko zamroczony, po uderzeniu w potylicę zdrzemnąłem się, dotarła do mnie kolejna wiadomość. Niedługo zginiesz, "ta, która czekasz z niecierpliwością". "Pognijesz w glebie", a twa miłość umrze razem z tobą. Warto było się tak zamęczać? Tylko jeszcze poczekać do jutra rana. Wtedy położę kres wszystkim moim cierpieniom. Zaśmiałem się pod nosem. 
***
Następnego dnia, wstałem skoro świt i udałem się do lasku. Na ziemi leżał martwy soból pozbawiony nóg z przyczepionym liścikiem.
Dałeś się nabrać stary baranie. Nikt cię nie, kocha, ale twoje miny były bezcenne. Było warto.
"Kochająca" Tenebris ♥♥♥
Nogi zatrzęsły się pode mną ze złości. Jak mogła! Jeszcze udawała, że jakaś bułana klacz dała jej liścik o beznadziejnej treści. Nie wiedziałem, że klacz jest zdolna do pisania tak beznadzjnych słów. 
-Tenebris!!! Zabiję!!! - ryknąłem budząc chyba cały klan. Byłem zły. Mało powiedziane. Wściekły. Niestety moja wychowanka należała do klanu. W przeciwnym razie zabiłbym ją z zimną krwią. Ale niech tylko poczeka. Wybiegłem z lasu niczym rozjuszony byk. Smarkula. Pożałuje tego. 
KONIEC
Zaliczona.
PS. Równiutkie 1200 słów. 

27.02.2018

Od Bush Brave'a "Sabotaż. Dowódca morderców" Cz. II

-Idziesz ze mną - powiedziałem do Tenebris.
-Gdzie? - spytała zdziwiona.
-Na misję - zaśmiałem się. 
-Na misję powiadasz? W takim razie się zgadzam - klacz uśmiechnęła się chytrze.
-Naszym celem jest zamordowanie jakiegoś ważnego dowódcy o imieniu Arbitrantes. Z opisu tego śmiecia, Khonkha, oraz jego lizusów wynika, że jest on siwy, nie ma sierści na jednej nodze, nie ma prawego oka, a na lewym ma bliznę. To wszystko co wiem - zakończyłem.
-Starczy? - zawahała się Tenebris.
-Myślę że tak. W końcu to dosyć jasne znaki - uśmiechnąłem się zachęcająco.
-Dobrze, kiedy ruszamy? - dopytywała się.
-Jak najszybciej, czyli teraz - zaśmiałem się. - Chodź.
Klacz kiwnęła głową i również się uśmiechnęła. W końcu ruszyliśmy w stronę Stada Hańby. Przebywali obecnie w Zhańbionym Lesie . Tak przynajmniej nazwałem niewielki zadrzewiony obszar, na którym stacjonowało wrogie stado. Nie wydawało mi się trudnym, dostanie się do wewnątrz ich siedziby. Kilkakrotnie wysyłałem Diva na zwiad. Dzięki niemu wiedziałem, którędy można dostać się do środka omijając straże. Polegało to mniej więcej na tym, że narysowałem na ziemi sporawy prostokąt, a orzeł, wiem że brzmi to nieprawdopodobnie, dziobem oznaczał pilnowane miejsca. Takim sposobem wiedziałem, jak ominąć "zabezpieczenia".
Podeszliśmy pod duże głazy pod samym lasem i kryjąc się za nimi przed wzrokiem pilnujących, przekroczyliśmy barierę drzew i znaleźliśmy się wewnątrz bazy.
-Tenebris - szepnąłem tak, żeby nikt nas nie usłyszał. - Ty zabij tego Arbitruntususa, czy jak my tam było, a ja zrobię co innego. Bez dyskusji. Spotkamy się przy głazach- rzekłem stanowczym, ale cichym tonem. Klacz spojrzała się na mnie  trochę zmartwiona, ale szybko odwróciła się i, wciąż kryjąc się w gąszczu, odeszła. Sam podkradłem się do miejsca, w którym trzymane były zapasy. Jak się spodziewałem groty pilnował strażnik. Prychnąłem cicho. I doczekałem się. Koń ruszył ostrożnie w moją stronę. Kiedy był wystarczająco blisko, zatopiłem grot sztyletu, aż po samą rękojeść, w szyi wroga. Ukryłem zwłoki w krzakach. I po problemie. Następnie szybkim, ale ostrożnym i niedosłyszalnym krokiem wszedłem do jaskini. Jak się okazało była płytka i pusta. Na końcu leżały worki z żywnością i bronią. No. Czas na mały sabotaż. Wziąłem pakunki i otwierając je rozrzuciłem, oczywiście osobno z zawartością, po krzakach. Już miałem wracać, ale zobaczyłem jego. Cutdown. Mój ojciec. On musiał być dowódcą. Musiało tak być. Wziąłem sztylet i bez zastanowienia rzuciłem nim w ogiera. Padł.
CD w opowiadaniach wojennych od Tenebris

W opowiadaniu Bush Brave traci swój sztylet

27.02.2018

Od Bush Brave'a "Zlecenie. Dowódca morderców"

-Witaj Khonkhu - patrzyłem dumnie w oczy władcy. - Wzywałeś mnie - przewróciłem oczami. Nie jestem niewolnikiem.
-Zgadza się - ogier zauważył mój gest, ale zignorował go. - Ostatnio szpiedzy donieśli mi, że walką w Stadzie Hańby kierują dwie osoby. Wiadomo mi, że jedną z nich jest Arbitrantes. Z tego co mi wiadomo, a bazuję wyłącznie na informacjach, które przekazali mi szpiedzy, którzy swoją drogą świetnie się spisali, jest to ogier. - przerwał Khonkh.
-Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę, ale nic mi to nie pomoże. Nie jestem Wielkim Bergiem* - prychnąłem z trudem wymawjając imię tego czegoś z tej cholernej religii.
-Daj mi dokończyć - odrzekł spokojnym tonem Khonkh. - Powracając do tematu Arbitrantesa. Szpiedzy donoszą, że to siwy ogier z wyłupanym prawym okiem i z blizną na lewym. Na jednej z nóg nie ma sierści. To tyle ze znaków charakterystycznych, po których mógłbyś go rozpoznać - zakończył ogier.
-A są jakieś inne? - spytałem znudzonym tonem.
-Nie - przyznał się władca.
-No właśnie - po raz kolejny lekceważąco przewróciłem oczami. - No i  co ten Arbitrantes? - spytałem.
-Właśnie, nie zapomniałem ci to wytłumaczyć. Chcę, abyś go zamordował - rzekł bez owijania w bawełnę Khonkh.
-No i na reszcie jakieś konkrety - powiedziałem.
-I jeszcze jedno. Wiesz gdzie oni są? - spytał ogier.
-Jasne. To wszystko?
-Tak.
-Mogę już iść?
-Tak - usłyszałem po raz kolejny.
-Umiesz mówić coś poza "Tak"?
-Tak - na te słowa zaśmiałem się i odszedłem.
Postanowiłem poszukać Tenebris. Lepiej iść na misję w dwójkę niż samemu.
-Tenebris - zawołałem.
-Ta? - klacz przystanęła i spojrzała się w moją stronę.
-Chodź - nakazałem.
-Dlaczego mam cię słuchać? - zaśmiała się moja wychowanka.
-Bo jestem twoim dowódcą - rzekłem. Tenebris niedawno osiągnęła pełnoletniość i wybrała stanowisko wśród morderców, którymi dowodzę.
-Jasne, jasne - klacz prychnęła, ale posłusznie się zbliżyła.
-Idziesz ze mną - powiedziałem.
-Gdzie? - spytała zdziwiona.
-Na misję - zaśmiałem się.
CDN

*Wielki Berg - według wierzeń pomocnik i posłaniec Arota

27.02.2018

Od Bush Brave'a do Marabell "Recepta na zakochanie"

Westchnąłem ciężko. Wojna działała mi na nerwy. Ciągłe przygotowania, a starć zero. Jeśli wojna to tylko szkolenie i krycie się po lasach i górach to bardzo mi przykro, ale nie chcę jej. Nie boję się umrzeć, lecz bezczynność i chowanie się wszędzie tam gdzie się da, to zdecydowanie nie jest moja działka. Dodatkowo te cholerne walentynki. Nie ma to jak święto idiotów. Miłość nie istnieje. To tylko wybryk umysłu, przez który jedna strona chodzi wpatrzona w tą, która ją wykorzystuje. To wszystko nie ma celu. Ta "miłość" to jeden wielki bezsens, wymysł duszy, która musi uzasadnić sobie jakoś bezczelne wpatrzenie w drugą osobę. Jak ja nienawidzę Walentynek. Nie mogę zcierpieć zakochanych. MIŁOŚĆ NIE ISTNIEJE. "Au!" westchnąłem cicho. Poczułem nagle przeszywający ból w zadzie. Odwróciłem się. Nie było nikogo, kto mógłby mnie zranić, ale była ona. Przepiękna gniada klacz, lizuska władcy, znana chyba każdemu Marabell. MIŁOŚĆ JEST, A JA WŁAŚNIE JEJ DOZNAŁEM. Och! Dziękuję ci wielmożny, nieistniejacy Arocie za to objawienie. Czułem się jak w niebie. Cóż za radość patrzeć na nią, osnutą złotymi promieniami zimowego słońca. Czarnogrzywą piękność. Kwiat kwitnący na pustkowiu. Zbawienie. Marabell. Już miałem podejść do jej osoby, ale uświadomiłem sobie, że przez, będące miodem dla moich oczu, oblicze mogę ucierpieć. Nikt nie może się dowiedzieć, że ją kocham. Co by tu zrobić? Zapomnieć? Nie uda się. Mam! To jest myśl! ZABIĆ!
<Marabell? Miłość w wykonaniu szaleńca>
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika