Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą La Vida. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą La Vida. Pokaż wszystkie posty

31.08.2017

La Vida się oźrebiła!

La Vida z Shere Khanem doczekali się aż dwóch źrebaczków, a konkretniej klaczek - powitajmy w Klanie Mroźnej Duszy Lemon Ash i Chiyoko! Gratulacje!

  Chiyoko
Znalezione obrazy dla zapytania smoky black foal
 Lemon Ash
 

31.08.2017

Od La Vidy do Shere Khana (S) - "Poród"

Wieść, że Shere Khan zaakceptował wieść o mojej ciąży, bardzo mnie ucieszyła. Nie tyle zaakceptował, ale też ucieszył się z tej informacji. Rozmawialiśmy chwilę, ale potem zapadła między nami radosna cisza, w której nie było ani krzty napięcia.
- Zdajesz sobie sprawę, że musimy jeszcze przekazać to całemu klanowi?- ogier przerwał panujące między nami milczenie.
Niestety zdawałam sobie z tego sprawę. Wolałabym doczekać porodu w spokoju, bez zbędnego rozgłosu. Ale w końcu mógł się niedługo narodzić przyszły władca.
- Wiem, ale może jeszcze trochę z tym poczekajmy. Nacieszmy się na razie naszym szczęściem we dwoje. Co ty na to? - zaproponowałam.
Miałam wielką nadzieję, że Shere Khan się zgodzi. W końcu do czasu narodzin źrebiąt zostało jeszcze sporo czasu.
- Niech będzie, ty tu rządzisz, moja kochana- odparł mój partner, uśmiechając się do mnie promiennie. Widocznie większość decyzji, apropo ciąży zostawiał mi. W sumie bardzo się cieszyłam, że w dość istotnych sprawach, decyzję pozostawia mi.
- To może wybierzemy jakieś przykładowe imiona?- zasugerował ogier.
W sumie chodziło mi to po głowie zaraz po tym, jak dowiedziałam się, że jestem w ciąży, ale zupełnie o tym zapomniałam, kiedy miałam na głowie mnóstwo innych rzeczy.
-Może wybierzemy dwa dla klaczy i dwa dla ogierów? W końcu możliwe, że urodzą się bliźniaki, więc warto mieć naszykowane imiona na zapas - zaproponowałam. Shere Khan kiwnął twierdząco głową, więc kontynuowałam swoją wypowiedź.
-Niech każdy z nas wymyśli po jednym imieniu dla klaczy i ogiera - powiedziałam - Nie wiem jak ty, ale ja potrzebuję trochę czasu na obmyślenie odpowiedniego imienia. W końcu znalezienie imienia, które spodoba się źrebaczkowi nie jest taką prostą sprawą - rzekłam.
-Masz rację, trzeba podjąć rozsądną decyzję. Jeśli chcesz możemy przedłużyć postój-zaproponował ogier.
-Nie ma mowy-zaoponowałam.-Nie mam zamiaru opóźniać całego stada, tylko dlatego, że momentami źle się czuję. Na takie rzeczy będzie czas później, kiedy termin porodu będzie bliższy.
-Skoro tak uważasz - westchnął mój partner.
***
-Proponuję Lemon Ash dla klaczy oraz Lucky Diamond dla ogiera - powiedziałam, kiedy następnego dnia, podczas wędrówki szłam na czele klanu, obok Shere Khana. - A ty masz już jakieś propozycje? - spytałam.
-Ja proponuję Chiyoko dla klaczy i Horizonth dla ogiera-podał swoje propozycje koń.
-Podobają mi się - uśmiechnęłam się. - Teraz pozostaje ogłosić wiadomość reszcie klanu oraz czekać na poród.
***
Poród był dosyć ciężki. Okazało się, że urodziły się bliźniaki, a dokładniej bliźniaczki, bo oba źrebaczki były płci żeńskiej. Jak to bywa w przypadku bliźniaków, jeden z maluchów urodził się słabszy, ale dzięki Bogu, nie było zagrożone życie któregoś z potomków ani moje. Silniejszą i ciupinkę starszą z rodzeństwa nazwaliśmy Chiyoko, tak jak zaproponował Shere. Druga z sióstr dostała proponowane przeze mnie imię, Lemon Ash. Dwie godziny od rozpoczęcia porodu, na trawce leżały dwa kare źrebaki.
<Shere Khan? Pozwoliłam sobie wybrać imiona męskie, bo i tak nie mają one znaczenia.>

24.08.2017

Od La Vidy - Quest VII

Wszyscy zastanawiali się co teraz będzie. Dziś po południu znaleziono Vikę leżącą na ziemi i oddychającą ciężko. Niedaleko leżały resztki porozrywanego na srzępy Tojada Mocnego. Widocznie jakieś zwierzę  porozrywało tą trującą roślinę i powgniatało ją w trawę. Skąd wiem, że nie Vika poprostu nie zjadła rosnącego sobie spokojnie Tojada? Raczej żaden z członków  sfory nie był by tak niemądry, aby zjadać tak znaną, trującą roślinę. Tym bardziej Vika, która jest medyczką. Wszyscy, a w szczególności Raphael, zamartwiali się o losy klaczy. W ogóle Vika ma pecha. Najpierw utknęła w bagnie, a teraz to. Całe szczęście zostały jeszcze dwa konie, a dokładniej dwie klacze znające się na medycynie. Jedną z nich była zajmująca się tym zawodowo medyczka, Nadira, a drugą nauczycielka medycyny posiadająca prawie taką dużą wiedzę odnośnie leczenia, jak medycy, Hana. Całe szczęście Raphael zapewniał, że pół godziny temu Vika była jeszcze wśród innych koni, a dopiero później wybrała się na spacer. Była to jednocześnie dobra i zła wiadomość. Dobra pod tym względem, że klacz nie mogła leżeć tu długo, a zła dlatego, że trucizna postępowała dosyć szybko. Shere Khan zadecydował, że należy jak najszybciej wysłać dwa konie, aby znaleźć antidotum i uratować Vikę.
-Przed znalezieniem antidotum należy dawać Vice jak najwięcej owoców czarnej porzeczki. Sprawią one, że Vika będzie wypróżniała się częściej, a dzięki temu będzie wydalała większe ilości trucizny. Jesteśmy na szczęście nie daleko gór, więc dostęp do porzeczek  mamy ułatwiony. Proponuję, aby jeden koń pobiegł w góry z sakwą i napełnił ją porzeczkami- wyraziła swoje zdanie Nadira, jako że w przypadku, w którym Vika nie może nic zrobić, klacz jest jedyną medyczką w klanie.
Na poszukiwanie antidotum udała się Hana jako osoba znająca się na medycynie oraz Corakle w roli pomocnika i ochrony. Nadal był poszukiwany chętny na wyprawę po czarne pożeczki. Zgłosiłam się ja. Shere Khan chciał protestować, ale wytłumaczyłam mu, że przecież niedługo wrócę. Wyruszyłam w tym samym czasie co Corakle i Hana. Kiedy stado zniknęło nam z oczu kazałam Hanie się zatrzymać, a ja odprowadziłam Corakle na bok.
-Teraz ty idziesz po czarne porzeczki, a ja zostanę z Haną-powiedziałam prosto z mostu, bez zbędnych wstępów i owijania w bawełnę.
-Nie wiem czy mogę, a poza tym nie zamierzam się wysilać wspinając się po górach-zaoponowała Corakle.
-Po pierwsze, możliwe, że w poszukiwaniu antidotum będziemu musiały wejść jeszcze wyżej, a po drugie nie musisz szukać wszędzie, przecież masz w przeciwieństwie do poszukiwań antidotum, wyznaczony obszar i wygląd rośliny, której masz szukać. Po prostu będziesz szybciej w stadzie-ostatni argument zadziałał znakomicie, bo Corakle przystała na moją propozycję.
-Skoro tak sprawiasz sprawę to zgoda-powiedziała klacz.
Uśmiechnęłam się i wróciłam do Hany. Ta zaniepokoiła się trochę, ale milczała. Nagle nie wytrzymała i odezwała się.
-Gdzie jest Corakle?-spytała.
-Poszła po porzeczki-odpowiedziałam, ignorując zaniepokojenie widoczne w jej oczach.
-Ale ty miałaś pójść po porzeczki, a ona miała pójść ze mną szukać antidotum- klacz gwałtownie zatrzymała się.
-No cóż, nastąpiła mała zmiana planów-totalnie nie zwracając uwagi na Hanę.
-Ale Shere Khan mówił...-zaczęła, ale nie dałam jej dokończyć.
-Jakoś to mu wytłumaczę, przecież gdybym powiedziała prawdę, w życiu by się nie zgodził-wytłumaczyłam.-Jeśli chcesz to zostań. Ja idę.
Ruszyłam do przodu mając szczerze gdzieś Hanę i jej dąsy. Przynajmniej moim zdaniem klacz marudziła. W końcu jednak nauczycielka ruszyła za mną, bo słyszałam jej ciche kroki.
-A ty wogóle wiesz gdzie szukać?-spytała, lekko zrezygnowana Hana.
-Wiem...-odparłam spokojnie.
Tak naprawdę szłam tylko za przeczuciem, ale nie zamierzałam mówić "nie". Ufałam swojemu instynktowi.
-Może inaczej, wiesz czego szukamy?-drążyła klacz.
-Nie-odparłam cały czas zachowując spokój.
-Jak możesz wiedzieć gdzie szukać, jak nawet nie wiesz czego? Może być to równie dobrze drzewo, a równie dobrze trawa-Hana poraz kolejny usiłowała wytrącić mnie z równowagi.
-Po prostu wiem-odparłam.
-Możesz mi wytłumaczyć co to znaczy "po prostu wiem"?-zadała kolejne pytanie klacz.
-Możesz mi wytłumaczyć czemu jesteś taka irytująca?-krzyknęłam już totalnie wytrącona z równowagi.
Momentalnie zamilkła. Może i na codzień była nawet fajna, ale dzisiaj po prostu nie mogłam wytrzymać jej biadolenia. Szłyśmy spokojnie, a kopyta stukały zderzając się z twardą ziemią. Nie patrzyłam gdzie zmierzamy. Po prostu szłam, omijając przeszkody.
-Chce mi się pić-narzekała Hana.
-To się napij-odrzekłam obojętnie.
-Gdzie?-spytała.
-Skąd mam wiedzieć?-wycedziłam przez zęby.-Myślisz, że mi się nie chce pić, jeść, myślisz, że nie jestem zmęczona? Skoro masz narzekać to zostań. Nie mam zamiaru iść z taką marudą.
Klacz zamilkła momentalnie. Nie spodziewałam się że zamilknie na długo. Rzeczywiście, gdy zaczęliśmy wchodzić na jakąś górę Hana ponownie się odezwała.
-Czy możesz mi wyjaśnić...-zaczęła.
-Nie nie mogę!-zaprzeczyłam.-Zamilcz! Tu chodzi o życie Viki! Jeśli masz narzekać zrzucę cię ze szczytu albo zostawię na pastwę ludziom jeśli jakich kolwiek spotkamy! Ja też mogłabym marudzić, ale tego nie robię!-wypaliłam na jednym wdechu.
Jeśli byłaby taka potrzeba mogłabym spełnić groźby. Powiedziałabym na przykład "Potknęła się i spadła ze szczytu góry" albo "Niestety schwytali ją ludzie. Nie dałam rady nic zrobić". Hana zamilkła wyczuwając moje zdenerwowanie. I słusznie. Przeciwnie mogłoby się to dla niej źle skończyć. Na szczycie stała... ludzka chata. Dokładniej domek buddyjskich mnichów i mała świątynia. Kazałam Hanie schować się niżej, a sama skryłam się w pobliżu chatki. Klacz nie śmiała protestować. Spotkaliśmy ludzi, więc mogłabym spełnić groźbę. Będąc w moim ukryciu podsłuchałam rozmowę ludzi.
-Co się stało?-spytał jeden głos.
-Jeden z mnichów zatruł się Tojadem Mocnym-odparł zatroskany drugi głos.
-Nie martw się, w składziku na drzwiach wisi kilka bukłaków ziołowego naparu. Daj go do picia choremu, a za kilka dni wyzdrowieje.
Już nie słuchałam rozmowy, tylko obserwowałam, gdzie pójdzie mnich. Wyszedł z chaty i skierował się w stronę jakiegoś budynku. Otworzył drzwi i z środka wyjął bukłak z jakimś płynem. Nie czekając poszłam do wrót i korzystając z tego, że są uchylone zabrałam resztę. Wisiały na pentelkach, więc łatwo je złapałam. Wyszłam z butelkami na zewnątrz. Wtedy zauważyli mnie ludzie. Dobiegłam do Hany.
-Uciekajmy!-krzyknęłam.
Kalcz nie myśląc wiele zerwała się do galopu.
***
Kiedy dotarłyśmy do stada Vika nadal leżała i oddychała ciężko, nawet ciężej niż wcześniej, ale całe szczęście żyła. Shere Khan chciał ze mną porozmawiać, ale byłam zbyt zmęczona. Dałam Nadirze bukłaki, powiedziałam, że trzeba wlać to Vice do ust i zadbć, żeby przełknęła. Potem zmęczona padłam na ziemię i usnęłam
***
Po kilku dniach Vika była już zdrowa.
THE END
1017 słów; pierwszy raz w życiu przekroczyłam limit 1000 słów

22.08.2017

La Vida zachodzi w ciążę!

Szczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że La Vida zaszła w ciążę. Serdeczne gratulacje!

♠ Ojciec - Shere Khan, władca KMD Matka - La Vida, kronikarka KMD
♠ Ilość źrebiąt: 2
♠ Data zajścia w ciążę: 22.08.2017 r.
♠ Planowana data porodu: 30.08.2017 r.

22.08.2017

Od La Vidy do Shere Khana (S) -"Wiadomość"

Po skończonym, zresztą niezbyt smacznym posiłku udaliśmy się na krótki spacer. Rozmawialiśmy chwilę, a ja cieszyłam się każdą chwilą spędzoną z Shere Khanem. Wieczorne niebo przykryły chmury, nie dając słońcu przedostać się przez ich grubą, pierzastą warstwę. Mimo, że teraz na świecie zrobiło się buro, cieszyłam chwilą wytchnienia od ostrych promieni słońca, które powinny teraz sprawiać, że czuli byśmy się jak w rozgrzanym piekarniku. Zresztą jak każdego dnia. Shere Khan odpowiadał właśnie na moje pytanie, odnośnie godziny zakończenia postoju, gdy nagle źle się poczułam. Oczy zaszły mi mgłą, a nogi ugięły się pode mną. Po chwili jednak wszystko wróciło do normy. Gdy powiedziałam co się stało Shere Khanowi , ten nalegał abym od razu poszła do medyka. Ja jednak nie zgodziłam się. Przystałam jednak na zakończenie spaceru i powrót do stada. Obawiałam się trochę, że ogier będzie zły, że skróciłam przechadzkę, ale on rozwiał wszystkie moje obawy. Obiecałam mu tylko, że jeśli znowu poczuję się gorzej od razu go o tym powiadomię i natychmiastowo udam się do medyka. Byłam bardzo zmęczona, nawet nie wiem dlaczego. Nigdy zmęczenie nie doskwierało mi tak wcześnie i z taką mocą. Położyłam się niedaleko jeziorka i zamknęłam oczy. Praktycznie natychmiast usnęłam.
***
Następnego dnia obudziłam się dosyć późno. Przyczyną mojego rozbudzenia się było nie co innego jak ból brzucha. Ostrożnie podniosłam się na nogi i podeszłam do stojącego niedaleko i rozmawiającego z Bernardem, Shere Khana. 
-Znowu źle się czuję. - powiedziałam.-Ale nie martw się, już idę do medyka, ty możesz spokojnie dokończyć rozmowę-dodałam widząc, że Shere Khan, chce zakończyć rozmowę z Bernardem i iść ze mną.
Zrobiłam tak jak powiedziałam Shere Khanowi.
***
Kiedy medyk skończył badanie i powiedział mi o co chodzi nie za bardzo chciało mi się wierzyć. Mimo wszystko cieszyłam się z tej informacji. Właśnie szłam do Shere Khana, żeby przekazać mu słowa medyka. Miałam nadzieję, że mój partner również będzie się cieszył.
-Shere...-powiedziałam, gdy doszłam do ogiera pijącego właśnie wodę z jeziorka.-Jestem w ciąży-dokończyłam uśmiechając się delikatnie.
<Shere Khan?>

16.08.2017

Od La Vidy do Shere Khana (S) - "Rozmyślania"

Wyruszyliśmy w drogę jak było w planach, godzinę po pogrzebie. Tym razem od początku szłam na czele, obok Shere Khana. Całe stado milczało. Nie słychać było żadnych rozmów, co było dość niespotykanym zjawiskiem. Postanowiłam, tak jak reszta zająć się rozmyślaniem. Myślałam o swojej historii przed i po dołączeniu do stada.  Urodziłam się gdzieś na wschodzie. Cały czas pamiętam dotyk ciepłego języka mamy, opiekuńcze spojrzenie taty. Pamiętam też ludzi. Ludzi z dziwną machiną, która raniła mnie w nogę, mimo że stałam daleko. Pamiętam jak wbili coś we mnie i sprawili, że straciłam przytomność. Pamiętam jak obudziłam się gdzie indziej. Z mamą, ale oddzielona od taty. Pamiętam jak wszyscy próbowali uciec. Pamiętam rżenie rodziców, którzy zostali u ludzi. Pamiętam tęsknotę, tułaczkę. Wszystko pamiętam i nigdy nic z tego nie zapomnę. Później dorosła, dołączyłam do klanu. Pamiętam pierwszą rozmowę z Shere Khanem, pierwszy dzień w stadzie, Wielkanoc i wiele innych radosnych chwil. Pamiętam też te smutniejsze rzeczy : starcie z ludźmi, ucieczka przed wilkami, utknięcie VIII w bagnie. Całe szczęście przewarzały te dobre wspomnienia. Moje rozmyślania przerwał Shere Khan. Rozmawialiśmy chwilę.
- Cóż, Nicolet odszedł, stało się, nic już tego nie zmieni. Na pewno nie chciałby, żebyśmy się z tego powodu za bardzo smucili- powiedział, na co ja póki wałach głową na znak zgody.
- Gryzie mnie jeszcze jedna rzecz. W końcu on zmarł mniej więcej wtedy, kiedy my zostaliśmy parą. Czuję się z tym tak trochę... niezręcznie? Dziwnie? Sama nie wiem, co o tym myśleć- dodałam ponuro.
- Nie dręcz się tym za bardzo. Przypadek i tyle. Nie rozpamiętujmy przeszłości, tylko skupmy się na naszej wspólnej, świetlanej przyszłości- Shere Khan uśmiechnął się do mnie. Ja odpowiedziałam tym samym. Był to dużo radośniejszy uśmiech niż ten tuż po pogrzebie.
- Masz rację. Nicolet pewnie by chciał, abyśmy cieszyli się naszym szczęściem, a gdyby żył na pewno cieszył by się razem z nami - przyznałam.
<Shere Khan? Nie za bardzo potrafię pisać dialogi>

13.07.2017

Od La Vidy do Shere Khana (S) - "Pogrzeb"

Kiedy wróciliśmy, od razu do Shere Khana przybiegła Vika i odepchnęła mnie na bok. Chciałam burknąć coś, ale zauważyłam, że jest cała zalana łzami. Zaczęła mówić, że umarł jeden z członków stada - Nicolet. Po krótkiej rozmowie zapłakana klacz odeszła.
- Wybacz, przez chwilę spadłaś na dalszy plan. Zaraz wszystkich zwołam i ogłoszę nasze partnerstwo. Potem zajmę się pogrzebem Nicoleta- powiedział Shere Khan, ale ja od razu pokręciłam głową.
- Nie, może lepiej trochę poczekajmy? Teraz to chyba nie najlepszy moment- odparłam.
- Nie ma na co czekać, bo potem nigdy nie nadejdzie dobry moment- odrzekł Shere Khan.
-Nie wydaje mi się dobrym pomysłem ogłoszenie takiej nowiny podczas, żałoby - nadal stawiałam na swoim.
-Oficjalnie żałoba zacznie się po pogrzebie. Ale kiedy już się zacznie, to minie pewnie sporo czasu, nim się zakończy. Lepiej ogłosić to teraz niż za kilka tygodni - ogier również nie dawał za wygraną.
-No dobrze. Ale nie oczekuj, że inni będą jakoś wielce okazywać swą radość. Większość członków jest pewnie bardzo poruszona śmiercią Nicoleta - uległam wreszcie.
Nie daleko przechadzał się Bernard. Shere Khan powiedział mu, żeby zwołał wszystkich członków. Po kilku minutach cały klan zgromadził się w jednym miejscu. Niektórzy, tak jak Vika, byli zalani łzami, a inni, w tym Corakle, byli jedynie ponurzy. Shere Khan ogłosił, trzy rzeczy. Po pierwsze to, że stałam się jego partnerką. Tak jak się spodziewałam, wszyscy byli poruszeni śmiercią Nicoleta i jedynie uśmiechnęli się na tą wiadomość. Po chwili przeszedł do drugiej informacji.
-Jak już z pewnością wiecie wczorajszego dnia pożegnaliśmy Nicoleta. Był on wspaniałym koniem. Jutrzejszego dnia, w południe odbędzie się jego pogrzeb. Raphaela, Bernarda i Amigo prosiłbym o przyjście do mnie, kiedy wszyscy się rozejdą. Konie, które będą chętne, proszę o przygotowanie kwiatów.
Poczekał chwilę, aż wszyscy zapamiętają.
-Godzinę po pogrzebie Nicoleta wyruszamy w dalszą wędrówkę.
Wszyscy rozeszli się. Zostali tylko Raphael, Bernard i Amigo. Ja odeszłam na bok, aby zjeść trochę trawy. Po chwili poszłam do znajdującego się niedaleko strumienia. Napiłam się. Zauważyłam, że po przeciwnej stronie rośnie trochę kwiatów Orlika. Zerwałam ich trochę i związałam kilkoma źdźbłami dłuższych traw. Z bukiecikiem wróciłam do reszty stada. Gdyby nie to, że miałam kwiaty pod nosem, nie pofatygowałabym się o poszukiwaniu kwiatów, na pogrzeb.
~~~
Kolejnego ranka obudziłam się, jako ostatnia. Słońce prażyło już mocno. Poszłam przejść się po okolicy. Zauważyłam Bernarda, Raphaela i Amigo grzebiących kopytami w ziemi, najwyraźniej kopiących grób. Obok nich zauważyłam całkiem sporawą kupkę ziemi. Widocznie Shere Khan zlecił im to zadanie.
~~~
W południe wokół grobu zgromadzili się wszyscy członkowie stada. Na początku ceremonii Shere Khan rozpoczął przemowę.
-Zgromadziliśmy się tu dziś ze znanego wszystkim powodu. Dwa dni temu z naszego stada odszedł Nicolet. Był on w klanie najdłużej z nas wszystkich. Podczas całej swojej przynależności do stada zdobył sobie wielki szacunek. Był on silnym koniem, ale został pokonany przez siłę, której nikt nie może się przeciwstawić - śmierć. Powinien być on wzorem dla nas wszystkich. Śmierć Nicoleta była dla nas wszystkich ogromnym ciosem. Niech na zawsze pozostanie w naszej pamięci.
Następnie przyszli Amigo i Raphael niosący związanych ze sobą kilka pni, na których leżało ciało Nicoleta i kwiaty. Konstrukcja miała symulować trumnę. Bo z czego zrobić prawdziwą trumnę na środku stepu? Następnie konie włożyły wszy do wykopanego grobu. Następnie Amigo, Raphael i Bernard zakopali grób, tak aby powstała mała górka. Potem z kamieni został ułożony napis Ś.P. NICOLET.
<Shere Khan? Mam nadzieję, że pogrzeb zrobiłam dobry XD>

12.07.2017

Shere Khan i La Vida zawierają partnerstwo!

Tak oto wyczekiwana miłość połączyła tych dwoje więzem partnerstwa, władcę Klanu Mroźniej Duszy, chłodnego Shere Khana i upartą kronikarkę La Vidę, i pozwoliła wreszcie wypłynąć uczuciom na wierzch (oj, się naczekałamXD)! Gratulujemy i życzymy szczęśliwego małżeństwa!
PS Tym samym La Vida zostaje pierwszą partnerką władcy i dostaje się do monarchii:)

12.07.2017

Od La Vidy do Shere Khana (S) - ,,Decyzja"

Kilka dni z rzędu klan nie wędrował. Shere Khan tłumaczył mi, że wszyscy, którzy ucierpieli podczas ataku ludzi muszą dojść do zdrowia. Ja jednak nie do końca mu wierzyłam. W końcu to JA zostałam najbardziej ranna, JA zdrowiałam najdłużej i to JA opóźniałam wyruszenie w dalszą drogę. Nie odzywałam się jednak, by jeszcze bardziej się nie podburzać. Codziennie wybierałam się z Shere Khanem na spacery. Stopniowo były one coraz dłuższe. Po kilku dniach pokonaliśmy już całkiem spory dystans.
- Chyba zanosi się na ulewę- powiedział Shere Khan.
Spojrzałam na niebo. Rzeczywiście. Na niebie przed nami widać było ciemne chmury zbliżające się w stronę stada.
- Na to wygląda. W takim razie nie ma na co czekać, wracajmy- odparłam.
Zawróciliśmy, więc i szybkim stępem ruszyliśmy w stronę klanu. Niestety, nim dotarliśmy do reszty stada, zaczęło padać. Z początku lekko, ale po chwili wszędzie zrobiło się biało od kropelek wody. Padało z taką siłą, że wydawało się, że to nie deszcz uderza o nasze grzbiety, lecz ktoś sypie w nas żwirem z całych sił. Niedaleko dostrzegliśmy kilka drzew i udaliśmy się w tamtą stronę. Nie staliśmy tam długo, a już przemokliśmy do suchej nitki. Zwróciłam się zadem do wiatru i pochyliłam głowę. Dawało to minimalną ochronę przed kroplami deszczu. Przed chwilą było gorąco, a teraz leje jak z cebra.
- Mongolia jest taka zaskakująca pod względem pogody- westchnęłam cicho.
- Co racja, to racja- odparł ogier.
Staliśmy pod drzewami jeszcze przez jakiś czas, ciesząc się minimalną ochroną dawaną przez drzewa. W końcu ulewa zelżała. Przeczekaliśmy chwilę, ale deszcz nie wzbierał na sile. Postanowiliśmy wrócić do stada. Szliśmy w ciszy. Słyszałam jedynie odgłos kropel uderzających o moje ciało.
- Wiesz, La Vido, jutro wyruszamy z powrotem na wędrówkę. I jeszcze za nim wyruszymy, chciałbym ci się o coś zapytać.
- Tak?- odwróciłam głowę, aby objąć Shere Khana wzrokiem.
- Chciałabyś może... zostać moją partnerką?
Cały świat się zatrzymał. Owady przestały brzęczeć, drzewa przestały szumieć deszcz przestał kapać, nawet wiatr przestał wiać. Przynajmniej takie miałam wrażenie. Miałam nadzieję, że wkrótce Shere Khan zada to pytanie, ale i tak byłam kompletnie zaskoczona. Myślałam, że musi minąć jeszcze trochę czasu. W tym momencie ludzie zaczęliby się całować,  a przynajmniej złapali by się za ręce. My, ze względów oczywistych, nie mogliśmy tego zrobić.
-Tak - odparłam.
Starałam się, aby mój głos był spokojny i opanowany.
-Ja... Ja nie wiem co powiedzieć - ledwo udało mi się wydusić z zaciśniętego gardła te kilka słów.
I naprawdę nie wiedziałam co powiedzieć, co zrobić. Po prostu zbliżyłam się do Shere Khana i przytuliłam się do niego.
<Shere Khan? Nie jestem dobra w pisaniu takich rzeczy XD>

29.06.2017

Od La Vidy do Shere Khana (S) - "Pustynia"

Ciemność. Długi czas byłą  tylko ciemność. Czułam się jak w pułapce. Żadnych krat, łańcuchów tylko nicość. Miałam wrażenie, że spadam, spadam i nie mogę spaść. Nie było żadnej ziemi, nie było niczego. Dosłownie pustka. Nagle zobaczyłam światło. Byłam na pustyni. Przede mną sucha, spękana ziemia. Tylko co jakiś czas sterty kamieni. Ruszyłam przed siebie. Choć postawiłam tylko kilka kroków, już miałam wrażenie, że płonę. Miałam wrażenie, że zamiast przełyku mam wyschnięte koryto rzeki, w którym powinna płynąć woda, a jednak jest wyschnięte. Po długiej wędrówce dotarłam do oazy. Stawiałam chwiejne kroki w stronę wodopoju. Weszłam w krzaki. Miałam już krok do wodopoju, ale zabrakło mi sił. Padłam na ziemię. Niby dookoła pełno krzaków, a jednak nie mogę ich ruszyć. Ciernie tylko zaszkodziłyby mi. Wyciągnęłam szyję, język, ale brakowało mi dosłownie dziesięciu centymetrów. Usiłowałam przesunąć się, ale odpowiedział mi tylko palący ból. Ból nogi. Ale zaraz... Skąd on się wziął. Przecież ani się nie przewróciłam, ani nie uderzyłam. Zamknęłam oczy, ale zaraz je otworzyłam. Zniknęła woda, zniknęły krzaki. Pojawiły się inne konie. Powoli zaczęłam sobie przypominać co się stało. Zaatakowali mnie ludzie. Kilku zabiłam. Postrzelili mnie w nogę, zranili mnie w bok. Potem ciemność i pustynia. Nagle ujrzałam nad sobą pysk Viki.
-Wody...-zdołałam wychrypieć.
Klacz powiedziała coś, ale ja zamknęłam oczy, nie mogąc wytrzymać słonecznego blasku który raził moje oczy. Otworzyłam je dopiero, gdy postawiono przede mną pojemnik z wodą. Zaczęłam łapczywie pić, gdy kątem oka zobaczyłam jakiegoś konia zbliżającego się w szybkim tempie. Delikatnie przekręciłam głowę. Teraz, gdy widziałam szczegóły, dostrzegłam, że to galopujący w moją stronę Shere Khann.
<Shere Khan? Przepraszam, że tak późno i krótko. Coś ostatnio nie mam weny, a jeszcze to zamieszanie na koniec roku, teraz jeszcze przygotowywania do obozu>

1.06.2017

Od La Vidy do Shere Khana (S) - "Śmierć" +16

Usłyszałam odgłosy kłótni.
- Pójdę sprawdzić, co się tam dzieje- zaoferowałam się.
Nie czekając na odpowiedź Shere Khana, pobiegłam w kierunku, z którego dochodziły głosy.
Zobaczyłam tam Amigo i Iris, sprzeczających się o błahe sprawy. Nagle usłyszałam ludzkie krzyki i huk. Wtem poczułam przeszywający ból w lewej przedniej nodze. Po chwili na mojej szyi zaciskała się już lina. Zobaczyłam, jak Shere Khan biegnie w stronę człowieka, który trzymał mnie. Kopnął go, a człowiek upadł na ziemię. Poczułam, że nacisk liny zelżał. Powróciły wspomnienia. Nagły ból, przerażeni rodzice. Wprawiło mnie to w nieokiełznaną złość. Wpadłam w furię. Bez namysłu rzuciłam się na najbliższego człowieka. Kopnęłam go z całej siły w żebra. Nagle odebrało mu oddech. Złapał się a klatkę piersiową. Zaczął krzyczeć. Po chwili krzyk przerodził się w ciche charczenie. Człowiek usilnie próbował złapać oddech. W końcu wytrzeszczył oczy, które po chwili zaszły mgłą. Nie ruszał się. Nie żył. Zerwałam się do pełnego galopu. Nie bacząc na trzymane przez dwunożnego ostrze, biegłam wprost na niego. Tamten usilnie próbował uciec. Po chwili uderzyłam w niego. Rozległ się trzask łamanych kości. Ludzi było około dziesięciu. Ja położyłam już dwóch. Około pięciu zabiliśmy lub poważnie uszkodziliśmy. Reszta zaczęła uciekać. Przyrządy powodujące huk i ból, wypadły im z rąk. Pobiegłam na jednego z nich i potężnym wierzgnięciem sprawiłam, że obie kończyny dolne i jedna górna stały się niesprawne. Stanęłam na chwilę i od razu przypomniało mi się o bólu w nodze. Stęknęłam cicho. Zaczęłam się wycofywać, gdy nagle poczułam ciepłą krew na boku. Człowiek, którego przed chwilą powaliłam resztkami sił, ranił mnie. Jeszcze wolniej zaczęłam poruszać się w stronę innych. Nagle zrobiło mi się słabo. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. „Czy ja umieram?” -to była ostatnia moja myśl.

***

Usłyszałam krzątaninę. Powoli chciałam wstać, ale noga zaczęła palić mnie żywym ogniem.

<Shere Khan? Myślę, że to taka "pokuta" za brak aktywności XD>

1.05.2017

Od La Vidy do Shere Khana (S) - ,,Wspomnienia"

-Budzimy wszystkich i ruszamy w kierunku... pustyni Gobi- powiedział Shere Khan.
- Pustynia Gobi? Czemu akurat tam?- zdziwiłam się.
W końcu nie na codzień wybiera się trasy przez najbardziej odludne miejsce na znanym mi świecie.
- Tamtejsze warunki sprawiają, że praktycznie nie ma tam ani drapieżników, ani ludzi- odpowiedział ogier nieco zmniejszając moje zdziwienie.
Kiwnęłam głową i pobiegłam w kierunku śpiących spokojnie koni, które mogłyby w krótkim czasie pojąć, że nie mamy szans. A sprawę stawiało w takim świetle to, co posiadali ludzie w ich obozowisku. Można by pomyśleć, skąd ja mogę mieć pojęcie do czego służą ludzkie dziwactwa. Ale takich rzeczy się nie zapomina. Nigdy nie zapomnę rozstania mojej rodziny z wolnością. Wtedy to człowiek trzymając w rękach taki sprzęt zaczął huczeć, jakby z dziwnego przedmiotu wydobywała się seria grzmotów. Podczas jednego z nich dosięgnął mnie jakby niewidzialny bicz, który ranił mnie w nogę. Kiedy noga odmówiła mi posłuszeństwa i ja, mały źrebaczek padłam wyczerpana na ziemię, człowiek podszedł do mnie i jakby wbijając we mnie jakiś długi cierń obraz przed mymi oczami zmienił w czerń. Wtedy poraz pierwszy rozstałam się z wolnością. Nie miałam pojęcia co to jest, ale wiedziałam, że jest to niebezpieczne. Zbliżałam się po kolei do mniejszych grupek śpiących koni, a tam rżałam cicho. Kiedy już wszyscy byli zbudzeni ruszyliśmy we wskazanym kierunku.
< Shere Khan? Przepraszam, że tak krótko i późno>

21.04.2017

Od La Vidy (S) - ,,Wielkanoc"

Wielkanoc zbliżała się wielkimi krokami. Problem w tym, że na środku stepu trudno ją świętować. Gdybym miała możliwość pójścia do rodziny. W sumie teraz klan jest moją rodziną, ale chodziło mi bardziej o biologicznych rodziców, którzy podczas naszego ostatniego spotkania byli w niewoli u ludzi. Gdyby jednak moi bliscy byli by wolni spędziłabym Wielkanoc z nimi. Problem w tym, że gdyby tak było, nigdy nie poznałabym Klanu Mroźnej Duszy. Na dwa dni przed tym wspaniałym dniem znaleźliśmy idealne miejsce na odpoczynek. Było to wzgórze z gęstym jak na te rejony lasem. Niedaleko jego szczytu znajdowało się źródło, które u stóp góry przekształcało się w rzeczkę, która sięgała mi mniej więcej do kolan. Sam zaś szczyt był łagodny, a na samym środku znajdowały się dwie połączone wąskim kanałem jaskinie. Połowa klanu poszła nocować do jednej z grot, a połowa do drugiej. W pierwszej z nich na nocleg miałam zatrzymać się z Shere Khanem, Nicoletem, Bernardem, oczywiście z Raphaelem i Viką. No i z Nadirą. W drugiej jaskini nocowała reszta: Coralake, Monte, Hana, Iris, Tasha i jedyne w naszym klanie, liczne rodzeństwo. Krótko mówiąc Amor, Amigo i Shireen. Całe stado poszło się napić, a później każdy członek klanu udał się na spoczynek do przydzielonej mu groty.
"Jeszcze jeden dzień"
Następnego dnia obudziłam się wcześnie. Wstałam jako pierwsza. Nie trwało to jednak długo. Po chwili zbudził się kolejny członek. raczej członkini. Usłyszałam ciche kroki i po klacz jakimś czasie, obok mnie zmaterializowała się gniada klacz... Jak jej tam było? Hana?
-Hej La Vida- przywitała się.
Znała moje imię... Postanowiłam zaryzykować. Jeśli nie będzie miała na imię Hana to... To wtedy zgonię na, to, że w młodości znałam podobnego konia o tym właśnie imieniu.
-Cześć Hana- klacz skwitowała to szerokim uśmiechem.
Już miałyśmy zacząć rozmawiać, ale klan zaczął się budzić. Wszyscy szykowali się już do drogi, ale Shere Khan oznajmił, że zostajemy tu przez całą Wielkanoc. Kiedy wszyscy zjedli śniadanie, czyli soczystą trawę, której tutaj było pełno, zaczęto rozdzielać role. Iris i Amigo w towarzystwie Shireen i Corakle poszli oglądać, czy w okolicy jest bezpiecznie. Dwie ostatnie poszły jako ochrona. Kto wie jakie niebezpieczeństwo może się czaić na stepie. Amor, Tasha, Nadira, Vika i Hana, jako konie znające się na ziołach i medycynie, zostali wysłani na poszukiwanie smacznych, a za razem zdrowych roślin, które mogłyby nadawać się na wielkanocny stół. Shere Khan obserwował przebieg prac i wraz z Raphaelem, Bernardem, Nicoletem, Monte i mną szukaliśmy kamieni odpowiednich, aby zrobić z nich coś w rodzaju skrytki na znalezione zioła. Ja co jakiś czas zapisywałam przebieg przygotowań w kronice klanu. Tak minął czas aż do wieczora. Wtedy zwiadowcy wrócili z informacją,że w okolicy jest bezpiecznie. Kiedy posilili się udaliśmy się do jaskiń na spoczynek.
"Wielkanoc"
Całe stado obudziło się wcześnie. Wszyscy wyszli z jaskiń. Od razu w jednej z nich wyłożono rośliny ze schowka, których było naprawdę mnóstwo. Nie wiedziałam, że w Mongolii można ich tyle znaleźć. Po posiłku wszyscy udali się na odpoczynek do jaskini. Do jednej, ale zostało dużo miejsca. Potem zorganizowano małe wyścigi i inne klanowe zawody, w których sędziował Monte. Co prawda nie był sędzią sportowym, ale z chęcią się zgodził. Cały dzień spędzony był radośnie. Zostaliśmy na wzgórzu jeszcze jeden dzień.

21.04.2017

Od La Vidy do Shere Khana (S) - ,,Bez problemów"

Przed nami na brzegu stało kilka. Choć było ich dużo więcej niż kilka. Część z nich kąpała się w rzece jakby była ich własnością. Może to były ich tereny? Ale kto to wie? Stada zatrzymały się w dość dużej odległości. Z drugiego klanu wyszła klacz o... Dereszowatej? Chyba tak. A więc o dereszowatej sierści. Za nią wyszedł kary ogier. Położyłam uszy po sobie. Shere Khan zauważył to, ale nie zareagował. On również poszedł w stronę przywódczyni drugiego stada. Chciałam ruszyć za nim, aby udawać jego ochronę. Tamta klacz może ją mieć. Dlaczego więc Shere Khan nie mógłby jej posiadać? Ogier jednak obserwował mnie kątem oka, więc postanowiłam nie ruszać się z miejsca. No i udawać obrońcę na odległość. To przynajmniej chciałam przekazać obcym położonymi po sobie uszami i ukazującymi wielką złość oczami. Dwaj przywódcy zaczęli między sobą rozmawiać. Do mnie docierały tylko strzępki słów, bo konwersacja między władcami nie należała do najcichszych, a całe stado stało w dosyć dużej odległości od rozmówców. Po jakimś czasie obie strony zaczęły ukazywać swoją mową ciała, że wynik rozmowy jest pozytywny. Wtedy i ja się uspokoiłam, ale nadal miałam problem z całkowitym rozluźnieniem i uważnie obserwowałam tą drugą. Jak jej było? Ca... Calipso? Nie byłam pewna bo jak już wcześniej wspominałam ani nie mam pamięci do imion, ani nie słyszałam dokładnie wymiany słów. Po chwili Shere Khan odwrócił się i powoli ruszył w stronę naszego klanu. Ledwo powstrzymywałam się przed wypytaniem o wynik rozmowy. Po niedługim czasie klan ruszył w dalszą wędrówkę. Tym razem pogoda była wręcz idealna. Nie lał deszcz i nie było też zbytnich upałów. Nikomu z naszej dwójki nie spieszyło się aby wrócić na początek stada. Panowała między nami krępująca cisza.
- Czyli wracamy teraz na nasze tereny?- mogło zabrzmieć to trochę głupio, ale za wszelką cenę chciałam przerwać milczenie.
- Tak, przeprawimy się na drugi brzeg tej rzeki. Pewnie w ten sam sposób, co poprzednio- odparł Shere Khan.
- Czyli gubiąc Vikę w bagnie? - zaśmiała się.
-Mam nadzieję że tym razem obędzie się bez takiej konieczności - odwzajemniając uśmiech.
Stado zaczęło przeprawiać się rzekę. Tym razem przestraszony Raphael zbliżył się do Viki. Pewnie myślał że teraz za każdym razem klacz będzie wpadać w bagno. Całe szczęście tym razem udało się bez zbędnych kłopotów i nikt nie zaczął tonąć.
< Shere Khan?>

18.04.2017

Od La Vidy do Shere Khana (S) - ,,Ślady"

Wszyscy wytężali wszystkie swoje siły. To znaczy Shere Khan, Raphael i oczywiście ja. Vika jedynie się nie miotała, a zbytnim wysiłkiem to nie było. W końcu nogi Raphaela stanęły na suchej ziemi, więc w wyciąganie mnie było włożone więcej siły. Kiedy i moje nogi dotknęły podłoża Vika migiem znalazła się na ziemi. W tedy Raphael puścił mój ogon, a nieprzygotowany Shere Khan runął na ziemie. Kasztan szybko pobiegł do swojej partnerki. Przy okazji walnął mnie zadem i poleciałam na przywódcę. Oczywiście Raphael nie zrobił tego specjalnie. Po prostu ta jego Vika tak zamieszała mu w głowie, że kiedy pędząc do niej wpadłby w przepaść, tak by był zajęty myśleniem o partnerce, że nie zauważyłby, że spada. W końcu wróciliśmy do stada.
-Tylko jak teraz przejść do jaskini?-zapytał Sherte Khan.
-Niedaleko widziałam suchy pas ziemi. Jedyne co by się mogło stać to wdepnięcie od czasu do czasu w jakąś kałużę. Moglibyśmy przejść tamtędy-podsunęłam.-Tylko trzeba uważać, bo jest wąsko.
-A więc prowadź.
Podkłusowałam do bagna. Od razu dostrzegłam tamtą ścieżkę, więc kłusem wbiegłam na nią. Przekłusowałam na drugą stronę bez najmniejszego problemu. Dopiero wtedy reszta stada ruszyła za mną, nadal trochę przestraszona tym co spotkało Vikę. Pobiegłam do jaskini i przystanęłam. Po chwili podbiegł do mnie Shere Khan. Na ziemi widniały ślady kopyt zrobione najwyżej dzień temu. Na zewnątrz było tylko błoto spowodowane ulewą, a wszelkie ślady zatarte.
-Tu były całkiem niedawno jakieś konie. Całe stado-powiedziałam do ogiera.
Doszła do nas reszta stada. Robiło się już ciemno więc zarządzono postój na całą noc. Dopiero wtedy usłyszałam głos Shere Khana.
< Shere Khan? >

15.04.2017

Od La Vidy do Shere Khana (S)- "Na pomoc"

- Ktoś wejdzie po Vikę, następna osoba złapie ratownika za ogon, potem następna, i będziemy ją wyciągać.
Rozejrzałam się dookoła. Niedaleko zauważyłam suchy pas ziemi przez którego można by się dostać na drugi koniec bagna. Jedyne co by się stało to wdepnięcie od czasu do czasu w jakąś kałużę. Niestety liczyła się każda sekunda, a przejście przez bagno zajęłoby trochę czasu nawet jeśli byśmy się pospieszyli. Lejący się z nieba deszcz sprawiał, że bagno stawało się jeszcze bardziej rzadkie.
-Może być - zgodziłam się niechętnie.
- Dobrze - odparł Raphael spokojnie, ale jego mina mówiła "Wszystko dla mojej Viki, zaraz umrę ze strachu".
Wolałam by mój ogon był ciągnięty przez dwa konie niż abym utopiła trzy. Najchętniej wycofałabym się, ale wyszła bym na tchórza, a poza tym to nie w moim stylu.
-Ja będę druga, będę trzymać Vikę za ogon. - powiedziałam.
Raphael chciał już zaprotestować, ale brutalnie mu przerwałam :
-To ja jestem najlżejsza - podniosłam głos.
Nie czekając na pozwolenie zaczęłam powoli wchodzić w bagno.
<Shere Khan?>

14.04.2017

Od La Vidy do Shere Khana (S) - ,,Bagno"

Poszliśmy z Shere Khanem w cień i zaczęliśmy miłą pogawędkę. Nie minęło dziesięć minut, a już niebo zasnuło mnóstwo chmur. Nie zapowiadało się na deszcz albo co gorsza burzę, więc Shere Khan zdecydował, że możemy wyruszać. Długi czas spędziłam na rozmowach. Gawędziłam głównie z Shere Khanem, ale co jakiś czas zmieniałam słowo z jakimś innym członkiem klanu niż przywódca. Nawet nie pamiętam jak mieli na imię moi rozmówcy, bo nie zwracałam na to zbytniej uwagi. Po kilku godzinach drogi niestety zaczęło świecić słońce, przestał wiać wiatr, zniknęły chmury. Jednym słowem zaczął się niemiłosierny upał. Całe szczęście że znaleźliśmy coś w rodzaju oazy, w której ledwo, ale jednak zmieści się całe stado. Tym razem gorąco było dosyć długo, ale w końcu wyruszyliśmy. Wędrowaliśmy niecałe pół godziny, a już zaczęło lać. Jednak przez długi czas nie było widać schronienia. Wreszcie w oddali zobaczyliśmy wejście do jaskini. Wszyscy się ucieszyli. Jakiś koń nie wytrzymał i zaczął biec galopem w tamtym kierunku. Nie wiedziałam kto to jest, ale jakiś koń krzyknął "Vika!" i już znałam kolejnego członka stada. Nagle Vika zapadła się. Zaczęła się miotać, ale tylko zapadła się głębiej w ziemię.
-Bagno! - krzyknęłam.
< Shere Khan?>

12.04.2017

Od La Vidy do Shere Khana (S) - "Poszukiwania"

- No i co z tego? Czy to znaczy, że nie poradziłabym sobie w terenie? Albo w ostateczności nawet w walce? Zresztą, jakoś nie widzę innych chętnych- powiedziałam lekko urażona.
Każdy kto poznał mnie trochę bliżej wiedział że jestem bardzo uparta. Szczerze mówiąc nie interesowałam się za bardzo stadem. Znałam tylko Shere Khana, Nicoleta i... I chyba nikogo oprócz nich. Często przewijały mi się imiona różnych koni z klanu, ale żebym ja je pamiętała. Teraz poznałam Cor... Coralake. Zastanawiam się po co jej takie długie i trudne imię. Nie mogłaby mieć na imię na przykład Cora. Coralake miała jasną kłodę z brązowymi plamkami. Jej głowa i nogi również były brązowe. Pobiegłam do niej, a po chwili wraz z nią kłusem biegłam do przodu. Minęło sporo czasu nim znalazłyśmy coś w rodzaju lasku umiejscowionego na wzniesieniu. Mimo wredoty Coralake rozmawiało mi się z nią całkiem miło. U podnóża górki znajdowało się źródło. Napiłam się z niego.
-Chodź - zwróciłam się do Coralake.
-Mi nie robi różnicy czy będę tu sama czy ze stadem - odparła z wrednym uśmieszkiem klacz. - Jak ci tak zależy to do nich idź.
Postanowiłam więc wrócić sama. Bez problemu znalazłam klan. Większość podała z nóg. Całe szczęście, że przybliżyli się znacznie do miejsca na odpoczynek.
-Razem z Coralake znalazłyśmy idealne miejsce na wypoczynek- powiedziałam pospiesznie do Shere Khana.
Ktoś mruknął niezadowolony, ale Shere Khan skutecznie go uciszył. Jednym zdaniem wyjaśniłam co się stało z Coralake. Całe stado dostało nowe siły i kłusem ruszyło we wskazanym przeze mnie kierunku. Między mną a Shere Khanem panowała niezręczna cisza.
- Słuchaj, jeśli idzie o wczoraj, to chciałem cię przeprosić- zaczął niepewnie ogier. Chwilę się zastanowiłam o co dokładniej chodzi bo szczerze mówiąc zapomniałam szczegółów.
-Nic się nie stało, mam tylko nadzieję że zobaczyłeś że jak chcę to potrafię - odparłam z uśmiechem, co wyraźnie zdziwiło ogiera.
-Oczywiście - odwzajemnił uśmiech. Byliśmy już na miejscu. Przy źródełku leżała Coralake. Od razu poszłam na wzgórze bo nie miałam już siły. Praktycznie od razu usnęłam.
< Shere Khan?>

11.04.2017

Od La Vidy do Shere Khana (S) - "Nocna wędrówka"

- Nie ma na co czekać, jest jeden, to pewnie gdzieś tam znajduje się cała wataha. Miejmy nadzieję, że tylko on na razie nas wyczuł i nikogo nie poinformował. Musimy obudzić stado. Opuszczamy to miejsce- powiedział Shere Khan
Byłam w lekkim szoku. Przede mną leżał wilk z rozmiażdżoną głową. Z licznych ran na jego ciele lała się krew. Wraz z Shere Khanem jak najszybciej pobiegliśmy w stronę stada. Już po nie więcej niż minucie byliśmy na miejscu.
-Szukamy innego schronienia - powiedział ogier. - W tej okolicy są wilki.
Całe stado wyraźnie się przestraszyło. Niektórzy prawie mdleli ze strachu, ale byli i tacy, którzy ledwo się tym przejęli. Nie minęła chwila, a już każdy członek klanu gotowy był do drogi. Na dworze było już ciemno. Dużo czasu poruszaliśmy się galopem. Od czasu do czasu zwalnialiśmy do kłusa, aby trochę odpocząć. Po godzinie szybkiej wędrówki na horyzoncie nie było widać ani jednego drzewa. Nie zapowiadało się też aby wkrótce ukazało się jakieś schronienie.
< Shere Khan?>

8.04.2017

Od La Vidy do Shere Khana "Zła wróżba" (S)

- Mam nadzieję, że nic się nie stało z tego powodu, iż nie spałam z resztą.
- A dlaczego miałoby się coś stać? Wręcz przeciwnie, to, że tylko ty jedna znalazłaś tę jaskinię dobrze o tobie świadczy. Jesteś spostrzegawcza i za to otrzymałaś nagrodę w postaci osobnej jaskini. Przynajmniej nie czułaś się jak sardynki w puszce- powiedział Shere Khan.
Cieszyłam się że nie sprawiło to problem bo nie chciałam zrobić złego wrażenia w jednym z pierwszych dni od zgody na dołączenie do Klanu Mroźnej Duszy. Udaliśmy się na drobny spacer wokół naszego noclegu aby sprawdzić czy burza wyrządziła jakieś szkody. Rzeczywiście, wokoło leżało mnóstwo połamanych drzew. Wtedy z jaskini w której nocowało stado zaczęły dochodzić odgłosy krzątaniny. Nie śpiesznie udaliśmy się w kierunku noclegu. W przeciwieństwie do mnie wiele koni było niewyspanych z powodu niewygodnych warunków i ścisku.
***
Nie minęło wiele czasu i już zaczęliśmy wędrówkę. Było gorąco jak na początek wiosny. Nawet wiejący z wielką siłą wiatr nie przeszkadzał, bo wiał w tym samym kierunku co szliśmy. Dzięki sprzyjającym warunkom pogodowym wędrówka minęła mi bardzo szybko. Kiedy na niebie powoli pojawiały się oznaki nadchodzącego zachodu słońca trafiliśmy na dolinkę. Rosło tu mnóstwo drzew, a nieopodal płynął niewielkiego rozmiaru strumień. Postanowiono że stado zanocuje w tym miejscu. Chwilę przed pójściem spać usłyszałam szelesty. Udałam się w kierunku z którego dochodziły. Nagle zobaczyłam pod kopytami ślady wilka. Odwróciłam się i pobiegłam w stronę stada.
<Shere Khan? >
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika