
31.08.2017
La Vida się oźrebiła!

31.08.2017
Od La Vidy do Shere Khana (S) - "Poród"
- Zdajesz sobie sprawę, że musimy jeszcze przekazać to całemu klanowi?- ogier przerwał panujące między nami milczenie.
Niestety zdawałam sobie z tego sprawę. Wolałabym doczekać porodu w spokoju, bez zbędnego rozgłosu. Ale w końcu mógł się niedługo narodzić przyszły władca.
- Wiem, ale może jeszcze trochę z tym poczekajmy. Nacieszmy się na razie naszym szczęściem we dwoje. Co ty na to? - zaproponowałam.
Miałam wielką nadzieję, że Shere Khan się zgodzi. W końcu do czasu narodzin źrebiąt zostało jeszcze sporo czasu.
- Niech będzie, ty tu rządzisz, moja kochana- odparł mój partner, uśmiechając się do mnie promiennie. Widocznie większość decyzji, apropo ciąży zostawiał mi. W sumie bardzo się cieszyłam, że w dość istotnych sprawach, decyzję pozostawia mi.
- To może wybierzemy jakieś przykładowe imiona?- zasugerował ogier.
W sumie chodziło mi to po głowie zaraz po tym, jak dowiedziałam się, że jestem w ciąży, ale zupełnie o tym zapomniałam, kiedy miałam na głowie mnóstwo innych rzeczy.
-Może wybierzemy dwa dla klaczy i dwa dla ogierów? W końcu możliwe, że urodzą się bliźniaki, więc warto mieć naszykowane imiona na zapas - zaproponowałam. Shere Khan kiwnął twierdząco głową, więc kontynuowałam swoją wypowiedź.
-Niech każdy z nas wymyśli po jednym imieniu dla klaczy i ogiera - powiedziałam - Nie wiem jak ty, ale ja potrzebuję trochę czasu na obmyślenie odpowiedniego imienia. W końcu znalezienie imienia, które spodoba się źrebaczkowi nie jest taką prostą sprawą - rzekłam.
-Masz rację, trzeba podjąć rozsądną decyzję. Jeśli chcesz możemy przedłużyć postój-zaproponował ogier.
-Nie ma mowy-zaoponowałam.-Nie mam zamiaru opóźniać całego stada, tylko dlatego, że momentami źle się czuję. Na takie rzeczy będzie czas później, kiedy termin porodu będzie bliższy.
-Skoro tak uważasz - westchnął mój partner.
***
-Proponuję Lemon Ash dla klaczy oraz Lucky Diamond dla ogiera - powiedziałam, kiedy następnego dnia, podczas wędrówki szłam na czele klanu, obok Shere Khana. - A ty masz już jakieś propozycje? - spytałam.
-Ja proponuję Chiyoko dla klaczy i Horizonth dla ogiera-podał swoje propozycje koń.
-Podobają mi się - uśmiechnęłam się. - Teraz pozostaje ogłosić wiadomość reszcie klanu oraz czekać na poród.
***
Poród był dosyć ciężki. Okazało się, że urodziły się bliźniaki, a dokładniej bliźniaczki, bo oba źrebaczki były płci żeńskiej. Jak to bywa w przypadku bliźniaków, jeden z maluchów urodził się słabszy, ale dzięki Bogu, nie było zagrożone życie któregoś z potomków ani moje. Silniejszą i ciupinkę starszą z rodzeństwa nazwaliśmy Chiyoko, tak jak zaproponował Shere. Druga z sióstr dostała proponowane przeze mnie imię, Lemon Ash. Dwie godziny od rozpoczęcia porodu, na trawce leżały dwa kare źrebaki.
<Shere Khan? Pozwoliłam sobie wybrać imiona męskie, bo i tak nie mają one znaczenia.>
24.08.2017
Od La Vidy - Quest VII
-Przed znalezieniem antidotum należy dawać Vice jak najwięcej owoców czarnej porzeczki. Sprawią one, że Vika będzie wypróżniała się częściej, a dzięki temu będzie wydalała większe ilości trucizny. Jesteśmy na szczęście nie daleko gór, więc dostęp do porzeczek mamy ułatwiony. Proponuję, aby jeden koń pobiegł w góry z sakwą i napełnił ją porzeczkami- wyraziła swoje zdanie Nadira, jako że w przypadku, w którym Vika nie może nic zrobić, klacz jest jedyną medyczką w klanie.
Na poszukiwanie antidotum udała się Hana jako osoba znająca się na medycynie oraz Corakle w roli pomocnika i ochrony. Nadal był poszukiwany chętny na wyprawę po czarne pożeczki. Zgłosiłam się ja. Shere Khan chciał protestować, ale wytłumaczyłam mu, że przecież niedługo wrócę. Wyruszyłam w tym samym czasie co Corakle i Hana. Kiedy stado zniknęło nam z oczu kazałam Hanie się zatrzymać, a ja odprowadziłam Corakle na bok.
-Teraz ty idziesz po czarne porzeczki, a ja zostanę z Haną-powiedziałam prosto z mostu, bez zbędnych wstępów i owijania w bawełnę.
-Nie wiem czy mogę, a poza tym nie zamierzam się wysilać wspinając się po górach-zaoponowała Corakle.
-Po pierwsze, możliwe, że w poszukiwaniu antidotum będziemu musiały wejść jeszcze wyżej, a po drugie nie musisz szukać wszędzie, przecież masz w przeciwieństwie do poszukiwań antidotum, wyznaczony obszar i wygląd rośliny, której masz szukać. Po prostu będziesz szybciej w stadzie-ostatni argument zadziałał znakomicie, bo Corakle przystała na moją propozycję.
-Skoro tak sprawiasz sprawę to zgoda-powiedziała klacz.
Uśmiechnęłam się i wróciłam do Hany. Ta zaniepokoiła się trochę, ale milczała. Nagle nie wytrzymała i odezwała się.
-Gdzie jest Corakle?-spytała.
-Poszła po porzeczki-odpowiedziałam, ignorując zaniepokojenie widoczne w jej oczach.
-Ale ty miałaś pójść po porzeczki, a ona miała pójść ze mną szukać antidotum- klacz gwałtownie zatrzymała się.
-No cóż, nastąpiła mała zmiana planów-totalnie nie zwracając uwagi na Hanę.
-Ale Shere Khan mówił...-zaczęła, ale nie dałam jej dokończyć.
-Jakoś to mu wytłumaczę, przecież gdybym powiedziała prawdę, w życiu by się nie zgodził-wytłumaczyłam.-Jeśli chcesz to zostań. Ja idę.
Ruszyłam do przodu mając szczerze gdzieś Hanę i jej dąsy. Przynajmniej moim zdaniem klacz marudziła. W końcu jednak nauczycielka ruszyła za mną, bo słyszałam jej ciche kroki.
-A ty wogóle wiesz gdzie szukać?-spytała, lekko zrezygnowana Hana.
-Wiem...-odparłam spokojnie.
Tak naprawdę szłam tylko za przeczuciem, ale nie zamierzałam mówić "nie". Ufałam swojemu instynktowi.
-Może inaczej, wiesz czego szukamy?-drążyła klacz.
-Nie-odparłam cały czas zachowując spokój.
-Jak możesz wiedzieć gdzie szukać, jak nawet nie wiesz czego? Może być to równie dobrze drzewo, a równie dobrze trawa-Hana poraz kolejny usiłowała wytrącić mnie z równowagi.
-Po prostu wiem-odparłam.
-Możesz mi wytłumaczyć co to znaczy "po prostu wiem"?-zadała kolejne pytanie klacz.
-Możesz mi wytłumaczyć czemu jesteś taka irytująca?-krzyknęłam już totalnie wytrącona z równowagi.
Momentalnie zamilkła. Może i na codzień była nawet fajna, ale dzisiaj po prostu nie mogłam wytrzymać jej biadolenia. Szłyśmy spokojnie, a kopyta stukały zderzając się z twardą ziemią. Nie patrzyłam gdzie zmierzamy. Po prostu szłam, omijając przeszkody.
-Chce mi się pić-narzekała Hana.
-To się napij-odrzekłam obojętnie.
-Gdzie?-spytała.
-Skąd mam wiedzieć?-wycedziłam przez zęby.-Myślisz, że mi się nie chce pić, jeść, myślisz, że nie jestem zmęczona? Skoro masz narzekać to zostań. Nie mam zamiaru iść z taką marudą.
Klacz zamilkła momentalnie. Nie spodziewałam się że zamilknie na długo. Rzeczywiście, gdy zaczęliśmy wchodzić na jakąś górę Hana ponownie się odezwała.
-Czy możesz mi wyjaśnić...-zaczęła.
-Nie nie mogę!-zaprzeczyłam.-Zamilcz! Tu chodzi o życie Viki! Jeśli masz narzekać zrzucę cię ze szczytu albo zostawię na pastwę ludziom jeśli jakich kolwiek spotkamy! Ja też mogłabym marudzić, ale tego nie robię!-wypaliłam na jednym wdechu.
Jeśli byłaby taka potrzeba mogłabym spełnić groźby. Powiedziałabym na przykład "Potknęła się i spadła ze szczytu góry" albo "Niestety schwytali ją ludzie. Nie dałam rady nic zrobić". Hana zamilkła wyczuwając moje zdenerwowanie. I słusznie. Przeciwnie mogłoby się to dla niej źle skończyć. Na szczycie stała... ludzka chata. Dokładniej domek buddyjskich mnichów i mała świątynia. Kazałam Hanie schować się niżej, a sama skryłam się w pobliżu chatki. Klacz nie śmiała protestować. Spotkaliśmy ludzi, więc mogłabym spełnić groźbę. Będąc w moim ukryciu podsłuchałam rozmowę ludzi.
-Co się stało?-spytał jeden głos.
-Jeden z mnichów zatruł się Tojadem Mocnym-odparł zatroskany drugi głos.
-Nie martw się, w składziku na drzwiach wisi kilka bukłaków ziołowego naparu. Daj go do picia choremu, a za kilka dni wyzdrowieje.
Już nie słuchałam rozmowy, tylko obserwowałam, gdzie pójdzie mnich. Wyszedł z chaty i skierował się w stronę jakiegoś budynku. Otworzył drzwi i z środka wyjął bukłak z jakimś płynem. Nie czekając poszłam do wrót i korzystając z tego, że są uchylone zabrałam resztę. Wisiały na pentelkach, więc łatwo je złapałam. Wyszłam z butelkami na zewnątrz. Wtedy zauważyli mnie ludzie. Dobiegłam do Hany.-Uciekajmy!-krzyknęłam.
Kalcz nie myśląc wiele zerwała się do galopu.
***
Kiedy dotarłyśmy do stada Vika nadal leżała i oddychała ciężko, nawet ciężej niż wcześniej, ale całe szczęście żyła. Shere Khan chciał ze mną porozmawiać, ale byłam zbyt zmęczona. Dałam Nadirze bukłaki, powiedziałam, że trzeba wlać to Vice do ust i zadbć, żeby przełknęła. Potem zmęczona padłam na ziemię i usnęłam
***
Po kilku dniach Vika była już zdrowa.
THE END
1017 słów; pierwszy raz w życiu przekroczyłam limit 1000 słów
22.08.2017
La Vida zachodzi w ciążę!
♠ Ojciec - Shere Khan, władca KMD Matka - La Vida, kronikarka KMD
♠ Ilość źrebiąt: 2
♠ Data zajścia w ciążę: 22.08.2017 r.
♠ Planowana data porodu: 30.08.2017 r.
22.08.2017
Od La Vidy do Shere Khana (S) -"Wiadomość"
16.08.2017
Od La Vidy do Shere Khana (S) - "Rozmyślania"
Wyruszyliśmy w drogę jak było w planach, godzinę po pogrzebie. Tym razem od początku szłam na czele, obok Shere Khana. Całe stado milczało. Nie słychać było żadnych rozmów, co było dość niespotykanym zjawiskiem. Postanowiłam, tak jak reszta zająć się rozmyślaniem. Myślałam o swojej historii przed i po dołączeniu do stada. Urodziłam się gdzieś na wschodzie. Cały czas pamiętam dotyk ciepłego języka mamy, opiekuńcze spojrzenie taty. Pamiętam też ludzi. Ludzi z dziwną machiną, która raniła mnie w nogę, mimo że stałam daleko. Pamiętam jak wbili coś we mnie i sprawili, że straciłam przytomność. Pamiętam jak obudziłam się gdzie indziej. Z mamą, ale oddzielona od taty. Pamiętam jak wszyscy próbowali uciec. Pamiętam rżenie rodziców, którzy zostali u ludzi. Pamiętam tęsknotę, tułaczkę. Wszystko pamiętam i nigdy nic z tego nie zapomnę. Później dorosła, dołączyłam do klanu. Pamiętam pierwszą rozmowę z Shere Khanem, pierwszy dzień w stadzie, Wielkanoc i wiele innych radosnych chwil. Pamiętam też te smutniejsze rzeczy : starcie z ludźmi, ucieczka przed wilkami, utknięcie VIII w bagnie. Całe szczęście przewarzały te dobre wspomnienia. Moje rozmyślania przerwał Shere Khan. Rozmawialiśmy chwilę.
- Cóż, Nicolet odszedł, stało się, nic już tego nie zmieni. Na pewno nie chciałby, żebyśmy się z tego powodu za bardzo smucili- powiedział, na co ja póki wałach głową na znak zgody.
- Gryzie mnie jeszcze jedna rzecz. W końcu on zmarł mniej więcej wtedy, kiedy my zostaliśmy parą. Czuję się z tym tak trochę... niezręcznie? Dziwnie? Sama nie wiem, co o tym myśleć- dodałam ponuro.
- Nie dręcz się tym za bardzo. Przypadek i tyle. Nie rozpamiętujmy przeszłości, tylko skupmy się na naszej wspólnej, świetlanej przyszłości- Shere Khan uśmiechnął się do mnie. Ja odpowiedziałam tym samym. Był to dużo radośniejszy uśmiech niż ten tuż po pogrzebie.
- Masz rację. Nicolet pewnie by chciał, abyśmy cieszyli się naszym szczęściem, a gdyby żył na pewno cieszył by się razem z nami - przyznałam.
<Shere Khan? Nie za bardzo potrafię pisać dialogi>
13.07.2017
Od La Vidy do Shere Khana (S) - "Pogrzeb"
Kiedy wróciliśmy, od razu do Shere Khana przybiegła Vika i odepchnęła mnie na bok. Chciałam burknąć coś, ale zauważyłam, że jest cała zalana łzami. Zaczęła mówić, że umarł jeden z członków stada - Nicolet. Po krótkiej rozmowie zapłakana klacz odeszła.
- Wybacz, przez chwilę spadłaś na dalszy plan. Zaraz wszystkich zwołam i ogłoszę nasze partnerstwo. Potem zajmę się pogrzebem Nicoleta- powiedział Shere Khan, ale ja od razu pokręciłam głową.
- Nie, może lepiej trochę poczekajmy? Teraz to chyba nie najlepszy moment- odparłam.
- Nie ma na co czekać, bo potem nigdy nie nadejdzie dobry moment- odrzekł Shere Khan.
-Nie wydaje mi się dobrym pomysłem ogłoszenie takiej nowiny podczas, żałoby - nadal stawiałam na swoim.
-Oficjalnie żałoba zacznie się po pogrzebie. Ale kiedy już się zacznie, to minie pewnie sporo czasu, nim się zakończy. Lepiej ogłosić to teraz niż za kilka tygodni - ogier również nie dawał za wygraną.
-No dobrze. Ale nie oczekuj, że inni będą jakoś wielce okazywać swą radość. Większość członków jest pewnie bardzo poruszona śmiercią Nicoleta - uległam wreszcie.
Nie daleko przechadzał się Bernard. Shere Khan powiedział mu, żeby zwołał wszystkich członków. Po kilku minutach cały klan zgromadził się w jednym miejscu. Niektórzy, tak jak Vika, byli zalani łzami, a inni, w tym Corakle, byli jedynie ponurzy. Shere Khan ogłosił, trzy rzeczy. Po pierwsze to, że stałam się jego partnerką. Tak jak się spodziewałam, wszyscy byli poruszeni śmiercią Nicoleta i jedynie uśmiechnęli się na tą wiadomość. Po chwili przeszedł do drugiej informacji.
-Jak już z pewnością wiecie wczorajszego dnia pożegnaliśmy Nicoleta. Był on wspaniałym koniem. Jutrzejszego dnia, w południe odbędzie się jego pogrzeb. Raphaela, Bernarda i Amigo prosiłbym o przyjście do mnie, kiedy wszyscy się rozejdą. Konie, które będą chętne, proszę o przygotowanie kwiatów.
Poczekał chwilę, aż wszyscy zapamiętają.
-Godzinę po pogrzebie Nicoleta wyruszamy w dalszą wędrówkę.
Wszyscy rozeszli się. Zostali tylko Raphael, Bernard i Amigo. Ja odeszłam na bok, aby zjeść trochę trawy. Po chwili poszłam do znajdującego się niedaleko strumienia. Napiłam się. Zauważyłam, że po przeciwnej stronie rośnie trochę kwiatów Orlika. Zerwałam ich trochę i związałam kilkoma źdźbłami dłuższych traw. Z bukiecikiem wróciłam do reszty stada. Gdyby nie to, że miałam kwiaty pod nosem, nie pofatygowałabym się o poszukiwaniu kwiatów, na pogrzeb.
~~~
Kolejnego ranka obudziłam się, jako ostatnia. Słońce prażyło już mocno. Poszłam przejść się po okolicy. Zauważyłam Bernarda, Raphaela i Amigo grzebiących kopytami w ziemi, najwyraźniej kopiących grób. Obok nich zauważyłam całkiem sporawą kupkę ziemi. Widocznie Shere Khan zlecił im to zadanie.
~~~
W południe wokół grobu zgromadzili się wszyscy członkowie stada. Na początku ceremonii Shere Khan rozpoczął przemowę.
-Zgromadziliśmy się tu dziś ze znanego wszystkim powodu. Dwa dni temu z naszego stada odszedł Nicolet. Był on w klanie najdłużej z nas wszystkich. Podczas całej swojej przynależności do stada zdobył sobie wielki szacunek. Był on silnym koniem, ale został pokonany przez siłę, której nikt nie może się przeciwstawić - śmierć. Powinien być on wzorem dla nas wszystkich. Śmierć Nicoleta była dla nas wszystkich ogromnym ciosem. Niech na zawsze pozostanie w naszej pamięci.
Następnie przyszli Amigo i Raphael niosący związanych ze sobą kilka pni, na których leżało ciało Nicoleta i kwiaty. Konstrukcja miała symulować trumnę. Bo z czego zrobić prawdziwą trumnę na środku stepu? Następnie konie włożyły wszy do wykopanego grobu. Następnie Amigo, Raphael i Bernard zakopali grób, tak aby powstała mała górka. Potem z kamieni został ułożony napis Ś.P. NICOLET.
<Shere Khan? Mam nadzieję, że pogrzeb zrobiłam dobry XD>
12.07.2017
Shere Khan i La Vida zawierają partnerstwo!
PS Tym samym La Vida zostaje pierwszą partnerką władcy i dostaje się do monarchii:)
12.07.2017
Od La Vidy do Shere Khana (S) - ,,Decyzja"
- Chyba zanosi się na ulewę- powiedział Shere Khan.
Spojrzałam na niebo. Rzeczywiście. Na niebie przed nami widać było ciemne chmury zbliżające się w stronę stada.
- Na to wygląda. W takim razie nie ma na co czekać, wracajmy- odparłam.
Zawróciliśmy, więc i szybkim stępem ruszyliśmy w stronę klanu. Niestety, nim dotarliśmy do reszty stada, zaczęło padać. Z początku lekko, ale po chwili wszędzie zrobiło się biało od kropelek wody. Padało z taką siłą, że wydawało się, że to nie deszcz uderza o nasze grzbiety, lecz ktoś sypie w nas żwirem z całych sił. Niedaleko dostrzegliśmy kilka drzew i udaliśmy się w tamtą stronę. Nie staliśmy tam długo, a już przemokliśmy do suchej nitki. Zwróciłam się zadem do wiatru i pochyliłam głowę. Dawało to minimalną ochronę przed kroplami deszczu. Przed chwilą było gorąco, a teraz leje jak z cebra.
- Mongolia jest taka zaskakująca pod względem pogody- westchnęłam cicho.
- Co racja, to racja- odparł ogier.
Staliśmy pod drzewami jeszcze przez jakiś czas, ciesząc się minimalną ochroną dawaną przez drzewa. W końcu ulewa zelżała. Przeczekaliśmy chwilę, ale deszcz nie wzbierał na sile. Postanowiliśmy wrócić do stada. Szliśmy w ciszy. Słyszałam jedynie odgłos kropel uderzających o moje ciało.
- Wiesz, La Vido, jutro wyruszamy z powrotem na wędrówkę. I jeszcze za nim wyruszymy, chciałbym ci się o coś zapytać.
- Tak?- odwróciłam głowę, aby objąć Shere Khana wzrokiem.
- Chciałabyś może... zostać moją partnerką?
Cały świat się zatrzymał. Owady przestały brzęczeć, drzewa przestały szumieć deszcz przestał kapać, nawet wiatr przestał wiać. Przynajmniej takie miałam wrażenie. Miałam nadzieję, że wkrótce Shere Khan zada to pytanie, ale i tak byłam kompletnie zaskoczona. Myślałam, że musi minąć jeszcze trochę czasu. W tym momencie ludzie zaczęliby się całować, a przynajmniej złapali by się za ręce. My, ze względów oczywistych, nie mogliśmy tego zrobić.
-Tak - odparłam.
Starałam się, aby mój głos był spokojny i opanowany.
-Ja... Ja nie wiem co powiedzieć - ledwo udało mi się wydusić z zaciśniętego gardła te kilka słów.
I naprawdę nie wiedziałam co powiedzieć, co zrobić. Po prostu zbliżyłam się do Shere Khana i przytuliłam się do niego.
<Shere Khan? Nie jestem dobra w pisaniu takich rzeczy XD>
29.06.2017
Od La Vidy do Shere Khana (S) - "Pustynia"
-Wody...-zdołałam wychrypieć.
Klacz powiedziała coś, ale ja zamknęłam oczy, nie mogąc wytrzymać słonecznego blasku który raził moje oczy. Otworzyłam je dopiero, gdy postawiono przede mną pojemnik z wodą. Zaczęłam łapczywie pić, gdy kątem oka zobaczyłam jakiegoś konia zbliżającego się w szybkim tempie. Delikatnie przekręciłam głowę. Teraz, gdy widziałam szczegóły, dostrzegłam, że to galopujący w moją stronę Shere Khann.
<Shere Khan? Przepraszam, że tak późno i krótko. Coś ostatnio nie mam weny, a jeszcze to zamieszanie na koniec roku, teraz jeszcze przygotowywania do obozu>
1.06.2017
Od La Vidy do Shere Khana (S) - "Śmierć" +16
- Pójdę sprawdzić, co się tam dzieje- zaoferowałam się.
Nie czekając na odpowiedź Shere Khana, pobiegłam w kierunku, z którego dochodziły głosy.
Zobaczyłam tam Amigo i Iris, sprzeczających się o błahe sprawy. Nagle usłyszałam ludzkie krzyki i huk. Wtem poczułam przeszywający ból w lewej przedniej nodze. Po chwili na mojej szyi zaciskała się już lina. Zobaczyłam, jak Shere Khan biegnie w stronę człowieka, który trzymał mnie. Kopnął go, a człowiek upadł na ziemię. Poczułam, że nacisk liny zelżał. Powróciły wspomnienia. Nagły ból, przerażeni rodzice. Wprawiło mnie to w nieokiełznaną złość. Wpadłam w furię. Bez namysłu rzuciłam się na najbliższego człowieka. Kopnęłam go z całej siły w żebra. Nagle odebrało mu oddech. Złapał się a klatkę piersiową. Zaczął krzyczeć. Po chwili krzyk przerodził się w ciche charczenie. Człowiek usilnie próbował złapać oddech. W końcu wytrzeszczył oczy, które po chwili zaszły mgłą. Nie ruszał się. Nie żył. Zerwałam się do pełnego galopu. Nie bacząc na trzymane przez dwunożnego ostrze, biegłam wprost na niego. Tamten usilnie próbował uciec. Po chwili uderzyłam w niego. Rozległ się trzask łamanych kości. Ludzi było około dziesięciu. Ja położyłam już dwóch. Około pięciu zabiliśmy lub poważnie uszkodziliśmy. Reszta zaczęła uciekać. Przyrządy powodujące huk i ból, wypadły im z rąk. Pobiegłam na jednego z nich i potężnym wierzgnięciem sprawiłam, że obie kończyny dolne i jedna górna stały się niesprawne. Stanęłam na chwilę i od razu przypomniało mi się o bólu w nodze. Stęknęłam cicho. Zaczęłam się wycofywać, gdy nagle poczułam ciepłą krew na boku. Człowiek, którego przed chwilą powaliłam resztkami sił, ranił mnie. Jeszcze wolniej zaczęłam poruszać się w stronę innych. Nagle zrobiło mi się słabo. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. „Czy ja umieram?” -to była ostatnia moja myśl.
***
Usłyszałam krzątaninę. Powoli chciałam wstać, ale noga zaczęła palić mnie żywym ogniem.
<Shere Khan? Myślę, że to taka "pokuta" za brak aktywności XD>
1.05.2017
Od La Vidy do Shere Khana (S) - ,,Wspomnienia"
- Pustynia Gobi? Czemu akurat tam?- zdziwiłam się.
W końcu nie na codzień wybiera się trasy przez najbardziej odludne miejsce na znanym mi świecie.
- Tamtejsze warunki sprawiają, że praktycznie nie ma tam ani drapieżników, ani ludzi- odpowiedział ogier nieco zmniejszając moje zdziwienie.
Kiwnęłam głową i pobiegłam w kierunku śpiących spokojnie koni, które mogłyby w krótkim czasie pojąć, że nie mamy szans. A sprawę stawiało w takim świetle to, co posiadali ludzie w ich obozowisku. Można by pomyśleć, skąd ja mogę mieć pojęcie do czego służą ludzkie dziwactwa. Ale takich rzeczy się nie zapomina. Nigdy nie zapomnę rozstania mojej rodziny z wolnością. Wtedy to człowiek trzymając w rękach taki sprzęt zaczął huczeć, jakby z dziwnego przedmiotu wydobywała się seria grzmotów. Podczas jednego z nich dosięgnął mnie jakby niewidzialny bicz, który ranił mnie w nogę. Kiedy noga odmówiła mi posłuszeństwa i ja, mały źrebaczek padłam wyczerpana na ziemię, człowiek podszedł do mnie i jakby wbijając we mnie jakiś długi cierń obraz przed mymi oczami zmienił w czerń. Wtedy poraz pierwszy rozstałam się z wolnością. Nie miałam pojęcia co to jest, ale wiedziałam, że jest to niebezpieczne. Zbliżałam się po kolei do mniejszych grupek śpiących koni, a tam rżałam cicho. Kiedy już wszyscy byli zbudzeni ruszyliśmy we wskazanym kierunku.
< Shere Khan? Przepraszam, że tak krótko i późno>
21.04.2017
Od La Vidy (S) - ,,Wielkanoc"
"Jeszcze jeden dzień"
Następnego dnia obudziłam się wcześnie. Wstałam jako pierwsza. Nie trwało to jednak długo. Po chwili zbudził się kolejny członek. raczej członkini. Usłyszałam ciche kroki i po klacz jakimś czasie, obok mnie zmaterializowała się gniada klacz... Jak jej tam było? Hana?
-Hej La Vida- przywitała się.
Znała moje imię... Postanowiłam zaryzykować. Jeśli nie będzie miała na imię Hana to... To wtedy zgonię na, to, że w młodości znałam podobnego konia o tym właśnie imieniu.
-Cześć Hana- klacz skwitowała to szerokim uśmiechem.
Już miałyśmy zacząć rozmawiać, ale klan zaczął się budzić. Wszyscy szykowali się już do drogi, ale Shere Khan oznajmił, że zostajemy tu przez całą Wielkanoc. Kiedy wszyscy zjedli śniadanie, czyli soczystą trawę, której tutaj było pełno, zaczęto rozdzielać role. Iris i Amigo w towarzystwie Shireen i Corakle poszli oglądać, czy w okolicy jest bezpiecznie. Dwie ostatnie poszły jako ochrona. Kto wie jakie niebezpieczeństwo może się czaić na stepie. Amor, Tasha, Nadira, Vika i Hana, jako konie znające się na ziołach i medycynie, zostali wysłani na poszukiwanie smacznych, a za razem zdrowych roślin, które mogłyby nadawać się na wielkanocny stół. Shere Khan obserwował przebieg prac i wraz z Raphaelem, Bernardem, Nicoletem, Monte i mną szukaliśmy kamieni odpowiednich, aby zrobić z nich coś w rodzaju skrytki na znalezione zioła. Ja co jakiś czas zapisywałam przebieg przygotowań w kronice klanu. Tak minął czas aż do wieczora. Wtedy zwiadowcy wrócili z informacją,że w okolicy jest bezpiecznie. Kiedy posilili się udaliśmy się do jaskiń na spoczynek.
"Wielkanoc"
Całe stado obudziło się wcześnie. Wszyscy wyszli z jaskiń. Od razu w jednej z nich wyłożono rośliny ze schowka, których było naprawdę mnóstwo. Nie wiedziałam, że w Mongolii można ich tyle znaleźć. Po posiłku wszyscy udali się na odpoczynek do jaskini. Do jednej, ale zostało dużo miejsca. Potem zorganizowano małe wyścigi i inne klanowe zawody, w których sędziował Monte. Co prawda nie był sędzią sportowym, ale z chęcią się zgodził. Cały dzień spędzony był radośnie. Zostaliśmy na wzgórzu jeszcze jeden dzień.
21.04.2017
Od La Vidy do Shere Khana (S) - ,,Bez problemów"
- Czyli wracamy teraz na nasze tereny?- mogło zabrzmieć to trochę głupio, ale za wszelką cenę chciałam przerwać milczenie.
- Tak, przeprawimy się na drugi brzeg tej rzeki. Pewnie w ten sam sposób, co poprzednio- odparł Shere Khan.
- Czyli gubiąc Vikę w bagnie? - zaśmiała się.
-Mam nadzieję że tym razem obędzie się bez takiej konieczności - odwzajemniając uśmiech.
Stado zaczęło przeprawiać się rzekę. Tym razem przestraszony Raphael zbliżył się do Viki. Pewnie myślał że teraz za każdym razem klacz będzie wpadać w bagno. Całe szczęście tym razem udało się bez zbędnych kłopotów i nikt nie zaczął tonąć.
< Shere Khan?>
18.04.2017
Od La Vidy do Shere Khana (S) - ,,Ślady"
-Tylko jak teraz przejść do jaskini?-zapytał Sherte Khan.
-Niedaleko widziałam suchy pas ziemi. Jedyne co by się mogło stać to wdepnięcie od czasu do czasu w jakąś kałużę. Moglibyśmy przejść tamtędy-podsunęłam.-Tylko trzeba uważać, bo jest wąsko.
-A więc prowadź.
Podkłusowałam do bagna. Od razu dostrzegłam tamtą ścieżkę, więc kłusem wbiegłam na nią. Przekłusowałam na drugą stronę bez najmniejszego problemu. Dopiero wtedy reszta stada ruszyła za mną, nadal trochę przestraszona tym co spotkało Vikę. Pobiegłam do jaskini i przystanęłam. Po chwili podbiegł do mnie Shere Khan. Na ziemi widniały ślady kopyt zrobione najwyżej dzień temu. Na zewnątrz było tylko błoto spowodowane ulewą, a wszelkie ślady zatarte.
-Tu były całkiem niedawno jakieś konie. Całe stado-powiedziałam do ogiera.
Doszła do nas reszta stada. Robiło się już ciemno więc zarządzono postój na całą noc. Dopiero wtedy usłyszałam głos Shere Khana.
< Shere Khan? >
15.04.2017
Od La Vidy do Shere Khana (S)- "Na pomoc"
Rozejrzałam się dookoła. Niedaleko zauważyłam suchy pas ziemi przez którego można by się dostać na drugi koniec bagna. Jedyne co by się stało to wdepnięcie od czasu do czasu w jakąś kałużę. Niestety liczyła się każda sekunda, a przejście przez bagno zajęłoby trochę czasu nawet jeśli byśmy się pospieszyli. Lejący się z nieba deszcz sprawiał, że bagno stawało się jeszcze bardziej rzadkie.
-Może być - zgodziłam się niechętnie.
- Dobrze - odparł Raphael spokojnie, ale jego mina mówiła "Wszystko dla mojej Viki, zaraz umrę ze strachu".
Wolałam by mój ogon był ciągnięty przez dwa konie niż abym utopiła trzy. Najchętniej wycofałabym się, ale wyszła bym na tchórza, a poza tym to nie w moim stylu.
-Ja będę druga, będę trzymać Vikę za ogon. - powiedziałam.
Raphael chciał już zaprotestować, ale brutalnie mu przerwałam :
-To ja jestem najlżejsza - podniosłam głos.
Nie czekając na pozwolenie zaczęłam powoli wchodzić w bagno.
<Shere Khan?>
14.04.2017
Od La Vidy do Shere Khana (S) - ,,Bagno"
-Bagno! - krzyknęłam.
< Shere Khan?>
12.04.2017
Od La Vidy do Shere Khana (S) - "Poszukiwania"
Każdy kto poznał mnie trochę bliżej wiedział że jestem bardzo uparta. Szczerze mówiąc nie interesowałam się za bardzo stadem. Znałam tylko Shere Khana, Nicoleta i... I chyba nikogo oprócz nich. Często przewijały mi się imiona różnych koni z klanu, ale żebym ja je pamiętała. Teraz poznałam Cor... Coralake. Zastanawiam się po co jej takie długie i trudne imię. Nie mogłaby mieć na imię na przykład Cora. Coralake miała jasną kłodę z brązowymi plamkami. Jej głowa i nogi również były brązowe. Pobiegłam do niej, a po chwili wraz z nią kłusem biegłam do przodu. Minęło sporo czasu nim znalazłyśmy coś w rodzaju lasku umiejscowionego na wzniesieniu. Mimo wredoty Coralake rozmawiało mi się z nią całkiem miło. U podnóża górki znajdowało się źródło. Napiłam się z niego.
-Chodź - zwróciłam się do Coralake.
-Mi nie robi różnicy czy będę tu sama czy ze stadem - odparła z wrednym uśmieszkiem klacz. - Jak ci tak zależy to do nich idź.
Postanowiłam więc wrócić sama. Bez problemu znalazłam klan. Większość podała z nóg. Całe szczęście, że przybliżyli się znacznie do miejsca na odpoczynek.
-Razem z Coralake znalazłyśmy idealne miejsce na wypoczynek- powiedziałam pospiesznie do Shere Khana.
Ktoś mruknął niezadowolony, ale Shere Khan skutecznie go uciszył. Jednym zdaniem wyjaśniłam co się stało z Coralake. Całe stado dostało nowe siły i kłusem ruszyło we wskazanym przeze mnie kierunku. Między mną a Shere Khanem panowała niezręczna cisza.
- Słuchaj, jeśli idzie o wczoraj, to chciałem cię przeprosić- zaczął niepewnie ogier. Chwilę się zastanowiłam o co dokładniej chodzi bo szczerze mówiąc zapomniałam szczegółów.
-Nic się nie stało, mam tylko nadzieję że zobaczyłeś że jak chcę to potrafię - odparłam z uśmiechem, co wyraźnie zdziwiło ogiera.
-Oczywiście - odwzajemnił uśmiech. Byliśmy już na miejscu. Przy źródełku leżała Coralake. Od razu poszłam na wzgórze bo nie miałam już siły. Praktycznie od razu usnęłam.
< Shere Khan?>
11.04.2017
Od La Vidy do Shere Khana (S) - "Nocna wędrówka"
Byłam w lekkim szoku. Przede mną leżał wilk z rozmiażdżoną głową. Z licznych ran na jego ciele lała się krew. Wraz z Shere Khanem jak najszybciej pobiegliśmy w stronę stada. Już po nie więcej niż minucie byliśmy na miejscu.
-Szukamy innego schronienia - powiedział ogier. - W tej okolicy są wilki.
Całe stado wyraźnie się przestraszyło. Niektórzy prawie mdleli ze strachu, ale byli i tacy, którzy ledwo się tym przejęli. Nie minęła chwila, a już każdy członek klanu gotowy był do drogi. Na dworze było już ciemno. Dużo czasu poruszaliśmy się galopem. Od czasu do czasu zwalnialiśmy do kłusa, aby trochę odpocząć. Po godzinie szybkiej wędrówki na horyzoncie nie było widać ani jednego drzewa. Nie zapowiadało się też aby wkrótce ukazało się jakieś schronienie.
< Shere Khan?>
8.04.2017
Od La Vidy do Shere Khana "Zła wróżba" (S)
- A dlaczego miałoby się coś stać? Wręcz przeciwnie, to, że tylko ty jedna znalazłaś tę jaskinię dobrze o tobie świadczy. Jesteś spostrzegawcza i za to otrzymałaś nagrodę w postaci osobnej jaskini. Przynajmniej nie czułaś się jak sardynki w puszce- powiedział Shere Khan.
Cieszyłam się że nie sprawiło to problem bo nie chciałam zrobić złego wrażenia w jednym z pierwszych dni od zgody na dołączenie do Klanu Mroźnej Duszy. Udaliśmy się na drobny spacer wokół naszego noclegu aby sprawdzić czy burza wyrządziła jakieś szkody. Rzeczywiście, wokoło leżało mnóstwo połamanych drzew. Wtedy z jaskini w której nocowało stado zaczęły dochodzić odgłosy krzątaniny. Nie śpiesznie udaliśmy się w kierunku noclegu. W przeciwieństwie do mnie wiele koni było niewyspanych z powodu niewygodnych warunków i ścisku.
***
Nie minęło wiele czasu i już zaczęliśmy wędrówkę. Było gorąco jak na początek wiosny. Nawet wiejący z wielką siłą wiatr nie przeszkadzał, bo wiał w tym samym kierunku co szliśmy. Dzięki sprzyjającym warunkom pogodowym wędrówka minęła mi bardzo szybko. Kiedy na niebie powoli pojawiały się oznaki nadchodzącego zachodu słońca trafiliśmy na dolinkę. Rosło tu mnóstwo drzew, a nieopodal płynął niewielkiego rozmiaru strumień. Postanowiono że stado zanocuje w tym miejscu. Chwilę przed pójściem spać usłyszałam szelesty. Udałam się w kierunku z którego dochodziły. Nagle zobaczyłam pod kopytami ślady wilka. Odwróciłam się i pobiegłam w stronę stada.
<Shere Khan? >


