Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Salkhi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Salkhi. Pokaż wszystkie posty

7.01.2019

Żegnamy Salkhi i Rose!

Pierwsza z postaci zostaje wydalona, odchodzi - jak zwał, tam zwał - z powodu braku kontaktu z jej właścicielem, natomiast druga poprzez takową decyzję autora. Ich przedmioty przepadają z braku rodziny. Mamy nadzieję, że kiedyś zdecydują się wrócić w nasze skromne progi!

Rose|7 lat|Klacz|Zielarka|Brak|natalia k. 


Salkhi|7 lat|Klacz|Zwiadowca|Brak|optymistka

29.09.2018

Od Salkhi do Hadvegara „Widmo przeszłości”

Uśmiechnęłam się do niego już szerzej. Sprawiał wrażenie sympatycznego i dobrze wychowanego, gdzie to drugie było cechą, którą spotykałam coraz rzadziej.
Skinęłam głową na jego ukłon, by po tym unieść wysoko łeb. Czułam się wtedy przynajmniej nieco wyższa i miałam wciąż tę samą dumną postawę, co we wcześniejszym etapie mojego życia. To, powaga oraz kulturalność były chyba jednymi z nielicznych pozostałych we mnie przyzwyczajeń z czasów źrebięcych. Starałam się jakby... Odciąć od dawnej siebie, zmienić swoje priorytety i cechy. W większości mi się to udało, ale niektóre były nie do zatuszowania. Widmo przeszłości ciągnęło się za mną, gdziekolwiek bym nie poszła i czegokolwiek bym nie robiła. Co prawda moje dzieciństwo nie było złe i z całą pewnością mogłam powiedzieć, że nie trafiłam najgorzej. Moi rodzice byli dobrzy, nigdy nie skrzywdzili mnie fizycznie - dotknięta poczułam się dopiero psychicznie.
Potrząsnęłam głową, jakby to miało powstrzymać napływające i niechciane wspomnienia, skryte gdzieś w podświadomości. Żeby nie stracić honoru, przywołałam jeden z najwiarygodniejszych uśmiechów, jakie posiadałam w zanadrzu.
— Mnie również jest miło. — powiedziałam, co w sumie nie było kłamstwem. — Teraz będę wiedzieć, do kogo zwrócić się w przyszłości po pomoc. A zapewne będę jej potrzebować jeszcze mnóstwo razy. — mrugnęłam do niego zawadiacko, chcąc się nieco rozluźnić i zapomnieć o burzy, która jeszcze niedawno odbywała się w moim umyśle.
— Gdybyście się wszyscy nie pakowali w kłopoty, to zajęcie nie byłoby takie ciekawe. — parsknął siwek.
— Fakt. Ale co poradzić, kiedy kłopoty same do mnie lgną? — wyszczerzyłam się radośnie.

< Hadvegar?>

29.09.2018

Od Salkhi do Cardinaniego ,,Bolesna rzeczywistość"

Czy to wszystko działo się naprawdę? To musiał być jakiś głupi sen, na pewno. Twórcy snów powinni puknąć się w głowę, takie coś niszczy moją psychikę i zaczynam poważnie zastanawiać się nad ich zdrowiem psychicznym.
— Tak? A niby jaki?
— Nie mogę ci powiedzieć, będzie niespodzianka. Poza tym, założę się, że nie umiesz dotrzymać tajemicy.
— Jasne, że umiem! Założysz się?
Błagam, niech ktoś mnie ugryzie. Mocno. Chcę się wydostać z tego chorego marzenia sennego.
— Nie potrzebuję tego, by wiedzieć.
— Boisz się, że przegrasz!
Puk!
Słyszeliście? Właśnie w tym momencie moja podświadomość uderzyła łbem w drzewo. Właściwie, to nie tylko ona - ból w łbie był jak najbardziej prawdziwy i uświadomił mnie w nieszczęsnym fakcie, że to wszystko rzeczywistość.
Czy może być gorzej?
— Chciałabym wam coś powiedzieć - mruknęłam głośno, przerywając im w rozpoczęciu dalszej sprzeczki. Oboje odwrócili zaciekawieni łby w moją stronę. — Zamknijcie się.
Prosto i dobitnie - najwyraźniej tak trzeba było działać z ich upośledzonymi móżdżkami, bo inaczej nie rozumieli. Zamrugali oczami, ale uwaga podziałała i zaprzestali własnej kłótni. Niestety przerzuciło się to na mnie.
— Oczywiście, moja droga. — zaświergotał wręcz jeden z nich, doskakując do mojego boku i przybierając uśmiech, który... Cóż, w założeniu chyba był flirciarski, ale coś nie wyszło.
Drugi tylko skinął głową i popatrzył gniewnie na swojego sobowtóra.
— Jak mam was nazywać? — zapytałam, wycofując się nieco, by mieć widok na obu samców.
— Ja jestem Cardinani, miło cię poznać.
— Clemens, kochanie. Ale możesz mi mówić Clemmy. — radośnie powiedział zdecydowanie nie podobającym mi się głosem.
Cardinani parsknął śmiechem, słysząc wypowiedź Clemensa.
— Clemmy? Gorzej się nie dało?

<Carni?>

23.09.2018

Od Salkhi do Cardinaniego „Męskie hormony”


Nigdy nie sądziłam, że coś mnie tak zadziwi, a jednak. Cała ta sytuacja była tak absurdalna, że miałam ochotę walnąć łbem w kamień. Albo drzewo, nie wiem, co by bardziej bolało i mnie otrzeźwiło.
Przenosiłam wzrok na zmianę z jednego konia na drugiego, podczas gdy oni dogadywali sobie jak starzy znajomi i wydawali się zapomnieć o mojej obecności. O co chodziło? Byli bliźniakami, czy może po prostu podobnymi końmi? Łączyła ich nie tylko maść o jednakowo czekoladowym odcieniu, jak i wzrost, kształt pyska i inne rzeczy. Jeden był wręcz sobowtórem drugiego i gdyby nagle się pomieszali, z całą pewnością nie odgadłabym, który to który.
— Ekhem! — próbowałam zwrócić na siebie ich uwagę, jednak chyba nieudolnie, bo dalej byli pochłonięci rzucaniem w swoją stronę coraz bardziej wymyślnych wyzwisk i określeń. — Przepraszam! — zawołałam głośniej, moje słowa jednak utonęły w coraz głośniejszej rozmowie.
— Tchórzliwy padalcu!
— Wredny pomiocie ciemności!
— Jesteś wstrętny!
— I kto to mówi, glucie!
Moja chęć uderzenia głową o coś twardego nasilała się z każdą chwilą. Zażenowanie z powodu ich amatorskich dogryzek wręcz paliło mnie w ganasze, natomiast mój umysł nie potrafił pojąć poziomu ich sprzeczki, który był niższy niż ten u źrebaków.
— Pocałuj się w jajka, skrzacie!
— Ja je przynajmniej mam, smrodzie!
— Smarku! Odszczekaj to!
W tym momencie poczułam, że muszę przerwać paradę życzliwości, gdyż zmierzała ona do jednego — bójki. A ja zdecydowanie nie miałam ochoty zostać sędzią w walkach poniesionych przez hormony i niewyżytych ogierów.
Wskoczyłam pomiędzy nich, a ci wreszcie jakby się otrząsnęli i popatrzyli na mnie z niemym zaskoczeniem.
— Halo, panowie! Opanujcie się! Dajecie się ponieść emocjom i jak nie przestaniecie, to później pożałujecie. Jeśli nie z własnego powodu, to z mojego. — w tym momencie posłałam każdemu z samców groźne spojrzenie, a oni ucichli i jakby się speszyli. — Wspaniale. Skoro się uciszyliście, to może dowiem się w końcu, o co w tym wszystkim chodzi?

<Cardinani?>

18.09.2018

Od Salkhi do Hadvegara ,,Lekarstwo mnie otruje"

Odetchnęłam głęboko, słysząc słowa ogiera. Bardzo ważne były dla mnie moje kończyny - nie tylko służyły mi jako środek przemieszczania się, ale również były podstawą mojego zawodu. Gdyby to było coś poważnego... Cóż, prawdopodobnie mogłabym pożegnać się z rangą zwiadowcy, a moje życie wisiałoby na cienkim włosie (a jak wiemy, te zbyt wytrzymałe nie bywają) - niesprawny koń to idealny cel dla drapieżników.
Przykładałam się do swojej pracy i była ona dla mnie jakby wyznacznikiem wartości, jednak teraz nie było rady i musiałam odpocząć, a także poinformować Doriana, że w najbliższym czasie obowiązki będzie musiał przejąć on sam.
— Postaram się. — mruknęłam, wzdychając cicho. — Byłabym również wdzięczna za tę maść, im szybciej się zagoi, tym lepiej. — dodałam, po krótkiej walce ze sobą. Wizja wcierania jakiegoś mazidła i wdychania jego oparów (z pewnością się otruję i oszaleję) przez najbliższy czas nie za bardzo mi się podobała, ale musiałam być odpowiedzialna i wykorzystać okazję skuteczniejszego powrotu do zdrowia, jeśli taka się pojawiała.
Siwek uśmiechnął się na moje słowa, a ja odpowiedziałam mu tym samym, chociaż trochę niepewnie. Obserwowałam go, gdy kazał mi chwilę poczekać, by sam mógł pójść po tę lekarską papkę.
— Proszę bardzo. — odezwał się po powrocie wręczając mi lekarstwo i skiwając łbem na moje podziękowania. — Muszę przyznać, że cieszy mnie to, że postanowiłaś się skorzystać z pomocy. Mam również nadzieję, że będziesz się stosować do moich porad.
Uśmiechnęłam się szerzej.
— Bezruch to nie moja bajka, ale zrobię co w mojej mocy. Poza lekarskimi kwestiami, to nazywam się Salkhi.

<Hadvegar?>

15.09.2018

Od Salkhi do Vayoli ,,Co oni planują?"

Ostatni raz uważnie obejrzałam się dookoła, by upewnić się, że nikogo już tu nie ma i ruszyłam galopem z powrotem do stada. Nie chciałam zostawiać klaczy samej, gdyż w razie powrotu ludzi mogłaby nie dać rady im się wymknąć, ale obowiązki były ważniejsze, a srokata z pewnością wiedziała jak o siebie zadbać i nie powinnam w ogóle się tym przejmować.
Dotarcie do wcześniejszego miejsca pobytu zajęło mi znacznie mniej czasu, chociaż sprawiło, że nieco się zdyszałam i chwilę przed końcem musiałam zwolnić, jeśli nie chciałam wpaść do władcy wykończona. W myślach postanawiając poćwiczyć w wolnym czasie nad kondycją, odszukałam Shiregta w stadzie i ruszyłam w jego stronę.
— Witaj ponownie. - mruknęłam, na co ogier skinął mi głową i skupił na mnie uwagę. — Kiedy dotarłyśmy na miejsce, doszły do nas dziwne odgłosy, należące, jak się okazało, do ludzi. Pokręcili się chwilę w miejscu i rozmawiali w swoim języku, po czym odjechali. Vayola została na miejscu i ma na wszystko oko. — zdałam raport, pilnując się by mówić wyraźnie i nie za szybko, co czasami mi się zdarzało.
Gniadosz pokiwał głową, rozważając coś w myślach. Staliśmy krótką chwilę w ciszy, gdzie on rozmyślał pewnie nad sprawą, zaś ja uspokajałam oddech i wbiłam wzrok w niedaleko stojące stado.
— Niech co jakiś czas przynajmniej jedna z was kręci się w tamtym miejscu, może uda wam się zobaczyć czy robią coś oprócz rozmawiania. Jeśli będzie dogodna sytuacja, spróbujcie porozmawiać z ich końmi, może coś wiedzą i zechcą się tym podzielić. Ale uważajcie. — przerwał ciszę rozkazem, na co pokiwałam głową, mruknęłam pożegnanie i ponownie ruszyłam w trasę - tym razem jednak w spokojniejszym tempie.
Przez drogę moją głowę zajmowały głównie myśli dotyczące tej sprawy - czego od nas chcieli ludzie? Odkryli kryjówkę stada i mieli zamiar zrobić łapankę, czy może po prostu urządzili sobie polowanie?
Potrząsnęłam łbem, jakby to miało pomóc w pozbyciu pesymistycznych teorii. Jeśli chciałam się dowiedzieć, musiałam się skupić i wykorzystać możliwości.

<Vayola?>

14.09.2018

Od Salkhi do Vayoli „Krasnalem jestem”

Jak dotąd wypełnianie moich zadań jako zwiadowcy nie było trudne i też nie wiązało się z żadnymi poważniejszymi sprawami. Tego dnia jednak zapowiadało się, że będzie ciekawiej niż zazwyczaj. Gdyby były to ślady pojedynczego konia, można byłoby uznać, że ktoś od nas wybrał się na spacerek, ewentualnie jakiś samotnik przechodził tędy. Jednak ślady nawet kilkunastu koni? To już przyciągnęło uwagę władcy (zdziwiłabym się, gdyby było inaczej).
Kłusując, prowadziłam Vayolę w omawiane wcześniej miejsce. Podążałyśmy tam w ciszy, która była nieco niezręczna, ale nie paliłam się do przerywania jej. Mimo wszystko zrobiła to moja towarzyszka:
-Wnioskuję, że jesteś zwiadowcą. Mam rację? — mruknęła, zerkając na mnie przelotnie.
-Jasne. Pełnię tę funkcję razem z Dorianem, on jednak ma swoje lata i, mimo iż twierdzi, że ma się dobrze, to ja częściej wybieram się na zwiady. — parsknęłam. Jak na swój wiek i tak był dość energicznym koniem, ale zdecydowanie już nie z tą kondycją co kiedyś. Poza tym przechadzki sprawiały mi przyjemność i miałam szansę odpocząć od gwaru stada.
-Niektórzy nie potrafią przyjąć do siebie, że się starzeją. - mruknęła z delikatnym uśmiechem na pysku.
Przyjrzałam jej się — ze swoim umaszczeniem rzucała się w oczy, co raczej nie było pomocną rzeczą, ale maść dodawała jej uroku. Była wyższa ode mnie (co czymś dziwnym wcale nie było, wszyscy byli wyżsi ode mnie) i miała długie nogi, przez co, gdy ona biegła spokojnym tempem, ja musiałam przebierać nogami szybciej by nie zostać w tyle — uroki bycia krasnalem. Mimo wszystko wyrabiało mi to wytrzymałość, więc zawsze jakiś plus. Klacz poruszała się dumnie oraz z uniesioną głową, więc nie sprawiała pozorów nieśmiałej.
Odwróciłam od niej wzrok, zauważając, że jesteśmy blisko. Zwolniłam, czując w powietrzu dziwny zapach. Srokata również przystanęła, więc razem starałyśmy się określić jego pochodzenie.
-Dochodzi od strony śladów. - powiedziałam cicho do towarzyszki, lustrując przy tym uważnie otoczenie.
Vayola kiwnęła łbem w kierunku jego źródła, co było jasnym pytaniem: „Idziemy?”
Cóż miałam robić? Ruszyłam do kolejnej sytuacji mającej ożywić mój poranek.

< Vayola?>

9.09.2018

Od Salkhi do Hadvegara ,,Nienawidzę lekarzy"

Ostatnio większość mojego czasu zajmowały ćwiczenia — chciałam podszkolić się w każdej możliwej dziedzinie, głównie chodziło mi jednak o siłę (która, z powodu mojej wielkości, spora nie była) oraz wytrzymałość (przydatną umiejętność, w związku z wykonywanym przeze mnie zadaniem).
Pech lub szczęście — ewentualnie oba, czego osądzić nie potrafię — stało się powodem mojego małego wypadku przy pracy. Wkradł mi się błąd przy obliczaniu miejsca, z którego powinnam się wybić, by przeskoczyć nad wysoką jak na moje standardy kłodą, przez co zrobiłam to za późno i w efekcie z potężną siłą uderzyłam przednimi nogami o kawał drzewa.
Przez chwilę narastała we mnie panika — co jeśli coś sobie złamałam? Konie z takimi urazami za długo nie żyją. Kiedy jednak poruszyłam delikatnie kończynami, poczułam ból, ale jednak nie taki, jakiego się spodziewałam. Dałam radę oprzeć je na ziemi i po chwili nawet się podnieść, więc z pewnością bogowie mieli mnie w opiece.
Śnieg mile chłodził moje rozgrzane z wysiłku ciało oraz świetnie służył jako znieczulacz, jeśli chodzi o ból. Po dłuższej chwili spokojnego poruszania — by nie wywołać fali cierpienia, ale też, żeby nie zamarznąć — mogłam się powoli zacząć przemieszczać. Miałam w planie odwiedzenie jakiegoś medyka ze stada, oni znają się na takich rzeczach.
Koniec końców utykając przede wszystkim na prawą nogę, rozpoczęłam wędrówkę w stronę bazy.
Cała podróż zajęła mi zdecydowanie zbyt wiele czasu, o dużo więcej niż się spodziewałam. Kiedy byłam jednak niedaleko, wreszcie zauważyłam sylwetkę konia, którego kojarzyłam jako właśnie lekarza. Z westchnieniem ulgi się zatrzymałam. Nareszcie.
— Przepraszam! — krzyknęłam głośno, by zwrócić na siebie uwagę ogiera. — Byłabym wdzięczna, gdybyś mi pomógł. — dodałam już ciszej, uśmiechając się najmilej, jak umiałam. Nie mogłam być wredna — nie tylko dlatego, że dobre maniery miałam we krwi, ale przede wszystkim z powodu tego, że był uzdrowicielem, a takich się nie denerwuje (nie chciałam, by „przypadkiem” coś spartaczył z moim zdrowiem — znałam już takie przypadki).
Siwek ruszył ku mnie szybkim krokiem, na co odetchnęłam głęboko. Czeka mnie najgorsza część — leczenie, czyli pożeranie jakichś okropności i wytrzymywanie paćkania na sierści. Mimo że to wszystko zazwyczaj działa, to... Nienawidzę lekarzy.

<Hadvegar?>

8.09.2018

Od Salkhi do Mivany ,,Życie nie jest kolorowe"

Na początku panowała między nami dość niezręczna cisza — nikt nie miał pojęcia, o czym moglibyśmy porozmawiać, więc każde z nas milczało jak zaklęte. Kiedy jednak gęsta atmosfera zaczęła mnie irytować, postanowiłam się odezwać, nawet jeśli głupią wypowiedzią miałabym nieco zszargać sobie opinię.
— Więc, Atlas... Jak wygladało życie w Stadzie Białego Orła?
Ogier słysząc moją wypowiedź spiął się i przez chwilę milczał, zapewne zastanawiając się nad odpowiedzią. Cóż, nikt nie mówił, że zadaję łatwe pytania.
— Nieprzyjemnie. Nie chciałabyś do niego należeć. — mruknął w końcu zdawkowo, swoim stwierdzeniem wywołując mnie prychnięcie.
Zdecydowanie nie lubiłam czuć się niedoceniania, mimo, iż zaskakując później innych miałam większą satysfakcję. Jednakże nawet wspaniały widok pysków zszokowanych przeciwników nie był wart bycia traktowaną jak źrebak.
— Skąd taki wniosek? — zagadnęłam, na razie nie dodając swoich trzech groszy. Bardziej chciałam uzyskać satysfakcjonującą odpowiedź na zadane wcześniej pytanie, od której to gniadosz starał się chcieć wymigać. Nie ma jednak mowy, że mu na to pozwolę — zanadto zżerała mnie ciekawość.
— Widać to po tobie. — parsknął, zapewne chcąc rozluźnić atmosferę i zmienić temat.
— Na razie tego nie skomentuję, ale nie myśl sobie, że odpuszczę ci niedocenianie moich zdolności. — posłałam mu słodki uśmiech, delikatnie przyspieszając kroku. — Mimo wszystko nadal czekam na bardziej rozwinięte zdanie.
Bojownik westchnął ciężko, patrząc przed siebie. Oho, chyba dotarła do niego rzeczywistość. Zerknął na mnie i Mivanę (która, swoją drogą, przez cały czas siedziała cicho, jakby nie obchodziła jej nasza rozmowa, ale widziałam jak co jakiś czas rzuca spojrzenia w stronę naszego towarzysza) kątem oka, po czym przez chwilę ponownie zapanowała cisza.
Już zaczynałam sądzić, że nie miał zamiaru zwierzać się właściwie niedawno poznanym klaczom, kiedy harmonię trwającą dookoła przerwał lekko zachrypniętym głosem.
— Przyjmowanie do Stada nie wygląda tak, jak tutaj. Potencjalni członkowie są zmuszeni walczyć kolejno z trzema najsłabszymi końmi, a żeby się dostać, powinni wygrać conajmniej dwa z pojedynków. W przeciwnym wypadku są mordowani. — odwrócił na chwilę łeb w naszą stronę, jakby chciał sprawdzić czy go słuchamy, a kiedy napotkał zdziwione i zaciekawione spojrzenia, kontynuował. — Są przypadki, kiedy pojedynczy chętni dostają szansę z jedną wygraną na koncie, ale zazwyczaj to konie dorastające oraz tacy, w których wyżej postawieni dostrzegli potencjał.
Pokiwałam w zamyśleniu głową, przetwarzając w myślach słowa Atlasa. Rzeczywiście, niezbyt kolorowo, a to dopiero przyjęcia...
Posłałam mu słaby uśmiech, by zachęcić go do dalszych zwierzeń.

<Miv? Również wybacz oczekiwanie>

8.09.2018

Od Salkhi ,,Nieszczęścia chodzą trójkami" Misja #3

Ten dzień nie zapowiadał się jakoś szczególnie — ba, swoją powtarzalnością wręcz powodował u mnie nudności. Pogoda była taka jak zazwyczaj w ostatnim czasie — buro i ponuro, chmury na niebie, zza których delikatnie wychylało się słońce, a powietrze chłodne i delikatnie kłujące przy oddechach.
Spacerowałam po terenie w okolicy stada, szukając do zjedzenia czegoś lepszego niż kora drzew, ale nic nie zapowiadało tego, bym miała znaleźć jakieś smakołyki. Właśnie kierowałam się na pobliską polankę, by poćwiczyć kondycję, kiedy poczułam, jak coś twardego uderza mnie w grzbiet. Obróciłam się i rozejrzałam, ale nigdzie nie widziałam kogoś, kto mógłby czymś we mnie rzucać.
Bum! Kolejne uderzenie, tym razem w zad. Byłam nieco zdezorientowana, ale też zdenerwowana — jeśli to jakiś koń robił sobie ze mnie żarty, może już czuć się skończony! Uniosłam głowę, a moim oczom ukazały się pociemniałe chmury, a po chwili na moim pysku wylądowała... Kostka lodu?
Natychmiast zrozumiałam, co się dzieje, i ruszyłam galopem do bazy. Było źle, bardzo źle. Grad? Naprawdę? Czasami mam wrażenie, że pogoda szczególnie mnie nie lubi. Kiedy dotarłam do bazy, czterokopytni z klanu po kolei przechodziły przez wąskie wejście do jaskini, a stojąca z boku Yatgaar przeliczała wchodzących. Grad padał coraz mocniej, a ja czułam jego uderzenia na ciele. Po chwili udało mi się wejść do środka, a tuż za mną wkroczyła przywódczyni, informując władcę o obecności wszystkich. Musiała przy tym krzyczeć, gdyż panował rumor i chaos, tworzony przed spanikowane stado.
Członkowie monarchii uspokajali zdenerwowanych i starali się odnaleźć ewentualnych poszkodowanych. Korzystając z nieuwagi, wyjrzałam na zewnątrz, a moim oczom ukazał się widok... Właściwie niczego. Kostki lodu ogromnej wielkości spadały tak gęsto i z taką szybkością, że nie widziałam kompletnie niczego na zewnątrz. Gdy byłam bliżej wejścia, słyszałam ten okropny szum. To wszystko trwało jednak zaledwie chwilę i zaraz widoczność się poprawiła, a po kilku sekundach pogoda się uspokoiła.
Powoli wycofałam się do środka jaskini, gdzie w rogu zauważyłam, jak jabłkowity koń, zapewne będący medykiem, zajmuje się rannym koniem, a asystowała mu przy tym Miriada. Odszukałam wzrokiem Yatgaar stojącą przy Shiregcie i oznajmiłam im, że wszystko się skończyło. Ruszyłam za dwójką ku wyjściu, a im bliżej byliśmy, tym większy chłód było czuć z zewnątrz. Zdziwiło mnie to, jeszcze chwilę temu temperatura była taka jak na początku dnia.
Pogoda jednak najwyraźniej nie chciała dać za wygraną i teraz zesłała okropny mróz, który z zadziwiającą szybkością zamrażał kostki lodu leżące na ziemi. Przywódczyni z zatroskaną miną wycofała się do środka, zapewne po to, by zrelacjonować małżonkowi sytuację. Ja z pozornym spokojem sprawdzałam, czy grad spowodował wielkie straty, i cóż... Nie było najlepiej, ale zawsze mogło być gorzej. W co słabszych drzewach pojawiły się dziury, a poza tym byłam wręcz pewna, że w najbliższym czasie będę musiała zadowolić się śniegiem jako ugaszaczem pragnienia, bo woda w źródłach w okresie bliskiej przyszłości będzie nie do wygrzebania, a dalej niesamowicie zimna (nawet jak na standardy obecnej pory roku).
Westchnęłam głęboko, czując przy tym ostre powietrze drapiące moje nozdrza i kłujące w piersi — to oznaczało, że lepiej wycofać się do środka.
Kiedy byłam z powrotem w jaskini, od razu zauważyłam różnicę — konie stały w grupkach, wymieniając się różnymi spostrzeżeniami, kilkoro stało, spokojnie obserwując innych, natomiast pojedyncze źrebięta skakały dookoła zapewne rodziców.
Najbliższy czas miałam zamiar spędzić na drzemce, ta jednak została brutalnie przerwana przez nagły huk. Moje pierwsze myśli wyglądały między innymi tak: „Dlaczego ja? Czym sobie na to zasłużyłam?”. Otóż okazało się, że niedawna sytuacja niewystarczająco spełniła swoją wizję, dlatego też aktualnie na zewnątrz rozpętała się burza. Przez szybki lot kropel wody nie było nic widać, a gromy i pioruny przecinające niebo pełne wręcz czarnych chmur dodawały powagi sytuacji.
Cóż... Mój limit nieszczęść chyba wyczerpał limit miesięczny. Przynajmniej taką mam nadzieję.

Zaliczone.

18.08.2018

Od Salkhi do Cardinaniego „Potrzebuję odprężenia”


Spokojnie przemierzałam las na niższej części Gerel Uul, w poszukiwaniu jakiejś polanki do treningu biegów. Wolałam nie ganiać po śniegu w lesie, szczególnie iż ostatniej nocy był porządny mróz i gdzieniegdzie mogło być ślisko. Nie chciałam ryzykować wpadnięcia na drzewo (trochę niezręczna byłaby wtedy wizyta u medyka, jeśliby w ogóle do niej doszło), więc łąka nadawałaby się idealnie do ćwiczeń. Tam mogłam spokojnie trudzić się bieganiem po niepewnej nawierzchni i próbami utrzymania się na niej, bez większych niebezpieczeństw.
Poza tym chciałam pobyć trochę sama. Ostatnio cały czas przebywałam w towarzystwie innych (co było nieco zaskakujące, wybierając stanowisko zwiadowcy, spodziewałam się raczej nadmiernego osamotnienia) i dobrze by było trochę od niego odpocząć, a cisza i sport to idealne odprężenie. Może nawet poprawi mi to trochę humor?
Zauważyłam w oddali prześwit między drzewami i na mój pysk wpłynął uśmiech. Nareszcie. Dostałam się na wolną przestrzeń i tak jak się spodziewałam, nie było na niej nikogo. Zrobiłam na początku spokojnie kółku dookoła, żeby sprawdzić nawierzchnię, ewentualne doły ukryte pod śniegiem i inne takie. Kiedy nic takiego nie odkryłam, puściłam się szaleńczym galopem, by wyrzucić z siebie całe nagromadzenie uczuć zgromadzonych w środku. Wiatr rozwiewał moją grzywę, a ja zdecydowanie czułam się lepiej. Wolność była rzeczą, którą kochałam najbardziej i najboleśniejsza byłaby dla mnie utrata jej. Mijał czas, a ja zrobiłam się zmęczona początkowym cwałem i późniejszym galopem, w dodatku parę razy poślizgnęłam się i cudem łapałam równowagę.
W końcu zatrzymałam się i wzięłam kilka głębokich wdechów, by wypuścić kłęby pary z nozdrzy. Moje ciało było zgrzane, jedynie zewnętrzna temperatura powstrzymywała je od wylania na sierść litrów potu.
— Em... Cześć?
Słysząc jakiś głos, uniosłam głowę i rozejrzałam się — moim oczom ukazało się ciemne ciało, które zdecydowanie wryło się w moją pamięć.
To on, ten wstrętny wyjadacz owoców, który pozbawił mnie przyjemności spróbowania ich jakiś czas temu. Teraz jeszcze śmiał pokazywać mi się na oczy!
Prychnęłam i odwróciłam się w drugą stronę, by ponowić trening. Nie zamierzam poświęcać mu czasu.
<Carni?>

18.08.2018

Od Salkhi „Porzeczki to życie” Misja #2

Miałam zupełnie poważny dylemat. Serio, niecodziennie decyduje się, czy lepiej zabrać się za czarną porzeczkę, czy też za wiciokrzew kamczacki. To były przysmaki rzadkie, a ja wiedziałam, że mój żołądek teraz już nieprzyzwyczajony do wygód innych niż trawa, nie zniesie dobrze pomieszania dwóch gatunków owoców, szczególnie w dużej ilości. Dlatego teraz poważnie zastanawiałam się nad wyborem. Niby mogłam tu przyjść jeszcze następnego dnia, ale do tego czasu ktoś może się za nie zabrać albo co gorsza, mój brzuch się zbuntuje i na długi czas będę mieć dość owoców (to byłby dopiero dramat).
Już miałam zrobić w myślach wyliczankę, kiedy usłyszałam za sobą głos, wołający moje imię. Niechętnie odwróciłam się w jego stronę i dostrzegłam kłusującą do mnie wysoką klacz, Mirabikę, którą miałam okazję ostatnio poznać. Kiedy zatrzymała się obok, skinęłam głową na jej powitanie i wsłuchałam się w to, co wydawało jej się tak ważne, by przerywać mój posiłek (no, prawie).
— Cieszę się, że cię widzę. Zauważyłam, że w moich zapasach brakuje już łyszczca wiechowatego, a on jest rzadkim ziołem. Sama muszę znaleźć jeszcze driakwię żółtą, rdest wężownik i ostrzeń pospolity, więc nie mogę się zająć jego szukaniem. Mogłabyś to zrobić za mnie?
Westchnęłam. Poszukiwania nieczęsto pojawiającego się zioła na pewno zajęłyby mi dużo czasu. Bardzo dużo. W dodatku nie znam się na nich za dobrze, więc co jeśli spędziłabym mnóstwo czasu na szukaniu czegoś, co okazałoby się niepotrzebne?
I... Mój posiłek. Zerknęłam na niego łapczywie.
— Opiszę ci go, najlepiej jak potrafię - dodała, widząc moje niezdecydowanie. — Mam też w swoich zapasach trochę porzeczek. Chętnie ci nieco dam.
Okej, ostatnia kwestia przeważyła szalę niepewności. Muszę przyznać, że Mirabika potrafi być niesamowicie przekonująca.
— Niech będzie. Powiesz mi jeszcze, gdzie mniej więcej mam go szukać?
Twarz klaczy rozjaśnił uśmiech.
— Patrz na zboczach i wydmach. Lubi piaszczyste miejsca. Łyszczec jest wysoki, kwiaty ma drobne, białe albo różowawe, zebrane w liczne grupy. Liście naprzeciwległe, wąskie i rosnące na łodydze wielokrotnie. — wyliczała, a ja starałam się to wszystko zakodować w pamięci i wyobrazić sobie wizerunek rośliny. — To powinno ci wystarczyć. Liczę na ciebie! Pamiętaj o porzeczkach! — dodała na odchodne i po chwili zniknęła z zasięgu mojego wzroku.
Westchnęłam ciężko. W co ja się wpakowałam? Ach, tak. Mój wzrok skierował się na krzaczek czarnych owoców. Robię to dla nich. Dla jedzenia. W takim tempie nadejdzie dzień, w którym sprzedam duszę dla czerwonych porzeczek. Pysznych, soczystych i tak wspaniale wyglądających... Nie, dość. Nie mogę ich skosztować, bo z pewnością nie skończyłabym na kilku, a stałabym tak do czasu zaspokojenia głodu. A miałam rzecz do zrobienia.
Raźnym krokiem ruszyłam w stronę najbliższych zboczy. Na pewno znajdę tam tego łyszczca jakiegośtam i zdążę jeszcze dzisiaj na smakowity deser. Muszę myśleć pozytywnie, podobno to wpływa na wyniki czynności. Moje samopoczucie odrobinę się poprawiło, a ja sama przyspieszyłam do galopu. Miałam szczęście, że stado znajdowało się właśnie na górskim zboczu i właściwie poszukiwania miały rozciągać się wokół bazy. Problemem było to, że jak Mirabika sama wspomniała - nie często można było znaleźć tę roślinę. Czy w takim razie miałam jeszcze jakąkolwiek szansę na znalezienie tego zioła? Chyba nie za bardzo.
Dopiero teraz dotarła do mnie całość sytuacji. Z przygasłym entuzjazem rozglądałam się dookoła, mając minimalną nadzieję na to, że jakimś cudem szybko znajdę to czego szukam i będę mogła zająć się czymś zdecydowanie lepszym (bo nie ukrywajmy, jedzenie takie jest).
Mijały minuty, które rozciągały się w godziny, a tak jak wcześniej na mojej drodze nie znalazłam rośliny. Zajęcie mnie nużyło, ale dzielnie przeczesywałam kolejny teren, niestety bez powodzenia. Parę razy miałam wrażenie, że wreszcie widzę obraz mojej udręki, były to jednak fałszywe tropy, a znaleziska różniły się szczegółami wyglądu od tych, które miał posiadać łyszczec. Zaprawdę, coś czułam, że wyimaginowany lub nie wizerunek rzeczy przeze mnie szukanej, będzie pojawiał się w moich snach przez jeszcze wiele nocy.
Dlaczego ja się na to zgodziłam? Dlaczego? Może mi to ktoś powiedzieć? Z takiej perspektywy owoce zupełnie nie były przekonującą zapłatą, nawet w połączeniu ze wdzięcznością Mirabiki. Ale szkoda było mi porzucać poszukiwania, w końcu pokonałam już tak wielki kawałek, że na pewno wkrótce znajdę te przeklęte zioła.
Prawda?Ech, po co się oszukuję. Nie ma mowy, że je gdzieś zobaczę (nie licząc głowy i marzeń). Chociaż moją duszę ściskał żal po niespełnionej misji, zawróciłam w stronę siedliska klanu, mając nadzieję znaleźć tam zielarkę. Co prawda nie miałam dla niej dobrych wieści, więc znając życie nie dostanę tych porzeczek, ale przynajmniej mogłam się pocieszyć moimi krzaczkami owoców z lasu. Ach, tak, na samą myśl o nich robiło mi się przyjemnie.
Potężna klacz wydawała się niepocieszona moją porażką na polu szukania roślinności, ale podziękowała i odesłała mnie z kwitkiem. Trochę zawiedziona, bo gdzieś w środku żywiłam jednak nadzieję na nagrodę za chęci, ruszyłam w stronę mojego porannego miejsca pobytu. Na drodze ostatnich kilkudziesięciu metrów zaczęłam galopować, nogi same niosły mnie do posiłku.
Kiedy jednak zza drzew wyłoniła mi się polanka z krzakami, przystanęłam z wrażenia. Przy mojej życiowej miłości stał jakiś ciemny koń, bezczelnie wyjadający wszystko z roślin. Teraz ogarnęła mnie wszechobecna złość.Podeszłam do niego na odległość kilku metrów i wysyczałam wściekle:
- Ty! Jak śmiesz?
Brałam głębokie wdechy by się uspokoić, nie mogłam stracić twarzy. Skończyłam na posyłaniu pełnych nienawiści spojrzeń w stronę, jak się okazało, ogiera, trzymając głowę w górze i z nieco bojową postawą.
Samiec zaskoczony obrócił się i spojrzał na mnie jak na ducha.
Och, ja mu pokażę. Moje jedzenie, moje pyszne, jedzenie. Nie ma go, tylko z powodu tego wstrętnego niszczyciela marzeń!
Już on zobaczy, że ze mną się nie zadziera.
Ale... Może nie teraz.
Teraz muszę się uspokoić, zdecydowanie.
Pełna negatywnych uczuć zostawiłam wyjadacza przy już praktycznie pustych krzaczkach i odeszłam szybkim krokiem.
 Zaliczone.

16.08.2018

Od Salkhi do Mivany „Dobry czy zły?”

Sytuacja sprzed chwili całkowicie spędziła mi sen z powiek.
— Bardzo chętnie — odwzajemniłam jej uśmiech. Sprawa zapowiadała się nieźle, a ja miałam nadzieję, że dzięki temu dowiem się, czy Atlasowi można ufać.
Ruszyłyśmy, najciszej jak się dało w tę samą stronę, co ogier. Na początku biegłyśmy kłusem, nie chcąc go zgubić, jednak kiedy ujrzałyśmy go na horyzoncie idącego szybkim stępem, zwolniłyśmy i zeszłyśmy bardziej na bok. Szłyśmy za nim krok w krok, jednak niekiedy musiałyśmy przyspieszać tempa, gdyż starałyśmy się podążać przy linii gęstych krzaków. Po kilkunastu minutach nieustannego spaceru, kiedy mój zapał już nieco zgasł, gniadosz nagle przystanął. Zrobiłyśmy to samo, a Mivana musiała schylić głowę, gdyż samiec rozglądał się przez chwilę dookoła. W końcu uniósł łeb do góry i pokręcił nim na boki, a wtedy z nieba zapikował jakiś ptak, lądując na wysokiej gałęzi drzewa obok niego, skrywając się wśród kupek śniegu.
Wymieniłyśmy z Mivaną dość zaskoczone spojrzenia i podeszłyśmy bliżej, by lepiej słyszeć rozmowę tych dwóch osobników. Przed zaczęciem rozmowy Atlas jeszcze chwilę patrzył dookoła, a w końcu zaczął mówić coś do ptaka. Nie rozumiałam słów, więc ostrożnie, by nie wydać naszej obecności, podeszłam parę kroków bliżej i wysiliłam słuch.
— ...nie mogę — to był głos ogiera, zrozumiałam niestety tylko końcówkę jego wypowiedzi.
— Dasz radę, Zerleg.
— Nie jestem pewny. — mruknął z przekąsem, na co ptak zaskrzeczał.
— Bądź poważny! Nie zmarnuj szansy, już masz kredyt zaufania.
— Nie jestem już źrebakiem, Toos. Nie musisz się martwić, dam radę. Jeszcze zobaczysz, na co mnie stać. — wysyczał ogier, przyjmując bardziej bojową postawę. Widać było, że jeszcze chwila i wybuchnie.
— Mam taką nadzieję. — pierzasty powiedział cicho, tak, że ledwo zrozumiałam to, co powiedział. Po tych słowach na kilka sekund zapadła cisza, aż wreszcie wzleciał on w powietrze.
Samiec stał w miejscu i patrzył w niebo dopóty, dopóki nie zniknął on z pola widzenia. Rozejrzał się ostatni raz i ruszył w stronę siedziby.
Odczekałam z poruszaniem się kilka minut, by gniadosz nie mógł usłyszeć naszej rozmowy. Wreszcie odwróciłam się i spojrzałam po raz pierwszy od chwili na Mivanę, a ta wyglądała na zakłopotaną. Stała i patrzyła w miejsce poprzedniego pobytu bojownika, jakby przetwarzając to, co się tu stało w myślach.
— Słyszałaś wszystko? — wyszeptałam, na co ona przeniosła wzrok na mnie i pokiwała twierdząco łbem. Przełknęła ciężko ślinę.
— Nie za wiele nam to wszystko mówi. — parsknęła, na co ja westchnęłam. Rzeczywiście, podsłuchana rozmowa wywołała w moich myślach jeszcze większy mętlik, niż ten wcześniejszy. — Może wracajmy. Trening mnie odpręża.
Skinęłam łbem i powoli ruszyłam za towarzyszką. Na wypadek poszłyśmy okrężną drogą, nie chcąc przypadkiem wpaść na Atlasa. Podczas powrotu nawet na siebie nie patrzyłyśmy, obie pogrążone w przemyśleniach. To wszystko było poplątane, a ja już czułam, że to dopiero początek, mały smaczek tego, co się kryje za tą całą sytuacją. Chyba mam jakieś 'szczęście' do dziwnych przygód. Och, nie jestem pewna, czy to dobrze. Z jednej strony się nie nudzę, z drugiej jednak mam wątpliwości, czy na pewno chcę się w to wszystko mieszać. Teraz jednak nie było już odwrotu. Akcja się zaczęła.
W mojej głowie prym wiodło jedno pytanie: o co w tym wszystkim chodzi?

< Kataxo? Mam nadzieję, że jakoś się to trzyma twoich planów xP>

15.08.2018

Od Salkhi ,,Ból zdradza najlepsze plany" Misja #1

Otworzyłam powieki, powodujące to, że widziałam jedynie mrok, po to, by ujrzeć... Ponownie ciemność. Zamrugałam oczami, chcąc się upewnić, czy na pewno nie są dalej zamknięte. Już miałam uznać to za sen, kiedy poczułam rozrywający ból w nodze, przez który miałam ochotę zwinąć się w kłębek i krzyczeć. To nie mógł być wytwór wyobraźni. Wzięłam głęboki wdech, by uspokoić oddech, gdy do moich uszu dotarło sapanie.
Przejęta szybko skoczyłam na nogi, zapominając o zranionej kończynie, jednak ta szybko dała o sobie przypomnieć nagłym przypływem kolejnej fali cierpienia. Rozejrzałam się dookoła, chcąc znaleźć źródło bolączki i dźwięku, a gdy je ujrzałam, zostałam niemal sparaliżowana przez strach.
Moje odnóże uwięzione było we wnyce, która wbijała się coraz głębiej w moje ciało przy każdym ruchu. To nie było jednak najgorsze. Stałam oko w oko z człowiekiem.
Był to postawny mężczyzna, na ramieniu miał zawieszony sznur, a on sam stał i wpatrywał się we mnie, będąc w równie wielkim szoku co ja.
Rozejrzałam się w panice — uwięziona i zraniona nie miałam szans mu uciec. Gdybym miała wolną nogę, może jakoś bym mu się wymknęła... W mojej głowie uformował się plan, który miał minimalne szanse powodzenia. Nic innego mi jednak nie wpadało do głowy, więc zdecydowałam się działać.
Udając spokój, poczekałam, aż dwunożny otrząśnie się z szoku. Tylko on w tej chwili mógł mnie uwolnić, a jeśli uzna, że jestem zbłąkanym koniem hodowlanym, może prędzej to zrobi. Pozostało tylko wierzyć, że jest niezbyt inteligentny.
Wkrótce uśmiech wpłynął na jego usta, a on powoli zaczął się do mnie zbliżać z wyciągniętą do przodu dłonią. Nie ruszałam się i wpatrywałam w niego, w razie, gdyby miał zamiar mnie ukatrupić. Kiedy jego ręka była tuż przed moim pyskiem, trąciłam ją delikatnie i zarżałam żałośnie, mając nadzieję, że to wzbudzi w nim współczucie. Przesunął dłonią po mojej sierść, a na szyję założył mi pętlę sznura. Złapał go i schylił się do pułapki, a ja spięłam mięśnie. Chwila...
Kiedy wnyka puściła, gwałtownie odskoczyłam. Mężczyzna, który nie spodziewał się tego po dotkliwie rannym koniu, od razu wypuścił linę z rąk. Zaciskając zęby, by powstrzymać jęk bólu, wzięłam zamach łbem i uderzyłam go w głowę z całej siły. Zaszumiało mi w uszach, ale akcja udała się — człowiek jak długi poległ na ziemi, zapewne nieprzytomny.
Wzięłam głęboki wdech i powolnym krokiem ruszyłam w stronę, z której nad drzewami prześwitywał fragment Gerel Uul. Przy każdym posunięciu czułam, jakby w moją kończynę wbijały się setki igieł i rozrywały ją na strzępy. Po czasie wydającym się wiecznością (gdzie musiało minąć kilka godzin, gdyż wstawał świt) zauważyłam końską sylwetkę. Nareszcie.

Zaliczone.

15.08.2018

Od Salkhi do Mivany „Lepiej się zdrzemnę”

— Oczywiście — skinęłam głową i spojrzałam sceptycznie na nowego członka klanu. Cóż, pozostaje mi wierzyć intuicji Khonkha, a miałam nadzieję, że jakąś posiada po tylu latach życia i władania stadem. Kto tam wie? Niektórzy potrafią wspaniale grać. Mam nadzieję, że Atlas nie wniesie żadnych szkodliwych cech do naszego środowiska i, że naprawdę ma dobre zamiary.
Westchnęłam cicho.
— Chodź — mruknęłam w stronę ogiera, patrząc mu przez chwilę w oczy.
Ruszyłam w stronę polany, na której zebrała się już większość członków stada. Przystanęłam w miejscu obok Mivany, bo chcąc nie chcąc była tutaj najbliżej przeze mnie poznanym osobnikiem. Chyba jej to nie przeszkadzało (albo w ogóle tego nie zauważyła), gdyż po prostu stanęła. Gdy gniadosz zajął miejsce blisko niej cicho prychnęła, ale koniec końców przymknęła powieki, zapewne próbując chwilę odpocząć. Powinnam chyba zrobić to samo, ale na razie jakoś nie miałam ochoty na sen. Mam tylko nadzieję, że Kataxo nie zdecyduje się zrobić naszego treningu z samego rana, gdyż prawdopodobnie będę przypominać wtedy żywego trupa. Zastanawiało mnie jedynie to, czy Atlas dalej będzie nam towarzyszyć. Spojrzałam na niego.
Stał spokojnie, a jego oddech był równy. Mimo to, co chwilę uchylał delikatnie powieki, jakby wypatrywał jakiegoś zagrożenia. Nasunęło mi to wnioski, że w jego poprzednim stadzie rzeczywiście nie było zbyt kolorowo. Tylko co go skłoniło do nagłego przeniesienia się do Klanu Mroźnej Duszy? Z tego, co usłyszałam, wiem, że spotkał się z moją jelenią towarzyszką tydzień temu. To sporo czasu na przemyślenia... Z jednej strony było mi go nieco szkoda — nie wiadomo, jak było w Stadzie Białego Orła, mogli go tam trzymać pod kloszem z wrażeniem, że na świecie nic lepszego nie ma. Z drugiej strony zaś coś mnie od niego odciągało, miałam wrażenie, że nie powinno go tu być.
Lepiej się zdrzemnę.

< Miv? To jak, rozkręcamy akcję, czy jeszcze parę przejściówek idzie? xP>

13.08.2018

Od Salkhi do Mivany „Niezręczność”

Można powiedzieć, że byłam nieco zdegustowana ostatnią wypowiedzią samca. Przypominał mi tym wielkich podrywaczy, uważających, że mogą zdobyć niczym trofeum każdą klacz. Wydaje im się, jakobyśmy nie posiadały własnych mózgów i nie widziały ich poczynań. Cóż, niektóre może lecą na wygląd i uroczy uśmiech, ale błagam! Intelekt przynajmniej przydaje się do poważnych rzeczy, a nie zabawy. Zresztą mniejsza z tym.
Zauważyłam, że Mivana spogląda na mnie. Cóż, chyba czas zabrać głos.
— Uważam, że my nie jesteśmy idealne do podejmowania takich decyzji. Myślę za to, że nasz władca chętnie sobie z tobą porozmawia i zadecyduje o twoim członkostwie. — powiedziałam, spoglądając na gniadosza. Jego uśmiech nieco zadrżał, ale skinął głową.
— W takim razie zaprowadźcie mnie do niego.
Przewróciłam oczami na rozkazujący ton — zdecydowanie nie przepadałam za wykonywaniem żądań. Nic nie mówiąc, odwróciłam się i ruszyłam w stronę poprzedniej wędrówki mojej i Kataxo. Zerknęłam w miejsce, gdzie poprzednio stała i zauważyłam, że zrobiła to, co ja. Zrównała ze mną krok i szłyśmy obok siebie. Do moich uszu dotarło skrzypienie śniegu i za chwilę przy drugim boku klaczy maszerował również gniadosz.
Poruszaliśmy się w ciszy, a ja wręcz zapomniałam, że mam towarzyszy. Samcowi chyba jednak to nie odpowiadało albo czuł się niezręcznie, gdyż odezwał się:
— Co robiłyście tu o tej porze?
Zerknęłam kątem oka na znajomą, by zobaczyć czy odpowie, czy też ja mam to zrobić.
— Zwiedzałyśmy. — mruknęła zdawkowo, mając oczy wlepione tuż przed siebie.
— Aha. — odpowiedział tamten, nieco zapeszony. I ponownie władanie przejęła cisza.

< Mivana?>

12.08.2018

Od Salkhi do Mivany „Przerwa w ciszy”

Czy ja mam jakiś plan? Cóż, trudno powiedzieć. Powinnam raczej trzymać się stada, na wypadek, gdybym miała ruszyć na sprawdzić jakiś teren, ale (jeśli dobrze wywnioskowałam) klan przebywał na obecnym terytorium niedługi czas, więc raczej na razie nie było w planach przemieszczania się na większe odległości. Mimo wszystko jednak nie zamierzałam nikomu podpadać już w pierwsze dni należenia do nowego miejsca (bo ochoty na kolejną przeprowadzkę aktualnie nie miałam). Warto jednakże nawiązać kontakt z innymi...
— Żadnych konkretnych planów nie mam, możliwe, że po prostu będę się zapoznawać z innymi członkami klanu albo może poćwiczę. Ostatnio nie miałam na to czasu. - wyznałam, zerkając na stojącą obok klacz.
Stała spokojnie, nie ruszając się ani o centymetr, ze wzrokiem wlepionym w wieczorne niebo. Nawet mocniejsze podmuchy chłodnej bryzy nie sprawiały, że drżała.
— W takim razie potrenuję z tobą, jeśli oczywiście nie masz nic przeciwko. - mruknęła, odwracając łeb w moją stronę.
Spojrzenie jej ciemnych oczu z nieznanego powodu wzbudzało u mnie delikatne dreszcze. Patrzyła tak, jakby chciała wyczytać ze mnie wszystko, łącznie z tym, co jadłam na śniadanie, jaka jest moja przeszłość i co planuję zrobić. Dzielnie utrzymałam z nią kontakt wzrokowy, kiwając jedynie głową na jej słowa.
— Będzie mi miło.
Po tym zdaniu zdawało mi się, że zauważyłam u niej cień uśmiechu, ten jednak zniknął tak szybko, jak się pojawił. Odwróciła łeb w poprzednie miejsce i odetchnęła głęboko. Miała w swoim zachowaniu tak wiele nostalgii i dziwnego smutku, że czułam się tam wręcz nie na miejscu.
— Powinnyśmy chyba wracać.
Skinęłam głową i ruszyłam u jej boku w stronę bazy. Cisza była nieco niezręczna przez chwilę, a gdy już chciałam się odezwać, dotarł do moich uszu szum rozmowy.

< Miv? Decyduj, czy akcja się rozkręca 8)>

11.08.2018

Od Salkhi do Mivany „Cenne rady”

Pokiwałam delikatnie pyskiem. Zdecydowanie, klacz należała do wyżej postawionych i miała wyraźne oraz ambitne plany, co było dość imponujące. Lubiłam takie konie, wiedziały one, czego dokładnie chcą, i większość z nich dążyła do celu. Ja sama również starałam się taka być i jak dotąd, w miarę mi się to udawało (nie licząc miażdżącej porażki z objęciem władzy w stadzie, ale to była już sytuacja bez wyjścia. Nie byłam jeszcze tak zdesperowana i przejęta nienawiścią, by posuwać się do bratobójstwa). Dodatkowo Mivana Kataxo zdawała się konkretna i sprawiała przynajmniej pozory sympatycznej, co w aktualnej sytuacji było dla mnie przydatne.
— Znalazłabyś może dla mnie chwilę czasu? — zapytałam, przekrzywiając głowę delikatnie na bok. Ot, taki nawyk.
— Zależy, w jakim celu. - mruknęła, mierząc mnie przenikliwie wzrokiem.
Czułam się przez to lekko niezręcznie, ale nie miałam niczego interesującego do ukrycia, dlatego wciąż stałam luźno, jednak wyprostowana i z pyskiem uniesionym w górę. Co jak co, ale maniery oraz dumna postawa pozostały w moich zwyczajach, i wątpiłam, by kiedykolwiek z nich zniknęły. Nadal miałam w pamięci matkę powtarzającą mi, że najważniejsza jest postawa. „Choćbyś mentalnie wyła z bólu albo skakała z radości, masz okazywać spokój. Niech nikt nie ma pojęcia, że można cię złamać”. Mimo że w ostatnich czasach przed ucieczką nasze stosunki znacznie się pogorszyły, nadal miałam do niej szacunek i musiałam przyznać, że była mądrą przywódczynią (choć nie zawsze sprawiedliwą).
— Jako, iż podjęłam się roli zwiadowcy, muszę być obeznana w okolicy. Mogłabyś mnie oprowadzić po najbliższym terenie? Potrzebuję kogoś lepiej znającego to terytorium, a wnioskuję, że należysz do klanu dłużej niż ja. Byłabyś tak miła?

<Mivana?>

9.08.2018

Od Salkhi ,,Nowy początek"

Jak to ktoś stwierdził - każdy początek to ciąg dalszy. Moje 'nowe' życie miało być tylko kontynuacją dotychczasowych dziejów. Wiele się zmieniło - już nie byłam córką władców i następczynią tronu - zostałam zwykłym koniem i na szacunek u innych musiałam dopiero zapracować. Jednak ta wersja wydawała mi się lepszą opcją, w końcu nikt nie miał traktować mnie lepiej ze względu na pochodzenie, które wtedy nie posiadało już żadnego znaczenia. W poprzednim stadzie straciłam tron, najlepszą partię, a życie jako jedynie (choć niektórym może się wydawać: aż) siostra rządzącego było gorsze niż może się wydawać. Wcześniej wszyscy przymilali mi się, bo w końcu dobrze jest mieć znajomości wśród ważnych osobistości, prawda? Kiedy jednak przestałam takową być, wszyscy jakby zupełnie zapomnieli o dawnym respekcie. Nowy początek był nową szansą, sama miałam uzyskać poważanie, a to nabyte nie jest tak wadliwe, w końcu musi mieć jakieś podstawy.
Rozmyślając o tym, co było i co może się stać, poznawałam nową okolicę. Zostałam zwiadowcą, i moje zadanie od teraz miało to właśnie przypominać. Wolałam znać jak najlepiej pobliskie bazy miejsce, bo gubienie się w niczym by mi nie pomogło. Śnieg pruszył delikatnie, błyszcząc w słabych promieniach południowego słońca. Co jakiś czas otrzepywałam się z białego puchu, gdyż ten niesamowicie szybko zbieał się na grzbiecie.
Po pewnym czasie wśród wszechobecnej pokrywy śnieżnej zauważyłam sylwetkę konia. Cóż, chyba czas nawiązać jakąś znajomość.
<Ktoś, coś?>

9.08.2018

Nowy zwiadowca - Salkhi!


Źródło: Zdjęcie główne
Motto: "Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, to powiedz mu, co planujesz"
Imię: Salkhi
Wiek: 7 lat
Płeć: Klacz
Ranga/i: Zwiadowca
Głos: Evanescence
Rodzina: Nar - ojciec
Saikhan - matka
Ukhaantai - młodszy brat
Osobowość: Salkhi jest młodym koniem i jej osobowość jeszcze się kształtuje. Mimo to można już określić wyróżniające się u niej cechy, między innymi: jest ambitna i uparta. Gdy obiera sobie jakiś cel, dąży do niego i chce go uzyskać z jak najlepszym wynikiem. Z powodu początkowego wychowywania trudno jej podporządkować się komuś, ale potrafi wyczuć, kiedy lepiej jest się poddać. Jest ostrożna i podejrzliwa, do wszystkiego podchodzi z dystansem. Często stara się oceniać, czy zrobienie czegoś da jej jakąś korzyść, nawet najmniejszą (gdy tak jest, o wiele łatwiej jej się pracuje). Stara się kreować na poważną i dorosłą, mając nadzieję, iż tym zaskarbi sobie szacunek u innych. Nie przepada za złudzeniami i kłamstwami, ale w razie potrzeby i/lub zagrożenia życia jest gotowa porzucić swoją otoczkę szczerości. Bywa w niektórych sprawach wręcz fanatyczną perfekcjonistką i stara się zawsze myśleć o wszystkim i dopinać plany na ostatni guzik. Wiedza w każdej dziedzinie jest dla niej cenna i zawsze chętnie takową posiądzie, a czasami nie potrafi wyczuć, że kogoś nie interesują pokłady mądrości już przezeń zdobyte. Nigdy jeszcze nie miała okazji by wykazać się odwagą czy też lojalnością, a ma nadzieję, że w każdej kryzysowej sytuacji sobie poradzi, a inteligencja i spryt jej w tymże pomogą.
Orientacja: Demiseksualizm - brak jej pociągu do obu płci, odczuwa go dopiero w przypadku nawiązania silnej więzi emocjonalnej.
Partner/Partnerka: Nie rozgląda się za partnerem.
Potomkowie: Brak.
Aparycja:

  • Rasa: Mieszanka
  • Wygląd: Salkhi jest kasztanowatej maści z gwiazdką na czole oraz skarpetką na lewej tylnej nodze. Po bokach wystają jej nieco żebra, ale przez układ sierści jej chudość wydaje się większa niż w rzeczywistości. Owłosienie grzywy dość ubogie, układające się na prawą stronę szyi. Smukła sylwetka, na mięśnie klacz musi sobie dopiero zapracować.
  • Znaki charakterystyczne: -
  • Wzrost: 147 cm
  • Waga: 412 kg

Umiejętności:
Siła fizyczna: 19
Szybkość: 23
Zwinność: 29
Technika: 22
Wytrzymałość: 37
Kamuflaż: 20
Umiejętności dodatkowe: -
Historia: Urodziła się jako pierworodny i długo wyczekiwany potomek władcy stada. Miała objąć przewodnictwo gdy dorośnie, gdyż jej rodzice nie posiadali żadnego męskiego potomka. Plany co do tego zmieniła kolejna ciąża jej matki i narodziny Ukhaantaia. Salkhi została odstawiona na bok, co wywołało u niej wiele goryczy. Kiedy po raz kolejny była dyskryminowana, podjęła decyzję o ucieczce.
Inne: -
Kontakt: Howrse - optymistka
e-mail - cessecine@o2.pl
gmail - cake.by.the.ocean.hey@gmail.com/ewentualnie: cessecine@gmail.com
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika