Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Arrow. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Arrow. Pokaż wszystkie posty

11.10.2019

Przemiana Naero i Arrow'a

Postacie te decyzją ich właścicieli zostają zamienione w NPC, dzięki czemu nadal będą mogły uczestniczyć w tworzeniu naszej historii. Majątek Naero zostaje rozdzielony pomiędzy rodzeństwo, zaś Arrow'a przekazany Nivero i Naris.

Arrow|7 lat|Ogier|Medyk II stopnia|142p.|Erina

 Naero z dynastii Altbachów|4 lata|Klacz|30 p.|wolfik

21.06.2019

Od Arrow'a do Zee "Poznaj moją rodzinkę"

-Jasne. Ale musisz mi ją koniecznie kiedyś zdradzić-odparłem.
-Zdradzę na pewno. A teraz może się przejdziemy?-spytał Zee. Byłem trochę zaskoczony, myślałem, że będzie chciał trochę pomyśleć o pocztówce albo liście, ale skoro sam to zaproponował...
-Oczywiście, czemu nie-powiedziałem. I ruszyliśmy na nasz krótki spacer, tak jak zaplanowaliśmy.
~*~
Naris i Nivero byli ciekawi świata, jak to źrebaki. Cały czas uważnie się wszystkiemu przyglądały, sprawdzały, zaglądały w każdy zakamarek. Erina i ja musieliśmy mieć normalnie oczy w tyłkach, żeby tylko tą dwójkę upilnować. Moja partnerka właśnie dawała pouczający wykład Nivero, który nieopatrznie za bardzo się od nas oddalił. Znowu.
-Mojego brata chyba aż za bardzo ciągnie do innych źrebiąt. Stale by się tylko z nimi bawił-powiedziała Naris, która stała obok mnie.
-Z tobą jest chyba wręcz przeciwnie, co?-spytałem.
-A to źle?-zaniepokoiła się nieco klaczka.
-Nie, skądże. Każdy z nas jest inny i każdy ma inny charakter, inne potrzeby. Ty jesteś bardziej typem samotniczki, nie potrzebujesz dużego czy częstego towarzystwa. Ale to nic złego-upewniłem ją. W tej samej chwili kątem oka dostrzegłem jakiś ruch. Wyprostowałem się i spojrzałem za Naris. Klaczka po chwili odwróciła się, zaciekawiona tym, co tak bardzo przykuło moją uwagę. W naszą stronę zmierzał Zee.
-Witaj, Arrow-powiedział, podchodząc do nas.
-Witaj Zee. Chyba jeszcze nie mieliście okazji się poznać. Zee, to moja córka Naris. Naris, to Zee, mój przyjaciel. Możesz go chyba nazywać wujkiem, jeśli chcesz. I o ile sam zainteresowany się zgodzi-powiedziałem, spoglądając w stronę swojego przyjaciela.
-Nie mam nic przeciwko. Cześć mała!-zawołał Zee, schylając się do mojej córki.
-Nie jestem mała!-zawołała ta buntowniczo. Oboje zaśmialiśmy się. W tym czasie dołączyli do nas Erina i Nivero.
-A co się tutaj dzieje?-spytała moja partnerka.
-Nawiedził nas Zee-odparłem. Potem poznałem jeszcze mojego przyjaciela z moim synem.
-A co cię właściwie do nas sprowadza?-zapytała Erina.
-Właściwie to...mam pewną sprawę do Arrow'a i chciałbym pogadać z nim na osobności-odparł ogier. Popatrzyłem zdziwiony najpierw na mojego przyjaciela, a potem na Erinę.
-No cóż, w takim razie, jeśli to dla ciebie nie problem, możesz zostać chwilę sama ze źrebakami?-spytałem moją partnerkę.
-Jasne, żaden problem. Przecież opieka nad tymi szkrabami to sama przyjemność-odparła klacz.
-Oczywiście! Nie no, ja już wiem, jak one potrafią dać w kość-powiedziałem.
-A co to są "szkraby"? I co to znaczy "dać w kość"?-zainteresowała się Naris. Zee i ja oddaliliśmy się, podczas gdy Erina zaczęła im tłumaczyć owe zwroty.
-A więc? O czym chciałeś pogadać?-spytałem.
<Zee?>

19.06.2019

Od Arrow'a Misja #8 "Nadzieja umiera ostatnia"

-Musisz iść?-spytała ze smutkiem moja partnerka Erina.
-Ja też o wiele bardziej wolałbym zostać z tobą i źrebakami w klanie, ale obowiązki to obowiązki-odparłem. Klacz westchnęła ciężko.-No już, postaram się jak najszybciej to załatwić i do was wrócić-dodałem pospiesznie, żeby podnieść ją na duchu.
-Jasne. To idź i załatwiaj to szybko-odparła z uśmiechem moja partnerka. Odwzajemniłem go, a potem pożegnałem się z Nivero i Naris. Dostałem zadanie, aby uzupełnić zapasy ziół leczniczych, które nie mogły być długo przechowywane i w ten sposób często ich brakowało. W końcu, jakby nie patrzeć, od niedawna to było jedno z moich zadań. A ja chciałem wszystko wykonywać sumiennie. Nie żeby piąć się po drabinie w stadnej hierarchii, ale żeby pomagać potrzebującym. Być przydatnym. Niwelować ich ból i cierpienie. Odkąd pamiętam, zawsze wiele rzeczy mnie interesowało, a szczególnie zioła i ich lecznicze właściwości. A potem postanowiłem zostać właśnie medykiem, aby swoją wiedzę wykorzystywać dla dobra innych. Niedaleko od klanu znajdowała się polanka, na której zbieraliśmy większość ziół. Tam też udałem się w swoim pierwszym odruchu. Pomimo dokładnego przeszukania całej okolicy nie natrafiłem jednak na niektóre z roślin, które musiałem znaleźć. Westchnąłem więc, dostarczyłem do klanu dotychczas znalezione zioła i udałem się na dalsze poszukiwania. Mint przekonywała mnie, że to niepotrzebne, bo poradzimy sobie z obecnymi zapasami, ale chciałem wykonać swoje zadanie do końca. Poszedłem w stronę lasu. Opadłe, suche liście szeleściły mi pod nogami, podczas gdy ja zaglądałem w każdy zakamarek i pod każdy kamień, żeby znaleźć ukrywające się przede mną zioła. Dotarłem do grubego, zwalonego pnia. Rósł na skraju dość dużej dziury w ziemi. To znaczy, drzewo było kiedyś zakorzenione w tym miejscu, ale obecnie jego zupełnie martwy konar ciągnął się w dół po ścianie dołu. Najpierw sprawdziłem, czy w okolicach drzewa nie ma żadnego z poszukiwanych ziół, ale nie znalazłem nic takiego. Liczyłem na to, chociażby ze względu na fakt, że niektóre z nich lubią dość wilgotne, ciemne miejsca. Już miałem odejść, kiedy nagle spostrzegłem coś dziwnego na jednej z gałęzi. Wyrastała ona z martwego pnia nieco niżej. Ów dziwny przedmiot błyszczał się, kiedy padały na niego promienie światła przedzierające się między gałęziami pozostałych, żywych drzew, które nie poddały się jeszcze w swojej walce o prawo do życia. Coś wewnątrz mnie zmusiło moją osobę, żebym spróbował się temu dokładniej przyjrzeć. Oparłem kopyto na martwym pniu i sprawdziłem jego wytrzymałość. Wydawał się jeszcze w miarę solidny. Stanąłem na zwalonym drzewie i pochyliłem się w dół, aby dosięgnąć do miejsca, gdzie zawieszony był ten przedmiot. Niestety, nie udało mi się to. Nachyliłem się więc trochę bardziej, a kiedy nadal rzecz ta pozostawała dla mnie poza zasięgiem, zrobiłem jeszcze jeden krok do przodu. Postałem tak chwilę, kiedy nagle dało się słyszeć głośny trzask. Nim się zorientowałem, poleciałem w dół. Próbowałem jeszcze jakoś się zatrzymać, ale grawitacja pozostała bezwzględną. Spadłem prosto do dołu, a na deser zostałem jeszcze przygnieciony częścią drzewa. Pień, na którym stanąłem, pękł na pół i na jednej połowie wylądowałem, a druga mnie uderzyła. Moje ciało przeszyła fala bólu aż nazbyt dobrze odczuwalna. Po chwili ból skoncentrował się w jednym miejscu, tylnej prawej nodze. Zdołałem jeszcze wstać, unikając jednak stawiania na podłoży mocno bolącej kończyny. Zwaliłem z siebie resztki pnia i dokładnie się sobie przyjrzałem. Miałem mnóstwo zadrapań, które krwawiły, ale na szczęście nie nazbyt obficie. Martwiła mnie jedynie moja noga. Miałem nadzieję, że to nic poważnego i niedługo przestanie boleć. Najważniejsze było dla mnie, aby nie była złamana. Tymczasem spojrzałem w górę. Nie wyglądało to najlepiej. Od razu stało się dla mnie jasnym, że nie dam rady się wspiąć. A tym bardziej nie w takim stanie. Pokręciłem się nerwowo w miejscu, uważając na uszkodzoną kończynę. W końcu zdecydowałem się krzyknąć parę razy, choć zdawałem sobie sprawę, że niewiele to da. Przecież nie było tutaj nikogo oprócz mnie, jednak nadzieja zawsze umiera ostatnia. W międzyczasie zdołałem też obejrzeć rzecz, która tak przykuła moją uwagę. Jak się okazało, była to (chyba) bransoletka. Nie znałem się aż tak dobrze na ludzkich wyrobach, aby stwierdzić to z całkowitą pewnością, ale wydawało mi się, że to właśnie to. Przedmiot wykonany był z lekkiego, połyskliwego materiału, toteż iskrzył się w promieniach słońca, co, nie wiedzieć czemu, bardzo przykuło moją uwagę. Aż za bardzo. I pomyśleć, że utknąłem tutaj przez głupią rzecz, wytwór ludzkich rąk. Gdyby to chociaż była jakaś zmyślna pułapka... Ale nie, ja dałem się złapać na bransoletkę. Choć może nie powinienem tak myśleć? Gdybym wpadł w zasadzkę, byłbym pewnie o wiele bardziej ranny i wykończyliby mnie ludzie albo drapieżniki. A tak przynajmniej mam jakieś szansę, zanim wykończą mnie głód i pragnienie-pomyślałem z goryczą.
~Kilka godzin później, wieczorem~
Od dawna doskwierało mi pragnienie, a od jakiegoś czasu też lekki głód, ale starałem się to ignorować na ile tylko mogłem. Nie za bardzo byłem w stanie jeszcze chodzić. Moja zraniona noga spuchła i bolała z każdym krokiem. Przez kilka godzin nic się nie działo. Nie przechodził tędy dosłownie nikt, ani swój, ani wróg. Powoli zaczynałem tracić nadzieję, że w ogóle ktoś tutaj zajdzie. A co jeśli nie? A co jeśli to właśnie tutaj spotka mnie mój koniec? Akurat teraz, kiedy moje życie zaczęło się układać...-pomyślałem zrozpaczony. Starałem się jednak nie poddawać i nie popadać w paranoję. Musiałem znaleźć jakieś rozwiązanie. Myśl, myśl Arrow, myśl-ponaglałem sam siebie, jakby to mogło mi w jakikolwiek sposób teraz pomóc. Wtem do moich uszu dotarł jakiś głos. A właściwie głosy. W końcu rozpoznałem je. To były ludzkie głosy. Niedługo później byłem już nawet w stanie je rozpoznać.
-Jest tutaj! Znalazłam ją!-zawołał ktoś, a po chwili przy brzegu dołu pojawiła się ludzka sylwetka. Wskazywała błyszczący przedmiot, który wcześniej tak mnie interesował, a obecnie straciłem nim już całkowicie zainteresowanie. W końcu to przez niego i przez swoją głupotę tutaj trafiłem... Zaraz za nią zjawiły się kolejne trzy. Rozpoznałem, że są to najpewniej trzej potężnie zbudowani mężczyźni i jakaś kobieta. Jeden z nich głośno westchnął.
-Ech, biegać po całym lesie za jakąś głupią bransoletką...-powiedział.
-To nie jest głupia bransoletka! Wiesz dobrze, że w naszym rodzie przekazuje się ją z pokolenia na pokolenie!-zawołała kobieta.
-Zatem mogłabyś jej lepiej pilnować, nieprawdaż, siostro?. Ale, ale, widzę tu coś jeszcze interesującego-odparł mężczyzna, wskazując na mnie. Kiedy usłyszałem ludzi, dla bezpieczeństwa zbliżyłem się jak tylko mogłem do przeciwnej strony dołu, licząc na to, że mnie nie zauważą, niestety nie udało mi się to.
-Ojej! Tam jest koń!-zawołała kobieta.-Co teraz?-spytała, odwracając się do jednego z tych mężczyzn.
-Jak to "co"? Otgonbayar zejdzie tam, weźmie bransoletkę, a do konia przywiąże linię. Wciągniemy go tutaj i wykorzystamy. W końcu koń to pracowite i przydatne zwierzę, jak się je odpowiednio ułoży-powiedział mężczyzna.
-Ale nic mu nie zrobicie?-spytała z troską kobieta.
-Nie martw się, wszystko z nim będzie dobrze. Będzie u nas miał jak w niebie. Może nawet lepiej-odparł jej rozmówca. W tym czasie inny mężczyzna wziął linę, zawiązał ją sobie w pasie, a jej drugi koniec dał trzeciemu ze zgromadzonych ludzi. Opuścił się do dołu, a kiedy stanął na ziemi, zawołał coś niezrozumiałego do człowieka, który go asekurował. Ten zrzucił mu drugą linę. Otgonbayar (bo tak chyba miał na imię) zaczął się powoli zbliżać w moją stronę. Po drodze jedynie schylił się po błyszczący przedmiot i schował go do kieszeni.
-No koniku, poszczęściło ci się. Bez nas albo byś zdechł tutaj z głodu, albo by cię coś zjadło-powiedział mężczyzna, zbliżając się do mnie. Na ile tylko mogłem, cofnąłem się, lekko przy tym oczywiście utykając. Człowiek zatrzymał się.
-Bilguun, zobacz tylko! On chyba ma coś z nogą!-zawołał Otgonbayar. Mężczyzna, który wcześniej rozmawiał z kobietą, kucnął i pochylił się do przodu.
-Nie za dobrze to widzę. Zmuś go, żeby się trochę przeszedł!-zawołał. Otgonbayar ruszył w moją stronę. Nie chciałem robić tego, co kazali mi ludzie, ale jeszcze bardziej nie chciałem mieć nic do czynienia z tym człowiekiem. Cofnąłem się ponownie, tym razem jeszcze dalej, starając się ignorować ból, który od chodzenia tylko się nasilał. Mężczyzna na górze znowu głośno westchnął.-Niedobrze. Bardzo niedobrze-powiedział.
-Co jest?-zainteresowała się kobieta.
-Wygląda na to, że ma coś z nogą. Może nawet ma ją złamaną. W ogóle jakoś tak dziwnie chodzi-odparł Bilguun.
-I co teraz? Zostawicie go tak? Nie możemy przecież tego zrobić!-zawołała kobieta.
-Fakt. Zabijemy go-powiedział mężczyzna.
-CO?! Jak...Jak...Dlaczego chcecie to zrobić?!-krzyknęła jego towarzyszka.
-Byamba, nie bądź taka zaskoczona. Nie nada się do pracy, ale skoro już na niego trafiliśmy, to zabijemy go, żeby mieć co jeść. I tak zginie z głodu w tym dole, prędzej czy później. Albo zabiją go drapieżniki-odparł Bilguun. Z rosnącym niepokojem przysłuchiwałem się tej rozmowie. Czy oni naprawdę zamierzają mnie zabić? Choć w sumie, szybka śmierć z rąk ludzi jest chyba lepsza od powolnego konania z głodu...-pomyślałem.
-Ale obiecałeś, że nic mu nie zrobisz! Nie możecie go tak po prostu zabić! Ja...ja miałam dostać swojego konia! Ojciec mi to obiecał! Chcę właśnie jego!-zawołała kobieta.
-Nie bądź śmieszna! Ze złamaną nogą w ogóle go stąd nie wyciągniemy, a poza tym to nie damy rady zająć się nim tak, żeby złamanie dobrze się zrosło. Po co nam taki koń, który do niczego się nie przyda? Darmozjadom mówimy nie-odparł Bilguun.
-Nie mów tak! To też jest żywe zwierzę i też ma uczucia! Pamiętasz, co mówi nasze bóstwo? Nie zabijać...-zaczęła kobieta. Byłem jej wdzięczny, że tak uparcie staje w mojej obronie. A to się porobiło...Jestem wdzięczny za pomoc jakiejś ludzkiej klaczy...-pomyślałem.
-...jeśli nie ma takiej potrzeby. Ale musimy zabijać zwierzęta. Dla jedzenia. Potrzeba więc jest. A on, nic już dla niego więcej nie zrobimy-powiedział mężczyzna, patrząc poważnie na kobietę.- Otgonbayar, czekaj tam! Idę do ciebie, zajmiemy się nim razem! Zwierzęta wyczuwają zawsze swoją śmierć i robią się trochę agresywne, a nie chcę, żebyś przypadkiem zarobił kopytem w głowę. Sukh, podaj mi linę. Pomożesz tu zejść i zostaniesz z Byambą, żeby nie zrobiła czegoś głupiego-dodał mężczyzna, odwracając się w stronę swojego towarzysza.
-Nie! Bilguun, ja się kategorycznie nie zgadzam!-zawołała głośno kobieta, stając między nimi. Mężczyzna odepchnął ją lekko, tak, że pewnym było, iż nie mógł i nie zamierzał robić jej żadnej krzywdy.
-Przykro mi, ale jesteś zbyt miła i wrażliwa. Jak to kobieta zresztą....Poza tym, to ja tutaj wydaję rozkazy-powiedział pewnie mężczyzna. Nagle jednak zamarł, zupełnie jakby ujrzał coś lub kogoś za plecami swojego towarzysza, Sukh'a. Byamba chyba też zwróciła na to uwagę i cofnęła się z przestrachem, a sam Sukh odwrócił się i wkrótce także cofnął się, omal przy tym się nie potykając i nie wpadając do dołu.
-Co jest? Co tam się dzieje u was?-zaniepokoił się towarzyszący mi obecnie Otgonbayar.
-Wyciągamy cię-powiedział Bilguun, odwracając się razem z Sukh'iem w stronę dołu. Kazali swojemu towarzyszowi podejść do jego ściany i wspiąć się po niej, podczas gdy oni trzymali jego linę, aby cały czas była naprężona. Wkrótce mężczyzna znalazł się z powrotem na powierzchni i sam mógł ujrzeć to, co tak zaniepokoiło jego towarzyszy. Podczas wspinaczki jednak zsunęła mu się dodatkowa lina, po którą reszta nie kazała mu już się wracać. Zrobiłem parę kroków w jej stronę, ale zatrzymałem się po chwili. Nie chciałem opuszczać swojego obecnego miejsca, dopóki oni wciąż byli...zdecydowanie zbyt blisko mnie.
-Kurde, faktycznie, lepiej stąd zwiać. Wygląda na wygłodzonego-powiedział Otgonbayar, patrząc na coś, czego ja nie byłem w stanie dostrzec ze swojej pozycji.
-A poza tym nie mamy żadnej solidniejszej broni. Z niedźwiedziem lepiej nie zadzierać, zwłaszcza jesienią. Szykują się do snu i gotowe są wszamać wszystko, co im się po drodze napatoczy. A taki wygłodzony to już tym bardziej-powiedział z powagą Bilguun. Po chwili ludzie zaczęli się oddalać, nie słyszałem też już więcej od nich żadnych słów. Pewnie nie chcieli hałasować, aby nie zwrócić uwagi...niedźwiedzia. Pięknie. Jak nie oni, to niedźwiedź-pomyślałem z goryczą. Przybliżyłem się jednak do ściany dołu. Liczyłem, że jeśli zwierz tutaj podejdzie, to wtopię się na tyle w tło, że mnie nie zauważy. Najciszej jak mogłem położyłem się, uważając na zranioną kończynę. Dziwiło mnie, że sam nie wyczułem ani ludzi, ani niedźwiedzia, ale być może to przez to, że znajdowałem się w tym głębokim dole. To dodało mi jednak odrobiny nadziei. Bo skoro ja nie czułem ich, to może i niedźwiedź nie wyczuje mnie? Teoretycznie, będąc w tym dole, znajdowałem się poza jego zasięgiem, bo musiałby być samobójcą, żeby w ogóle próbować tu do mnie zejść. Ale to tylko teoretycznie. Bo praktycznie, jeśli rzeczywiście był bardzo wygłodzony, trudno stwierdzić, co mu do tego brunatnego czy brązowego, futrzanego łba strzeli.
~Kilka dni później~
Tkwiłem w dziwnym półśnie albo pół-omdleniu, wywołanym głodem i pragnieniem. Sam już nie do końca potrafiłem odróżnić swoje myśli od tego, co działo się naprawdę. Przypomniał mi się dźwięk głosu Eriny. Jej słodkie rżenie, krzyki naszych pociech... Nawet komendy wydawane czasem przez naszego władcę. Najbardziej jednak skupiłem się na przypominaniu sobie właśnie tego, jak brzmiała Erina. To mnie jakoś uspokajała. dodawało nadziei, że skoro ja jeszcze o niej pamiętam, to i ona pamięta o mnie. Oni wszyscy. Może jednak odnajdą mnie, choć sam już w to nie wierzyłem. Zamknąłem całkowicie oczy i przywołałem w myślach jedno ze wspomnień. Erina i ja biegniemy brzegiem jeziora, jeszcze jako źrebaki. Ścigaliśmy się, mimo że ja co kawałek zaliczałem glebę. Klacz jednak udawała, że nie widzi jak bardzo mi nie idzie, a nawet dawała mi trochę fory. W końcu straciliśmy zainteresowanie wyścigiem. Zaczęliśmy się nawzajem chlapać wodą, a potem jak na komendę razem zarżaliśmy. O tak, pamiętałem to dokładnie, jakby to było wczoraj. Niemal słyszałem ten dźwięk. Z każdą chwilą coraz dokładniej. W końcu jednak coś zwróciło moją uwagę. Otrząsnąłem się i bardziej skupiłem. Po chwili usłyszałem...rżenie! Prawdziwe, końskie rżenie! To nie mógł być wytwór mojej wyobraźni! Ostrożne wstałem. Przez tych kilka dni opuchlizna z nogi mi zeszła i wyglądało na to, że nie jest złamana, tylko porządnie stłuczona, ale i tak nadal trochę pobolewała. Po raz kolejny usłyszałem rżenie. Zebrałem wszystkie siły i sam głośno zarżałem.
-Arrow?!-usłyszałem w odpowiedzi. Od razu rozpoznałem ten głos.
-Tutaj! Erina, tutaj!-zawołałem. Klacz jeszcze kilka razy wykrzyknęła moje imię, a ja cały czas wołałem ją, aż w końcu odnalazła do mnie drogę i zatrzymała się na brzegu dołu.
-Uważaj, żeby nie spaść!-zawołałem.
-Spokojnie, dam radę. A co z tobą? Nic ci nie jest?!-spytała klacz.
-Mogło być lepiej, ale mogło być też gorzej!-odparłem. Erina pokiwała głową, po czym wyprostowała się i odwróciła.
-Tutaj jest!-zawołała.
-Do kogo mówisz?-zdziwiłem się.
-A co, myślałeś, że tylko ja jedna chciałam cię szukać?-zapytała moja partnerka, podczas gdy obok niej pojawił się Zee, a później jeszcze jakiś ogier, którego za dobrze nie znałem.
-Bez ciebie władca kazał nam nie wracać-powiedział z uśmiechem Zee.
-Ale to bez sensu. Nie dacie rady mnie wyciągnąć-powiedziałem.
-Damy-odparła pewnie Erina, po czym zaczęła się rozglądać.-Wykorzystamy tamtą linę-dodała, wskazując przedmiot zostawiony kilka dni temu przez ludzi. Pokręciłem przecząco głową.
-Nie da rady-powiedziałem.
-Da! Da. Rzuć nam tylko jeden koniec, a drugi chwyć w zęby-odparła Erina. Tak też zrobiłem. Po kilkunastu próbach udało mi się dorzucić im jeden z końców liny. Złapali ją w trójkę, a ja, tak jak kazała klacz, chwyciłem drugi koniec w zęby. Zacząłem się wspinać, podczas gdy pozostali ciągnęli mnie w górę, ale wkrótce poczułem, jak zaczynają mnie boleć mięśnie szczęk. Puściłem linę i znowu zsunąłem się kawałek w dół. Spróbowaliśmy jednak jeszcze kilka razy, aż stało się jasne, że tak tego nie załatwimy.
-Spokojnie, coś wymyślimy-powiedziała Erina.
-Jasne-odparłem, po czym uśmiechnąłem się lekko. W razie czego gotów byłem kazać im mnie zostawić, jednak tak naprawdę bardzo chciałem żyć i pragnąłem, żeby znalazł się jakiś sposób na uratowanie mnie. Wyciągnięcie stąd.
-Dobrze byłoby zawiązać ci tę linę, a potem cię wciągnąć-powiedział Zee.
-Sam tego nie zrobię-odparłem.
-Fakt. Wiązanie liny jest trudne, kiedy zamiast ludzkich rąk masz kopyta...-powiedział mój przyjaciel.
-Spróbujemy jeszcze raz. Nie łam się Arrow, damy radę-powiedziała pewnie Erina, po czym uśmiechnęła się do mnie lekko.
-Skąd masz tą pewność?-zapytałem.
-Bo jak nie uda ci się, to będę zmuszona z tobą zerwać. To będzie twoja kara, jeśli nie postarasz się z całych się dla naszych dzieci, dla mnie i przede wszystkim dla ciebie, jasne?-powiedziała moja partnerka. Byłem zaskoczona jej szczerością, ale też pewnością siebie i sposobem, w jaki przekazała mi tę wiadomość. Jednak... Dzięki temu poczułem, że faktycznie wstępują we mnie nowe siły.
-Dobra!-zawołałem, po czym chwyciłem swój koniec liny. Cofnąłem się aż pod przeciwną stronę dołu. Dzięki temu mogłem wziąć trochę większy rozbieg. Odezwała się uszkodzona kończyna, ale zignorowałem to. Ruszyłem przed siebie. Na początku wskoczyłem na resztki pnia i to pomogło mi łatwiej pokonać pierwszy, krótki odcinek drogi w górę. Całe szczęście ściana nie była zupełnie pionowa. Erina, Zee i trzeci koń ciągnęli linę z całych sił. Po kilku odbytych wcześniej, nieudanych próbach, byłem niesamowicie zmęczony, ale nie chciałem się poddawać. Mięśnie jednak znowu mnie rozbolały, tak samo noga, i już-już miałem się poddać, ale wtedy przypomniałem sobie, że robię to nie tylko dla siebie, ale też dla swoich bliskich, rodziny i przyjaciół. Wytrzymaj jeszcze trochę, Arrow-pomyślałem, dodając w ten sposób sobie otuchy. W końcu jakoś dotarłem do brzegu dołu, w tym czasie Eriny puściła już linę i podbiegła do mnie, aby pomóc mi wejść. Z czasem także Zee i drugi ogier mi pomogli, aż wreszcie znalazłem się z powrotem na powierzchni.
-Jesteś cały?-spytała z troską Erina.
-Mniej-więcej-odparłem.
-A co z twoją nogą?-zapytał Zee.
-Porządnie stłuczona, ale poza tym jest dobrze, tylko trochę boli-powiedziałem.
-Oby tylko w takim razie wszystko z nią później było dobrze. Żeby ci się nie pogorszyło...-Zee na chwilę urwał, spojrzał na mnie z lekkim niepokojem, ale widząc, że nie mam z tym żadnego problemu, kontynuował swoją wypowiedź, choć nie wrócił już do poprzedniej myśli.-Może potrzebny ci opatrunek? Jakieś zioła?-zasugerował mój przyjaciel.
-O nie, tylko nie mów mi o ziołach!-zawołałem.
-Co? Teraz do końca życia będziesz miał uraz do ziół? Trochę ciężko będzie ci w takim razie być medykiem-odparł z uśmiechem Zee.
-Jeszcze zostanę lepszym medykiem niż ty-odciąłem się.
-Jak dzieci-powiedziała Erina, przewracając oczami, a potem wzdychając.
-Ale cieszę się, że nic ci nie jest, Arrow-powiedział Zee.
-Ja też. I więcej nie rób nam takich numerów. Szukaliśmy cię kilka dni. To było straszne! Ale teraz wracajmy lepiej do klanu. Ty sobie odpoczniesz, a w międzyczasie wszystko sobie nawzajem opowiemy-zakomenderowała Erina. Nikt z nas nie miał nic przeciwko takiemu rozwiązaniu.

17.06.2019

Od Arrow'a do Eriny "Ładna pogoda"

Kiedy źrebaki były już nakarmione, postanowiliśmy przejść się trochę z nimi, powoli i z częstymi przerwami, żeby poznały lepiej świat, w którym przyszło im teraz żyć. Później wróciliśmy donaszego klanu. Przybycie nowych członków wywołało oczywiście lekkie poruszenie, ale nie aż tak wielkie, w końcu narodziny i śmierć to może i dwa przeciwstawne procesy, ale towarzyszą wszystkim żywym istotom od zarania dziejów. Źrebięta były bardzo ciekawskie. Przyznam szczerze, że do końca nie dopuszczałem do siebie myśli, iż może się urodzić więcej niż jedno, ale widać los lubi robić niespodzianki. Wieczorem Naris i Nivero wypili jeszcze trochę mleka, po czym zasnęli.
-Pierwszy dzień nie poszedł nam chyba najgorzej, co?-spytałem szeptem, aby nie obudzić żadnego ze źrebiąt.
-Racja. I pozostałe też na pewno pójdą świetnie-odparła również szeptem Erina.
-Zazdroszczę ci optymizmu.
-Po prostu wiem, że będę świetną matką. A ty oczywiście świetnym ojcem-powiedziała klacz, a w jej głosie słychać było niczym niezachwianą pewność.
-Mam taką nadzieję. Nie chcę, żeby moje dzieci obwiniały mnie za kilka lat o swoje nieszczęśliwe dzieciństwo, które negatywnie odbije się na ich dorosłym życiu-odparłem. Erina prychnęła.
-Chyba czegoś się nawdychałeś, bo zaczynasz bredzić-szepnęła z uśmiechem na ustach moja partnerka, po czym stanęła obok mnie. Objąłem ją szyją, a ona pochyliła się nieco, aby mi to ułatwić. Staliśmy tak jakiś czas. Nie za bardzo pamiętam, co się działo później, ale najpewniej poszliśmy spać.
~Kilka dni później~
-Może pójdziemy się przejść? Dziś jest taka ładna pogoda-zasugerowałem. Erina i źrebaki były zachwycone, więc niedługo później ruszyliśmy na spacer. Lato ustępowało miejsca jesieni, toteż krajobraz stopniowo się zmieniał, przygotowując się na zimę. Po jakimś czasie zatrzymaliśmy się na niewielkiej polance, Erina i ja chcieliśmy się trochę posilić, a źrebaki miały okazje do zabawy albo przyjrzenia się niektórym roślinom, które jeszcze rosły. Po paru minutach zauważyłem, że moja partnerka dziwnie się zachowuje, cały czas jakby czegoś wypatruje i rozgląda się z niepokojem. Przywołała też dzieci, i kazała im nie chodzić po skraju polany.
-Co jest? Co się dzieje?-zapytałem z niepokojem.
-Sama nie wiem... Coś mi nie pasuje...-odparła. Jak na zawołanie w tej samej chwili z zarośli wyskoczył szary wilk i rzucił się w stronę Eriny, ale ta w porę zrobiła unik.
-Dzieciaki, do mnie! Biegniemy do klanu!-zawołałem. Naris i Nivero zaczęli biec, choć oczywiście w ich przypadku bieg był jeszcze bardzo niezdarny. Dodać do tego to, że ja także nie miałem się czym popisać... Strasznie się bałem o swoją rodzinę, którą dopiero co niedawno założyłem. Erina na szczęście szybko do nas dołączyła i zaczęliśmy uciekać, słysząc za sobą odgłosy pogoni. Drapieżników było na pewno więcej niż jeden. Wiadomym było, że ucieczka nam nie wyjdzie. Będziemy musieli walczyć. Erina może i sobie poradzi, ale ja? Miałem zamiar zrobić oczywiście wszystko, aby ich ocalić, ale wiedziałem, że w starciu z wilkami będę do niczego. Na pewno tego nie przeżyję, miałem jedynie nadzieję, że Erina, Nivero i Naris się uratuję. A może by tak poświęcić się? Zatrzymać się i powalczyć z wilkami, ile tylko dam radę? Kupię im w ten sposób czas, a i jak już przegram, drapieżniki będą miały ze mnie pewny łup i być może nie będzie im się chciało gonić Eriny i źrebaków. Zawsze jest jakaś szansa. W końcu to przeze mnie to wszystko, bo to ja wymyśliłem ten spacer-pomyślałem. Poszczęściło nam się jednak, hałas spowodowany gonitwą ściągnął w naszą stronę patrol zwiadowców z naszego klanu. Gdyby ktoś mi coś takiego opowiedział, nie uwierzyłbym w takie szczęście. Dzięki temu jednak mogłem porzucić swoje głupie myśli o poświęceniu się. W końcu bałem się też, że jeśli stanę do walki z wilkami, Erina nie będzie chciała mnie zostawić samego i wszyscy zginiemy. Halt i jakaś klacz pomogli nam z wilkami, zranili tego, który wydawał się być ich przywódcą, dzięki czemu pogoń na chwilę ustała, ale później wilki wznowiły polowanie. Jednakże nie dały rady odrobić strat i po jakimś czasie poddały się, a my mogliśmy zatrzymać się po przebyciu odpowiedniego dystansu. Cały czas rozglądałem się, aby mieć pewność, że wszyscy są. Po zatrzymaniu także to zrobiłem i zamarłem. Rozejrzałem się jeszcze raz. I jeszcze. I jeszcze. Efekt był za każdym razem taki sam. Ale...to nie mogło się zdarzyć. Przecież cały czas uważnie wszystkich obserwowałem, żeby mieć pewność, że nikogo nie zgubiliśmy! Podszedłem do Eriny, która nadal starała się uspokoić przyspieszony oddech i nie zdołała chyba jeszcze zauważyć tego, co dostrzegłem ja.
-Erina...Gdzie jest Nivero?-zapytałem z przejęciem. Miałem szczerą nadzieję, że klacz popatrzy na mnie jak na idiotę, a potem wskaże mi miejsce, gdzie nasz syn spokojnie sobie odpoczywa. Bo jak na razie nie widziałem go nigdzie. Byli wszyscy, łącznie z Naris, oprócz niego. Znowu zacząłem się obwiniać, że wpadłem na pomysł tego głupiego spaceru "bo ładna pogoda".
<Erina?>

7.06.2019

Ad Arrow'a-Seria treningowa #3

-Żyjesz?! Nic ci nie jest?!-zawołał Zee, podbiegając do mnie. Sam po drodze cudem nie potknął się o wystający korzeń drzewa.
-Tak, jeszcze tak-odparłem z uśmiechem, wstając z ziemi jak najszybciej.
-Nie strasz mnie tak już więcej. Nie pędź na złamanie karku, na łeb na szyję-powiedział ogier, wyraźnie uspokojony.
-Ok, masz rację. Może trochę zwolnijmy-poparłem go. Erina wolała dziś zostać w klanie, a Zee i ja postanowiliśmy się trochę przejść po okolicy. Poszliśmy do jakiegoś lasu, ale nie zagłębialiśmy się w niego zbytnio. Potem trafiliśmy na niewielką rzekę, a idąc wzdłuż niej, dotarliśmy do stawu. Napoiliśmy się tam na spokojnie i najedliśmy trawą rosnącą nad jego brzegiem. W międzyczasie zerwał się silniejszy wiatr i postanowiliśmy już wrócić do klanu. Droga powrotna przebiegłaby nam bez przeszkód. Właśnie, przebiegłaBY. Nieoczekiwanie wiatr, wiejący do tej pory w naszą stronę, zmienił kierunek. Do moich nozdrzy dotarł pewien specyficzny zapach. Czułem go tylko kilka razy w życiu i nigdy tak intensywnie, bo jeszcze nie spotkałem się z tym, co go wydzielało pyskiem w pysk, ale nie dało się tej woni z niczym pomylić. Jeśli byłeś koniem i chciałeś przeżyć, to dla własnego bezpieczeństwa musiałeś umieć rozpoznać ten zapach.  Zee i ja popatrzyliśmy na siebie z powagą. Oboje następnie zaczęliśmy się uważnie rozglądać. Nie potrzebowaliśmy słów, aby się nawzajem zrozumieć.
-Powinniśmy stąd jak najszybciej iść-powiedziałem po chwili. Ogier kiwnął głową na znak, że jest tego samego zdania. Przyspieszyliśmy nieco, z każdą chwilą staraliśmy się zwiększać prędkość na tyle, na ile mogliśmy. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że Zee sam poruszałby się o wiele szybciej i to przeze mnie jest teraz tak powolny. Wkrótce nasza, a raczej moja powolność, negatywnie zaowocowała. Zapach przybrał na sile, a drapieżnik w końcu się ujawnił. Był to wychudzony wilk, wyglądał też na mocno osłabionego. I tak samo wyglądało na to, że jest tutaj w pojedynkę. Jednak nie sprawiało to, że był dla nas jakoś specjalnie mniejszym zagrożeniem. Poza tym, jeśli zdecydował się w takim stanie zaatakować dwójkę dorosłych koni, oznaczało to, że musiał być bardzo zdesperowany. A samotny, zdesperowany wilk to nic dobrego. Ten drapieżnik wie, że i tak nie ma już nic do stracenia, więc będzie walczył zaciekle. Na początku spróbowaliśmy jeszcze ucieczki, ale szybko stało się jasne, że osłabiony wilk z łatwością jednak nadal może nas dogonić.
-Zee, uciekaj!-zawołałem, zwalniając.
-Co ty robisz?!-zdziwił się ogier.
-Ja mu nie ucieknę. Nie dam rady. Moja jedyna nadzieja jest w walce-odparłem.
-Chyba żartujesz! Ty chcesz z nim walczyć?! Sam?! Czy ty o walce wiesz cokolwiek?!-spytał Zee.
-Kiedyś podpatrywałem siostry, kiedy trenowały z naszą matką-odparłem.
-Nie rozśmieszaj mnie-powiedział ogier.
-Dam radę-odparłem z naciskiem.
-W takim razie ja walczę z tobą-powiedział ogier.
-Co? Nie możesz! Nie możesz dla mnie ryzykować!-zawołałem. Więcej jednak nie mogliśmy mówić, gdyż dotarł do nas ów wilk. Nie chciałem ginąć. Moje życie zaczęło się układać, miałem zostać ojcem, NIE CHCIAŁEM ŻEGNAĆ SIĘ Z ŻYCIEM. Ale nie mogłem wymagać od Zee ani że poświęci się dla mnie i będzie biegł moim tempem, ani że będzie ze mną walczył. Nie chciałem go narażać na niebezpieczeństwo, teraz już jednak było za późno. Wilk nie był głupi i zdążył już spostrzec, że to ja jestem łatwiejszym celem. Zaatakował mnie, ale, o dziwo, udało mi sie zrobić zgrabny unik i nawet kopnąć zwierza, ale zbyt słabo. Drapieżnik zaskomlał cicho i odskoczył. Zaraz jednak zaatakował ponownie i pewnie nie miałbym szans, gdyby nie z boku nie doskoczył do niego Zee i nie odepchnął go. Wilk przewrócił się, ale zaraz wstał. Tak jak myślałem, mimo że był słaby, nie zamierzał się poddawać. Drapieżnik tym razem rzucił się na ogiera, a temu udało mu się go kopnąć. Wilk cofnął się nieco, a ja wykorzystałem jego zaskoczenie, zbliżyłem się tak szybko jak mogłem i ugryzłem go w kark, który odsłonił chwilowo, zmęczony walką. Cofnąłem się zanim drapieżnik zadał mi cios. Zebrał się w sobie i zaatakował raz jeszcze, a mi udało się go ponownie kopnąć. Wilk upadł jakieś dwa metry dalej. Dopiero po chwili niespiesznie się podniósł i, ciężko dysząc, oddalił się. Widocznie poddał się. Zrozumiał, że nie ma z nami szans. Podziękowałem Zee za pomoc.
-Daj spokój. Ja zrobiłem tylko to, co powinienem. Nie mógłbym cię zostawić, zabiłyby mnie potem moje wyrzuty sumienia. Więc praktycznie pomogłem ci dla siebie-odparł z uśmiechem ogier. Odwzajemniłem go i mimo wszystko podziękowałem mu jeszcze raz. Na miejscu niestety nie mieliśmy żadnych ziół ani niczego, co posłużyć by mogło do zrobienia opatrunków. W końcu wilk, choć niezbyt mocno, to jednak nas poranił podczas walki. Skoro jednakże nie byliśmy w stanie się opatrzyć, musieliśmy jak najszybciej wrócić, aby inne, groźniejsze drapieżniki, nie wyczuły świeżej krwi i nie zechciały złożyć nam jeszcze dziś wizyty. Z chęcią pewnie wpadłyby na obiad, na którym my bylibyśmy głównym i jedynym daniem. Kiedy wróciliśmy do klanu, mogliśmy skorzystać z tamtejszych zapasów ziół i innych środków.
~Wieczorem~
-A ty dalej niezmordowanie trenujesz?-spytała nieco zaskoczona, ale i przejęta. Erina. Nie zatrzymując się, tylko na chwilę przeniosłem na nią wzrok, po czym wróciłem do wykonywanej czynności. Polegała ona na jak najszybszym przemieszczeniu się od dużego kamienia do niewielkiego drzewa. To było tylko jakieś trzydzieści metrów, ale chciałem w ten sposób perfekcyjnie wyćwiczyć swoją równowagę podczas szybkiego poruszania się. W końcu nikt nigdy nie powiedział, że moja choroba nie cofnie się i nie będę mógł kiedyś biegać jak inne konie, jednak samo z siebie to się nie wyleczy. Za darmo nikt nic jeszcze nie dostał, musiałem sobie na to jakoś zapracować.
-Muszę dużo ćwiczyć, żeby być sprawnym. I żeby być wsparciem dla ciebie, naszego źrebaka, klanu-odparłem.
-Albo źrebiąt. W liczbie mnogiej-dodała Erina.
-Bliźniaki rodzą się rzadko, poza tym... Nie chciałbym tego-odparłem.
-Dwójka na raz to dla ciebie za dużo?-zapytała klacz.
-Nie...-zacząłem. Tym razem zatrzymałem się w połowie drogi i popatrzyłem na Erinę.-Obawiam się, że to może być za dużo dla ciebie. Wiesz przecież, że ciąża mnoga to ryzyko-dodałem.
-Będzie dobrze. Na pewno będzie, wiem to-powiedziała z uśmiechem moja partnerka. Odwzajemniłem go, po czym wróciłem do swoich ćwiczeń.
-Szczerze to uważam też, że muszę coś robić, żeby mój stan się nie pogarszał. A ja za długo już się leniłem, zasłaniając się chorobą. Mogę jeszcze chodzić, więc dlaczego miałbym nie trenować? Co stoi na drodze?-powiedziałem.
-Nic nie stoi na przeszkodzie. Ale jeśli zamierzasz trenować po nocach, z dala od klanu, to będę musiała interweniować. Na coś takiego to ja się nie zgodzę. Martwię się o ciebie, zwłaszcza po dzisiejszej przygodzie z wilkiem-powiedziała klacz. W jej głosie rzeczywiście słyszałem mieszankę troski i obawy. Czasem ciężko było mi pojąć, jak taka istota jak ona mogła być, kochać i troszczyć się o kogoś takiego jak ja?
-Jesteś moją matką czy partnerką?-odparłem z lekkim, ironicznym uśmiechem.
-Bardzo zabawne. Ale lepiej skończ już na dziś ten swój trening, co? Robi się pomału późno-zauważyła klacz. Zawróciłem obok kamienia i skierowałem się w stronę Eriny.
-Właściwie to masz rację. Na dziś już chyba koniec. Wracamy?-zapytałem, kiedy już do niej podszedłem.
-Wracamy-odparła moja partnerka, po czym razem ruszyliśmy z powrotem w stronę klanu. Po drodze trochę rozmawialiśmy, opowiadaliśmy sobie historię, oglądaliśmy gwiazdy, dzieliliśmy się najskrytszymi marzeniami i obawami, czyli robiliśmy wszystko to, co lubiliśmy razem robić, kiedy byliśmy sami.

6.06.2019

Od Arrow'a- Seria treningowa #2

Niemal cały dzień spędziłem z Eriną, która cały czas miała ochotę gdzieś spacerować, a ja zamierzałem spełniać wszystkie jej zachcianki. Byliśmy przez długi czas nad jeziorem, w końcu jednak znudziło nam się i poszliśmy poszukać jakiegoś lasu, a najlepiej łąki. Po długim czasie nam się to udało. Klacz położyła się, aby nieco odpocząć, a ja zrobiłem to samo.
-Ciekawe, jakimi będziemy rodzicami. W ogóle miło będzie znowu sobie przypomnieć zabawy z dzieciństwa i grać w nie z własnymi dziećmi-zaczęła moja partnerka.
-No, ja w berka raczej z żadnym źrebakiem nie zagram, nawet naszym-odparłem. Miał to być żart, ale Erina chyba wyczuła w nim trochę smutku, co zresztą było prawdą. Poza tym kto jak kto i przed kim jak przed kim, ale akurat ja przed nią nic chyba nie mogłem ukryć.
-Znowu masz ochotę się nad sobą poużalać?-spytała klacz, wstając.
-Co robisz?-spytałem, podnosząc na nią wzrok. Potem wykonałem tę samą czynność.
-Zamierzam udowodnić ci, że istnieją też inne zabawy niż berek. Gramy w chowanego. Ty liczysz, ja się chowam!-zawołała klacz. Patrzyłem na nią bez krzty zrozumienia.-No co tak we mnie wlepiasz wzrok zaskoczony? Odwróć się i licz!-dodała.
-Ale...
-Nie ma żadnego, powtarzam, żadnego "ale". Rób swoje-ponagliła mnie moja partnerka. Widząc, że z nią nie wygram, poddałem się, odwróciłem w stronę drzewa i zacząłem liczyć. Kiedy doszedłem do dwudziestu, musiałem jej poszukać. Okazało się, że to wcale nie było takie znowu łatwe zadanie.
-Nie wiedziałem, że jesteś mistrzynią chowanego-powiedziałem, kiedy w końcu znalazłem ją po półgodzinie.
-Chyba jeszcze za mało o mnie wiesz-zaśmiała się klacz.
-Mam wrażenie, że stale poznaję cię na nowo-odparłem z uśmiechem. Później to ona szukała. Znalazła mnie w pięć minut, co było bardzo dołujące.
-Ojojoj, musisz poćwiczyć umiejętność kamuflowania się-poradziła mi klacz.-I być bardziej spostrzegawczym. Obudź w sobie drapieżnika, to łatwiej mnie znajdziesz, kiedy będziesz szukał-dodała. Prychnąłem rozbawiony.
-Dzięki za dobrą radę, ale, jak byś nie zauważyła, jestem koniem. A konie zdecydowanie nie są drapieżnikami. Bo niby na co mają polować? Na trawę?-odparłem z uśmiechem. Wziąłem sobie jednak do serca jej rady i później szło mi już lepiej. Pod koniec naszej zabawy byłem już prawie na tym samym poziomie co moja partnerka, co było dla mnie nie lada osiągnięciem.
-Musimy to jeszcze kiedyś powtórzyć-powiedziałem, kiedy wracaliśmy do klanu.
-Aż tak spodobała ci się zabawa w chowanego?-ni to spytała, ni to stwierdziła ze śmiechem Erina.

6.06.2019

Od Arrow'a do Zee "Obrazek"

Ostatnimi czasu Zee dziwnie się zachowywał. Raz był przybity i smutny, innym razem tryskał radością. Z jednej strony miał prawo do takiego zachowania, w końcu stracił matkę i to w bardzo okrutny sposób. Z drugiej jednak strony, trzeba było teraz na niego bardziej uważać, a on nie miał nikogo, kto mógłby się nim zająć. Jasne, są medycy, nawet psycholodzy, ale to nie to samo, co bliscy. Jako jego przyjaciel czułem się za niego odpowiedzialny, jednak nie mogłem mu poświęcić tyle czasu ile potrzebował i na ile zasługiwał, miałem też w końcu partnerkę w ciąży. Rozmawiałem z nim jednak i odwiedzałem go tak często jak mogłem. Tak było i tym razem. Z daleka już zauważyłem, że Zee czemu się przypatruje. Wydawał się też mocno zamyślony, trochę smutny. Ostatnio w ogóle sprawiał wrażenie, jakby coś przede mną ukrywał, ale ja wiedziałem, że kiedy będzie gotowy, powie mi co i jak. Jednak liczyłem się też z tym, że chwila ta może nigdy nie nadejść. W końcu podszedłem do niego i zdecydowałem się odezwać. Powiadomiłem go, że mam dla niego nowinę.
-Co takiego się stało?-spytał ogier.
-Chodź za mną-odparłem, po czym ruszyłem przed siebie.-No chodź-dodałem, widząc że Zee dalej stoi w miejscu. W końcu zdecydował się pójść za moją osobą.
-Dokąd idziemy?-spytał.
-Przekonasz się jak tam dojdziemy-odparłem. Ogier zaczął nalegać, ale ja byłem nieugięty.
-No i co takiego chciałeś mi tutaj pokazać?-zapytał, kiedy zatrzymaliśmy się koło okazałego drzewa.
-Przyjrzyj się uważnie, zwłaszcza ziemi-odparłem tajemniczo. Ogier zaczął się rozglądać. Po chwili zniżył głowę i w końcu to zauważył.
-Co to takiego?!-spytał zaskoczony.
-Podejrzewam, że to coś ludzkiego. Ale nie o to chodzi. To jest obrazek. W dodatku niewielki, ale...nie wiem dlaczego, koń na nim przypomina mi twoją matkę. Wygląda na to, że zgubili to tutaj ludzie. Pomyślałem, że chciałbyś przynajmniej to zobaczyć lub nawet zatrzymać, a jeśli nie i znowu niepotrzebnie obudziłem złe wspomnienia, to przepraszam-odparłem.
<Zee? Mi za to na więcej pomysłu nie starczyło. Jak coś to ten obrazek to jest taka jakby pocztówka XD>

5.06.2019

Od Arrow'a- seria treningowa #1

Otworzyłem oczy, niemal oślepiony jasnymi promieniami słońca. Rozejrzałem się i ze zdziwieniem spostrzegłem, iż nie ma obok mnie Eriny. Na początku trochę się wystraszyłem, ale potem kazałem się sobie uspokoić. W końcu mogła po prostu gdzieś na chwilę pójść. Faktycznie, wróciła po kilku minutach.
-Gdzie byłaś?-spytałem po przywitaniu się.
-Poszłam się przejść-odparła klacz.
-Dlaczego mnie nie obudziłaś? Poszedłbym z tobą-powiedziałem.
-Za słodko spałeś-skomentowała moja partnerka. Na tym nasza wymiana zdań na temat jej spaceru się skończyła. Rozmawialiśmy jeszcze trochę, po czym przeszkodził nam jakiś koń, a dokładnie klacz. Streszczając wszystko, okazało się, że jeden z członków grupy zwiadowczej wpadł w ludzką pułapkę i potrzebuje pomocy, a ja jestem jedynym wolnym medykiem, nie licząc Eriny. Ona miała co prawda nieco większe doświadczenie, ale wolałem, aby w obecnym stanie się tym nie zajmowała. Udałem się więc za, jak się okazało, Mindy, na miejsce wypadku. Po drodze zgarnąłem jedynie rzeczy, które, według mnie, mogłyby mi się przydać.
-Witaj, przyszedłem ci pomóc. Nie będę ukrywał, nie za ciekawie to wygląda. Ale zrobimy, co możemy-powiedziałem, widząc, że jego przednia prawa noga jest przebita jakimś metalowym prętem i mocno krwawi. Na szczęście jednak obce ciało nie było zbyt duże.
-Zabandażuję to teraz tak, żeby pręt nie wypadł i nic nie uszkodził. Kiedy wrócimy do stada, usunę go i dam ci coś na ból oraz zapobiegającego zakażeniu. W najlepszym wypadku poleżysz co najmniej kilka dni, w najgorszym parę miesięcy.
-Parę miesięcy?!-zawołał koń.
-To i tak chyba niewielka cena za możliwość chodzenia? Tym bardziej, że niewielkie kroki będziesz mógł pewnie stawiać już po kilku dniach, tylko będziesz też musiał oszczędzać się-wyjaśniłem. Następnie zrobiłem tak, jak zaplanowałem. Po powrocie do stada należało przystąpić do usuwania pręta. I tu nastąpił problem. Nie mogłem tego zrobić, a jeśli bym się z nim siłował, sprawiłbym mojemu pacjentowi zbyt wiele bólu. Sprawa nie wyglądała za ciekawie, obce ciało powinno zostać usunięte sprawnie i szybko, aby nic więcej nie uszkodzić. W końcu jednak mi się to udało. Zabandażowałem dobrze ranę, użyłem ziół mających specjalnie właściwości, powstrzymujących zakażenia i niwelujących krwawienie. Następnie towarzyszyłem pacjentowi, dopóki nie zmienił mnie Zee. Po tym mogłem wrócić do swojej partnerki.
-Coś ci jest? Co się stało?-zapytała na mój widok. Od razu zauważyła, że coś mnie martwi.
-Zdałem sobie dziś sprawę, w jak złej jestem formie-odparłem.
-W sensie?-dopytywała klacz. Streściłem jej cały przebieg wydarzeń.-Jak zwykle dramatyzujesz-podsumowała.
-Wcale nie. Przecież jak źrebaki przyjdą na świat, to będą chciały się bawić, dokazywać!-zawołałem.
-A i ty chcesz dokazywać i w ten sposób się zabić?-spytała Erina.
-Nie musisz mi przypominać o tym, jaki jestem zepsuty-odparłem, po czym odwróciłem się i odszedłem, ignorując to, że klacz chciała jeszcze ze mną porozmawiać. Opuściłem klan, a po jakimś czasie i Erina poddała się i przestała za mną iść. Poszedłem prosto nad jezioro. Stanąłem nad nim i ze złością uderzyłem w taflę wody, po czym straciłem równowagę, przewróciłem się i wylądowałem w jeziorze.
-Czemu ja muszę taki być?!-zawołałem ze złością, starając się wstać. Rzadko skarżyłem się na swoją chorobę, ale to nie oznaczało, że w ogóle się nią nie przejmowałem. Ponownie skupiłem się na jeziorze. Woda, a właściwie jezioro, było dla mnie niemal symbolicznym miejscem. Tutaj poznałem Erinę, tutaj zostaliśmy parą. To było moje jedyne, szczęśliwe miejsce... Chwila! Nagle mnie olśniło. Wpadłem na pewien pomysł i poczułem w sobie nową moc, umożliwiającą mi zrealizowanie go. Wstałem niemal od razu i wszedłem do wody. Przecież w wodzie o wiele trudniej się przewrócić, poza tym pływanie pomaga na układ ruchu, a do tego to też jakiś trening. Same zalety, dlaczego ja wcześniej na to nie wpadłem?! Pływałem w jeziorze jak najdłużej, aż do wieczora. Mimo zmęczenia kontynuowałem trening, bo tylko to mi pozostało. Mogłem w końcu, ćwicząc, pozbyć się całej złości, zrozumieć parę spraw, ochłonąć i jednocześnie wzmocnić swoją kondycję. Kilka razy moje kopyto napotkało jakiś ostrzejszy kamień i przez to parokrotnie się zraniłem, jednak mimo pieczenia nie zwróciłem na to większej uwagi. Liczył się dla mnie tylko trening, bo pierwszy raz w życiu mogłem trenować i to było piękne. Wątpię, czy zrozumie to ktoś, kto zawsze mógł biegać, skakać i brać udział w każdej zabawie. W końcu jednak zapadł zmierzch, woda się ochłodziła, a ja nie mogłem tego dłużej ignorować, chyba że bardzo chciałem zachorować i umrzeć. Radość tak bardzo mnie rozpierała, że na początku chciałem wrócić do klanu biegiem, ale szybko porzuciłem ten pomysł przy pierwszym upadku. Mimo to jednak nie poddałem się całkowicie i drogę do stada pokonałem dość wolnym kłusem. Moje tempo było niemal ślimacze i parę razy mimo wszystko się potykałem, ale jakoś dałem radę. Po powrocie zostało mi już tylko jedno, a mianowicie, przeprosić moją partnerkę, którą zdenerwowałem i bezpodstawnie źle potraktowałem, bo miałem zły humor z powodu tego, iż mam kiepską kondycję. Trochę mi zajęło, nim ją odnalazłem.
-Erina, ja chciałem cię bardzo, ale to bardzo przeprosić i błagać o wybaczenie, o ile taki idiota jak ja zasługuje na nie od ciebie-powiedziałem. Klacz przez chwilę przypatrywała mi się uważnie i z powagą.
-Nie wiem, o jakim idiocie mówisz, mój ty mądralo, ale możesz mu przekazać, że dawno mu już wybaczyłam. I że też przepraszam-odparła moja partnerka, po czy uśmiechnęła się lekko.
-Nie masz za co. To wszystko to wyłącznie moja wina-powiedziałem.
-Już nie rób z siebie takiego zła wcielonego, co tylko kłótnie wywołuje-skomentowała, po czym podeszła do mnie.
-Ale to prawda-odparłem.
-No już, nie wymyślaj. Bo się denerwuję, jak tak mówisz, a razem ze mną dziecko-powiedziała Erina, jednocześnie zamykając mi tymi słowami usta. Przytuliliśmy się do siebie i nasz konflikt został ostatecznie zażegnany.

4.06.2019

Od Arrow'a do Eriny "Panikarz"

Ta wiadomość niemal zwaliła mnie z nóg. Zacząć planować dziecko, a dowiedzieć się, że twoja partnerka jest w ciąży, to dwie różne rzeczy. Spojrzałem niepewnie na Erinę. Na jej pysku zagościł radosny uśmiech. Pewnym było, że ciesz się z takiego stanu rzeczy. Jej nastrój szybko udzielił się i mi. Podziękowaliśmy nieco bardziej doświadczonemu od nas medykowi, po czym ruszyliśmy w swoją stronę.
-Tak się cieszę, Arrow!-zawołała niedługo później klacz.
-Ja też-posłałem jej radosny uśmiech.-Teraz tylko musimy się na to przygotować-dodałem nieco tajemniczo.
-Przygotować? W jakim sensie?-zdziwiła się moja...partnerka. Nadal nie mogłem przyzwyczaić się do tego słowa, tak samo zresztą do myśli, że zostanę ojcem.
-No wiesz, wypada się dowiedzieć trochę o opiece nad źrebakiem, wybrać imiona, może nawet moglibyśmy zaoferować swoją pomoc w opiece nad czyimś dzieckiem, to by nam pewnie bardzo pomogło trochę poćwiczyć...-musiałem przerwać, gdyż Erina zaczęła się śmiać i przez to nie mogłem dalej mówić. Posłałem jej pytające spojrzenie. Niby co ją tak śmieszy?
-Arrow, ja myślę, że trochę przesadzasz. Po pierwsze, mamy jeszcze mnóstwo czasu, więc imiona wybrać zdążymy. Po drugie, pomysł ze zdobyciem jakiejś wiedzy nie jest zły, tylko bez takiego pośpiechu i paniki. W razie czego, mamy po swojej stronie instynkt, dzięki któremu przez setki lat setki pokoleń wychowały setki źrebaków-odparła klacz.
-Wiem to wszystko, ale jednak lepiej już mieć jakiś plan, przygotować się. Inaczej ciąża minie zanim na dobre cokolwiek zorganizujemy i wszystko będziemy załatwiać na ostatnią chwilę-powiedziałem. W odpowiedzi Erina ponownie się zaśmiała.
-Och, mój ty panikarzu-szepnęła, wtulając się we mnie. W ten sam sposób zmusiła mnie do zatrzymania i teraz staliśmy oboje, wtulając się w siebie. Błoga chwila nie mogła jednak wiecznie trwać. Usłyszałem jakiś hałas. Zastrzygłem lekko uszami, chcąc zlokalizować jego źródło. Erina i ja niemal jednocześnie odsunęliśmy się od siebie i spojrzeliśmy w tym samym kierunku. W naszą stronę zmierzał nie kto inny, tylko moja matka. Na początku była skupiona na czymś innym i nie od razu nas zauważyła. A kiedy to się już stało, była bardzo blisko nas. Głupio byłoby udać teraz, że się nie widzimy. Przywitaliśmy się z nią, a ona z nami. Następnie, o dziwo, spytała co u nas, choć nie zdawała się być tym zbytnio zainteresowana. Ucieszyłem się jednak, że stara się jak może. Spojrzałem na swoją partnerkę. Powinniśmy jej powiedzieć?
<Erina? Wybacz za to coś, wena mnie opuściła chwilowo>

30.05.2019

Od Arrow'a do Eriny "Wątpliwości"

Po...tym wszystkim...sam nie wiedziałem, co mam do końca myśleć. Jakiś czas temu zdałem sobie sprawę, że moje uczucia do klaczy znacznie przewyższają te "przyjacielskie". Biłem się z myślami, czy jej o tym powiedzieć, więc tym bardziej ucieszyłem się, gdy to ona zaczęła rozmowę i okazało się, że czuje do mnie to samo. Ale nie wiedziałem, czy dobrze postąpiłem. Czy to nie było za szybko? Czy nie wywarłem na niej za dużej presji? No i, czy wreszcie, poradzimy sobie jako ewentualni rodzice? Nigdy nie miałem ojca, nie wiem nawet za bardzo, co się z nim stało. Nie mam pojęcia, jak zajmować się źrebakiem, co robić. Mam traktować swoje dziecko jak moja matka mnie? Czy tak, jak traktowała moje siostry? Chociaż...pewnie muszę je traktować z czułością i miłością, jak Erinę. Ale czy to wystarczy?
-Halo, halo, ziemia do Arrow'a!-usłyszałem przy uchu wesoły głos klaczy. Dzięki temu otrząsnąłem się nieco i powróciłem myślami do obecnej sytuacji.-Od 5 minut razem idziemy i nic nie mówimy. Jesteś jakiś dziwnie zamyślony. O co chodzi?-spytała klacz, przyglądając mi się badawczo. Przez chwilę zastanawiałem się nad odpowiedzią, aż w końcu zdecydowałem się powiedzieć prawdę. W końcu, skoro się kochamy, nie ma sensu czegokolwiek przed sobą ukrywać, prawda?
-Bo widzisz...martwię się, jak to wszystko będzie teraz wyglądać-odparłem.
-Wszystko czyli co dokładnie?-zapytała Erina.
-No my, nasz źrebak...
-Albo źrebaki-przerwała mi klacz.
-Lepiej nie. Tacy niedoświadczeni rodzice jak my więcej niż jednemu źrebakowi mogą zapewnić niezłą traumę-odparłem. Byłem mocno zdenerwowany i sam nie do końca panowałem nad tym, co mówię. Wystraszyłem się, że Erina może mnie źle zrozumieć, więc posłałem jej lekki uśmiech, aby wiedziała, że to tylko nieśmieszny żart. Ona jednak odwzajemniła go, jak mi się zdawało, szczerze, a potem nawet krótko się zaśmiała.
-Jakoś damy radę. Arrow, więcej wiary w siebie! Najważniejsze, że się kochamy. I nie smuć się już, jesteś moim wiecznym optymistą, więc to ty powinieneś zawsze podnosić na duchu mnie, a nie na odwrót-odparła klacz.
-Ah, więc to tak? Wzięłaś mnie tylko po to, żebym podnosił cię na duchu?-zapytałem. Erina nic nie odpowiedziała, tylko się zaśmiała. Na spacerze zeszło nam jakieś pół dnia, aż w końcu zdecydowaliśmy się wrócić do klanu. Trochę dyskutowaliśmy o tym, czy o naszym związku należy kogoś wprost informować, ale w końcu uzgodniliśmy, że wyjaśnimy wszystko, o ile ktoś zapyta. Prędzej czy później pewnie zaczną się jakieś plotki i ktoś będzie chciał dowiedzieć się co i jak, mamy tutaj wielu ciekawskich plotkarzy. Stanęliśmy trochę na uboczu i zaczęliśmy skubać trawę. Przed zachodem słońca udaliśmy się na kolejny krótki spacer, aby we dwójkę podziwiać widok. Co dziwne, cały dzień nie spotkałem ani mojej matki, ani żadnej z sióstr, a je jednak chciałem poinformować o swoim szczęściu, ale wyglądało na to, że musi to trochę poczekać. Jednakże, kiedy wracaliśmy do klanu, wpadliśmy na Virginię.
-Cześć, siostro-powiedziałem do niej. Zaskoczona klacz zatrzymała się i niepewnie zwróciła w naszą stronę.
-Tak? O co chodzi?-spytała po chwili.
-O nic. To już nawet z siostrą pogadać o tak nie można jak się ją widzi?-spytałem.
-Nie widzę takiej potrzeby-powiedziała Virginia.
-A ty jak zwykle jesteś bardzo miła-wtrąciła ironicznie Erina. Moja siostra posłała jej złowrogie spojrzenie.
-Nikt cię nie pyta o zdanie na mój temat. Ale skoro już chciałeś pogadać, to śmiało, gadajmy o czymś-odparła klacz, po czym na jej pysku pojawił się uśmiech. Słowo daję, ani trochę nie rozumiem żadnej ze swoich sióstr.
-Erina i ja zostaliśmy parą-powiedziałem, z uśmiechem na pysku.
-O, to moje gratulacje!-zawołała Virginia, choć nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że fakt ten jej specjalnie nie obszedł. Pogadaliśmy jeszcze trochę, po czym Virginia opuściła nas, mówiąc, że ma coś ważnego do załatwienia i musi nas niestety zostawić. My zaś zdecydowaliśmy się na spokojnie wrócić do klanu.
<Erina?>

28.05.2019

Erina i Arrow łączą się więzem partnerskim!

To była szczera, gorąca miłość, bez żadnych podtekstów, niespodzianek w cudzysłowie czy ironii. Po prostu miłość, która połączyła dziś dwoje młodych członków klanu - medyków Erinę oraz Arrow'a - więzem partnerskim. Gratulujemy i życzymy powodzenia na nowej drodze życia!
A za 10 lat...

6.05.2019

Od Arrow'a do Eriny "Brak zmartwień"

Oddaliliśmy się od tego miejsca i wróciliśmy do klanu. Następnego dnia rano stado wyruszyło w dalszą wędrówkę, a my siłą rzeczy razem z nim. Pod wieczór zatrzymaliśmy się na kolejny postój, tym razem w nowym miejscu. Niestety po jakimś czasie zwiadowcy odnaleźli kilka kilometrów dalej ślady wilków, więc dla bezpieczeństwa musieliśmy jeszcze nocą zmienić miejsce pobytu.
~Kilka miesięcy później~
Stałem nad brzegiem jeziora Chirgis, uważnie przyglądając się swojemu odbiciu. Zrobiłem porządne rozeznanie i moje tak zwane "rybie oko" nie powinno mnie niepokoić. A jednak, mimo to od jakiegoś czasu zauważyłem, że z widzeniem u mnie trochę gorzej. Chociaż...
-Oby to się szybko zmieniło. Na lepsze-powiedziałem sam do siebie. Najchętniej napiłbym się teraz wody, ale słona nie przypadała mi zbytnio do gustu, jak zresztą chyba wszystkim. Postanowiłem więc zlizać nieco soli z pobliskich, nadbrzeżnych skał. Już chciałem się odwrócić, kiedy usłyszałem czyjeś wołanie.
-Arrow!-głos rozpoznałbym nawet na końcu świata. Odwróciłem się tym prędzej, z dziwnym uczuciem radości i lekkości zarazem. Czułem się tak niemal zawsze w pobliżu Eriny, co ani trochę mi nie przeszkadzało.-Co ty tutaj robisz?-spytała, dobiegając do mnie.
-A ty co tutaj robisz?-zapytałem, przekrzywiając lekko łeb.
-Moje pytanie było pierwsze-odparła klacz.
-Więc jako pierwsza możesz odpowiedzieć-powiedziałem. Erina fuknęła na mnie, niby obrażona.
-Nie zgrywaj się, wcale nie jesteś zabawny!-zawołała.
-Taaak? A co według ciebie jest zabawne? To?-spytałem, po czym wskoczyłem do wody i ochlapałem ją.
- O ty...!-zawołała klacz, podczas gdy ja wyszedłem z powrotem na brzeg.
-Zgadza się, to ja. We własnej osobie-odparłem z uśmiechem.
-Potrafisz być naprawdę denerwujący-powiedziała klacz, ale na jej pysku także zagościł uśmiech, co pozwalało mi sądzić, że tylko żartuje.
-I naprawdę zabawny, jak zresztą widać na załączonym obrazku-odparłem.
-I do tego taki skromny...
-Bardzo-potwierdziłem, kiwając przy tym głową. Żadne z nas nie wytrzymało już dłużej i zaczęliśmy się śmiać. Zajęło nam dobrych kilka minut, nim z powrotem się uspokoiliśmy.
-No dobrze, a teraz tak naprawdę, co tutaj robisz?-spytała klacz.
-Tak naprawdę to przyszedłem tutaj zwiedzić okolicę, trochę pospacerować...-odparłem. Nie chciałem jej na razie martwić moimi zmartwieniami. Ktoś taki jak ona powinien być zawsze wolny od wszelkich zmartwień.
-Ach tak? I nie zaproponowałeś spaceru mi? No wiesz ty co? Chyba zaraz się na ciebie obrażę!-zawołała Erina.
-A już tego nie zrobiłaś?-spytałem.
-To ci wybaczę, a potem obrażę się jeszcze raz-odparła klacz.
-Hm... To brzmi naprawdę źle. Może w takim razie pozwolisz mi zadośćuczynić tobie i dasz się zaprosić na dalszy wspólny spacer?-zapytałem po chwili.
<Erina? Wybacz, że tyle czekałaś i dostajesz...takie coś, następne będzie lepsze>

15.04.2019

Od Arrow'a do Mondream "Teraz mi głupio"

Trochę głupio było mi z powodu tego, co powiedziałem na temat mamy Zee. Tym bardziej, że jego samego tym zdenerwowałem. Nie dziwiłem mu się. Ja także nie miałem może najlepszej mamy, ale gdyby ktoś ją krytykował, na pewno stanąłbym w jej obronie. Wraz z Zee w milczeniu zjedliśmy jeszcze trochę trawy.
-To co teraz robimy?-spytał ogierek.
-Może jeszcze trochę się przejdziemy?-zasugerowałem.
-Dobry pomysł. Tylko nie oddalajmy się zbytnio od klanu. Nie chcę ani się zgubić, ani skończyć jako kolacja dla wilków-odparł Zee. Już mieliśmy iść dalej, ale wtem naszą uwagę przykuł hałas jasno sygnalizujący, że ktoś się do nas zbliża. Po chwili zza zarośli wypadła moja siostra, Risa.
-A! To tylko ty, łamago! A myślałam, że to Virginia!-zawołała na mój widok.
-Dlaczego tak myślałaś?-zdziwiłem się.
-Bo jesteś cały czarno-biały, jak ona? I przez te krzaki dobrze nie widziałam, ot co! Pomyśl czasem, to nie boli!-odparła Risa.
-Ale dlaczego w ogóle jej szukasz?-dopytywałem dalej.
-Bo gramy w chowanego, czyli w kolejną fajną grę, w którą ty nigdy z nami nie zagrasz-odparła klaczka, po czym odwróciła się i odeszła. Nie powiem, jej słowa trochę mnie zabolały, ale nie chciałem dać tego po sobie poznać.
-Hej, Arrow. Nie przejmuj się. Jeśli chcesz, możemy zagrać w chowanego-powiedział Zee. Popatrzyłem na niego z wdzięcznością.
-Dziękuję, że to proponujesz, ale wolę nie grać. Nie tym razem. Może jednak trochę się przejdźmy?-spytałam. Zee nie protestował i ruszyliśmy przed siebie, rozmawiając o różnych rzeczach. Pominęliśmy jedynie fakt spotkania z moją siostrą i nie wracaliśmy już do tego, co wcześniej powiedziałem o Mondream, za co byłem mojemu koledze wdzięczny. Zastanawiałem się też, czy powinienem przeprosić jego albo jego mamę, ale nim podjąłem jakąś decyzję, wróciliśmy już do klanu.
-Czyli co? Rozstajemy się?-spytał Zee.
-Na to wygląda-odparłem.
-Ale spotkamy się jutro?-zapytał.
-Nie widzę przeszkód-powiedziałem. W tej samej chwili przed nami pojawiła się Mondream.
-I jak wam się razem bawiło?-zapytała.
-Dobrze, jak zawsze-odparł uśmiechnięty Zee.
-No, ale teraz to już chyba oboje pójdziecie spać?-spytała klacz.
-Chyba musimy-odparłem. Następnie pożegnałem się z Zee i jego mamą, po czym poszedłem szukać własnej rodziny. Jak na złość jednak nie mogłem ich nigdzie znaleźć. Zastanawiałem się, gdzie też cała trójka mogła się podziać, przecież nie zapadły się pod ziemię? W końcu jednak poddałem się i stanąłem na uboczu klanu, tak jak robiliśmy to zawsze, kiedy spałem wraz ze swoją rodziną. Wyglądało na to, że tę noc spędzę samotnie. Zamierzałem poszukać swoich bliskich rankiem, zanim spotkam się z Zee.
<Mondream?>

12.04.2019

Od Arrowa do Eriny "Wspomnienia"

Zjedliśmy trochę trawy, po czym udaliśmy się z powrotem do klanu. Na szczęście w drodze powrotnej już nic więcej nas nie niepokoiło. Przede mną był jednak cały dzień, a ja nie miałem co robić. Po jakimś czasie więc odnalazłem Erinę i ponownie zaproponowałem jej spacer, ale tym razem w przeciwnym kierunku, czyli w stronę jeziora. Klacz niezmiernie się ucieszyła i przystanęła na moją propozycję.
-Obyśmy tylko tym razem znowu na coś albo na kogoś nie wpadli-powiedziała Erina. Ukradkiem rozejrzała się lekko na boki, być może nawet sama nie zdawała sobie sprawy z tego, że to robi.
-Spokojnie. Mama mówiła mi, że tutaj raczej nie ma wielu niebezpieczeństw-powiedziałem.
-W takim razie jak wytłumaczysz nasze poranne przygody?-spytała klacz.
-Wtedy poszliśmy na spacer w przeciwnym kierunku-odparłam z uśmiechem.
-Mów co chcesz, ja tam nie jestem do końca przekonana-skwitowała Erina. Przez resztę drogi nad jezioro rozmawialiśmy o różnych rzeczach. Kiedy dotarliśmy na miejsce, oboje stanęliśmy obok siebie na brzegu, tak, że woda podmywała nam kopyta.
-Hej! Przypomniało mi się właśnie, że przecież my się poznaliśmy nad jeziorem!-zawołałem nagle.
-Masz rację. Co za przypadek!-zaśmiała się klacz.
-A ile czasu minęło od tamtej chwili...-dodałem.
-Ale chyba tego nie żałujesz, co?-spytała z lekkim uśmiechem, przenosząc wzrok z jeziora na mnie.
-Oczywiście, że nie! A ty?-odparłem, odwzajemniając spojrzenie.
-Oczywiście, że nie!-powtórzyła po mnie klacz, po czym oboje znów się zaśmialiśmy. Nagle wpadłem na pewien pomysł.
-A skoro już o tym mowa... Poznaliśmy się zimą, kiedy jezioro pokryte było lodem, ale skoro teraz tak nie jest i mamy gorące lato, to wypadałoby się trochę ochłodzić, co nie?-spytałem, po czym raźnym krokiem wbiegłem do wody, odwróciłem się i mocno kopnąłem wodę, sprawiając w ten sposób, że wytworzyła się fala, która zmoczyła Erinę.
-Hej! Zrobiłeś to specjalnie!-zawołała oburzona klacz.
-Ja? Wcale nie! Jak możesz mnie o coś takiego osądzać?!-zawołałem, przybierając ton głosu, który brzmiał jak najniewinniej. Nie mogłem jednak długo powstrzymać się od wybuchnięcia głośnym śmiechem.
-Jak ja ci zaraz...! Będziesz tego żałował!-zawołała Erina. Niby mi groziła, ale jednocześnie się uśmiechała. Wskoczyła za mną do wody i zaczęła się nasza wodna bitwa. Kiedy już nam się to znudziło, urządziliśmy sobie pływackie wyścigi. Potem jednak musieliśmy wyjść z wody i poszukać jakiegoś cienia, gdyż zaczynała się najgorętsza pora dnia. Droga powrotna trochę nam zajęła, ale zdecydowaliśmy się jednak powrócić do lasu.
-Padam. Nigdzie dalej nie idę-powiedziała Erina, kładąc się pod jednym z drzew.
-W takim razie pozwolisz, że też tutaj spocznę?-spytałem, po czym położyłem się obok niej.
<Erina? Luzik, mi też ostatnio wena szwankuje>

5.04.2019

Od Arrowa do Eriny "Te istoty"

-Daj spokój, przecież tych kilka minut nas nie zbawi!
Odnaleźliśmy więc właściwie rośliny i dopiero potem udaliśmy się w drogę powrotną do klanu. Z oczywistych przyczyn trochę nam ona zajęła, w końcu jednak tam dotarliśmy. Erina nie miała w klanie rodziny, więc nikt na razie nie spostrzegł jej zniknięcia, a jeśli chodzi o mnie...Zauważyłem jedynie swoje siostry, które stały nieco dalej i o czymś zawzięcie dyskutowały. Nie wyglądały, jakby przejęły się tym, że tak długo mnie nie było. A jakbym im opowiedział, że Erina i ja cudem uszliśmy z życiem, bo zaatakował nas wilk, to by dopiero było, zapewne uznałyby, iż szkoda, że mnie nie zjadł. Matki na razie nigdzie nie widziałem. Postanowiłem więc razem z klaczą udać się do medyczki, Rose, aby ta ją opatrzyła, a potem jeszcze pospacerowaliśmy razem po klanie, zanim zapadł zmierzch.
~Jakiś czas później~
Zbudziłem się niezwykle wypoczęty, w dodatku szybciej niż moja matka czy siostry. Niemal od razu postanowiłem wykorzystać ten fakt i trochę się przejść. Właściwie jednak nie był to taki przypadkowy spacer, bo mimochodem starałem się też odszukać Erinę. Dorosła już i została medyczką, a był to przecież jeden z zawodów, który mnie interesował. Teraz więc spędzaliśmy razem czas nie tylko jako przyjaciele, ale też trochę wykorzystywałem ją, aby dowiedzieć się czegoś o tej profesji, poznać nieznane mi dotąd choroby czy lecznicze zioła. Liczyłem się z tym, że Erina może jeszcze spać, ale na moje szczęście wkrótce ją odnalazłem, całkowicie rozbudzoną.
-O nie! Jeśli znowu zamierzasz zadręczać mnie jakimiś pytaniami, to spadaj stąd!-zawołała klacz, po czym roześmiała się, a ja jej zawtórowałem.
-Obiecałaś mi jednak dokończyć wykład, pamiętasz?-zapytałem, chytrze się uśmiechając. Klacz westchnęła. Poprzedniego wieczoru dałem jej spokój dopiero, kiedy obiecała mi, że dziś dokończy mi opowieść o ziołach leczniczych, które można znaleźć na pustyni. Erina nie miała innego wyboru i zaczęła opowiadać, a ja z uwagę słuchałem, często przerywając jej, aby zadać mniej lub bardziej szczegółowe pytania. W konsekwencji wykład trwał naprawdę długo. Może i klacz nie wybrała zawodu nauczyciela medycyny, ale i tak została moim prywatnym nauczycielem owej profesji.
-Nareszcie koniec!-zawołała klacz.
-Na dziś-dodałem z uśmiechem.
-O nie, nie myśl sobie, że dam ci się więcej zadręczać! Koniec z tym!-zawołała Erina, mimo to uśmiechała się. Klacz wiedziała, że gdyby moje pytania, dociekliwość i prośby o pomoc naprawdę jej przeszkadzały, mogła mi to po prostu wprost powiedzieć i zrozumiałbym. Dla pewności często jej to przypominałem, ale Erina zapewniała, iż to żaden problem. Miałem nadzieję, że tak właśnie jest i istotnie nie jestem dla niej zbyt kłopotliwy.
-Z tego wszystkiego aż zgłodniałam-powiedziała po chwili milczenia.
-Więc może przejdziemy się poszukać czegoś na śniadanie? Jeszcze nic dziś nie jadłem-zaproponowałem.
-No wiesz ty co! Przyszły lekarz i nie wie, że śniadanie to najważniejszy posiłek dnia? Za mną!-zawołała Erina, po czym zaczęła mnie gdzieś za sobą prowadzić. Po chwili jednak przystanęła, i to tak nagle, że prawie na nią wpadłem.
-Coś się stało?-spytałem.
-A twoja matka nie będzie miała nic przeciwko?-zapytała Erina. 
-Przecież wiesz, że ją to zwykle niewiele obchodzi. Poza tym, jestem już niemal dorosły-odparłem. Ponieważ klacz zaiste wiedziała, jak wygląda moja sytuacja rodzinna, nie musiałem jej specjalnie przekonywać, abyśmy ruszyli dalej. Po kilkunastu minutach dotarliśmy do miejsca, gdzie trawa wydawała się nawet zieleńsza niż normalnie.
-Odkryłam to miejsce niedawno. Trawa jest przepyszna. Częstuj się!-zawołała z uśmiechem klacz, po czym schyliła się po pierwszy kęs. Po chwili uczyniłem to samo. Przez jakiś czas jedliśmy tak sobie w spokoju, dopóki nie wyczułem dziwnego, nieznanego mi zapachu. Erina widocznie też to poczuła. Oboje przerwaliśmy jedzenie. Po chwili do naszych uszu dotarły dźwięki, jakich nie wydaje żadne znane mi zwierzę. Zastanawiałem się, cóż to takiego może być, aż w końcu znalazłem pewne rozwiązanie.
-Erina,czy to mogą być ludzie? Miałaś z nimi kiedyś do czynienia? Bo ja nigdy-powiedziałem. Opowieści o nich słyszałem jedynie od matki lub czasem, kiedy jakieś konie niezbyt potajemnie o nich rozmawiały.
-Bo mi się wydaje, że najlepiej będzie jak najszybciej zwiewać...-dodałem po chwili, niepewnym tonem. Martwiłem się, czy w razie takiej konieczności, dam radę im uciec? A jeśli nas złapią...to do czego może przydać im się taki koń jak ja? A co wtedy z Eriną?-dość mocno zacząłem się martwić, bo historie, które słyszałem o tych istotach, raczej nie należały do przyjemnych.
<Erina? Brakus wenus pospolitus mnie dopadł>

31.03.2019

Od Arrow'a do Eriny "Nasza przyszłość"

-Ja bym chyba nie wytrzymała z takimi istotami jak twoje siostry-powiedziała Erina.
-Nie są aż tak złe, jak pozna się je bliżej-odparłem.
-Jakoś mi się nie wydaje, ale niech ci będzie...-powiedziała klaczka.- Ale powiedz w końcu, co się stało, że masz takie, a nie inne hobby?-dopytywała dalej moja towarzyszka.
-Zawsze byłem ciekawy świata. A rośliny...jakoś tak najbardziej mnie z tego wszystkiego interesowały. Zwłaszcza te o ciekawszych właściwościach, na przykład leczniczych. Zastanawiam się, czy nie zostać w przyszłości zielarzem albo medykiem-wyjaśniłem.
-A to ciekawe. Jeśli w takim razie natknę się kiedyś na jakąś ciekawą roślinkę, to na pewno przyjdę z tym do ciebie-odparła Erina, po czym uśmiechnęła się.
-Dzięki-odparłem, odwzajemniając uśmiech. Trochę jeszcze pospacerowaliśmy, po czym zaczął zapadać zmierzch, więc musieliśmy się rozstać.
-Czasem trochę zazdroszczę ci, że już jesteś panią własnego losu. Nie musisz nikogo pytać o pozwolenie, nikomu tłumaczyć się ze swoich decyzji. Chyba że władcy, ale oprócz tego praktycznie nikomu-powiedziałem.
-Czyli jednak mówisz, że masz dość swojej rodziny?-zapytała ze śmiechem klaczka.
-Tylko czasami-odparłem. Następnie musieliśmy się już żegnać. Udałem się na spoczynek, ale następnego dnia z samego rana jak najszybciej z powrotem odnalazłem Erinę. Obie moje siostry coś opętało i jak tylko się obudziły, zaczęły mi dogryzać i wyśmiewać się ze mnie jak nigdy przedtem, więc zamiast się z nimi męczyć, postanowiłem spędzić miło czas z moją przyjaciółką. Przyjaciółka...nie myślałem, że kiedykolwiek zdobędę jakiegokolwiek przyjaciela, ale jednak. Bo wydaje mi się, że Erina jak najbardziej zasługuje na to miano. No bo jeśli nie Erina miałaby być moją przyjaciółką, to kto inny? Ciekawe, czy ona też uważa mnie za swojego przyjaciela-myślałem, szukając klaczki. W końcu ją odnalazłem, właściwie to trochę przez przypadek, bo po prostu wpadła na mnie i staranowała.
-O matko, Arrow! Żyjesz?!-zawołała na mój widok.
-Chyba jeszcze trochę tak-odparłem z uśmiechem, wstając. A raczej próbując wstać, bo najpierw ponownie się przewróciłem i dopiero za drugim razem się udało.
-Przepraszam, że na ciebie wpadłam-powiedziała Erina.
-Nie musisz przepraszać. To ja przepraszam, że taka ze mnie niezdara-odparłem.
-Nie musisz przepraszać-rzekła klaczka, po czym oboje zaśmialiśmy się.
-Właściwie to nie zapytałem cię wczoraj, a trochę mnie to zaczęło zastanawiać. Wiesz już, kim ty chcesz być w przyszłości?-zapytałem, kiedy przestaliśmy się śmiać.
<Erina?>

23.03.2019

Od Arrow" do Eriny "Jeśli chcesz, poczekam"

-Ale myślę, że nie zrobiłaś nic złego. To nie twoja wina, że chciałaś poszukać szczęście-dodałem. Nie wiedziałem, co jeszcze mógłbym powiedzieć, aby pocieszyć Erinę. I czy w ogóle byłem w stanie ją pocieszyć. O dziwo jednak, klaczka posłała mi lekki uśmiech.
-A ty?-spytała po chwili.
-Co "ja"?-zdziwiłem się.
-No, jaka jest twoja historia?-wyjaśniła Erina.
-Ja należę od początku do tego klanu. Mam mamę, i dwie siostry...a o swoim tacie nic nie wiem. Mama nigdy o nim nie mówiła, a ja o niego właściwie nie pytałem. Nie słyszałem też, aby Risa albo Virginia o niego pytały-opowiedziałem.
-Naprawdę? I nie masz pojęcia, co się z nim stało?
Pokręciłem przecząco głową.
-Nie. Ale właściwie to dopiero teraz, dzięki tobie, zdałem sobie sprawę, że nic o nim nie wiem. Będę musiał spytać się potem o to mamie-odparłem. Po tym na jakiś czas zapanowała między nami cisza.
-Chciałbyś może w coś zagrać?-zapytała po chwili Erina.
-Jasne, a w co?
-Może się pościgamy?-zasugerowała klaczka. Momentalnie opuścił mnie dobry humor.
-Nie mogę-powiedziałem.
-Dlaczego?-zdziwiła się moja towarzyszka.
-Mam pewną...chorobę. I ona czasem przeszkadza mi w chodzeniu, a o bieganiu to już nie ma mowy-wyjaśniłem ze smutkiem.
-Ojej, a co to za choroba?
-Właściwie to nikt jej nie zna. Nawet medycy nic nie mogą na nią poradzić. Po prostu muszę pogodzić się z tym, że jestem trochę...inny-powiedziałem. Erina zamyśliła się na krótko, po czym ponownie się uśmiechnęła.
-To możemy zagrać w coś innego.
-W co takiego?-zainteresowałem się. Moja towarzyszka nic więcej już nie powiedziała, tylko zamachnęła się kopytem i kopnęła śnieg, który w rezultacie wylądował na mnie.
-Ej!-zawołałem, po czym niemal od razu odwzajemniłem się jej tym samym. Tak rozpoczęła się nasza mała bitwa śnieżna, która skończyła się, kiedy oboje nie mogliśmy już wyrobić ze śmiechu i byliśmy strasznie zmęczeni. O dziwo, ani razu nie dała o sobie znać moja choroba. W końcu jednak nadszedł czas i musieliśmy wrócić do klanu.
~Wiosną~
Od chwili, kiedy tylko wstało słońce, dało się słyszeć ptasie śpiewy, niemilknące ani na sekundę. Przypatrywałem się właśnie pewnej nieznanej mi roślinie, którą w miarę możliwości chciałem jakoś sklasyfikować, a potem zapytać się kogoś dorosłego, jak owe zioło właściwie się nazywa.
-A ty jak zwykle w roślinkach-usłyszałem za sobą głos Eriny. Całą moją uwagę pochłonęło nowe odkrycie, toteż nie usłyszałem nawet, że moja znajoma się do mnie zbliżyła. Odwróciłem się do niej i uśmiechnąłem się.
-A cóż innego mam robić?-zapytałem.
-Milion innych ciekawszych rzeczy?-spytała klaczka, podchodząc do mnie.
-Właściwie co to za roślinka?-spytała, dotykając lekko kopytem mojego "odkrycia".
-Nie mam pojęcia, ale zamierzam się tego dowiedzieć-odparłem. W tej samej chwili usłyszałem kolejne głosy, należące do moich sióstr. Minęło sporo czasu, odkąd poznałem Erinę, ale do tej pory chyba nie miała ona jeszcze styczności z nikim innym z mojej rodziny, chyba że miało to miejsce wtedy, kiedy mnie nie było w pobliżu. Po chwili zjawiła się moja mama i obie siostry.
-Co robisz, Arrow? Znowu oglądasz te swoje badyle?-zapytała z wrednym uśmiechem Risa.
-O, znalazłeś sobie kogoś, kto ogląda je z tobą?-dodała, widząc Erinę.
-Risa...-upomniała ją mama, po czym przeniosła wzrok na nas.
-To moja znajoma, Erina. Erina, to moja mama i siostry, Virginia i Risa-powiedziałem.
-Miło mi panią poznać, nazywam się Erina-powiedziała klaczka, po czym uśmiechnęła się lekko.
-To już wiemy-powiedziała Risa, przewracając oczami. Mama zgromiła ją wzrokiem.
-Wyglądasz na bardzo miłą klaczkę. Mi także miło więc cię poznać-powiedziała moja mama. Spojrzałem na Erinę i wtedy coś mi się przypomniało.
-Mamo, co się właściwie stało z naszym tatą?-zapytałem. Zaskoczone, Virginia i Risa spojrzały na mamę, która była chyba niemniej zdziwiona tym pytaniem.
-Yhm, Arrow, może opowiem ci o tym później?-odparła klacz.
-A dlaczego nie teraz?-zdziwiłem się.
-Teraz lepiej pobaw się ze swoją nową znajomą, albo z siostrami. Ja na razie muszę coś załatwić, więc zostawiam was samych-powiedziała mama, po czym oddaliła się dumnym krokiem.
-No, no, no, braciszku, chyba pierwszy raz w życiu zadałeś jakieś mądre i ciekawe pytanie-powiedziała Risa.
-Czy ja wiem, czy takie mądre-wtrąciła Virginia.
-Hej, ty, jak ci tam było...Erina? Chcesz z nami w coś zagrać? W berka? Chowanego? Wyścigi?-Risa zignorowało niejako uwagę naszej siostry i pewnym krokiem podeszła do klaczki.
-Ehm, ale przecież Arrow nie będzie mógł zagrać wtedy z nami-zauważyła Erina.
-Trudno, braciszku, chyba nie będziesz miał nam tego za złe?-zapytała Virginia, przywołując na twrz sztuczny uśmiech.
-Nie, skądże-odparłem, wiedząc, że jej i tak nie obchodzi moje zdanie.
-Erina, jeśli chcesz, możesz z nimi w coś zagrać, ja poczekam-dodałem po chwili. Nie chciałem zabierać mojej znajomej okazji do zabawy.
<Erina? Jak ja nie lubię, kiedy trzeba zrobić taki nagły przeskok czasowy XD>

12.03.2019

Od Arrow'a do Eriny "Nowa znajomość"

-Coraz bardziej ta zabawa mi się nie podoba!-zawołałem. Nie otrzymałem jednak żadnej odpowiedzi, czego się zresztą spodziewałem. Zarówno Risa jak i Virginia dosłownie rozpłynęły się we mgle i tyle było z naszej zabawy w chowanego. Zawróciłem w stronę klanu, ale tam nie znalazłem ani swojej mamy, ani Zee, z którym chciałem się trochę pobawić. Inne konie zajęte były swoimi sprawami, więc po prostu zawróciłem i oddaliłem się nieco, aby pozwiedzać okolicę. Nie miałem zamiaru odchodzić oczywiście zbyt daleko. Szedłem przed siebie, noga za nogą, a raczej kopyto za kopytem i podziwiałem mijane krajobrazy. Fakt, do podziwiania miałem niewiele, bo wszędzie wokół widać było tylko topniejący śnieg i wszechobecną szarość. Nawet drzew było niewiele, więc nie mogłem podziwiać rozwijających się na nich pączków. W ogóle roślin było jeszcze niestety niewiele. Wtem moim ciałem wstrząsnęła fala dreszczy spowodowana podmuchem chłodniejszego powietrza. Mimowolnie zaskoczyłem i wkrótce moim oczom ukazał się widok na ogromne, zamarznięte jezioro. Co jeszcze dziwniejsze, zauważyłem przy nim jakąś postać. Niewiele myśląc, zacząłem iść w jej stronę, licząc na zawiązanie nowej znajomości. Ów postać musiała mnie usłyszeć, gdyż odwróciła się i rzuciła mi badawcze spojrzenie.
-Kim jesteś?-spytała damskim głosem. Była to zatem klaczka, być może nawet w moim wieku.
-Mam na imię Arrow. Należę do tutejszego klanu-odparłem.
-Tak się składa, że ja też. Ale nigdy dotąd cię nie spotkałam-powiedziała moja rozmówczyni.
-Może dlatego, że tu duży klan? A ty od dawna do niego należysz?-zapytałem, podchodząc powoli do klaczki.
-Właściwie to nie. A tak w ogóle, jestem Erina-odparła moja towarzyszka.
-Erina...ładne imię-powiedziałem i uśmiechnąłem się lekko.
-Dzięki-odparła klaczka, odwzajemniając uśmiech.
-A właściwie to co tutaj robisz?-zapytałem. Teraz już podszedłem do klaczki i stanąłem obok niej.
-Nudziłam się, więc wybrałam się na krótki spacer. Doszłam aż tutaj i teraz w sumie...sprawdzałam grubość lodu. No wiesz, na pierwszy rzut oka wydaje się niesamowicie trwały, jakby to jezioro nigdy nie zamierzało odtajać. Jednak jak tylko postawiłam na nim swoje kopyto, lód od razu zaczął pękać-wyjaśniła klacz.
-Zdradliwa pułapka matki natury-powiedziałem. Następnie postawiłem swoje kopyto na lodzie i przekonałem się, iż słowa Eriny były jak najbardziej prawdziwe. Lód niemal od razu zaczął się kruszyć.
-A może miałabyś ochotę w coś zagrać? Albo gdzieś się przejść?-zasugerowałem po chwili.
<Erina?>

12.03.2019

Od Arrow'a dp Zee "Śledząc strumień"

Kiedy Zee jeszcze spał, ja postanowiłem przejść się nieco po okolicy. I tak natknąłem się na pewną ciekawą rzecz. Chciałem wrócić do swojego towarzysza, ale kiedy zauważyłem, że ten już się obudził, nie myśląc wiele, popędziłem z powrotem do miejsca, które chciałem mu pokazać. O dziwo, tym razem udało mi się nie przewrócić.
-Gdzie uciekłeś?-spytał Zee, dobiegając do mnie.
-Uciekłem?-zdziwiłem się.
-No tak. Najpierw sobie odszedłeś, a potem na mój widok zacząłeś uciekać-wyjaśnił ogierek.
-Nie, to nie tak! Z nudów poszedłem poszukać czegoś ciekawego. I znalazłem ten strumyk. A kiedy zauważyłem, że już wstałeś, popędziłem tutaj z powrotem, bo chciałem ci jak najszybciej pokazać to miejsce i liczyłem, że od razu za mną pobiegniesz. Nie pomyślałem, że możesz uznać, że uciekam-odparłem. Mój towarzyszy przeniósł wzrok na płynącą powoli wodę. W paru miejscach nadal skuta była lodem i niewielkie strumienie musiały jeszcze z trudem torować sobie drogę przez muł, lepki śnieg i to, co było pod nim ukryte całą zimę. Zee ostrożnie podszedł do wody i, po chwili wahania, zamoczył w niej swoje kopyto.
-Zimna i mokra! Brr!-zatrząsł się, po czym zrobił krok do tyłu.
-A niby jaka ma być woda? Zwłaszcza teraz, kiedy zima dopiero dobiega końca?-spytałem, po czym zaśmiałem się. Zee po chwili do mnie dołączył i przez jakiś czas śmialiśmy się, sami chyba nie wiedząc właściwie z czego. Kiedy przestaliśmy, ponownie skupiliśmy się na strumieniu. Niewiele myśląc, ugiąłem trochę nogi w kolanach i przeskoczyłem na jego drugą stronę. Zachwycony Zee uczynił wkrótce to samo. Nasza zabawa przez jakiś czas polegała więc na przeskakiwaniu z jednego brzegu na drugi. Strumień (a właściwie strumyczek), był naprawdę niewielki, toteż przychodziło nam to z łatwością. Przynajmniej dopóki nie poślizgnąłem się i nie przewróciłem, lądując przy tym w lodowatej wodzie. Niemal natychmiast wstałem i wyskoczyłem z niej na brzeg, rzucając przy tym wkurzone spojrzenie śmiejącemu się Zee. Chwilę później jednak także zacząłem się śmiać, gdyż początkowy szok i oburzenie przeminęły, a ja zdałem sobie sprawę z komizmu całej sytuacji.
-Ale tak właściwie...nic ci nie jest?-spytał po chwili Zee, przestając się śmiać. Popatrzył na mnie z powagą.
-Nie, raczej nie. Ale co teraz będziemy robić? Szczerze mówiąc wolałbym nie kontynuować dłużej tej zabawy-odparłem z uśmiechem. Obaj zastanowiliśmy się przez chwilę.
-Mam pomysł! Chodźmy za tym strumykiem i przekonajmy się, dokąd płynie!-zawołał nagle mój towarzysz. Od razu ożywiłem się słysząc o nowej, ciekawie zapowiadającej się, propozycji zabawy.
-Jasne! Brzmi super!-odparłem. Chwilę później, zgodnie z sugestią Zee, ruszyliśmy wzdłuż strumienia. Zatrząsłęm się trochę z zimna, kiedy zawiał lekki, ale chłodny wiatr. Aby urozmaicić sobie jakoś drogę, Zee i ja zaczęliśmy snuć różne teorie na temat tego czy i co uda nam się znaleźć, kierując się wzdłuż strumienia. Przez bardzo długi czas nic się nie działo i chyba oboje straciliśmy już nadzieję, że czeka nas jakaś ciekawa przygoda. Wtem na horyzoncie pojawiło się niewielkie, skalnie wzniesienie, wyraźnie odcinające się na tle otaczającej nas zewsząd równiny. Strumień, który "śledziliśmy" zataczał wokół owego pagórka półokrąg i płynął dalej. Zee i ja zatrzymaliśmy się jednak na chwilę, aby przyjrzeć się bliżej wzniesieniu.
-Tam jest chyba jaskinia!-zawołał mój towarzysz, po czym przeskoczył przez strumień, który na tym odcinku płynął już nieco szybciej, i obszedł nieco pagórek, a potem zatrzymał się przy otworze w skalnej ścianie, z którego wprost wylewała się niczym niezmącona czerń. Trochę mi to zajęło, ale w końcu znalazłem się obok Zee.
-Nie wygląda najlepiej. Ciemno tam. I może coś tam być-powiedziałem.
-A może to sprawdzimy?-zasugerował ogierek. Zastanowiłem się przez chwilę. Jakaś część mnie była niesamowicie ciekawa tego, co mogło kryć się w środku. Niemalże czułem, że umrę, jeśli się o tym nie przekonam. Jednakże inna część mnie podsuwała mi różne myśli dotyczącego tego, na co możemy się tam natknąć. Poza tym...
-A nie powinniśmy już wracać? Nasze mamy mogą się niepokoić-odparłem. Nie była to do końca prawda. Moja mama czasem czepiała się mnie o najmniejszy szczegół, innym razem sprawiała wrażenie, że jej osoba w ogóle mnie nie obchodzi. Tak więc trudno mi było powiedzieć, czy tym razem zdenerwowałaby się, gdybym oddalił się znacząco od klanu. A mamy Zee prawie w ogóle nie znałem i nie mogłem przewidzieć, jak ona zareaguje.
<Zee? Decyzję pozostawiam tobie:D>

1.03.2019

Od Arrow'a do Zee "Ty chcesz się ze mną bawić?"

Obie moje siostry tego dnia gdzieś zniknęły, co jednocześnie mnie cieszyło i smuciło. Przynajmniej miałem spokój, ale zaczynałem się też trochę nudzić. Stałem więc w pobliżu jakiegoś drzewa, nieopodal mnie była moja mama. Grzebałem kopytem w ziemi, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić. Wtem kawałek dalej zobaczyłem jakiegoś źrebaka. Na początku chciałem do niego podejść i się przywitać, ale potem wystraszyłem się. A co, jeśli on mnie nie polubi? Co, jeśli moja obecność tylko go zdenerwuje?-pomyślałem przejęty. W tej samej obok źrebaka pojawiła się jakaś klacz i, ku mojemu zaskoczeniu, oboje zaczęli się kierować w naszą stronę! A konkretnie to w stronę mojej mamy. W klaczy wkrótce rozpoznałem medyczkę, która ostatnio się mną zajmowała. Miała chyba na imię Mondream, o ile dobrze pamiętam, to tak mi się przedstawiła. Podeszła więc do mojej mamy razem z jakimś źrebakiem i zaczęła z nią o czymś rozmawiać. W pewnym momencie klacz coś powiedziała i popatrzyła na mnie. Wzrok mojej mamy powędrował za jej spojrzeniem i także skupił się na mojej osobie.
-Arrow, podejdź tutaj-powiedziała mama. Najszybciej i najlepiej jak mogłem podszedłem do mamy, klaczy i tego źrebaka.-Może chcesz poznać kolegę?-dodała moja rodzicielka. Spojrzałem niepewnie na młodego ogierka, maści cremello.
-J-jestem Arrow-powiedziałem po chwili.
-A ja Zee-odparł niepewnie ogierek. Poczułem się nieco lepiej z myślą, że widocznie nie tylko ja strasznie się tym wszystkim przejmuję.
-Może pójdziecie się razem pobawić?-zasugerowała klacz.
-Ja bym chciał!-zawołał Zee.
-Świetnie, Arrow na pewno też. Bardzo się nudził, bo jego siostry gdzieś się jak zwykle zapodziały-odparła z uśmiechem moja mama.-Zostawmy ich tutaj samych i chodźmy dalej porozmawiać-dodała. Mondream spojrzała na moją rodzicielkę dość niepewnie i z lekką obawą.-Spokojnie, nie odejdziemy nigdzie daleko, tylko kawałek. Cały czas będziemy ich widzieć-uspokoiła ją moja mama. Po chwili wahania klacz zgodziła się i obie kawałek odeszły.
-To jak? Pobawimy się w coś?-spytał Zee.
-Ehm...a ty chcesz się ze mną bawić?-zapytałem niepewnie.
-A dlaczego nie?
-No bo ja jestem...chory. Czasem mam problemy z chodzeniem i się przewracam. Kaleka ze mnie i zazwyczaj nikt nie ma ochoty spędzać ze mną czasu-odparłem ze smutkiem. Nie chciałem, żeby to zabrzmiało tak żałośnie, jak zabrzmiało, ale prawdą było, że bardzo się tym wszystkim przejmowałem.
<Zee?>
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika