Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mikado. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mikado. Pokaż wszystkie posty

2.01.2019

Od Mikada „Nurkując... w ciemności”


Powoli spacerując, pogrążony w żałobie, zerknąłem tępym wzrokiem na ogołocone z liści drzewa, pobłyskujący biały puch i nieliczne leniwie poruszające się chmury na niebie. Świat doskonale radził sobie bez tych zmarłych dusz i można śmiało powiedzieć, że szedł do przodu. Ja wciąż myśląc o ukochanej, czułem bolesne ukłucie w sercu, ale nie było już w tym wszystkim tyle rozpaczy i użalania się nad sobą-bardziej pustka, odrobina goryczy i obojętność na otaczające mnie piękno. Sam podczas rozmyślań o starym rozdziale w moim życiu byłem pokonywany ostrym bólem czy to w kończynach, czy w placach i skupiałem się już raczej na udręce w postaci nieprzyjemnego uczucia niżeli jakichś porzuconych myślach. Prawda była taka, że starość doszczętnie zżerała mnie od środka, nie pozostawiając w sercu miejsca na radość i zajmując je całe. Byłem całkowicie gotowy na śmierć i nawet już odrobinę na nią czekałem. Córce powoli nudziły się moje pouczenia i nie była w stanie znieść widoku mnie w takim stanie. Może nie zauważy? Moje ciało po prostu zaginie gdzieś w lesie, a ona spokojnie skupi się na swoich zadurzeniach, ogierach i pięknym darze przyjaźni. Niech bawi się życiem, ma jeszcze sporo czasu. A mi wciąż tak ciężko pojąć tę niesprawiedliwość losu- dlaczego jej teraz zostanie odebrany ostatni rodzic? Eh... Liczę, że sobie poradzi... beze mnie. To był jeden z tych dni, kiedy czułem mocno doskwierające bóle całego ciała. Ostatkami sił pobiegłem cwałem do lasu, czułem jakby właśnie, rozpuszczały mi się kości, a mięśnie paliły niemiłosiernie, nawet kiedy zatrzymałem się pośród tym razem dziwnie nieznajomych drzew. Usłyszałem w moich uszach przenikliwie, nieprzyjemne brzęczenie. Poczułem jak nogi... odmawiają mi posłuszeństwa, a ja padłem na zimny śnieg, który niczym miliony igiełek podrażniał moją skórę, przynajmniej takie miałem wrażenie. Wyciągnąłem się... Dźwięk stawał się coraz głośniejszy, aż w końcu stał się nie do wytrzymania. Właśnie w tym momencie ujrzałem przed sobą ciemny tunel z zimnymi, chropowatymi ścianami. Instynktownie, lecz nieufnie powoli przeszedłem przez niego. Po chwili wątpliwe podłoże, na którym znajdowały się moje kopyta, zapadło się, a ja niczym zawodowy nurek, zanurzyłem się w ciemności.
KONIEC

2.01.2019

Żegnamy Mikada i U'schię!

Postacie te umierają z niespotykanego w dzisiejszych czasach powodu - ze starości. Niechaj spoczywają w pokoju [*].

U'schia|15,5 roku|Klacz|Emerytka, Rada starszych|Brak|aisza

Mikado Kataxo|15,5 roku|Ogier|Emeryt|Brak|aisza

1.12.2018

Od Mikada do Khonkha „By zapełnić pustkę w sercu”

Brak Marabell. Pustka w sercu. Totalna dziura. Pozostała połowa mnie była tak nieporadna bez tej drugiej, o której powrocie nie odważyła się nawet marzyć w najskrytszych snach. Wszędzie wpajają jej, że ona zniknęła we wszechświecie i jej nie zobaczy. Przełykając ślinę, staram się żyć dalej dla tej piękności. Dziś, by odwrócić swą uwagę od ciągłego załamywania się, chciałem spróbować znowu czegoś innego na zajęcie jej. Aktywność fizyczna pomaga niestety tylko na chwilę. Mivana ostatnio też próbuje układać sobie życie, choć szczerze to dużo powiedziane, ale i tak radzi sobie w całej sytuacji o niebo lepiej ode mnie. A przecież powinienem stanowić dla niej autorytet i przykład. Nagle oświeciło mnie. Przecież Khonkh też znał Marabell. Ba! Był jej najlepszym przyjacielem. Udałem się więc w stronę, gdzie mógł się znajdować gniadosz. W końcu go znalazłem, choć przed tym wydarzeniem prawie straciłem wiarę w to, że on w ogóle żyje. Przypomniałem sobie ten dzień, gdy zgubiłem się, mając biec do Marabell. Za każdym razem jak o nim myślałem, ciarki przechodziły mi po plecach. Chcąc wybić sobie to zdarzenie z głowy, chociażby na chwilę podbiegłem do Khonkha.
-Witaj... -zaciąłem się, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że zaraz nie poruszę najprzyjemniejszych tematów.
-Witaj- arab odpowiedział mi, jakby nie widząc mojego zmieszania- Coś się stało?
-No parę lat temu tak-westchnąłem, starając się naprowadzić ogiera na sprawę, o której myślę, nie wyjaśniając tego wprost. Nie chciałem tego wyrzucić z siebie tak po prostu na przywitanie, jak z procy.
<Khonkh?>

17.11.2018

Od Mikada do Mivany „Ty... potrafisz”


Stałem właśnie samotny na boku, prawdę mówiąc uczucie osamotnienia było mi tak bliskie, że czułem, iż robi mi się niedobrze. To jakoś nie pasowało do mojego, niegdyś uśmiechniętego pyska i radości w sercu, że nastał nowy dzień. Coraz więcej siwych włosów przybywało na moim ciele, nie oszukujmy się- to wyraźny znak zbliżającej się wielkimi krokami także i mojej śmierci. Westchnąłem, błądząc wzrokiem po otoczeniu, licząc na jakąś chwilową ulgę w cierpieniu po śmierci mojej partnerki. Chociażby przyjemny sen o naszych wspomnieniach, po którym i tak jestem jeszcze bardziej przygnębiony. Zawiał cichy wiatr, jakby próbujący urozmaicić ten dzień, a co za tym idzie niekończące się upały, czyli mówiąc innymi słowami po prostu przynieść ze sobą trochę ochłody. Już miałem udać się na samotny spacer, a następnie jakąś rozmowę z dawnym, również starszym przyjacielem Marabell, gdy nagle nudzące moje oczy stepy przecięła je Mivana. Nasza rozmowa rozpoczęła się trochę niezręcznie, a córka miała widoczne na pierwszy rzut oka wyrzuty sumienia z jakiegoś powodu. Po paru wypowiedziach otrzymałem od niej pytanie, „Czy jest coś, czego potrzebujesz, a co mogłabym załatwić?”
- Zapewnić mi trochę tego dawnego ciepła, temu już starszemu ogierowi niegdyś młodemu, silnemu i ambitnemu kochankowi twojej matki- poprosiłem, po czym nie oszukując jej, że czuję się świetnie, dodałem- Daj mi szansę żyć, choć odrobinę tak dobrze, jak kiedyś.
- Ojcze, nie jestem pewna, czy to jest w ogóle możliwe- zająknęła się- Masz już swój wiek, większość członków twojej generacji odeszła już w zapomnienie. Jak mogłabym sprawić, by twoje życie choć trochę przypominało to z dawnych lat?
-Posiadasz w swoich żyłach krew Marabell, ona doskonale wiedziała co robić, sama jej obecność działała na wszystkich uspokajająco- odchrząknąłem z małą chrypką, może to nie była odpowiedź typowego ojca, ale ja przecież takim nie byłem. Ja byłem prostym samcem z łaską spotkania mojego anioła, który sprawił, że zacząłem czuć, iż coś znaczę w jego oczach. To już swego rodzaju osiągnięcie, zauroczyć niebiańską istotę.
-Ale nią nie jestem i nigdy nie będę. Moim zdaniem, jestem wręcz jej przeciwieństwem.
-Co nie znaczy, że ty nie potrafisz znaleźć na to przepisu- uśmiechnąłem się.
<Miv?>

10.08.2018

Od Mikada do Mivany „Odległe marzenie”


-Nie narzekaj- uśmiechnąłem się słabo i przełykając ślinę, usadowiłem się na soczystej, a zarazem zielonej trawie obok naszego cudu, dumnej Mivany Kataxo. Naszego, choć Mara wyzionęła ducha i odeszła w grono srebrzystych, połyskujących punkcików na niebie, zwanych gwiazdami. Uważam jednak, że ona cały czas strzeże nas od zła i ciemności świata oraz poprawia nam humor jak tylko może. Dalej posyła troskliwe spojrzenia owocowi naszej miłości, a mi swój promienny uśmiech. Przestałem wierzyć, że zamartwianie się coś da, jednakże nieuchronne, choć silnie powstrzymywane, by pokazać wyraz pyska znaczący mniej więcej: jest okej, słone łzy wkradają się z każdą myślą o tym wyjątkowym koniu, pierwszej arystokratce i miłości całego mojego życia. Zadrżałem. Znowu poczułem zapach rozkładającego się ciała mojej żony. Była jednocześnie tak blisko i tak daleko. Czułem jej obecność, lecz sama on była tak odległa. Nie mogłem jej przytulić, pocałować...
-Chciałabym wygrać Naadam. Pokazać, że jestem silna- odezwała się cicho, zapewne wypowiedź nie miała trafić do moich uszu. Mimo to jednak jej słowa odbijały się echem w mojej głowie. Klacz zagryzła zęby i odwróciła wzrok, po to by za chwilę jej spojrzenie wędrowało po horyzoncie.
-Uda ci się- wyszeptałem. W tej chwili przez moją nie przez mój umysł nie przepływały żadne myśli. Trochę to straszne.
<Miv?>

4.08.2018

Od Mikada do Mivany „Natura przyszła mnie pocieszyć”

- Byłem tam podczas pożaru. Poza tym medyk każe mi być cały czas pod jego opieką-odpowiedziałem cicho- Nie miałem okazji jeszcze zobaczyć Jej martwego ciała- dodałem. Mivana nic na to nie odpowiedziała, tylko ruszyła w kierunku, w którym leżała Marabell. Miałem gulę w gardle. Nagle zostawiła mnie bez słowa wyjaśnienia. Wiedziałem jednak, że to nastąpi. Poszedłem przed siebie, drżąc. Akurat w tym momencie przydałaby mi się moja córka. Doszedłbym tu sam, lecz... Moje rozmyślania przerwało, to co zastałem na miejscu. Widok mojego Zbawienia... Mizernej tali, która już nigdy w życiu się nie poruszy. Po moim pysku spłynęła łza. Życie jest gorzkie, ale mawiają, że przy tym sprawiedliwe. Tylko co ja takiego zrobiłem?
-Żegnaj najwspanialsza miłości mego życia, a także najlepsza matko pod słońcem- wyszeptałem, zauważając położoną przy niej chryzantemę, Jej ulubiony kwiat... Westchnąłem. Zapewne to pozostałość po wizycie naszej małej klaczki. No w sumie nie takiej małej. Ona wiedziała jaki prezent podarować Marze. Rozejrzałem się... Nikt się nigdzie nie czaił. Zawiał cichy wiatr. Przynajmniej on chce dotrzymać mi towarzystwa. Natura przyszła mnie pocieszyć. Czy to ma być wynagrodzenie za grzech świata, to znaczy zabranie klaczy, która zawsze powodowała, że na moim pysku zawitał uśmiech? Czy ono miało być takie małe? Zacząłem intensywnie wpatrywać w żuka przebywającego na trawie. Chciałem stąd uciec. Jak najszybciej.
<Miv?>

4.08.2018

Od Mikada do Mivany „Puste chwile” (+16)

Przełknąłem ślinę, uświadamiając sobie, że od tego momentu każda, choćby z pozoru najszczęśliwsza chwila będzie wypełniona pustką po mojej żonie i matce naszej córeczki. Wyjątkowej osoby, która potrafiła pogodzić mękę z powodu choroby z nieodłącznym elementem jej, Mary, czyli po prostu pięknym i dużym uśmiechem. Dużo starszych koni powiada, że rany się zrastają... Ja jednak panikuję, wiedząc, że zawsze z tyłu głowy znajdę tę myśl mówiącą „Była kiedyś z nami, dużo dla nas zrobiła. Teraz przepadła i nie spieszy jej się na powrót”. Westchnąłem. Życie zawsze było nieprzewidywalne. Niby byłem gotowy, że może mi ją odebrać w każdej chwili, lecz póki nie zachorowała, to było tak odległe i praktycznie niemożliwe. Podziwiam ją... Nigdy się o to nie martwiła, skacząc z radości z najmniejszego szczęścia. Nasza bezwzględna i silna więź została wystawiona na wiele prób i ze wszystkich wyszła bez szwanku. Tylko że ta, która dzieje się teraz przynosi najwięcej smutku... Gdy moje Zbawienie było w ciąży, myślałem, że gorszego momentu nie będzie, na parę miesięcy oddaliliśmy się od siebie po to, żeby potem zżyć się jeszcze mocniej. Mimo tego, że jest bardzo wybuchową kobyłą, na którą oddziaływało w tym czasie wiele hormonów, pogodziliśmy się. To było niezwykłe doświadczenie. Oddychać przy niej, czuwać nad nią i być jej oczkiem w głowie. Czuć razem z nią motylki w brzuchu, kiedy przybliżaliśmy się do swoich klatek piersiowych. Adrenalinę, ogromne zmęczenie, a także radość, kiedy wkładaliśmy wszystkie swoje starania w powstanie naszego cudu. Począwszy od skakania sobie po zadkach, po chodzenie po rady i do medyków. Później razem wychowaliśmy Mivanę na dorosłą klacz, która wie, czego chce i jest dumną przedstawicielką rodu Kataxo. W tym momencie świat stwierdził, że odbierze mi moją ciężko chorą miłość, na którą pracowałem prawie całe moje życie. Zbawienie, które umilało mi każdy smutny czas, za nią byłem gotowy przelać swoją krew. Los zostawił mnie z dojrzałą klaczą, będącą dowodem jak dużo pięknych lat już spędziłem z Marabell. W ogromnym uczuciu i szczęściu. Z każdą chwilą, kiedy znowu wydaje mi się, że jest jak dawniej, a potem okropna rzeczywistość przypomina o sobie i zadaje ogromny ból. Nie jestem w stanie ponieść go na własnych barkach, ale muszę się starać osiągnąć niemożliwe. Nikt mi w tym celu nie udzieli pomocy. Zmiany nastąpiły nawet w moim myśleniu. Nikt z wyjątkiem świętej pamięci gniadoszki, która ciągle przesiaduje mi w głowie, nie mógł zrozumieć mojego chaotycznego toku myślenia. Teraz wydawał się odrobinę doroślejszy. Za parę miesięcy nasza miłość będzie miała cztery lata... Nie chcę innej klaczy ani tym bardziej seksu z inną niż Mara. Ona była wyjątkowa i chcę ją uszanować. Mivana twierdzi, że dopuściła się do jej śmierci. Gubiąc się w zeznaniach, opowiada o drzewie, pożarze i najważniejszej postaci w tym wszystkim- naszej byłej arystokratki. Ciągle ucieka i zagłębia się w rozmyślania podobnie jak ja, a wszystkim jej działaniom przewodniczy poczucie winy. Chociaż z jakiegoś powodu ją rozumiem. Ja też już dawno zgubiłem się w tym wszystkim.
-Ojcze... - zrobiła pauzę, podchodząc do mnie- Chciałbyś zobaczyć moją matkę, a zarazem twoją żonę?- celowo nie użyła Jej imienia, jednakże powiedzenie tego sprawiło jej dużą trudnością. 
-Oczywiście- odpowiedziałem bez namysłu.
<Miva?>

4.08.2018

Od Mikada do Mivany „Prawda jest bolesna”


- Ja... Ja ją zabiłam, ojcze. Zabiłam!- wyszeptała, nie spoglądając na mnie, a po jej policzku spłynął potok łez. Czemu w najgorszych sytuacjach jest tyle ironii? To ja nie zdążyłem jej uratować. Rozumiałem jednak, że moja córka może czuć się w tej chwili za to odpowiedzialna. Zdążyłem dostrzec, że jej mięśnie się napinają i zaczyna uciekać. Po chwili ogarnęła mnie ciemność. Obudziło mnie dość jasne światło. Nade mną pochylał się medyk. Ten sam, który leczył moje zbawienie... Hadvegar.
-Co z Marabell?- zapytałem odruchowo. Zawsze, gdy otwierałem oczy, po tym, jak mdlałem, czekał na mnie jej uśmiechnięty pysk gotowy, by złożyć mi kolejny pocałunek.
-Dobrze wiesz- odchrząknął siwek- Pytanie, co z tobą. Gdzie ty się wpakowałeś, kolego?
-Do ognia. Dosłownie- odparłem, powoli wracając myślami do rzeczywistości. Za każdym razem, gdy będę się budził, ze smutkiem przypomnę sobie o tym, że Mary już nie ma wśród nas. Tragiczne, ale prawdziwe.
- To nie dobrze, że idziesz tą samą drogą co twoja żona. Wkrótce i ty możesz w ten sposób zginąć- spojrzał na mnie poważnym wzrokiem- Masz dziecko... Młoda ma przed sobą całe życie. Nie komplikuj jej go jeszcze bardziej- dodał, chyba chcąc zachęcić mnie do dbania o siebie. Mimo że już wcześniej zdawałem sobie świadomość, z tego, co właśnie wypowiedział, teraz było to dla mnie jakby realniejsze i bliższe, więc niczym potulny baranek zmieniłem temat na mój stan zdrowia.
-A jakim zdrowiem mogę się cieszyć ja?- zapytałem.
- Na razie słabym. Jesteś bardzo podatny na choroby- odpowiedział. W tej chwili do podeszła do nas Mivana.
-Mogę prosić mojego ojca na rozmowę w cztery oczy?
-Oczywiście- medyk pokiwał głową- Tylko nie zakorzeniajcie się tam. Mikado musi być pod stałą opieką lekarską.
<Miv? Możesz się zwierzyć>

2.08.2018

Od Mikada do Mivany „Nie wiem co mam o tym myśleć”


Obróciłem głowę i spojrzałem na wszystkich nerwowo. W tej chwili znienawidziłem praktycznie wszystkie konie. Chcą mi odebrać radość z życia. Pozwolić mi przejść obojętnie obok śmierci Zbawienia. Nie mogę się załamywać. Muszę działać... Zacisnąłem zęby, spiąłem mięśnie i ruszyłem w stronę odwrotną do kierunku stada. Tak szybko, jak mogłem. Płomienie lgnęły do mnie, jakby chciały specjalnie mnie uśmiercić i musiałem co jakiś czas odskakiwać z boku na bok. Cały czas czułem smród dymu, lecz pędziłem przed siebie. W końcu zmęczony opadłem na glebę. Kątem oka ujrzałem palące się ciało Marabell.
-Niee!- wrzasnąłem i po chwili zaczęło strasznie boleć mnie gardło. Podszedłem do partnerki. Nie wyglądała na taką, która jest wśród żywych — Żegnaj M-mara...- z trudem wypowiedziałem te słowa ochrypłym głosem. Łzy same pociekły mi po policzkach i spadły na jej bok. Jak ona mogła mnie zostawić? Chociaż zrobiła to dla dobra Miv... Zacisnąłem oczy, nie zważając na otaczający mnie ogień. Poczułem jego muskanie na swojej skórze, zrobiło mi się gorąco, jednakże dopiero po chwili otępienia poczułem silne pieczenie. Odwróciłem wzrok, żeby nie patrzeć na moją miłość. Cofnąłem się i wyszedłem płomieni, po czym zilustrowałem jeden z moich boków, był w tragicznym stanie. Żywioł przybliżył się do mnie. Muszę opiekować się Mivą i zadbać o to, żeby godnie reprezentowała nasz ród. Pobiegłem w stronę klanu, znowu dając z siebie wszystko i wylewając siódme poty. Udało mi się tam dotrzeć, jednak potem nie utrzymałem się na nogach i kolejny raz upadłem. Powoli zaczęła ogarniać mnie ciemność. Mivana podeszła do mnie i powiedziała cicho.
-Ojcze... ja przepraszam- wydusiła. Powinienem wyznać jej podobną kwestię za to, że widzi mnie w takim stanie jednak jedyne słowa, jakie udało mi się z siebie wydusić, brzmiały mniej więcej tak: „Nie wiem co mam o tym myśleć”.
<Miv? Mikado na szczęście nie umarł i na razie nie zamierza>

23.07.2018

Od Mikada do Marabell „Nie czas na płacz”


-Ja... nie wiem. Mara... ja wiesz sam, nie mogę się z tym pogodzić- wyszeptałem, a chwilę potem z moich oczu popłynęły pierwsze łzy, z czasem zmieniające się w szloch- Przepraszam... Nie radzę sobie z tym- ukryłem mój pysk w grzywie Marabell. Jak tak mogłem? Zamiast iść po Mivanę czy coś... ja wszystko splamiłem. Moje zbawienie podniosło swoją głową mój pysk i ucałowało mnie.
-Wiedziałeś, że w końcu- głos ugrzązł jej w gardle. Tak owszem! Tylko że ja się załamuje jak głupek. Zupełnie inaczej planowałem to spotkanie. Ruszyłem za naszą córeczką. Nie chciałem zostawiać partnerki, więc starałem się szybko ją dogonić. Rozejrzałem się. Mnóstwo krętych ścieżek, a małego szczęścia nigdzie nie było widać. Wiedziałem, że jeśli teraz wrócę do klaczy bez Mivany, zmartwię ją jeszcze bardziej, a gdybym miał szukać uciekinierki, Marabell mogłaby umrzeć samotnie. Od kiedy o tym się dowiedziałem, zacząłem patrzeć na życie z innej perspektywy. Chciałem namiętnie spędzać z nią czas i jej nie zostawiać. Popatrzyłem na drogi, a potem za siebie. Eh... zastanawiam się, zamiast działać. Bez namysłu ruszyłem przed siebie, pragnąc tylko uciec od zła tego świata. Dobrze zrobiłem, bo wczułem się w uciekającą na oślep córkę i chwilę potem ją ujrzałem.
-Miva...-zacząłem niepewnie.
-Tak?- odpowiedziała z ogromną złością, po czym wybuchnęła płaczem- Mara umrze, idź do niej, bo zrobi to samotnie. Ja nie chcę na to patrzeć- wydarła się, a po chwili dodała- Tatusiu poczekaj... Eh nie radzę sobie z tym!- z jej ust wydobyły się chaotyczne słowa. Huśtawka nastrojów owocu miłości mojej i jej matki nie zdziwiła mnie zbytnio. Sam miałem ochotę tak wyrzucić z siebie złe emocje, ale nie chciałem nikogo zranić. Życie jest ciężkie... Muszę wszystko robić najlepiej, a mi się to nie udaje. A inni z tego świata? Zaraz jednak skarciłem się za takie myśli.
-Chodź-powiedziałem do mojego szczęścia i ruszyłem takim galopem, żeby córka mogła mnie dogonić.
<Mara? Nie czas na śmierć>

20.07.2018

Od Mikada do Marabell „Ja... umrę”


-Fajne masz sposoby na czerpanie z życia jak największej ilości rzeczy- uśmiechnąłem się ciepło i spojrzałem prosto w oczy klaczy. Zawiał cichy, melodyjny wiatr, który dał nam cudowny nastrój. Staliśmy, wpatrując się w siebie z nieskrywaną miłością. Marabell złożyła mi czuły pocałunek. Przeniosłem się jakby na inną planetę. I jak ja bez niej wytrzymam.
-Wiem- odezwała się i wyszczerzyła zęby. Tak pięknie wyglądała na tle zachodzącego słońca. To mój anioł nie oddam go... Pewnie śmierć mi go wyrwie. Ciągle wałkuję ten sam problem... Mara... Brakuje mi guzika do braku zamartwiania się. Klucza...
- Wiesz co? Chciałbym dzisiaj jeszcze... zadowolić tobą na wszystkie sposoby. -Chodźmy do naszej córci, potem jej powiemy- przełknąłem ślinę.
-Dobrze- odpowiedziała chrapliwie, a ja na to spojrzałem na nią oczami pełnymi strachu. Przeszły po mnie dreszcze. Bałem się jej ślepi bez wyrazu, bałem się jej głosu, bałem się, że umrze... Zawsze wiedziałem, że to kiedyś nadejdzie. Tylko dlaczego już teraz? Uśmiechnąłem się do niej serdecznie. To nie zmieni faktu, że dalej będę ją kochał.
-'Oj, dlaczego ty mi to robisz, oj dlaczego'- pomyślałem.
Powoli dotarliśmy do naszej pociechy.
-Cześć Mivana- powiedziałem ciepło.
-Witaj tato- mruknęła cicho i podobnie przywitała się z matką.
- Ja... -zaczęła Marabell, trzęsąc się. Do jej oczu powoli wkradały się łzy- Umrę.
<Mara? Jak zareaguje Miva? >

18.07.2018

Od Mikada do Marabell „To mi pozostaje”


- Obiecaj mi coś. Zaopiekuj się naszą córką, aby żyła szczęśliwie. Nie chcę zniszczyć jej życia. Ona zasługuje na dobre zakończenie. Zobaczysz, będzie jeszcze wielką klaczą. A ty, masz mi opowiedzieć o wnukach, rozumiesz?- odparła z rozpaczą.
-'Nie zostawiaj mnie samego'- wykrzyczałem w duchu - 'Jeśli umrzesz teraz, przyrzekam, że ja też się zabiję'.
-Dobrze- odpowiedziałem cicho, gdyż nic innego nie przeszło mi na myśl. Nagle Mara opadła na moje ramię, przymykając oczy. W panice podbiegnąłem do jej zadu i zacząłem ją pchać. Kiedy już miałem iść do jej łba ześlizgnęła się ze zbocza. Niewiele myśląc, zrobiłem to samo. Na drodze napotkałem Hadvegara i poprosiłem go o pomoc w transporcie klaczy do jaskini. Gdy dotarliśmy, zdyszani ułożyliśmy ją na łożysku.
-Hadvegar, wszystko będzie dobrze?
-Nie wiem, dopiero będę ją badać- odpowiedział, na co ja wybuchnąłem płaczem.
Ogier pochylił się nad łbem mojej partnerki, chwilę się prokręcił, po czym stwierdził.
-Spokojnie, obudzisz ją. Tylko śpi...
-Naprawdę?- rzuciłem mu się na szyję.
-Tak, a teraz zostaw ją w spokoju- uśmiechnął się.
-Dobrze- powiedziałem, opuszczając jaskinię. Byłem zawiedziony, że nie mogę przy niej być. No cóż... Ona potrzebuje odpoczynku... Hmmm, ale czy wierzę w jego słowa? Postanawiam to zrobić, i tak już nic lepszego nie wymyślę.
<Mara?>

17.07.2018

Od Mikada do Marabell „Kocham cię...”


-Wzięło cię za wspominki... Tak, pamiętam. To było tak dawno, a mam wrażenie, jakby to było wczoraj- rzekłem cicho, intensywnie wpatrując się w piękny widok, który raczył nas swoim urokiem dookoła góry. Przysunąłem moje wargi, do warg partnerki i zatopiliśmy się w czułym pocałunku. Po chwili oderwaliśmy się i z rozkoszą rozpoczęliśmy drugi. Nagle klacz odezwała się, udając zdenerwowaną.
-No nie przesadzaj. Nie jestem aż tak stara- roześmiała się.
-Ale ty ani trochę się nie zmieniłaś -ucałowałem ją w czoło. Siedzieliśmy w ciszy i spoglądaliśmy raz na krajobraz, raz na siebie samych. Wiatr zaczął się bawić naszymi grzywami, trawą, krzewami oraz koronami drzew.
- Całego świata nie zwojujesz, ale swoją obecnością ucieszysz przynajmniej jednego ogiera — uśmiechnąłem się. Popatrzyłem w jej oczy. Piękniejsze niż zazwyczaj... Zacząłem lizać ją po szyi z nieukrywanym zadowoleniem.
-Kocham cię -szepnąłem, po czym przerywając czynność, położyłem się obok klaczy.
-Ja ciebie też- odpowiedziała, tym samym sprawiając, że miałem niezwykle miły nastrój.
-Wierzę, że uda ci się w swoim życiu pokonać te wszystkie góry- popatrzyłem, na rozciągające się za nami pasma górskie.
- Jednak ty jesteś tym marzycielem... A w sumie czemu by nie?-odpowiedziała.
<Przepraszam, że takie krótkie>

15.07.2018

Od Mikada do Marabell „Szykuj się Mikado”

-Mikado, szykuj się na wędrówkę- usłyszałem pewny i zadowolony głos klaczy. Przeszły po mnie dreszcze. Perspektywa chwilowego wypadu sam na sam z ukochaną zesłaną mi przez los dla mnie też brzmiała cudownie. Tylko że... Marabell ma umrzeć i opuścić nas. Wtedy już nigdy nie będę się czuł jak teraz, kiedy dane mi jest stąpać obok tego anioła. Zostawi mnie z naszą biedną córeczką. Jakim cudem ja to przyjmę do świadomości i zdarzę się z tym oswoić? A jakim Mivana... nasza mała klaczka. Jak widać śmierć, jest taką wariatką jak ja wariatem. Parsknąłem cicho na znak zgody ze słowami partnerki. Nic innego nie mogłem uczynić.
- 'Czy ja się nie pcham do piachu? Zamiast cieszyć się życiem małżonki, będę się martwił czy nie umrze w najmniej oczekiwanym momencie... Na spotkania z damami należy przychodzić pierwszym. Śmierć to też dama'- te myśli przejęły cały mój umysł i ogarnęły mnie strasznym niepokojem. Partnerka, widząc moją minę, uśmiechnęła się znowu pokrzepiający uśmiech. Mój niewidzący wzrok skierował się na ziemię i zacząłem kopytem kreślić w piachu małe kółka.
-'Ciekawe czy rozumie, chociaż co ja przeżywam?'- pomyślałem z żałością i westchnąłem.
-Więc gdzie chcesz wyprowadzić mnie o to prostego ogiera?- spytałem z uśmiechem i wstąpiła we mnie nowa energia.
-Jeszcze zobaczysz- rzekła z nutką tajemniczości, a potem z cichym śmiechem dodała- Chciałeś tak zostawić naszą Mivankę na pastwę losu?
-Szczerze to o niej zapomniałem... Wytwór twojego brzucha mnie nie onieśmielił wystarczająco- wybuchnąłem śmiechem.
-Wiesz ty co...- zaczęła.
<Marabell?>

7.06.2018

Od Mikada do Marabell „Moje zbawienie”

-Zdecydowanie za wcześnie wyruszyłaś w świat. Odpocznij, kochani i zdrowiej nam. Mivana na pewno się martwi, ale jeszcze poczeka. W końcu jest już dużą dziewczynką i powinna niektóre sprawy już rozumieć — wyszeptałem, pochylając się jeszcze bardziej nad Marabell i zatopiłem się w czuły, a zarazem namiętny pocałunek. Od chwili, gdy spróbowaliśmy tego pierwszy raz, nic się nie zmieniło. Dalej doznawałem wielkiej rozkoszy i gdy... byłem smutny- pocieszał mnie, gdy traciłem nadzieję- odbudowywał ją, a gdy myślałem, że już wszystko skończone nadawał sens życia. To znaczy nawet nie czułość wykonywana codziennie przez miliony par, mi pomagała. Lekarstwo na troski tkwi w klaczy. Tej jedynej klaczy... Wyjątkowej, najlepszej, najdoskonalszej, najbardziej oryginalnej.
-Naprawdę tak myślisz?- jej oczy zaszkliły się łzami.
-Naprawdę- popatrzyłem na nią z niemałą powagą- Wszyscy cię kochamy. A co do wilka. Nie zapomniałem o nim, choć ciężko mi było się oderwać od ciebie. Przekonałem jakoś medyków, że to dobra dusza i potrzebuje ratunku. Ulżyli mu, ale na szczęście to oznacza, że jest tu z nami i trzyma się dobrze. Wykryli tylko lekkie przemęczenie.
-Przekaż im serdeczne podziękowania, a teraz wybacz- powiedziała i przekręcała się na boki, próbując zapaść w blogi sen.
-Pa kochanie- przesłałem jej buziaka i już miałem wychodzić, gdy coś kazało mi się obrócić. Ujrzałem serdeczny uśmiech mojej partnerki. Mojego zbawienia...
<Mara? Zdrowiej nam, zdrowiej>

3.06.2018

Od Mikada do Marabell „Jesteś tego warta!”


Z moich oczu pociekły gorzkie łzy. Zgubiłem się w zwykłej gęstwinie drzew. Jaki ze mnie głupek. Ahh... takie przemyślenia nic nie dają. Trzeba się jakoś uwolnić z tej sytuacji z pozoru bez wyjścia. Im dłużej się gubiłem, tym więcej płomyków wonnej nadziei we mnie gasło. A pojawiało się coraz więcej bólu i ukłuć w moim już wystarczająco zranionym sercu. Cały czas gnałem ślepo pod wodzą miłości. Postanowiłem się trochę bardziej skupić, co było dość trudne, ale udało się, cudownie!. Trochę drogi i znalazłem się na terenie stada. Miałem ochotę szaleć z radości, lecz przypomniałem sobie o swoich przyjaciołach. Puściłem się biegiem w stronę postoju stada, do którego szliśmy. Po drodze jednak napotkałem nasz klan na postoju. Nick właśnie kombinował coś przy Marabell. Gdy dotarłem do nich na taką odległość, że dało się słyszeć głosy.
-Nie daję jej wielkich szans- powiedział Nick cicho.
Teraz wtargnąłem na główny plan.
-Marabell- szepnąłem i kolejny raz dzisiaj z moich oczu poleciały łzy- Jesteś warta tego, by żyć! Rozumiesz? Jesteś tego warta!
Mivana podbiegła do mnie ze strachem w oczach.
-Tatusiu?
-Będzie dobrze- starałem się nie obiecywać gruszek na wierzbie, ale nie miałem innego sposobu na uspokojenie maleństwa. Jednocześnie chciałem w to wierzyć.
<Mara? Pamiętaj o  drugim przyjacielu Mikada>

24.05.2018

Od Mikada do Marabell "Kochanie!"

Marabell spadła ciężko na ziemię. Już te piekielne zwierzaki miały się dobierać do jej mięsa, lecz ja z całej siły je kopnąłem. Po ciele przeszły mi dreszcze. Dobrze, ze Mivana, na razie nic nie zauważyła. Zawsze to ja mdlałem, a teraz czuję jak to, jest, kiedy zrobi to...moja partnerka. Moja miłość... Moje ukojenie. Moja kochana Mara. Jej krzyk był pełen rozpaczy i strachu. Już nie zważając na to, że to były niezbyt pochlebne słowa. Nie za bardzo zrozumiałem ich przesłanie, lecz wiedziałem, że czegoś to się musi tyczyć. Czegoś, co robię źle. Może to, że nie trzymam się źrebięcia. Wzięła mnie presja. Jak mam bronić moje dwie dzielne dziewczynki na raz?
-Miva sobie poradzi, jest ze stadem- starałem się uspokoić samego siebie w myślach. Chwilę potem usłyszałem jednak głośny wrzask, a potem niepohamowany płacz mojej córki.
-Tatusiu!
Teraz jednak przed oczami przemknął mi znany kształt. Moje wilczysko. Przyjaciel i obrońca. Zwierzę mruknęło do mnie porozumiewawczo i rzuciło się ślepo na wrogów. Chwilę potem walczyliśmy  razem,  ale gdy został ostatni wilk, mój przyjaciel opadł na ziemię. W dodatku ten ostatni był tak zaciekły, że nie mogłem  nawet go szybko zmieść z powierzchni ziemi i  zesłać medyka, bo by zjadł moich bliskich. W końcu, gdy go pokonałem, byłem wycieńczony, stado było daleko, a nie chciałem zostawiać dwóch bliskich mi zwierząt. Nie wiedziałem co robić, nikt się nie zjawił, nikt nie dopomógł. Takie życie. Wreszcie zaryzykowałem i poleciałem po lekarza. Moja orientacja w lesie zazwyczaj była dobra, ale teraz w amoku plątały mi się ścieżki. Zgubiłem się.
-Czy jest tu kto? - wrzasnąłem.
Cisza.
<Mara? To Mik namotał>

19.05.2018

Od Mikada do Marabell „Wszyscy ciekawi”


Moja piękna córka wpatrywała się we mnie swoimi pięknymi, dużymi oczętami podobnymi do Marabell.
-Cześć malutka — szepnąłem uspokajająco. Partnerka uśmiechnęła się do mnie, a zarazem do źrebięcia. Odwzajemniłem ten jakże czuły i miły gest. Powoli dochodziliśmy do stada. Powitały nas lekko zdziwione twarze, przecież dalej myśleli, że się kłócimy po tak długiej przerwie albo że zerwaliśmy ze sobą kontakt, a tu proszę. I w dodatku jeszcze to źrebię. Pierwsi do nas zbliżyli się Kirk i Valentia z córkami.
-Odpowiedzialna decyzja -mruknął ogier.
-Gratulujemy- dodała klacz szeptem.
Troszkę mnie bawiło ich podejście. Akurat oni nie wiedzieli, że mamy dziecko. Równie dobrze mógłby to być jakiś źrebak, który za nami przyszedł, bo go bolała noga i zabraliśmy go do medyka. Jednak zachowując pełen fason, odpowiedziałem chórem z Marabell.
-Dziękujemy.
Khokh zbliżył się do nas, obserwując uważnie malutką, brązową klaczkę.
-Czyli to wasze źrebię?-zapytał.
-Tak...-odpowiedziałem pewnie.
-Brawo. Wszyscy już myśleli, że się pozabijacie.
-A widzisz, jednak tak się nie stało- rzekłem obruszony. Khokh i takie zachowanie? A jednak... Mara też wyglądała na niemniej zdegustowaną. Nie dziwię jej się. Wymieniliśmy porozumiewawcze spojrzenia. Za to on był dość zdziwiony. W sumie jak nie widzi tej obrazy, to, jaki ma być? Odkrząknąłem i zacząłem mówić, co mi ślina przyniosła na język, żeby tylko przerwać tę nieszczęsną ciszę.
-Postanowiliśmy spróbować się więcej nie kłócić. Na razie bardzo dobrze nam idzie, więc nie wiem skąd te obawy stada. Ekem wszystkich.
Minęło nas jeszcze paru ciekawych, którzy wypytywali o imię naszej pociechy, czy chcieli się radzić w kryzysach małżeńskich. Wreszcie oddaliliśmy się i odetchnęliśmy z ulgą. Po tych wszystkich przeżyciach przyda nam się kojąca cisza. Ehh...zapomniałem o córce, która ciągle o coś wypytywała. Cóż Miva to Miva. Ona nam nie przeszkadzała. W końcu była naszym wspaniałym bachorem.
<Mara? Mikado pojechał po Khokhu XD>

12.05.2018

Od Mikada do Marabell "Dziękuję ci"

Obolały przewracałem się na boki, próbując zasnąć, chociaż rano. W końcu zmęczonym wzrokiem przeczesałem okolicę. Na razie nie widać, by coś miało mi zagrażać, a gdyby coś się na mnie rzuciło po tylu nieprzespanych nocach, nie miałbym szans. Byłem bardzo strapiony i tyle. Nawet przez moją głowę nie przechodziły żadne myśli, bo jakie? Poszedłem przed siebie po grząskich kamieniach, nie mając nawet jakiegoś określonego celu tej wędrówki. Wiedziałem tylko, że kocham Marę, a reszta sama sobie płynęła własnym życiem. Trzeba spróbować zrobić pierwszy krok, jak tylko nadarzy się okazja, albo czekać i czekać aż klacz się w końcu ogarnie i będzie, dało się z nią jakoś normalnie porozmawiać i nawzajem przyjąć pokój, pogodzić się i przeprosić. Zacząłem dusić łzy, lecz gdy mrugnąłem, mała kropla słonej wody wydostała się z oka na wolność i delikatnie spływała w stronę nielicznych kwiatów. Nie licznych jak powody, dla których miałbym się cieszyć i skakać z radości. Np.dlatego, że moje kobietki żyją... a może jednak nie. W sumie nie wiedziałem nawet co się z nimi w chwili co się z nimi dzieje, a powinienem teraz przy nich być. A w sumie wolałbym taką wersję, ale bez kłótni. Nagle moją drogę przeciął wilk. Był masywnej budowy, a jego piękna szara sierść błyszczała w promieniach złocistej tarczy słońca. Miał długie nogi (jak na swój gatunek) zakończone tysiącem "sztyletów".
-Taki partner byłby lepszy dla Mary niż ja, stary wyrzutek- powoli popadałem w niemałe stany depresyjne, choć i tak w mojej głowie była głęboko zakorzeniona wiadomość, że nie przeżyję. Więc po co tak myśleć, skoro i tak zaraz zapanuje radość na świecie, a ja będę gnił wśród gleby? To nie ma najmniejszego sensu..., ale czy wszystko musi być logiczne? Drapieżnik obnażył dwa rzędy białych zębisk. Gdy kiedyś żyłem u ludzi, robili to, gdy się cieszyli, w formie uśmiechu. To jednak nie był przyjazny sygnał i na pewno nie oznaczał uśmiechu, ale w nim wyczuwałem pewien strach zwierzęcia, to dobrze dla mnie. Chwilę potem okazało się, że wilk nie ma złych zamiarów (przynajmniej tak mówił). Pewnie miał już jakieś niezbyt przyjemne doświadczenia z końmi. Wolałem jednak trzymać się na baczności i obserwowałem wilka*, jednak po jego ruchach okazało się, że nie jest fałszywy**. To znaczy, niby trochę chcę się powiesić, albo po prostu umrzeć, ale doszedłem do wniosku, że moje całe życie to pełnienie służby przy Marze, choćby najmniejszej.
-A jak ją będę źle pełnił- pomyślałem -Mogę zniszczyć Jej życie. Hmm, ale jak się zabiję młody lub młoda, nie będzie miał/a okazji mnie poznać. Choć w sumie, po co poznawać złego ojca? Z przemyśleń jednak wyrwał mnie zwierz. Zapomniałem dodać, że był głodny, ponieważ był sam i miał poważną kontuzję nogi i polowanie szło mu...powiedzmy sobie szczerze -nie najlepiej. A teraz tak sobie spacerując, natrafiliśmy na padlinę. Powiedział, że gdyby nie ja poddałby się i przestałby szukać pożywienia, polować. Skonsumował trochę mięsa, po czym polizał się swoim wielkim jęzorem po pysku i zabrał się za zakopywanie. Grudki ziemi leciały w większości na mnie. Cóż, mówi się trudno. Postanowiliśmy się jeszcze trochę przejść. Niedługo potem ukazała się nam polana. Można było z łatwością dojrzeć na niej znany kszałt — Marabell. Przedstawiłem mu ją, powiedziałem, że jesteśmy parą, ale nie pisnąłem ani słowa o sprzeczce. W jej kierunku biegł jeden z wilków przymierzający się do ataku. Mój towarzysz podszedł do niego, powiedział mu to i owo, a gdy wróg chciał rzucić się ponownie na klacz, wilk zrobił mi miejsce i zacząłem walczyć z intruzem, pomimo wycieczenia. Po pary zręcznych ruchach padł na ziemię, a ja podziękowałem mojemu towarzyszowi, on na to szczeknął na pożegnanie, musiał już wracać do swoich spraw.  Ja cały oblany potem i zmęczony na  nad amen* udałem się w stronę klaczy.
-Dziękuję ci- odpowiedziała, a między nami zapanowała niezręczna cisza.

*Zwierzęta porozumiewają się za pomocą gestów, ruchów, a nawet energii. Jednakże tu nasuwa się pewna ironia, gdyż Mikado pisze, że chwilę jeszcze mu się przyglądał tak, jakby nie mógł tego w pierwszej chwili dojrzeć (wilkom i nie tylko im trudno jest zatuszować kłamstwo, jest to prawie fizycznie niemożliwe), jednakże ogier woli się upewnić (jak to on) i jeszcze chwilę się niego pogapić, a zły plan wilkowi może przecież przyjść wilkowi do głowy w każdej chwili. A w sumie, co już pewnie wywnioskowałeś z teksu, że o ile człowiek nie pogada z małpą, to koń już tak. Dlaczego, więc z tego punktu widzenia piszemy w opkach, że nasze konie kłamią i im się udaje? Do głowy przychodzi mi jedno rozwiązanie, okłamywani nie chcą widzieć fałszywości, bo są naiwni (chociażby momentami).
**-Oj Mikado po prostu stwierdził to po jego obserwacji. To tłumaczenie jest po to, by ktoś po przeczytaniu wcześniejszego stwierdzi. "A ten wilk mógł wpaść na pomysł w każdej chwili". Mógłby..., ale Mik kątem oka cały czas trochę się na niego gapił i stwierdził, że NA RAZIE jest bezpieczny, w sensie w tej chwili.
*Nad wieki, nigdy nie był tak zmęczony
<Mara? Ciekawe co wymyślisz>

9.05.2018

Od Mikada do Marabell „Zbliżenie do piekła, a zarazem nieba”

Z każdym dniem, z każdą nieprzespaną nocą, docierało do mnie, że po prostu... Nie wytrzymam już ani dłużej bez tej mojej drugiej połówki, tego słońca każdego dnia. Jednak nie chciałem narażać jej ani siebie, gdyż mógłbym po prostu wyjść z siebie i znacznie pogorszyć sytuację. Właśnie takie myśli krążyły mi po głowie tej nocy. Jęknąłem. Wstałem chwiejnie na nogi i uciekłem z jaskini. Chciałem poczuć ten wiatr w grzywie i choć na chwilę oderwać się od rzeczywistości. Miłość jest niepojęta. Takie kawały potrafi stroić. Oczywiście śmieszne tylko dla niej. Nagle zacząłem wyobrażać sobie wszystko z perspektywy Mary. Eh... Upadłem na trawę i zapłakałem się z bezsilności. Cóż mogła myśleć klacz w ciąży po takiej sytuacji? Chyba tylko dość przykre rzeczy... Zacząłem płakać. Moje jęki było słychać chyba na całej polanie i w pobliskim lesie. Nagle z lasu wyłoniła się majestatyczna sylwetka wierzchowca, na oko płci żeńskiej. Dziwnie znajoma. Uczucie déjà vu nasilało się, a strach pulsował w moich skroniach. Któż to mógł być. Cofnąłem się, ale po chwili ciekawość zwyciężyła nad lękiem. Zrobiłem niepewnie kilkanaście kroków w przód. To była Mara... Moja ukochana. Chciałem rzucić Jej się w ramiona, czułem, jakbym wygrał życie, jednakże szybko powstrzymała mnie wypowiedź partnerki.
-Co tu robisz zdrajco?! Czyż nie mało już mnie skrzywdziłeś?
<Mara?>
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika