Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mint. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mint. Pokaż wszystkie posty

8.11.2019

Od Mint do Shiregta „Dzika róża” - Event jesienny

Ze swojego umysłu na koniec języka wrzuciłam dowolne słowa pałętające mi się po głowie, zatrzymując spojrzenie na znacznie wychudzonej sylwetce ogiera. Opuściłam powieki, pragnąc zebrać myśli w chwili nieco niezręcznej oraz pełnej napięcia ciszy, żeby móc podjąć dobre działania do jej przerwania. Przerażało mnie to, że nie potrafiłam wykrztusić z siebie słowa otuchy, ostatniej marnej kropli nadziei w morzu pesymistycznych diagnoz. To prawie jakbym w tym momencie próbowała oszukać siebie i jego. Nawet nie wiem, ile tak naprawdę zostało mu czasu... na pożegnanie się. Shiregt obdarzył mnie beznamiętnym spojrzeniem, postanawiając szybko się oddalić. Otworzyłam pysk, jednak równie szybko pozwoliłam mu się zamknąć. Miał prawo chcieć od świata odrobiny czasu na ochłonięcie. Pokręciłam głową i ruszyłam przed siebie, bezlitośnie miażdżąc resztki napotkanych liści i czując się, jakbym spacerowała po kościach łamanych pod naporem mych kopyt. Jesień spokojnie królowała, nadając światu kolejnych barw, blaknących z czasem. Z drzew spadały uschnięte resztki życia, które kończyły jako pokarm dla rośliny, a dzięki temu miały wiosną narodzić się kolejne liście. Bezlitosny krąg życia.
-Hej...- usłyszałam za sobą szept, ledwo zarejestrowany przez mój umysł- Masz może chwilę?-czyjeś słowa mieszały się z wiatrem. W pierwszym odruchu zastygłam w bezruchu, drżąc niczym jeden z tych jesiennych liści. Opuściłam powieki, tonąc w ogromie swoich myśli. Jesteś szalona i niedorzeczna, Mint. Nikt przecież nie zaczepia bezbronnych klaczy bez wyraźnego powodu, ... prawda? A ... jeśli ma powód? - Hej? - głos ponownie się odezwał. Otworzyłam oczy, pozbywając się resztek złudzeń. Przed moim obliczem stało ucieleśnienie wdzięku i gracji. Pysk tajemniczej osobowości zdobiły liczne żyły, a także blizny świadczące o paru nieprzyjemnych przygodach. Posiadał tęczówki w kolorze dojrzałych orzechów, a jego wzrok przeszywał każdy punkt mojego ciała, emanując pewnością siebie. Czoło jego zakrywała hebanowa grzywa ciągnąca się prawie do kłębu, ciało natomiast pokrywały liczne mięśnie. Wszystko to podkreślała jego czekoladowa sierść. Wydaje się ogromnym kontrastem do marnej obecnie sylwetki Shiregta.
-Um...- zająknęłam się, a wszystkie znane mi słowa nagle zniknęły z mojego słownika. Napaść?
-Wyręczę cię- odpowiedział na moje zdezorientowanie tonem nieznoszącym sprzeciwu. W duchu zastanawiałam się, kiedy będzie idealny moment na ucieczkę- Daj Shiregtowi szansę. On Cię kocha, ale nie może tego okazać, ponieważ grozi mu śmierć z kopyt Mivany. On naprawdę chce, żebyś była szczęśliwa, uwierz mi.
-Nie wydaje mi się, żeby tak zachowywała się osoba, która kogoś kocha. Kim jesteś, żeby wtrącać się w naszą relację?- trochę wytrącona z rytmu zmierzyłam go wzrokiem, zachowując przy tym spory dystans od rozmówcy. Cóż, nie tak sobie wyobrażałam naszą rozmowę.
-Sobą- posłał mi szarmancki uśmiech, najwyraźniej będąc dumny ze swej krótkiej wypowiedzi. Prychnęłam, przewracając oczyma.
-Jeśli szukałeś psychologa, to dobrze trafiłeś- mruknęłam, a moje kąciki warg mimowolnie się uniosły. Pomaganie to moja specjalność. Pomaganie w zepsuciu żywota również.
-Mint... Ja wiem, że to takie niewiarygodne i ciężko jest w to uwierzyć, ale... oh, to prawda...-towarzysz skierował swój wzrok ku ziemi, a ja byłam skłoniona do większej refleksji. Był taki nieporadny, ale to paradoksalnie nadawało jego słowom większej mocy rażenia i realizmu. Nie mówił formułkami z księżyca, jedynie rozpaczliwie błagał. Być może ten format był jakąś formą manipulacji, ale nawet z tą świadomością był bardzo przekonujący co do kwestii ulitowania się nad nim.
-Skąd znasz moje imię?- chwyciłam pierwszy lepszy wątek, który nie wymagał ode mnie głębszych przemyśleń. A może tylko pozornie nie wymagał...
-Nie sądziłem, że tak późno zadasz to pytanie. Cóż, Shiregt dużo mi o tobie opowiadał- westchnął, jakby tonąc w swoich własnych wspomnieniach. Otaksowałam go pytającym spojrzeniem- Nie musisz tego przecież wiedzieć- parsknął rozgoryczony i oddalił się na odległość paru kroków- Przepraszam, później dokończymy rozmowę, droga damo. Muszę się zbierać. Pamiętaj, o czym ci powiedziałem — chwilę później w biegu zniknął mi z pola widzenia, pozostawiając w moim umyśle setki pytań.
***************************Po gwałcie********************************************
-Witam, widzę, że się pogodziliście- usłyszałam kroki, a zaraz po nich głos, który z jakiegoś powodu wstyd było mi kojarzyć. Tajemniczy przyjaciel Shiregta. Spojrzałam pustym wzrokiem w przestrzeń, krzepiąc się uczuciem ciepła płynącym ze stojącej obok mnie latorośli- Chyba że już wcześniej ukrywaliście to złotko- mimo iż nie widziałam pyska rozmówcy, zakładałam, że na jego pysku wykwitł szarmancki uśmiech.
-Nie powinieneś tak mówić do... zranionej klaczy- odpowiedziałam mu sucho, niemalże beznamiętnie.
-Shiii, przegiąłeś- uniósł łeb ku niebu- Ja wiem, że nie możesz się oprzeć, ale żeby tak od razu z penisem?- pokręcił głową, wyraźnie rozbawiony sytuacją. Wszystkie moje mięśnie zaczęły odmawiać posłuszeństwa, a ja czując napięcie rosnące w powietrzu, odwróciłam się. Zaczęłam odchodzić w nieznanym sobie kierunku. 1, 2, 3, 4, 5, 6 kroków. Jeden krok za mało, by uciec od kpiącego spojrzenia gniadosza. Prześwietlał moje ciało, zabijając kolejne komórki, aż zaczęłam się trudzić, by wziąć oddech. Nie chcę płakać córeczko. Nie, naprawdę nie chcę. Nie chcę, żebyś przeze mnie cierpiała. Za moimi oczami mieszkał Tango i kiedy je zamykałam, pokazywał się w pełnej okazałości. Czasem jednak w morzu wspomnień przestawał czekać na noc i powodował cierpienie, jakiego nigdy wcześniej nie byłam sobie w stanie wyobrazić. Obrzydzenie do własnego ciała i samej siebie. Zanik resztek egoizmu. Chodziłam niczym psująca się zabawka, praktycznie bezcelowo.
-Co się tu dzieje?-dobrze znany głos, niegdyś zapalający ciepło w centrum mojego organizmu dostatecznie mnie rozbudził i wyrwał z przemyśleń. Tak naprawdę nie wiedziałam, co się dzieje. Oh, ile oddałabym, żeby zrozumieć, choć część z otaczającej mnie rzeczywistości. Skierowałam spojrzenie w kierunku małej klaczki. Kruchej niczym wysuszony kwiat. Zagubionej w gąszczu kłamstw i pomówień. Młodej, dzikiej róży. Odłamka świata. Róża posiada kolce, ale także i piękne płatki. 
<Shi? Oddaję pałeczkę>

18.10.2019

Od Mint do Shiregta "Facet to świnia"

Poczułam jak moje części ciała posklejane na szybko, rozlatują się ponownie, roznosząc po całym organizmie nieprzyjemny dreszcz myśli o agonii. Ścięgna zaczęły się kruszyć, tym samym sprawiając, iż ledwo uniknęłam spotkania z matką ziemią troskliwą, bo jako jedyna chce mnie złapać i przywrócić stan mojego ducha do przynajmniej dobrego.  Przeszył mnie prąd, który nie oszczędzał żadnego z moich organów, wprowadzając ich resztki w taniec trupów niespokojne drganie. Niczym setki igieł dotknęła mnie myśl, iż brzydzę się jego osobą  w obecnym stanie. Z mojej skóry parowała nienawiść do połączenia arystokrackiej laleczki z żołnierzem, któremu zakręciło się w głowie od wirowania z nią w pozytywce.  Zdałam sobie sprawę, że moja wypowiedź została zinterpretowana zupełnie inaczej niż brzmiał jej przekaz w tym jednym prostym słowie. Tak dawno nie słyszał żadnego słowa z moich zbolałych warg, że teraz jego umysł ma trud w ich rozszyfrowaniu.
-Wiesz...- słysząc, iż dalej mogę mówić, dostałam czegoś w rodzaju nadzwyczajnej ulgi zmieszanej z resztkami pewności siebie. On nie przebierał w słowach, więc nie mam obowiązku tego czynić. Nie zauważył nawet zapowiedzi cierni, które mógł roztoczyć między nami- - Nie jestem twoim źrebięciem. Nie jestem dzieckiem, nie mam tylu promyków nadziei do liczenia.  Jeśli uciekam to nie, żeby ocalić bańkę  utkaną z mylącej słodyczy, którą mogłoby naruszyć brutalne ostrze życia. Uciekam, ponieważ emocje zaczynają we mnie wrzeć, sprawiając, iż płonę i jedynie muskające mnie powietrze, może go przytłumić jako równie silny żywioł.  Stwierdzasz, że chcesz mi pomóc, sam starając się mnie zranić  i zrazić do siebie. Stwierdzasz, że chcesz mi pomóc omijając mnie. Sugerujesz, że jestem naznaczona. Sugerujesz, że jestem chora psychicznie. A wzmiankę o odpadaniu z gry mogłeś sobie naprawdę darować. Zwłaszcza jeśli masz jakiekolwiek myśli o tym, iż mogę być zraniona.  A to "Jeżeli masz ochotę porozmawiać, możesz na mnie liczyć" jest wyjątkowo naiwne z twojej strony. Kiedy ostatnio chciało Ci się otworzyć do mnie pysk? Otwórz oczy, skoro miałeś być dobrym władcą.  A to, że nie pamiętasz tego, iż w ogóle możesz lubić taką dziwną istotę to już twoja sprawa. Może powinnam ci to wybaczyć, skoro dawno nie miałeś okazji usłyszeć mojego głosu. Co właściwie było jedynie twoją stratą i zaniedbaniem. Niczego od ciebie nie chcę, ale zauważyłam, iż  ty  tu podszedłeś. Może zmieńmy pytanie. Czego ty ode mnie oczekujesz?-zakończyłam, urywając z nim wszelki kontakt wzrokowy. Wszystkie litery jakie znałam, zaczęły mieszać się  w mojej głowie tworząc bezsensowne toki słów, które pierwszy raz przebiegły przez moją  świadomość. Skończyłam się wysławiać. Sądziłam, że to przynosi więcej satysfakcji. Więcej niż żadną.  I nagle grube liany mojego umysłu przywiązały moje kończyny do podłoża. Byłam uwięziona w pułapce, którą sama sobie stworzyłam. Może jednak jestem chora psychicznie.
<Owco? Mówiłaś, że masz jakiś plan, więc oddaję tę oto reakcję w twoje łapki
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone
Skreślenia też
Eksperymentowanie zawsze na propsie >
 Tak Lisku, daj etykietę "Shiregt". Mhm

1.10.2019

Od Mint do Shiregt'a „Prywatka pomiędzy krzaczkami?”


-Wyczuwam dystans. Niezdrowy dystans- zmierzyłam go wzrokiem- Czy to możliwe, że w jedną chwilę zdążyłeś mnie znienawidzić? Może przyjaciele mieli funkcjonować jako niewinna otoczka, dodająca smaku do niezbyt zabawnych chwil? W końcu zawsze jest ktoś, kto może Cię wspierać, czyż nie? -posłałam mu krzywy uśmiech.
-Ja... nie chcę wracać do przeszłości, Mint- w jednej chwili dostrzegłam w jego oczach resztę zagubionego i nieśmiałego chłopca. Być może coś z tych okropnych dawnych czasów, uchowało się w jego dorosłej otoczce, która zaś zdawała się ociekać powagą pełnienia tak odważnego stanowiska. Wciąż jednak nie było dla mnie zrozumiałe, dlaczego się tak odnosił do tak skomplikowanego uczucia w moim wydaniu, skoro sam jest dość kruchy w tej kwestii. Wyrósł na hipokrytę, gagatek. Ogier odwrócił łeb, w zamyśleniu zaczepiając swój wzrok gdzieś na linii horyzontu.
-Ja również nie chcę wracać do tego teatru ze spieprzaniem, gdzie pieprz rośnie- skoncentrowałam swoje spojrzenie na jego osobie. Ktoś musiał trenować nie tylko jego psychikę uciekaniem na parę miesięcy, ale także i formę- Mimo wszystko musisz przyznać, że dawno nie wyciągnąłeś „serdecznej przyjaciółki” na spacer i wyraźnie stwierdziłeś, iż stałam się niemową, ponieważ tylko zabijasz mnie wzrokiem.
-Prawie jak Mivana, widzisz podobieństwo?- lekko się skrzywił z nutą niemego rozczarowania na pysku, co postawiło mały pytajnik w mojej głowie. Być może miał coś, co chciał zachować dla siebie i nie dzielić się tym ze mną. Cóż ja pierdolę, na pewno ma jakąś tajemnicę..., ale czy taką, którą może przemilczeć?
-Pf... Ona nie zawsze ograniczała się do wzroku czy mieczyka. Potrafiła też zabijać łzami-prychnęłam, przypominając sobie cały ogrom sytuacji z przeszłości, wzdrygając się od ich żenującego poziomu.
-Przyznaję- spuścił wzrok, błądząc nim po ziemi, jakby szukając resztek życiodajnej wody w korzeniach kwiatów, aby nie uschnąć z pragnienia ucieczki z tego miejsca. Zilustrowałam znaczącym wzrokiem jego napięte mięśnie. A więc jeszcze się nie przyzwyczaił do mojej osoby. Chyba podziała na nim specjalna terapia o nazwie se...rnik na zimno-Potrafiła nie być zbyt mądra.
-Zbyt mądra?- uśmiechnęłam się tajemniczo, zbywając jego oburzone spojrzenie i próby doprecyzowania- To jak?<Shireeegt? *)  Spacerek to zawsze dobre miejsce na akcję, więc oddaję w twe łapki to coś napisane parę dni temu, tyle, że znowu wstawić zapomniałam (xD)>

20.09.2019

Od Mint „Coś, co...kocham”

Zacisnęłam powieki, a moje nogi zaczęły powoli wiotczeć, pozwalając na moje nieuniknione spotkanie z ziemią. Zaczęłam tarzać się po piachu, mając wrażenie, że wielkimi krokami zbliża się do mnie nieuchronna agonia, oddając mnie w objęcia wszelakich pyłów. Z wysiłkiem przesunęłam się do przodu, przesuwając swoje ciało bliżej krzewów. Ich ostre gałęzie boleśnie raniły moje boki, lecz wydawały się dobrą tymczasową osłoną na spędzenie reszty tej nocy. Otworzyłam oczy i rozejrzałam się czujnie, unosząc uszy. Każdy szmer zdawał się ostatnim w naszym życiu. Przez moje ciało przeszedł elektryzujący prąd, po którym nastąpiły silne skurcze, sugerujące, iż należy zacząć przeć. Miałam wrażenie, że podczas tej czynności, będę ślizgać się na kropelkach siary znajdujących się na końcu strzyków- swoją drogą wymię już parę godzin przed obecną nabrało pokaźnych rozmiarów. Przycisnęłam kończyny do podłoża i moje ciało automatycznie przełączyło się w tryb parcia. Wszystkie dotychczasowe wątpliwości na temat samego porodu zdawały się całkowicie zaniknąć, a w tej chwili liczyć zaczęło się jedynie przychodzące na świat nowe życie. Za moim zadem pojawiła się plama cieczy, którą poprzedzało nie najgorsze uczucie przy jej wyciekaniu. I wtedy zdałam sobie sprawę, że już oddałam praktycznie całą swoją energię, zresztą wspomnienie o jej „pokładach” brzmiało niczym nieśmieszny żart po kilku ostatnich nieprzespanych nocach. Teraz prawdziwie odczułam ich skutek, powoli opadając z sił, kiedy świat wyślizgnął się chyba kawałek źrebięcia, choć doskonale wcześniej zdawałam sobie sprawę z konsekwencji takich działań-brak snu to najgorszy wróg rodzącej, ponieważ skurcze przynajmniej podpowiadają, kiedy działać. Morfeusz jednak nie pozwolił mi się oddać w swoje ramiona i krążyć w pogmatwanej fantazji swojej podświadomości, najpewniej kolejnym koszmarze z udziałem Tanga. Z oczu poleciały łzy wysiłku i desperacji, a ja w miarę możliwości napięłam mięśnie kończyn i zadu, które bardzo się rozluźniały parę godzin przed porodem. Poczułam, jak to coś coraz bardziej zaczyna pojmować, jakie jest jego zadanie i podejmuje próby współpracy. Wkrótce  coś wysunęło się całkowicie, a ja odwróciłam wzrok, z nieskrywanym szokiem patrząc na swoje łożysko z kołatającym się w środku moim potomstwem. Wcześniej wciąż to wszystko wydawało się takie surrealistyczne i przypadkowe, przecież nawet były momenty, w których zwyczajnie zapominałam o ciąży. W moim gardle zamarł krzyk, bo choć starałam się niby jakoś przygotować na całą tę sytuację, dostałam alarm od mojego umysłu, że te próby były daremne. Źrebię w końcu wydostało się z ograniczającego je worka i podniosło na mnie oczy pełne nadziei i zrozumienia. I w tym momencie zorientowałam się, że moje serce z niepewnego drżenia uspokoiło bicie. To samo uczucie, którego tak pragnęłam, zapukało do tego organu w nieco przekształconej, lecz równie pięknej formie. Miłość. Właśnie wtedy przestałam sama przed sobą udawać, że to nie jest moja latorośl. Przysunęłam łeb do jej ciała, w duchu mając nadzieję, iż dobrze robię i zaczęłam wylizywać mizerne kończyny, które zdawały się teraz jedynie krótkimi patykami, ale... Istniały. Były częścią tego, co kocham 💙.

19.09.2019

Mint się oźrebiła!

Po niefortunnej sytuacji  różowa środa i czwartek zebrały swoje żniwa  oraz przejściu katuszy związanych z ciążą nasza medyczka główna doczekała się potomka. Gratulujemy i życzymy powodzenia!

 Shantsai (od lewej)

18.09.2019

Od Mint „Cóż mi więcej pozostało? - czyli jak się udupić w paręnaście miesięcy”

-Lendo, ja...- skierowałam łeb ku ziemi, jakby szukając w niej odpowiedzi na swoje wszystkie pytania. W końcu to jedyna matka, która może udźwignąć ciężar moich kopyt, póki nie oddadzą się w jej objęcia w procesie rozkładu. Poczułam, jak jego pazury delikatnie opierają się o mój grzbiet. Świadomość, iż mam go w pobliżu, dawała mi swego rodzaju ułamek ulgi.
-Nie musisz nic mówić- starał się skrzeczeć, najciszej jak potrafił. Kiedyś odrzekłabym, że to urocze.- Zaprowadzę Cię do Shiregta- moje uszy uniosły się natychmiastowo, a mięśnie ponownie skamieniały, jak gdyby ich jedynym sposobem na rozkosz było trwanie w bezruchu.
-Dlaczego?- wszystkie moje myśli zaczęły się plątać, a ta ważyła się wyjść na wierzch jako pierwsza do rozpoczęcia dokładniejszej dedukcji na swój temat. Po chwili obdarzona uważnym spojrzeniem mojego błotniaka stawowego zdałam sobie sprawę, że to słowo wypłynęło na wierzch, opuszczając mój umysł i każdy przechodzący obok, a w szczególności Lendo mógł usłyszeć moją wątpliwość.
-Przepraszam, zapomniałem, że to nie jest odpowiedni medyk- poczułam, jak ptak omyłkowo muska głową moją grzywę. W pierwszym odruchu wzdrygnęłam się, pozbywając się kłopotliwego balastu. Przed oczami stanął mi kary ogier z rozkoszą wypisaną w oczach, opierający się o nią bez umiaru. Wspomnienie było na tyle napakowane negatywnymi emocjami, że czułam jakby się to działo w tym momencie, dostając ponowny zastrzyk złego samopoczucia. Ciężko dysząc, starałam się skupić i przeanalizować dalszą część jego wypowiedzi. Medyk?
-To ja przepraszam, to wszystko jest takie dziwne- spuściłam łeb, głośno wydychając powietrze. Zacisnęłam powieki, zbierając się na odwagę, żeby zagadać właściwe pytanie- Dlaczego chciałbyś... uprowadzić mnie do... medyka?- ostatnie słowo wypowiedziałam niemalże płaczliwie, mając wrażenie, że to wróży zbyt wiele dobrego.
-Dlatego, że...- widocznie starał się uważać na słowa, a mi nie było dane nic więcej dodać na ten moment ze względu na gulę zalegającą w gardle-... przyszła matka chyba powinna?
-Matka?-dopytałam ostrożnie, powoli zdając sobie sprawę, jakie były konsekwencje działań Tanga. Cały świat nagle stanął w miejscu, jakby już wszystko przestało istnieć.- Nie ważne, już wiem- dodałam szybko, nie chcąc słyszeć tego samego znów, tyle że wypowiedzianego.
................................................................................................................................................
-SKIP TIME:TERAZ, NIEDŁUGO PORÓD-
.................................................................................................................................
-Jak się czujesz?-zapytał, choć prócz zwykłej troskliwości, wyczułam przekorę w jego głosie.
-Bez obaw, nie musisz mi molestowa... ekhem głaskać brzucha- spojrzałam na niego znaczącym wzrokiem. W ostatnich miesiącach wiele się mi przysłużył, również oferując i takie usługi. Razem płakaliśmy na widok ciemnozielonych źdźbeł trawy, pocieszaliśmy się, że będzie dobrze, staraliśmy się zapamiętać nad moimi koszmarami i wspomnieniami, nawet starał się symulować wzdęcia. To ostatnie było dla mnie dość wstydliwe, aż w końcu przestało mi to zupełnie przeszkadzać i zaczęło nawet pełnić funkcję rozrywkową. Chwilami odpoczynku były dla niego tylko te, w których ja sama zapominałam, że jestem w ciąży. Przeczucie jednak mi mówiło, że źrebak nie da mi tak szybko zapomnieć o tym, że jestem świeżo upieczoną matką.
-Widzę, że ostatnio masz coraz więcej dystansu do całej sprawy. Inspirujące- uśmiechnął się, tym samym podnosząc mnie na duchu.
-Jakby nie patrzeć, jestem na to skazana- zaśmiałam się gorzko, przy tym energicznie potrząsając głową.
-Nie martw się, będziemy dobrymi rodzicami. To znaczy- będzie dobrze- zgasił ostatnie promyki niemego smutku w moich oczach, a zamiast tego zasiał ziarno nadziei. Bo cóż mi więcej pozostało niż jej się kurczowo trzymać?
<Nic?>

12.09.2019

Od Mint do Tanga "Deszcz przed burzą" 16+


12.09.2019

Mint zachodzi w ciążę!

W wyniku sytuacji którą możemy nazwać gwałtem, choć...nie do końca; w każdym razie, Mint spodziewa się potomka. Gratulujemy!
  • Ojciec - Tango, stróż. Matka - Mint, medyk główny, arystokratka.
  • Ilość źrebiąt: 1
  • Data zajścia w ciążę: 12.09.2019 r.
  • Planowana data porodu: 19.09.2019 r.

22.08.2019

Od Mint do Shiregta „Arystokrackich snów”


Obserwowałam z uwagą sylwetki Shiregta i Mivany nieprzejmujących się zupełnie pojęciem chłodnego dystansu i przestrzeni osobistej. Dół i góra obrazu zaczęły się rozmazywać i zlewać w biało-zieloną plamę, zmuszając mnie do nieznacznego ruchu głowy. Coś kazało mi przecisnąć się przez tłum i podejść bliżej, gdyby jednak moje oczy widziały obrazek stworzony jedynie z fałszu. Poczuć ciała innych kopytnych zebranych na ceremonii. Przenieść swoje myśli do rzeczywistości. Porzucić ostatnie marzenia, które mi zostały. Wyrzec się miłości do reszty. Moje kończyny zaczęły szybko napełniać się watą, topiąc się niczym resztki tegorocznego śniegu. Krzyk zamarł mi w gardle, kiedy obserwowałam ostatnie ich czyny przed ostatnim dowodem ich z pewnością cudownej miłości. Dojrzały już Shiregt, pozwolił sobie zasmakować ust kolejnej damy, tym samym zabijając moją ostatnią nadzieję. Tak, jakże dobry i kochany wodzu najlepiej pokażesz swoją dojrzałość, porzucając pierwszą miłość, która przecież nigdy nie jest udana. W końcu tylko głupi tworzą związki z takich 'zauroczeń'. Otumaniony przez uczucie gniadosz, wyglądał jak przyklejony najmocniejszym klejem. Widocznie w całym swoim szaleństwie pokochał nie tylko Mivanę, chyba że to tylko „jego wargi odmówiły mu posłuszeństwa” wiążąc się z żywicą najbliższego drzewa. Skoro jako świta lubi się błyszczeć, to chyba bursztynek na ustach jej nie zaszkodzi. "Zmienił się"- to jedyne co przebiegło mi wtedy przez myśli. Nie był już nieporadnym źrebakiem, w którym ciężko było się nie dopatrzyć słodyczy. Stał się dorosłym Shiregtem z Dynastii Albachów. Choć cholernie źle to brzmi w obliczu obecnych wydarzeń... chciał się zmienić i mógł. Miał takie samo prawo do tego, jak każda inna żywa istota. Ale nie był już dawnym sobą. Nie był czarującym, inteligentnym ogierem, który umiał zachować spokój w każdej sytuacji. Impulsywność i chaotyczne decyzje być może nie malują zbyt kolorowego obrazu wodza, ale rzadko kiedy rzeczywistość maluje cokolwiek dobrego. Mógł sprawić, że moje oczy napełnią się gorzkimi łzami. Mógł rozerwać moje ledwo sklejone serce na miliony kawałków. I tak nic mu już do tego. W końcu część członków stada, pragnąc pogratulować nowej parze, zebrała się wokół nich niczym muchy latem. Prychnęłam, przyglądając się entuzjazmowi tej grupy. Niektórzy tylko mechanicznie wykonują polecenie „życz im miłego”, czasem nie mając świadomości, jak to jest kochać i być kochanym. Nie to im zarzucałam. Zarzucałam im błysk fałszywości w oczach, mimo iż ich postawa mówiła co innego. Nawet takiej pary mi żal, kiedy przed obliczem dwóch kopytnych z całą odwagą stawały inne, wylewając z siebie potok kłamstw "jak to bardzo się cieszą". W końcu dopchałam się do owej dwójki, mając okazję ilustrować ich ciała z bliska. Na język weszły mi niepochlebne słowa, kiedy tylko stanęłam oślepiona blaskiem ich sierści. W końcu jednak i je udało mi się przełknąć, przepychając je do gardła i dławiąc się ich ostrością. Koncentrując chłodne spojrzenie na gniadoszu, wydusiłam tylko:
-Arystokrackich snów, Shiregcie. Myślę jednak, że będzie miłe, jeśli twoja gwiazda poświeci ci nie tylko po zachodzie słońca i wykaże się czymś innym niż fizycznością anorektyczki pragnącej być tym jedynym ideałem. Wszystkiego dobrego na nowej drodze życia.
W tym momencie skumulowane emocje zaczęły przeciążać mój umysł w takim stopniu, że byłam w stanie jedynie odwrócić się i puścić się przed siebie. Nie dbając o nic, to właśnie zrobiłam.
<Shi? No teraz to się nie wykręcisz, zresztą obiecałaś, że przy weselu wrócisz do tego wątku xD> 

13.08.2019

Od Mint do Tanga „Wycie... do słońca”


Posłałam pytające spojrzenie w stronę oddalającej się karej sylwetki, pokrytej migoczącymi pośród sierści kroplami potu. Chciałam jednak wierzyć, że to jedynie krople deszczu, które wiatr nieoczekiwanie zaczął je rozsiewać po otoczeniu. Chciałam wierzyć, że tak naprawdę odbiegł, pragnąc nie zostać zmokniętym i moja osoba nie ma z tym nic wspólnego... Otaksowałam wzrokiem otoczenie, szukając znaków, iż to zwyczajny sen, wizja będąca zlepkiem bezsensownych wydarzeń. To było chyba najwygodniejsze wyjaśnienie dla mojego umysłu, mieć nadzieję, że to jedynie sprawka Morfeusza śmiejącego się ze mnie w zaciszu otchłani służącej mu za mieszkanie. Jednak jedynie pogoda kontrastowała z moim dotychczasowym wyobrażeniem Mongolii zimą. W mojej pamięci pozostała sterta białego puchu, owijającego kończyny niczym gruba płachta i skrajnie obniżającego ich temperaturę. Tymczasem padało, a ziemię okrywała jedynie warstwa lodu, łamiąca się z głuchym trzaskiem pod naporem kopyt. Moje powieki mimowolnie opadły, odcinając mnie od obrazu rzeczywistości. Teraz prawdziwie byłam nęcona przez Morfeusza do oddania się w jego ramiona, zapomnienia o wszystkim i danie popisu własnej podświadomości. Jednak szybko wyzbyłam się tego uczucia, energicznie otrzepując się i ruszając przed siebie w ślad za odciskami kopyt Tanga. Jeśli miał coś do ukrycia lepiej, żeby wyjaśniło się to wcześniej niżeli później.

~~*~~

Nie minęło zbyt wiele czasu, a natrafiłam na gęstwinę, za którą znajdował ogier. Stał, wpatrując się uporczywie w horyzont i wyglądał na zamyślonego i zawstydzonego zarazem. Niepewnie podeszłam w kierunku jego zadu, starając się nie robić zbytniego szumu, manewrując między gałęziami, które mogłyby się złamać i zdradzić moją obecność. Przełknęłam ślinę, zastanawiając się, czy dobrze robię, śledząc jego ruchy. Nagle moje ucho wyłapało długi, przenikliwy dźwięk. Stanęłam jak wryta, próbując namierzyć jego źródło. Chwila ta wydawała się wiecznością... Okazało się, że Tango zaczął nucić jakąś melodię. Jak jeszcze trochę poćwiczy, być może nie będzie brzmiał jak wyjący wilk.

Już na mnie idzie tłum
Nie mogę przed nim uciec
On też przed sobą nie może
Patrzę i głęboko zaglądam im w oczy
Wyglądam na szaleńca
Stoję naprzeciw światu
Stoję naprzeciw ścianie
Pomiędzy miłością a nienawiścią do życia

To był długi dzień bez ciebie, przyjacielu
Teraz widzę cię w lepszym miejscu..
Wyróżniającego się z szarego tłumu
Radosnego, zajadającego się słodkim smakiem kłamstw
Kiedyś Cię podziwiałem
Za twe zdolności gubienia zgorzkniałej prawdy
Teraz się tobą brzydzę

Przyjacielu...
Stałem pod smutną wierzbą
Wspominając nasze ciepłe uczucia
Nie żałuję


-Ładnie śpiewasz-szepnęłam, a jego głowa szybkim ruchem powędrowała w moim kierunku.

10.08.2019

Od Mint do Mivany „Zakończyć żywot”

Jedna chwila. Jeden oddech. Całe moje starania wyrobienia sobie autorytetu poważnej klaczy legły w gruzach, gdy moje wargi zetknęły się z wargami Mivany w zdającym się nigdy nie mieć miejsca pocałunku. Tak nierealnym, odległym i dziwacznym, a jednocześnie obcym geście. Wszystko to przez jedno głupie osunięcie kopyta, które nieświadomie zaważyło o losie moich zbolałych warg. Fala obrzydzenia otuliła mnie grubym płaszczem, zakrywając niemalże każdą część mojego ciała. W moje mięśnie wstąpił prąd, który nieporadnie popchnął moje kończyny na bok. Przewróciłam się, stykając się plecami z twardym gruntem, który przywołał moje myśli do porządku. W gardle zastygło mi nieme „wybacz”, a moje policzki nieoczekiwanie zaczęły płonąć. Czułam, jak ogień zjada kolejne płaty skóry na moim pysku, z satysfakcją sięgając po kolejne. Przymknęłam powieki, chłonąc kojącą ciemność, która ogarnęła moje ciało niczym strumienie krystalicznej wody. Znowu uciekłam w swój własny, fikcyjny świat pustki, pragnąc rozpaczliwie odciąć się od rzeczywistości. Trzy. Dwa. Jeden. Ogarnij się. Wstałam, mając wrażenie, iż dźwigam na swoim grzbiecie ciężar grzechów całego świata. Szybkich, chaotycznych gestów, które kuszą swą prostotą.
- Przepraszam- wyszeptałam, spuszczając wzrok- Powinnam bardziej patrzeć pod nogi- powiedziałam, mając skrytą nadzieję, że został mi jeszcze, choć okruch godności. Czyżbym bała się braku chwały u wroga? Swoją drogą pod nogi. Zdałam sobie sprawę, że topiąc się, we własnych egoizmie z chęcią bym ją zdeptała. Łamiąca się kość, po łamiącej się kości...
-Mint?- usłyszałam zaniepokojony głos jeleniowatej klaczy- Co... to... miało...być.
-Osunęła mi się noga i na ciebie wpadłam. Nie rozumiem co w tym skomplikowanego- odrzekłam, odruchowo otrzepując się. Najbardziej niepokojące jest to, że jeśli widział to cały klan, to szykuje się sensacja plotkarzy. W końcu nie mają nic lepszego do roboty. Rozejrzałam się, lecz moje spojrzenie nie natrafiło na żadną żywą duszę prócz stojącej przede mną Mivany. Choć nie byłam do końca pewna swoich założeń, spłynęła po mnie lawina ulgi.
-A-ha. To do zobaczenia- zmierzyła mnie wzrokiem, po czym zaczęła się oddalać, dodając tej chwili dodatkowe dwie szczypty niezręczności. Coś mi mówi, że jeszcze się dzisiaj zobaczymy. Idąc za jej przykładem, skierowałam swoje kroki w przeciwną stronę. Mint Mirdelli, jeśli faktycznie twoi rodzice czyhają gdzieś na nieboskłonie, to muszą być bardzo załamani. Nagle poczułam jak grunt się pode mną... zapada. Na wpół zdziwiona, a na wpół przestraszona zaczęłam machać kopytami w bardzo szybkim tempie. Chwilę później znalazłam się pomiędzy ukochaną ciemnością... Moja godność chyba właśnie zakończyła swój żywot.
<Miv? Nie zjadaj >.< >

12.07.2019

Od Mint misja #10 „Koniec”

Ten dzień nie miał być zwyczajnym, zwykłym wycinkiem doby, nic nieznaczącym na tle całego żywotu. W ten dzień nie miałam cieszyć się zwyczajnym, żałobnym kołysaniem się samotnych, nagich gałęzi drzew, ledwie muskanych przez wiatr. Ten dzień nie miał być tym, który nie pozostawi po sobie śladu. Przynajmniej ma nastoletnia dusza była wielce zapatrzona w ideę spędzenia go wyjątkowo. Zapominając o tym, że... moje serce może już nie mieć dla kogo bić. Że może umrzeć wraz z duszą, gdzieś pośród bezkresnych stepów, mając przed sobą wciąż wizję słodkiego, uschniętego kwiatu miłości. Ten dzień miał przynieść mi radość, a nie dawać mi za zadanie przynoszenie szczęścia innym. On nie miał taki być...  Ruszyłam przed siebie, próbując wyłapać, choć odrobinę urokliwości obecnej pory roku. Długo nie trzeba było czekać, by ujrzeć zwisające smętnie sople, z których powolnym ruchem nieuchronnie ześlizgiwały się w kierunku podłoża krople życiodajnej cieczy. Jednocześnie zapierały dech w piersiach i dawały dziwne uczucie melancholii, kiedy spotykało się je z każdym, najmniejszym krokiem. Zamrożone życie... prawie jakby natura wiedziała, jak moje serce radzi sobie do dziś z dawnym zadurzeniem, które zostało brutalnie pozbawione sensu. I to właśnie w ten dzień parę lat temu... Byłam szczęśliwa u boku Shiregta. Mężnie, nie oglądając się za siebie i łapiąc się ostatniej deski ratunku-jego rozkosznej grzywy... Przełknęłam ślinę, słysząc za sobą kroki. Miałam ochotę na zobaczenie spływających kropli krwi na mojej broni, a raczej jej „zwłokach”, po tym, jak mongolskie wiatry zrealizowały na niej swój własny plan. Zwierzę stąpające za mną jednak poniekąd wybawiło mnie od macek swych własnych myśli.
-Panienko- wydobyło się z gardła nieznanego kopytnego, który zdążył już zbliżyć się do mnie, tak, iż niemalże dotykał mego zadu. Odwróciłam się gwałtownie, otwierając pysk w pełnej gotowości na posłużenie się nim do wypuszczenia z siebie lawiny ledwo klejących się ze sobą kwestii i nigdy nie wypowiedzianych myśli, lecz ów towarzysz kontynuował- Prosiłbym Cię o przekazanie tego listu pewnej medyczce- jego dykcja pozostawiała wiele do życzenia, ale dało się go na ogół zrozumieć. Zanim zdążyłam dopytać o jaki zwitek papieru mu chodzi i o którą świerzopę, zakończył dumnie swą wypowiedź, podając mi korespondencję- Proszę i żegnam- odbiegł, pozostawiając w mojej głowie wiele pytań bez odpowiedzi. Doszłam do wniosku, iż najlepiej będzie go otworzyć i poznać jego treść...

Witaj czcigodna Erino

Nadszedł czas na zapomnienie o tym koszmarze z Arrowem, nieprawdaż?

Poczułam, że wchodzę już na czyjeś intymne pole, co przynosiło mi dość spory dyskomfort, poza tym poznałam już adresatkę, więc zamierzałam przerwać... Skończyło się na tym, że tylko zamierzałam. Ciekawość to chory instynkt, jednocześnie przynoszący satysfakcję, kiedy się go zaspakajało, co potęgowało jego dziwność.

Przyznaj, że przezywanie Cię od gówien szczura zostało przez ciebie miło zapamiętane.

Nigdy nie spodziewałabym się, że czytając czyiś list miłosny, zacznę się szczerzyć jak idiotka.

A te źrebaki... Przyznaj, że potrafimy sobie zrobić dobrze, lepiej niż one wyglądają. Mówisz, że trafiam do twojego tyłka bardziej niż do serca? Zawsze to lepiej bym kimkolwiek dla ciebie. Nawet jeśli to oznacza bycie zwyczajnym odpadem.


Może to jednakże nie była tak wesoła treść, jakiej się spodziewałam...

A co do moich odzywek nie myśl, że o nich zapomniałem. Martwe szczury przy tobie wymiękają w kategorii uroku...
Pewnie, gdybym próbowała flirtować, wyglądałoby to identycznie. Może dlatego samotność tak bardzo upatrzyła sobie mnie?

10.07.2019

Od Mint do Tanga „Dlaczego... pragnę twojego szczęścia?”

W pierwszej chwili miałam ochotę gwałtownie się poderwać i spektakularnie odrzucić ogiera niczym słabego przeciwnika w bok. Powstrzymałam się jednak, czując, jak kumuluje się we mnie zaskoczenie zmieszane z niewyjaśnionym strachem i obrzydzeniem. Pragnęłam złapać oddech i otrząsnąć się oraz zwyczajnie zapomnieć, ewentualnie wrzucić to do wora normalnych sytuacji z tym osobnikiem. Lecz mój plan od początku był skazany na niepowodzenie, gdyż czułam, iż powietrze prawie nie dochodziło do moich płuc. Zanim zdążyłam jednak się udusić bądź umrzeć z bólu spowodowanego obecnością kopytnego na moim ciele, Tango wstał. Gwałtownie zmieniłam pozycję na wygodniejszą, w amoku łapiąc wdechy. Przymknęłam oczy. Ciemność, która otaczała mnie z każdej strony, niosła ulgę związaną z tym, że na chwilę mogłam nie dostrzegać swojego szarego żywotu. Miałam teraz chwilę oszacowanie sytuacji, w jakiej się znajdywałam, co zadziałało na mnie niczym potężna dawka uspokajających ziół. Tak naprawdę nic się nie stało, najgorszym co było skutkiem tej sytuacji to chyba wizja mnie i Shiregta turlających się ze zbocza i śmiejących się wniebogłosy jak bardzo nasze matki będą starały się nas doczyścić ze śladów trawy. Jak miło Mint, że wybrałaś sobie towarzysza do pogadanek, który zamiast zapełniać, zapełniać pustkę w twoim sercu tylko ją pogłębia. Brawo. Twoje wybory są tak logiczne, prawie jak optymizm natury na wiosnę. Znikomo logiczne. Mówiąc pod nosem coś niepochlebnego, uchyliłam powieki, dostrzegając niewyraźny obraz karusa. Zapewne czuje się nawet podlej ode mnie, jeśli tylko natura obdarzyła go, choć odrobiną wstydu. W końcu i ja dźwignęłam się na swoje kończyny oraz zaczęłam się otrzepywać, próbując w ten sposób pozbyć się nieprzyjemnego uczucia wylegiwania się na zmrożonej powierzchni. Musisz wyglądać normalnie. Nie dość, że pewnie przez pierwszą chwilę myślał, iż poległaś przez niego, to chociaż teraz musisz pokazać-"jest okey". Pomimo tego, co czujesz. Będziesz go okłamywać, ale z dobrą wolą. W sumie nic takiego ci nie jest, więc to będzie po części prawda. Czyż nie? Właściwie to... dlaczego chcę tak bardzo, żeby ogier, którego znam głównie z widzenia i paru kwestii i który właśnie się na mnie wyjebał, nie czuł się przytłoczony?
<Tango? :3 Czyli jak zrobić odpis o tym, że Mint się podnosi xD>

7.07.2019

Od Mint Trening #7 „Wszystko ma swą cenę- czyli wielki finał”

Rodzimy się po to, żeby przekazać geny i marnie zdechnąć. Żeby nasze ciało zgniło jak wiele ciał przed nim. Za źrebięcia dostajemy marne umiejętności, aby przygotować nas na to, że wszystko może się nagle zjebać, nawet jeśli zaczniemy się rozwijać i radzić sobie coraz lepiej, co wydawało się pełnią nie tylko sprawności, ale i szczęścia. Pomimo tego, iż z czasem nauczymy się jak wytrzymać silny ból fizyczny, paradoksalnie nigdy do końca nie nauczymy się jak wytrzymać we własnym ciele. Niektórzy z nas odnajdują swój drugi, lepszy świat w krainie utkanej z bańki optymizmu funkcjonującego pod nazwą "marzenia". Czasem i ja to robię. I dochodzi do mnie jakie to chore wyobrażać sobie niemożliwe, aby jeszcze bardziej się zdołować, iż to nigdy nas nie spotka. Dochodzi do mnie, że sami jesteśmy winni tego, że czujemy się koszmarnie, zamartwiając się rzeczami, którym nasz smutek nie pomoże, zamiast działać. Dochodzi do mnie, że życie to jedna wielka oraz pokręcona bajka, w której każdy z nas się znajduje, choć czasem nie ma prawa bytu w nim. Niemalże samotnie błąkając się po stepach, mając za towarzysza jedynie pobłyskującą tarczę księżyca, całkiem łatwo było pogrążyć się w rozmyślaniach, topiąc się w ich skomplikowaniu i wdychając ich niemalże nieuchwytny sens. Słońce, na razie nie zamierzało pojawiać się na nieboskłonie — miałam więc sporo czasu przed bladym świtem. Z jednej strony była to pokrzepiająca myśl, iż być może zdążę się jeszcze dzisiaj oddać w objęcia Morfeusza i spacerować po świecie rozkoszy zmieszanej z pojebaniem, a z drugiej... Pragnęłam, aby choć odrobinę musnęły mnie promienie owej gwiazdy, gdyż czułam, jak nieuchronny mróz zagarnia całe ciepło z mojego organizmu dla siebie, w podziękowaniu pozostawiając za sobą niedosyt. Pozostało mi się ruszać w nadziei na to, że ogrzeje mnie machanie kończynami- co samo z siebie brzmi jak nieśmieszny żart. Ruszyłam w kierunku góry- nieco większej niż przyszło mi pokonywać ostatnimi czasy, lecz nie wybitnie wymagającej i powoli zaczęłam kierować się w kierunku szczytu. Choć 'powoli' to i tak dużo powiedziane. W pewnym momencie zaczęłam stawiać kroki tak naprawdę na ślepo, ponieważ już po paru chwilach zaczął dokuczać mi kolejny z uroków zimy- śnieg prószący do oczu. Westchnęłam. Zima to równie irytująca, jak i urokliwa pora roku, doskonale łączy te cechy. W końcu dane mi było stanąć na samym jej wierzchołku, gdzie zmęczenie wędrówką do góry, ustąpiło satysfakcji i zachwytowi nad roztaczającym się przede mną widokiem. Każdy zachwyt w życiu ma swą cenę.

Zaliczone

7.07.2019

Od Mint Trening #6 „Brak kompetencji”

Marzyłam o swojej wierzbie- odkąd pamiętam. Może to głupio brzmi, ale zwykłam wiązać ją z uczuciem miłości, a samą ją jako symbol udanego związku. Każdy jakkolwiek by się nie wypierał, pragnie tego uczucia i nie byłoby nic w tym dziwnego, gdyby to właśnie porównanie nie zainspirowało mnie do treningu kamuflażu. Tak naprawdę w swej skórze wiem tak mało o sobie i swoich pomysłach. Tak mało... Pozostało mi się jedynie przyglądać swoim działaniom z silnym postanowieniem poprawy. Właściwie to... Jeszcze tylko dwa dni latania jak niedorozwinięta. Brzmi jak świetny plan na zabicie się na pierwszym lepszym drzewie, ale przecież zawsze można to nazwać treningiem... wytrzymałości na ból? Zawsze można też zahaczyć o jego koronę i stwierdzić, że przy okazji podnieśliśmy poziom swego kamuflażu. Same plusy, czyż nie? Nie? Też tak uważam.
Lendo przyleciał z całym zapasem swojego dobrego humoru w odpowiednim momencie- akurat, gdy miałam szukać uroczej duszy do treningu, która określiłaby, jak bardzo moja dupa wystaje zza drzew.
-Miałbyś ochotę oszacować zdolność mojego ukrywania się na wypadek, gdyby Tango miał jednak większe plany?- zapytałam żartobliwie ptaka, który o dziwo jedynie pokiwał głową pozostawiając mi pole do popisu. Zapewne nie znał się na tym tak samo jak ja i już nie chciał bardziej mnie dołować. Czy już kiedyś wspominałam, że nie ma nic piękniejszego jak dwie sieroty się spotykają? Chwilę później zaszyłam się w lesie, pragnąc wiedzieć, iż jestem niewidzialna nawet dla bacznego obserwatora, chociaż wiedziałam też, że wmawiając sobie to, będę się oszukiwać po całości.
-Jeśli już się schowałaś, chciałem ci tylko powiedzieć, że wrogowie na pewno Cię nie zauważą... jeśli są ślepi- rzekł mój błotniak z powagą- Zagrajmy w grę- dodał tajemniczo- Podczas mojego odliczania staraj się dobrze ukryć, pomiędzy nimi możesz swobodnie przechadzać się między drzewami. Twój cel jest taki, by dotrzeć do mnie i nie zostać zauważonym, tyczy się to oczywiście momentów, kiedy zacznę liczyć.
-Wiesz jak mnie udupić- pomyślałam, ale pokiwałam łbem bez słowa sprzeciwu, ponieważ lepszy pomysł nie przychodził mi do głowy. Czas się wykazać swoim brakiem kompetencji.
Ps z 06.07 PROSZĘ O WYBACZENIE ZA JAKOŚĆ

5.07.2019

Od Mint „W głębinach głupoty” Trening #5

Biegnąc przed siebie, tym razem, zanim jeszcze słońce ukryło się za linią horyzontu, czułam na sobie baczne spojrzenie Lenda. Czym jest przyjemność jak nie świadomością posiadania oddanej duszy? 
-Pozwolisz mi dziś zadecydować o losie swego treningu?- zapytał, a ja, choć go nie widziałam, byłam pewna, iż na jego dziobie widnieje uśmiech. Zaraz będzie pałał radością i optymizmem bardziej od tej całej Avy- towarzyszki klaczy, którą można rozpoznać po kiju w dupie. Oj Mivana, Mivana szczerze jest śmiesznie oglądać twój pełen gracji chód, kiedy ma się przed oczami jak zjebywałaś się z każdego pagórka.
-Niech zgadnę, znowu masz jakiś idealny pomysł dla upośledzonych umysłowo koni? Brzmi tak kusząco jak lizanie puzdra pierwszego  lepszego oblesia, ale skoro już jesteś taką kochaną istotką i mi coś proponujesz... słucham- odpowiedziałam mu. Lepiej, żeby jego pomysł nie dorównywał normalności moim- takim jak rozmawianie z karym zrympańcem więcej niż trzy sekundy. Chociaż przyjemne jest przebywanie w towarzystwie kogoś, kto jest większą sierotą niż ty.
-Cóż... za to tamten staw wygląda na całkiem interesujący atrybut do treningu, nie uważasz? Nie jest zamarznięty i nie widać, żeby był zbyt głęboki- rzekł ku mojemu skonfundowaniu. 

-Tak szybko chcesz się mnie pozbyć? Jeśli się nie utopię, co byłoby dość dziwne w moim wypadku, to zamarznę- przewróciłam oczyma, próbując rozgryźć jego tok rozumowania.
-Tym lepiej dla ciebie- powiedział zagadkowo. Teraz to już całkowicie mnie zgasiłeś.
-Jak miło, że mnie tak uwielbiasz. Ale chyba podziękuję... ekhem miła duszyczko- mimowolnie uśmiechnęłam się w duchu. Chore umysły się spotkały. Czyż nie ma nic piękniejszego?
-Wiesz, zawsze dzięki zimnie możesz się zahartować oprócz podniesienia sprawności pływaniem- siadł na moim grzbiecie- Chociaż powiem ci, że jestem skuteczny niczym Kasja, więc sam mogę spróbować to zrobić pod pretekstem opatrzenia ci rany od moich pazurów- odparł ze stoickim spokojem. Nie na długo był mu dany taki flegmatyzm. Chwilę później już całował ziemię.
***
Dzięki całemu swemu bagażowi głupoty dałam się przekonać na małą kąpiel. Niepewnie skierowałam swoje kroki w kierunku wody i chwilę później byłam już w objęciach żywiołu. Czułam się niczym wpuszczona do lazurowego lustra, zaciskającego się wokół mojego ciała, gdzie każdy ruch wiązał się z milionami kawałków szkła wbitymi w tułów i kończyny. Płynąc, miałam wrażenie, iż prędzej archeolodzy zdążą znaleźć mój szkielet w lodowatej cieczy niż dopłynę na drugi brzeg. To chyba znaczy o dobrym i męczącym treningu. W końcu znalazłam się na upragnionym lądzie, dysząc ciężko. Powietrze tutaj wydawało się teraz tak ciepłe, że przez chwilę poczułam się jak w środku lata w towarzystwie słońca. Teraz pozostało jedynie wrócić do Lenda i zakończyć raz na zawsze przygodę z pływaniem o tej porze roku.

4.07.2019

Od Mint Trening #4 „Wzlatując w objęcia firmamentu”


Ta noc nie zapowiadała się owocnie, a to za sprawą choćby tego, że powieki same mi opadały, jak gdyby były jesiennymi liśćmi zbliżającymi się nieuchronnie do korzeni drzew. Westchnęłam, roztaczając wokół swojego pyska białą chmurę, która po chwili skierowała się w kierunku firmamentu. Odleciała niczym ptaki nieuchwytnie pragnące zewu wolności. Przez chwilę przyglądałam się, jak znika pod osłoną nocy, pragnąc przez choć przez chwilę mieć możliwość wzlatywania ze śmiechem w kierunku najjaśniejszych gwiazd. Prychnęłam cicho, ilustrując wzrokiem rośliny sprawiające wrażenie martwych pośród mongolskich, bezkresnych stepów. Nieliczne drzewa, bujna trawa, niekiedy można było się natknąć na pojedyncze kwiatostany żałośnie tańczące do niemalże niesłyszalnej melodii wiatru. Z jednej strony nic co mogłoby posłużyć za ciekawy przykład flory, z drugiej dający mózgownicy kopa do działania. Otrzepałam się, pragnąc obudzić się z dziwnego snu, w którym byłam, pomimo iż nie oddałam się objęciom Morfeusza. Po chwili mój wzrok natrafił na starą kłodę drzewa, zapewne będącego niegdyś czyimś atrybutem do treningu lub kuszącym przedmiotem dla burzy. Była przełamana w połowie, ale wciąż mogła być niezłą rzeczą do ćwiczenia skoków. Po uprzednim stanięciu w odpowiedniej kolejności puściłam się cwałem w kierunku przeszkody, gładko ją pokonując. Z czasem zmniejszałam szybkość, aż doszłam do wolnego kłusa. Następnie przepchnęłam jedną z połówek kłody, za drugą, sprawiając, iż miałam już do pokonania dwa kawałki drzewa. Pokonywałam je do momentu, aż moje nogi zaczęły się pode mną uginać, a mózg nie zaczął z niemą prośbą pchać mnie w kierunku stada.

4.07.2019

Od Mint „Gwiazdy naszymi towarzyszami” Trening #3


Czyżbym znów błąkała się po nocach pośród mongolskiej głuszy? Zgadłeś, dobry obserwatorze, a raczej na tyle bezmyślny, żeby zarywać schyłek dnia na plotkową wartę. Nie byłabym zdziwona, znając takich jak ty, że zdążyłeś już powiązać koniec z końcem. W końcu nie da się ukryć, że mój dawny kochanek zamknął się w sobie na tyle, że można zacząć nazywać małym opętaniem, w jego przypadku niekoniecznie zdrowym. Zdecydowanie wystarczyło mu do szczęścia dotychczasowe szaleństwo. A jeśli zaczęła udzielać mu się moja aura? Kiedyś byliśmy na tyle blisko i ... ukrywanie się po krzakach i tak zajebiście pomogło się nam chować ze swoją miłością, że większość patrzyła na nas znacząco, przynajmniej w tamtym okresie. Miałam ochotę jednak raz na zawsze zamknąć tamten rozdział i... dziwnie to mówić, ale teraz miałam nadzieję, iż być może zauważyli ostatnio, że więcej czasu spędzał z Mivaną. Dopóki oczywiście nie zniknęła, jakby już wykonała swoją robotę... Wyrachowana dusza stąpająca po trupach. Ona zwyczajnie pragnęła mi go odbijać, aż dowiedzie swego niczym nieporadne dziecko w przedszkolu pragnące wszystkich zabawek. Westchnęłam zrezygnowana, przypominając sobie swój prawdziwy cel wymykania się po zmierzchu. Tym razem mój błotniak udał się ze mną, jakby przeczuwał, że mam ochotę rzucić się z pierwszego lepszego klifu. W pewnym momencie znowu ujrzałam obraz władcy w myślach. Nie był on jednak zdesperowany, za to ubyło mu wzrostu. Był młodym koniem sukcesu, który wiedział, do czego dążył i miał silny autorytet. Tańczył on w towarzystwie gwiazd i dwóch oczu, należących do mnie, nie patrząc w przyszłość, za to dumnie kierując łeb przed siebie- ku przyszłości. Nie wiedziałam dokładnie, kiedy również zaczęłam przebierać nogami, starając się naśladować jego sposób poruszania się- gładki i lekki, choć w moim wykonaniu dość nieporadny. Grunt, że przynajmniej zrobiłam coś adekwatnego do zamiarów, oszczędzając przy tym od gwałtu drzewa, dziób Lumina i przy okazji również wiatr... Da się? Da się.
PS z 03.07- tyle, że się spóźniłam o 7 minut z publikacją 

2.07.2019

Od Mint Trening #2 „Krwiożercze suszenie jadaczki”

Dzisiejsza noc była nieco zimniejsza niż w pierwszym dniu treningu. Zima już wyraźnie dawała znać o swoim panowaniu, chlubiąc się, jak bardzo potrafiła nas udupić swoimi kaprysami. Idealna pora na trening i o niczym innym nie marzę jak tylko poślizgnąć się na pierwszym lepszym zalodzonym kawałku. Podczas tego walczenia o sprawność nie zamierzałam sama się męczyć, więc w formie zemsty za to, że Ledno wczoraj sobie spokojnie spał, kiedy ja biegałam w pocie czoła, obudziłam go. Dobitnie mówiąc to, nie jest takie okrutne, przecież będzie mógł sobie... porozciągać skrzydła, prawda? Coś jednak czuję, że powita mnie urocza mimika na ptasim dziobie Lenda. W końcu, który pan nie wygląda słodko, gdy się złości?
-Widzę, że świetnie się bawisz w moim towarzystwie, w końcu tak bardzo mnie potrzebujesz..., ale powiem ci, że jeśli nie dasz mi spać, za chwilę będę martwy- powiedział z przekąsem.
-W śnie jak po śmierci też tracisz świadomość jakby nie patrzeć- wyszczerzyłam się- Więc chyba czy umrzesz na prawdę, czy może na niby nie robi ci zbytniej różnicy?
-Dobra, poddaję się. Co chcesz robić? Może marzy ci się gwałcenie drzew niczym Mivanie... i ostatnio Shiregtowi?
-Liczyłam na to, że podsuniesz mi pomysł. Sensowny pomysł- przewróciłam oczyma.
-Zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, proponując ci jakże interesujące spotkanie z rośliną- gdyby mógł, zapewne uśmiechnąłby się szeroko, prezentując szereg swoich pięknych zębów, których nie ma. Jak miło, że troszczy się o moje zdrowie psychiczne i ich nie ma, bo mogłabym nie przeżyć tego jego krwiożerczego suszenia jadaczki. Nie chcąc czekać, aż znowu palnie jakimś błyskotliwym tekstem, odrzekłam.
-Biegnę. Licz sekundy. Do tamtego drzewa- tym razem pragnęłam potrenować bardziej szybkość niż wytrzymałość jak wczoraj, jednak nadal tym samym sposobem. Jeszcze się zdążę potem wykazać kreatywnością w kolejnych dniach. Jeszcze tyle męczenia się przede mną.
-Chyba minuty- jego ostatnią uwagę przed rozpoczęciem przeze mnie biegu, puściłam mimo uszu.
Ruszyłam przed siebie, wyciągając kończyny jak najdalej. Zacisnęłam zęby niedaleko drzewa. Jestem tak blisko, teraz tylko przekroczyć linię mety. Jak się okazało później, nie raz dane mi ją było dzisiejszej nocy przekroczyć...

1.07.2019

Od Mint „Pragnienie okupione bólem” Trening #1 (+16)

Tysiące migoczących złotawą barwą świetlików przecięło niebo w poszukiwaniu lepszego czasu. Zmrużyłam oczy, przyglądając się świetlistemu korowodowi na tle jaskrawej tarczy księżyca, niekiedy oświetlającemu drogę zagubionym wędrowcom. Powoli przechadzałam się na krawędzi urwiska. Było to zarazem dziwne i fascynujące uczucie. Poczuć jak muska cię niebezpieczeństwo i wbrew instynktowi zagrać z nim w grę o życie niedaleko budzącej grozy otchłań. Stracić przez głupie złe postawienie nogi lub zachować. Pomimo łudząco przyjemnego transu, w jakim się teraz znajdywałam, postanowiłam odejść od przepaści i na chwilę pozwolić sobie zapomnieć o pięknie natury, która mnie teraz otaczała. Czy ostatnio nie przybrałam na wadze?  A może powinnam... Dość argumentowania chęci porozciągania się. Chciałabym się jeszcze dzisiaj przespać, a nie zrobię tego, przez pół nocy obniżając jeszcze bardziej swoją samoocenę. Rozejrzałam się, poszukując mojej dzisiejszej ofiary być może w postaci rośliny, być może zwierzęcia. Kuszącą opcją wydawało się obudzenie Lenda i wykorzystanie jego pomysłów, lecz dziś odmówiłam sobie przyjemności słuchania jego marudzenia. Ruszyłam przed siebie wyciągniętym galopem, już po paru minutach odczuwając, że moja sierść lepi się od potu. Być może nie wykazałam się kreatywnością w kwestii tego treningu, ale bieg dawał mi swego rodzaju ulgę. Czułam, jak wolność bije ode mnie najjaśniejszym światłem, a dzikość uwalnia się ze mnie każdym możliwym otworem. Cała przeszłość wydała się tylko jednym chaotycznym dniem, który nic nie znaczył w perspektywie całego żywotu.  Stanęłam dęba, a delikatny wiatr zaczął się bawić moją grzywą, którą równie dobrze mógłby się bawić teraz jakiś ogier...Może od razu będziesz się pieprzyć z wiatrem, bo nikogo nie masz? Miłość to w końcu pragnienie okupione bólem, a ty go przecież nie lubisz, prawda?

Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika