Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Risa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Risa. Pokaż wszystkie posty

11.10.2019

Żegnamy Specter, Virginię, Risę, Vayolę i Dantego!

  W dzisiejszym dniu żegnamy z żalem powyższe postacie. Nasz książę Dante odchodzi, by szukać miłosnych przygód w innych stadach. Virginia, Risa i Vayola postanowiły zacząć nowe życie z dala od dawnych intryg, podobnie Specter (choć istnieją spekulacje, że ruszyła za Dante'ym). Powodem jest taka decyzja ich właścicieli. Majątek Specter zostaje rozdzielony pomiędzy jej potomstwo, Siraane i Leandera. U reszty postaci zostaje rozdzielony pomiędzy najbliższą rodzinę, czyli matkę i rodzeństwo.
  Ale to nie wszystko. Z dniem dzisiejszym żegnamy jednego z naszych najwierniejszych, najzdolniejszych i najukochańszych autorów, kogoś, kto był tu z nami od samiutkiego początku. Tak, mam na myśli adminkę DODĘ, znaną bardziej jako Kromek. Większość tego, co chciałam powiedzieć, wylałam już na Discordzie, ale powtórzę to jeszcze raz: nikt nie ma do ciebie żalu. Stworzyliśmy wiele super wątków. W życiu trzeba patrzeć w przyszłość, a niewykluczone, że ta wspaniała osoba kiedyś do nas powróci. Zatem życzymy ci wszystkiego dobrego, i oby nasze drogi kiedyś się jeszcze skrzyżowały! 

Dante z dynastii Altbachów|15 lat|Ogier|Książę, Szeregowiec|26 p.|Brak|DODA

Specter|13 lat|Klacz|Szeregowiec|80 p.|Brak|wolfik 


Virginia|7 lat|Klacz|Starszy Szeregowy|96 p.|Brak|DODA

Risa|7 lat|Klacz|Stróż|16 p.|Brak|DODA

Vayola|17 lat|Klacz|Emerytka|145 p.|Brak|DODA

16.07.2019

Od Risy do Cardinaniego "Ciekawość górą"

A czemu by się nie zgodzić?-w mojej głowie pojawiła się krótka myśl. Miałam tysiąc argumentów przeciwnych tej propozycji, jednak przeważył inny, zupełnie przeciwny argument. Może być zabawnie-pomyślałam. Nadszedł czas, aby wyzbyć się wszelkich granic. Pewnie po tym spacerze ogier nie będzie chciał mieć ze mną już w ogóle do czynienia.
-Jasne, dlaczego by nie?-odparłam i uśmiechnęłam się przyjaźnie. Cardinano spojrzał na mnie zaskoczony.
-Nie spodziewałem się takiej reakcji-powiedział po chwili.
-Takiej, czyli jakiej?
-Tak...chętnej-odparł, a ja zaśmiałam się krótko. Następnie ruszyłam przed siebie.
-Idziesz? Czy zamierzasz dotrzeć nad jezioro, stojąc? W takim wypadku może ci to zająć dłuższą chwilę...-powiedziałam. Ogier przewrócił oczami, po czym dołączył do mnie.
-Gdybym nadal tam stał, nigdy nie doszedłbym nad jezioro. Myślałem, że wiesz o tak prostych rzeczach-powiedział.
-Ja...wiedziałam! Specjalnie tak powiedziałam!-zawołałam, niezadowolona z faktu, że ogier obraca moje własne żarty przeciwko mnie.
-Wiesz, z nauką kultury i dobrego wychowania nigdy nie było ci po drodze, więc mam po prostu obawy, jak z resztą rzeczy. Na przykład z logicznym myśleniem-odparł Cardinano.
-Umiem myśleć logicznie. Czy zaproponowałeś mi spacer tylko po to, aby rzucać pod moim adresem złośliwe uwagi?-spytałam.
-Czy ty nie robisz tego stale?-zapytał ogier. Mimowolnie uśmiechnęłam się. Skubany miał rację.
-Może tak, może nie-odparłam.
-A ja myślę, że zdecydowanie tak-powiedział Cardinano. Tym razem to ja przewróciłam oczami. Chwilowo zapadła między nami cisza, a ja skupiłam wzrok na śladach zostawianych na śniegu.-Co tak nagle zamilkłaś?-spytał po chwili ogier.
-Mogłabym spytać cię o to samo-odparłam, nie podnosząc nawet wzroku.-Skoro już zaproponowałeś mi tą randkę, to jakoś się postaraj, żeby było ciekawie-dodałam. Tym razem już popatrzyłam na ogiera, żeby sprawdzić, jaką reakcję wywołały u niego moje słowa. Ten jednak zachował kamienny wyraz pyska. Godny przeciwnik-pomyślałam.
-Nie zaprosiłem cię na randkę. Prędzej zdechnę niż pójdę z tobą na randkę-odparł ogier. Uśmiechnął się przy tym do mnie, wyraźnie zadowolony z siebie. Ale nawet na taką ewentualność się przygotowałam.
-Jesteśmy tutaj tylko we dwójkę, i jesteśmy ogierem oraz klaczą. Wiesz, jakby to, mimo wszystko, mogło wyglądać w oczach innych?-spytałam.
-Ja nie uważam tego za randkę-powiedział Cardinano.
-A ja mogę wszystkim powiedzieć, że na takowej randce byliśmy-odparłam.
-Będzie słowo przeciw słowu.
-Ale moje słowo ma większe znaczenie-powiedziałam.
-Niby dlaczego?-zapytał Cardinano.
-Bo tak-odparłam pewnie.
-"Bo tak"? Widać nadal pozostało w tobie sporo ze źrebaka, bo to dość dziecięca odpowiedź-zauważył Cardinano, czym lekko mnie zdenerwował, ale postanowiłam nie dać tego po sobie poznać.
-Oskarżę cię o gwałt. Jesteś w końcu starym, obleśnym zboczeńcem, uwierzą mi, nie tobie-powiedziałam z uśmiechem. Wyobraziłam sobie bowiem, jak Cardinano i ja zaczynamy kłócić się przy władcy, który znalazłby się miedzy młotem, a kowadłem. Ogier zaśmiał się krótko.
-Żebyś się nie zdziwiła-odparł.
-Żebyś ty się nie zdziwił. A poza tym, nie gróź mi. Groźby karalne są karalne-powiedziałam.
-Naprawdę? Wow, potrafisz jednak myśleć logicznie!-zawołał Cardinano. W tym samym czasie drzewa, które już wcześniej zaczęły się przerzedzać, zupełnie już zniknęły.
-Ugh, zawsze myślę logicznie! W przeciwieństwie co do niektórych-odparłam, patrząc znacząco na Cardinaniego.
-Mówisz o kimś konkretnym?-spytał, robiąc minę niewiniątka.
-Zgadnij-odparłam. Następnie spojrzałam przed siebie. Ujrzałam jezioro, zamarznięte już lekko przy brzegach. Słońce pięknie odbijało się w lodzie i tworzyło niesamowite iskierki światła. Szybkim krokiem podeszłam do brzegu.
-To chyba niestety zbyt trudne dla mnie. Kto myśli nielogicznie oprócz ciebie?-spytał z lekkim uśmiechem ogier.
-Już ci mówiłam, że ja myślę logicznie!-zawołałam.
-A jesteś pewna, że w ogóle myślisz?-zapytał Cardinano. Posłałam mu wkurzone spojrzenie. Już chciałam coś powiedzieć, ale w tej samej chwili do moich nozdrzy dotarł pewien zapach. Kojarzyłam go już, choć nigdy nie czułam go z taką intensywnością.
-Czujesz to?-spytałam ogiera.
-Niby co? Napięcie między nami? Oj, jest nawet nazbyt dobrze wyczuwalne-odparł i uśmiechnął się, ale potem od razu spoważniał.-Ludzie-powiedział krótko, a ja kiwnęłam głową. Czyli jednak się nie myliłam. Najpierw zaczęliśmy się rozglądać na boki.
-Chodźmy stąd lepiej-powiedziałam w końcu, po czym oboje ruszyliśmy w stronę, z której przyszliśmy.  Odeszliśmy spory kawałek, kiedy nagle zatrzymałam się i zawróciłam.
-Co ty robisz?-spytał zaskoczony ogier.
-Jestem ciekawa, co to za ludzie-odparłam.
-Oszalałaś-stwierdził Cardinano.
-Może.
-Chcesz, żeby cię złapali?
-Nie złapią mnie-odparłam.
-Skąd wiesz?-słyszałam jego głos z coraz większej odległości.
-Po prostu wiem. Jeśli ty się boisz, wracaj do klanu-powiedziałam. Po chwili, ku mojemu zaskoczeniu, usłyszałam kroki obok siebie.
-Ja się niczego nie boję-powiedział dumnie Cardinano. Przewróciłam oczami.
-Ale mi się trafił superbohater, doświadczony wojownik, troskliwy opiekun i obrzydliwy zboczeniec w jednym-odparłam cicho.
-Prawie wszystko się zgadza-powiedział równie cicho mój rozmówca.
-Nie "prawie". Dokładnie wszystko się zgadza-powiedziałam szeptem. Wolałam nie mówić już zbyt głośno, żeby ludzie nas nie usłyszeli.
-Polemizowałbym-odparł, również szeptem, Cardinano. Nasza rozmowa urwała się, a po kilku kolejnych krokach znaleźliśmy się przy grupce dość dużych, wysokich, ale całkowicie gołych już o tej porze roku drzewach. Były to ostatnie rośliny, dalej już ciągnęła się pusta przestrzeń, aż do jeziora, nad którym zatrzymała się grupka ludzi. Na szczęście nawet nie patrzyli w naszą stronę. Było ich trzech, a wraz z nimi były trzy konie. Dwa kare, jeden był ciemnogniady. Cardinano i ja chwilę przypatrywaliśmy im się w milczeniu. Cóż, nie było mi za bardzo żal moich pobratymców. To ich wina, że zostali złapani. A jeśli urodzili się w niewoli, pewnie nawet nie wiedzą, co stracili.
-Ok, moja ciekawość została zaspokojona-powiedziałam szeptem, po czym zawróciłam.
<Karny? Nadal realizujemy nasz plan? XD>

3.06.2019

Od Risy do Cardinaniego "Nie daj nic po sobie poznać przed tym zboczeńcem"

Co. To. Miało. Być. Nie zdążyłam jeszcze właściwie sama ogarnąć, w czym właśnie wzięłam udział, kiedy do naszej dwójki podeszła moja siostra. Zamieszanie wokół nas starałam się zignorować, mimo że nieźle mnie to wszystko zirytowało. Jednak co miała do powiedzenia Vir? Ona najpierw posłała mi krytyczne spojrzenie, potem popatrzyła na Cardinaniego, aż w końcu jej wzrok powędrował znowu w moją stronę.
-Nie wiedziałam, że między wami coś jest...-zaczęła cicho. Mimo że ton jej głosu mógł zdradzać niepewność, ja doskonale słyszałam w nim jeszcze cień wyrzutu. Najpierw ten ogier robi i pewnie jeszcze wyobraża sobie nie wiadomo co, potem pół klanu bierze to na serio, a teraz nawet moja siostra?!-pomyślałam wściekła.
-Między nami nic nie jest i nigdy nie będzie!-wyparowałam, po czym, nie zwracając uwagi na nic innego, odwróciłam się i pogalopowałam jak najdalej od tej zbieraniny głupich koni.
~*~
Drzewo poddało się. Mogłam usłyszeć trzask, a potem powoli zniżyło się ono do ziemi, aż w końcu na nią upadło. Jak na razie to było już trzecie. Byłam taka wściekła, tak nabuzowana, że mogłabym rozwalić wszystkich, zwłaszcza tego ogiera, ale nie mogłam, więc poprzestałam jedynie na kopaniu pomniejszych drzew, które byłam w stanie zniszczyć. Właśnie tego w tamtej chwili najbardziej pragnęłam. Zniszczyć coś, cokolwiek. Obejrzałam się, aby wybrać sobie kolejną ofiarę. Jak na złość, nic więcej nie znajdowało się w zasięgu mojego wzroku. 
-Drzemię w tobie prawdziwie niszczycielska siła-usłyszałam za sobą znienawidzony głos.
-Po coś tu za mną przylazł?-spytałam, odwracając się.
-Za tobą? Nie uważasz, że za bardzo sobie pochlebiasz? Po co miałbym tu przychodzić akurat z twojego powodu? Może po prostu wybrałem się na spacer?-odparł ogier.
-Tak, jasne, uważaj bo ci jeszcze uwierzę-powiedziałam.
-Ale tak własnie jest-Cardinano dalej obstawał przy swoim.
-Jaaasne, tak samo prawdą jest to, że konie chodzą na dwóch nogach, jak ludzie-odparłam.
-Chodzić może nie chodzą, ale stanąć na dwóch potrafią. Więc to prawie prawda-zauważył ogier.
-A osioł to prawie koń-odparłam. Cardinano zaśmiał się, czym jeszcze bardziej mnie rozzłościł. Teraz jednak początkowa, nieokiełznana, dzika złość zmieniła się. Byłam wściekła, ale już spokojniejsza. Nie chciałam dać się sprowokować. Pragnęłam pokazać, że jestem ponad nimi. I to wysoko. Zaczęłam się więc oddalać.
-Dokąd idziesz?-spytał ogier, kiedy przestał się śmiać i, najwyraźniej, odzyskał zainteresowanie moją osobą.
-A po co ci to wiedzieć? Na pewno w innym kierunku niż ty-odparłam. Po chwili Cardinano także ruszył i przeszedł za mną kilka kroków. Westchnęłam z irytacją.-Co ty robisz?-spytałam, odwracając się w jego stronę.
-Ojej, czyżbyśmy jednak szli w tym samym kierunku? To oznacza, że...się myliłaś?! O nie, i co teraz?! Czyli jednak nie jesteś nieomylna? Będziesz jeszcze w stanie funkcjonować po odkryciu tego faktu?-ogier udawał, że przesadnie się tym wszystkim przejmuje. Spokojnie Risa, tylko spokojnie. Jeszcze będziesz miała odpowiednią okazję, żeby wyrwać mu ten długi jęzor i wepchnąć na tyle głęboko do gardła, że się nim udławi-pocieszałam samą siebie w myślach.
-Więc może to ja zapytam, dokąd ty idziesz?
-A po co ci to wiedzieć?-spytał ogier.
-Chcę mieć pewność, że nie będę musiała znosić towarzystwa starego, obleśnego, zboczonego ogiera-odparłam.
-A to możesz być spokojna, jeśli takowy się gdzieś pojawi, obronię cię przed nim-powiedział Cardinano.
-A jak będzie bardzo groźny i nachalny będziesz nawet w stanie go zabić?-chciałam się upewnić.
-Kto wie...
-W takim razie wymyśl przynajmniej jakiś kreatywny sposób na popełnienie samobójstwa. Tak, żeby to było coś spektakularnego!-zawołałam. Tym razem ogier na chwilę zamilkł. Czyżbym w końcu choć na chwilę zapędziła go w kozi róg, jeśli idzie o nasza potyczkę?-Widzę, że mój towarzysz do iście ciekawej rozmowy gdzieś się zmył. Zatem żegnam-powiedziałam, po czym z dumą odwróciłam się i ruszyłam w drogę powrotną do klanu. Dla mnie samej to ja byłam zwycięzcą tego słownego starcia, więc humor od razu mi się polepszył.
-To był koziorożec. To była jego wina-usłyszałam jeszcze za sobą.
-Chyba nie wzięło cię nagle na wyrzuty sumienia i nie zamierzasz tłumaczyć się z molestowania nieletniej, i to w dodatku w tak marny sposób?-spytałam jeszcze na odchodnym, choć doskonale wiedziałam, że to faktycznie była wina tego zwierzęcia.
~Kiedy Risa (w końcu) dorosła~
Starałam się ukryć swoje rozemocjonowanie. Virginia wyraźnie podkreślała to kilka razy. Musiałam stwarzać pozory. Musiałam być cicho. Musiałam być jak inni, a jednocześnie korzystać z tej łaski, którą otrzymałam. Jako jedna z nielicznych, zostałam w porę oświecona i mogłam teraz wszystko właściwie zrozumieć. Virginia faktycznie od zawsze była inna... mądrzejsza, sprytniejsza... A ostatnio to już w ogóle... Mimo że jej zachowanie pozostało bez zarzutu, sama, jako jej siostra i najbliższa przyjaciółka, poczułam, że coś się zmieniło. I, jak widać, miałam rację. Tak strasznie chciałam dowiedzieć się jeszcze więcej! Zrobić coś dla całej tej sprawy! Pomóc w czymś! Wiedziałam jednak, że największą pomocą i zasługą będzie po prostu wypełnianie rozkazów, dlatego właśnie nie mogłam dać po sobie poznać, że cokolwiek wiem. Że w ogóle istnieje jakaś frakcja. Ale będą wszyscy zaskoczeni i przerażeni, jak wszystko się wyda! A Virginia już na pewno się postara, żeby wszystko poszło doskonale i w całości po jej myśli. Wygramy to, spełnimy nasze cele, tylko nie możemy pozwolić, żeby ktokolwiek to przewidział.
-Nie chciałem wierzyć własnym oczom! Czy to nie moja ulubiona nastolatka z burzą hormonów, wiecznie o wszystko wszczynająca awantury?-słysząc znienacka głos ogiera, niemal podskoczyłam. Nie uszło to jego uwadze.-Coś ty taka spięta?-dodał, przypatrując mi się podejrzliwie. Zrozumiałam, że muszę natychmiast wziąć się w garść.
-Proszę, proszę, czy to nie mój zdecydowanie nie ulubiony, stary, zboczony, obleśny ogier?-spytałam.-Poza tym, nie jestem już taką gówniarą jak wcześniej, stary napaleńcu-dodałam, po czym posłałam ogierowi przyjazny, ale fałszywy uśmiech.
<Karny? Wybacz, że tyle musiałeś czekać. I że Risa tak po tb jeździ, ale nie martw się...będzie pewnie już tylko gorzej XD>

8.05.2019

Od Risy do Cardinaniego "Pierwotna złość...lub bunt nastolatki"

-Uprzejme to będzie z mojej strony, jak zaraz nie pokażę ci, jaka potrafię być nieuprzejma-odparłam, czym chyba nieco zaskoczyłam konia, bo na chwilę zamilkł.
-Jesteś pewna, że to właśnie chciałaś powiedzieć?-spytał po chwili.
-Tak, a co, nie rozumiesz? Powiedziałabym to w twoim języku, ale język idiotyczny jest mi obcy-odparłam.
-A mi się zdało, że bardzo dobrze się nim posługujesz-odezwał się ten cały Cardinano. Jak on mi od pierwszej chwili działał na nerwy! Już chciałam zawrócić i stamtąd pójść, ale coś mnie tknęło...Dlaczego to ja mam stąd odejść? Jak przegrany? 
-Ekspertem nie jestem, w przeciwieństwie do ciebie-odparłam. Ku mojemu zaskoczeniu, ogier zaśmiał się. Jego naprawdę to wszystko bawi?! Nosz, zaraz nie wytrzymam!
-Z czego tak rżysz?!
-Jeśli mam być szczery, to z ciebie-odparł, kiedy zdołał się uspokoić.
-Hahaha. No bardzo zabawne-odparłam.
-Żebyś wiedziała, szkoda, że nie możesz popatrzeć na siebie z boku*-zaśmiał się ponownie ogier. Nie wiedząc co powiedzieć, prychnęłam z irytacją i pogardą.
-Idź sobie-powiedziałam.
-Dlaczego?
-Bo mam cię dość-odparłam.
-Ale ja ciebie nie-powiedział Cardinano.
-To twój problem.
-Teraz już twój-odparł ogier. Znowu prychnęłam obrażona. Cardinano najwidoczniej doskonale się bawił, a ja miałam ochotę w coś przywalić. Porządnie. Najlepiej w niego. Chociaż...Czemu miałabym się powstrzymywać?-pomyślałam. Na chwilę wyobraziłam sobie piękną wizję, ale szybko musiałam pogodzić się z faktem, że nie urzeczywistni się ona. Po pierwsze, różnica wzrostu. Nie miałabym szans z tym ogierem. Po drugie, Virginia i matka by mnie zabiły za wszczynanie awantur, sama nie wiem, która byłaby pierwsza. Koniec końców pociągnęliśmy jeszcze trochę naszą dziwną kłótnię, kiedy dołączył do nas ktoś nowy. Tym kimś okazała się jakaś klacz.
-Mamy wrócić do klanu, Shiregt zarządził ważne zebranie-powiedziała, podchodząc do ogiera. W ten sposób stanęła między nim, a mną. Nie mogłam się powstrzymać i wychyliłam się nieco zza niej, ponownie pokazując ogierowi język. Czyli ja zostaję ostatnia na miejscu bitwy, więc wygrałam!pomyślałam ucieszona.
-No dalej, zbierajcie się. Ty i ta mała-powiedziała klacz. W międzyczasie odwróciła się i ruszyła przed siebie w stronę, z której przyszła. Na szczęście na czas udało mi się schować język i przywołać na pysk uśmiech. Ogier minął mnie i posłał mi tryumfujące spojrzenie, połączone z radosnym, bezczelnym uśmiechem. I jeszcze do tego zostałam nazwana "ta mała"! Czy oni wszyscy uwzięli się dziś na mnie? Za wszelką cenę chcą mi zniszczyć dobry nastrój?-pomyślałam, po czym, z olbrzymią niechęcią, powlokłam się za nimi, obmyślając plan zemsty na ogierze i na owej klaczy.
~Kilka miesięcy później~
Pasłam się spokojnie, zastanawiając się, gdzie też mogła podziać się Virginia. Miałyśmy się tu spotkać jakiś czas temu, ale jej nadal nie było, chociaż sama ustaliła datę i miejsce. Zaczynałam się już nawet poważnie martwić, że to ja coś pomyliłam. Usłyszałam, że ktoś tutaj idzie, ale nie zwróciłam na to na początku większej uwagi. W końcu każdy może tutaj przyjść, chociaż...Może to w końcu Virginia?-z tą myślą poderwałam głowę, tylko po to, aby ujrzeć przed sobą czekoladową sylwetkę jakiegoś konia. Wystarczyła chwila, aby mój mózg przypomniał sobie, kim on jest. I że go nie lubię. Bardzo.
-Jak ci mija dzień, Riso?-zapytał z uśmiechem, który tylko jeszcze bardziej mnie zdenerwował. Byłam pewna, że tak jak wtedy, robi to wszystko specjalnie.
-Jakbyś nie zauważył, to on mi jeszcze nie minął. Jest w trakcie mijania-odparłam, po czym dumnie potrząsnęłam grzywą.
-W trakcie mijania?-zdziwił się ogier.
-Tak-odparłam pewnie, ucinając w ten sposób wszelkie dyskusje, które mogły się zrodzić. Na chwilę zapanowała między nami cisza.
-Hm...Wybrałaś chyba dobre miejsce na strawę, trawa wydaje się tutaj wyglądać jakoś tak lepiej...-powiedział ogier, schylając się, aby zjeść trochę roślin.
-Nie mydl mi oczu lepszą trawą. Po coś tu przylazł? Chociaż wiem, pewnie znowu chcesz mnie wkurzyć-odparłam. Wtedy też przypomniało mi się, że miałam przecież jakoś zemścić się na nim i na pewnej klaczy. Zupełnie o tym zapomniałam! Co do klaczy, musiałabym sobie najpierw przypomnieć jak ona wyglądała, ale co do Cardinaniego...Mam go właściwie jak na tacy, tylko muszę coś wymyślić. A może by tak wcześniej wypytać go o tamtą klacz? W końcu jej też jakaś nauczka się należy! Chociaż nie, to głupie, bo co niby miałabym powiedzieć? Hej, kim była klacz, która przerwała naszą kłótnię kilka miesięcy temu? Lepiej skupić się na tu i teraz, zamiast gadać o tym co było.
<Cardinano? Risa szykuję mini-zemstę>
*Kiedy to pisałam, miałam ogromną ochotę dodać "XD" na końcu, i prawie to napisałam. W ostatniej chwili ogarnęłam, co ja chciałam zrobić...XD?

10.04.2019

Od Risy do Cardinaniego "Pouczenie"

-Nie rozumiem, po co w ogóle chcesz się z nimi wszystkimi zadawać? Inne konie są...denerwujące-powiedziałam. Wprost wyraziłam swoje zdanie, jak to miałam w zwyczaju. Virginia westchnęła ciężko.
-Jak ty nic nie rozumiesz!-zawołała.
-To spraw, żebym zrozumiała-odparłam.
-Ale tego nie da się tak łatwo "sprawić"-powiedziała moja siostra. Nalegałam jednak, aby wytłumaczyła mi, o co jej właściwie chodzi.
-O to, że trzeba też utrzymywać jakieś stosunki z innymi-powiedziała w końcu mocno zdenerwowanym tonem Virginia. Nienawidziłam kiedy się na mnie złościła, bo robiła to dość rzadko, a poza tym ja nie lubiłam być przez nikogo w jakikolwiek sposób karcona.
-Po co mi stosunki z innymi?-odparłam.
-Może kiedyś się przekonasz, ale wtedy już będzie za późno-odparła Virginia. Potem bez słowa odeszła, żeby zapewne spędzić trochę czasu z innymi źrebakami. Nie miałam nic przeciwko nim, tylko...zbyt często mnie denerwowali. Sama zauważyłam już, że łatwo się wkurzam i jednocześnie zawsze mówię wszystko wprost, co raczej nie było zbyt dobrym połączeniem... Trochę czasu spędziłam z matką, potem przyszedł Arrow i z nudów mu podokuczałam. Jak gdzieś zniknął (zapewne z Eriną, nie rozumiałam, co ona w nim widzi, że się z nim zadaje, ale widać oboje byli siebie warci), znowu zrobiło się niemożliwie nudno. Virginia wróciła dopiero wieczorem i to tak późno, że właściwie już musieliśmy iść spać.
~Następnego dnia~
Matka wysłała mnie i Virginię, żebyśmy nazbierały jakichś roślin. Jakiś czas temu matka zrobiła nam wykład o zielarstwie i chciała sprawdzić, jak wiele z niego pamiętamy. Moja siostra i ja odeszłyśmy trochę od klanu, po czym rozdzieliłyśmy się. Udało mi się trafić na jakąś łąkę, gdzie zaczęłam uważnie wypatrywać owych roślin, jednocześnie starając się przypomnieć sobie, jak właściwie wyglądały. Chciałam wypaść lepiej niż Virginia i pokazać jej, że nie zawsze ona ma rację i nie zawsze też ona musi być najlepsza. Tak się na tym punkcie zafiksowałam, że kiedy wypatrzyłam jedną z tych roślin, puściłam się biegiem w jej kierunku. Nie przewidziałam tylko tego, że jakiś koń postanowił odpocząć tam sobie i położyć się w wysokiej trawie. Nie zauważyłam go, a przez to potknęłam się o niego i przewróciłam, co zapewne nie było przyjemne ani dla mnie, ani dla niego. Zaskoczony koń zaczerpnął z sykiem powietrza, po czym podniósł się niemal w tym samym momencie co ja.
-Nic ci nie jest?-spytał.
-Nie, na szczęście nie. Dlaczego wpadłeś na pomysł, że odpoczynek w wysokiej trawie to dobra myśl?!-zapytałam lekko wkurzona. Koń najwyraźniej nie spodziewał się takiej reakcji i przez chwilę patrzył na mnie zaskoczony.
-Dlaczego wpadłaś na pomysł, że bieganie gdzie popadnie, bez patrzenia pod nogi, to dobra myśl?-odparł w końcu. Tym razem to ja byłam zaskoczona, że wysilił się na jakąś błyskotliwszą odpowiedź, zamiast po prostu nakrzyczeć na mnie z oburzeniem, czego właściwie się spodziewałam.
-Ja już tak mam, że najpierw działam, potem myślę. A do tego działam szybko-odparłam pewnie.
-W takim razie może powinnaś trochę zwolnić?-zasugerował ogier.
-A kim ty jesteś, żeby mnie pouczać?-zapytałam. Zlustrowałam go wzrokiem, zresztą ogier nie pozostał mi w tej kwestii dłużny. Byłam pewna, że kojarzę go i że jest on członkiem klanu, ale nic ponad to nie wiedziałam.
<Cardinano? Dawka wkurzającej Risy xd>

28.02.2019

Od Risy do Kasji "Jedno wielkie NIC"

Przyglądałam się z zaciekawieniem, ale i uwagą, pracy koni. Nie do końca rozumiałam ich plan, ale liczyło się to, że zrobili odpowiednią pętlę, zrzucili ją Virginii tak, aby mogła ją na siebie nałożyć i jakoś wciągnęli ją z powrotem na górę. Było to jednak dość męczące zajęcie, nawet moja siostra wyglądała po tym wszystkim na zmęczoną, chociaż ona chyba akurat najmniej się przy tym napracowała... Podeszłam do niej, podczas gdy ona wyplątywała się z lian.
-Wracamy do klanu-powiedziała nagle Kasja. Virginia i ja spojrzałyśmy na nią zaskoczone.
-Dlaczego?-spytałam.
-I po co?-zapytała nieufnie moja siostra.
-Coś ci się mogło stać. Musi cię zobaczyć medyk, no i wasza mama też powinna się o tym wszystkim dowiedzieć-wyjaśniła Kasja.
-Ale mi nic nie jest, a mamie potem wszystko powiemy-odparła moja siostra.
-Wykluczone. Wracamy do klanu-odezwał się jeden z koni, które pomogły Virginii wydostać się z pułapki. Nasze protesty zdały się na nic. Musiałyśmy wrócić razem z nimi do klanu, mimo że mojej siostrze naprawdę nic się nie stało, nie licząc kilku zadrapań. Niestety nie było nawet mowy o cichym odłączeniu się od tej grupy, bo za naszą dwójką szła jeszcze Kasja, która zamykała nasz pochód. Po chwili jednak zrównała się z nami.
-Musisz iść do medyka, bo czasem nie wszystkie obrażenia widać od razu...bywa tak, że coś ci się stanie, a ty o tym nie wiesz nawet przez kilka tygodni albo nawet miesięcy-powiedziała klacz.
-Aha...to...bardzo ciekawe?-odparła bez entuzjazmu moja siostra. Mnie za to ten temat zainteresował.
-Ale jak to? Jak to możliwe?-spytałam, odwracając głowę w stronę klaczy.
-Możesz mieć uszkodzone nerwy i nic nie czuć albo po prostu z jakiegoś innego powodu twoja, dajmy na to, wewnętrzna rana cię nie boli, ale jest poważna. Może nawet zagraża życiu, a ty nawet o niej nie wiesz-wyjaśniła Kasja. Odwróciłam się i z przerażeniem popatrzyłam na swoją siostrę.
-Słyszysz?! Coś może zagrażać twojemu życiu, a ty nawet o tym nie wiesz!-zawołałam. Varginia przewróciła oczami.
-Tak, zaraz tutaj padnę i umrę-powiedziała, a po chwili przewróciła się i upadła.
-Żyjesz?!-zawołałam, doskakując do niej. Kasja także przystanęła i zaczęła się całej tej sytuacji przypatrywać.
-Żyję, tylko się potknęłam. Może rzeczywiście powinnam iść do jakiegoś medyka, bo robię się tak niezdarna jak Arrow-powiedziała moja siostra, po czym uśmiechnęła się. Odwzajemniłam uśmiech.
-Kim jest Arrow?-spytała Kasja.
-To nasz brat-odparłam.
-Który nie umie zbyt dobrze chodzić-dodała Virginia, po czym obie zaśmiałyśmy się.
-Co się dzieje?-spytał koń, do tej pory idący z przody. Zanim zorientowali się, że nasza trójka zatrzymała się, przeszli już kawałek i on musiał się do nas wrócić.
-Nic, tylko moja siostra robi z siebie ostatnią łamagę-wyjaśniłam.
-Ahaa...Ale czy możemy iść w takim razie dalej?-zapytał ogier.
-Myślę, że tak-powiedziała Kasja. Ruszyliśmy zatem w dalszą drogę powrotną, która upłynęła nam na tym samym, co do tej pory, czyli krótkich rozmowach. Jakież jednak było nasze zdziwienie, kiedy dotarliśmy na miejsce, gdzie powinien przebywać klan, a tam...nie było nikogo! Żadnego konia, nie licząc naszej grupy. Tylko gołe drzewa, warstwy mokrej brei, która kiedyś była puszystym, pięknym śniegiem i poza tym jedno wielkie NIC.
-Gdzie ich wszystkich wywiało?-spytała Kasja, podchodząc do ogiera, który szedł na czele naszego pochodu. W jej głosie słychać było lekki niepokój.
<Kasja? Luzik, ja czasem każę czekać komuś na odpis o wiele, wiele dłużej:D>

23.01.2019

Od Risy do Kasji "Bolesny upadek"

Obie poszłyśmy za Kasją. Kiedy dotarłyśmy do ruin, klacz wyjaśniła nam, że my mamy uciekać, podczas gdy ona będzie nas gonić. Oczywiście nie było to takie łatwe, na jakie wyglądało, bo trzeba było uważać na kamienie i ostre głazy. W pewnym momencie Kasja prawie złapała moją siostrę, ale wtedy Virginia wdrapała się na jedną ze skał i zaczęła po nich skakać. Spodobało mi się to i zrobiłam to samo. Klacz, chcąc nie chcąc, musiała wejść na głazy za nami. Teraz jednak wcale nie było łatwiej, wszędzie było pełno luźnych kamieni i łatwo było można z powrotem spaść w dół. W pewnym momencie Kasja prawie już mnie miała, ale wtedy skoczyłam na kolejny głaz. Potknęłam się jednak i spadłam z niego. Klacz zniknęła z moich oczu, jej widok zasłoniły mi skały. Nagle usłyszałam krzyk Virginii i znacznie głośniejszy, Kasji. Wstałam, chociaż podczas upadku trochę się poocierałam i z kilku drobnych skaleczeń leciała mi krew. W końcu wyszłam zza jednej ze skał i ujrzałam Kasję, chodzącą w tę i z powrotem. Podeszłam do niej i okazało się, że dalej znajdowało się zbocze. Nie aż tak ostre, ale jednak nie wyglądało, jakby łatwo dało się po nim wejść z powrotem. Spojrzałam w dół i ujrzałam tam swoją siostrę, Virginię. Właśnie wstawała, cała podrapana i pobrudzona krwią.
-Co się stało? Virginia, żyjesz?!-zawołałam. Wtedy poczułam, jak ktoś łapie mnie za grzywę i ciągnie do tyłu.
-Uważaj, bo ty też spadniesz!-krzyknęła Kasja przez zaciśnięte zęby (złapała mnie nimi za grzywę).
-Nie, nie żyję!-zawołała z dołu moja siostra. Nawet stąd widziałam zdenerwowanie w jej spojrzeniu.
-Twoja siostra spadła ze zbocza-powiedziała klacz. Przewróciłam oczami.
-Nie zauważyłam-odparłam z sarkazmem.
-Virginia, co ci jest?!-zawołała Kasja. Dla odmiany tym razem to ona się wychyliła.
-Oprócz tego, że wszystko mnie boli?!-odkrzyknęła z dołu moja siostra.
-Ma siłę na sarkastyczne komentarze, więc aż tak źle z nią nie jest-powiedziałam, podchodząc do klaczy.
-Ty się nie zbliżaj! Już mówiłam, jeszcze też spadniesz-powiedziała klacz, po czym zagrodziła mi dalej drogę.
-Ok, no to co teraz robimy? Trzeba coś zrobić z Virginią! Może powinnam iść po mamę?-zapytałam, rozważając wszystkie możliwe opcje, jakie przyszły mi do głowy.
-Może mnie jakoś wyciągnięcie stąd?!-zawołała z dołu zdenerwowana Virginia.
<Kasja? Mówisz i masz XD>

2.01.2019

Od Risy do Kasji "Z nas nie tchórze"

Nie bardzo ufałam tej nowo poznanej klaczy. Już chciałam jej odmówić, ale wtedy Virginia nachyliła się do mnie i wyszeptała:
-Może właśnie trafiła nam się okazja na zrobienie czegoś ciekawego! Możemy zobaczyć, co ma do zaproponowania, wyciąć jej jakiś kawał albo po prostu dowiedzieć się czegoś o pierwszym koniu spoza naszej rodziny, nie licząc Shiregt'a-powiedziała moja siostra, nie kryjąc podekscytowania. W duchu przyznałam jej rację, po czym pokiwałam głową na znak, że się z nią zgadzam.
-Co takiego miałybyśmy porobić?-zapytała moja siostra, robiąc kilka kroków naprzód. Zazdrościłam jej pewności siebie.
-Zależy, co wy macie do zaproponowania-odparła Kasja.
-A tak właściwie, to czy ty należysz do tego...naszego klanu?-spytałam. Przypomniało mi się, że przecież ja i Virginia jesteśmy członkiniami jakiegoś stada, chociaż za wiele nas to nie obchodzi. Mama niezbyt przychylnie się o nim wyraża.
-Tak, należę do Klanu Mroźnej Duszy-odpowiedziała klacz.
-Tak jak my-stwierdziła moja siostra.
-Naprawdę?-zdziwiła się Kasja, ale nie dopytywała o to więcej.-A więc, może chcecie się w coś pobawić?-dodała po chwili.
-Jasne, czemu nie, prawda Risa?-powiedziała Virginia, odwracając się na chwilę w moją stronę. Była to z jej strony właściwie tylko formalność, bo doskonale wiedziała, że gdzie ona, tam zawsze i ja!
-Świetny pomysł-odparłam.
-Może w chowanego?-zapytała klacz. Ja i moja siostra spojrzałyśmy na siebie, po czym zaczęłyśmy się głośno śmiać. Klacz patrzyła na nas z rosnącym zdziwieniem, co tylko bardziej nas śmieszyło. Niechcący przypomniała nam bowiem o żarcie, którego ofiarą stał się nasz nielubiany braciszek. Kasja musiała chyba pomyśleć, że albo coś nas opętało, albo jesteśmy nienormalne. W końcu zdołałam się jakoś opanować i wyjaśnić jej sytuację.
-Mamy z tą zabawą pewne zabawne wspomnienie-powiedziałam.
-Rozumiem-odparła po chwili klacz niepewnym głosem.
-A tak właściwie to czym zajmujesz się w klanie? Znaczy, jaką masz rangę, bo nasza mama mówiła, że każdy koń jakąś ma. Chyba że jest za stary, aby coś robić. Jesteś za stara?-zapytała wprost moja siostra. Kasja zaśmiała się krótko, po czym udzieliła nam odpowiedzi:
-Nie, oczywiście, że nie! Jestem szpiegiem, kronikarzem i nauczycielką walki-wyjaśniła.
-Nauczycielką walki?-powtórzyłam po niej.'
-Zgadza się. Kiedyś pewnie i was będę uczyć-odparła klacz.
-Nieźle. A pokażesz nam coś?-spytała Virginia.
-Może lepiej nie...chyba jeszcze jesteście za młode-powiedziała z wahaniem Kasja.
-Dlaczego nie? Wcale nie jesteśmy "za młode"!-zawołałam oburzona. Moja siostra oczywiście mnie poparła.
-Naprawdę chcecie spróbować prawdziwej walki?-odparła Kasja, dość tajemniczym i nieco złowrogim tonem. Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało, choć mogłam się mylić. Jednak ani ja, ani moja siostra nie byłyśmy przecież tchórzami.
-Tak!-zawołałyśmy jednocześnie.
<Kasja? Masz pomysł na jakąś akcję? Bo u mnie na razie krucho z weną XD>

27.12.2018

Od Risy do Kasji "Kim jesteś?"

Mama pozwoliła nam trochę odejść i się pobawić. Właściwie pozwalała nam na wiele, tłumacząc to tym, że chce, abyśmy byli samodzielni. Poza tym, jak czasem wspominała, nie zawsze miała czas i ochotę się nami zajmować. Arrow oczywiście chciał bawić się z nami. Nakrzyczałam na niego, że co on sobie wyobraża, że niby MY będziemy cokolwiek robić z NIM. Virginia jednak uśmiechnęła się dość tajemniczo, po czym zaproponowała zabawę w chowanego. Zgodziła się nawet szukać jako pierwsza. Chciałam zaprotestować, ale nim zdążyłam to zrobić moja siostra posłała mi spojrzenie jasno mówiące o tym, że nie zmieni zdania. Westchnęłam więc, zawiedziona tym, że nie uda nam się uwolnić od naszego brata. Zupełnie nie domyślałam się, co Virginia planuje! Kiedy zaczęła liczyć, niemal natychmiast pobiegłam poszukać sobie jakiejś dobrej kryjówki. W duchu śmiałam się z Arrow'a, który nie zdąży pewnie nawet odejść w porę od miejsca zbiórki. Po drodze co najmniej kilka razy się przecież przewróci. Zatem moje zdziwienie, kiedy okazało się, że Virginia to mnie odnalazła jako pierwszą i to już po kilku minutach, było ogromne!
-Idziemy stąd-powiedziała, a ja spojrzałam na nią zdziwiona.-Niech ten gamoń myśli, że bawimy się z nim w chowanego, a my po prostu sobie gdzieś pójdziemy. A potem powiemy, że nie mogłyśmy go znaleźć. Albo zapomniałyśmy o nim. O, albo powiemy mu prawdę, w końcu co on nas obchodzi-dodała moja siostra, po czym uśmiechnęła się, wyraźnie z siebie zadowolona.
-Virginia, ty jesteś genialna!-zawołałam.
-Wiem o tym-odparła klaczka. Razem udałyśmy się więc w poszukiwaniu czegoś...ciekawego. Po jakimś czasie weszłyśmy do lasu. Virginia przez swoją nieuwagę potknęła się o wystający korzeń i wylądowała na ziemi.
-Matko! Jaki idiota wymyślił korzenie?!-zawołała, nie kryjąc zdenerwowania.
-Pewnie jakiś skończony debil-odparłam.
-Właśnie to powiedziałam, tylko innymi słowami. Ale cieszę się, że podzielasz mój punkt widzenia-odparła moja siostra. Następnie podniosła się z ziemi i zaczęła otrzepywać ze śniegu.
-Proszę, proszę, a kogóż my tu mamy?-do moich uszu dotarł czyjś głos. Sądząc po minie Virginii, ona też go usłyszała. Rozejrzałam się niespokojna dookoła. Po chwili, nie mam pojęcia skąd, jakieś kilkanaście metrów od nas, tuż obok kolejnej linii drzew, ujrzałam sylwetkę jakiegoś konia.
-Kim jesteś?-zapytałam, nim zdołała to uczynić moja siostra.
-Może najpierw to wy odpowiecie mi na to pytanie? Kim jesteście? Chociaż...to nie jest w obecnej sytuacji aż tak ważne-odparła, jak domyśliłam się po głosie, klacz.
<Kasja? Nie zabijaj XD>

11.12.2018

Nowy stróż - Risa!

Źródło: Zdjęcie główne
Motto: Słabość okazują tylko słabi i przegrani
Imię: Risa. Bez skrótów, bo tego się już skrócić nie da.
Tytuł: Brak. W tym klanie.
Płeć: Klacz
Ranga/i: Stróż. Chciała zostać szeregowcem, jak Virginia, aby nawet "w pracy" być blisko niej, ale siostra wybiła jej ten pomysł z głowy. Stwierdziła, że jeśli nie chcą, aby powstały jakieś podejrzenia, przynajmniej zajęcia muszą mieć różne, a dzięki byciu stróżem Risa będzie mogła stale wszystko i wszystkich obserwować.
Głos: Brak



Relacje: Risa nadal skupia swoją uwagę głównie na osobie siostry, której stara się jak najwięcej pomóc. Tak samo jak kiedyś, tak i teraz niemal bez namysłu zrobi wszystko, o co Virginia ją poprosi. Uważa ją za istny wzór, doskonałą przywódczynię, ich przyszłe wybawienie, a każdy, kto nie potrafi tego pojąć, jest dla niej ostatnim idiotą. Ich matka, Vayola, nadal jest dla klaczy ważną osobą, choć oczywiście teraz nadszedł czas, aby Risa działała na własne kopyto i nie może dalej wiecznie tylko wykonywać jej rozkazów. Mimo to jednak większość uwag i rad klacz stara się wziąć sobie do serca. Został jeszcze jej brat, którego Risa unika jak ognia, gdyż nadal uważa go za kogoś niepotrzebnego, zakałę ich rodziny i przeszkodę w wielkich planach. Nie kryje swojej niechęci do niego, choć teraz, kiedy są dorośli, nie trafiają na siebie aż tak często i Arrow może nieco od niej odetchnąć, chociaż...ku zdziwieniu Risy, ogier zachowuje się, jakby tego nie chciał. Wbrew pozorom, często wychodzi z inicjatywą, aby spędzić czas z nią lub Virginią. Nie wiedzieć czemu, ich siostra czasem się na to zgadza. Prawdopodobnie aby zachować dobry wizerunek, Risa zazwyczaj wyśmiewa wszelkie propozycje i prośby brata.
Osobowość: Risa jest niczym Virginia, tylko u niej rozsądek gdzieś sobie poszedł... Klacz jest przede wszystkim równie ironiczna, złośliwa, a wręcz wredna jak siostra, pyskata, rzadko okazuje szacunek, większość koni uważa za idiotów i naiwniaków, a najgorsze w tym wszystkim jest to, że...w przeciwieństwie do siostry, nie kryje się z tym. Tak, Risa mimo usilnych prób zmienienia jej charakteru, próśb i gróźb, nadal jest zabójczo chamska i szczera, co daje naprawdę mieszankę wybuchową. Łatwo ją zdenerwować, a wtedy klacz zaczyna jechać po kimś po całości. Ponadto, jest pamiętliwa i mściwa, może chować urazę nawet latami, chociaż to inne konie powinny być w stosunku do niej uprzedzone i urażone. Jak można się domyślić, Risa nie cieszy się popularnością wśród klanu, jak na razie tylko Virginia jest w stanie znieść ją dłużej niż przez minutę i nie pokłócić się z nią. O Risie można powiedzieć, że ona wręcz lubi kłótnie. Uwielbia się w ten sposób wyładowywać, dopiekać innym, denerwować ich i uprzykrzać im życie. To jest jej forma "zabawy towarzyskiej". Jednakże można być też pewnym, że nie tylko w kwestii docinek, ale też w każdej innej klacz będzie do bólu szczera. Nie dlatego, że nienawidzi kłamstwa. Wręcz przeciwnie, to dla niej nic nowego ani trudnego, od małego była nieświadomie wplątana w ogromną intrygę. Ona po prostu jest bezwzględna i rzadko zastanawia się, co ktoś inny czuje. Dlatego nawet wieść o śmierci czyjejś matki może przekazać z miną, jakby właśnie stwierdzała, że ta trawa jest niesmaczna. Słowem, Risa to nieposkromiony, wiecznie wyrywający się i rzucający jak zwierzę w klatce duch, zaślepiony nienawiścią i wiarą w ideę swojej matki.
Orientacja: Heteroseksualna
Aparycja:
  • Rasa: Koń-kundelek, czyli mieszaniec.
  • Wygląd: Na pierwszy rzut oka zwraca się oczywiście uwagę na jej wyjątkowe umaszczenie. No, może nie takie wyjątkowe, w końcu dokładnie takie samo ma jej rodzeństwo. Wyróżnia ją czarno-biały ogon. Budowa ciała Risy uległa zmianie i teraz klacz jest nieco bardziej masywna, przez co nie potrafi dobrze skakać ani szybko biegać. Nadrabia to jednak wytrzymałością.
  • Znaki charakterystyczne: Chyba tylko ten ogon, bo oprócz tego, to czym innym się wyróżnia? Niczym, oprócz awanturniczego charakteru.
  • Wzrost: 165 cm
  • Waga: 452 kg
Umiejętności: Nie posiada.
Historia: Urodziła się w Klanie Mroźnej Duszy jako druga córka jednej z jego członkiń, Vayoli. Okoliczności jej poczęcia są dość...ciekawe, gdyż klacz i jej rodzeństwo nie posiadają ojca. Ich matka zaszła w ciążę w wyniku ludzkich eksperymentów. Dzięki temu jednak na świecie pojawiła się Risa i mogła zacząć pisać swoją historię. Przygotowana przez matkę i siostrę, dołączyła do frakcji Stada Hańby i teraz pomaga w osiągnięciu jej celu. Jak potoczy się dalej jej historia? Czas pokaże.
Kontakt: DODA (HW)
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika