Kasja|16 lat|Klacz|Emeryt|58 p.|Brak|świat opowiadań
→ Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kasja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kasja. Pokaż wszystkie posty
2.06.2019
Żegnamy Kasję!
Jedna z najstarszych członkiń, świadek niejednych wydarzeń, a także seryjny morderca Kasja odchodzi z tego świata wskutek wykonanej na niej egzekucji. Niech spoczywa w pokoju jej lepsza strona [*] a druga smaży się w piekle Majątek, z braku spadkobierców, przepada.
16.05.2019
Od Kasji do Mivany ,,Koniec walki, czy nie?"
Biegłam akurat koło lasu. Usłyszałam pewną rozmowę. Postanowiłam podsłuchać ją trochę. To Mondream rozmawiała z Zee.
- Jestem już zbyt duży na to, żeby cię przytulać co chwilkę! - krzyczał Zee.
- Ale przecież możesz mnie przytulić ostatni raz? - powiedziała Mondream. Zee przekręcił oczami.
- Ile jeszcze będzie tych ostatnich razów? - spytał lekko poddenerwowany ogier. Jednak po chwili przytulił mamę.
Raz już podsłuchiwałam ich dwójkę. Zee miał koszmar. Koszmar o tym, jak zabijam jego matkę. Nie lubiłam Mondream, dlatego zabiłam jej matkę. Ten koszmar podsunął mi pewien pomysł...
***Jakiś czas później***
Wzięłam moją broń z miejsca ostatniego morderstwa. Było to zamordowanie Gwiazdy. Szybko podeszłam do miejsca, gdzie ostatnio leżała Mondream i jej głupi i wkurzający syn. Jej nie wkurzał. Tylko mnie. Miałam szczęście, bo akurat Zee sobie poszedł, a Mondream poszła napić się z jeziora Chirgis. Tak przynajmniej pokazywały ślady... Bez namysłu poszłam za śladami z bronią w pysku. Wyskoczyłam z krzaków, W ostatniej chwili zauważyłam, że tam wcale nie ma Mondream, tylko Lea. Nie zdążyłam nic zrobić. Wbiłam jej nóż w plecy. Ale tak dosłownie. Mondream była w krzakach. Ugryzła mnie w nogę. Wyjęłam szybko nóż. Dostała w pysk. Nie była to poważna rana. Ona dalej próbowała coś zrobić, ale była w pułapce. Szybko odcięłam jej ucho. Rozejrzała się. Pewnie przy okazji dostała w oko... Następnym razem dostała już w zamierzone miejsce - szyję. Bardzo się zmęczyłam. Miałam dość walk na dziś. Nagle usłyszałam szelest krzaków. Jakby ktoś tam był...
<Miv? Hie hie, w nocy=złej jakości>
24.03.2019
Od Kasji ,,Cztery Ofiary"
Piłam wodę z jeziora. Przy mnie stała Gwiazda. Popchnęła mnie, kiedy przełykałam wodę. Zakrztusiłam się.
- Witaj, Kasja - powiedziała głosem poety.
- kaszlu... kaszlu... - dostała w odpowiedzi. Byłam na nią wkurzona. Zaśmiała się. Blisko stała Vivian. Także się zaśmiała. Z twarzą rasowego zabójcy odeszłam od Jeziora Chirgis.
- Och! Kasja, przepraszam cię... - powiedziała któraś z klaczy. Ja jednak nie zwracałam na to uwagi. Miałam coś do zrobienia. Podsunęły mi plan, który od razu poprawił mi humor. Musiałam tylko pójść do mojej bazy.
*** Trochę później ***
Wzięłam potrzebne rzeczy z bazy i poszłam nad jezioro. Klaczy już tam nie było. Była tylko cisza. Nagle przede mną przebiegła Olimpia, ocierając się o moją broń. Upadła na ziemię. Nie zauważyła mnie. W pobliżu nie było nikogo. Ani jednej żywej duszy. Uciekłam. Znalazłam wtedy Gwiazdę i Vivian. Miały szczęście, ponieważ chodziła przy nich Mint. Nie miałam powodu, by zabijać Mint.
*** Jakiś czas później ***
Olimpia, jak się okazało została bardzo ciężko ranna. Przecięłam jej trochę... wolę nie mówić co, ponieważ dostaniecie mdłości. W końcu zabiłam Gwiazdę, ale Vivian nie mogłam znaleźć. Poszłam więc z powrotem do jeziora, gdy nagle usłyszałam szelest krzaków. To był Cardiano.
- Nie wiesz może... gdzie jest... Vivian? - spytałam.
- Tak, wiem. Poszła do Shiregta. Myślę, że teraz poszła coś zjeść. - odpowiedział Cardiano.
- Dzięki - powiedziałam, po czym pobiegłam do pobliskiego lasu. Tam Vivian często chodziła coś przekąsić. Znalazłam ją. Jadła w spokoju jagody. Podeszłam do niej, po czym sobie przypomniałam, że zostawiłam mą broń na miejscu zabicia Gwiazdy. Jednak nie miałam za wiele czasu, by tam wracać. Rzuciłam się na nią, i przycisnęłam tak do ziemi, że przestała oddychać. Uciekłam do stada.
CDN.
- Witaj, Kasja - powiedziała głosem poety.
- kaszlu... kaszlu... - dostała w odpowiedzi. Byłam na nią wkurzona. Zaśmiała się. Blisko stała Vivian. Także się zaśmiała. Z twarzą rasowego zabójcy odeszłam od Jeziora Chirgis.
- Och! Kasja, przepraszam cię... - powiedziała któraś z klaczy. Ja jednak nie zwracałam na to uwagi. Miałam coś do zrobienia. Podsunęły mi plan, który od razu poprawił mi humor. Musiałam tylko pójść do mojej bazy.
*** Trochę później ***
Wzięłam potrzebne rzeczy z bazy i poszłam nad jezioro. Klaczy już tam nie było. Była tylko cisza. Nagle przede mną przebiegła Olimpia, ocierając się o moją broń. Upadła na ziemię. Nie zauważyła mnie. W pobliżu nie było nikogo. Ani jednej żywej duszy. Uciekłam. Znalazłam wtedy Gwiazdę i Vivian. Miały szczęście, ponieważ chodziła przy nich Mint. Nie miałam powodu, by zabijać Mint.
*** Jakiś czas później ***
Olimpia, jak się okazało została bardzo ciężko ranna. Przecięłam jej trochę... wolę nie mówić co, ponieważ dostaniecie mdłości. W końcu zabiłam Gwiazdę, ale Vivian nie mogłam znaleźć. Poszłam więc z powrotem do jeziora, gdy nagle usłyszałam szelest krzaków. To był Cardiano.
- Nie wiesz może... gdzie jest... Vivian? - spytałam.
- Tak, wiem. Poszła do Shiregta. Myślę, że teraz poszła coś zjeść. - odpowiedział Cardiano.
- Dzięki - powiedziałam, po czym pobiegłam do pobliskiego lasu. Tam Vivian często chodziła coś przekąsić. Znalazłam ją. Jadła w spokoju jagody. Podeszłam do niej, po czym sobie przypomniałam, że zostawiłam mą broń na miejscu zabicia Gwiazdy. Jednak nie miałam za wiele czasu, by tam wracać. Rzuciłam się na nią, i przycisnęłam tak do ziemi, że przestała oddychać. Uciekłam do stada.
CDN.
25.02.2019
Od Kasji do Risy ,,Skała ratująca sytuację"
- Risa! Szybko! Biegnij do stada! Zawołaj pomoc i wróć! - krzyknęłam w stronę Risy przejęta - Migiem! Już! - po tych słowach Risa biegła już poprzez zawiłe ścieżki. ,,Pewnie się zmęczyła..." pomyślałam.
- A...A co ze mną!? - krzyczała z dołu Virginia.
- Za chwilę będziesz tu, na górze. Risa pobiegła po pomoc, więc bądź jej wdzięczna! - dostała w odpowiedzi klacz. Zauważyłam tam krzaczek z liśćmi, a przy sobie miałam taki sam. Skosztowałam jednego z soczystych liści. Były smaczne. Nie wiedziałam, czy nie zatrują Virginii, a co gorsza mnie. Jednak, przypomniałam sobie pewne szpiegowskie zebranie, ale to inna historia. Podczas tego zebrania po prostu uczyliśmy się odróżnić trujące od nietoksycznego. Z moich badań smaku tego liścia wiedziałam, że nie jest szkodliwy.
- Jeśli zgłodniałaś, zjedz trochę tych liści - powiedziałam do Virginii, pokazując na krzak. W tym momencie przyszła Risa z innymi końmi. Byłyśmy całkowicie gotowe do działania, gdy nagle...
- Jak zamierzamy ją wyciągnąć? - spytał jeden koń.
- No...miałam nadzieję, że macie jakiś plan... - otrzymali odpowiedź. Wszyscy uciszyli się. Nagle zauważyłam coś w tej sprawie bardzo przydatnego.
- Czy te liany się przydadzą? - spytałam.
- Tak, gdyby było miejsce na zaczepienie tej rośliny - odpowiedział jeden z koni.
- A może...Ta skała obok urwiska? A może raczej miejsca zdarzenia? - powiedział drugi z uśmiechem.
<Risa? Sorry za długie czekanie na ten odpisik...>
- A...A co ze mną!? - krzyczała z dołu Virginia.
- Za chwilę będziesz tu, na górze. Risa pobiegła po pomoc, więc bądź jej wdzięczna! - dostała w odpowiedzi klacz. Zauważyłam tam krzaczek z liśćmi, a przy sobie miałam taki sam. Skosztowałam jednego z soczystych liści. Były smaczne. Nie wiedziałam, czy nie zatrują Virginii, a co gorsza mnie. Jednak, przypomniałam sobie pewne szpiegowskie zebranie, ale to inna historia. Podczas tego zebrania po prostu uczyliśmy się odróżnić trujące od nietoksycznego. Z moich badań smaku tego liścia wiedziałam, że nie jest szkodliwy.
- Jeśli zgłodniałaś, zjedz trochę tych liści - powiedziałam do Virginii, pokazując na krzak. W tym momencie przyszła Risa z innymi końmi. Byłyśmy całkowicie gotowe do działania, gdy nagle...
- Jak zamierzamy ją wyciągnąć? - spytał jeden koń.
- No...miałam nadzieję, że macie jakiś plan... - otrzymali odpowiedź. Wszyscy uciszyli się. Nagle zauważyłam coś w tej sprawie bardzo przydatnego.
- Czy te liany się przydadzą? - spytałam.
- Tak, gdyby było miejsce na zaczepienie tej rośliny - odpowiedział jeden z koni.
- A może...Ta skała obok urwiska? A może raczej miejsca zdarzenia? - powiedział drugi z uśmiechem.
<Risa? Sorry za długie czekanie na ten odpisik...>
3.01.2019
Od Kasji do Risy ,,Pierwsza lekcja spadania"
- No dobrze, ale czy nic wam się nie stanie? - spytałam.
- Nic! Znamy się na rzeczy. - odpowiedziały klaczki.
- A więc, nauczymy się teraz... - zaczęłam mówić, ale Risa przerwała mi z dziwną miną.
- Jasne, że musimy się czegoś nauczyć! - powiedziała Virginia. A więc zaczęłam cofać się.
- A wieci,e co to unik? Wiecie, czym kończy się walka? Wiecie, że to trudne? Nie radziłabym wam być mordercami, bo taki morderca umiera szybciej niż normalny koń! - powiedziałam tajemniczo. Virginia wyglądała na zamotaną.
- Właśnie... - zaczęłam mówić.
- Wiemy, co to unik, wiemy co to strach, czym kończy się walka, i że to...łatwe. - odpowiedziała Risa pewnym siebie głosem.
- To jaki temat wybieracie? - spytałam. Nie chciałam im mówić, że to trudne jak na tak jeszcze małe źrebaki.
- Walkę! - krzyknęła Virginia.
- Naukę! - krzyknęła Risa.
- To co w końcu? - zapytałam wkurzona już kłótnią dwóch sióstr o byle co. Trochę jeszcze mnie powkurzały innymi bzdurami i niepotrzebnymi sprawami, aż w końcu nie wytrzymałam, i...
- Spokój! - krzyknęłam na cały las. Klaczki natychmiast się uspokoiły. Stanęły prosto, i czekały na polecenia.
- Ech...widzicie tamte ruiny? Tam nauczymy się uciekania w bardzo stromych miejscach. - powiedziałam im. Obie ruchem głowy oznaczyły, że mówią ,,tak". Nie zauważyłam jednak, że przy ruinach jest zbocze, i można spaść tam, gdzie nie można się wspiąć.
<Risa? Wiedz, że Kasja źrebów nie zabije, jeżeli o to ci chodziło. Virginia ma spaść!>
- Nic! Znamy się na rzeczy. - odpowiedziały klaczki.
- A więc, nauczymy się teraz... - zaczęłam mówić, ale Risa przerwała mi z dziwną miną.
- Jasne, że musimy się czegoś nauczyć! - powiedziała Virginia. A więc zaczęłam cofać się.
- A wieci,e co to unik? Wiecie, czym kończy się walka? Wiecie, że to trudne? Nie radziłabym wam być mordercami, bo taki morderca umiera szybciej niż normalny koń! - powiedziałam tajemniczo. Virginia wyglądała na zamotaną.
- Właśnie... - zaczęłam mówić.
- Wiemy, co to unik, wiemy co to strach, czym kończy się walka, i że to...łatwe. - odpowiedziała Risa pewnym siebie głosem.
- To jaki temat wybieracie? - spytałam. Nie chciałam im mówić, że to trudne jak na tak jeszcze małe źrebaki.
- Walkę! - krzyknęła Virginia.
- Naukę! - krzyknęła Risa.
- To co w końcu? - zapytałam wkurzona już kłótnią dwóch sióstr o byle co. Trochę jeszcze mnie powkurzały innymi bzdurami i niepotrzebnymi sprawami, aż w końcu nie wytrzymałam, i...
- Spokój! - krzyknęłam na cały las. Klaczki natychmiast się uspokoiły. Stanęły prosto, i czekały na polecenia.
- Ech...widzicie tamte ruiny? Tam nauczymy się uciekania w bardzo stromych miejscach. - powiedziałam im. Obie ruchem głowy oznaczyły, że mówią ,,tak". Nie zauważyłam jednak, że przy ruinach jest zbocze, i można spaść tam, gdzie nie można się wspiąć.
<Risa? Wiedz, że Kasja źrebów nie zabije, jeżeli o to ci chodziło. Virginia ma spaść!>
2.01.2019
Od Kasji do Hypnosa ,,O czym ty myślałeś?"
Biegłam do ogiera jak najszybciej umiałam. Gdy dobiegłam, wyglądał dziwnie.
- Dobrze się czujesz? - spytałam go. Ogier opadł na ziemię. Nie doczekałam się odpowiedzi.
- Lepiej zabiorę cię do medyka. - powiedziałam, po czym pomogłam mu wstać. Było trudno, ale po chwili już szliśmy do medyka. Nie chciałam już go męczyć galopem.
- A tak przy okazji...Dzięki za ratunek, ale dałabym radę... - powiedziałam.
- Ale...nawet mnie zraniły... - powiedział ogier zdziwionym głosem. Popchnęłam go w lewo, by skręcił.
- Jeśli mam przyjaciółkę wilczycę, to nic mi się nie stanie. Z resztą... - mówiłam, ale ogier przerwał.
- Na prawdę przyjaźnisz się z wilkiem? To czego się cofałaś? - zaczynał dopytywać ogier. Trochę mnie tym zirytował.
- Cofałam się, by zaplanować strategię. - zaczynałam tłumaczyć. Ogier wyraźnie się zdziwił i zaczął się interesować.
- Ta... o tym nie pomyślałem... - zaczął tłumaczyć ogier - w ogóle to jak się zwiesz?
- Kasja - powiedziałam z lekkim uśmiechem - a ty?
- Hypnos. Nie jestem długo w stadzie, ale nie chciałem patrzeć jak ktoś umiera -. I tak zaczęliśmy rozmowę. Gdy byliśmy już na terenie stada, rozmowa się skończyła. Hypnos poszedł do medyczki o imieniu Mondream, a ja go odwiedzałam. To był mój obowiązek codzienny, ponieważ to przeze mnie tam trafił. Ja i Hypnos zostaliśmy przyjaciółmi, a Mondream chyba się zakochała...
<Hypnos? O czym ty myślałeś! Kasja nie jest głupia, obmyśli każdą strategię!>
- Dobrze się czujesz? - spytałam go. Ogier opadł na ziemię. Nie doczekałam się odpowiedzi.
- Lepiej zabiorę cię do medyka. - powiedziałam, po czym pomogłam mu wstać. Było trudno, ale po chwili już szliśmy do medyka. Nie chciałam już go męczyć galopem.
- A tak przy okazji...Dzięki za ratunek, ale dałabym radę... - powiedziałam.
- Ale...nawet mnie zraniły... - powiedział ogier zdziwionym głosem. Popchnęłam go w lewo, by skręcił.
- Jeśli mam przyjaciółkę wilczycę, to nic mi się nie stanie. Z resztą... - mówiłam, ale ogier przerwał.
- Na prawdę przyjaźnisz się z wilkiem? To czego się cofałaś? - zaczynał dopytywać ogier. Trochę mnie tym zirytował.
- Cofałam się, by zaplanować strategię. - zaczynałam tłumaczyć. Ogier wyraźnie się zdziwił i zaczął się interesować.
- Ta... o tym nie pomyślałem... - zaczął tłumaczyć ogier - w ogóle to jak się zwiesz?
- Kasja - powiedziałam z lekkim uśmiechem - a ty?
- Hypnos. Nie jestem długo w stadzie, ale nie chciałem patrzeć jak ktoś umiera -. I tak zaczęliśmy rozmowę. Gdy byliśmy już na terenie stada, rozmowa się skończyła. Hypnos poszedł do medyczki o imieniu Mondream, a ja go odwiedzałam. To był mój obowiązek codzienny, ponieważ to przeze mnie tam trafił. Ja i Hypnos zostaliśmy przyjaciółmi, a Mondream chyba się zakochała...
<Hypnos? O czym ty myślałeś! Kasja nie jest głupia, obmyśli każdą strategię!>
29.12.2018
Od Kasji ,,Zły wybór!"
Weszłam do tego lasu, gdzie mam kryjówkę. Akurat przechodziła tu znajoma klacz. Mefira, matka Mondream. Nagle bardzo dziwnie się poczułam i miałam chęć ją zabić! Zamordować! Uśmiech zabójcy wzrastał. Pobiegłam przez las do kryjówki po nóż. Tak więc, gdy byłam w kryjówce, Mefira właśnie była pośrodku lasu idąc powolusiu do przodu. Ja w tym czasie już biegłam w jej stronę, w krzakach, z nożem w pysku. Gdy zaczęłam się zbliżać w jej stronę, byłam cichutka jak motylek. Nagle wyskoczyłam na nią z krzaków. Miałam pecha, bo słyszałam z dala jak ktoś pędzi w naszą stronę - stronę mnie i krwawiącej Mefiry. Uciekałam ile sił w kopytach w stronę kryjówki. Zauważyłam tylko sylwetkę Mondream, która zatrzymała się przy ciele popłakując. Odwróciłam się. Biegłam do kryjówki nie zważając na to, że ktoś mnie goni, nawet nie spojrzałam. To był bardzo zły pomysł. Gdy byłam na miejscu, odłożyłam nóż, po czym poszłam do moich ulubionych krzaków, by pójść do stada, aby nie wzbudzać podejrzeń w sprawach zabójstw. Dwóch zabójstw. Zabójstwa Marabell, matki Mivany i Mefiry, matki Mondream. Poczułam się trochę lepiej, lecz byłam smutna z powodu tych ,,dwóch" bardzo smutnych zabójstw. Tak więc poszłam do źrebaków, ponieważ czekały na naukę. Pouczyłam je, a po tym spytałam się Shiregta, czy nie trzeba szpiegować. Nie było to jednak potrzebne. Zaczęłam więc ,,pisać" kronikę klanu. Dużo było do roboty, bo w końcu mamy ponad 35 członków!
CDN
CDN
29.12.2018
Od Kasji do Risy ,,Może coś porobimy?"
Szłam sobie na spacer, a gdy już trochę odeszłam od swojej kryjówki, bo chciałam coś wziąć, usłyszałam dwa głosy. A więc zaczęłam podchodzić do tych głosów, i podsłuchiwać je. Tak więc...
- Virginia, ty jesteś genialna! - zawołał pierwszy odgłos.
- Wiem o tym - odparł drugi głos. Po jakimś czasie oba głosy zaczęły się zbliżać do lasu. Zaczęłam się cofać, ale tak, by żaden z posiadaczy tych odgłosów mnie nie usłyszał. Później usłyszałam, jak któryś z posiadaczy głosów, które słyszałam, potyka się o korzeń.
- Matko! Jaki idiota wymyślił korzenie?! - krzyknął jeden z posiadaczy głosów.
- Pewnie jakiś skończony debil. - odparł niemiło drugi.
A więc zaczęłam się zbliżać i...
- Proszę, proszę, a kogóż my tu mamy? - powiedziałam do dwóch klaczek. Jedna się rozejrzała.
- Kim jesteś? - spytała ta, która się rozglądała.
- Może najpierw to wy odpowiecie mi na to pytanie? Kim jesteście? Chociaż...to nie jest w obecnej sytuacji aż tak ważne. - odparłam.
- J...j... ja jestem... Risa... a to jest moja siostra... Vir... Virginia... - powiedziała Risa nieco przerażonym głosem.
- Ja jestem Kasja - powiedziałam głosem mrożącym krew w żyłach. Risa i Virginia trochę się mnie bały, ale nie na tyle, by zwiały.
- Może coś porobimy? - spytałam je.
- No nie wiem... mo... - chciała powiedzieć Risa, ale Virginia jej przerwała, i powiedziała jej coś na ucho.
<Risa? Napisz w opku co ty tam usłyszałaś!>
- Virginia, ty jesteś genialna! - zawołał pierwszy odgłos.
- Wiem o tym - odparł drugi głos. Po jakimś czasie oba głosy zaczęły się zbliżać do lasu. Zaczęłam się cofać, ale tak, by żaden z posiadaczy tych odgłosów mnie nie usłyszał. Później usłyszałam, jak któryś z posiadaczy głosów, które słyszałam, potyka się o korzeń.
- Matko! Jaki idiota wymyślił korzenie?! - krzyknął jeden z posiadaczy głosów.
- Pewnie jakiś skończony debil. - odparł niemiło drugi.
A więc zaczęłam się zbliżać i...
- Proszę, proszę, a kogóż my tu mamy? - powiedziałam do dwóch klaczek. Jedna się rozejrzała.
- Kim jesteś? - spytała ta, która się rozglądała.
- Może najpierw to wy odpowiecie mi na to pytanie? Kim jesteście? Chociaż...to nie jest w obecnej sytuacji aż tak ważne. - odparłam.
- J...j... ja jestem... Risa... a to jest moja siostra... Vir... Virginia... - powiedziała Risa nieco przerażonym głosem.
- Ja jestem Kasja - powiedziałam głosem mrożącym krew w żyłach. Risa i Virginia trochę się mnie bały, ale nie na tyle, by zwiały.
- Może coś porobimy? - spytałam je.
- No nie wiem... mo... - chciała powiedzieć Risa, ale Virginia jej przerwała, i powiedziała jej coś na ucho.
<Risa? Napisz w opku co ty tam usłyszałaś!>
27.12.2018
Od Kasji ,,Tajemnica #4"
Obudziłam się wcześniej niż zwykle. Pomyślałam sobie, że pójdę na spacer. Poszłam lasem, ponieważ chciałam przy okazji zjeść coś na śniadanie. Gdy sobie tak jadłam, nagle usłyszałam dziwne odgłosy. Jakby wilki. Dwa wilki. Walczące ze sobą wilki. Po chwili z pobliskich krzaków, jakieś kilka kroków stąd, wybiegł wilk. Znajomy mi wilk. To była...
- Tajemnica! Co się dzieje!? - wykrzyknęłam.
- Kasja!? Uciekaj! - krzyknęła do mnie. Nie rozumiałam, dlaczego. Po chwili z krzaków wyłonił się jeszcze jeden, nieznajomy mi wilk. Zaczęłam rozumieć, dlaczego Tajemnica mnie odganiała. Uciekałam ile sił w kopytach, a Tajemnica próbowała odgonić ode mnie tego wilka. Niestety, Tajemnica została skrzywdzona, ale nie umarła. Drugi wilk odpuścił, ale...
- Zobaczymy, co zrobisz, gdy spotkamy się jutro! - groził mi tenże osobnik. Gdy przyszłam do stada, wszyscy już się obudzili, oprócz Alifiego, który zawsze śpi dłużej, ponieważ jest źrebakiem. Poszłam do Shiregta, by natychmiast zmienił teren stada, ponieważ w pobliżu grasuje dużo wilków, bo po drodze słyszałam więcej odgłosów wskazujących na to, że jest ich więcej. Shiregt powiedział, że nie wierzy mi, lecz nagle z lasu, jak na zawołanie, słychać było wycie wilka. Tak więc Shiregt powiedział to całemu stadu, po czym wyruszyliśmy w drogę. Oczywiście obudziliśmy Alfiego, choć trochę to trwało - nie powiem, że nie.
CDN.
- Tajemnica! Co się dzieje!? - wykrzyknęłam.
- Kasja!? Uciekaj! - krzyknęła do mnie. Nie rozumiałam, dlaczego. Po chwili z krzaków wyłonił się jeszcze jeden, nieznajomy mi wilk. Zaczęłam rozumieć, dlaczego Tajemnica mnie odganiała. Uciekałam ile sił w kopytach, a Tajemnica próbowała odgonić ode mnie tego wilka. Niestety, Tajemnica została skrzywdzona, ale nie umarła. Drugi wilk odpuścił, ale...
- Zobaczymy, co zrobisz, gdy spotkamy się jutro! - groził mi tenże osobnik. Gdy przyszłam do stada, wszyscy już się obudzili, oprócz Alifiego, który zawsze śpi dłużej, ponieważ jest źrebakiem. Poszłam do Shiregta, by natychmiast zmienił teren stada, ponieważ w pobliżu grasuje dużo wilków, bo po drodze słyszałam więcej odgłosów wskazujących na to, że jest ich więcej. Shiregt powiedział, że nie wierzy mi, lecz nagle z lasu, jak na zawołanie, słychać było wycie wilka. Tak więc Shiregt powiedział to całemu stadu, po czym wyruszyliśmy w drogę. Oczywiście obudziliśmy Alfiego, choć trochę to trwało - nie powiem, że nie.
CDN.
1.11.2018
Od Kasji do Mivany ,,Dziwny wstrząs emocji"
Tylko żeby nic nikomu nie powiedziała... Powiedziałam sobie w
myślach. Bałam się trochę. Pobiegłam do stada. Gdy nie weszłam jeszcze
na nasz teren, usłyszałam cichy odgłos.
- Co jest naszą misją?- powiedział głos jakiegoś na pewno młodszego ode mnie członka.
- Kasja jest podejrzana o morder…- mówił głosik, ale nagle zaczął się jąkać, a po chwili płakać. Wyjrzałam trochę zza krzaków w których byłam. Nie było to głośne. Zauważyłam, że to Mivana, która gada z innymi jej koleżkami. Schowałam się w ostatniej chwili, bo ktoś zaczął odwracać głowę w moją stronę.
- Ktoś nas podsłuchuje- powiedział ktoś z zebranych. To był chyba Karny.
-Masz rację- powiedział zapłakany głos Mivany. Zaczęłam uciekać. Uciekałam w stronę mojej kryjówki. Na szczęście nikt nie zauważył, że biegnę w tamtą stronę. Jednak, i tak byłam gotowa na to, że Mivana zapamiętała drogę do mojej kryjówki. Na wszelki wypadek zagrodziłam drogę drewnem, i postawiłam za nim trup Marabell. Wzięłam ze swojej nory wszystkie rzeczy, nawet kości i inne pozostałości, które były tam nawet przed odkryciem nory, i poszłam w dalszy ciąg lasu. Tam, gdzie doszłam (było to daleko od stada, lecz nie za daleko, bym się zgubiła) znalazłam dołek. Weszłam do niego, i znalazłam korytarz. To była dobra kryjówka. Zrobiłam mapę, by wiedzieć, gdzie jest ta moja dziura, i wróciłam do stada, z mapą oczywiście. Schowałam ją w znalezioną po drodze torbę, i poszłam dalej. Droga była ze skał, zrobiona przez ludzi, więc śladów nie było.
<Mivana? długo czekałaś, wiem.>
- Co jest naszą misją?- powiedział głos jakiegoś na pewno młodszego ode mnie członka.
- Kasja jest podejrzana o morder…- mówił głosik, ale nagle zaczął się jąkać, a po chwili płakać. Wyjrzałam trochę zza krzaków w których byłam. Nie było to głośne. Zauważyłam, że to Mivana, która gada z innymi jej koleżkami. Schowałam się w ostatniej chwili, bo ktoś zaczął odwracać głowę w moją stronę.
- Ktoś nas podsłuchuje- powiedział ktoś z zebranych. To był chyba Karny.
-Masz rację- powiedział zapłakany głos Mivany. Zaczęłam uciekać. Uciekałam w stronę mojej kryjówki. Na szczęście nikt nie zauważył, że biegnę w tamtą stronę. Jednak, i tak byłam gotowa na to, że Mivana zapamiętała drogę do mojej kryjówki. Na wszelki wypadek zagrodziłam drogę drewnem, i postawiłam za nim trup Marabell. Wzięłam ze swojej nory wszystkie rzeczy, nawet kości i inne pozostałości, które były tam nawet przed odkryciem nory, i poszłam w dalszy ciąg lasu. Tam, gdzie doszłam (było to daleko od stada, lecz nie za daleko, bym się zgubiła) znalazłam dołek. Weszłam do niego, i znalazłam korytarz. To była dobra kryjówka. Zrobiłam mapę, by wiedzieć, gdzie jest ta moja dziura, i wróciłam do stada, z mapą oczywiście. Schowałam ją w znalezioną po drodze torbę, i poszłam dalej. Droga była ze skał, zrobiona przez ludzi, więc śladów nie było.
<Mivana? długo czekałaś, wiem.>
10.08.2018
Od Kasji do Mivany ,,Niewidziane morderstwo"
Pewnego razu poszłam do lasu na spacer. Znalazłam skałę wielkości słonia. Okazało się, że to jaskinia.
- Halo, czy ktoś tu jest? - spytałam troszeczkę przerażona akcją. Odpowiedziała mi cisza. Nagle usłyszałam pisk.
- HALO! - krzyknęła postać. To był źrebak. Zaplątał się w pnącza lian, z których pomału zaczęły wynurzać się kolce, i wbijać w ciało źrebaka. Przeszedł mnie dreszcz. Nagle zapatrzyłam się na kości koni i innych zwierząt. Przez ten czas maszyna się zepsuła. Źrebak przeżył. Liany zaczęły oplątywać mnie. Nagle zaczęłam czuć się dziwnie. Kiedy liany oplotły mnie całą, uścisk się rozluźnił, a ja stałam się cała czarna, a oczy świeciły się na czerwono. Gdy wyszłam z jaskini stałam się normalna z wyglądu, ale nie z charakteru. Pobiegłam do stada, by nie straszyć niepowrotem innych koni. Rozmyślałam o tym kogo zabić. Marabell akurat szła na spacer. Od razu wiedziałam, kogo zabić. Przecież tak się nie lubiłyśmy! Rozmyślałam nad pułapkami.
- A może podpalić las? - spytałam się samą.
- To dobry pomysł - powiedział ktoś w moich myślach. Odskoczyłam. Jednak nic nie zrobiłam.
- Myśl o drzewach, i tupnij mocno w ziemię - powiedział głos w mojej głowie. Tupnęłam, myśląc o podpaleniu drzew.
- No, no! Tak nawet lepiej - mówił głos. - szybko się uczysz - po chwili na glebie ukazało się z koło koloru ognia. Szare kreski jak dym ciągnęły się do drzew. Nikt ze stada nie był tak blisko lasu, by to widzieć. Miałam szczęście. Po chwili las zaczął się palić. Marabell przybiegła by ostrzec stado, a ja pobiegłam do kryjówki. Gdy pożar przyszedł w strony gdzie była osłabiona Marabell, był czas. Akurat popychała Mivane, by uciekała. Kopnęłam w tak stare drzewo, że wywaliło się od razu. Potem czekałam, aż Marabell straci nadzieje, a Mivana odejdzie. Wzięłam ze sobą miecz, który był w mojej kryjówce. Zamordowałam Marabell.
<Mivana?>
- Halo, czy ktoś tu jest? - spytałam troszeczkę przerażona akcją. Odpowiedziała mi cisza. Nagle usłyszałam pisk.
- HALO! - krzyknęła postać. To był źrebak. Zaplątał się w pnącza lian, z których pomału zaczęły wynurzać się kolce, i wbijać w ciało źrebaka. Przeszedł mnie dreszcz. Nagle zapatrzyłam się na kości koni i innych zwierząt. Przez ten czas maszyna się zepsuła. Źrebak przeżył. Liany zaczęły oplątywać mnie. Nagle zaczęłam czuć się dziwnie. Kiedy liany oplotły mnie całą, uścisk się rozluźnił, a ja stałam się cała czarna, a oczy świeciły się na czerwono. Gdy wyszłam z jaskini stałam się normalna z wyglądu, ale nie z charakteru. Pobiegłam do stada, by nie straszyć niepowrotem innych koni. Rozmyślałam o tym kogo zabić. Marabell akurat szła na spacer. Od razu wiedziałam, kogo zabić. Przecież tak się nie lubiłyśmy! Rozmyślałam nad pułapkami.
- A może podpalić las? - spytałam się samą.
- To dobry pomysł - powiedział ktoś w moich myślach. Odskoczyłam. Jednak nic nie zrobiłam.
- Myśl o drzewach, i tupnij mocno w ziemię - powiedział głos w mojej głowie. Tupnęłam, myśląc o podpaleniu drzew.
- No, no! Tak nawet lepiej - mówił głos. - szybko się uczysz - po chwili na glebie ukazało się z koło koloru ognia. Szare kreski jak dym ciągnęły się do drzew. Nikt ze stada nie był tak blisko lasu, by to widzieć. Miałam szczęście. Po chwili las zaczął się palić. Marabell przybiegła by ostrzec stado, a ja pobiegłam do kryjówki. Gdy pożar przyszedł w strony gdzie była osłabiona Marabell, był czas. Akurat popychała Mivane, by uciekała. Kopnęłam w tak stare drzewo, że wywaliło się od razu. Potem czekałam, aż Marabell straci nadzieje, a Mivana odejdzie. Wzięłam ze sobą miecz, który był w mojej kryjówce. Zamordowałam Marabell.
<Mivana?>
24.07.2018
Od Kasji ,,Tajemnica" Cz. 3 Misja #9
Stado wyrusza właśnie na mini-wędrówkę! Dokładniej, idzie na odległe o
około dwa kilometry od bazy żyźniejsze tereny. Byłam już przygotowana
do drogi, a tu nagle z całkiem bliska usłyszałam wołanie o pomoc.
Niemalże bez zastanowienia zawróciłam w tamtą stronę. Po trochę dłuższym
czasie, niż przewidywałam, znalazłam obcego konia którego noga była
uwięziona we wnykach. Do pomocy potrzebował pary kopyt, czyli jednego
konia. Było to proste i niepokojące. Po pomocy zawołał kogoś, wyciem. Z
początku myślałam, że woła stado, żebym się przedstawiła, ale po chwili z
krzaków coś wychodziło i przy tym krzaku był cień wilka.
-Czy to ty, Tajemnico?- spytałam. Jednak z krzaków wyłonił się warczący wilk, ani tyci podobny do Tajemnicy.
-Arty (czytaj: Arti), to dzisiejsze jedzenie!- powiedział koń. Z krzaków obok mnie też po chwili słychać było odgłosy.
- Oooooooo… nie, nie, nie!- odpowiedziałam.
- A co mi zrobisz, nędzna klaczko?- odezwał się wilk.
-Tak? walka!- krzyknęłam. Po chwili zaczęłam żałować, bo z krzaków za mną zaczął się wyłaniać drugi wilk i...
-Zostaw ją ojcze! To moja najlepsza przyjaciółka!- krzyknęła TAJEMNICA, przytulając mnie mocno. - Jak chcesz zjeść ją, pierwsza ja!- kontynuowała.
- Kto to jest, Arty?- spytał ogier.
- To moja córka, i niby jej przyjaciółka- szepnął Arty. - Nie mogę jej zjeść.
- Ach... kiedy się nauczysz! Taki jest rozkaz! Zgładzić wszystkie zwierzęta!-
- Ale to moja córka!-
- KAŻDEGO!-
- Grrrrrr…- warkną Arty i poszedł z powrotem do krzaków.
- Z Arty'm, czy bez i tak jestem lepszy od ciebie, i tej twojej głupiej wręcz wilczycy!- powiedział - i tak przy okazji... jestem Atom Bomb- powiedział ogier- A ty? Wydajesz mi się znajoma... Ka...-
- Kasja... - powiedziałam z przerażeniem.
- A to nie przypadkiem... hem… Klan Mroźnej Duszy!?- spytał.
- Tak..- dalej przerażona, ale powiedziałam.
- No tak... - ciągnął dalej ogier.
- Wygoniony... pozbawiony wiary w końskość! O to tam chodzi!-
- Wrócisz? Atom! Zioła to twoja specjalność! Nie mordowanie innych!- powiedziałam. Ogier nic nie mówił przez dłuższy czas.
- Nie jestem pewien, czy chcę...- powiedział- Nie zagonisz mnie tam!-
- Mamy marną zielarkę...-
- To ich kłopot, twój i mój nie-
- Jak to mój nie?-
- Zaraz zostaniesz zabita!- krzykną, i zaczął atakować, ale Tajemnica mnie osłaniała.
- To wasz koniec!!!- krzyczał Atom Bomb.
- Uciekaj!- krzyknęła Tajemnica i rzuciła się na Atoma. Jak uciekałam usłyszałam obrzydliwe chrupanie kości. Uciekłam z płaczem, bo Atom Bomb był moim kolegą...
- Gdzie byłaś?- spytał Bush Brave, a ja tylko uciekłam. W nocy miałam taki koszmar, że nasze stado zaatakowała Tajemnica, która dostała wścieklizny. Potem obudziłam szelestami całe stado, i siebie. Jednak nagle zauważyłam, że ucieka, i że to nie ja, tylko...
- Arty!- wykrzyknęłam. Stado nie zauważyło, że go znam. Mordercy wkroczyli do akcij, i go zabili. Po tym wszystkim przyszła do mnie Tajemnica.
- Przepraszam- powiedziałam z płaczem. Tajemnica szepnęła mi w ucho, że już się ze mną nie przyjaźni, ale nie zaatakuje Klanu Mroźnej Duszy.
-Czy to ty, Tajemnico?- spytałam. Jednak z krzaków wyłonił się warczący wilk, ani tyci podobny do Tajemnicy.
-Arty (czytaj: Arti), to dzisiejsze jedzenie!- powiedział koń. Z krzaków obok mnie też po chwili słychać było odgłosy.
- Oooooooo… nie, nie, nie!- odpowiedziałam.
- A co mi zrobisz, nędzna klaczko?- odezwał się wilk.
-Tak? walka!- krzyknęłam. Po chwili zaczęłam żałować, bo z krzaków za mną zaczął się wyłaniać drugi wilk i...
-Zostaw ją ojcze! To moja najlepsza przyjaciółka!- krzyknęła TAJEMNICA, przytulając mnie mocno. - Jak chcesz zjeść ją, pierwsza ja!- kontynuowała.
- Kto to jest, Arty?- spytał ogier.
- To moja córka, i niby jej przyjaciółka- szepnął Arty. - Nie mogę jej zjeść.
- Ach... kiedy się nauczysz! Taki jest rozkaz! Zgładzić wszystkie zwierzęta!-
- Ale to moja córka!-
- KAŻDEGO!-
- Grrrrrr…- warkną Arty i poszedł z powrotem do krzaków.
- Z Arty'm, czy bez i tak jestem lepszy od ciebie, i tej twojej głupiej wręcz wilczycy!- powiedział - i tak przy okazji... jestem Atom Bomb- powiedział ogier- A ty? Wydajesz mi się znajoma... Ka...-
- Kasja... - powiedziałam z przerażeniem.
- A to nie przypadkiem... hem… Klan Mroźnej Duszy!?- spytał.
- Tak..- dalej przerażona, ale powiedziałam.
- No tak... - ciągnął dalej ogier.
- Wygoniony... pozbawiony wiary w końskość! O to tam chodzi!-
- Wrócisz? Atom! Zioła to twoja specjalność! Nie mordowanie innych!- powiedziałam. Ogier nic nie mówił przez dłuższy czas.
- Nie jestem pewien, czy chcę...- powiedział- Nie zagonisz mnie tam!-
- Mamy marną zielarkę...-
- To ich kłopot, twój i mój nie-
- Jak to mój nie?-
- Zaraz zostaniesz zabita!- krzykną, i zaczął atakować, ale Tajemnica mnie osłaniała.
- To wasz koniec!!!- krzyczał Atom Bomb.
- Uciekaj!- krzyknęła Tajemnica i rzuciła się na Atoma. Jak uciekałam usłyszałam obrzydliwe chrupanie kości. Uciekłam z płaczem, bo Atom Bomb był moim kolegą...
- Gdzie byłaś?- spytał Bush Brave, a ja tylko uciekłam. W nocy miałam taki koszmar, że nasze stado zaatakowała Tajemnica, która dostała wścieklizny. Potem obudziłam szelestami całe stado, i siebie. Jednak nagle zauważyłam, że ucieka, i że to nie ja, tylko...
- Arty!- wykrzyknęłam. Stado nie zauważyło, że go znam. Mordercy wkroczyli do akcij, i go zabili. Po tym wszystkim przyszła do mnie Tajemnica.
- Przepraszam- powiedziałam z płaczem. Tajemnica szepnęła mi w ucho, że już się ze mną nie przyjaźni, ale nie zaatakuje Klanu Mroźnej Duszy.
Niestety, tym razem się nie udało, ale za następnym będzie lepiej!
6.07.2018
Od Kasji ,,Tajemnica" Cz. 2
-WILK! - krzyknęłam, i zaczęłam uciekać w stronę stada, jednak nie sama. Gonił mnie ten wilk. Nagle przemówił do mnie zwyczajnym głosem:
- Nie bój się! Ja nie jadam koniny! Konie koni nie jedzą, a ja jestem trochę krewna z koniem, bo mam jego głos! - Po prostu mu nie wierzyłam, choć się zatrzymałam.
- Jak to z koniem? - powiedziałam w końcu, ale dalej niezbyt pewna, czy ten wilk mówi prawdę. Na to wyglądało, bo nie rzucał się na mnie.
- Och, opowiedzieć ci to? O, a tak przy okazji, to mam na imię Tajemnica, a ty? - spytała mnie wilczyca, lecz nie wiedziałam, czy mam się jej przedstawić, jakoś się wypsnęło z pyska…
- Kasja. - powiedziałam. Skierowałam się w stronę głębin lasu.
- Czy ty chcesz tam iść, całkiem sama? Możesz nie dożyć jutrzejszego ranka! Tam jest pełno wilków, niespokrewnionych z koniem. - powiedziała.
- Muszę sprawdzić, jak się powiedzie wycieczka ze źrebaka… - nie zdążyłam odpowiedzieć, kiedy wilczyca zaczęła gadać o tym, że ma jutro wolny dzień, i może mi pomóc. Lecz ja jej tak nie do końca wierzyłam, że jest spokrewniona z koniem, choć mówiła z końskim akcentem, a tak jak na początku mówiła: ,,KOŃ KONIA NIGDY NIE ZJE". Może jednak okaże się dobra?
CDN
- Nie bój się! Ja nie jadam koniny! Konie koni nie jedzą, a ja jestem trochę krewna z koniem, bo mam jego głos! - Po prostu mu nie wierzyłam, choć się zatrzymałam.
- Jak to z koniem? - powiedziałam w końcu, ale dalej niezbyt pewna, czy ten wilk mówi prawdę. Na to wyglądało, bo nie rzucał się na mnie.
- Och, opowiedzieć ci to? O, a tak przy okazji, to mam na imię Tajemnica, a ty? - spytała mnie wilczyca, lecz nie wiedziałam, czy mam się jej przedstawić, jakoś się wypsnęło z pyska…
- Kasja. - powiedziałam. Skierowałam się w stronę głębin lasu.
- Czy ty chcesz tam iść, całkiem sama? Możesz nie dożyć jutrzejszego ranka! Tam jest pełno wilków, niespokrewnionych z koniem. - powiedziała.
- Muszę sprawdzić, jak się powiedzie wycieczka ze źrebaka… - nie zdążyłam odpowiedzieć, kiedy wilczyca zaczęła gadać o tym, że ma jutro wolny dzień, i może mi pomóc. Lecz ja jej tak nie do końca wierzyłam, że jest spokrewniona z koniem, choć mówiła z końskim akcentem, a tak jak na początku mówiła: ,,KOŃ KONIA NIGDY NIE ZJE". Może jednak okaże się dobra?
CDN
3.07.2018
Od Kasji ,,Tajemnica" Cz. 1
Pewnego, bardzo pięknego dnia postanowiłam zrobić źrebakom wycieczkę po lesie. Myślałam o tym, że te bardziej doświadczone z nich mogą pokazać wilkom lub innym stworzeniom na co je stać. Powiedziałam o tym Khonkhowi.
- Władco mój, czy mógłbyś pozwolić dzieciom iść na małą wycieczkę? - spytałam ogiera.
- Oczywiście! Niech młode nauczą się walki - odpowiedział mi na to. Potem wystarczyło ogłoszenie dzieciom wycieczki.
- Dzieci, niedługo będzie wycieczka do lasu. Może niektórzy zasłużą na pochwałę- powiedziałam, gdy lekcja walki zaczęła uczyć dzieci, jak zachować się w lesie, który jest pełen nieprzyjaznych stworzeń.
- To dlatego nas o lesie dziś pani uczyła? - spytało któreś ze źrebiąt. Nie wiedziałam już nawet które z nich to powiedziało, tyle mam tych uczniów, gotowych do nauki walki. Po tym wszystkim rodzice moich małych uczniów mieli zebranie. Na tym zebraniu, oczywiście, rozmawialiśmy o wycieczce. Wszyscy rodzice puścili je z rozumem, co mogło by się stać. Wiedzieli też, ze wszystkie źrebaczki chcą iść.
- Wszystkie mogą! - wykrzyknęli naraz wszyscy zebrani. W nocy te klacze i ogiery, które były na zebraniu, lub po prostu dostali wszystkie informacje o wycieczce, kręcili się całą noc. Przez to i ja nie mogłam spać. Zrobiłam sobie mały spacer po lesie, by wiedzieć, gdzie pójść z dziećmi, a nagle z krzaków wyłonił się...
CDN
- Władco mój, czy mógłbyś pozwolić dzieciom iść na małą wycieczkę? - spytałam ogiera.
- Oczywiście! Niech młode nauczą się walki - odpowiedział mi na to. Potem wystarczyło ogłoszenie dzieciom wycieczki.
- Dzieci, niedługo będzie wycieczka do lasu. Może niektórzy zasłużą na pochwałę- powiedziałam, gdy lekcja walki zaczęła uczyć dzieci, jak zachować się w lesie, który jest pełen nieprzyjaznych stworzeń.
- To dlatego nas o lesie dziś pani uczyła? - spytało któreś ze źrebiąt. Nie wiedziałam już nawet które z nich to powiedziało, tyle mam tych uczniów, gotowych do nauki walki. Po tym wszystkim rodzice moich małych uczniów mieli zebranie. Na tym zebraniu, oczywiście, rozmawialiśmy o wycieczce. Wszyscy rodzice puścili je z rozumem, co mogło by się stać. Wiedzieli też, ze wszystkie źrebaczki chcą iść.
- Wszystkie mogą! - wykrzyknęli naraz wszyscy zebrani. W nocy te klacze i ogiery, które były na zebraniu, lub po prostu dostali wszystkie informacje o wycieczce, kręcili się całą noc. Przez to i ja nie mogłam spać. Zrobiłam sobie mały spacer po lesie, by wiedzieć, gdzie pójść z dziećmi, a nagle z krzaków wyłonił się...
CDN
26.05.2018
Od Kasji do Mivany ,,Sen o nauce"
Dziś nudziło mi się, jak to zawsze, na początku dnia. Mikado i Marabell
właśnie szli z Mivaną. Marabell odeszła od klaczki i ogiera. Zobaczyła
mnie. Z początku myślałam, że klacz chce mi coś pokazać. Jednak, zaczęła
rozmawiać ze mną, czy Mivana może się ode mnie uczyć. Odpowiedź była
prosta!
- A czy Mivana nie jest na to za młoda?- powiedziałam.
- Ja w nią wieżę! Ona z pewnością się nadaje. - odpowiedziała po krótkim upływie czasu. Ja tylko spojrzałam zza głowy Marabell, by zobaczyć małą klaczkę.
- Nie jestem pe...- nie zdążyłam dokończyć, bo Marabell już musiała iść.
- No to do odpowiedzi!- zdążyła tylko powiedzieć, a raczej wykrzyknąć. Już po sekundzie zniknęła z Mikadem, a Mivana nie nadążała.
- Ach, te źrebaki. zawsze coś z nimi nie tak. - powiedziałam sobie szeptem. Gdy zaczynała się lekcja, zauważyłam Mivanę, Mikada i Marabell. Domyśliłam się, czego chcieli.
- Masz odpowiedź?- spytała.
- Niestety, ale...- powiedziałam, lecz zobaczyłam smutną minę Mivany.
- Tak, mam! Oczywiście, że może- odpowiedziałam z uśmiechem. Gdy to mówiłam, Mivana zaczęła się uśmiechać. Mivana doszła do grupy. Była bardzo szczęśliwa, że mogła dołączyć. Nagle Marabell zaczęła terroryzować całe miejsce do nauki! Powiedziała do mnie, żebym wstawała. Potem zbudziła się, bo wszyscy się obudzili, a potem prawie mnie zdeptała! Obudziłam się z wielkim krzykiem. Okazało się, że to był tylko zły sen. Nie wiem, jak ja mogłam w tym śnie pozwolić na to, by Mivana zaczęła się uczyć, i to nawet nie tylko przez to, że jest za mała! Nie pytałam się Khonkha ani nawet Yatgar!
<Mivana?>
- A czy Mivana nie jest na to za młoda?- powiedziałam.
- Ja w nią wieżę! Ona z pewnością się nadaje. - odpowiedziała po krótkim upływie czasu. Ja tylko spojrzałam zza głowy Marabell, by zobaczyć małą klaczkę.
- Nie jestem pe...- nie zdążyłam dokończyć, bo Marabell już musiała iść.
- No to do odpowiedzi!- zdążyła tylko powiedzieć, a raczej wykrzyknąć. Już po sekundzie zniknęła z Mikadem, a Mivana nie nadążała.
- Ach, te źrebaki. zawsze coś z nimi nie tak. - powiedziałam sobie szeptem. Gdy zaczynała się lekcja, zauważyłam Mivanę, Mikada i Marabell. Domyśliłam się, czego chcieli.
- Masz odpowiedź?- spytała.
- Niestety, ale...- powiedziałam, lecz zobaczyłam smutną minę Mivany.
- Tak, mam! Oczywiście, że może- odpowiedziałam z uśmiechem. Gdy to mówiłam, Mivana zaczęła się uśmiechać. Mivana doszła do grupy. Była bardzo szczęśliwa, że mogła dołączyć. Nagle Marabell zaczęła terroryzować całe miejsce do nauki! Powiedziała do mnie, żebym wstawała. Potem zbudziła się, bo wszyscy się obudzili, a potem prawie mnie zdeptała! Obudziłam się z wielkim krzykiem. Okazało się, że to był tylko zły sen. Nie wiem, jak ja mogłam w tym śnie pozwolić na to, by Mivana zaczęła się uczyć, i to nawet nie tylko przez to, że jest za mała! Nie pytałam się Khonkha ani nawet Yatgar!
<Mivana?>
29.03.2018
Od Kasji ,,Trening czyni mistrza" Seria treningowa #1 Siła fizyczna.
Tym razem młode poszły na spacer. Spytałam Khonkha, czy mam coś
szpiegować. Powiedział, że nie. Było więc mi nudno i nie miałam nic do
roboty. Wpadłam na pomysł, że może zrobię sobie trening. Uznałam, że to
dobry pomysł. Od razu zaczęłam myśleć, co by tu wytrenować. Pytanie niby
takie typowe i łatwe, ale odpowiedź trudna. Zabrałam się więc do siły
fizycznej. Mogłam wybrać inną, ale to mi się przyda. Zaczęłam nosić
skały, i to bardzo ciężkie okazy.P otem przyniosłam drewno. Było
leciutkie, ale dalej i tak trochę ciężkie. Nie dawałam i tak za wygraną.
Robiłam to od rana, do dwudziestej trzydzieści. Byłam trochę zmęczona,
ale dałam sobie radę. Gdy wybiła dwudziesta pierwsza dziesięć, dalej
przenosiłam ciężkie towary na moich plecach. Nie wytrzymałam dosyć
długo, ale i tak byłam jakby silniejsza. Przynajmniej tak mi się
wydawało. Był tylko jeden sposób, by się o tym przekonać. Sprawdzić to,
zanim będę jeszcze bardziej zmęczona. Udało się. Podobno trening czyni
mistrza!
CDN
CDN
20.03.2018
Od Kasji ,,Jestem malutka!"
Właśnie robiłam swoją miksturę, gdy zaczęła dziwnie bulgotać, i kilka kropel wpadło mi do pyska. Nagle poczułam się dziwnie. Usłyszałam jakby kroki kogoś. To była Mitrega, która prawie rozdeptała mnie. Ona mi też coś powiedziała, ale nie zbyt wyraźnie usłyszałam. Wiedziałam, że to mogą być skutki tego, jaka jestem mała. Khonkh wezwał pierwszego, lepszego szpiega, na ochotnika wyprawy. Nie mogłam wejść w tłum.
-Hej! Usuńcie się z drogi!- krzyczałam, lecz nikt nie opowiadał, ani nie ruszał się. Trochę mi było żal tego, że próbowałam zrobić tę miksturę. Nagle Mikado mnie rozdeptał.
-Halo! Kasja!- powiedział ktoś. *Może to Yatgaar mnie zauważyła?* pomyślałam. Jednak, to był Medyk. Znany medyk. To był Nick. Przez Mikado miałam tylko krwawą trochę brodę, ale i tak zbyt się nie gniewałam. Nick dał mi plaster, który był oczywiście za duży, lecz rana zaczęła od razu znikać. Nagle zaczęłam troszkę rosnąć, lecz nie dorastałam jeszcze do źrebaka. Przynajmniej nie miałam czegoś bardziej nie przyjemnego przez ogiera. Później się przyzwyczaił, że jestem mała jak krasnoludek. I tak zaczęły się moje pierwsze dni z małym problemem. Nie było tak źle...
CDN
-Hej! Usuńcie się z drogi!- krzyczałam, lecz nikt nie opowiadał, ani nie ruszał się. Trochę mi było żal tego, że próbowałam zrobić tę miksturę. Nagle Mikado mnie rozdeptał.
-Halo! Kasja!- powiedział ktoś. *Może to Yatgaar mnie zauważyła?* pomyślałam. Jednak, to był Medyk. Znany medyk. To był Nick. Przez Mikado miałam tylko krwawą trochę brodę, ale i tak zbyt się nie gniewałam. Nick dał mi plaster, który był oczywiście za duży, lecz rana zaczęła od razu znikać. Nagle zaczęłam troszkę rosnąć, lecz nie dorastałam jeszcze do źrebaka. Przynajmniej nie miałam czegoś bardziej nie przyjemnego przez ogiera. Później się przyzwyczaił, że jestem mała jak krasnoludek. I tak zaczęły się moje pierwsze dni z małym problemem. Nie było tak źle...
CDN
18.03.2018
Od Kasji ,,Stado Smutnej Klałnicy" Misja #7
Podczas wędrówki stado zaatakowała średniej wielkości wataha wilków, przywiedziona zapachem jednego ze źrebiąt kręcących się na ostatnim postoju. Ucieczka trwała w najlepsze. Drapieżniki próbowały oddzielić cię od reszty stada, gdy nagle, ni stąd, ni zowąd, gwałtownie zrezygnowały i czmychnęły w popłochu. Przekonałam się, dlaczego dopiero wtedy, gdy zauważyłam pierwszą osobę pędzącą prosto na nas. Miała broń, a poza tym pędziło ich więcej. Gwałtownie zatrzymaliśmy się.
-Szukajcie kryjówek!- krzykną Khonkh. Marabell otworzyła szeroko oczy.
-Jest ich więcej niż nas!- wykrzyknęła. W tej samej chwili zauważyłam, że z helikoptera mad nami wychodzi lina, po której zjeżdżają inni kłusownicy! Bardzo się bałam, aż w końcu wpadłam na pomysł.
-Hiney ostatnio powiedział mi sekret, o kryjówce!- krzyknęłam -jest nieopodal!- powiedziałam jeszcze głośniej.
-Zaprowadź nas tam!- krzyknął Khonkh. Zaczęłam biec co sił w tamtym kierunku. Nagle Hiney podbiegł do mnie.
-Dla tego to tobie to powiedziałem- powiedział. No i miałam zagadkę z głowy. Jednak, kłusownicy dalej pędzili w naszą stronę.
-Daleko jeszcze?- spytała Mindy. Była wyraźnie zmęczona.
-Jeszcze kawałek!- krzyknęłam. Zauważyłam też, jak Yatgaar bierze w pędzie Mindy na plecy. Pomogła jej U'shia. Gdy dobiegliśmy do celu, nie było widać ani kłusowników, ani Hiney'a. Zastanawiałam się, czy go złapali, czy może już się schował. Jednak to nie było ani to, ani to. Hiney odwrócił ich uwagę, nie wiadomo jak, i wrócił. Gdy to zrobił, poinformował nas, że lepiej by było, gdybyśmy poszli w bezpieczniejsze miejsce. Khonkh powiedział, że jednak zostaniemy, bo chciałby dojść do Tsenther. Kirk nagle powiedział, żebyśmy już wracali, bo zaczyna słyszeć wilki idące od przodu. To jeszcze nie był koniec. Gdy zbliżaliśmy się do wyjścia z sytuacji, wilki napadły na nas z przodu, z tyłu i po bokach. Nagle jakiś cień zaraz wystraszył wilki, a my zostaliśmy przez niego zaatakowani. Przynajmniej tak myśleliśmy. Jakieś uzdolnione stado zrobiło ten cień i pomogło nam wrócić na tereny gdzie zaczęło się to wszystko. Po tym wszystkim podziękowaliśmy temu stadu, a ono się nam przedstawiło.
-Jesteśmy Stadem Smutnej Klałnicy. Dopiero co stworzyłam to stado- powiedziała jedna z klaczy. Od razu było widać, że to władczyni. Przedstawiła się nam jako Kinri.
-Serdecznie wam dziękujemy za ratunek- powiedział Khonkh. Potem zrobiliśmy małe przyjęcie. Było na nim wesoło. Po dłuższym czasie Mindy zeszła z pleców Yatgaar. Kinri potem powiedziała, że może nam dać jedną nastoletnią klaczkę. Khonkh powiedział, że nie trzeba, bo i tak mieliśmy bardzo dużo koni. I nadal mamy dużo. Wtedy uśmiechnęłam się, bo widziałam, jak Kinri zakochuje się w Khonkhu. Potem Stado Smutnej Klałnicy pożegnało nas, a my robiliśmy to, co robimy co dzień. Wszyscy wrócili do swoich obowiązków, a ja uczyłam dziś źrebiąt jak szpiegować, gdyby musiały zastąpić na przykład mnie, gdybym nie mogła szpiegować. Po tym wszystkim zaczęła się nowa noc wierszu Mitregi. Dziś o naszej dzisiejszej przygodzie.
Koniec
-Szukajcie kryjówek!- krzykną Khonkh. Marabell otworzyła szeroko oczy.
-Jest ich więcej niż nas!- wykrzyknęła. W tej samej chwili zauważyłam, że z helikoptera mad nami wychodzi lina, po której zjeżdżają inni kłusownicy! Bardzo się bałam, aż w końcu wpadłam na pomysł.
-Hiney ostatnio powiedział mi sekret, o kryjówce!- krzyknęłam -jest nieopodal!- powiedziałam jeszcze głośniej.
-Zaprowadź nas tam!- krzyknął Khonkh. Zaczęłam biec co sił w tamtym kierunku. Nagle Hiney podbiegł do mnie.
-Dla tego to tobie to powiedziałem- powiedział. No i miałam zagadkę z głowy. Jednak, kłusownicy dalej pędzili w naszą stronę.
-Daleko jeszcze?- spytała Mindy. Była wyraźnie zmęczona.
-Jeszcze kawałek!- krzyknęłam. Zauważyłam też, jak Yatgaar bierze w pędzie Mindy na plecy. Pomogła jej U'shia. Gdy dobiegliśmy do celu, nie było widać ani kłusowników, ani Hiney'a. Zastanawiałam się, czy go złapali, czy może już się schował. Jednak to nie było ani to, ani to. Hiney odwrócił ich uwagę, nie wiadomo jak, i wrócił. Gdy to zrobił, poinformował nas, że lepiej by było, gdybyśmy poszli w bezpieczniejsze miejsce. Khonkh powiedział, że jednak zostaniemy, bo chciałby dojść do Tsenther. Kirk nagle powiedział, żebyśmy już wracali, bo zaczyna słyszeć wilki idące od przodu. To jeszcze nie był koniec. Gdy zbliżaliśmy się do wyjścia z sytuacji, wilki napadły na nas z przodu, z tyłu i po bokach. Nagle jakiś cień zaraz wystraszył wilki, a my zostaliśmy przez niego zaatakowani. Przynajmniej tak myśleliśmy. Jakieś uzdolnione stado zrobiło ten cień i pomogło nam wrócić na tereny gdzie zaczęło się to wszystko. Po tym wszystkim podziękowaliśmy temu stadu, a ono się nam przedstawiło.
-Jesteśmy Stadem Smutnej Klałnicy. Dopiero co stworzyłam to stado- powiedziała jedna z klaczy. Od razu było widać, że to władczyni. Przedstawiła się nam jako Kinri.
-Serdecznie wam dziękujemy za ratunek- powiedział Khonkh. Potem zrobiliśmy małe przyjęcie. Było na nim wesoło. Po dłuższym czasie Mindy zeszła z pleców Yatgaar. Kinri potem powiedziała, że może nam dać jedną nastoletnią klaczkę. Khonkh powiedział, że nie trzeba, bo i tak mieliśmy bardzo dużo koni. I nadal mamy dużo. Wtedy uśmiechnęłam się, bo widziałam, jak Kinri zakochuje się w Khonkhu. Potem Stado Smutnej Klałnicy pożegnało nas, a my robiliśmy to, co robimy co dzień. Wszyscy wrócili do swoich obowiązków, a ja uczyłam dziś źrebiąt jak szpiegować, gdyby musiały zastąpić na przykład mnie, gdybym nie mogła szpiegować. Po tym wszystkim zaczęła się nowa noc wierszu Mitregi. Dziś o naszej dzisiejszej przygodzie.
Koniec
Nie udało się, ale tylko tym razem; za następnym będzie lepiej!
17.03.2018
Od Kasji ,,Zła pogoda?" Misja #3
Pogoda tego szczególnego dnia w całej Mongolii była naprawdę kapryśna. Jej nieustanne zmiany spowodowały w naszym stadzie małe zamieszanie. Całe stado bardzo się przestraszyło, ale Khonkh podszedł blisko tak, że aż się przewrócił przez ten wielki wiatr. Jedno z drzew prawie się nawet złamało na drugie, ale miało za grubą korę.
-Zbiór nas wszystkich się nie przewróci! Zbierzmy się razem!- krzykną Khonkh. Nagle wszyscy zareagowali. Wtedy nagle Khonkh powiedział, żebym poszukała źrebaka o imieniu Mindy. Wiedziałam, o jaką klaczkę chodzi Khonkhowi. No i zaczęłam jej szukać, gdy z krzaków wyłoniła się właśnie ona, czyli Mindy! Gdy wracałyśmy, zauważyłam biegnącego wilka. Nie wiedziałam, czego tak biegł, ale nikomu nic się na szczęście nie stało. Ja i klaczka razem ze mną bezpiecznie wróciła do stada. Tam, czułyśmy się bezpiecznie. Gdy już powiedziałam Khonkhowi o tym, że Mindy już wróciła, ucieszył się. Ja też byłam bardzo szczęśliwa. Gdy już poszłam od Khonkha, zauważyłam, jak Mikado wraz z Kirkiem szukają czegoś. Spytałam się ich, kogo lub czego szukają. Powiedzieli, że właśnie mnie.
-Mnie? Po co?- spytałam. Byłam naprawdę zdziwiona, po co im jestem. Powiedzieli, że któryś z koni chce ze mną porozmawiać na osobności. Mikado zaprowadził mnie do tego konia, a Kirk życzył powodzenia. Okazało się, że to Hiney. Bałam się z nim rozmawiać, bo przecież mógł mnie zabić.
**po rozmowie**
Hiney mnie na szczęście nie zabił. Pogadał o tej pogodzie i... sekrecie, którego nigdy nikomu nie powiem, bo to tylko nasz sekret. Nie wiem dokładnie, dlaczego to mi go powiedział. Jest przecież jeszcze tyle koni w stadzie... Nagle znowu mnie zawołał.
-Kirk i Mikado też o tym wiedzą- powiedział szeptem ogier, z niepewną miną.
-Czego na mnie się tak patrzysz?- spytałam Hiney'a.
-Bo dziwię się, że się nie domyśliłaś-powiedział. Potem poszłam robić swoje sprawy. Aż ten sekret, wyszedł mi z głowy.
-Pechowa głowa!- pomyślałam.
Koniec
-Zbiór nas wszystkich się nie przewróci! Zbierzmy się razem!- krzykną Khonkh. Nagle wszyscy zareagowali. Wtedy nagle Khonkh powiedział, żebym poszukała źrebaka o imieniu Mindy. Wiedziałam, o jaką klaczkę chodzi Khonkhowi. No i zaczęłam jej szukać, gdy z krzaków wyłoniła się właśnie ona, czyli Mindy! Gdy wracałyśmy, zauważyłam biegnącego wilka. Nie wiedziałam, czego tak biegł, ale nikomu nic się na szczęście nie stało. Ja i klaczka razem ze mną bezpiecznie wróciła do stada. Tam, czułyśmy się bezpiecznie. Gdy już powiedziałam Khonkhowi o tym, że Mindy już wróciła, ucieszył się. Ja też byłam bardzo szczęśliwa. Gdy już poszłam od Khonkha, zauważyłam, jak Mikado wraz z Kirkiem szukają czegoś. Spytałam się ich, kogo lub czego szukają. Powiedzieli, że właśnie mnie.
-Mnie? Po co?- spytałam. Byłam naprawdę zdziwiona, po co im jestem. Powiedzieli, że któryś z koni chce ze mną porozmawiać na osobności. Mikado zaprowadził mnie do tego konia, a Kirk życzył powodzenia. Okazało się, że to Hiney. Bałam się z nim rozmawiać, bo przecież mógł mnie zabić.
**po rozmowie**
Hiney mnie na szczęście nie zabił. Pogadał o tej pogodzie i... sekrecie, którego nigdy nikomu nie powiem, bo to tylko nasz sekret. Nie wiem dokładnie, dlaczego to mi go powiedział. Jest przecież jeszcze tyle koni w stadzie... Nagle znowu mnie zawołał.
-Kirk i Mikado też o tym wiedzą- powiedział szeptem ogier, z niepewną miną.
-Czego na mnie się tak patrzysz?- spytałam Hiney'a.
-Bo dziwię się, że się nie domyśliłaś-powiedział. Potem poszłam robić swoje sprawy. Aż ten sekret, wyszedł mi z głowy.
-Pechowa głowa!- pomyślałam.
Koniec
Zaliczone.
17.03.2018
Od Kasji ,,Czego się na mnie uwzięliście?" Misja #4
Wybrałam się na małą przechadzkę. Zauważyłam, że odeszłam już dość daleko od stada. Nagle usłyszałam dość dziwny dźwięk jakby strzały, odgłosy szamotaniny i galopującego zwierzęcia. Nagle zza drzew wypadł pędzący prosto na mnie, krwawiący łoś. Po chwili padł, jednak to nie był jeszcze koniec. Nagle pojawili się kłusownicy. Jednak, byli jeszcze dość daleko, bym miała czas na znalezienie dobrej kryjówki. Najpierw starałam schować się za wielką skałą, lecz spadały z niej kamyki takie ostre, że aż zrobiłam sobie rysę na lewym poliku. Potem pobiegłam w krzaki, lecz były bardzo szeleszczące. Pobiegłam więc do lasu będącego blisko mnie. Kłusownicy jednak szli w moją stronę, i to strzelając. Bardzo się przeraziłam tego spotkania. Nagle ujrzałam blisko stojące, dość grube i spróchniałe drzewo. Podbiegłam do niego i nawet było za grube na mnie. Z boku były deski, ale zbyt mało ich było, bym mogła stać. Położyłam się więc. Deski okazały się dobrej długości. Z drugiego boku było pusto, lecz od tego drzewa, do trzeciego od tego była ziemia. Starczyło, na zrobienie dobrej kryjówki. W dobrym czasie się schowałam, bo dziesięć minut później przyszli właśnie oni, czyli kłusownicy. Przestraszyłam się na ich widok. Byli ubrani w zielony kolor, mieli zawieszki na broń, jej pociski, i oczywiście wóz, by zbierali swoje zdobycze, czyli konie, zające, ptaki, łosie, sarny, wilki, lisy i inne zwierzęta.
-Hej! Chłopaki! Gdzie jest ten koń, którego szukamy?- spytał jeden z nich.
-Nie wiemy!- krzyknęli inni kłusownicy.
-Pewnie gdzieś nam już uciekł! Idziemy dalej!- krzykną kierowca wozu.
-Szkoda, że nas wszystkich przez dzisiejsze zimno złapał katar- powiedział cichym głosem jeden z kłusowników, który wyróżniał się jaśniejszą zielenią od innych.
-Idziemy dalej!- krzykną kierowca wozu. Gdy byli już dosyć daleko, pobiegłam do wyjścia z lasu, i pobiegłam do stada, opowiedzieć tę historię. Najpierw opowiedziałam ją Khonkhowi. Potem moim uczniom, a na końcu reszcie stada. Sobie opowiedziałam to w myślach. Dla mnie to był najlepsze, co mogło mnie spotkać.
-To był dobry pomysł, z tym kamuflażem- Powiedział Mikado. Miałam przeczucia, że ma z tym coś wspólnego. Miałam rację.
-Wiesz, ja zostawiłem ten kamuflaż, bo myślałem, że może się nam przydać- powiedział, a w pewnie chwili się zarumienił.
Koniec
-Hej! Chłopaki! Gdzie jest ten koń, którego szukamy?- spytał jeden z nich.
-Nie wiemy!- krzyknęli inni kłusownicy.
-Pewnie gdzieś nam już uciekł! Idziemy dalej!- krzykną kierowca wozu.
-Szkoda, że nas wszystkich przez dzisiejsze zimno złapał katar- powiedział cichym głosem jeden z kłusowników, który wyróżniał się jaśniejszą zielenią od innych.
-Idziemy dalej!- krzykną kierowca wozu. Gdy byli już dosyć daleko, pobiegłam do wyjścia z lasu, i pobiegłam do stada, opowiedzieć tę historię. Najpierw opowiedziałam ją Khonkhowi. Potem moim uczniom, a na końcu reszcie stada. Sobie opowiedziałam to w myślach. Dla mnie to był najlepsze, co mogło mnie spotkać.
-To był dobry pomysł, z tym kamuflażem- Powiedział Mikado. Miałam przeczucia, że ma z tym coś wspólnego. Miałam rację.
-Wiesz, ja zostawiłem ten kamuflaż, bo myślałem, że może się nam przydać- powiedział, a w pewnie chwili się zarumienił.
Koniec
Zaliczone.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
