Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadanie. Pokaż wszystkie posty

20.04.2020

Od Noctema do Maliah "Śniegiem w ryj"

Kilka dni po ostatnim spacerze z kasztanowatą klaczą, gdy słońce, które jeszcze przed chwilą wabiło promykami do wygrzewania się na nim, teraz zostało przykryte przez chmury, rozprostowałem nogi po krótkiej drzemce i skuszony zapachem drzew podążyłem na poszukiwania jak najlepszej kory do zjedzenia. Reszta członków klanu również zainteresowała się korą drzew, gdyż na trawę o tej porze roku nie było co liczyć. Po drodze zauważyłem Shire, która ze zmieszanym zdziwieniem i ciekawością przyglądała się całej sytuacji. Pozdrawiając, uśmiechnęła się w moim kierunku, po czym ostrożnie skosztowała kawałka szorstkiej kory. Byłem ciekaw, czy jelonka już kiedyś próbowała tego dania. W końcu pochodzi od dwunogów i, mimo że parę lat żyła w dziczy, jej rodzice, przyzwyczajeni do jedzenia ze stajni, mogli nie nauczyć tego zwyczaju swoich dzieci. Teorie i przemyślenia odstawiłem na obok i skupiłem się na poszukiwaniach idealnego drzewa. Gdy oddaliłem się trochę od stada, nagle usłyszałem specyficzny, lecz charakterystyczny odgłos śniegu pod kopytami. Po częstotliwości i głośności kroków można było wywnioskować, że ktoś galopuje. Wtem zza zakrętu wyłoniła się kasztanowata sierść Maliah. Pomimo gwałtownego zatrzymania się klaczy, nie uniknęliśmy zderzenia. Niefortunnie nasze chrapy zetknęły się ze sobą, przez co nasze policzki oblała czerwień rumieńców.
- Przepraszam, nie zauwa... – zaczęła, gdy doszliśmy do siebie po niespodziewanej sytuacji, jednak nie dokończyła, gdyż całą uwagę zwróciła ku czapie śniegu spadającej na mój grzbiet. Zadrżałem, gdy ni stąd, ni zowąd na grzbiecie poczułem zimno. Jako iż śnieg zakrył mi oczy, tylko usłyszałem chichot klaczy. Jak najszybciej otrzepałem się ze śniegu, którego znaczna część, zamiast na ziemi, wylądowała na Maliah. Teraz to ja z rozbawieniem mruknąłem coś pod nozdrzami. Oczywiście kasztanka zażądała rewanżu, bo to właśnie leżało w jej naturze i kopytami trzepnęła na mnie warstwę śniegu. Odwzajemniłem cios z uśmiechem na pysku.

<Maliah?>

12.04.2020

Od Noctema - Misja #13 "Stalker"

To był zwykły dzień, a właściwie do tamtej pory był zwykły. W najlepsze skubałem sobie trawkę, który przy pomocy słońca wyjrzała spod śniegu, jednak nie mogła długo się nacieszyć słońcem, gdyż od razu wykryło ją moje bystre oko tak jak białe coś na drzewie... zaraz, zaraz. Białe coś, które szarpało się z wiatrem na drzewie?! Na pewno nie był to ptak, a ni tym bardziej pąk kwiatu. Jako iż byłem dość daleko od stada, więc mocno się przestraszyłem. Powoli wyżłem zza bezpiecznych krzaków, by spojrzeć i odgadnąć, co to mogła być. To była... kartka? Przeważnie to ludzie używali papieru, więc to mnie tylko bardziej przeraziło. Nie pierwszy raz widziałem kartkę w swoim życiu, jednak czułem się, jakby stanąłem oko w oko z niebezpiecznym stworzeniem, którego zupełnie nie znałem. Powoli wziąłem kartkę i ją rozłożyłem. Jak się okazało, była zapisana kilkoma różnymi stylami pisma.

„Wykreślone imiona otacza milczenia bariera -
Z bohaterem opowieść bezpowrotnie umiera.
Za każde poświęcenie przyjdzie ci zapłacić:
Nie odzyskasz niczego, gdy już to utracisz
Ukradzione słowa należy wydać,
Użyczona moc tylko tobie się przyda.
Imieniożercy musisz zaspokoić głód,
Żywymi lub martwymi - znajdziesz ich w bród".

Nic z tego nie rozumiałem. Kto mógł to napisać i... po co? Tyle pytań, żadnej odpowiedzi. Logiczne było, że w wypadku dalszego rozwinięcia akcji należy poinformować o tym władcę, jednak ciekawość wygrała i postanowiłem na własne kopyto szukać odpowiedzi. Po nie długim czasie w krzaczku zauważyłem kolejny papierek, również zapisany.

„ TO TY ZACZĄŁEŚ TĘ GRĘ, GHERLANDZIE "

Po odczytaniu wiadomości zadałem kolejne pytanie: kim do chole*ry jest Gherland? Odpowiedź wciąż była jedna: nie wiem. W klanie nie było żadnego konia o tym imieniu. Postanowiłem wrócić do stada i na spokojnie to przemyśleć.


*


- Jak myślisz, to ludzie to napisali? No i po co... Może ktoś kogoś śledzi? - obsypałem Shire lawiną pytań po zwierzeniu się o napotkanej sytuacji.
- Nie znam żadnego Gherlanda i nie wiem, kto to mógł napisać... Wiem tyle, co ty o tym. Podejrzewam, że to mogli być ludzie. Gdy jeszcze mieszkałam w stadninie, widziałam, jak coś pisali na papierze. Chciałambym ci pomóc, ale jestem zajęta stróżowaniem. Najrosądniej było by poinformowanie o tym władcę. — odrzekła klacz z widocznym zainteresowaniem sprawą. Miała rację; należy poinformować o tym władce, ale z jakiś przyczyn nie chciałem tego robić.
- Nie chcę robić z małej chmury dużego deszczu. Lepiej wezmę tę sprawę na własne barki. Kto wie, może to tylko jakieś żarty — miałem nadzieję, że klacz mnie nie zrozumie i stanie po mojej stranie.
- W takim razie mogę jedynie trzymać język za zębami i życzyć ci powodzenia — odparła rzucając przelotne spojrzenie.
- Dziękuje — odparłem krótko i ruszyłem na przechadzkę, by trochę pomyśleć, a może nawet znaleźć kolejne tajemnicze wiadomości. Pogoda zdawała się tylko sprzyjać tajemniczej aurze. Na marne uparcie próbowałem się skupić, gdyż cały czas w głowie miałem tę jedną myśl. To musieli być dwunożni. W okolicy prócz Klanu Mroźnej Duszy nie było żadnych koni. Co chwile wydawało mi się, że widze zwinięte kartki powiewające na wietrze, ale to były tylko zwidy. Wkrótce tym razem rzeczywiście na ziemi zauważyłem kolejny papierek. Przytrzymałem go kopytem i powoli otworzyłem.


„Przyjdź dziś o zachodzie na zachodnio-północną część jeziora Chirgis i ZAKOŃCZMY TĘ GRĘ"


Chociaż teraz byłem pewny i wiedziałem co robić. Idę tam. Musiałem dowiedzieć się kto Gherland i kto pisał te liściki. Musiałem. Porządnie się najadłem i przygotowałem swój miecz, chociaż miałem nadzieję, że nie będę musiał go używać. Postanowiłem nie mówić o tym nikomu, nawet Shirze, która już wiedziała o tej sytuacji. Byłem pewny swoich czynów. Od razu wyruszyłem w miejsce mojego spotkania. Chciałem wrócić jeszcze przed wschodem słońca. Czułem, jak krew pulsowała w moich żyłach. Nie znałem wroga. Nawet nie wiedziałem, czy mogę go nazwać wrogiem. Wędrowałem energicznym stępem. Droga nie była jakoś specjalnie daleka. Chciałem mieć to jak najszybciej za sobą. Od jeziora do moich nozdrzy dochodziło rześkie powietrze, lecz z nieba też można było wyczuć wilgoć, co zwiastowało deszcz. Musiałem się pośpieszyć. Po pewnym czasie zwolniłem kroku, gdyż wyczułem silną, ludzką woń. Bacznie rozejrzałem się dookoła, jednak nic podejrzanego nie dostrzegłem. Zapach dochodził z naprzeciwka.
- Jednak przyszedłeś, Gherlandzie! - do moich uszu dobiegł ludzki głos. Gherland. Już to imię znałem. Dobrze trafiłem. Ostrożnie podeszłem i tak jak się spodziewałem, zobaczyłem ludzi. Nie mogli zauważyć mnie zza krzaków. Moje mięśnie były napięte do granic możliwości, a pochmurne niebo i szum jeziora, który teraz zdawał się uciszyć, tylko dodawały tajemniczej i ponurej aurze. Zastrzygłem uszami, gdy młody mężczyzna z włosami w odcieniu mojej sierści cofnął się o krok.
- Tak, nie jestem w końcu tchórzem. To wy pisaliście te wiadomości? Próbowaliście mnie zastraszyć...? Żenujące! Pluje na takich jak wy — ostrym głosem odezwał się najprawdopodobniej właśnie Gherland. Z tego, co wynikało z jego słów, on też odczytywał wiadomości.
- Już nie staniesz nam więcej na drodze! Zakończmy tą dziecinną błazenadę!
Wysoki mężczyzna z włosami czarnymi jak u kruka wyciągnął miecz z pochwy. Gherland zrobił to samo, jednak cała czwórka mężczyzn przez chwile stała nieruchomo w ciszy.
- Co ci da moja śmierć? Prędzej czy później mój ojciec i tak odkryje to. Nawet nie myśl o Ethyne! Jeszcze bardziej cię znienawidzi – nie miałem bladego pojęcia, o czym mówią, jednak z uwagą słuchałem każdego ich słowa.
- Pfff, chyba nie wiesz, że posiadam mózg w przeciwieństwie do ciebie. Nikt się nawet nie dowie o twojej śmierci.

Mówiąc to, czarnowłosy człowiek przygotował swój miecz do zatopienia w krwi swojego przeciwnika. Przez moment nawet chciałem wybiec z ukrycia i przeszkodzić mu w wykonaniu tego bestialskiego czynu, jednak w ostatniej chwili się powstrzymałem. Napastnik naskoczył na młodego mężczyznę, ale tam ten cudem uniknął ostrza, robiąc unik. Bronił się skutecznie własnym mieczem. Podczas ich pojedynku w głowie wirowały mi przebłyski własnych walk. Jako jeszcze młody ogier stawałem do walki ze swoim mentorem. Bez trudu unikałem ostrza, a sam zadawałem rany mentorowi. Miałem do tego talent. Kątem oka spojrzałem na swoje drobne blizny ukryte pod sierścią. Każda z nich miała jakąś historie. Skupiłem się na pojedynku ludzi. Szanse były wyrównane. Wtem do bijatyki dołączyli pozostali dwaj mężczyźni po stronie napastnika. Gherland nie miał szans, by podołać tylu większym od niego ludziom. Na chwile w sercu poczułem ukłucie żalu i współczucia dla młodego człowieka, który zginie w niesprawiedliwej bitwie. Gherland zawahał się przez chwile, wzrokiem pełnym bezradności i goryczy spojrzał w moją stronę. Czy mnie zauważył? Odwzajemniłem współczującym spojrzeniem, po czym cofnąłem się kilka kroków, by reszta ludzi mnie nie dojrzała. Czarnowłosy wycelował ostateczny cios w stronę Gherlanda. Ostrze wylądowało prosto na piersi człowieka. Wydał z siebie ostatni jęk pełen bólu, upadł na ziemie, wzrok wbijając w napastnika.
- Nie pozwolę, by ci się powiodło, nie pozwolę — z trudem wymówił te słowa, po czym upadł na ziemie i wyzionął ducha.
- W końcu mamy go z głowy. Chodźmy, bo worek, by go zabrać.

Czarnowłosy tryumfalnym krokiem odszedł ze swoją bandą. Gdy oddalili się już wystarczająco daleko, wyszedłem z ukrycia, by pożegnać się z Gherlandem. Pomimo że go zupełnie nie znałem i, że był człowiekiem, współczułem mu. Chciałem mu oddać pożegnanie godne szlachetnego wojownika.
- Spoczywaj w pokoju, Gherlandzie.

Wyszeptałem wprost do ucha nieboszczyka. Delikatnie musnąłem chrapami jego policzek, po czym odeszłem żwawym kłusem, gdyż reszta ludzi zapewne już tu szła. Drogę powrotną odbyłem w niczym niezmąconym spokoju. Uznałem, że nie będę mówił o tym Shirze, jeśli sama nie poprosi. Ten dzień na zawsze zapadnie w moim sercu.

Zaliczone :)

12.04.2020

Od Maliah do Noctema "Może wyjdzie nam to na lepsze"

Od Maliah do Noctema „Może wyjdzie nam to na lepsze"
Noctem patrzył się przed siebie nieobecnym wzrokiem. Widocznie pogrążył się w rozmyślaniach i znajdował się teraz daleko od rzeczywistości. Szturchnęłam go lekko, aby wrócił na ziemię.
- Och, ehm... Przepraszam, zamyśliłem się - lekko zażenowany ogier wyprostował się.
- Wiesz co? – rzuciłam. Mimo, że było to pytanie, nie oczekiwałam na nie odpowiedzi. – Tak naprawdę to nigdy się nie zakochałam – naprawdę nie wiem skąd przyszedł mi do głowy taki temat rozmowy, ale cóż. Przecież nie mam nad tym kontroli. – A przecież wokół mnie było tyle koni. Ale niestety prawda jest taka, że swobodny kontakt miałam tylko z Touchym, moim przyjacielem, z którym stałam na pastwisku – westchnęłam. – Otaczało mnie nawet kilka razy więcej koni niż jest w tym stadzie, a dobry kontakt miałam tylko z jednym. Może życie tu nie będzie nawet takie złe? Oczywiście tęsknię za Touchym, ale chyba muszę pogodzić się z tym, że już nigdy więcej go nie zobaczę – znowu zaczęły nachodzić mnie ponure myśli, ale odegnałam je jak najszybciej mogłam.
Szliśmy obok siebie, a na stwardniałej ziemi słychać było echo naszych kroków.
- A ty, zakochałeś się kiedyś? – spytałam.
- Może i się zakochałem, może i nie – Noctem obojętnie machnął głową. – Nie miałem czasu na miłość. Według mojego mentora, przez miłość nie mógłbym myśleć racjonalnie. Na pewno były takie klacze, które urzekły mnie wdziękiem, ale wtedy jak najszybciej skreślałem je z mojego życia. Przynajmniej tak było w moim starym stadzie – miałam wrażenie, że w jego głosie można było usłyszeć nutkę żalu. Kto wie, może było to tylko wrażenie?
- Nie wiem, czy ty tęsknisz za starym stadem, ja trochę tak, ale może wyjdzie to nam wszystkim na lepsze – rzekłam.
„Mam nadzieję” – dodałam w myślach
<Noctem? Takie naprawdę króciutkie wyszło, ale jakoś nie mam weny. No i przepraszam za tyle dialogów, w następnym opku się poprawię:3 >

4.04.2020

Od Noctema Misja #3 "Nie ma złej pogody, jest tylko zły ubiór..."

Wiatr igrał z moją grzywą tworząc przy tym niesamowity spektakl . W ten burzliwy dzień chyba nie miałem nic lepszego do roboty niż przyglądanie się rzeczom na, które zazwyczaj nie zwracałem uwagi. Kto by pomyślał, że może okazać się to niezwykle ekscytujące? Co chwile słońce nieśmiało wyglądało zza chmur i można było się cieszyć wręcz letnią pogodą, jednak chmury z powrotem wpychały słońce na drugi plan. Reszta klanu skupiła się w zwartej grupce, a stróże uważnie pilnowali, by żaden nieuważny koń nie wyszedł poza bezpieczny okrąg. Już jakiś czas temu dwójka zwiadowców wyruszyła na poszukiwania miejsca, gdzie stado mogło się schronić przed nadciągającą burzą. Cierpliwe oczekiwania na jakiekolwiek wieści o zwiadowcach zdawały się dłużyć w nieskończoność. Na niebie co jakiś czas można było zauważyć zygzakowate linie światła zwane piorunami, a silny wiatr przewracał źrebaki i starszych z nóg. Ciemne chmury już od rana zwiastowały ulewę. Kątem oka dostrzegłem Shire zmierzająca w moim kierunku. Cały czas bacznie obserwowała stado, gdyż na jej barkach spoczywał ten obowiązek stróża, jednak korzystała z każdej chwili spokoju na pogawędki z członkami.
- Jako stróż i przyjaciółka, która się o ciebie martwi radzę ci przybliżyć się do stada — przystaneła koło mnie z cieniem strachu w oczach patrzących na kłęby ciemnych chmur.
- Spokojnie, potrafię o siebie zadbać. Martwisz się o Fashagara i Zurlage? To doświadczeni zwiadowcy i na pewno dadzą sobie rade.
Sam ich znałem tylko z widzenia, ale, by choć trochę pocieszyć Shire dałem rade zdobyć się na kłamstwo. Chociaż czy kłamałem? Nawet z tylko obserwacji można było poznać, że nasi zwiadowcy są pewni swoich czynów. Miałem tylko nadzieje, że wszystko się jakoś ułoży. Właśnie rozmawiałem z Shirą, gdy wśród zgromadzonych koni ponad pomruk tłumu usłyszeć można było pełne radości rżenie. Automatycznie odwróciłem się w tamtą stronę i dostrzegłem Zurlage i Fashagara; dwóch zwiadowców wracających ze swojej wyprawy, którzy od razu ruszyli w stronę władcy.
- W samą porę — odparła Shira i miała rację, gdyż na grzbiecie poczuć można było pierwsze płatki śniegu. Wkrótce Shireght obrócił się do swojego klanu.
- Moi drodzy! Nasi zwiadowcy znaleźli jaskinie, w której możemy się schronić przed nadciągającą zamiecią!
Zamieć? To znacznie grubsza sprawa niż burza... Po czym zaczął wygłaszać kto, gdzie ma stanąć podczas drogi. Z słów władcy można było wywnioskować, że droga nie jest długa, lecz niebezpieczna dla słabszych. Członkowie szybko poradzili sobie z zajęciem swoich miejsc. Uczniowie wraz z matkami i emeryci stanęli w samym środku stada, a stróże i parę koni z wojska, w tym ja, stanęło na zewnątrz grupy, by bronić i pilnować reszty. No i ruszyliśmy. Opady śniegu przybierały na sile, a w mojej głowie narastało pytanie, czy zdążymy dotrzeć do jaskini na czas. Raz po raz konie otrzepywały się z nadmiaru śniegu na grzbietach. Niekiedy ponad tłum wznosiły się rżenia starszych lub źrebaków, którym kopyta topiły się w narastającym śniegu. Wiatr zmagał się i kołysał gałęziami drzew i krzewów. Liście wirowały w powietrzu, a jeden nawet przykuł moją uwagę. Zeschły i brązowy listek szybował na wietrze, jakby próbując wylądować na bezpiecznej ziemi, jednak co chwila wiatr porywał go coraz wyżej ku ciemnym obłokom. Coraz trudniej było stawiać kroki w śniegu, a droga wydawała się dłużyć w nieskończoność. Zamieć rozpętała się niewyobrażalnie szybko. Po pewnym czasie podróży w śniegu wiejącym prosto w oczy wszystkie głowy odwróciły się w kierunku rozpaczliwego krzyku.
- MINDY!!! Mindy nie ma! - swój okrzyk powtórzyła Trouble oszołomionym wzrokiem patrząc w miejsce w którym powinna stać jej przyjaciółka. Przez stado przeszedł szmer, a niektóre konie wydały z siebie żałośliwe rżenie.
- Kiedy znikła? - do siwej klaczy podszedł Shireght uważnie lustrując otoczonie, jakby mając nadzieje, że dostrzeże zaginioną klacz.
- N-nie wiem, przed ch-chwilą zauważyłam, że j-jej nie ma — załamanym głosem z trudem odparła klacz.
- Cavaldi, Noctem i Alifa; wyruszacie na poszukiwania Mindy. Reszta rusza w dalszą drogę — oznajmił władca, po czym podszedł do naszej trójki-Życzę wam powodzenia i uważajcie na siebie.
Skinąłem z szacunkiem łbem i ruszyliśmy na naszą misję.
*
- Mika? Trouble? Ktokolwiek? - wśród zamieci można było dosłyszeć żałosne wołania zagubionej duszy.
- Mindy?! Gdzie jesteś?! - Alifa zaczął nerwowo, lecz czujnie rozglądać się wokoło, choć w śniegu nie było można nic dostrzec.
- Alif?! Już do was idę! - Cavaldi chciał zaprzeczyć, jednak przed nami ukazał się już łeb gniadej klaczy.
- Więc jest was trzech! Och, dziękuje wam, gdyby nie wy to nie wiadomo ile jeszcze musiałambym się błąkać!
- Dziękujemy, a teraz wracajmy jak najszybciej do klanu. Przydałby ci się przegląd medyczki — dodałem na co reszta mi przytaknęła i ruszyliśmy w drogę powrotną. Na miejscu czekały już na nas Mika, Trouble i Shira. Widać było, gdy tylko zobaczyły nas z Mindy całych i zdrowych kamień spadł im z serca. Ciepło powitały odnalezioną przyjaciółkę, a Shira przywarła do mego boku.
- Tak się o was martwiliśmy! - westchnęła jeleniowata z troską w oczach. Z jaskini przed nami wyszedł jeszcze Shireght i Mint na powitanie. Resztę dnia spędziliśmy w bezpiecznym schronieniu.

Zaliczone :)

25.03.2020

Od Noctema do Maliah "Móc"

- Rozumiem. Najwidoczniej takie jest twoje przeznaczenie, by żyć tu, na wolnym, mongolskim stepie.
Podświadomie wędrował po wspomnieniach. W sumie to nie miał za czym tęsknić, a może jednak...? Może mógłby zostać w swoim starym stadzie, zabić przywódcę i próbować odbudować stado? Czy możliwe by jego nowe stado straciło łatkę „upadłych", a może i nawet cieszyło się siła i sławą? Gdyby Noctis w pożarze próbował ratować innych nie zapłaciłby tym własnym życiem? Teraz, jednak były to tylko wspomnienia. Już nie mógł cofnąć czasu. W głowie wciąż miał urywki szalejącego ognia wokół, który o mało go nie zabił. Nawet wydawało się mu, że powoli traci dech we wszechobecnym, wyimaginowanym dymie. Otrząsnął się z myśli i utkwił wzrok w otoczeniu. Promienie słońca zachowaniem, jak i wyglądem łudząco podobne do ognia znów sprawiły, że umysł gniadosza zmąciły gorzkie wspomnienia. Wtem jego serce niczym miecz przedarła tęsknota. Tylko, za czym on tak nieświadomie tęsknił? Do jego nozdrzy dotarł zapach, który już kiedyś czuł. Był tego pewien. Maliah zaciekawiona tajemniczym zachowaniem towarzysza, a zarazem zirytowana brakiem uwagi przyglądała się cicho zagubionemu wzrokowi ogiera. W końcu kasztanka lekko go szturchnęła, by ten powrócił do rzeczywistości.
- Och, ehm... Przepraszam, zamyśliłem się — Noctem zażenowany wyprostował się i skupił się na spacerze.

<Maliah?>

19.03.2020

Od Maliah do Noctema "Czerwień nieba"

Pożegnałam Noctema i każdy odszedł w swoją stronę. Podejrzewałam, że po dzisiejszym treningu mogą mnie boleć mięśnie. Oczywiście dopiero następnego dnia. Uznałam, że nie warto już plątać się po stadzie, więc odeszłam w zaciszne miejsce i przymknęłam oczy. Nie musiałam zbyt długo czekać, bo już po chwili zmógł mnie sen.
***
Następnego dnia wstałam dość wcześnie. Pojedyncze konie wyskubywały trawę, ale większość jeszcze spała. Niebo dopiero zaczynało przesiąkać czerwienią, zbliżał się wschód. Uznałam, że wygrzebywanie trawy nie jest zbyt opłacalnym zajęciem, więc ruszyłam powoli do krzaczka, którym się było zdecydowanie łatwiej nasycić. Zauważyłam, że jadł już z niego Noctem. Przywitałam się tylko skinieniem i zaczęłam powoli konsumować zieleninkę. Rozmowa przy jedzeniu nie było niczym, czego potrzebowałam do życia, więc mogłam spokojnie pogrążyć się w myślach. Miałam w głowie obrazy z przeszłości - Touchy'ego i wspólnie spędzony czas, jak na razie najlepsze czasy w moim życiu. Niby wolność jest wspaniała, ale trzeba martwić się o tyle rzeczy. No i dawała mi się we znaki tęsknota za starym towarzystwem. Domyślałam się, że konie tu nie muszą być wcale takie złe, ale potrzebowałam czasu, żeby je poznać. Moją przeszłością byli ludzie, stajnia, zawody. Ciekawe, jaka była ta Noctema.
- Noctem, czy... - uznałam, że najlepiej będzie, jak sama go o to zapytam - Eh, nieważne... - w ostatniej chwili ugryzłam się w język. Nie chciałam wyjść na wścibską. Nie znaliśmy się jeszcze za dobrze, a nie chciałam poruszać tematu, który mógł być dla niego bolesny. Choć kto wie, może z chęcią by się podzielił swoją historią. Wolałam jednak nie ryzykować.
- Co do wczorajszej propozycji, może masz czas na tą przechadzkę? - zapytał Noctem, widocznie nie chcąc drążyć tematu.
- Pewnie, z chęcią rozprostuję nogi - uśmiechnęłam się. Ruszyliśmy w stronę malutkiego lasku, a raczej zagajnika. Słońce zaczęło wschodzić, a czerwone niebo delikatnie odbijało się na zaśnieżonym stepie.
- Ale tu ładnie - uśmiechnęłam się do siebie. - Kiedyś, kiedy jeszcze mieszkałam u ludzi, o tej porze stałam w stajni i nie miałam okazji podziwiać takich widoków. Już nie wiem co mam robić. Niby dobrze, że jestem na wolności, ale jednak trochę tęsknię za dawnym życiem - westchnęłam.
<Noctem? Przepraszam, że takie krótkie :c >

19.03.2020

Od Shiry do Noctema "W nocy wszystko jest możliwe"

Co mu odwaliło? Co prawda trudno jest nie powiedzieć tak o mnie, ale czemu pobiegł za tym czymś? Na jego miejscu lepiej bym z ukrycia tylko obserwowała, a nie ganiała się w nocy po lesie! W każdym razie od razu pobiegłam za nim, bo nie mogłabym żyć z jego śmiercią na sumieniu, a w nocy wszystko może się zdarzyć. Biegłam zupełnie na oślep, gdyż blask księżyca na pozwalał na dobrą widoczność tym bardziej w gąszczu lasu. Po pewnej chwili szalonego biegu zauważyłam, że zgubiłam Noctema z oczu! Nie!!! Błagałam po cichu by to okazał się tylko jakiś koszmar, jednak szybko się ogarnęłam i rozpaczliwie szukałam gniadosza.
- Noctis?! - zawołałam, gdy usłyszałam jakiś szelest w krzakach. Nerwowo przebiegałam wzrokiem okolice, jednak ani śladu żywej duszy. Wtem za sobą po czułam ciepły oddech. Na początku ucieszyłam się, że to może Noctem, jednak szybko zrozumiałam, że to o wiele mniejsze stworzenie. Powoli odwróciłam się do tyłu w każdej chwili gotowa do ucieczki. Stałam jak wryta, gdy zorientowałam się, że przede mną stoi wilka, jednak jakiś inny wilk. Nie wykazywał ani krztyny agresji, a nawet wyglądał jakby się do mnie uśmiechał. Jego oczka jaśniały niczym dwie gwiazdki. Był wychudzony przez co zrobiło mi się trochę żal wilczka. Nagle drapieżnik jakby zauważył coś za mną i przebiegł jak gdyby nigdy nic przeze mnie. Czyżby ten wilk był tylko duszą? A, może to ja jestem martwa...? Zdecydowanie wolałam pierwszą opcję.
- Shira? Wszystko w porządku? - niespodziewanie do moich uszu dotarł znany mi głos na, który kamień spadł mi z serca.
- Tak. Ty też widziałeś tego wilka? - odwróciłam się lekko nie zgrabnie, po czym spytałam na co ogier wyraźnie się przeraził.
- Nie, lepiej już chodźmy, jeśli widziałaś wilka - oznajmił i od razu ruszył kłusem w stronę stada.
- Tylko że to był bardzo... nietypowy wilk - zaczełam nieśmiało. W sumie, jeśli zobaczyliśmy obydwoje jakąś małą zjawę to, czemu i nie zobaczyć duszy wilka?
- No cóż, jeśli i jest ten... ognik to może i jakieś dziwne wilki i są. Jak się zachowywał ten wilk? - odparł jakby odpowiadając na moje myśli.
- Nie był agresywny, a w dodatku przebiegł przeze mnie. To było dziwne - jeszcze kilka kroków, a bylibyśmy z powrotem w stadzie, jednak Noctem przystanął jakby coś usłyszał. Próbowałam dosłyszeć coś jeszcze poza odgłosami lasu, jednak na marne. Co mógł usłyszeć Noctis?
- Wszystko w porządku? - spytałam po chwili niepokoju o gniadosza.
- Em... Tak, tak - lekko zakłopotany ruszył przed siebie żwawym kłusem. Muszę przyznać, że ostatnio zaczęłam się mocno nim przejmować i martwić w dodatku, gdy nasze spojrzenia nakierowały się na siebie nawzajem moje serce biło jak oszalałe.

<Ocet? Złapałam trochę weny>

15.03.2020

Od Noctema do Shiry "Zagubiona Dusza Gwiazd"

Z początku myślałem, że Shira zauważyła jakiegoś drapieżnika czyhającego na nos, jednak gdy wstałem wciąż lekko zdezorientowany i rozejrzałem się nic podejrzanego oprócz nieobecności Shiry nie dojrzałem. Reszta stada nawet nie zauważyła dziwnego zachowania młodej klaczy. Mimo braku niebezpieczeństwa serce wciąż mi waliło jak oszalałe. Gdzie mogła się podziać Shira? Dlaczego powaliła mnie na ziemie? Pytań było od groma, a odpowiedzi ani jednej. Wtem na śniegu moim oczom ukazały się ślady kopyt Shiry. Rzecz jasna podążyłem tropem. Dotarłem do małego lasku nieopodal, a właściwie do skupiska brzóz. Noc dodawała niezwykłej atmosfery temu miejscu. Nagle w krzakach dostrzegłem znaną mi zgrabną sylwetkę. Już chciałem podejść, gdy klacz odwróciła łeb w moją stronę, a jej spojrzenie wyraźnie dawało znać, żebym został na swoim miejscu i siedział cicho. Tylko czemu? Gdy po cichu zadawałem pytania do mych uszu dotarł... szept? Wydawało się, że już gdzieś ten głos słyszałem, jednak miałem wrażenie jakby słyszał go pierwszy raz. Przede mną pojawiło się maleńkie, niebieskie... światełko? Było niczym dusza, która zeszła na ziemie, by coś przekazać swojemu potomkowi. Dusza mieszkająca w gwieździe. Dobra dusza zagubiona w tym okrutnym świecie. Stałem jak wryty i wpatrywałem się w światło, które zdawało się odwzajemniać zdziwione spojrzenie. Nagle światło znikło i pojawiło się kilka kroków dalej. Automatycznie zacząłem galopować, a nawet cwałować za światłem, które również wyglądało jakby biegło tyle, że na swój sposób. Shira popędziła za mną.

<Shira?>

12.03.2020

Od Shiry do Noctema "Ziarenka głupoty"

Z czułością spojrzałam w stronę Noctema. Nasze spojrzenia się spotkały. Znaliśmy się krótko, ale jego towarzystwo sprawiało mi wiele radości i mogłam wpatrywać się w niego bez końca. Serca waliło mi znacznie szybciej. Miałam dziwną ochotę powalenia ogiera na ziemie, jednak starałam się powstrzymać. Niestety, miałam słabą wolną wolę i pokusa wygrała. Niezgrabnie szturchnęłam zaskoczonego Noctema na tyle mocno by oszołomiony gniadosz się przewrócił. Gdy zdałam sobie sprawe co bezsensownego zrobiłam pod wpływem impulsu pocwałowałam w stronę nie dużego lasku niedaleko. Zawstydzona jak najprędzej ukryłam się w krzakach. Z ukrycia obserwowałam zdziwionego Noctisa, który najwyraźniej nie zrozumiał do końca co się stało. Serce nadal mi waliło, a teraz gdzieś w zakamarkach mego umysłu narastała nowa pokusa dotknięcia Noctema. Podenerwowana delikatnie grzebnęłam kopytem w ziemi. Spod ziemi wyłoniła się malutkie ziarenko, które nawet zaczęło kiełkować, jednak w takiej srogiej zimie pod cieniutką warstwą ziemi nie miało możliwości przetrwania do wiosny. Wtem wróciło mi wspomnienie mojej matki pouczającej mnie, wtedy jeszcze trochę zbyt ciekawską klaczkę o miłości. Mówiła, że miłość jest trochę jak rośliny. Na początku jest malutka niczym ziarno owsa, potem kiełkuje w naszych sercach aż w końcu staje się silnym drzewem, które zniszczyć jest w stanie tylko najokropniejsza burza lub człowiek swoim połykaczem drzew. W końcu powróciłam do rzeczywistości, a moje oczy wytropiły zupełnie inną rzecz. Gdzieś w oddali zajaśniało niebieskie, malutkie światło. Na początku mocno się przeraziłam, jednak nadal miałam wiele ze źrebaka i ciekawość wygrała.

<Noctem? Bez ładu i składy i w dodatku późno, ale znasz powód tego>

25.02.2020

Od Noctema do Maliah "Nie zawsze to samo"

W sumie jedyne, na co miałem teraz ochotę to odpoczynek w jakimś zacisznym miejscu niedaleko stada, więc ten pomysł nie przypadł mi zbytnio do gustu. W dodatku słońce niechętnie zachodziło już za horyzontem, a większość stada szukała dogodnego miejsca do snu. Oddalanie się od stada o takiej porze nie było najlepszym pomysłem, więc musiałem odmówić.
- Wybacz, ale nie chce narażać nas na niebezpieczeństwo. Spaceru o zimowej, późnej porze to duże ryzyko. Odłóżmy przechadzkę na jutrzejszy dzień — jak zwykle uważnie dobrałem każde słowo, przez co brzmiałem jak starszy pouczający źrebaka, chociaż w rzeczywistości to Maliah była tą starszą. Klacz tylko przytaknęła, po czym obydwoje odeszliśmy w swoje strony. Przed zaśnięciem zagadała mnie jeszcze Shira, która najwidoczniej nie potrafi choć przez minutkę czegoś nie palnąć. Zgaduje, że nawet z szatanem chętnie by poplotkowała. W końcu udało mi się usnąć w spokoju z dala od stadnego harmideru. Gdy ponownie otworzyłem oczy praktycznie wszyscy klanowicze jeszcze spali. Dostrzegłem władce, któremu posłałem skromny uśmiech, jednak Shireght zbyt zajęty rozdzielaniem obowiązków stróżów mnie nie zauważył. Otrzepałem się ze śniegu na mojej szyi i niezgrabnym krokiem skierowałem się w stronę najbliższego krzaczka, który stanowił główne pożywienie podczas zimy. Wkrótce dołączyła do mnie Maliah. Kasztanka skinieniem łba przywitała się ze mną co ja oczywiście odwzajemniłem. Ślepym wzrokiem klacz żując cienkie gałązki krzewu spoglądała w stwardniałą od mrozu ziemie. Najwidoczniej galopowała gdzieś myślami tracąc kontakt z rzeczywistością. Nie chciałem wybudzać Maliah z „transu", gdyż zapewne oburzałaby się na mnie, a nie chciałem niepotrzebnie ją irytować. Kontynuowałem w ciszy i spokoju żucie, aż w końcu Maliah się odezwała.
- Noctem, czy... Eh, nieważne... - ciekawość zżerała mnie od środka. Co chciała powiedzieć klacz? Zastanawiałem się, ale szybko odgoniłem od siebie myśli. Nie chciałem być wścibski, a najlepiej było zapomnieć o tym i zmienić temat.
- Co do wczorajszej propozycji, może masz czas na tą przechadzkę? - zagadnąłem. Kasztanka z chęcią się zgodziła.

<Maliah?>

23.02.2020

Od Mivany do Mint ,,Przypadkiem poważnie chory"

Zmartwionym wzrokiem wodziłam za oddalającym się partnerem. Coś w jego ruchach nie dawało mi spokoju, a znikanie czasem w niewyjaśnionych okolicznościach wcale nie podnosiło mnie na duchu.  Coś jest nie tak. Bardzo nie tak. Dlaczego nie chce mi o tym powiedzieć? Jeżeli miał zamiar mnie nie martwić, to jego działanie ma odwrotny skutek. Westchnęłam, kierując się do podwładnych. Wszyscy zajmowali się swoim życiem, nieświadomi gonitwy myśli w mojej głowie. Czy w swoich idealnych życiach myśleli czasem nad tym, czy nasze jest również idealne, czy nic się nie dzieje? Muszę się czegoś dowiedzieć. On najwidoczniej nie chce się podzielić ze mną żadnymi informacjami. Komu ufa bardziej niż mi? Komu prędzej zwierzyłby się ze swoich medycznych problemów? Przystanęłam, wpatrując się w grupkę koni z ziołami w pyskach. Mint, musiał pójść do głównego medyka, takiego, którego najlepiej zna. Rozejrzałam się w poszukiwaniu bladego pyska. Nienawidzę siebie za to, ale chyba będę musiała pójść i się jej zapytać. Zwyczajnie podejść i zadać pytanie, czy mój partner przypadkiem nie jest poważnie chory. Przecież mam prawo do tej wiedzy... Prawda? Najwyżej zostanę wyśmiana za bezpodstawną histerię, albo okaże się, że to coś niewinnego. Mivana, czemu ty zawsze jesteś taka pesymistyczna? Ujrzałam w końcu jedną z klaczy, którą znałam tak dobrze, że potrafiłabym z każdym detalem odtworzyć jej oblicze z pomocą piasku i patyka. Potrzebujesz trochę więcej optymizmu. Może kiedy Ava wróci z polowania weźmiesz u niej lekcje? Czy optymizmu da się nauczyć? Na Księżycową Klacz, byłabym strasznym psychologiem...Już widziałam zadowolenie Mint z mojej obecności. Stępem, by nie wzbudzać zbędnego zainteresowania, podeszłam do medyczki.
- Mint, czy mogłabym cię prosić o rozmowę na osobności?

<Mint? Tak, wciąż jeszcze żyję i powoli będę próbować ożyć jeszcze bardziej>

20.02.2020

Od Maliah do Noctema "Pierwszy raz"

- Gdyby twój kolega umiał się jakkolwiek bronić, to by nie zginał — w głosie Noctema można było wyczuć oschłość. Moją głowę znów zalała fala wspomnień powodujących smutek, żal i tęsknotę. Opuściłam głowę z bezradności i zaczęłam przyglądać się ziemi, a raczej śniegowi, którym była pokryta. Gdzieś tam, w moim domu, u ludzi nigdy nie widziałam go w takiej ilości. Zawsze miałam ciepłe miejsce do spania i mojego ukochanego przyjaciela, Touchy’ego, w sąsiednim boksie. Gdy byłam smutna, zawsze wiedział jak mnie pocieszyć. Ale czekajcie. Czy ja znowu nie nazwałam stajni moim domem? Owszem, była nim, ale teraz czekało mnie zupełnie nowe życie. Może według wszystkich było ono dużo lepsze, ale ja byłam do niego sceptycznie nastawiona. Niby wolność, ale podczas mojej samotnej wędrówki tęskniłam za swoim boksem, dostatkiem jedzenia i wszystkim, co musiałam zostawić za sobą.
- Przepraszam - z bolesnego zamyślenia wyrwał mnie cichy głos Noctema. Zdobyłam się na uśmiech i ponownie wbiłam wzrok w miecz. Nadal nie pojmowałam, po co walczyć, ale jak już wspominałam, nie wiedziałam nic o wolnym życiu i wolałam nie kwestionować tego, co mówią ci, którzy żyją tu od dłuższego czasu.
Miecz był jeden, więc ogier wytłumaczył mi, na czym będzie polegał nasz wspólny trening. On miał wymachiwać mieczem, a moim zadaniem było unikanie ostrza.
- Spokojnie, będę uważał, żeby nie zrobić ci krzywdy — dodał Noctem, gdy zobaczył wahanie w moich oczach. Zamachnął się mieczem, a ja odruchowo odskoczyłam. Nie zastanawiałam się w ogóle co zrobić, poszło jakoś automatycznie, co bardzo mnie zdziwiło. Domyślałam się, że na razie poziom trudności był dość niski, mimo tego myślałam, że ten pierwszy raz będzie trudniejszy.
Gniadosz zamachnął się jeszcze kilka razy, a ja za każdym razem, bez problemu unikałam ostrza. Po chwili zauważyłam, że ciosy stają się szybsze, co zdecydowanie zwiększało trudność zadania. Zaczęłam się trochę gubić, ale cały czas udawało mi się unikać dotknięcia bronią. Minęło jeszcze trochę czasu i ogier wyraźnie zmienił prędkość miecza. Trochę się bałam, że mimo zapewnień, Noctem nie zdoła wyhamować broni, ale postanowiłam nie okazywać tego po sobie i z jeszcze większym zacięciem kontynuowałam ćwiczenie. Na początku nie sprawiało mi to większego problemu, jednak później, po wpływem zmęczenia, zaczęłam się trochę gubić. W końcu poczułam dotknięcie zimnego ostrza na szyi.
- Nawet nieźle jak na konia, który w życiu nie widział miecza - Noctem uśmiechnął się zachęcająco. - Jednak to dopiero początek i musisz się jeszcze wiele nauczyć.
- Dzięki, że poświęciłeś mi czas - zdawałam sobie sprawę, że ogier wcale nie musiał tego robić i w zasadzie ten trening nie przyniósł mu nic. W końcu już dawno miał za sobą poziom, na którym obecnie jestem. - Może pomóc ci w twoim treningu? - spytałam, choć nie wiedziałam, do czego mogłabym się przydać.
- Nie trzeba - gniadosz delikatnie pokiwał głową. - Poza tym chyba trochę się już zmęczyłaś - dodał.
- Jak widać, unikanie miecza to nie jest moja specjalność - zaśmiałam się cicho. - A skoro już koniec treningu to może pójdziemy się przejść?

<Noctem? Przepraszam za takie opóźnienie, ale ostatnio nie miałam głowy do pisania>

19.02.2020

Od Yatgaar do Maliah "Wolność"

Odwróciłam głowę w kierunku reszty towarzyszy i zamrugałam znacząco kilka razy z lekkim uśmiechem na pysku - nie mogłam się powstrzymać. Kiedy to ja ostatnio miałam do czynienia z typem histeryka? Oj, latka szybko lecą, już nawet nie pamiętam jej imienia...Może to dlatego, że w naturze nie ma miejsca dla słabeuszy? Przy jej postawie to aż dziwne, że jeszcze nie wylądowała w czyimś żołądku. Musiała przecież trochę już przewędrować, skoro doprowadziła się do takiego stanu. Żal po bliskiej osobie może być, owszem, ogromny, jednak Khonkh z pewnością nie chciałby, bym w takim momencie zwyczajnie się poddała i załamała jak wyschnięte drzewo podczas wichury. O ludzkich fanaberiach, jakie klacz nam przedstawiła, nie miałam pojęcia, jednak rozpaczać w chwili, gdy się wydostało na wolność: wolność, kocham i rozumiem, na bezkresne pastwiska pod gołym niebem, poprzecinane wstęgami czystych rzek, skaliste góry, pełne przeróżnych stworzeń i końskich stad, w porównaniu z poprzednim żywotem będące wręcz rajem, było dla mnie kompletnie nie do pojęcia. Ciekawa była jeszcze jedna rzecz; Czy naprawdę takie "delikatesy" hodują ludzie? Jak tak dalej pójdzie, to za kilkadziesiąt lat udomowione konie nie będą nawet przypominać swoich dzikich przodków. Ale cóż, jeden członek klanu więcej.
— To naprawdę okropne. - mruknęła Miri, głaszcząc delikatnie przybyszkę, choć też widać było w jej oczach zdziwienie. - Jestem pewna, że szybko się przyzwyczaisz. Jak się nazywasz? 
— A...Maliah. - klacz chyba trochę się uspokoiła.
— Wracamy właśnie do stada, do Klanu Mroźnej Duszy. Idziesz z nami? - rzekłam krótko.
— Tak, oczywiście! Jeżeli pozwolicie... - dodała mniej pewnie.
— No to w drogę. - oznajmił nakrapiany ogier z uśmiechem, wyprzedzając mnie w tej kwestii. Przez moment poczułam ukłucie złości, jednak szybko opuściło mnie to uczucie. To już nie te czasy.
Wieczorem zatrzymaliśmy się w iglastym zagajniku. Droga, nie licząc dołączenia nowej towarzyszki, upłynęła nam dość spokojnie. Pod koniec kolacji dyskretnie odciągnęłam na bok Etsiina.
— O co chodzi...? - spytał po chwili, rozglądając się na boki. To już nie był ten sam koń.
— Widzę, że Miriada cię kocha. - mruknęłam, podnosząc kąciki warg. 
— Nie mogę zaprzeczyć...
— Ale wiesz...jeżeli kiedykolwiek, jakkolwiek przyszłoby ci do głosy skrzywdzić moją córkę albo na krzywdę pozwolić, to ja cię znajdę na drugim końcu świata i porachuję kości. Hm? - mruknęłam na koniec, przekrzywiając lekko głowę. Ogier pokiwał powoli głową z szeroko otwartymi oczami. Uśmiechnęłam się szeroko, po czym dodałam beztrosko:
— Chodźmy już spać. 
<Maliah? Możesz to potraktować jako koniec naszej wymiany, możesz też napisać do innej postaci z wyprawy. Róbta co chceta :)>

10.02.2020

Od Noctema do Shiry "W dzień nie szukaj gwiazd"

Nigdy nie widziałem wcześniej tej klaczy, jednak podsłuchałem w stadzie kilka plotek o nijakiej Shirze. Z resztą klacz wyglądała na przyjaźnie nastawioną, więc nie miałem żadnych obaw.
- Wybacz, na mnie już czas. Żegnaj - mruknąłem odchodząc naprzeciw. Jeleniowata wyglądała na nie zadowoloną, ale zignorowałem to. Gdy już spowrotem dotarłem do stada podeszłem bliżej innych koni i wygrzebałem ze śniegu trochę zeschłej trawy. Wtem poczułem za sobą stąpanie kopyt. Kątem oka zauważyłem znajomy mi już pysk skubiący trawę. Podniosłem lekko łeb i się uśmiechnąłem co Shira z przyjemnością odwzajemniła. Wtem w moim sercu poczułem ciepło. Miło było się tak uśmiechnąć do kogoś. Wróciłem do delektowania się nie smaczną i suchą trawą. Uśmiechnąłem się w stronę jeleniowatej co ona natychmiastowo odwzajemniła. Moje serce wypełniło ciepło, a ciało przeszły przyjemne ciarki. Lubiłem gest uśmiechu, jednak dopiero po latach miałem odwagę go użyć. Jako iż była zima wkrótce nastał zmierzch. Wbiłem wzrok w słońce, które zupełnie się nie spieszyło ze znikaniem za horyzontem. Ostatnie promienie dnia niczym ogień raz po raz rozciągały pnąc się ku górze, by potem znów się skurczyć. To był wyjątkowo słoneczny wieczór jak na zimę. Nieoczekiwanie widok słońca zasłoniła mi Shira. Przez mój pysk przebiegł cień niezadowolenia. Wolałem podziwiać krajobrazy niż inne konie. Chociaż po dokładnym przyjrzeniu się zaparło mi dech w piersiach. Zgrabna sylwetka Shiry na złotym tle wielkiej gwiazdy w dodatku z jasną jelenią maścią wyglądała przepięknie. Promyki przedzierały się przez ciało klaczy i raziły mnie w oczy. Jednak nie pocieszyłem się długo tym widokiem. Na niebie pojawiła się ciemność i małe gwiazdki. Shira podeszła do mnie przyłączyła się do podziwiania. Ten poukładany chaos stworzony przez migoczące złote punkciki był równie piękny co zachód słońca. Oderwałem na chwile wzrok od nieba i spojrzałem na klacz. W jej wielkich, okrągłych oczach odbijały się gwiazdy.

<Shira? ^^>

8.02.2020

Od Shiry do Noctema "Zza krzaków"

Rozejrzałam się po stadzie, gdy tylko skończyłam rozmowę z jakąś przypadkową klaczą w celu znalezienia jakiegoś kolejnego konia do rozmowy. Jakoś nie potrafiłam zamknąć pyska będąc w zupełnie nowym miejscu. Oczywiście nadal tęskniłam za stary domem i rodziny, jednak w nowym miejscy było tyle do odkrycia i tyle nowych znajomości do zawarcia! Z resztą, nawet gdybym podjęła się próby odnalezienia moich rodziców nawet nie wiedziałam bym, od czego zacząć. Nie miałam bladego pojęcia o umiejscowienie mojego starego stada, jednak starałam się nie zakrzątać tym sobie głowy. Wtem uświadomiłam sobie, że z wszystkimi końmi już porozmawiałam. Lekko zawiedzione odeszłam w stronę lasu na przechadzkę. Las o tej porze roku wyglądał jak z bajki. Może i mróz dokuczał, ale miło było napajać wzrok białymi krajobrazami. Właśnie gdy na chrapy spadł mi płatek śniegu zza krzaków wyszedł jakiś gniadosz. Spojrzał mi głęboko w oczy z lekkim niezadowoleniem. Nagle uświadomiłam sobie, że pierwszy raz widzę tego konia.
— J-jesteś z Klanu Mroźnej Duszy? — wyjąkałam próbując się uśmiechnąć.
— Od jakiegoś czasu. Ty też jesteś zapewne nowa — odparł oschle. Przytaknełam podchodząc bliżej jego. — Jestem Noctem Animam. W skrócie Noctem lub Noctis.
— Ja jestem Shira. Miło mi cię poznać — uśmiechnęłam się szeroko co Noctem odwzajemnił. Nasze spojrzenia znów się spotkały, jednak gniadosz zakłopotany odwrócił oczy w kierunku śnieżnego lasu. Ja w tym czasie myślałam jak tu zagadać.

<Noctem? Chcesz to masz>

2.02.2020

Od Miriady do Etsiina "Wymazany"

Westchnęłam ciężko, opuszczając na chwilę powieki i w ciemności staczając bitwę z myślami. Nie wiedziałam, czy bardziej jestem mu wdzięczna za wyciągnięcie mnie z tej patowej sytuacji, czy złoszczę za to, że wszystko zobaczył i nie daje za wygraną, i zapewne będzie to tkwiło gdzieś z tyłu naszych głów do końca życia. Nie, bardziej to pierwsze. Nie mogłam go winić; gdyby nie moje intrygi, nigdy by do tego nie doszło. Wreszcie zdołałam podnieść wzrok na pysk ukochanego.
— Więc nie martw się. Naprawdę, to nic ważnego. Przepraszam, że musiałeś się znaleźć w takim momencie. - odparłam słodko, dodatkowo trącając czule ogiera nosem dla lepszego efektu.
— Nie waż mi się przepraszać. - mruknął stanowczo, prostując się, po czym dodał łagodniej: - Przecież widzę, że coś jest nie tak. Jeżeli to nic istotnego, to chyba możemy się z tego razem pośmiać? - zaproponował z uśmiechem. 
— Po prostu muszę trochę ochłonąć. Każdy ma swoje tajemnice. Ufasz mi? - spytałam z nutką wątpliwości. Nim zdołał znaleźć odpowiedź, dodałam: - W ogóle, śledziłeś mnie? - odwróciłam głowę, skubiąc kępkę zeschłej trawy spod śniegu.
— Nie. A przynajmniej nie miałem takiego zamiaru. Ufam ci...po prostu chcę pomóc. To chyba nic złego? - odrzekł Etsiin, swoim głosem zdradzając lekkie poirytowanie. W sumie mu się nie dziwiłam. 
— Sama twoja obecność jest zdecydowanie najlepszym lekarstwem. - oznajmiłam, wtulając się w jego miękką grzywę. - Inni już się chyba budzą. - zauważyłam, ucinając tym samym rozmowę. 
— Fakt. - appaloosa "wzruszył ramionami", po czym ruszył za mną w stronę reszty. Wydawał się spokojniejszy, a to się liczyło. Może naprawdę zostanie to tylko jako niemiłe wspomnienie z tyłu naszych umysłów? Albo i "aż"...
~~~
Zatrzymaliśmy się o milę albo dwie do rzeki, z tego co pamiętam, Dzawchan. Mój ukochany wyciągnął mnie na spacer, argumentując tym, jak pięknie gwiazdy i księżyc odbijają się w tafli wody. Nie sposób zaprzeczyć, aczkolwiek ich towarzystwo było mi ostatnio jakoś trochę mniej miłe, i z wzajemnością. Jednak kiedy wokół zaczęły unosić się setki świetlików, nie mogłam się oprzeć urokom nocy i szczerze zaczęłam śmiać się i bawić z ogierem w ganianego. Czułam, jak rozpiera mnie świeża energia. Zdyszani, stanęliśmy obok siebie na piaszczystym brzegu, wśród szuwarów, by napić się wody. Nad rzeką panował całkowity spokój. Do czasu.
Nagle coś wyskoczyło z wody na Etsiina. Wszystko potoczyło się błyskawicznie, każda akcja była mierzona w ułamkach sekund. Przerażone rżenie, gwałtowne wycofanie się, coś oślizgłego niespodziewanie zaciskającego się szybko wokół mojej szyi i ciągnącego do przodu, w wodę, ciemne, koszmarne gałki oczne. Po chwili stałam obrócona tyłem do rzeki, zakotwiczona w ziemi kopytami i przytrzymywana przez łuskowate stworzenie, zaś nakrapiany ogier znajdował się kilkanaście metrów dalej, przypatrując nam się z wybałuszonymi oczami. Z rany na jego głowie powoli ściekała krew. Po chwili wyraz jego pyska zmienił się diametralnie; warknął coś z wściekłością, ruszając na stwora.
— Nie radzę! - krzyknęła istota, zaciskając kończyny na mojej szyi jeszcze bardziej. Skrzywiłam się, słysząc znajomy głos. - Ona zapłaci. - mój towarzysz zatrzymał się zaledwie parę kroków dalej, wciąż zaciskając zęby i świdrując znajomego wzrokiem; gdyby ten mógł zabijać, stworzenie niechybnie leżałoby martwe. Niedaleko mu było do wybuchu furii. 
— Mam cię dość! Czego od nas chcesz?! Zostaw ją, w tej chwili! - wrzasnął, ponownie unosząc nogę. Gadzina wysunęła głowę do przodu, warcząc.
— Zostaw go! - zawyłam rozpaczliwie, szarpiąc się. Przez moment powietrze przeszywała jedna wielka kakafonia krzyków i parsknięć. Wreszcie ponownie nastała cisza, pełna tylko urywanych oddechów.
— Chcę zapłaty. - syknął stwór, rzucając mi naglące spojrzenie. Przygryzłam wargę próbując powstrzymać łzy.
— Jakiej zapłaty, za co? Co ty pier... 
— To moja wina, Etsiin. Tu chodzi o mnie. - wydusiłam wreszcie z siebie. - Muszę dokończyć pewne sprawy. 
— JAKIE SPRAWY? Miriada...
— Proszę, zostaw nas teraz samych. Obiecuję, że niedługo wrócę, i wszystko wróci do normy. Tylko ten jeden raz. 
— Zwariowałaś. - stwierdził z przerażeniem ogier. - Miri, proszę cię, co tu się wyprawia? Powiedz mi, to odejdę, tak jak sobie życzysz. - przed oczami znów przemknął mi koszmar z dzieciństwa. Czy wszystko muszę spieprzyć? On tego nie zniesie. Wszystko miało pójść tak gładko, to miał być jednorazowy epizod. Najwidoczniej jednak te wszystkie starania były nic niewarte. Ta miłość była skazana na szybką śmierć...Wypij wreszcie piwo, którego nawarzyłaś. 
— Nic nie rozumiesz. - pokiwałam łbem z lekkim uśmiechem. - Jak myślisz, kto zabił Dain'a? Kto go "wymazał"?
— Przypadki nie istnieją, Etsiin. - opuściłam głowę, czując, że głos zaraz mi się załamie. Więcej nie zdołałam wypowiedzieć.
— No, to możemy już kończyć tę ckliwą gadkę? - wtrącił swoje gad.
<Etsiin? A nie mówiłam? :p>

1.02.2020

Od Noctema do Maliah „Kto mieczem wojuje"

Dobrze rozumiałem klacz. Sam nie miałem z miłej przeszłości. Automatycznie spochmurniałem, gdy tylko przypomniałem sobie o moich ciężkich treningach i głodzie. Nigdy bym tam nie wrócił, a jeśli już to bym ich pozabijał... Nie, nie mógłbym ich zabić. To byłoby niegodne wojownika, tym bardziej że mimo wszystko dzięki nim żyje. Teraz, tu, kiedy mieszkałem w nowym stadzie rutyna i obowiązki ze starego pozostały. Codzienne treningi w pewien sposób sprawiały mi przyjemność. Gdy tak rozmyślałem nawet nie zauważyłem, że nastała cisza. Słychać było tylko powiew wiatru i rozmowy pozostałych członków stada. Znowu do głowy przywędrowała mi scena jak to na mojej lekcji nastała cisza, a ja, wtedy jeszcze młody ogierek stałem naprzeciwko swojego mentora gotowy do walki w zupełnej ciszy. Milczenie w przypadku mego mentora zawsze oznaczało chwile na zastanowienie się i, że zaraz mogę spodziewać się przemyślanego i nagłego ataku.
- Wybacz, ale pozwól, że pójdę teraz podszlifować moje umiejętności - mruknąłem odchodząc w swoją stronę.
- Pójdę z tobą — niespodziewanie odparła Maliah. Najwyraźniej chciała mieć jakieś towarzystwo. Mnie to zbytnio nie przeszkadzało, a nawet mogło pomóc. Podszedłem do drzewa, przy którym stałem wcześniej i wyciągnąłem z pochwy, która wisiała na jednej z gałęzi, miecz. Wiedziałem, że nie był on jakiś wybitny, ale mi starczał. Kasztanka uważnie lustrowała moją broń. Nigdy wcześniej nie widziała niczego podobnego, więc wcale się nie zdziwiłem.
- Po co w ogóle walczyć? W końcu nie ma żadnych niebezpieczeństw, raczej... - spytała z lekkim przerażeniem w oczach. Musiała jeszcze się wiele nauczyć o wolnym życiu z dala od dwunogów.
- Gdyby twój kolega umiał się jakkolwiek bronić to by nie zginał — mój głos przybrał oschły ton. Gdy tylko zauważyłem smutek i tęsknotę na pysku mojej towarzyszki coś ścisnęło mi serce. To, co przed chwilą powiedziałem raczej nie było na miejscu. Próbowałem się jakoś samemu sobie wytłumaczyć w myślach, ale gdy choć razem przeniosłem wzrok na Maliah od razu robiło mi się jej żal.
- Przepraszam — odparłem cicho, ale na tyle głośno by mogła mnie wyraźnie usłyszeć. Teraz mój głos nabrał słodkiego i miłego dla uszu barwy. Maliah wbiła wzrok ponownie w miecz i podniosła łeb przy tym lekko podnosząc kąciki pyska. Jako, iż nie było drugiego mieczu wytłumaczyłem klaczy, że nasz wspólny trening będzie polegał na tym, że ona będzie musiała unikać ostrza miecza, którym ja będę wymachiwać.
- Spokojnie, będę uważał, żeby nie zrobić ci krzywdy — powiedziałem najmilszym tonem, jaki tylko potrafiłem wydobyć. Zrobiłem pierwszy zamach. Był on na tyle słaby, że nawet gdyby dotknął ją w najczulszy punkt nic by się nie stały. Maliah automatycznie odskoczyła.

<Maliah?>

1.02.2020

Od Etsiina do Miriady ,,Proszę, powiedz mi"

- A co TY tu robisz? - tak właśnie, z morderczym podkreśleniem dwóch literek, wpatrywałem się w odrażające, koniokształtne stworzenie z jakimiś płetwami, czy co to tam było. W ogóle... Jakim cudem jeszcze tego nie widziałem? Musiałem coś najwidoczniej przeoczyć, że nagle po ziemi pełzają rybokonie. Moja powieka niebezpiecznie drgnęła, a na pysku wykwitł ironiczny uśmiech, usłany dodatkowo wyszczerzonymi zębami. Istota ,,uniosła brwi" i rzuciła mi przelotne spojrzenie, a potem popatrzyła na księżniczkę. Klacz nerwowo zaczęła kopać w zmarzniętej ziemi.
- Eeee... - wydukała jedynie, co jakiś czas zerkając na mnie z błaganiem w brązowych oczach. W sumie to nie dziwiłem się. Sam nie wiedziałbym, jak wytłumaczyć się z takiej sytuacji. Płetwiasty czterokopytny westchnął.
- Może ja wrócę później. Jak na razie, nic tu po mnie. Wyjaśnijcie sobie porachunki małżeńskie, czy coś takiego. - syknął, niezadowolony.
- Kim ty do cholery jesteś? - zarżałem, zirytowanym głosem, starając się ogarnąć, czy to nie tylko głupia iluzja.
- Spytaj się jej. -  warknął i jak na zawołanie zanurkował w lazurowej toni, na której tafli odbijał się ostry blask księżyca. Wraz z Miriadą, staliśmy bez ruchu, patrząc na siebie w milczeniu. Pierwszy zrobiłem krok, a potem podszedłem do izabelki. Klacz westchnęła.
- Nie musisz się na razie tłumaczyć, ale... Co to było?! - lekko poddenerwowany, przystępowałem z nogi na nogę. Miri skrzywiła się lekko.
- Znajomy. - ta odpowiedź wcale mnie nie usatysfakcjonowała. Zżerała mnie ciekawość, a niewiedza doskwierała mi całą drogę powrotną do reszty grupy. W końcu nie chciałem już iść dalej i zatrzymałem się, a klacz obok. Przejechałem chrapami po jej szyi, jakby dając znak, że wszystko jest w porządku. Nie było. Widziałem, jak Miri się denerwuje. Dało się to nawet wyczuć, odczytać z jej oczu. Nie chciała mi powiedzieć, co się stało i czym jest wodna istota. I jak na razie nie będę o to prosił. W kompletnej ciszy ruszyliśmy dalej. Starałem się na chwilę zapomnieć, ale to wszystko mnie okropnie nurtowało. W końcu wróciliśmy do reszty. Stanąłem gdzieś z boku, a księżniczka ostrożnie przystanęła obok.
- Przepraszam, Etsiin... - westchnęła.- Po prostu byś tego nie zrozumiał. A przynajmniej nie teraz.
Lekko kiwnąłem głową i zamknąłem oczy. Od Miriady wręcz biło zakłopotanie. Z jednej strony nie chciałem wiedzieć, o co chodzi. Wszyscy żyliby dalej. Ale z drugiej strony, miałem jakąś potrzebę dowiedzenia się. Może dla siebie? Może by odciążyć Miriadę z jakiegoś sekretu? Co jakiś czas zerkałem na ukochaną. Widziałem, że nie śpi. Ja też nie mogłem. Sen zmorzył mnie dopiero po kilku godzinach.

---

Ranek uderzył mnie jak z liścia. Ostry chłód przeszywał każdy najmniejszy milimetr mojego ciała. Z trudem podniosłem powieki. No i oczywiście, byłem strasznie głodny. Ale jakieś marne korzonki były jedynym, co zimą można było znaleźć. Miriada nie spała. Kręciła się gdzieś niedaleko, a ja obserwowałem ją z uwagą. W końcu nie mogłem już ustać z niecierpliwości i podkłusowałem do izabelki.
- Dzień dobry. - zarżałem, skubiąc jej grzywę. Brązowooka popatrzyła na mnie z bladym uśmiechem i musnęła pyskiem o moje chrapy.
- Cześć. - wymruczała cicho. Zjedliśmy śniadanie, i chwilę spacerowaliśmy, czekając, aż reszta się obudzi. Westchnąłem ciężko i zacisnąłem oczy.
- Czy stało się coś naprawdę poważnego? Martwię się, nie chcę widzieć Cię w takim nastroju... Proszę, powiedz mi. - powiedziałem po chwili, wzdychając.
<Miri?>

25.01.2020

Od Noctema Animam do Maliah „Słowa"

Chodziłem w kółko nasłuchując skrzypiącego śniegu pod moimi kopytami. Nie wiadomo czemu bardzo mi się ten dźwięk podobał. Pomimo że było mało czegokolwiek do jedzenia i było potwornie zimno uwielbiałem tę porę roku. Miała ona swój urok, a lekkie opady śniegu z podmuchami wiatru były jedną z lepszych rzeczy, jakich mogłem poczuć na co dzień. Mimo to dziwnie się czułem w nowym miejscu. Niby było tu lepiej, ale tak duża ilość nowych pysków gapiących się na mnie po prostu mnie przytłaczała. Wtem poczułem jak ktoś zaczął mi się przyglądać. Rozejrzałem się po stadzie, ale nikogo takiego nie zauważyłem. Lekko poirytowany skierowałem się jeszcze bardziej na ubocze. Uczucie obserwowania nie znikało, a wręcz przeciwnie, nasilało. Wygrzebałem spod śniegu trochę zeschłej trawy. Tylko gdzie nigdzie były zauważalne małe, zielone źdźbła. Zacząłem skubać ją udając, że jestem zupełnie nieświadomy tego, że ktoś mi się przygląda. W rzeczywistości cały czas kątem oka obserwowałem otoczenie. W końcu nie wytrzymałem i dokładnie rozejrzałem się dookoła. Zobaczyłem kasztanowatą klacz. Wcześniej nie miałem okazji jej spotkać. Wydawała się trochę skwaszona, ale też i onieśmielona przed nowymi końmi. Wbiła we mnie wzrok i czekała aż coś powiem. Tylko machnąłem z niezadowoleniem ogonem i odwróciłem się. Kasztanka jednak prychnęła i wciąż się we mnie wpatrywała próbując zwrócić na siebie uwagę.
- Dzień dobry. Potrzebujesz czegoś? - podszedłem i mruknąłem. Nie byłem zadowolony z jej obecności, ale też nie chciałem wyjść na niewychowanego źrebaka.
- Niczego - parsknęła klacz. Muszę przyznać, że już miałem jej dość.
- Rozumiem, ale następnym razem, proszę, nie patrz się tak na mnie i nie zwracaj na siłę uwagi na siebie - no i wtedy wyraźnie kasztanowata klacz się poirytowała. Spiorunowała mnie wzrokiem i machnęła ogonem ze wzgardą.
- Mogę chociaż wiedzieć jak masz na imię? - znowu zagadnąłem usiłując zmienić temat i naprawić trochę dobrą atmosferę dyskusji.
- Maliah.
- Noctem Animam, mów mi Noctem lub Noctis, zresztą kogo to interesuje - dziwnie się czułem wypowiadając moje imie. Dawno się nikomu się nie przedstawiałem w cztery oczy i moje miano wypowiedziane przeze mnie brzmiało naprawdę dziwnie.
- Miło mi cię poznać, Maliah - dodałem lekko się uśmiechając do kasztanki.

<Maliah? Wybacz za gniota, jakoś dziwnie wrócić do pisania w pierwszej osobie, a uparłam się, że na EF będę tak właśnie pisać>

24.01.2020

Od Maliah do Yatgaar "Trauma"

Fala chłodnej wody wylana na klacz przez przybyszów porządnie ją przeraziła. W końcu jednak przypomniała ona sobie o tym, co zdarzyło się, zanim straciła przytomność. Chwilę przed padnięciem na ziemię, w którym zresztą nie było nic, z jakże normalnej dla niej gracji, już ich przecież widziała. Mimo tego, że sama, ostatkiem sił, wezwała przybyszów, po otrząśnięciu z szoku nadal była lekko przytłoczona ich obecnością. W końcu tyle dni skazana była na samotność, a tu nagle pojawiają się obce konie. Nie mówię, że nie cieszyła się z takiego obrotu sprawy, bo w końcu jak każdy potrzebowała towarzystwa, ale musicie zrozumieć, że klacz po nietypowych i dość traumatycznych przeżyciach, patrząc z perspektywy konia stajennego, nie myślała do końca trzeźwo. Nie zaspokojone potrzeby fizjologiczne też dawały się jej we znaki.
Maliah odstawiła na chwilę na bok swój strach i zaczęła zadawać nieznajomym wiele, niekoniecznie sensownych, pytań. Mimo przypływu odwagi nadal wypowiadała je przytłumionym głosem, co można w pełni uzasadnić jej szokiem. W końcu jednak zdała sobie sprawę, że powinna podziękować obcym. Gdyby nie oni najprawdopodobniej nie miałaby siły i nadziei, aby wstać i dalej walczyć o przetrwanie. Zamilkła na chwilę i nie mogąc znaleźć odpowiednich słów wypowiedziała tylko krótkie "dziękuję". Starała się jednak wyrazić nim całą swoją wdzięczność.
Nie wspomniałam o tym wcześniej, ale obce konie wraz z Maliah, poruszały się w stronę stada. Klacz nie zwróciła na nie jednak uwagi, może pod wpływem emocji, a może wycieńczenia. Gdy jednak zdała sobie sprawę, że skierowane są na nią spojrzenia wielu osobników, przystanęła. Czwórka koni, która znalazła ją chwilę wcześniej, również się zatrzymała. Klacz czuła się lekko skrępowana niezręczną ciszą, która zapadła. Nie wiadomo czy z powodu czyjegoś komentarza, czy za zasługą jakiegoś głosu w głowie doszła do wniosku, że, mimo niezbyt groźnego wyglądu, niektórzy mogli mieć co do niej obawy. Uznała więc za stosowne, żeby opowiedzieć czego chce i jak się tu znalazła.
- Yyy... No więc... - zdała sobie sprawę, że jej głos znowu zbliżony jest do szeptu, więc kontynuowała już trochę głośniej. - No więc ja... Wychowałam się w stajni... Pewnego dnia mnie i innych zapakowali do przyczepy i myślałam, że znowu jadę na zawody, że będę musiała skakać. Ale zamiast tego zaprowadzili nas, znaczy mnie i innych, do jakichś pudełek - zaczęła się trochę mieszać. - I później nie wiem co się stało, ale uderzyliśmy mocno o ziemię. No i uciekłam, z Hannim, ale jego zabiły drapieżniki. On się poświęcił... A ja, ja uciekłam - mówiła załamującym się głosem. Drżała, mając w pamięci traumatyczne wydarzenia. - I ja nie dawałam rady... Tu wszystko jest takie inne! - wybuchnęła, nie mogąc już znieść smutku i żalu, w których była pogrążona.
<Yatgaar?>
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika