Kilka dni po ostatnim spacerze z kasztanowatą klaczą, gdy słońce, które jeszcze przed chwilą wabiło promykami do wygrzewania się na nim, teraz zostało przykryte przez chmury, rozprostowałem nogi po krótkiej drzemce i skuszony zapachem drzew podążyłem na poszukiwania jak najlepszej kory do zjedzenia. Reszta członków klanu również zainteresowała się korą drzew, gdyż na trawę o tej porze roku nie było co liczyć. Po drodze zauważyłem Shire, która ze zmieszanym zdziwieniem i ciekawością przyglądała się całej sytuacji. Pozdrawiając, uśmiechnęła się w moim kierunku, po czym ostrożnie skosztowała kawałka szorstkiej kory. Byłem ciekaw, czy jelonka już kiedyś próbowała tego dania. W końcu pochodzi od dwunogów i, mimo że parę lat żyła w dziczy, jej rodzice, przyzwyczajeni do jedzenia ze stajni, mogli nie nauczyć tego zwyczaju swoich dzieci. Teorie i przemyślenia odstawiłem na obok i skupiłem się na poszukiwaniach idealnego drzewa. Gdy oddaliłem się trochę od stada, nagle usłyszałem specyficzny, lecz charakterystyczny odgłos śniegu pod kopytami. Po częstotliwości i głośności kroków można było wywnioskować, że ktoś galopuje. Wtem zza zakrętu wyłoniła się kasztanowata sierść Maliah. Pomimo gwałtownego zatrzymania się klaczy, nie uniknęliśmy zderzenia. Niefortunnie nasze chrapy zetknęły się ze sobą, przez co nasze policzki oblała czerwień rumieńców.
- Przepraszam, nie zauwa... – zaczęła, gdy doszliśmy do siebie po niespodziewanej sytuacji, jednak nie dokończyła, gdyż całą uwagę zwróciła ku czapie śniegu spadającej na mój grzbiet. Zadrżałem, gdy ni stąd, ni zowąd na grzbiecie poczułem zimno. Jako iż śnieg zakrył mi oczy, tylko usłyszałem chichot klaczy. Jak najszybciej otrzepałem się ze śniegu, którego znaczna część, zamiast na ziemi, wylądowała na Maliah. Teraz to ja z rozbawieniem mruknąłem coś pod nozdrzami. Oczywiście kasztanka zażądała rewanżu, bo to właśnie leżało w jej naturze i kopytami trzepnęła na mnie warstwę śniegu. Odwzajemniłem cios z uśmiechem na pysku.
<Maliah?>
→ Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Noctem Animam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Noctem Animam. Pokaż wszystkie posty
12.04.2020
Od Noctema - Misja #13 "Stalker"
To był zwykły dzień, a właściwie do tamtej pory był zwykły. W najlepsze skubałem sobie trawkę, który przy pomocy słońca wyjrzała spod śniegu, jednak nie mogła długo się nacieszyć słońcem, gdyż od razu wykryło ją moje bystre oko tak jak białe coś na drzewie... zaraz, zaraz. Białe coś, które szarpało się z wiatrem na drzewie?! Na pewno nie był to ptak, a ni tym bardziej pąk kwiatu. Jako iż byłem dość daleko od stada, więc mocno się przestraszyłem. Powoli wyżłem zza bezpiecznych krzaków, by spojrzeć i odgadnąć, co to mogła być. To była... kartka? Przeważnie to ludzie używali papieru, więc to mnie tylko bardziej przeraziło. Nie pierwszy raz widziałem kartkę w swoim życiu, jednak czułem się, jakby stanąłem oko w oko z niebezpiecznym stworzeniem, którego zupełnie nie znałem. Powoli wziąłem kartkę i ją rozłożyłem. Jak się okazało, była zapisana kilkoma różnymi stylami pisma.
„Wykreślone imiona otacza milczenia bariera -
Z bohaterem opowieść bezpowrotnie umiera.
Za każde poświęcenie przyjdzie ci zapłacić:
Nie odzyskasz niczego, gdy już to utracisz
Ukradzione słowa należy wydać,
Użyczona moc tylko tobie się przyda.
Imieniożercy musisz zaspokoić głód,
Żywymi lub martwymi - znajdziesz ich w bród".
Nic z tego nie rozumiałem. Kto mógł to napisać i... po co? Tyle pytań, żadnej odpowiedzi. Logiczne było, że w wypadku dalszego rozwinięcia akcji należy poinformować o tym władcę, jednak ciekawość wygrała i postanowiłem na własne kopyto szukać odpowiedzi. Po nie długim czasie w krzaczku zauważyłem kolejny papierek, również zapisany.
„ TO TY ZACZĄŁEŚ TĘ GRĘ, GHERLANDZIE "
Po odczytaniu wiadomości zadałem kolejne pytanie: kim do chole*ry jest Gherland? Odpowiedź wciąż była jedna: nie wiem. W klanie nie było żadnego konia o tym imieniu. Postanowiłem wrócić do stada i na spokojnie to przemyśleć.
*
- Jak myślisz, to ludzie to napisali? No i po co... Może ktoś kogoś śledzi? - obsypałem Shire lawiną pytań po zwierzeniu się o napotkanej sytuacji.
- Nie znam żadnego Gherlanda i nie wiem, kto to mógł napisać... Wiem tyle, co ty o tym. Podejrzewam, że to mogli być ludzie. Gdy jeszcze mieszkałam w stadninie, widziałam, jak coś pisali na papierze. Chciałambym ci pomóc, ale jestem zajęta stróżowaniem. Najrosądniej było by poinformowanie o tym władcę. — odrzekła klacz z widocznym zainteresowaniem sprawą. Miała rację; należy poinformować o tym władce, ale z jakiś przyczyn nie chciałem tego robić.
- Nie chcę robić z małej chmury dużego deszczu. Lepiej wezmę tę sprawę na własne barki. Kto wie, może to tylko jakieś żarty — miałem nadzieję, że klacz mnie nie zrozumie i stanie po mojej stranie.
- W takim razie mogę jedynie trzymać język za zębami i życzyć ci powodzenia — odparła rzucając przelotne spojrzenie.
- Dziękuje — odparłem krótko i ruszyłem na przechadzkę, by trochę pomyśleć, a może nawet znaleźć kolejne tajemnicze wiadomości. Pogoda zdawała się tylko sprzyjać tajemniczej aurze. Na marne uparcie próbowałem się skupić, gdyż cały czas w głowie miałem tę jedną myśl. To musieli być dwunożni. W okolicy prócz Klanu Mroźnej Duszy nie było żadnych koni. Co chwile wydawało mi się, że widze zwinięte kartki powiewające na wietrze, ale to były tylko zwidy. Wkrótce tym razem rzeczywiście na ziemi zauważyłem kolejny papierek. Przytrzymałem go kopytem i powoli otworzyłem.
„Przyjdź dziś o zachodzie na zachodnio-północną część jeziora Chirgis i ZAKOŃCZMY TĘ GRĘ"
Chociaż teraz byłem pewny i wiedziałem co robić. Idę tam. Musiałem dowiedzieć się kto Gherland i kto pisał te liściki. Musiałem. Porządnie się najadłem i przygotowałem swój miecz, chociaż miałem nadzieję, że nie będę musiał go używać. Postanowiłem nie mówić o tym nikomu, nawet Shirze, która już wiedziała o tej sytuacji. Byłem pewny swoich czynów. Od razu wyruszyłem w miejsce mojego spotkania. Chciałem wrócić jeszcze przed wschodem słońca. Czułem, jak krew pulsowała w moich żyłach. Nie znałem wroga. Nawet nie wiedziałem, czy mogę go nazwać wrogiem. Wędrowałem energicznym stępem. Droga nie była jakoś specjalnie daleka. Chciałem mieć to jak najszybciej za sobą. Od jeziora do moich nozdrzy dochodziło rześkie powietrze, lecz z nieba też można było wyczuć wilgoć, co zwiastowało deszcz. Musiałem się pośpieszyć. Po pewnym czasie zwolniłem kroku, gdyż wyczułem silną, ludzką woń. Bacznie rozejrzałem się dookoła, jednak nic podejrzanego nie dostrzegłem. Zapach dochodził z naprzeciwka.
- Jednak przyszedłeś, Gherlandzie! - do moich uszu dobiegł ludzki głos. Gherland. Już to imię znałem. Dobrze trafiłem. Ostrożnie podeszłem i tak jak się spodziewałem, zobaczyłem ludzi. Nie mogli zauważyć mnie zza krzaków. Moje mięśnie były napięte do granic możliwości, a pochmurne niebo i szum jeziora, który teraz zdawał się uciszyć, tylko dodawały tajemniczej i ponurej aurze. Zastrzygłem uszami, gdy młody mężczyzna z włosami w odcieniu mojej sierści cofnął się o krok.
- Tak, nie jestem w końcu tchórzem. To wy pisaliście te wiadomości? Próbowaliście mnie zastraszyć...? Żenujące! Pluje na takich jak wy — ostrym głosem odezwał się najprawdopodobniej właśnie Gherland. Z tego, co wynikało z jego słów, on też odczytywał wiadomości.
- Już nie staniesz nam więcej na drodze! Zakończmy tą dziecinną błazenadę!
Wysoki mężczyzna z włosami czarnymi jak u kruka wyciągnął miecz z pochwy. Gherland zrobił to samo, jednak cała czwórka mężczyzn przez chwile stała nieruchomo w ciszy.
- Co ci da moja śmierć? Prędzej czy później mój ojciec i tak odkryje to. Nawet nie myśl o Ethyne! Jeszcze bardziej cię znienawidzi – nie miałem bladego pojęcia, o czym mówią, jednak z uwagą słuchałem każdego ich słowa.
- Pfff, chyba nie wiesz, że posiadam mózg w przeciwieństwie do ciebie. Nikt się nawet nie dowie o twojej śmierci.
Mówiąc to, czarnowłosy człowiek przygotował swój miecz do zatopienia w krwi swojego przeciwnika. Przez moment nawet chciałem wybiec z ukrycia i przeszkodzić mu w wykonaniu tego bestialskiego czynu, jednak w ostatniej chwili się powstrzymałem. Napastnik naskoczył na młodego mężczyznę, ale tam ten cudem uniknął ostrza, robiąc unik. Bronił się skutecznie własnym mieczem. Podczas ich pojedynku w głowie wirowały mi przebłyski własnych walk. Jako jeszcze młody ogier stawałem do walki ze swoim mentorem. Bez trudu unikałem ostrza, a sam zadawałem rany mentorowi. Miałem do tego talent. Kątem oka spojrzałem na swoje drobne blizny ukryte pod sierścią. Każda z nich miała jakąś historie. Skupiłem się na pojedynku ludzi. Szanse były wyrównane. Wtem do bijatyki dołączyli pozostali dwaj mężczyźni po stronie napastnika. Gherland nie miał szans, by podołać tylu większym od niego ludziom. Na chwile w sercu poczułem ukłucie żalu i współczucia dla młodego człowieka, który zginie w niesprawiedliwej bitwie. Gherland zawahał się przez chwile, wzrokiem pełnym bezradności i goryczy spojrzał w moją stronę. Czy mnie zauważył? Odwzajemniłem współczującym spojrzeniem, po czym cofnąłem się kilka kroków, by reszta ludzi mnie nie dojrzała. Czarnowłosy wycelował ostateczny cios w stronę Gherlanda. Ostrze wylądowało prosto na piersi człowieka. Wydał z siebie ostatni jęk pełen bólu, upadł na ziemie, wzrok wbijając w napastnika.
- Nie pozwolę, by ci się powiodło, nie pozwolę — z trudem wymówił te słowa, po czym upadł na ziemie i wyzionął ducha.
- W końcu mamy go z głowy. Chodźmy, bo worek, by go zabrać.
Czarnowłosy tryumfalnym krokiem odszedł ze swoją bandą. Gdy oddalili się już wystarczająco daleko, wyszedłem z ukrycia, by pożegnać się z Gherlandem. Pomimo że go zupełnie nie znałem i, że był człowiekiem, współczułem mu. Chciałem mu oddać pożegnanie godne szlachetnego wojownika.
- Spoczywaj w pokoju, Gherlandzie.
Wyszeptałem wprost do ucha nieboszczyka. Delikatnie musnąłem chrapami jego policzek, po czym odeszłem żwawym kłusem, gdyż reszta ludzi zapewne już tu szła. Drogę powrotną odbyłem w niczym niezmąconym spokoju. Uznałem, że nie będę mówił o tym Shirze, jeśli sama nie poprosi. Ten dzień na zawsze zapadnie w moim sercu.
„Wykreślone imiona otacza milczenia bariera -
Z bohaterem opowieść bezpowrotnie umiera.
Za każde poświęcenie przyjdzie ci zapłacić:
Nie odzyskasz niczego, gdy już to utracisz
Ukradzione słowa należy wydać,
Użyczona moc tylko tobie się przyda.
Imieniożercy musisz zaspokoić głód,
Żywymi lub martwymi - znajdziesz ich w bród".
Nic z tego nie rozumiałem. Kto mógł to napisać i... po co? Tyle pytań, żadnej odpowiedzi. Logiczne było, że w wypadku dalszego rozwinięcia akcji należy poinformować o tym władcę, jednak ciekawość wygrała i postanowiłem na własne kopyto szukać odpowiedzi. Po nie długim czasie w krzaczku zauważyłem kolejny papierek, również zapisany.
„ TO TY ZACZĄŁEŚ TĘ GRĘ, GHERLANDZIE "
Po odczytaniu wiadomości zadałem kolejne pytanie: kim do chole*ry jest Gherland? Odpowiedź wciąż była jedna: nie wiem. W klanie nie było żadnego konia o tym imieniu. Postanowiłem wrócić do stada i na spokojnie to przemyśleć.
*
- Jak myślisz, to ludzie to napisali? No i po co... Może ktoś kogoś śledzi? - obsypałem Shire lawiną pytań po zwierzeniu się o napotkanej sytuacji.
- Nie znam żadnego Gherlanda i nie wiem, kto to mógł napisać... Wiem tyle, co ty o tym. Podejrzewam, że to mogli być ludzie. Gdy jeszcze mieszkałam w stadninie, widziałam, jak coś pisali na papierze. Chciałambym ci pomóc, ale jestem zajęta stróżowaniem. Najrosądniej było by poinformowanie o tym władcę. — odrzekła klacz z widocznym zainteresowaniem sprawą. Miała rację; należy poinformować o tym władce, ale z jakiś przyczyn nie chciałem tego robić.
- Nie chcę robić z małej chmury dużego deszczu. Lepiej wezmę tę sprawę na własne barki. Kto wie, może to tylko jakieś żarty — miałem nadzieję, że klacz mnie nie zrozumie i stanie po mojej stranie.
- W takim razie mogę jedynie trzymać język za zębami i życzyć ci powodzenia — odparła rzucając przelotne spojrzenie.
- Dziękuje — odparłem krótko i ruszyłem na przechadzkę, by trochę pomyśleć, a może nawet znaleźć kolejne tajemnicze wiadomości. Pogoda zdawała się tylko sprzyjać tajemniczej aurze. Na marne uparcie próbowałem się skupić, gdyż cały czas w głowie miałem tę jedną myśl. To musieli być dwunożni. W okolicy prócz Klanu Mroźnej Duszy nie było żadnych koni. Co chwile wydawało mi się, że widze zwinięte kartki powiewające na wietrze, ale to były tylko zwidy. Wkrótce tym razem rzeczywiście na ziemi zauważyłem kolejny papierek. Przytrzymałem go kopytem i powoli otworzyłem.
„Przyjdź dziś o zachodzie na zachodnio-północną część jeziora Chirgis i ZAKOŃCZMY TĘ GRĘ"
Chociaż teraz byłem pewny i wiedziałem co robić. Idę tam. Musiałem dowiedzieć się kto Gherland i kto pisał te liściki. Musiałem. Porządnie się najadłem i przygotowałem swój miecz, chociaż miałem nadzieję, że nie będę musiał go używać. Postanowiłem nie mówić o tym nikomu, nawet Shirze, która już wiedziała o tej sytuacji. Byłem pewny swoich czynów. Od razu wyruszyłem w miejsce mojego spotkania. Chciałem wrócić jeszcze przed wschodem słońca. Czułem, jak krew pulsowała w moich żyłach. Nie znałem wroga. Nawet nie wiedziałem, czy mogę go nazwać wrogiem. Wędrowałem energicznym stępem. Droga nie była jakoś specjalnie daleka. Chciałem mieć to jak najszybciej za sobą. Od jeziora do moich nozdrzy dochodziło rześkie powietrze, lecz z nieba też można było wyczuć wilgoć, co zwiastowało deszcz. Musiałem się pośpieszyć. Po pewnym czasie zwolniłem kroku, gdyż wyczułem silną, ludzką woń. Bacznie rozejrzałem się dookoła, jednak nic podejrzanego nie dostrzegłem. Zapach dochodził z naprzeciwka.
- Jednak przyszedłeś, Gherlandzie! - do moich uszu dobiegł ludzki głos. Gherland. Już to imię znałem. Dobrze trafiłem. Ostrożnie podeszłem i tak jak się spodziewałem, zobaczyłem ludzi. Nie mogli zauważyć mnie zza krzaków. Moje mięśnie były napięte do granic możliwości, a pochmurne niebo i szum jeziora, który teraz zdawał się uciszyć, tylko dodawały tajemniczej i ponurej aurze. Zastrzygłem uszami, gdy młody mężczyzna z włosami w odcieniu mojej sierści cofnął się o krok.
- Tak, nie jestem w końcu tchórzem. To wy pisaliście te wiadomości? Próbowaliście mnie zastraszyć...? Żenujące! Pluje na takich jak wy — ostrym głosem odezwał się najprawdopodobniej właśnie Gherland. Z tego, co wynikało z jego słów, on też odczytywał wiadomości.
- Już nie staniesz nam więcej na drodze! Zakończmy tą dziecinną błazenadę!
Wysoki mężczyzna z włosami czarnymi jak u kruka wyciągnął miecz z pochwy. Gherland zrobił to samo, jednak cała czwórka mężczyzn przez chwile stała nieruchomo w ciszy.
- Co ci da moja śmierć? Prędzej czy później mój ojciec i tak odkryje to. Nawet nie myśl o Ethyne! Jeszcze bardziej cię znienawidzi – nie miałem bladego pojęcia, o czym mówią, jednak z uwagą słuchałem każdego ich słowa.
- Pfff, chyba nie wiesz, że posiadam mózg w przeciwieństwie do ciebie. Nikt się nawet nie dowie o twojej śmierci.
Mówiąc to, czarnowłosy człowiek przygotował swój miecz do zatopienia w krwi swojego przeciwnika. Przez moment nawet chciałem wybiec z ukrycia i przeszkodzić mu w wykonaniu tego bestialskiego czynu, jednak w ostatniej chwili się powstrzymałem. Napastnik naskoczył na młodego mężczyznę, ale tam ten cudem uniknął ostrza, robiąc unik. Bronił się skutecznie własnym mieczem. Podczas ich pojedynku w głowie wirowały mi przebłyski własnych walk. Jako jeszcze młody ogier stawałem do walki ze swoim mentorem. Bez trudu unikałem ostrza, a sam zadawałem rany mentorowi. Miałem do tego talent. Kątem oka spojrzałem na swoje drobne blizny ukryte pod sierścią. Każda z nich miała jakąś historie. Skupiłem się na pojedynku ludzi. Szanse były wyrównane. Wtem do bijatyki dołączyli pozostali dwaj mężczyźni po stronie napastnika. Gherland nie miał szans, by podołać tylu większym od niego ludziom. Na chwile w sercu poczułem ukłucie żalu i współczucia dla młodego człowieka, który zginie w niesprawiedliwej bitwie. Gherland zawahał się przez chwile, wzrokiem pełnym bezradności i goryczy spojrzał w moją stronę. Czy mnie zauważył? Odwzajemniłem współczującym spojrzeniem, po czym cofnąłem się kilka kroków, by reszta ludzi mnie nie dojrzała. Czarnowłosy wycelował ostateczny cios w stronę Gherlanda. Ostrze wylądowało prosto na piersi człowieka. Wydał z siebie ostatni jęk pełen bólu, upadł na ziemie, wzrok wbijając w napastnika.
- Nie pozwolę, by ci się powiodło, nie pozwolę — z trudem wymówił te słowa, po czym upadł na ziemie i wyzionął ducha.
- W końcu mamy go z głowy. Chodźmy, bo worek, by go zabrać.
Czarnowłosy tryumfalnym krokiem odszedł ze swoją bandą. Gdy oddalili się już wystarczająco daleko, wyszedłem z ukrycia, by pożegnać się z Gherlandem. Pomimo że go zupełnie nie znałem i, że był człowiekiem, współczułem mu. Chciałem mu oddać pożegnanie godne szlachetnego wojownika.
- Spoczywaj w pokoju, Gherlandzie.
Wyszeptałem wprost do ucha nieboszczyka. Delikatnie musnąłem chrapami jego policzek, po czym odeszłem żwawym kłusem, gdyż reszta ludzi zapewne już tu szła. Drogę powrotną odbyłem w niczym niezmąconym spokoju. Uznałem, że nie będę mówił o tym Shirze, jeśli sama nie poprosi. Ten dzień na zawsze zapadnie w moim sercu.
Zaliczone :)
4.04.2020
Od Noctema Misja #3 "Nie ma złej pogody, jest tylko zły ubiór..."
Wiatr igrał z moją grzywą tworząc przy tym niesamowity spektakl . W ten burzliwy dzień chyba nie miałem nic lepszego do roboty niż przyglądanie się rzeczom na, które zazwyczaj nie zwracałem uwagi. Kto by pomyślał, że może okazać się to niezwykle ekscytujące? Co chwile słońce nieśmiało wyglądało zza chmur i można było się cieszyć wręcz letnią pogodą, jednak chmury z powrotem wpychały słońce na drugi plan. Reszta klanu skupiła się w zwartej grupce, a stróże uważnie pilnowali, by żaden nieuważny koń nie wyszedł poza bezpieczny okrąg. Już jakiś czas temu dwójka zwiadowców wyruszyła na poszukiwania miejsca, gdzie stado mogło się schronić przed nadciągającą burzą. Cierpliwe oczekiwania na jakiekolwiek wieści o zwiadowcach zdawały się dłużyć w nieskończoność. Na niebie co jakiś czas można było zauważyć zygzakowate linie światła zwane piorunami, a silny wiatr przewracał źrebaki i starszych z nóg. Ciemne chmury już od rana zwiastowały ulewę. Kątem oka dostrzegłem Shire zmierzająca w moim kierunku. Cały czas bacznie obserwowała stado, gdyż na jej barkach spoczywał ten obowiązek stróża, jednak korzystała z każdej chwili spokoju na pogawędki z członkami.
- Jako stróż i przyjaciółka, która się o ciebie martwi radzę ci przybliżyć się do stada — przystaneła koło mnie z cieniem strachu w oczach patrzących na kłęby ciemnych chmur.
- Spokojnie, potrafię o siebie zadbać. Martwisz się o Fashagara i Zurlage? To doświadczeni zwiadowcy i na pewno dadzą sobie rade.
Sam ich znałem tylko z widzenia, ale, by choć trochę pocieszyć Shire dałem rade zdobyć się na kłamstwo. Chociaż czy kłamałem? Nawet z tylko obserwacji można było poznać, że nasi zwiadowcy są pewni swoich czynów. Miałem tylko nadzieje, że wszystko się jakoś ułoży. Właśnie rozmawiałem z Shirą, gdy wśród zgromadzonych koni ponad pomruk tłumu usłyszeć można było pełne radości rżenie. Automatycznie odwróciłem się w tamtą stronę i dostrzegłem Zurlage i Fashagara; dwóch zwiadowców wracających ze swojej wyprawy, którzy od razu ruszyli w stronę władcy.
- W samą porę — odparła Shira i miała rację, gdyż na grzbiecie poczuć można było pierwsze płatki śniegu. Wkrótce Shireght obrócił się do swojego klanu.
- Moi drodzy! Nasi zwiadowcy znaleźli jaskinie, w której możemy się schronić przed nadciągającą zamiecią!
Zamieć? To znacznie grubsza sprawa niż burza... Po czym zaczął wygłaszać kto, gdzie ma stanąć podczas drogi. Z słów władcy można było wywnioskować, że droga nie jest długa, lecz niebezpieczna dla słabszych. Członkowie szybko poradzili sobie z zajęciem swoich miejsc. Uczniowie wraz z matkami i emeryci stanęli w samym środku stada, a stróże i parę koni z wojska, w tym ja, stanęło na zewnątrz grupy, by bronić i pilnować reszty. No i ruszyliśmy. Opady śniegu przybierały na sile, a w mojej głowie narastało pytanie, czy zdążymy dotrzeć do jaskini na czas. Raz po raz konie otrzepywały się z nadmiaru śniegu na grzbietach. Niekiedy ponad tłum wznosiły się rżenia starszych lub źrebaków, którym kopyta topiły się w narastającym śniegu. Wiatr zmagał się i kołysał gałęziami drzew i krzewów. Liście wirowały w powietrzu, a jeden nawet przykuł moją uwagę. Zeschły i brązowy listek szybował na wietrze, jakby próbując wylądować na bezpiecznej ziemi, jednak co chwila wiatr porywał go coraz wyżej ku ciemnym obłokom. Coraz trudniej było stawiać kroki w śniegu, a droga wydawała się dłużyć w nieskończoność. Zamieć rozpętała się niewyobrażalnie szybko. Po pewnym czasie podróży w śniegu wiejącym prosto w oczy wszystkie głowy odwróciły się w kierunku rozpaczliwego krzyku.
- MINDY!!! Mindy nie ma! - swój okrzyk powtórzyła Trouble oszołomionym wzrokiem patrząc w miejsce w którym powinna stać jej przyjaciółka. Przez stado przeszedł szmer, a niektóre konie wydały z siebie żałośliwe rżenie.
- Kiedy znikła? - do siwej klaczy podszedł Shireght uważnie lustrując otoczonie, jakby mając nadzieje, że dostrzeże zaginioną klacz.
- N-nie wiem, przed ch-chwilą zauważyłam, że j-jej nie ma — załamanym głosem z trudem odparła klacz.
- Cavaldi, Noctem i Alifa; wyruszacie na poszukiwania Mindy. Reszta rusza w dalszą drogę — oznajmił władca, po czym podszedł do naszej trójki-Życzę wam powodzenia i uważajcie na siebie.
Skinąłem z szacunkiem łbem i ruszyliśmy na naszą misję.
*
- Mika? Trouble? Ktokolwiek? - wśród zamieci można było dosłyszeć żałosne wołania zagubionej duszy.
- Mindy?! Gdzie jesteś?! - Alifa zaczął nerwowo, lecz czujnie rozglądać się wokoło, choć w śniegu nie było można nic dostrzec.
- Alif?! Już do was idę! - Cavaldi chciał zaprzeczyć, jednak przed nami ukazał się już łeb gniadej klaczy.
- Więc jest was trzech! Och, dziękuje wam, gdyby nie wy to nie wiadomo ile jeszcze musiałambym się błąkać!
- Dziękujemy, a teraz wracajmy jak najszybciej do klanu. Przydałby ci się przegląd medyczki — dodałem na co reszta mi przytaknęła i ruszyliśmy w drogę powrotną. Na miejscu czekały już na nas Mika, Trouble i Shira. Widać było, gdy tylko zobaczyły nas z Mindy całych i zdrowych kamień spadł im z serca. Ciepło powitały odnalezioną przyjaciółkę, a Shira przywarła do mego boku.
- Tak się o was martwiliśmy! - westchnęła jeleniowata z troską w oczach. Z jaskini przed nami wyszedł jeszcze Shireght i Mint na powitanie. Resztę dnia spędziliśmy w bezpiecznym schronieniu.
- Jako stróż i przyjaciółka, która się o ciebie martwi radzę ci przybliżyć się do stada — przystaneła koło mnie z cieniem strachu w oczach patrzących na kłęby ciemnych chmur.
- Spokojnie, potrafię o siebie zadbać. Martwisz się o Fashagara i Zurlage? To doświadczeni zwiadowcy i na pewno dadzą sobie rade.
Sam ich znałem tylko z widzenia, ale, by choć trochę pocieszyć Shire dałem rade zdobyć się na kłamstwo. Chociaż czy kłamałem? Nawet z tylko obserwacji można było poznać, że nasi zwiadowcy są pewni swoich czynów. Miałem tylko nadzieje, że wszystko się jakoś ułoży. Właśnie rozmawiałem z Shirą, gdy wśród zgromadzonych koni ponad pomruk tłumu usłyszeć można było pełne radości rżenie. Automatycznie odwróciłem się w tamtą stronę i dostrzegłem Zurlage i Fashagara; dwóch zwiadowców wracających ze swojej wyprawy, którzy od razu ruszyli w stronę władcy.
- W samą porę — odparła Shira i miała rację, gdyż na grzbiecie poczuć można było pierwsze płatki śniegu. Wkrótce Shireght obrócił się do swojego klanu.
- Moi drodzy! Nasi zwiadowcy znaleźli jaskinie, w której możemy się schronić przed nadciągającą zamiecią!
Zamieć? To znacznie grubsza sprawa niż burza... Po czym zaczął wygłaszać kto, gdzie ma stanąć podczas drogi. Z słów władcy można było wywnioskować, że droga nie jest długa, lecz niebezpieczna dla słabszych. Członkowie szybko poradzili sobie z zajęciem swoich miejsc. Uczniowie wraz z matkami i emeryci stanęli w samym środku stada, a stróże i parę koni z wojska, w tym ja, stanęło na zewnątrz grupy, by bronić i pilnować reszty. No i ruszyliśmy. Opady śniegu przybierały na sile, a w mojej głowie narastało pytanie, czy zdążymy dotrzeć do jaskini na czas. Raz po raz konie otrzepywały się z nadmiaru śniegu na grzbietach. Niekiedy ponad tłum wznosiły się rżenia starszych lub źrebaków, którym kopyta topiły się w narastającym śniegu. Wiatr zmagał się i kołysał gałęziami drzew i krzewów. Liście wirowały w powietrzu, a jeden nawet przykuł moją uwagę. Zeschły i brązowy listek szybował na wietrze, jakby próbując wylądować na bezpiecznej ziemi, jednak co chwila wiatr porywał go coraz wyżej ku ciemnym obłokom. Coraz trudniej było stawiać kroki w śniegu, a droga wydawała się dłużyć w nieskończoność. Zamieć rozpętała się niewyobrażalnie szybko. Po pewnym czasie podróży w śniegu wiejącym prosto w oczy wszystkie głowy odwróciły się w kierunku rozpaczliwego krzyku.
- MINDY!!! Mindy nie ma! - swój okrzyk powtórzyła Trouble oszołomionym wzrokiem patrząc w miejsce w którym powinna stać jej przyjaciółka. Przez stado przeszedł szmer, a niektóre konie wydały z siebie żałośliwe rżenie.
- Kiedy znikła? - do siwej klaczy podszedł Shireght uważnie lustrując otoczonie, jakby mając nadzieje, że dostrzeże zaginioną klacz.
- N-nie wiem, przed ch-chwilą zauważyłam, że j-jej nie ma — załamanym głosem z trudem odparła klacz.
- Cavaldi, Noctem i Alifa; wyruszacie na poszukiwania Mindy. Reszta rusza w dalszą drogę — oznajmił władca, po czym podszedł do naszej trójki-Życzę wam powodzenia i uważajcie na siebie.
Skinąłem z szacunkiem łbem i ruszyliśmy na naszą misję.
*
- Mika? Trouble? Ktokolwiek? - wśród zamieci można było dosłyszeć żałosne wołania zagubionej duszy.
- Mindy?! Gdzie jesteś?! - Alifa zaczął nerwowo, lecz czujnie rozglądać się wokoło, choć w śniegu nie było można nic dostrzec.
- Alif?! Już do was idę! - Cavaldi chciał zaprzeczyć, jednak przed nami ukazał się już łeb gniadej klaczy.
- Więc jest was trzech! Och, dziękuje wam, gdyby nie wy to nie wiadomo ile jeszcze musiałambym się błąkać!
- Dziękujemy, a teraz wracajmy jak najszybciej do klanu. Przydałby ci się przegląd medyczki — dodałem na co reszta mi przytaknęła i ruszyliśmy w drogę powrotną. Na miejscu czekały już na nas Mika, Trouble i Shira. Widać było, gdy tylko zobaczyły nas z Mindy całych i zdrowych kamień spadł im z serca. Ciepło powitały odnalezioną przyjaciółkę, a Shira przywarła do mego boku.
- Tak się o was martwiliśmy! - westchnęła jeleniowata z troską w oczach. Z jaskini przed nami wyszedł jeszcze Shireght i Mint na powitanie. Resztę dnia spędziliśmy w bezpiecznym schronieniu.
Zaliczone :)
25.03.2020
Od Noctema do Maliah "Móc"
- Rozumiem. Najwidoczniej takie jest twoje przeznaczenie, by żyć tu, na wolnym, mongolskim stepie.
Podświadomie wędrował po wspomnieniach. W sumie to nie miał za czym tęsknić, a może jednak...? Może mógłby zostać w swoim starym stadzie, zabić przywódcę i próbować odbudować stado? Czy możliwe by jego nowe stado straciło łatkę „upadłych", a może i nawet cieszyło się siła i sławą? Gdyby Noctis w pożarze próbował ratować innych nie zapłaciłby tym własnym życiem? Teraz, jednak były to tylko wspomnienia. Już nie mógł cofnąć czasu. W głowie wciąż miał urywki szalejącego ognia wokół, który o mało go nie zabił. Nawet wydawało się mu, że powoli traci dech we wszechobecnym, wyimaginowanym dymie. Otrząsnął się z myśli i utkwił wzrok w otoczeniu. Promienie słońca zachowaniem, jak i wyglądem łudząco podobne do ognia znów sprawiły, że umysł gniadosza zmąciły gorzkie wspomnienia. Wtem jego serce niczym miecz przedarła tęsknota. Tylko, za czym on tak nieświadomie tęsknił? Do jego nozdrzy dotarł zapach, który już kiedyś czuł. Był tego pewien. Maliah zaciekawiona tajemniczym zachowaniem towarzysza, a zarazem zirytowana brakiem uwagi przyglądała się cicho zagubionemu wzrokowi ogiera. W końcu kasztanka lekko go szturchnęła, by ten powrócił do rzeczywistości.
- Och, ehm... Przepraszam, zamyśliłem się — Noctem zażenowany wyprostował się i skupił się na spacerze.
<Maliah?>
Podświadomie wędrował po wspomnieniach. W sumie to nie miał za czym tęsknić, a może jednak...? Może mógłby zostać w swoim starym stadzie, zabić przywódcę i próbować odbudować stado? Czy możliwe by jego nowe stado straciło łatkę „upadłych", a może i nawet cieszyło się siła i sławą? Gdyby Noctis w pożarze próbował ratować innych nie zapłaciłby tym własnym życiem? Teraz, jednak były to tylko wspomnienia. Już nie mógł cofnąć czasu. W głowie wciąż miał urywki szalejącego ognia wokół, który o mało go nie zabił. Nawet wydawało się mu, że powoli traci dech we wszechobecnym, wyimaginowanym dymie. Otrząsnął się z myśli i utkwił wzrok w otoczeniu. Promienie słońca zachowaniem, jak i wyglądem łudząco podobne do ognia znów sprawiły, że umysł gniadosza zmąciły gorzkie wspomnienia. Wtem jego serce niczym miecz przedarła tęsknota. Tylko, za czym on tak nieświadomie tęsknił? Do jego nozdrzy dotarł zapach, który już kiedyś czuł. Był tego pewien. Maliah zaciekawiona tajemniczym zachowaniem towarzysza, a zarazem zirytowana brakiem uwagi przyglądała się cicho zagubionemu wzrokowi ogiera. W końcu kasztanka lekko go szturchnęła, by ten powrócił do rzeczywistości.
- Och, ehm... Przepraszam, zamyśliłem się — Noctem zażenowany wyprostował się i skupił się na spacerze.
<Maliah?>
15.03.2020
Od Noctema do Shiry "Zagubiona Dusza Gwiazd"
Z początku myślałem, że Shira zauważyła jakiegoś drapieżnika czyhającego na nos, jednak gdy wstałem wciąż lekko zdezorientowany i rozejrzałem się nic podejrzanego oprócz nieobecności Shiry nie dojrzałem. Reszta stada nawet nie zauważyła dziwnego zachowania młodej klaczy. Mimo braku niebezpieczeństwa serce wciąż mi waliło jak oszalałe. Gdzie mogła się podziać Shira? Dlaczego powaliła mnie na ziemie? Pytań było od groma, a odpowiedzi ani jednej. Wtem na śniegu moim oczom ukazały się ślady kopyt Shiry. Rzecz jasna podążyłem tropem. Dotarłem do małego lasku nieopodal, a właściwie do skupiska brzóz. Noc dodawała niezwykłej atmosfery temu miejscu. Nagle w krzakach dostrzegłem znaną mi zgrabną sylwetkę. Już chciałem podejść, gdy klacz odwróciła łeb w moją stronę, a jej spojrzenie wyraźnie dawało znać, żebym został na swoim miejscu i siedział cicho. Tylko czemu? Gdy po cichu zadawałem pytania do mych uszu dotarł... szept? Wydawało się, że już gdzieś ten głos słyszałem, jednak miałem wrażenie jakby słyszał go pierwszy raz. Przede mną pojawiło się maleńkie, niebieskie... światełko? Było niczym dusza, która zeszła na ziemie, by coś przekazać swojemu potomkowi. Dusza mieszkająca w gwieździe. Dobra dusza zagubiona w tym okrutnym świecie. Stałem jak wryty i wpatrywałem się w światło, które zdawało się odwzajemniać zdziwione spojrzenie. Nagle światło znikło i pojawiło się kilka kroków dalej. Automatycznie zacząłem galopować, a nawet cwałować za światłem, które również wyglądało jakby biegło tyle, że na swój sposób. Shira popędziła za mną.
<Shira?>
<Shira?>
25.02.2020
Od Noctema do Maliah "Nie zawsze to samo"
W sumie jedyne, na co miałem teraz ochotę to odpoczynek w jakimś zacisznym miejscu niedaleko stada, więc ten pomysł nie przypadł mi zbytnio do gustu. W dodatku słońce niechętnie zachodziło już za horyzontem, a większość stada szukała dogodnego miejsca do snu. Oddalanie się od stada o takiej porze nie było najlepszym pomysłem, więc musiałem odmówić.
- Wybacz, ale nie chce narażać nas na niebezpieczeństwo. Spaceru o zimowej, późnej porze to duże ryzyko. Odłóżmy przechadzkę na jutrzejszy dzień — jak zwykle uważnie dobrałem każde słowo, przez co brzmiałem jak starszy pouczający źrebaka, chociaż w rzeczywistości to Maliah była tą starszą. Klacz tylko przytaknęła, po czym obydwoje odeszliśmy w swoje strony. Przed zaśnięciem zagadała mnie jeszcze Shira, która najwidoczniej nie potrafi choć przez minutkę czegoś nie palnąć. Zgaduje, że nawet z szatanem chętnie by poplotkowała. W końcu udało mi się usnąć w spokoju z dala od stadnego harmideru. Gdy ponownie otworzyłem oczy praktycznie wszyscy klanowicze jeszcze spali. Dostrzegłem władce, któremu posłałem skromny uśmiech, jednak Shireght zbyt zajęty rozdzielaniem obowiązków stróżów mnie nie zauważył. Otrzepałem się ze śniegu na mojej szyi i niezgrabnym krokiem skierowałem się w stronę najbliższego krzaczka, który stanowił główne pożywienie podczas zimy. Wkrótce dołączyła do mnie Maliah. Kasztanka skinieniem łba przywitała się ze mną co ja oczywiście odwzajemniłem. Ślepym wzrokiem klacz żując cienkie gałązki krzewu spoglądała w stwardniałą od mrozu ziemie. Najwidoczniej galopowała gdzieś myślami tracąc kontakt z rzeczywistością. Nie chciałem wybudzać Maliah z „transu", gdyż zapewne oburzałaby się na mnie, a nie chciałem niepotrzebnie ją irytować. Kontynuowałem w ciszy i spokoju żucie, aż w końcu Maliah się odezwała.
- Noctem, czy... Eh, nieważne... - ciekawość zżerała mnie od środka. Co chciała powiedzieć klacz? Zastanawiałem się, ale szybko odgoniłem od siebie myśli. Nie chciałem być wścibski, a najlepiej było zapomnieć o tym i zmienić temat.
- Co do wczorajszej propozycji, może masz czas na tą przechadzkę? - zagadnąłem. Kasztanka z chęcią się zgodziła.
<Maliah?>
- Wybacz, ale nie chce narażać nas na niebezpieczeństwo. Spaceru o zimowej, późnej porze to duże ryzyko. Odłóżmy przechadzkę na jutrzejszy dzień — jak zwykle uważnie dobrałem każde słowo, przez co brzmiałem jak starszy pouczający źrebaka, chociaż w rzeczywistości to Maliah była tą starszą. Klacz tylko przytaknęła, po czym obydwoje odeszliśmy w swoje strony. Przed zaśnięciem zagadała mnie jeszcze Shira, która najwidoczniej nie potrafi choć przez minutkę czegoś nie palnąć. Zgaduje, że nawet z szatanem chętnie by poplotkowała. W końcu udało mi się usnąć w spokoju z dala od stadnego harmideru. Gdy ponownie otworzyłem oczy praktycznie wszyscy klanowicze jeszcze spali. Dostrzegłem władce, któremu posłałem skromny uśmiech, jednak Shireght zbyt zajęty rozdzielaniem obowiązków stróżów mnie nie zauważył. Otrzepałem się ze śniegu na mojej szyi i niezgrabnym krokiem skierowałem się w stronę najbliższego krzaczka, który stanowił główne pożywienie podczas zimy. Wkrótce dołączyła do mnie Maliah. Kasztanka skinieniem łba przywitała się ze mną co ja oczywiście odwzajemniłem. Ślepym wzrokiem klacz żując cienkie gałązki krzewu spoglądała w stwardniałą od mrozu ziemie. Najwidoczniej galopowała gdzieś myślami tracąc kontakt z rzeczywistością. Nie chciałem wybudzać Maliah z „transu", gdyż zapewne oburzałaby się na mnie, a nie chciałem niepotrzebnie ją irytować. Kontynuowałem w ciszy i spokoju żucie, aż w końcu Maliah się odezwała.
- Noctem, czy... Eh, nieważne... - ciekawość zżerała mnie od środka. Co chciała powiedzieć klacz? Zastanawiałem się, ale szybko odgoniłem od siebie myśli. Nie chciałem być wścibski, a najlepiej było zapomnieć o tym i zmienić temat.
- Co do wczorajszej propozycji, może masz czas na tą przechadzkę? - zagadnąłem. Kasztanka z chęcią się zgodziła.
<Maliah?>
10.02.2020
Od Noctema do Shiry "W dzień nie szukaj gwiazd"
Nigdy nie widziałem wcześniej tej klaczy, jednak podsłuchałem w stadzie kilka plotek o nijakiej Shirze. Z resztą klacz wyglądała na przyjaźnie nastawioną, więc nie miałem żadnych obaw.
- Wybacz, na mnie już czas. Żegnaj - mruknąłem odchodząc naprzeciw. Jeleniowata wyglądała na nie zadowoloną, ale zignorowałem to. Gdy już spowrotem dotarłem do stada podeszłem bliżej innych koni i wygrzebałem ze śniegu trochę zeschłej trawy. Wtem poczułem za sobą stąpanie kopyt. Kątem oka zauważyłem znajomy mi już pysk skubiący trawę. Podniosłem lekko łeb i się uśmiechnąłem co Shira z przyjemnością odwzajemniła. Wtem w moim sercu poczułem ciepło. Miło było się tak uśmiechnąć do kogoś. Wróciłem do delektowania się nie smaczną i suchą trawą. Uśmiechnąłem się w stronę jeleniowatej co ona natychmiastowo odwzajemniła. Moje serce wypełniło ciepło, a ciało przeszły przyjemne ciarki. Lubiłem gest uśmiechu, jednak dopiero po latach miałem odwagę go użyć. Jako iż była zima wkrótce nastał zmierzch. Wbiłem wzrok w słońce, które zupełnie się nie spieszyło ze znikaniem za horyzontem. Ostatnie promienie dnia niczym ogień raz po raz rozciągały pnąc się ku górze, by potem znów się skurczyć. To był wyjątkowo słoneczny wieczór jak na zimę. Nieoczekiwanie widok słońca zasłoniła mi Shira. Przez mój pysk przebiegł cień niezadowolenia. Wolałem podziwiać krajobrazy niż inne konie. Chociaż po dokładnym przyjrzeniu się zaparło mi dech w piersiach. Zgrabna sylwetka Shiry na złotym tle wielkiej gwiazdy w dodatku z jasną jelenią maścią wyglądała przepięknie. Promyki przedzierały się przez ciało klaczy i raziły mnie w oczy. Jednak nie pocieszyłem się długo tym widokiem. Na niebie pojawiła się ciemność i małe gwiazdki. Shira podeszła do mnie przyłączyła się do podziwiania. Ten poukładany chaos stworzony przez migoczące złote punkciki był równie piękny co zachód słońca. Oderwałem na chwile wzrok od nieba i spojrzałem na klacz. W jej wielkich, okrągłych oczach odbijały się gwiazdy.
<Shira? ^^>
- Wybacz, na mnie już czas. Żegnaj - mruknąłem odchodząc naprzeciw. Jeleniowata wyglądała na nie zadowoloną, ale zignorowałem to. Gdy już spowrotem dotarłem do stada podeszłem bliżej innych koni i wygrzebałem ze śniegu trochę zeschłej trawy. Wtem poczułem za sobą stąpanie kopyt. Kątem oka zauważyłem znajomy mi już pysk skubiący trawę. Podniosłem lekko łeb i się uśmiechnąłem co Shira z przyjemnością odwzajemniła. Wtem w moim sercu poczułem ciepło. Miło było się tak uśmiechnąć do kogoś. Wróciłem do delektowania się nie smaczną i suchą trawą. Uśmiechnąłem się w stronę jeleniowatej co ona natychmiastowo odwzajemniła. Moje serce wypełniło ciepło, a ciało przeszły przyjemne ciarki. Lubiłem gest uśmiechu, jednak dopiero po latach miałem odwagę go użyć. Jako iż była zima wkrótce nastał zmierzch. Wbiłem wzrok w słońce, które zupełnie się nie spieszyło ze znikaniem za horyzontem. Ostatnie promienie dnia niczym ogień raz po raz rozciągały pnąc się ku górze, by potem znów się skurczyć. To był wyjątkowo słoneczny wieczór jak na zimę. Nieoczekiwanie widok słońca zasłoniła mi Shira. Przez mój pysk przebiegł cień niezadowolenia. Wolałem podziwiać krajobrazy niż inne konie. Chociaż po dokładnym przyjrzeniu się zaparło mi dech w piersiach. Zgrabna sylwetka Shiry na złotym tle wielkiej gwiazdy w dodatku z jasną jelenią maścią wyglądała przepięknie. Promyki przedzierały się przez ciało klaczy i raziły mnie w oczy. Jednak nie pocieszyłem się długo tym widokiem. Na niebie pojawiła się ciemność i małe gwiazdki. Shira podeszła do mnie przyłączyła się do podziwiania. Ten poukładany chaos stworzony przez migoczące złote punkciki był równie piękny co zachód słońca. Oderwałem na chwile wzrok od nieba i spojrzałem na klacz. W jej wielkich, okrągłych oczach odbijały się gwiazdy.
<Shira? ^^>
1.02.2020
Od Noctema do Maliah „Kto mieczem wojuje"
Dobrze rozumiałem klacz. Sam nie miałem z miłej przeszłości. Automatycznie spochmurniałem, gdy tylko przypomniałem sobie o moich ciężkich treningach i głodzie. Nigdy bym tam nie wrócił, a jeśli już to bym ich pozabijał... Nie, nie mógłbym ich zabić. To byłoby niegodne wojownika, tym bardziej że mimo wszystko dzięki nim żyje. Teraz, tu, kiedy mieszkałem w nowym stadzie rutyna i obowiązki ze starego pozostały. Codzienne treningi w pewien sposób sprawiały mi przyjemność. Gdy tak rozmyślałem nawet nie zauważyłem, że nastała cisza. Słychać było tylko powiew wiatru i rozmowy pozostałych członków stada. Znowu do głowy przywędrowała mi scena jak to na mojej lekcji nastała cisza, a ja, wtedy jeszcze młody ogierek stałem naprzeciwko swojego mentora gotowy do walki w zupełnej ciszy. Milczenie w przypadku mego mentora zawsze oznaczało chwile na zastanowienie się i, że zaraz mogę spodziewać się przemyślanego i nagłego ataku.
- Wybacz, ale pozwól, że pójdę teraz podszlifować moje umiejętności - mruknąłem odchodząc w swoją stronę.
- Pójdę z tobą — niespodziewanie odparła Maliah. Najwyraźniej chciała mieć jakieś towarzystwo. Mnie to zbytnio nie przeszkadzało, a nawet mogło pomóc. Podszedłem do drzewa, przy którym stałem wcześniej i wyciągnąłem z pochwy, która wisiała na jednej z gałęzi, miecz. Wiedziałem, że nie był on jakiś wybitny, ale mi starczał. Kasztanka uważnie lustrowała moją broń. Nigdy wcześniej nie widziała niczego podobnego, więc wcale się nie zdziwiłem.
- Po co w ogóle walczyć? W końcu nie ma żadnych niebezpieczeństw, raczej... - spytała z lekkim przerażeniem w oczach. Musiała jeszcze się wiele nauczyć o wolnym życiu z dala od dwunogów.
- Gdyby twój kolega umiał się jakkolwiek bronić to by nie zginał — mój głos przybrał oschły ton. Gdy tylko zauważyłem smutek i tęsknotę na pysku mojej towarzyszki coś ścisnęło mi serce. To, co przed chwilą powiedziałem raczej nie było na miejscu. Próbowałem się jakoś samemu sobie wytłumaczyć w myślach, ale gdy choć razem przeniosłem wzrok na Maliah od razu robiło mi się jej żal.
- Przepraszam — odparłem cicho, ale na tyle głośno by mogła mnie wyraźnie usłyszeć. Teraz mój głos nabrał słodkiego i miłego dla uszu barwy. Maliah wbiła wzrok ponownie w miecz i podniosła łeb przy tym lekko podnosząc kąciki pyska. Jako, iż nie było drugiego mieczu wytłumaczyłem klaczy, że nasz wspólny trening będzie polegał na tym, że ona będzie musiała unikać ostrza miecza, którym ja będę wymachiwać.
- Spokojnie, będę uważał, żeby nie zrobić ci krzywdy — powiedziałem najmilszym tonem, jaki tylko potrafiłem wydobyć. Zrobiłem pierwszy zamach. Był on na tyle słaby, że nawet gdyby dotknął ją w najczulszy punkt nic by się nie stały. Maliah automatycznie odskoczyła.
<Maliah?>
- Wybacz, ale pozwól, że pójdę teraz podszlifować moje umiejętności - mruknąłem odchodząc w swoją stronę.
- Pójdę z tobą — niespodziewanie odparła Maliah. Najwyraźniej chciała mieć jakieś towarzystwo. Mnie to zbytnio nie przeszkadzało, a nawet mogło pomóc. Podszedłem do drzewa, przy którym stałem wcześniej i wyciągnąłem z pochwy, która wisiała na jednej z gałęzi, miecz. Wiedziałem, że nie był on jakiś wybitny, ale mi starczał. Kasztanka uważnie lustrowała moją broń. Nigdy wcześniej nie widziała niczego podobnego, więc wcale się nie zdziwiłem.
- Po co w ogóle walczyć? W końcu nie ma żadnych niebezpieczeństw, raczej... - spytała z lekkim przerażeniem w oczach. Musiała jeszcze się wiele nauczyć o wolnym życiu z dala od dwunogów.
- Gdyby twój kolega umiał się jakkolwiek bronić to by nie zginał — mój głos przybrał oschły ton. Gdy tylko zauważyłem smutek i tęsknotę na pysku mojej towarzyszki coś ścisnęło mi serce. To, co przed chwilą powiedziałem raczej nie było na miejscu. Próbowałem się jakoś samemu sobie wytłumaczyć w myślach, ale gdy choć razem przeniosłem wzrok na Maliah od razu robiło mi się jej żal.
- Przepraszam — odparłem cicho, ale na tyle głośno by mogła mnie wyraźnie usłyszeć. Teraz mój głos nabrał słodkiego i miłego dla uszu barwy. Maliah wbiła wzrok ponownie w miecz i podniosła łeb przy tym lekko podnosząc kąciki pyska. Jako, iż nie było drugiego mieczu wytłumaczyłem klaczy, że nasz wspólny trening będzie polegał na tym, że ona będzie musiała unikać ostrza miecza, którym ja będę wymachiwać.
- Spokojnie, będę uważał, żeby nie zrobić ci krzywdy — powiedziałem najmilszym tonem, jaki tylko potrafiłem wydobyć. Zrobiłem pierwszy zamach. Był on na tyle słaby, że nawet gdyby dotknął ją w najczulszy punkt nic by się nie stały. Maliah automatycznie odskoczyła.
<Maliah?>
24.01.2020
Nowy szeregowiec - Noctem Animam!
Źródło: Zdjęcie główne
Motto: „Gwiazdy nie mogłyby jaśnieć bez ciemności"Imię: Jego pełne miano to Noctem Animam. W skrócie Noctem, Noctis, a tym, których może uznać za przyjaciół pozwala mówić na siebie Ocet.Tytuł: -Wiek: Przeżył już 5 wiosen.Płeć: Bez wątpienia jest to ogier.Ranga/i: Starszy szeregowyGłos: Kuba Jurzyk
Relacje:
• Kora - Przybrana matka. Opiekowała się Noctisem tylko dlatego, że taki był jej obowiązek. Traktowała przybranego syna jak powietrze, a on sam się nią nie interesował.
• Lupus - W przeciwieństwie do prawdziwej matki Noctis poznał swojego biologicznego ojca. Był on przywódcą stada w którym wychował się Noctem. Obydwoje nie wiedzieli o swoim pokrewieństwu. To chyba najbardziej znienawidzony koń przez Noctisa.
Osobowość: Można go nazwać szlachetnym wojownikiem. Lekko uparty, broniący swojego zdania ogier z manierami. Szanuje innych o ile inni szanują jego. Nie lubi wybuchowych, gadatliwych, lekkomyślnych i chamskich osobników. Nie przerywa w połowie zdania, to raczej typ słuchacza niż mówcy co nie nie oznacza, że nie potrafi się wysłowić. Jak postawi przed sobą jakiś cel to go zrealizuje, nawet jeśli miałoby kosztować go to życie. Nie lubi pochopnie podejmować decyzji, ale nie boi się ryzyka. Zawsze najpierw myśli, a później czyni. Trzeba zasłużyć, żeby zdobyć jego zaufanie. Na pierwszy rzut oka może się wydawać oschły i lekko chamski, ale tak nie jest. Zawsze pamięta o tak zwanych magicznych słowach, szczególnie jeśli ma do czynienia ze starszymi, bardziej doświadczonymi i końmi z wyższa rangą w stadzie. Czasami bywa ironiczny. Pomimo jego powagi potrafi się śmiać i lubi dokazywać swoim przyjaciołom. Gdy tylko jest taka potrzeba poświęci życie za swoje stado. Nie zważa na ból. Przyzwyczaił się do tego, że musi sam się o siebie troszczyć, ale gdy ktoś potrzebuje pomocy zawsze chętnie pomoże.
Orientacja: Hetero, nie toleruje żadnej innej.
Aparycja:
- Rasa: Mieszaniec
- Wygląd: Spotkałeś jakiegoś wysokiego gniadego ogiera z gwiazdką na czole, szeroką, ale krótką strzałką i uroczą chrapką? W dodatku koń ten jest mocno umięśniony i nawet w stępie porusza się szybko na swoich nogach z czterema skarpetkami? Jeśli tak to spotkałeś właśnie Noctisa.
- Umaszczenie: Gniade
- Znaki charakterystyczne: Gwiazdka, dość nietypowa strzałka, chrapka i cztery skarpetki oraz wiele małych blizn.
- Wzrost: 170 cm WK
Historia: Matka Noctisa, gdy napotkała na swojej drodze tak zwane Stado Upadłych od razu została zgwałcona przez przywódce. Jedenaście miesięcy po tym zdarzeniu urodziła Noctema, jednak podrzuciła go Stadu Upadłych i już miał zostać zabity, gdy Lupus zdecydował zostawić źrebaka przy życiu i wyszkolić go na wojownika, który mógłby bronić stada. No i się zaczęła się droga przez mękę. Ogierek dostał niańkę, która pozwalała mu zjeść, dopiero gdy źrebak tracił przytomność z odwodnienia, a mimo niedożywiania codziennie ciężko trenował, żeby zostać wojownikiem. Nienawidził wszystkich ze stada. Gdy tylko przestał ssać mleko musiał sam się o siebie troszczyć. Tam liczyło się tylko przetrwanie. W końcu gdy miał 4 lata znalazł doskonała okazje by uciec. Był pożar, a wszyscy uciekali w swoją stronę. W zgiełku znalazł ścieszkę jeszcze nieprzejętą przez ogień i uciekł. Rok błąkał się aż w końcu znalazł nowy dom.
Inne:
• Uwielbia zimno
• Trudno jest mu chodzić wolno i zazwyczaj kłusuje
Kontakt: -Nutellka- (HW)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
