Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miriada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miriada. Pokaż wszystkie posty

2.02.2020

Od Miriady do Etsiina "Wymazany"

Westchnęłam ciężko, opuszczając na chwilę powieki i w ciemności staczając bitwę z myślami. Nie wiedziałam, czy bardziej jestem mu wdzięczna za wyciągnięcie mnie z tej patowej sytuacji, czy złoszczę za to, że wszystko zobaczył i nie daje za wygraną, i zapewne będzie to tkwiło gdzieś z tyłu naszych głów do końca życia. Nie, bardziej to pierwsze. Nie mogłam go winić; gdyby nie moje intrygi, nigdy by do tego nie doszło. Wreszcie zdołałam podnieść wzrok na pysk ukochanego.
— Więc nie martw się. Naprawdę, to nic ważnego. Przepraszam, że musiałeś się znaleźć w takim momencie. - odparłam słodko, dodatkowo trącając czule ogiera nosem dla lepszego efektu.
— Nie waż mi się przepraszać. - mruknął stanowczo, prostując się, po czym dodał łagodniej: - Przecież widzę, że coś jest nie tak. Jeżeli to nic istotnego, to chyba możemy się z tego razem pośmiać? - zaproponował z uśmiechem. 
— Po prostu muszę trochę ochłonąć. Każdy ma swoje tajemnice. Ufasz mi? - spytałam z nutką wątpliwości. Nim zdołał znaleźć odpowiedź, dodałam: - W ogóle, śledziłeś mnie? - odwróciłam głowę, skubiąc kępkę zeschłej trawy spod śniegu.
— Nie. A przynajmniej nie miałem takiego zamiaru. Ufam ci...po prostu chcę pomóc. To chyba nic złego? - odrzekł Etsiin, swoim głosem zdradzając lekkie poirytowanie. W sumie mu się nie dziwiłam. 
— Sama twoja obecność jest zdecydowanie najlepszym lekarstwem. - oznajmiłam, wtulając się w jego miękką grzywę. - Inni już się chyba budzą. - zauważyłam, ucinając tym samym rozmowę. 
— Fakt. - appaloosa "wzruszył ramionami", po czym ruszył za mną w stronę reszty. Wydawał się spokojniejszy, a to się liczyło. Może naprawdę zostanie to tylko jako niemiłe wspomnienie z tyłu naszych umysłów? Albo i "aż"...
~~~
Zatrzymaliśmy się o milę albo dwie do rzeki, z tego co pamiętam, Dzawchan. Mój ukochany wyciągnął mnie na spacer, argumentując tym, jak pięknie gwiazdy i księżyc odbijają się w tafli wody. Nie sposób zaprzeczyć, aczkolwiek ich towarzystwo było mi ostatnio jakoś trochę mniej miłe, i z wzajemnością. Jednak kiedy wokół zaczęły unosić się setki świetlików, nie mogłam się oprzeć urokom nocy i szczerze zaczęłam śmiać się i bawić z ogierem w ganianego. Czułam, jak rozpiera mnie świeża energia. Zdyszani, stanęliśmy obok siebie na piaszczystym brzegu, wśród szuwarów, by napić się wody. Nad rzeką panował całkowity spokój. Do czasu.
Nagle coś wyskoczyło z wody na Etsiina. Wszystko potoczyło się błyskawicznie, każda akcja była mierzona w ułamkach sekund. Przerażone rżenie, gwałtowne wycofanie się, coś oślizgłego niespodziewanie zaciskającego się szybko wokół mojej szyi i ciągnącego do przodu, w wodę, ciemne, koszmarne gałki oczne. Po chwili stałam obrócona tyłem do rzeki, zakotwiczona w ziemi kopytami i przytrzymywana przez łuskowate stworzenie, zaś nakrapiany ogier znajdował się kilkanaście metrów dalej, przypatrując nam się z wybałuszonymi oczami. Z rany na jego głowie powoli ściekała krew. Po chwili wyraz jego pyska zmienił się diametralnie; warknął coś z wściekłością, ruszając na stwora.
— Nie radzę! - krzyknęła istota, zaciskając kończyny na mojej szyi jeszcze bardziej. Skrzywiłam się, słysząc znajomy głos. - Ona zapłaci. - mój towarzysz zatrzymał się zaledwie parę kroków dalej, wciąż zaciskając zęby i świdrując znajomego wzrokiem; gdyby ten mógł zabijać, stworzenie niechybnie leżałoby martwe. Niedaleko mu było do wybuchu furii. 
— Mam cię dość! Czego od nas chcesz?! Zostaw ją, w tej chwili! - wrzasnął, ponownie unosząc nogę. Gadzina wysunęła głowę do przodu, warcząc.
— Zostaw go! - zawyłam rozpaczliwie, szarpiąc się. Przez moment powietrze przeszywała jedna wielka kakafonia krzyków i parsknięć. Wreszcie ponownie nastała cisza, pełna tylko urywanych oddechów.
— Chcę zapłaty. - syknął stwór, rzucając mi naglące spojrzenie. Przygryzłam wargę próbując powstrzymać łzy.
— Jakiej zapłaty, za co? Co ty pier... 
— To moja wina, Etsiin. Tu chodzi o mnie. - wydusiłam wreszcie z siebie. - Muszę dokończyć pewne sprawy. 
— JAKIE SPRAWY? Miriada...
— Proszę, zostaw nas teraz samych. Obiecuję, że niedługo wrócę, i wszystko wróci do normy. Tylko ten jeden raz. 
— Zwariowałaś. - stwierdził z przerażeniem ogier. - Miri, proszę cię, co tu się wyprawia? Powiedz mi, to odejdę, tak jak sobie życzysz. - przed oczami znów przemknął mi koszmar z dzieciństwa. Czy wszystko muszę spieprzyć? On tego nie zniesie. Wszystko miało pójść tak gładko, to miał być jednorazowy epizod. Najwidoczniej jednak te wszystkie starania były nic niewarte. Ta miłość była skazana na szybką śmierć...Wypij wreszcie piwo, którego nawarzyłaś. 
— Nic nie rozumiesz. - pokiwałam łbem z lekkim uśmiechem. - Jak myślisz, kto zabił Dain'a? Kto go "wymazał"?
— Przypadki nie istnieją, Etsiin. - opuściłam głowę, czując, że głos zaraz mi się załamie. Więcej nie zdołałam wypowiedzieć.
— No, to możemy już kończyć tę ckliwą gadkę? - wtrącił swoje gad.
<Etsiin? A nie mówiłam? :p>

12.01.2020

Od Miriady do Etsiina "Historia zatacza koło" Cz. 7

Moja rodzicielka zupełnie nieoczekiwanie stanęła dęba, jak zawsze podczas zagalopowania - był to wręcz jej znak rozpoznawczy, po czym ruszyła na czele grupy. Bez wahania pognaliśmy za nią, kompletnie zaskoczeni reakcją. Na ujawnienie się niebezpieczeństwa nie trzeba było długo czekać. Gdy do naszych uszu dotarł zdumiewający dźwięk uderzania większej liczby kopyt o ziemię, praktycznie wszyscy obejrzeliśmy się za siebie. Naszym oczom ukazało się kilka uzbrojonych kułanów, podążających za nami, a ich mowa ciała nie pozostawiała wątpliwości co do zamiarów. Wkrótce Cardinano zrównał się z Yatgaar, bądź co bądź już niemłodą klaczą, jednak to ona przyjęła na siebie uderzenie osła, który wypadł na nas na łuku z zarośli. Odepchnęła przeciwnika, po czym wystrzeliła do przodu z zamiarem zadania ostatecznego ciosu, jednak nie zdążyła. Wraz z Etsiinem, po części z powodu rozpędu, wpadliśmy na wroga, uderzając go i wytrącając z równowagi, a tym samym odblokowując drogę. Ponownie przeszliśmy do szaleńczej gonitwy leśnymi drogami, nieraz zwalniając, by nie wypaść na zakolach lub potknąć się na górkach, co równałoby się śmierci. Przez większość czasu utrzymywaliśmy mordercze tempo, ale mimo to odgłosy pościgu nie cichły, a wręcz się przybliżały. Sytuacja się pogarszała. Nie możemy w końcu biec w nieskończoność. Dyszałam ciężko, przebierając nogami niemal mechanicznie. Wtedy świat postanowił wprowadzić jakiś zwrot akcji, a raczej...nas pogrążyć.
Przed nami ukazała się przeszkoda w postaci przepływającej przez puszczę rzeki, może niezbyt rwącej, ale szerokiej i pokrytej płynącymi kawałkami lodu. Pewnie wzrost temperatur w ostatnich dniach rozkruszył pokrywę. Na moment zwolniliśmy, jednak rzut oka do tyłu wystarczył, by podjąć decyzję. Nie mamy innego wyjścia. Z dwojga złego skok do lodowatej, wzburzonej masy dawał większe szanse na przeżycie. Z głośnym pluskiem wylądowałam w wodzie, a tuż za mną Etsiin, niczym tylna straż przez cały bieg. Wzdrygnęłam się, w szoku przebierając kończynami. Wreszcie dotknęłam stabilnego podłoża. Zacisnęłam zęby i korzystając z energii z zastrzyku adrenaliny parłam do przodu, ze spojrzeniem utkwionym w zadzie matki. Zaraz usłyszałam kolejne pluśnięcie. Niedobrze. Czułam, że nogi odmawiają mi posłuszeństwa. W ostatnim zrywie rzuciłam się do przodu i...trafiłam na brzeg.  Równocześnie usłyszałam potworny krzyk, a właściwie ich kakafonię. Odskoczyłam gwałtownie, rżąc, po czym obejrzałam się za siebie, by sprawdzić, czy ogier również jest bezpieczny. Był tuż za mną, z równie przerażoną miną poszukując źródła dźwięku. Za to kułany...zniknęły. Dosłownie. Jakby w jednej chwili zapadły się pod ziemię. Przez moment oboje wpatrywaliśmy się w tajemnicze odmęty rzeki. Nie było czasu na zastanawianie się. Zebrałam w sobie ostatnie siły i ruszyłam galopem za resztą. Parę zakrętów dalej pojawili się w zasięgu naszego wzroku:
— Zatrzymajcie się! Już ich nie ma! - krzyknął appaloosa, przechodząc do kłusa.
— Jesteśmy bezpieczni! - dodałam, wzdychając z ulgą.
~~~
Konsekwentnie podążaliśmy na północ, lekko na wschód, zakładając, że klan wciąż stacjonuje przy jeziorze Chirgis. W międzyczasie przybyła nam jeszcze jedna towarzyszka w podróży - Maliah. Ostatnie dni wydawały się sielanką, istną idyllą w porównaniu z pozostałymi okresami misji. Świat wydawał się jakiś piękniejszy. Również starałam się w pełni cieszyć tą ulgą; incydent z walką i ślubem wydawał mi się już wyjątkowo odległym incydentem z przeszłości, lecz od tej pory spokoju nie dawała mi inna senna mara. Gdzieś w tym raju latała sobie jedna, mała mucha-zmora. Najczęściej głowa powieszona na sznurze nad rzeką, niczym skazaniec. Szeptała o obietnicy. Tego dnia, gdy wszyscy już poszli spać po wieczornych opowiadaniach, sama odłączyłam się od grupy i ruszyłam w głąb puszczy. W okolicy znajdowało się małe, lazurowe jezioro, otoczone polodowcowymi skałami.
Im bliżej byłam, tym bardziej miałam ochotę odwrócić się, rzucić to wszystko w cholerę i pognać cwałem przed siebie gdzieś daleko, tysiące mil dalej, po nowe życie.
— Dobrze, zatem mamy zarys sytuacji...ale oczekuję również czegoś w zamian.
— Przykro mi, ale nie zamierzam sprzedawać swojej duszy. Zatem możemy już zakończyć rozmowę.
— O nie, nie, duszy? Mam takich do wyboru, do koloru. Nie chcę twojej duszy, chociaż jest wcale ładna. Ale buźkę masz ładniejszą. Chcę czegoś lepszego...
To tylko jeden raz. Ostatni raz. - próbowałam się uspokajać, gdy nogi odmawiały mi posłuszeństwa, sparaliżowane strachem. Jeżeli tego nie zrobisz, narazisz wszystkich na niebezpieczeństwo, być może jeszcze większe. Zniszczysz sukces, który wypracowałaś. Znów zatrzymałam się, spoglądając w niebo, jak zwykle czyste, upstrzone jasnymi plamkami. Księżyc jednak tym razem nie pojawił się na scenie. Potem już wszystko się ułoży. Życie będzie się toczyć dalej. To będzie jak zły sen. Spojrzałam na jeden z głazów, niczym niewzruszony strażnik wieczności. Bardzo zły sen. Koszmar, tyle że rolę reniferów przejmie ktoś inny. Koszmar powracający każdego dnia, każdej nocy, niedający spokoju. Ale podjęłam tę decyzję świadomie, chociaż tyle. Obiecałaś. A poza tym...zasłużyłam sobie. Przed oczami znów stanął mi obraz ciała Dain'a. Właściwie jego fragmentu. W tej chwili nie jestem lepsza od tego stworzenia.
Stanęłam w bezpiecznej odległości, kilkanaście metrów od brzegu. Nie byłam w stanie zrobić ani kroku dalej. Wiatr kołysał lekko sitowiem i marszczył taflę wody. Już po chwili z głębin wyłoniła się tajemnicza istota i z szerokim uśmiechem podpłynęła na płyciznę, wysuwając płetwowate kończyny na piach. Odruchowo skrzywiłam się lekko.
— No, no, no. Nie spodziewałem się. Jednak mądrze wybrałaś. Zuch dziewczyna. - mruknął stwór, poprawiając sobie łuski. Przełknęłam ślinę i wydusiłam w końcu dwa słowa:
— Zabiłeś go.
— Chciałaś, żeby przestał wam zawadzać. Wykonałem swoje zadanie, czyż nie? - odwróciłam wzrok. Właściwie, czego się spodziewałam? Wyjaśnień? Przeprosin? Miał całkowitą rację.
— I tamte kułany. - dodałam z nutą wątpliwości, próbując jakoś uratować swoje stanowisko.
— Miałem pozwolić, żeby zepsuli mi zabawkę? Nie, nie. - mruknął bardziej do siebie, wijąc się ohydnie przy brzegu. - Jeszcze jakieś pytania? Co tak stoisz? Nie bój się, jadłem już kolację. - wyszczerzył zęby. - No, dalej. Nie mamy całej nocy.
Zamknęłam oczy. Nie ma już odwrotu. Westchnęłam cicho, po czym powoli zaczęłam schodzić ku jezioru. Każdy krok sprawiał mi ból. Byłam już w połowie drogi, kiedy usłyszałam krzyk z prawej. Oboje odwróciliśmy głowy w tamtą stronę. Etsiin. Z jednej strony poczułam ukłucie radości w sercu, z drugiej...Tylko nie to.
— Miriada? Co się tutaj dzieje? Co...TO jest? - z każdym pytaniem w jego głosie narastało zdziwienie. Stanęłam jak wryta.
— Co ty tu robisz? - było to jedyne, co byłam w stanie wykrztusić.
<Etsiin? Mówiłam, że to będzie zrypane xDDD W razie wątpliwości pisz priv. Łączna ilość słów w serii: 6541>

11.01.2020

Od Miriady do Etsiina "Przypadki nie istnieją" Cz. 6

Cofnęłam się prędko o kilka kroków, tratując tłum. Jak...? Wciąż miałam ten makabryczny obraz przed oczami, nawet gdy orszak posunął się dalej. W szoku nie byłam w stanie poskładać wszystkich myśli w jakąś spójną całość, w głowie słyszałam tylko dwa przeciwne głosy: - Masakra! - I po ślubie! W tym momencie przez tłum, który już podjął gorącą dyskusję, przedarł się Etsiin i od razu doskoczył do mnie.
— Miriada? Miriada, co się dzieje?! - potrząsnęłam gwałtownie głową, jakby ten gest miał mnie uwolnić od zbędnych fantazji, i wskazałam jedynie kopytem kierunek. Ogier wychylił się do przodu. Jego zacięty, niemalże gniewny wyraz pyska przeobraził się w szok i odrazę. Po chwili zmrużył oczy, pociągając mnie delikatnie za grzywę. Z miłą chęcią opuściłam to miejsce, wysoko unosząc nogi nad czerwonym szlakiem na śniegu. Yatgaar i Cardinano wybiegli nam na spotkanie, od razu zasypując pytaniami o to, co się stało.
— Książę nie żyje. - rzekł krótko appaloosa.
— Jest tylko głowa... - dodałam cicho, kiwając łbem. Nie mogłam uwierzyć w to, jak szybko i brutalnie los odwrócił kota ogonem. Wczoraj narzeczony, przekleństwo, a dziś...tak po prostu zgasł, znikł?
— Heh...Jeden problem z głowy, tak? - mruknął strateg, przestępując z nogi na nogę. Matka tylko uśmiechnęła się z wyraźną ulgą i podeszła do mnie, po czym zaczęła wyjmować z moich włosów ozdoby. Zaczęłam jej w tym pomagać, co jakiś czas machając szyją. Ostatecznie pozbyłam się wszystkich dekoracji, będących teraz kupką przykrych symboli, przysypanych białym puchem.
— Może chodźmy dowiedzieć się czegoś więcej. - rzekł skarogniady koń. Wszyscy "wzruszyliśmy ramionami" i ruszyliśmy za nim.
— Możesz zostać, jeśli chcesz. - oznajmiła moja rodzicielka, sama z gracją poruszająca się naprzód.
— Nie. Idę z wami. - odparłam stanowczo, wbijając wzrok w jeden punkt na horyzoncie.
Wkrótce znaleźliśmy się z powrotem w otoczeniu kułanów, obrzucani większą ilością spojrzeń niż zwykle. Yatgaar wraz z Cardinanem przedzierali się gdzieś w kierunku elity, w pewnym momencie również ja i Etsiin rozdzieliliśmy się. Wtedy dostrzegłam osła wyglądającego na kogoś wyżej postawionego, a więc niemalże z pewnością lepiej doinformowanego.
— Przepraszam. - zagaiłam, stając obok niego.
— Ach, księżniczka Miriada. - uśmiechnął się szeroko. - Co...
— Jak to się stało? - przerwałam mu trochę nieumyślnie.
— Chodzi o panicza Dain'a? - spytał od razu chłodniejszym tonem, jednak w tej chwili nie zwracałam na to uwagi. - Znaleźli go tuż nad rzeką...a właściwie tylko tę górną część. - dodał z prześmiewczą nutą.
— Nad rzeką...? - czułam jak nogi się pode mną uginają, oddech staje się płytki, a wszystko wokół powoli zapada w gęstą, czarną dziurę mojego życia. Nie, nie, nie...to musi być sen, jakiś głupi koszmar, z którego zresztą próbuję się wybudzić już od kilku dni. Wzniosłam łeb ku górze, jednak ani jedno światełko nadziei nie rozświetlało firmamentu. Dain, powiadasz? Średniego wzrostu, szara sierść, taki szujowaty? Da się zrobić. Tak, chciałam, żeby dostał za swoje i zniknął z naszego życia...ale nie w taki sposób! Spojrzałam w dół, na przednie kopyta. Splamione krwią. To ja jestem mordercą. To ja go zabiłam.
— Halo! - odskoczyłam, czując czyjś dotyk na łopatce. Zacisnęłam zęby i wzięłam głęboki wdech.
— Przepraszam. - mruknęłam tylko na pożegnanie.
~~~
Potrząsnęłam głową, próbując poprawić obiecany żałobny wianek z suchych gałązek i orzechów, opadający mi coraz niżej czoła. Stałam pomiędzy Etsiinem i matką w pierwszym rzędzie, starając się równocześnie jak najbardziej zapaść pod ziemię. Wreszcie po długiej ceremonii pozostałości księcia kułanów spoczęły w dole i były przysypywane ziemią zmieszaną ze świeżym śniegiem. Nie byłam w stanie nawet spojrzeć na lamentującą rodzinę, lecz również mimo wszystko nie potrafiłam też płakać. Trwałam tylko ze spuszczoną głową, niczym kamienny posąg, zamarła pomiędzy dwoma dylematami nie do rozstrzygnięcia. Nie da się cofnąć czasu. 
— Hej, co to za kwaśna mina? - wyszeptał, szturchając mnie nagle ogier. Wzdrygnęłam się, odruchowo kładąc po sobie uszy, jednak prędko się opanowałam i z trudem spojrzałam na jego sylwetkę z pytającym wzrokiem. - Dosyć szczęśliwy zbieg okoliczności...nie? - mruknął, powoli głaszcząc mnie po szyi. Szczęśliwy zbieg okoliczności. Dosyć ciekawy sposób myślenia. Szczęśliwy przypadek sprawił, że dotarłam nad jezioro. I szczęśliwym trafem akurat polował tam...to coś. Szczęśliwie mnie nie udziabał, a wręcz przeciwnie, zaoferował pomoc. I szczęśliwym zbiegiem okoliczności książę Dain oszalał i jakimś cudem odciął sobie głowę nad rzeką. Zaczęły się rytualne, monotonne śpiewy, przeplatane lamentami, jednak szepty w tłumie całkowicie umilkły, stado kołysało się tylko lekko. Przypadki nie istnieją. Chociaż...w jednym musiałam mu przyznać rację. Uratowałam nas. Ale za jaką cenę?
— Cóż...chyba tak. - odparłam nieco bardziej przytomnie, nieśmiało muskając ukochanego wargami. Śnieg padał coraz mocniej, pokrywając wszystko zimną kołderką, zacierając kształty, wyciszając wszystkie dźwięki przez wycie wichru. Płatki wirowały coraz szybciej.
~~~
— Naprawdę przykro nam z powodu syna. To doprawdy ogromna tragedia. Sama pewnie bym nie wytrzymała, gdyby coś się stało mojej córce... - kontynuowała matka współczującym tonem, podczas gdy władca kładł swój odcisk kopyta na porozumieniu, ostatecznie podjętym na naszych warunkach. Byliśmy zmuszeni oddać połowę ajmaku Hovd, choć nie była to duża strata biorąc pod uwagę żyzność terenów, dostarczyć stadu trochę broni i zobowiązać się do niesienia sobie wzajemnie pomocy w razie zaistniałej potrzeby, na miarę swoich możliwości, co dawało szerokie pole do popisu. Miało więc ono raczej charakter sojuszu.
— Tak...tragedia... - mruknął Khuvi Zayaa, cofając się o krok ze smętnie spuszczonym łbem. Trzymałam się z tyłu, ze wzrokiem wbitym w ziemię. Większość zapewne poczytywała to za smutek. Z jednej strony może to i dobrze, mniej cierpienia.
— Gotowe. - oznajmiła cicho klacz, pakując jeszcze jedną rzecz do torby przewieszonej przez szyję. Ja otrzymałam dodatkowo wianek na cześć zmarłego narzeczonego. Po długim, nieco łzawym pożegnaniu z ulgą opuściliśmy bazę stada i ruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Dom. W tej chwili słowo to brzmiało niemal magicznie. Od razu atmosfera zrobiła się lżejsza, a nasz krok bardziej raźny. W końcu doprowadziliśmy sprawę do końca, zakończyliśmy misję powodzeniem. Na tę myśl aż się uśmiechnęłam. Wkrótce, kiedy już nacieszyliśmy się wolnością, leśnym otoczeniem i bielą iskrzącego się w słońcu śniegu, zaczęliśmy z Etsiinem dyskutować na temat tego, co zrobimy po powrocie do klanu. Po chwili oczywiście do dyskusji włączyła się Yatgaar:
— No, Miri, a co chciałabyś ubrać na ożenek? Myślę, że ładnie by ci było w fiolecie. - rzuciła zupełnie swobodnie.
— Ożenek...? - powtórzyłam zaskoczona, odruchowo rzucając spojrzenie ogierowi obok. Natychmiast jednak odwróciłam głowę, czując wykwitające rumieńce. W sumie, to chyba oczywiste...no ale jednak.
— No, delikatnie mówiąc, to widać było iskry między wami. Myślałaś, że oszukasz własną matkę? Jestem stara, ale jeszcze jara. - zaśmiała się dźwięcznie. Znów zapadła cisza, trochę bardziej niezręczna niż przedtem. Ponownie pierwszy odezwał się Etsiin:
— Najważniejsze, że to już koniec. - westchnął z ulgą, parskając i wzniecając małą chmurkę śnieżnego pyłu. Zamierzałam już odpowiedzieć, jednak uprzedziła mnie matka:
— Jeszcze nie. - wyrzekła nagle tajemniczym, poważnym tonem, prostując się i unosząc górną wargę. - Biegniemy. Teraz!

CDN

3.01.2020

Od Miriady do Etsiina "Głowa" Cz. 5

Wlokłam się noga za nogą, ponownie przez otwartą przestrzeń ni to pustyni, ni to stepu, zostawiając za sobą ciemny bór, ale niosąc w sobie jedną z jego tajemnic. W głowie wciąż kłębiło mi się tysiące myśli, w dodatku sprzecznych ze sobą. Wygląda na to, że los da się oszukać. - pomyślałam z satysfakcją - Największa przeszkoda zniknie, cała reszta jakoś się ułoży, jednak...to też poniesie za sobą konsekwencje. - skrzywiłam się, spoglądając w górę. Noc zaczynała właśnie tracić swoje panowanie nad światem, niebo powoli bledło, a wraz z nim zacierały się księżyc i gwiazdy. Na wschodzie pojawił się cienki pasek światła. Ale najważniejsze, że będziemy razem. Robisz to dla niego, dla mamy, dla siebie, Miriado. Miłość jest tego warta. 
— Miriada! - z głębokiego zamyślenia wyrwał mnie roztrzęsiony głos, tak dobrze znany i bliski memu sercu. Podniosłam głowę z lekkim uśmiechem. - Tak się o ciebie martwiłem... - mruknął czule Etsiin, przytulając mnie. Mimo woli wzdrygnęłam się na nagły dotyk, ale z radością odwzajemniłam uścisk. - Gdzieś ty się podziewała? - warknął nieoczekiwanie, jednak nie było widać w tym groźby, po prostu troskę.
— Chciałam trochę pobyć w samotności, i tyle. - odparłam krótko. Kątem oka zauważyłam stojącą z tyłu matkę z nieodgadnionym wyrazem pyska. Nie odzywała się, przyglądała mi się tylko uważnie. Posłałam jej wesołe spojrzenie, na co zareagowała zaskoczoną miną. W sumie nie mogłam się jej dziwić - mało kto cieszyłby się z czegokolwiek w takim dniu, jak ten. - Jestem głodna. - oznajmiłam, wygrzebując roślinność spod śniegu i w ten sposób ucinając wszelkie dyskusje. Reszta grupy uznała to najwyraźniej za dobry pomysł. Jak zawsze podczas śniadania towarzyszył mi nakrapiany ogier. Od dłuższego czasu wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale dopiero teraz wydusił:
— Wyglądasz na szczęśliwą. - rzekł z wyraźnym zdumieniem. Odwróciłam głowę w jego stronę, wciąż się uśmiechając. Widziałam w jego oczach ból i niezrozumienie, w pełni uzasadnione zresztą. Patrzenie na jego smutek było równie dotkliwe, co odczuwanie go samemu. Wiem, że jesteś nieszczęśliwy, ta sytuacja cię wykańcza. Ale nie możesz wiedzieć, kochany, nie możesz. Oby twoje cierpienie nie trwało zbyt długo. 
— Powinniśmy jak najlepiej wykorzystać ten czas, nie sądzisz? Nie warto smucić się już teraz. - odparłam wreszcie z trudem, po czym pod wpływem impulsu obsypałam go śniegiem. Oczywiście Etsiin nie pozostał mi dłużny. Już po chwili obrzucaliśmy się na całego we czwórkę, a kułany patrzyły na nas jak na ostatnich wariatów.
W południe zostałam zabrana przez trójkę młodych oślic, które miały "zrobić mnie na bóstwo", jak to określiły. Czesząc moją grzywę i przyczepiając różnorakie ozdoby nieustannie gadały, całe szczęście pomijając w dialogu moją osobę. Stałam spokojnie, czekając na rozwój wydarzeń, a kolokwialnie mówiąc, na cud. Miałam przeczucie, że mogę zaufać temu stworzeniu, ale mimo wszystko w miarę upływu czasu traciłam nadzieję i miałam coraz więcej wątpliwości. W końcu jak chciał to niby załatwić? Z tego, co zaobserwowałam, nie mógł się poruszać na lądzie. Zamierzał Dain'owi zrobić jakieś pranie mózgu czy co?
— ...Halo! Nad czym się tak królowa zastanawia? - zawołała jedna z klaczy, Moria. Łatka królowej przylgnęła już do mnie na dobre.
— A, nad niczym ważnym... - mruknęłam wymijająco.
— Pytałam, jak pani myśli, czy ta szyszka będzie lepiej pasować po prawej, czy po lewej stronie? - przekrzywiała głowę, przymierzając przedmiot z obu stron.
— Zdecydowanie po lewej! - wykrzyknęła druga, zajmująca się aktualnie moim ogonem.
— No, masz rację. Ślicznie ci wychodzą te pasemka.
— Ooo, dziękuję! - i trajkotały dalej.
Westchnęłam cicho, szukając wzrokiem ponad stadem sylwetki appaloosa. Nagle do moich uszu dotarły nieokreślone dźwięki, przypominające szloch. Natychmiast zwróciłam głowę w tamtą stronę, a większość kopytnych poszła za moim przykładem. Wkrótce kułany rozstąpiły się, przepuszczając orszak złożony z kilkunastu osób, w tym władcy, szlachty i jego małżonki, łkającej głośno przy akompaniamencie cichych prób pocieszenia ze strony reszty towarzystwa. Wokoło zapadła pełna napięcia cisza. Z wyczekiwaniem i strachem wpatrywałam się w Khuvi'ego, wyglądającego jak kłębek rozpaczy i nieszczęścia. W końcu podniósł umęczony wzrok i spojrzał prosto na mnie. Na chwilę serce podskoczyło mi do gardła.
— Nie czas dziś przywdziewać wdzięczne ozdoby, księżniczko, lecz wieniec żałobny. - rzekł łagodnie, bez zwyczajnej pewności siebie, po czym ruszył dalej. Wyjaśnienie przyszło chwilę później. Na końcu orszaku trójka ogierów ciągnęła na linach głowę. Zakrwawioną, uciętą w połowie szyi, mokrą, poszarpaną głowę, z wywróconymi na wierzch białkami oczu, zamarłymi w tej pozycji raz na zawsze. Głowę Dain'a.

CDN

29.12.2019

Od Miriady do Etsiina "Pod jedną gwiazdą" Cz. 4

Podniosły się tumany śnieżnego pyłu, skrzypienie śniegu pod ciężarem kopyt wraz z radosnymi okrzykami i wiwatami tworzyły ogłuszający hałas. W tym jednym momencie wszystko się zawaliło, niczym domek z kart. Przez chwilę stałam w miejscu z szeroko otwartymi oczami, próbując przełknąć szok i rozpacz bez ronienia łez. Wreszcie nie dbając o nic, pobiegłam ku leżącemu na ziemi ogierowi. W desperacji o mały włos nie wpadłam na matkę, która mnie wyprzedziła i prędko oceniła stan konia.
— Nic mu nie będzie. - mruknęła, zabierając się do odprowadzenia go z placu. Zdążyliśmy sobie rzucić tylko jedno, krótkie spojrzenie, gdzie Etsiin natychmiast wbił wzrok w ziemię. Zawiodłem. Na resztę życia zapamiętam, jak wielki ból się w nim czaił. Mimo słabych prób oporu z mojej strony zostałam odciągnięta na bok i zmuszona do pozostania na polu. Stałam cały czas obok zwycięzcy podczas wygłaszania kolejnych przemówień na cześć jego i...moją, właściwie używano już określenia: naszą. Starałam się wyglądać obojętnie, wyprostowana, silna, pomimo spróchniałego rusztowania. Na koniec wedle tradycji wzięłam od władcy wieniec, zmusiłam się do lekkiego uśmiechu i prędko założyłam go na szyję kułana. Rozległy się kolejne wiwaty.
— Dziękuję. - rzekł dumnie, po czym dodał ciszej z nikczemnym uśmiechem skanując mnie wzrokiem, tak, bym tylko ja mogła go usłyszeć: - Długo to trwało, za długo...ale ty będziesz godną zapłatą za jego wybryki...
— Jutro odbędzie się nasze połączenie, na które zapraszam wszystkich bez wyjątku! A teraz jeszcze raz proszę o brawa dla królowej!
~~~
Przymocowywałam zioła do kolejnej, wstępnie oczyszczonej rany po ugryzieniu na łopatce appaloosa powoli i uważnie, niemalże z namaszczeniem. Dałam się całkowicie pochłonąć czynności opatrywania, byle zagłuszyć resztę niekoniecznie przyjemnych myśli. Yatgaar pomagała mi przez pewien czas, później odeszła w stronę lasu. Cardinano znajdował się obok, posilając się i co jakiś czas rzucając nam spojrzenia, które można by nazwać współczującymi. Staliśmy tak w całkowitej ciszy, martwej i napiętej, jak ofiara drapieżnika w agonii. Razem z Etsiinem nie odezwaliśmy się do siebie od czasu walki, a ja niedawno wróciłam z małych tanów na cześć zwycięstwa Dain'a, przedsmaku jutrzejszego wesela, i od razu zabrałam się do pracy jako medyk.
Potrafiłam jeszcze wykrzesać z siebie resztki uśmiechu i poczucia humoru, by uraczyć grupę kułanów na tyle, by uszanowało informację, którą wysyłałam całym ciałem: Nie mam ochoty na towarzystwo. Ale kiedy tylko w pobliżu pojawiał się książę ze swoim prześmiewczym uśmieszkiem, cała energia życiowa ulatywała ze mnie jak z przekłutego balonu, a na myśl o tańcu dopadały mnie mdłości. Była to na szczęście ostatnia część. Modliłam się, żeby śpiewy w końcu ucichły, jednak osioł wciąż obracał się wokół mnie, a ja niechętnie podnosiłam nogi, nie próbując nawet za nim nadążyć. Zbliżał się coraz bardziej, podczas gdy ja próbowałam się wycofać. 
— Wiesz, od kiedy tylko cię ujrzałem, suko, wiedziałem, że jesteśmy sobie przeznaczeni. - znów wyszeptał z wyraźnym zadowoleniem. - Twój bezsensowny opór mnie trochę bawi, ale nie bój się...jutro o tej samej porze będziesz mnie błagać o więcej. 
— Ała. - syknął ogier, kiedy w zamyśleniu podrażniłam zranienie.
— Przepraszam. - mruknęłam, wyrzucając natychmiast te potworne obrazy z głowy.
— Nie waż się przepraszać. - odparł cicho. Po tej wypowiedzi znów zapadło milczenie.
Kiedy skończyłam opatrywać ukochanego, księżyc wisiał już po jednej stronie nieboskłonu, a pasek dziennego światła po drugiej był już tylko bladym wspomnieniem. Wycieńczona i opadła z sił, przypalana piętnami żałości i rozpaczy, z rozkoszą przyjęłam błogosławieństwo snu, który miał mnie choć na moment uwolnić od koszmarów rzeczywistości. Niedoczekanie.
Świt, jaskinia, głosy, głosy reniferów. Tak, to znowu oni. Znów się zbliżają, z czarnymi uśmiechami, szepcząc między sobą, zaraz ponownie ją upokorzą. Próbuje się wyrywać, krzyczy, woła o pomoc, jednak na próżno. Wybrali, środkowy ren wychodzi przed towarzystwo. Ach, nie, wybaczcie pomyłkę, w tym mroku trudno rozpoznać; Dain. Historia ma tendencję do powtarzania się, czyż nie?
— Aaa! - wrzasnęłam, miotając się w strachu i kopiąc na wszystkie strony, byle tylko uniknąć kolejnego, obślizłego dotyku.
— Listre hasz!* - warknął znajomy głos, na szczęście przyjazny. Zamarłam i odwróciłam głowę, by napotkać łagodny, acz stanowczy wzrok matki. - Przepraszam, musiałam cię jakoś obudzić. - westchnęła klacz, "wzruszając ramionami". Strzeliła oczami na prawo i lewo, po czym wyrzekła to jedno słowo, ciche, lecz mocne w swej prostocie: - Uciekaj. - przez chwilę patrzyłam na rodzicielkę jak na wariatkę, naszła mnie nawet myśl, że może doznała dzisiaj ciężkiego szoku, ale za dobrze ją znałam. To była Yatgaar, z zimną krwią podrzynająca gardła, a kochająca do ostatniej jej kropli. W oczach zakręciły mi się łzy. Tak, to była moja jedyna szansa. Uciec, uniknąć fatum spędzenia reszty życia na łasce barbarzyńskiego księcia kułanów, zostawić za sobą wszystkie troski (i wyruszyć na poszukiwanie nowych :p) i zawodne serce, przeżyć.
— Nie mogę. - odrzekłam, czując mokrą kroplę spływającą po policzku i lekko kiwając głową.
— Oczywiście, że możesz. Przekupiłam strażników, najprostsza droga prowadzi przez las na północ, później wzdłuż gór na zachód. Jutro będziesz już daleko stąd. To mój bożonarodzeniowy prezent. Idź już. - rzekła chłodno, odwracając wzrok. Spojrzałam na śpiące smacznie ogiery, na wargi, które całowałam, na kopyta, które mnie broniły. Czułam wzbierającą we mnie falę uczuć wręcz nie do wytrzymania.
— Ja nie mogę... - zaczęłam, jednak matka wnet mi przerwała:
— Uciekaj! - krzyknęła, raptownie stając dęba. Cofnęłam się z przerażeniem, jednak gdy tylko opuściła łeb, w jej rozpalonych wzburzeniem i irytacją oczach dostrzegłam łzy. Przez moment trwałyśmy w bezruchu w całkowitej ciszy, po czym powoli podeszłam do rodzicielki i objęłam ją szyją.
— Nie mogę. Ja cię kocham, mamo. I Etsiina też. - stałyśmy tak dłuższą chwilę, dopóki dreszcze nie przestały nawiedzać naszych ciał. Uśmiechnęłam się, próbując otrzeć kroplę na ganaszu klaczy, ale na próżno. Zanim odeszła z lekkim uśmiechem na pysku, mrugając do mnie po raz ostatni, rzekła tylko, wzdychając:
— Ech...a taki ładny był mieczyk. Kiedyś wyrwę go tym osłom prosto z piersi. - mimo woli w duchu parsknęłam śmiechem. Cała ona.
Nie byłam w stanie zasnąć ponownie po takiej dawce emocji, więc wybrałam się na spacer po lesie. Wolno stawiałam krok za krokiem. Modliłam się, żeby jak najszybciej wybudzić się z tego koszmaru, którego jedynym miłym elementem była tamta pierwsza noc, zapewne również ostatnia. Czy to w ogóle możliwe, żeby dosłownie wszystko, całe życie, rozleciało się w ciągu dwóch dni?... Czułam się jak lodowy płatek w oku cyklonu, cienki, kruchy, utrzymywany tylko w wyniku delikatnej równowagi, którą wyjący wiatr za wszelką cenę starał się zburzyć, tym samym niszcząc strukturę od środka. A śnieżynka wiruje coraz szybciej...coraz szybciej...i szybciej...

Nie mam nic co mogłabym tobie dać,
Nie wiem jak iść, żeby już nie gubić się.
Nie mam nic co mogłabym tobie dać,
Nie wiem jak iść, żeby już nie gubić się.

Więc serce swe oddaję Ci
Nie pragnę nic, tylko ciebie.
Więc serce swe oddaję Ci
Nie pragnę nic, tylko ciebie tu.

Miłością swą zatrzymaj czas, 
Niech będzie tak, byśmy mogli trwać,
W nadziei że, ułoży się,

Pod jedną gwiazdą złączą dusze dwie...

Skończyłam śpiewać szeptem. Dotarłam nad jakieś śródleśne jezioro, z którego wypływał cienki strumyk, torując sobie drogę wśród zeschłych liści i mokrej ściółki. Uniosłam głowę ku niebu, spoglądając na migoczące gwiazdy i kawałek księżyca wystający zza koron drzew. Miałam ochotę wykrzyczeć mu prosto w pysk, jakimi %&#$# są on i jego towarzyszki, jednak nie zdążyłam. Ni stąd, ni zowąd coś wielkiego, szarego i obślizgłego wyskoczyła prosto w moją stronę z tafli wody, rozbryzgując ciecz na wszystkie strony. Z głośnym rżeniem uskoczyłam i odbiegłam kilkadziesiąt metrów od zbiornika. Dopiero wtedy obejrzałam się za siebie i szczęka mi opadła. Z szeroko otwartymi oczami wpatrywałam się w stworzenie przypominające skrzyżowanie konia z rybą. Istota, wyjątkowo oślizgła i pokryta szaro-szmaragdowymi łuskami, przypominała kopytnego w stanie rozkładu, o patykowatym ciele z wyrastającymi gdzieniegdzie płetwami i jedną wielką na grzbiecie oraz ciemnymi gałkami ocznymi wyzierającymi z wielkich oczodołów, wpatrującymi się teraz we mnie z pierwotnym głodem i furią. Te odczucia prędko jednak zniknęły, zastąpione przez dziwną martwotę i coś na kształt smutku.
— Meh...no trudno, nie tym razem. - westchnął stwór, odpływając nieco od brzegu.
— T-ty mówisz? - wyszeptałam z trudem.
— A co, nie widać? - przekrzywił głowę, przypatrując mi się z uwagą. - No, już się tak nie cykaj. Rzadko mam jakichś gości, nie mogę wszystkich zjadać, zwłaszcza w taki piękny dzień. - uśmiechnął się, co w połączeniu z żółtymi, krzywymi zębami nie wyglądało przyjemnie. Wciąż stałam w tym samym miejscu. Mogłabym po prostu się odwrócić i odejść, ale...no właśnie. - Czy mi się zdaje, czy panience ostatnio nie wiedzie się najlepiej? - zacisnęłam zęby.
— Nie twoja sprawa. - mruknęłam, odwracając głowę. Samo patrzenie na tego osobnika bolało.
— Myślę, że byłbym w stanie pomóc.
— O co ci chodzi? Zostaw mnie w spokoju!
— Och, to przecież proste: ja pomogę tobie, ty pomożesz mi. To chyba uczciwy układ, nieprawdaż? Oboje na tym zyskamy. Ale; Nie znaczy nie, prawda? - istota zaczęła się powoli zanurzać, na powierzchni została już tylko głowa. To niedorzeczne i odrażające. Dlaczego miałabym zaufać jakiemuś ohydnemu stworowi, który jeszcze przed chwilą chciał mnie zjeść na kolację? Bo to twoja jedyna szansa, Miriado. Przygryzłam wargi do krwi, kręcąc głową. To się nie skończy dobrze.
— Zaczekaj! - zawołałam w końcu. Odwrócił się z jeszcze szerszym, makabrycznym uśmiechem. - Co...co masz na myśli?

*Czarna Winorośl. Czyt. Dość niedelikatny odpowiednik wyrażenia "Uspokój się"

25.12.2019

Od Miriady do Etsiina "Pojedynek życia" Cz. 3

Niepokój narastał we mnie z każdą kolejną minutą spędzoną na bezczynnym staniu. Straciłam apetyt, od czasu do czasu zmuszałam się jedynie do wzięcia paru kęsów zeschłej trawy spod śniegu. Etsiin poszedł w swoją stronę, uzasadniając to koniecznością treningu i "pobycia z samym sobą", matka wraz ze strategiem wciąż nie wracali, nie widać też było władcy, chociaż to akurat kwestia względna - w tłumie zwierząt, ściśniętym ze względu na mróz, ciężko było wypatrzeć konkretnego osobnika. Mimo to, kiedy jeden z nich pojawił się na obrzeżach rozpoznałam go natychmiast. Książę, idąc w otoczeniu kilku podobnych towarzyszy, nagle odwrócił łeb w moją stronę i puścił mi oczko. Zacisnęłam zęby, przeszywając go tylko lodowatym wzrokiem. Nie dam się sprowokować.
Przygotowania do walki rozpoczęły się gdy wybiło południe. Zaczęto utwardzać spory płat ziemi i ustawiać wokół niego barierki z gałęzi, liche, mające jedynie symbolizować granice pola. Publiczność zawsze stała kilka kroków dalej, żeby przypadkiem nie dostać kopniaka. Szmer rozmów narastał, a mimowolne spojrzenia stawały się nie do zniesienia. Stałam pośrodku stepu, a czułam się niczym w klatce. Udało mi się coś zrobić, zwiększyć szanse na wygraną, ale...Czy na pewno mogę zaufać tym gryzoniom? Znów ogarnęło mnie poczucie bezsilności. Niech to się wreszcie skończy...
— Miri. - usłyszałam wołanie. Odwróciłam głowę w kierunku dźwięku i westchnęłam z ulgą na widok dwójki koni kłusujących w moją stronę. Od razu zrobiło mi się cieplej i nadzieja zakwitła we mnie na nowo. Bo w sumie dlaczego miałabym z góry zakładać, że się nie udało? Jak widać, cuda się zdarzają... Przed oczami znów stanęła mi tamta błoga noc. Jednak mina Yatgaar nie pozostawiała suchej nitki na tych życzeniach. Na chwilę posmutniałam, po czym na przekór losowi uśmiechnęłam się do klaczy. Szanse i tak były niewielkie, a w moim sercu nie było już miejsca na więcej żalu.
— Jest nieugięty. - westchnął Cardinano, otrząsając się ze śniegu. - Zmniejszył tylko nieco obecne żądania co do terenów... - dodał, lecz to było wszystko, co miał do powiedzenia. Zostałyśmy z matką naprzeciwko siebie. Nie potrzebowałyśmy słów, patrzyłyśmy sobie tylko w oczy w niemym porozumieniu. Wreszcie moja rodzicielka zrobiła krok do przodu i objęła mnie delikatnie szyją. Z wahaniem odwzajemniłam gest.
— Nie udało się. - oznajmiła krótko, bez żadnych emocji. Po chwili ciszy rzekła z dużą dawką czułości i łagodności, nietypowej dla niej: - Nigdy nie pozwolę, żeby stała ci się krzywda. Nigdy więcej. - jeszcze moment trwałyśmy tak w milczeniu, po czym przeszłyśmy do jedzenia. Nie trwało ono jednak zbyt długo:
— Gdzie jest Etsiin? - rzuciła siwo-jabłkowita klacz.
— Poszedł potrenować. - odparłam, przeżuwając łykowatą trawę. - Właściwie, czemu chciałaś, żeby walka odbyła się po południu...?
— To proste. Im później, tym zimniej, a my, konie, lepiej znosimy mróz. Kułany są gorzej przystosowane. - rzekła, jakby była to najoczywistsza rzecz na świecie. Dialog pewnie trwałby dalej, gdyby nie przybycie kolorowego ogiera. Na moim pysku od razu pojawił się uśmiech, a wątpliwości i obawy spowiła lekka mgła. To jego osoba zawsze wychodziła na pierwszy plan. Wyglądał na zadowolonego i pewnego siebie, co dodatkowo dodało mi otuchy. Dotknęliśmy się jedynie delikatnie na powitanie.
— I jak ci poszło trenowanie? - przechyliłam lekko głowę.
— A nie najgorzej. - uśmiechnął się lekko. - Och, nie martw się. Nie pozwolę, żeby ten Dain się do ciebie dobierał. Ani ktokolwiek inny. - oznajmił pocieszającym tonem. Nie odpowiedziałam, spoglądając w dal, na horyzont. Darzyłam Etsiina ogromnym zaufaniem i kochałam ponad życie, ale to nie było takie proste, kiedy na szali stało moje życie, przeciwnikiem był mocarny, wyćwiczony osioł, a pomoc niepewna. Czas wlókł się w nieskończoność.
W końcu nadeszła godzina próby, a mój niepokój osiągnął punkt kulminacyjny. Paradoksalnie, kiedy już ledwie kilka chwil dzieliło nas od rozpoczęcia walki, pragnęłam jak najbardziej oddalić ten moment. Nie byłam gotowa, ale też pewnie nigdy nie będę. Byłam rozdarta pomiędzy tym, co podpowiadały mi serce i rozsądek. Rozglądałam się nerwowo dookoła, oceniając sytuację. Stado zebrało się tłumnie wokół wydeptanego placu, wiwatując i dopingując swojego idola, stojącego naprzeciwko, czyniącego ostatnie przygotowania. Po drugiej stronie stał appaloosa, również w trakcie robienia rozgrzewki. Moja matka i strateg ustawili się kilkanaście kroków dalej w pierwszym rzędzie. Postanowiłam towarzyszyć ogierowi do końca i spróbować ostatni raz. Podeszłam do niego, po czym wyszeptałam na ucho:
— Nie rób tego, proszę. Na pewno jest jakieś inne wyjście. - Etsiin wyprostował się jedynie, wzdychając.
— Pewnie tak, ale nie ma na nie czasu. Kocham cię. - dodał ciszej, tak, bym tylko ja mogła to usłyszeć. Spuściłam wzrok, kiwając lekko głową.
Wyszedł na pole, a ja zostałam przesunięta na środek dłuższego boku, w pobliże świty, skąd miałam najlepszy widok. Nie do końca wiedziałam, czy mam się z czego cieszyć. Władca zaczął przypominać zasady walki, co było dość nużące. Ostatecznie odchrząknął, by zakończyć swe przemówienie:
— A zatem, bój o serce księżniczki Miriady, do którego staną ci dwaj młodzi wojownicy, książę Dain i książę Etsiin, uważam za rozpoczęty. Niech wygra najlepszy! - zawołał, co wywołało kolejną falę wiwatów. Ja słyszałam jednak tylko szalone bicie własnego serca. Na ten sygnał przeciwnicy stanęli dęba i ruszyli na siebie z dzikimi okrzykami, po czym zwarli się w morderczym uścisku, gryząc się wzajemnie. Już po chwili kułan odepchnął ogiera i ponowił natarcie. Nie chciałam na to patrzeć, a równocześnie musiałam, nie mogłam stchórzyć. W duchu z całych sił dopingowałam ukochanego, wbrew wszelkiej logice gorąco wierząc w jego wygraną. A kiedy ni z tego, ni z owego tylna noga wroga zapadła się w śniegu, naprawdę zyskałam odrobinę pewności, że to będzie nasz dzień, tryumf Czarnej Winorośli. Poczułam coś puchatego przy swojej nodze. Schyliłam się, udając drapanie, i uśmiechnęłam się szeroko, spoglądając na myszatego gryzonia.
— A nie mówiłem? - rzekł z dumą.
— Dziękuję...tak bardzo dziękuję.
Walka przez pewien czas była wyrównana, przeciwnicy głównie krążyli wokół siebie, co jakiś czas zadając ciosy. Dain'owi podłoże nieustannie płatało figle, co sprawiało, że szala przechylała się na korzyść Etsiina. Oboje byli już zmęczeni. Z lekkim niedowierzaniem i euforią śledziłam jego ruchy, dałam się nawet porwać tłumowi i zaczęłam dopingować go na głos. Mimo licznych ran, wyglądał imponująco, a Khuvi Zayaa był wyraźnie skonsternowany. Tym, co przygotowywali teren, chyba nieźle się oberwie... - pomyślałam, prawie że parskając śmiechem. Wtedy appaloosa uderzył mocno kułana w klatkę piersiową i uniósł się na tylnych nogach, szykując do ostatecznego ciosu. Otworzyłam szeroko oczy i zarżałam radośnie, czując zastrzyk adrenaliny.
Tak blisko.
Za blisko.
Nieoczekiwanie przeciwnik się otrząsnął i umknął spod kopyt ogiera, po czym sam z wściekłym kwiknięciem natarł na konkurenta, gryząc go w szale. Etsiin zaczął się bronić, lecz nagle kułan uniósł się i zwalił na niego całym ciężarem, przewracając go, w jednej chwili niwecząc nadzieje, obracając wszystko w proch. Co gorsza, koń nie dawał rady się podnieść. Nie wytrzymałam. Zaczęłam krzyczeć, błagać, by wstał, zaklinać rywala. Dain przymierzał się do decydującego uderzenia, widownia szalała. Nie, to się nie może tak skończyć! Zapewne gdyby nie przytrzymujący mnie tłum, wskoczyłabym na widownię i ruszyła na kułana, któremu dwie kończyny znów utknęły w śniegu i to powstrzymało go przed zakończeniem pojedynku, co zrobił jego ojciec:
— Stać! Ogłaszam koniec walki! - wyszedł powoli na środek placu w ciszy. - Oto zwycięzca - książę Dain!

CDN

16.12.2019

Od Miriady do Etsiina "Pochmurne Boże Narodzenie" Cz. 2 + Event

Ten poranek nie należał do najlepszych. Wręcz czułam skupione na mnie i ukochanym zaciekawione, wścibskie spojrzenia, z niecierpliwością oczekujące na dzisiejszą rozrywkę. Jednak to nie one były najgorsze; pewny siebie, irytująco spokojny, pożądliwy wzrok księcia kułanów umacniał we mnie niepokój i odrazę w stosunku do jego osoby. W dodatku postura kopytnego nie napawała optymizmem, mimo że Etsiin nie należał do szczupaków. Całe szczęście z nauczania o mongolskich tradycjach wiedziałam, że podczas pojedynku "o serce pani" nie wolno było używać żadnej broni, chociaż z naszymi gospodarzami nigdy nic nie wiadomo. Nie było jednak określone, czy obaj konkurenci mają wyjść z niego żywi, i to dręczyło mnie najbardziej. Yatgaar i Cardinano po śniadaniu wsiąknęli w tłum, mając w planach przedstawienie Khuvi'emu innej propozycji ugody, zaś mi przeznaczone było czekać...tylko na co? Chciałam się jakoś wreszcie przydać, pomóc, zagłuszyć poczucie winy. Ostatecznie to ja byłam przyczyną tego całego zamieszania.
Pokręciłam się trochę wśród arystokracji, starając się zyskać jej przychylność i wyrobić nadzieje na osobiste korzyści w razie wygranej appaloosa, jednak w sumie niewiele mogłam zrobić. Przeżuwałam nerwowo kęsy pożywienia z dala od stada, kiedy podczas chodzenia zauważyłam na białym puchu małą, ciemną kulkę. Gdy podeszłam bliżej, okazała się ona buro-brązowym gryzoniem, być może myszoskoczkiem lub zwykłą myszą. Fakt, że ledwo oddychała i pewnie była już jedną nogą na tamtej stronie. Natura to surowa, acz sprawiedliwa matka... Miałam już odwrócić łeb, kiedy stworzonko pisnęło coś w rodzaju: "Umm, proszę", ledwie szeptem. Lekko zdziwiona, westchnęłam i ponownie zbliżyłam ku niemu pysk. Najwyraźniej chodziło o mój ciepły oddech. W końcu gryzoń poruszył się niemrawo, mrucząc coś niewyraźnie pod nosem. Podniosłam głowę i rozejrzałam się uważnie, po czym zgarnęłam trochę mchu i rzuciłam koło istoty. Ta zabawa zaczynała mi się podobać. Po kolejnych kilku chwilach ogrzewania mysz, czy cokolwiek to było, zaczęła jeść. W tym momencie ze śniegu wynurzyły się kolejne trzy podobne stworzonka. Spojrzały na mnie z widocznym zaskoczeniem i niepewnością, odsunęłam się więc, by zachęcić je do ruchu. Dwa zajęły się kolegą, ostatni zaś ustawił się przede mną:
— Dziękujemy bardzo. Rzadko spotyka się tak szlachetne zwierzęta...
— Heh. - westchnęłam. W tej chwili coś przyszło mi do głowy. - Nie ma za co. Dla mnie to drobnostka.
— O, nie wątpię.
— Niestety, są też problemy, z którymi i ja sobie nie poradzę...sama. Czy mogłabym was o coś poprosić? Oczywiście, zaakceptuję odmowę. - zaznaczyłam.
— Ależ proś śmiało, moja droga! Byle nie było to zadanie ponad nasze siły, zrobimy to w mig.
~~~
— Z kim rozmawiałaś? - usłyszałam nagle znajomy głos. Uśmiechnęłam się, spoglądając na kłusującego w moją stronę pięknego ogiera. - Z krasnoludkami? - parsknął śmiechem, wyraźnie z trudem powstrzymując się od powitania mnie w bardziej czuły sposób, taki, na jaki według niego zasługiwałam.
— Nie, nie zgadłeś.
— To w takim razie były dżdżownice? - przekrzywił zabawnie głowę. W tym samym momencie na jego chrapach wylądowało coś białego. Oboje spojrzeliśmy w górę.
— No proszę, śnieg. Pogoda idealna na dzisiejszy dzień, czyż nie? - stwierdził radośnie.
— Dzisiejszy...? - zdziwiło mnie trochę to określenie.
— No, dziś Boże Narodzenie. - z wrażenia otworzyłam szeroko oczy. Jak to możliwe, że w tłumie trosk umknęła mi tak istotna rzecz? Jakąż ironią losu jest to Boże Narodzenie; z dala od rodziny, świątecznych przygotowań, dzień, w którym ma zostać przesądzony mój los. Mimo to uśmiechnęłam się lekko na dźwięk tych słów.
— Ach, tak. Boże Narodzenie...

15.12.2019

Od Miriady do Etsiina "Sytuacja bez wyjścia"

— Ja jestem narzeczonym. - wyrzekł ktoś głośno, po czym zapadła iście grobowa cisza, nie tylko w naszym gronie. Czułam się tak, jakbym dostała obuchem po raz drugi. Spojrzałam od razu w stronę głosu, którego właścicielem okazał się być ku memu zdziwieniu i ukontentowaniu zarazem...Etsiin. Dosłownie wszystkie oczy zwrócone były na niego, lecz ogier pewny siebie i gniewny wzrok, niczym stalowy pręt, utkwił w księciu Dain'ie. Pragnęłam w tej chwili rzucić mu się na szyję z wdzięczności. Muszę przyznać, że udało mu się mnie zaskoczyć. Do tej pory nieszczególnie się wyróżniał, właściwie dla nieznajomych wydawał się przeciętną, mało ciekawą osobowością, co nie miało oczywiście wpływu na moje uczucia. Aczkolwiek nieźle mi zaimponował.
— Och, gratuluję. - przerwał niezręczne milczenie wódz kułanów, jak zwykle serdecznym tonem - A zatem, jak widać, nie obędzie się bez walki o kopyto drogiej damy! Jak za starych, dobrych czasów...Czy podtrzymujesz swoje stanowisko, Etsiinie? - poczułam ukłucie niepokoju jednak, jak się okazało, niepotrzebnie.
— Tak. - odparł krótko ogier.
— Wobec tego niech pojedynek rozpocznie się jutro w samo południe, dokładnie w tym miejscu. Czy państwo zgadzają się na taki układ? - tym razem zwrócił się do całej naszej czwórki. Wszyscy pokiwaliśmy niemo głowami.
— Oczywiście, jednak preferowalibyśmy porę popołudniową. - dodała moja matka.
— Dla waszej mości - wszystko. - skinął łbem Khuvi Zayaa. - Walka wiadoma, możemy więc kontynuować zabawę. Dalejże, podaj mi tu nalewki, Hagir!
Odciągnęłam nieśmiało ukochanego od wpatrywania się w mojego niedoszłego partnera i stanęliśmy z dala od tłumu, by trochę ochłonąć. Spojrzałam ogierowi w oczy i tak zamarłam, nie potrafiąc wyrazić słowami wdzięczności i buzujących uczuć. Zresztą, oboje ich nie potrzebowaliśmy. Etsiin uśmiechnął się lekko, po czym wyciągnął szyję, próbując musnąć mnie wargami, jednak prędko się zreflektowałam i z bólem go odtrąciłam. Cofnął się o krok, z dokumentnie zdziwionym i urażonym wyrazem pyska.
— Lepiej, żebyśmy się powstrzymali, przynajmniej do czasu rozstrzygnięcia sprawy...mogliby to wykorzystać do szantażu, czy coś. - wyjaśniłam cicho. Po chwili pokiwał powoli głową.
— Racja. Chodźmy, nie będziemy tu stać jak kołki. - rzekł z uśmiechem.
Impreza ciągnęła się jeszcze do późnej nocy, jednak atmosfera wyraźnie się zagęściła, a my, konie, trzymaliśmy się na uboczu. Kiedy ostatni taniec dobiegł końca i wszyscy zaczęli przygotowywać się do snu, odetchnęliśmy z ulgą. Zebraliśmy się jak zwykle wieczorami razem. Pierwsza zabrała głos matka:
— Cholera. Dał nam niezły haczyk do przełknięcia. Ale mamy jeszcze czas, tak... - w tym momencie podniosła wzrok na nakrapianego towarzysza. - Jesteś pewien, że dasz sobie radę?
— Tak. - odrzekł ten spokojnie, jakby chodziło o zerwanie kwiatka.
— Musisz dać. Razem z Cardinanem spróbuję jeszcze jutro coś wyperswadować. Teraz proponuję się przespać i później przemyśleć sprawę na trzeźwo... - nikt nie protestował. Moja mama i strateg jak zwykle szybko zapadli w sen. Nasza dwójka wpatrywała się przez dłuższy czas w rozgwieżdżone niebo, jakby tam miało tkwić rozwiązanie konfliktu. Wreszcie nie wytrzymałam i szepnęłam błagalnie:
— Nie rób tego.
— Że co? - mruknął Etsiin, zaskoczony moją reakcją.
— Nie musisz nikomu niczego udowadniać. I tak cię kocham.
— Nie wierzysz we mnie? - bardziej stwierdził niż spytał ponuro.
— Nie, po prostu się o ciebie martwię. - odpowiedziałam jeszcze ciszej, spuszczając wzrok. Zapadło dłuższe milczenie. Dlaczego musimy przez coś takiego przechodzić? Czemu świat nie daje miłości rozkwitnąć? To nie fair, tak bardzo nie fair.
— Więc twoim zdaniem mam się wycofać i tak po prostu wydać cię w jego obślizgłe kopyta, a przy nałożyć na siebie hańbę? - odwróciłam głowę, zaciskając zęby. Tu miał rację, nie potrafiłam mu odpowiedzieć. Po policzku pociekła mi samotna łza.
— Hej. - rzekł nagle łagodniejszym tonem ogier. Zmrużyłam oczy, czując jego wargi na swoim ganaszu. Wytarł kroplę, po czym na jej miejscu złożył czuły pocałunek. Uśmiechnęłam się, przytulając do ukochanego, by dzięki temu uczuciu bliskości choć na chwilę zapomnieć o troskach. Wkrótce oddałam się objęciom Morfeusza.

CDN

23.10.2019

Od Miriady do Etsiina ,,Narzeczony"

Leżałam obok Etsiina na brzuchu w którym wciąż fruwały motyle, obserwując wirujące w powietrzu płatki śniegu. Niemożliwe stało się możliwe. Wszelkie zło i troski odeszły w niepamięć, dreszcze ze szczęścia rozlewały się po całym moim ciele. Nic już nie stało między nami, co nie pozwalało mi spać spokojnie. Na wargach czułam wciąż smak naszego pierwszego pocałunku. Razem jesteśmy w stanie stawić czoła całemu światu, tego byłam pewna.
— Wyglądam cudownie, prawda? - parsknął ogier z uśmiechem. Zastrzygłam uchem, po czym szybko podniosłam się i energicznie otrzepałam wprost na ukochanego.
— Bałwan jak żywy. - odparłam ze śmiechem i na wszelki wypadek cofnęłam się kilka kroków. Nakrapiany koń również wstał z zaciętą miną. Już po chwili obrzucaliśmy się śniegiem w najlepsze. Przerwaliśmy dopiero w momencie, gdy przypadkiem zderzyliśmy się przednimi kończynami.
— Przepraszam...nic ci się nie stało? - spytał od razu zatroskanym głosem mój towarzysz.
— Nie, skąd. Nie przepraszaj. - oznajmiłam łagodnym tonem, by jak najszybciej go uspokoić. - Wolę cię uśmiechniętego. - dodałam.
— Skoro tak mówisz...
Uspokoiliśmy się i nieco wyczyściliśmy. Zatrzymaliśmy się na środku polany, wpatrując się we fragment nieba nad nami.
— Czy mi się zdaje, czy nasze gwiazdy się do siebie zbliżyły? - zagaił Etsiin, machając lekko ogonem.
— Może... - mruknęłam, przybliżając się nieśmiało do jego pyska z rumieńcami na ganaszach. Chciałam poczuć jeszcze raz tę rozkosz, pieczętującą naszą miłość. Na szczęście ogier dobrze odczytał moje zamiary i nie miał absolutnie nic przeciwko. Po długim pocałunku oparliśmy się na sobie, chłonąc po prostu bliskość drugiego. W końcu postanowiliśmy wrócić do reszty - mogli się już zaniepokoić. Na horyzoncie zauważalny był już cienki, jaśniejszy pasek. Fartem wszyscy smacznie spali, a strażnika nigdzie nie było. Stanęliśmy na swoim miejscu jakby nigdy nic i zasnęliśmy.
~Na wiosnę, czyli nazajutrz~
Obudziłam się. Czułam na skórze chłodne powiewy wiatru z północy, a w nozdrzach niesiony wraz z nimi zapach mokrej ziemi i zielonej roślinności, woń wiosny. Wraz z nią obudziła się we mnie iskra tęsknoty za rodzinnym stadem, szybko jednak zagłuszona przez miękki dotyk chrap na mojej szyi. Wspomnienia wróciły momentalnie. Otworzyłam szeroko oczy i odskoczyłam w bok. Ogier Appaloosa spojrzał na mnie trochę zdezorientowany i zmartwiony.
— Przepraszam... - wydusiłam, czując wykwitające rumieńce. - Chyba jeszcze nie do końca wróciłam. - uśmiechnęłam się lekko, ustawiając się znów obok towarzysza, który parsknął cicho śmiechem.
Etsiin. Przed oczami po kolei zaczęły mi się przesuwać obrazy wczorajszej upojnej nocy. Przeżywałam ją na nowo, równocześnie z tyłu głowy mając nieprzyjemne przeczucie, że mógł to być tylko wytwór mojej wyobraźni. Może bardzo realistyczny, ale tylko sen. Przecież go nie zapytam. Wtedy przypomniał mi się jeden drobny szczegół. Spojrzałam na prawą przednią nogę. Zdobił ją piękny, spuchnięty siniak. Westchnęłam z radością, przenosząc wzrok na bezchmurne, błękitne niebo w kształcie kopuły nad otwartą przestrzenią. Wkrótce wszyscy pochłanialiśmy śniadanie. Śnieg nadal zalegał na ziemi niecienką warstwą, ale również niezbyt grubą. Przy okazji wcierałam sobie trochę białego puchu w nogę, w czym pomagał mi...ukochany? To wciąż brzmi tak nierealistycznie. Po zabiciu porannego głodu zostałam otoczona przez wianuszek ciekawskich ośląt, domagających się mojej uwagi. Biało-brązowy ogier już był gotów rozgonić towarzystwo, jednak posłałam mu uspokajający uśmiech.
— Idź już, poradzę sobie. - rzekłam z jak największą dawką pewności siebie, przekrzykując młodzież. Ten westchnął cicho, by po chwili oddalić się ku gromadzie kułanów dyskutujących z Cardinanem.
— No dobrze, to co chcecie robić, dzieci? - odpowiedział mi bezładny chór, przypominający bardziej szum wiatru niż poszczególne głosy. Wskazałam zatem na jednego z ogierków, jednak pierwszy odezwał się jego towarzysz:
— Opowiedz nam jakąś historię ze swojego stada! - kilka osobników przytaknęło, jednak czułam, że nie mogę tak tego zostawić.
— Dobrze, ale dajmy się wypowiedzieć koledze. - brązowawe młode milczało przez chwilę.
— Ja popieram księcia... - rzekło cicho. To zmienia postać rzeczy.
Czas mijał, a mnie całkowicie pochłonęło opowiadanie. Może powinnam zrobić karierę nauczycielską...? W sumie im dłużej zastanawiałam się nad tym pomysłem, tym bardziej wydawał mi się słuszny. Ale wróćmy do tu i teraz.
— ...Zatem jak widać, nie ma lekko na naszej ziemi, lecz razem zdołamy przetrwać wszystko. Cieszę się, że dane mi było urodzić się w Klanie Mroźnej Duszy. - uśmiechnęłam się, kończąc kolejną historię, tym razem znaną mi jedynie z przekazów ustnych starszych koni. Wtedy to doszło mnie wołanie matki od południa; stali tam całą grupą, nasza ekipa i sporo kułanów. Pożegnałam się z dzieciakami i pogalopowałam radośnie w stronę towarzyszy.
~~~
— A zatem, czy dobrze zrozumiałam, że oddanie naszych terenów ma być rekompensatą za niedogodności spowodowane naszymi działaniami? - spytała pewnym, acz uprzejmym tonem jabłkowita klacz. Mimo wieku z jej sylwetki bił ten majestat i siła przekonywania, głęboko zakorzenione w jej psychice. Zawsze to podziwiałam. Odpowiedziało jej milczące potakiwanie kilku starszych.
— Czy mogę wiedzieć, czym naraziliśmy się waszej wysokości? - znów chwila ciszy; na szczęście po niej nastąpiła szczegółowa odpowiedź Khuvi Zayego.
— Dokładniej, pogwałciliście nasze odwieczne prawa do użytkowania tych ziem. Od zarania dziejów nasze stado wędruje szlakiem między innymi przez zachodni Ałtaj na zielone pastwiska, by uniknąć niedogodności surowego mongolskiego klimatu. Wasz klan przejął te tereny w wyniku wojny, w której szczegóły nie będę się zagłębiał, kilka lat temu. W tym czasie niemal tuż po zakończeniu konfliktu wysłaliśmy delegację, aby ustalić zasady migracji, jednak spotkaliśmy się z bardzo niemiłym przyjęciem, niegodnym takiego stada, jak Klan Mroźnej Duszy. Wręcz nas wykpiono.* Musimy więc pozostawać przez cały rok w tym samym miejscu, cierpiąc głód, chłód i nędzę. Młode umierają na oczach matek, dorosłe, silne ogiery zamieniają się w szkielety, niewielu dożywa szczęśliwszej pory, a wszystko to z tego prostego powodu. - podczas tej wypowiedzi narastało we mnie dokumentne zdziwienie, podszyte nutą strachu. Nigdy nie słyszałam o czymś takim, mimo że dokładnie znałam przebieg walk, a sytuacja wyglądała na poważną. Jak to się mogło stać? W każdym razie, trzeba to będzie dobrze rozegrać, abyśmy nie ponieśli konsekwencji w postaci kolejnej wojny...
— To doprawdy okropne. - odparłam ze szczerym współczuciem. Mama już była gotowa.
— Nie potrafię wyrazić słowami, jak bardzo nam z tejże przyczyny przykro. Wasza mość musi jednak wiedzieć, że z delegacją jakiejkolwiek grupy kułanów nie mieliśmy do czynienia od dawien dawna. Być może trafiliście na złą osobę i stąd wynikło nieporozumienie. Proponuję jednak zastanowić się teraz nad rozwiązaniem całego embarasu, bo to w obliczu nadchodzącej zimy jest kluczowe.
No i zaczęły się pertraktacje, negocjacje, nazwijcie to jak tam chcecie. Szło nam dosyć opornie, bowiem kułany były nieugięte i nie zamierzały zmniejszać swoich żądań do akceptowalnych rozmiarów, czemu w zasadzie nie można się było dziwić. Dyskusja ciągnęła się jak mucha w żywicy. Ostatecznie ostudziliśmy trochę wrogie nastroje, lecz praktycznie nic nie ustaliliśmy. Gdy już rozeszliśmy się, by kontynuować napełnianie żołądków, zagadnęłam o tę sprawę matkę.
— A daj spokój, Miriado. Albo to ja o czymś nie wiem, albo ten Khuvi robi nas w balona. W czasie mojego panowania żaden kułan nie pojawił się w zasięgu wzroku. Naprawdę dziwna sprawa. - klacz zmarszczyła brwi, biorąc kolejny kęs trawy. Wtedy obok mnie pojawił się Etsiin i trącił mnie czule pyskiem. Uśmiechnęłam się lekko. Podniosłam głowę, spoglądając prosto w te głębokie, brązowe oczy, które kocham.
— O, Etsiin. - mruknęła krótko Yatgaar. - A ty, co sądzisz o bezdusznie zagarniętych przez nas terenach? - ogier milczał dobrą chwilę, patrząc gdzieś na lewo. W duchu parsknęłam śmiechem.
— Z pewnością mamy tu jakieś nieporozumienie... - postanowiłam odpuścić mu te polityczne "tortury" i odeszliśmy na bok, gdzie mogliśmy porozmawiać sam na sam o przyjemniejszych rzeczach.
~~~
— Niech żyje! - wykrzyknął wysoko postawiony samiec, odziany w bordową szatę, wskazując na stojącego przed tłumem władcę w otoczeniu rodziny i służby.
— Niech żyje!!! - poparł go chórem tłum, stając dęba, a my poszliśmy w jego ślady. Rozległ się ogłuszający dźwięk uderzania o ziemię setek kopyt i nieliczne rżenia, w powietrze wzbiły się tumany pyłu. Zaraz potem rozległy się śmiech i na nowo rozgorzał szum rozmów, wszyscy znów rozeszli się po stepie, czy to w celu degustacji kolejnych przysmaków i napoi, tańca czy kolejnych dyskusji. Lawirowałam między różnymi grupkami, starając się zaszczycić każdego swoją obecnością, ale te nachalne spojrzenia nieco mnie irytowały. Na szczęście zawsze gdzieś w pobliżu kręcił się Etsiin, dodając mi otuchy. Zabawa trwała w najlepsze.
Nieoczekiwanie Khuvi Zayaa znów zwołał członków stada i ogłosił...rytualny taniec. Wszystkie kułany ustawiły się w trzech zawierających się okręgach, jeden za drugim. My również wcisnęliśmy się gdzieś pomiędzy poddanych. Nie byłam najgorsza w przebieraniu kończynami, ale mimo wszystko dopadł mnie lekki stres. Na zewnątrz pozostała tylko jedna, szara klacz i ogier, być może jej partner. Kiedy zaczął wybijać rytm, wraz z nim popłynęła piosenka, i korowody ruszyły...
Podczas tańca zostałam zepchnięta do samego środka razem z Dain'em, synem Khuvi'ego, przyszłym władcą tej społeczności. Starałam się unikać jego świdrującego spojrzenia i po prostu dobrze się bawić, ale to młodemu księciu nie wystarczało. Nie powiem, żeby jego pewność siebie mi nie imponowała, ale była to dosyć niezręczna sytuacja i westchnęłam z ulgą, kiedy melodia ostatniego refrenu, zaśpiewanego już tylko przez tłum, ucichła. Sam książę jak do tej pory rzadko się odzywał podczas negocjacji, zawsze kulturalnie, aczkolwiek z pewną nutą...drapieżności? Nie wiem, jak to nazwać. Już podążałam ku swojej ekipie, kiedy jeden z kułanów mnie zatrzymał.
— Nasz władca ma coś do przekazania... - mruknął. Odwróciłam się, a moim oczom ukazała się monarchia w komplecie, z szeroko uśmiechniętym Dain'em, owiniętym niebieskim płaszczem z włócznią przy boku, na czele. Ostatnie promienie zachodzącego słońca tworzyły wokół niego świetlistą poświatę, podkreślającą dumną sylwetkę. Poczułam ukłucie niepokoju, spodziewając się raczej złych wieści.
— Droga Miriado, najmądrzejsza i najpiękniejsza z dam, uosobienie wszystkiego co dobre i szlachetne, czy zechcesz uczynić mi ten zaszczyt i zostaniesz moją królową? - wyrecytował ogier, posuwając w moją stronę podarunek w postaci drogocennego naszyjnika z czerwonego kamienia.
O mały włos nie zapytałam, czy może powtórzyć, chociaż pewnie i tak nie byłabym w stanie wydusić z siebie więcej niż ciche jęknięcie. Zatkało mnie. Nogi zrobiły mi się jak z waty. Dlaczego to robi, dlaczego teraz? Nie mogę się zgodzić, nie mogę odrzucić zaręczyn... Co mam robić? Co robić?!
Nie wiem, co by się stało, gdyby nie pojawiła się przy mnie matka, która powstrzymała mnie przed upadkiem.
— Co się dzieje? - to pytanie wbrew pozorom zadał Etsiin.
— Przyjmujemy waszą propozycję dotyczącą zwrócenia nam trzech czwartych ziem Hovd i niewielkiego odszkodowania, jedynie wraz z kopytem księżniczki, by wiodła tu szczęśliwy żywot i panowała nad naszym narodem wraz z mym synem po kres swych dni. - oznajmił radośnie starszy władca, a parę osób przytaknęło. Wciąż nie mogłam z siebie wydusić ani słowa.
— Och, zapewniam cię Khuvi Zayo, nikt nie byłby w stanie oprzeć się tak silnemu i dostojnemu młodzieńcowi, jakim jest Dain. Jednak Miriada jest już zaręczona. - przez grupę przebiegło ciche westchnienie żalu. Odrobinę oprzytomniałam i wyciągnęłam do przodu nogę, na której miałam założoną bransoletę. Od Etsiina. 
— Kimże jest narzeczony? - padło kluczowe pytanie. Przełknęłam ślinę, modląc się o to, by mama nie improwizowała, mimo że nie wyglądała na kogoś, kto ma jakikolwiek plan. Raczej plan na ucieczkę.
<Etsiin? 1770 słów JEST NARESZCIE JEST nawet nie wiesz jak się cieszę, zaraz dostanę głupawki, jeb XD>

*Aby wyjaśnić, co mogło się wtedy wydarzyć, należy wrócić pamięcią hen, aż do czasów Frakcji Kruczych Cieni. Pamięta ktoś może takie niepozorne NPC, jakim był Fenrir i jaką karę otrzymał? Aczkolwiek, to tylko jedna ze spekulacji naszego tajnego agenta. Ciekawskich odsyłam do lektury: https://freedometernal-s.blogspot.com/2018/04/od-yatgaar-do-khonkha-szalenstwa-do.html

14.07.2019

Od Miriady do Etsiina ,,Kocham cię"

— To piękna noc. - rzekł mój towarzysz, nieoczekiwanie przenosząc rozmarzony wzrok z gwiazd na moją osobę. Odruchowo spuściłam wzrok - zawsze w takich momentach nie mogłam powstrzymać wykwitających rumieńców i łaskotania w brzuchu - prędko jednak opanowałam się i posłałam mu pogodne spojrzenie. Niezręczny był fakt, że zdarzało mi się to tylko w przypadku Etsiina.
— Masz rację. - odezwałam się, instynktownie nadstawiając uszu na jakiś szelest z boku. Znów zapadła cisza, podczas której ważyłam ryzyko akcji. Ostatecznie pragnienie okazało się silniejsze i delikatnie, ostrożnie oparłam się na miękkiej grzywie ogiera. Skarciłam siebie za to w duchu, jak zwykle. Kiedy był tak blisko, nie potrafiłam się powstrzymać. Nie protestował, ale wzdrygnął się nagle. Przerażona, szybko cofnęłam się, mimowolnie mrużąc oczy i czekając na naganę. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Zebrałam się w sobie i wydusiłam:
— Coś się stało? - Haha, skądże...
— Wszystko w porządku. - mruknął, ku mojemu zaskoczeniu wsuwając się pod moją szyję.
— Na pewno?
— Tak. - szepnął cicho, że ledwo go usłyszałam.
Staliśmy znów w ciszy, chłonąc swój dotyk. Przeniosłam wzrok na usłany gwiazdami firmament, usiłując odnaleźć swoją. Właściwie to uznałam ją za własną tylko dlatego, że była pierwszą, na jakiej zatrzymałam wzrok w pierwszą noc po urodzeniu. Mimo wszystko miło było tak myśleć. Ciekawe, gdzie jest jego...? 
Czy powinnam mu powiedzieć? - to pytanie nawiedzało mnie przynajmniej kilka razy dziennie i nie potrafiłam na nie odpowiedzieć. Czy w ogóle istnieje na to dobra odpowiedź? On wcale nie musi podzielać tego uczucia. Bądź ze sobą szczera, Miriado, na 99% go nie podziela i nawet mu się to nie śni. 
Miłość. Wciąż z trudem przyjmowałam to słowo do świadomości i starałam się opisywać swoje wrażenia za pomocą mniej wyrazistych słów, nie do końca jeszcze oswojona z tym dziwnym przeświadczeniem, że zrobię dla tego ogiera wszystko, wypełnia pustkę w moim świecie; pragnieniem swobodnego spędzania z nim czasu do końca swych dni. Boję się. - odruchowo, paradoksalnie, przytuliłam się mocniej Etsiina. Po prostu się boję, jak będzie wyglądało moje życie, gdy się ode mnie odwróci. Naszą przyjaźń czeka nieuchronny upadek. Nic już nie będzie takie samo. Może wyjdzie mi to na dobre...? - odezwał się sarkastyczny głos. Podświadomie czułam, że dalsze udawanie jest nie fair wobec przyjaciela. Nie mogę wiecznie się z tym kryć. Może zrobię to za chwilę. Tylko na moment zamknę oczy...
~Kolejnego dnia~
Kłusowałam z wzrokiem wbitym w ziemię, ze zmęczenia czy zamyślenia - nieważne. Nagle poczułam zimny, mokry pocałunek na swoim grzbiecie. Podniosłam głowę, rozglądając się z zaniepokojeniem. Wszyscy zresztą robili to samo. Kątem oka zauważyłam ruch, ruch małej śnieżynki opadającej ku ziemi w powolnym tańcu. Tancerzy z każdą chwilą przybywało. Zima ostatecznie wyparła kolorową jesień.
— Zbliżamy się. - usłyszałam szept matki tuż przede mną. Skinęłam pospiesznie łbem, skupiając wzrok na przestrzeni rozciągającej się za drzewami. Za lasem rozciągał się step, aczkolwiek bardzo suchy. Roślinność wyglądała jak warstwa mchu, gdzieniegdzie nagromadzonego albo w ogóle wyplenionego. Na tle zachmurzonego nieba znajdowało się stado dość niskich, szarych kopytnych. Niby pochodzimy z tej samej linii, a ja mam wrażenie, że różnimy się znacznie bardziej. Hah, o kim ja teraz mówię? Nie, skup się. Przywołałam się do porządku i przeprowadziłam szybką analizę. Grupa zwierząt była duża. Za duża. Ogromna. Co najmniej powyżej pięćdziesięciu, młodych i starszych. Jedna, wielka rodzina...Pewnie największe stado w okolicy. Kilka minut później znaleźliśmy się na widoku. Pojedyncze osobniki od razu nas zauważyły, kilka pomknęło do środka gromady, zapewne po władcę. Wzięłam głęboki wdech i wydech, wyprostowałam się i zdecydowanym krokiem ruszyłam ku danemu mi wyzwaniu.
Na zewnątrz gromady, ku nam, wysunął się orszak złożony z kilku kułanów. Pierwszy, drugi co do wielkości, z jaśniejszą, posiwiałą sierścią i poważną, acz serdeczną miną nie mógł być nikim innym, jak przywódcą. U jego boku kołysała się włócznia. Po jego lewej stronie kroczyła samica, pewnie partnerka, zaś po prawej zdecydowanie młodszy osioł. Za nimi posuwały się jeszcze dwie płci żeńskie i trzy męskie. Cała świta w gotowości. Nasi przewodnicy nieoczekiwanie rozstąpili się na boki, zostawiając nas sam na sam z koroną. Moja matka przejęła prowadzenie. Pewnie i z gracją zbliżyła się do obcych, zatrzymując się na kilkanaście kroków przed. Następnie wykonała lekki ukłon, bardziej przypominający w moich oczach taktyczne dygnięcie. Wszyscy poszliśmy za jej przykładem - ta klacz miała niezwykłą moc perswazji, acz widać było, że ruchy takie sprawiają jej więcej wysiłku niż dawniej. Kiedy to było "dawniej"? Czas płynie...
— Witaj, Khuvi Zayo, panie włóczni. Przybywamy w pokoju. - oznajmiła stanowczym, uprzejmym tonem.
— Witajcie, witajcie. Bałem się już, że moi przewodnicy zbłądzili... - odparł niezwykle ciepłym, donośnym głosem kułan.
— Faktycznie po drodze zaskoczyła nas lawina. - przyznała Ya. Odruchowo pokiwałam łbem.
— Huh, paskudna sprawa. Nikomu nic się nie stało? - tak rozpoczęła się rozmowa, umiejętnie pokierowana przez moją mamę na bardziej pokojowe tory, nawiązanie więzi z sąsiadami, zanim zaczną się interesy. Dla osób z zewnątrz był to zwyczajny zwrot akcji, dla mnie wyrafinowana sztuczka. Sama wtrąciłam co jakiś czas zdanie lub dwa. Rozejrzałam się raz jeszcze dookoła, przypadkiem natykając się na spojrzenie młodszego towarzysza władcy. Ten świdrujący, przenikliwy kontakt wzrokowy, jakim mnie obdarzył...od razu odwróciłam głowę, czując niechęć. Całe szczęście w tym momencie ruszyliśmy naprzód między mnóstwem usuwających się z drogi zwierząt.
~Wieczorem~
Po wyczerpującym, intensywnym dniu wraz ze stadem zaczęliśmy szykować się do snu. Kokietowanie, zabawy z młodziakami, poznawanie tradycji, pertraktacje...potrafią zmęczyć. Ustawiliśmy się z dala od naszych gospodarzy, z jednym strażnikiem, przysłanym tu zapewne z góry. Nie dziwiłam im się.
— To był niezły dzień... - nakrapiany ogier podsumował wszystko w jednym zdaniu. - W życiu nie pomyślałbym, że moje umiejętności dyplomatyczne będą decydować o przyszłości klanu. Właściwie to o moim być i nie być. Stawiałbym na szybkość i wytrzymałość przy pościgu. - parsknęłam cicho śmiechem.
— Ani ja. - odparłam krótko, zdając sobie sprawę, że przez cały ten czas wpatruję się w Etsiina jak w malowane wrota, sunąc wzrokiem po jasnym pysku, ciemnych, błyszczących lekko w ciemności oczach, miękkiej grzywie i rysujących się pod skórą mięśniach. Zauważył to. Prędko odwróciłam wzrok, zawstydzona. Westchnęłam ciężko, przymykając je i otwierając powoli.
— Jak ci się podobał slalom, znaczy wężowisko? - rzuciłam z uśmiechem, chcąc rozładować napięcie. Naciesz się tym, Miriado, póki możesz. 
Po pewnym czasie znów zaległa cisza, wypełniona odgłosami natury. Spojrzałam na wschodzącą tarczę księżyca w pełni błagalnie, jakby mógł wszystko odmienić. Wymazać z pamięci...
— Muszę ci coś powiedzieć. - rzekłam szeptem.
— Co? - mruknął, odrywając się od przeżuwania ostatnich porcji trawy.
— Muszę ci coś powiedzieć. - powtórzyłam z trudem nieco głośniej, ruszając do lasu. Ogier ze zdziwioną i zaciekawioną miną jednocześnie posłusznie kroczył za mną. Zatrzymałam się na niewielkiej polance. Koń zatrzymał się po drugiej stronie naprzeciwko. Nad nami krzyżowały się korony dwóch dębów, przysłaniając niebo.
— Etsiin... - zaczęłam, lecz czułam, że jeżeli powiem coś więcej, głos mi się totalnie załamie. W gardle urosła mi wielka gula.
— Hej. - odezwał się ogier spokojnie, podchodząc bliżej. - Nie krępuj się. Nikomu nie powiem, obiecuję. - Och, jesteś cudowny...jak zawsze. Ale to koniec. Koniec tchórzenia.
— Chodzi o to, że...ja chyba czuję do ciebie coś więcej. Niż przyjaźń. - nie patrz w górę, nie patrz w górę. - Kocham cię. - wypaliłam, a niesforna łza zapiekła mnie na policzku.
<Etsiin? What the hell's going on? XD>

6.06.2019

Od Miriady do Etsiina ,,Przyjaciel to za mało?"

Szczęki lodu i mrozu zaciskały się coraz bardziej. Cwałowałam przed siebie bez tchu ku wyjściu, ale zdawało się ono wcale nie przybliżać. Tuż za sobą słyszałam stukot racic na twardej powierzchni i ciągłe krzyki. Czułam spływające po policzku łzy. Piekły nieznośnie. 
— Hola! Hola! Hola!
Ściany zwarły się ze sobą, zamykając przejście i zmierzając ku mnie. Nie miałam już nic do stracenia. Zaczerpnęłam głośno powietrza i obejrzałam się za siebie. 
Przez ułamek sekundy, dopóki nie został przysypany odłamkami lodu, dostrzegłam Etsiina wpatrującego się we mnie pełnym nadziei wzrokiem. Załkałam i przytuliłam się do gruzów, kiedy szczęki ostatecznie się zawarły.
Obudziłam się z zaciśniętymi zębami i wciąż zamkniętymi oczami. W tej ciemności czułam jednak pulsujący ból stłuczeń i pieczenie ran. Przeszedł mnie dreszcz. Było mi dosyć zimno. Lawina, tak...Uniosłam powoli powieki. Wpatrywały się we mnie ciemne i szarawe oko na brązowo-białym tle.
Momentalnie na moim pysku wykwitł uśmiech. Rzuciłam się ogierowi na szyję i wtuliłam w ciepłe ciało, przymykając oczy z rozkoszą. Nie dbałam o to, co pomyśli. Tym bardziej zaskoczyło mnie swoiste odwzajemnienie gestu po kilku sekundach. W tej chwili pragnęłam tylko jego bliskości, napędzana dodatkowo strachem przed jego zniknięciem. W głowie wciąż miałam mglisty obraz snu. Niczego więcej nie trzeba mi było do szczęścia. W końcu jednak Etsiin odezwał się ze śmiechem:
— Już dobrze...bo mnie udusisz. - parsknęłam cicho, niechętnie odrywając się od konia. Odetchnęłam z ulgą, rozglądając się pobieżnie po otoczeniu. Byłam przykryta jakimiś starymi kocami, miałam parę opatrunków. Kułany rozmawiały w swojej grupce obok, Cardinano ugniatał jakieś rośliny kopytami, mama pielęgnowała miecz pożyczony jej przez brata na drogę. Jednak kiedy tylko na moment odwróciła wzrok i spotkała się z moim spojrzeniem, natychmiastowo się rozpromieniła. Podbiegła do nas w najszybszym tempie, na jakie pozwalały jej dość już zmęczone kończyny.
— Miriada. - szepnęła głośno, przytulając się do mnie mocno. Wzdrygnęłam się odruchowo z początku, ale matka nie zwróciła na to uwagi.
— Nie rób mi tego nigdy więcej, jasne? - klacz odsunęła się, dzięki czemu mogłam ostrzec płonącą w jej oczach miłość. Warga jej drżała. W odpowiedzi uśmiechnęłam się łagodnie.
— Kocham cię, mamo. - rodzicielka westchnęła cicho, uspokajając się.
— To ja może pójdę porozmawiać na temat dalszej trasy. - rzekł Etsiin, zbierając się odejścia.  Zatrzymałam go jednak szybko kopytem, zahaczając o jego nogę.
— Nie. Ty zostajesz. - oznajmiłam stanowczo, odprowadzając go spojrzeniem do parteru.
— Jak sobie dama życzy. - odparł pokojowo ogier z uśmiechem.
— Tak lepiej. - mruknęłam cicho z zadowoleniem.
— Później porozmawiamy, córciu. Masz teraz ważniejsze sprawy. - pożegnała się Yatgaar, wymownie spoglądając na mojego towarzysza i odchodząc w stronę reszty ekipy. Odwróciłam na moment głowę czując, że się rumienię wbrew własnej woli. Jesteśmy blisko, okey, no ale...Po chwili opanowałam się i wróciłam do przyglądania się nakrapianemu koniu. Na szczęście Etsiin nie zamierzał roztrząsać tego zdarzenia:
— Jak się czujesz? - spytał z troską.
— Ogólnie rzecz biorąc dobrze...trochę mi tylko smutno. - odpowiedziałam, kątem oka patrząc na poruszane wiatrem wierzchołki drzew rosnących wokół polany. Ogier przechylił łeb pod znakiem zapytania. - No...bo wszyscy umarliśmy i w ogóle...ale teraz może być już tylko lepiej, prawda? - ku mojemu zaskoczeniu, rozmówca parsknął śmiechem, aczkolwiek zaraz zreflektował się na widok oburzenia z mojej strony. W końcu ten fakt powinno się chyba traktować poważnie.
— O to nie musisz się martwić. My wszyscy tu żyjemy. Ty też. I będziemy żyć. - tym razem to on trącił mnie nosem. To wystarczyło mi za powód do uwierzenia w jego słowa. Powstrzymałam jakoś odruch ucieczki i uśmiechnęłam się szeroko. Idiotka ze mnie. 
To...wspaniale. Właściwie co się stało? Jak się tu znalazłam? - mój przyjaciel miał najwyraźniej świadomość, że te pytania musiały kiedyś paść. Bez protestów ułożył się wygodniej i rozpoczął swój monolog:
— Nie wiem, czy pamiętasz. Zaskoczyła nas lawina. - pokiwałam głową na znak, iż doskonale pamiętam. - Kiedy wróciłem do rzeczywistości, Cardinano i Yatgaar byli już na nogach. Od razu zaczęliśmy cię szukać, ale każdy trop prowadził do ślepego zaułka. Wtedy odnalazły się kułany. - ogier zrobił tu krótką przerwę. - Po szybkiej pogadance wróciliśmy do poszukiwań, ale słońce schodziło coraz niżej...tamci zaczęli się denerwować, nigdzie nie było śladu żadnej anielskiej klaczy. - mimowolnie spuściłam wzrok. Co oni we mnie takiego widzą? - Przekopaliśmy chyba pół zbocza, kiedy twoja matka zrezygnowała...nikt nie śmiałby dalej się targować i wracać do poszukiwań. Ruszyliśmy dalej. Wszyscy byliśmy wykończeni, nie mówiąc o Yatgaar.
Szczerze mówiąc, wciąż nie bardzo mogłem w to uwierzyć i...zagadałem do ciebie, a właściwie do powietrza. I wtedy zdałem sobie sprawę...że ja po prostu nie mogę bez ciebie żyć. - rzekł ciszej. Widać było, że kosztowało go to sporo wysiłku. Zrobiło mi się trochę cieplej na sercu. - Więc poleciałem z powrotem galopem jak ostatni debil, wpadłem na pierwszy lepszy kawałek nieprzekopanego śniegu i...byłaś tam. Mało nie uderzyłem cię w głowę przy rozwalaniu lodu. Zachowałem się jak...ostatni półgłówek, któremu odbiła szajba, a tacy mają najwięcej szczęścia, nie? Nie chcę nawet myśleć, co by było, gdybym cię tam nie znalazł. Chociaż w sumie padlinożercom byłoby pewnie obojętne, czy jedzą inteligenta, czy idiotę. - do tej pory wpatrywałam się w niego z rosnącym zdziwieniem, lecz teraz postanowiłam przerwać jego wypowiedź. Położyłam kopyto na jego piersi i spojrzałam ogierowi prosto w oczy:
— Nie waż mi się tak nawet mówić. To, co zrobiłeś, godne jest prawdziwego bohatera. I lubię cię takiego jaki jesteś. Gdyby nie ty, nie byłoby mnie tu, a duch mojej matki roz-rozpadłby się na kawałki. - głos załamał mi się na ostatnich słowach. Etsiinowi chyba trochę przeszło, bo uśmiechnął się lekko i kontynuował:
— Więc znalazłem cię. Byłaś nieprzytomna. Musiałem wrócić po resztę, żeby cię wyciągnąć z tej czeluści. - skrzywił się nieco. - Próbowaliśmy cię obudzić, ale twój organizm był mocno wyziębiony. Przyciągnęliśmy cię na linach do lasu akurat na zapadnięcie zmroku. Dalej dowodzenie przejęła Yatgaar. Opatrzyliśmy cię i czuwaliśmy w nocy na zmianę. I tak do dzisiejszego ranka. - między nami zapadła chwila niezręcznej ciszy.
— Jeszcze raz, dziękuję ci. Jesteś najlepszym ogierem z jakim miałam do czynienia. - rzekłam radośnie.
— A ty klaczą. - odparł mój towarzysz, przytulając mnie lekko. Nie mogłam powstrzymać wzdrygnięcia się.
— Hm?
— To tylko dreszcz. - uśmiechnęłam się, bagatelizując ten fakt. Dlaczego wciąż to we mnie jest?
Po chwili napięłam wszystkie mięśnie i podjęłam próbę powstania. Było mi zimno, owszem, ale nie czułam już praktycznie żadnego bólu. To doświadczenie jednak brutalnie sprowadziło mnie na ziemię. Nakrapiany koń złagodził trochę mój upadek.
Miriada! Nie wolno ci jeszcze wstawać. - mruknął stanowczo, poprawiając koc na moim grzbiecie.
— Niedługo będziemy musieli ruszać i...
— Nie ruszymy się bez ciebie. - uciął dialog. Westchnęłam, kręcąc głową, i rozejrzałam się ponownie, zatrzymując wzrok na grupie kułanów.
— A gdzie się podział ten czwarty, jak mu tam...
— Dolgiruu. Nazywał się Dolgiruu. - oznajmił krótko ogier, wpatrując się w dal. Odwróciłam łeb. To równie dobrze mogłam być ja. 
Pobyliśmy trochę w swoim towarzystwie w milczeniu, zajęci jedzeniem. Rozmowa zawiązała się ponownie po południu, tym razem o bardziej błahych sprawach. Obecność przyjaciela pomagała mi wytrwać w tak ciężkiej próbie, jaką jest leżenie cały boży dzień bez możliwości ruchu. Wieczorem po godzinie narad została dokładnie ustalona dalsza, w miarę bezpieczna, droga. W porze snu Etsiin ponownie znalazł się obok mnie.
— Nie musisz leżeć. - szepnęłam, drapiąc się po nodze. Owady były bezlitosne.
— Inni są czujni. Razem zresztą nic nie jest w stanie nas powstrzymać. - odparł. Zaśmiałam się krótko. Czasami jest naprawdę uroczy...ale potrafi być też mężny.
Zasnęłam z głową wtuloną w konia, podobnie jak tamtej nocy.
~Nazajutrz~
Moja mama i nakrapiany ogier próbowali jeszcze protestować, ale utrzymywałam się pewnie na nogach i kłusowałam bez problemu. Dzięki wiedzy medycznej rodzicielki i kułanów po przykrym zdarzeniu pozostało jedynie przeziębienie zamiast zapalenia płuc, a ja paliłam się do wędrówki. Nienawidziłam bezczynności. Wreszcie ustąpili. Po śniadaniu wyruszyliśmy na szlak.
Jak zwykle szliśmy obok siebie na końcu. Etsiin i ja, wymieniając uwagi na temat otoczenia i spekulując, co też może dziać się pod naszą nieobecność w klanie, a także co nas czeka na końcu trasy. Szczerze mówiąc, coraz mniej mnie to obchodziło. Liczyło się tu i teraz, ze szczególnym wyróżnieniem chwile spędzone z przyjacielem. Może powinno być na odwrót? W końcu to poważna misja, a nie wakacje... - pomyślałam ironicznie. Spojrzałam na towarzysza. Dzień był wyjątkowo przyjemny i ciepły. Promienie słońca prześwitywały przez jego rzadką grzywę, sprawiając wrażenie aureoli. Pod skórą widać było pracujące mięśnie, kasztanowy kolor sierści swobodnie przechodził w biel. Po raz pierwszy w mojej głowie pojawiła się myśl, że jest po prostu piękny. 
Od kiedy ja się zastanawiam nad takimi rzeczami? I co to w ogóle znaczy? - przeniosłam wzrok na mijane przez nas dwa leśne strumienie. Jesteśmy do nich podobni, tacy sami przyjaciele. Sama nie wiem, dlaczego, lecz ostatnio przestało mi to wystarczać. Pewnie jestem w tym momencie samolubna i wybredna, ale...pragnęłam czegoś więcej. Nie wiedziałam nawet dokładnie czego! Po prostu więcej.
Przypomniałam sobie wczorajszą opowieść ogiera. Jego krok był szaleńczy, jednak...nie dziwił mnie jakoś. Czułam, że pewnie zrobiłabym to samo. Że ja też nie potrafiłabym bez niego żyć. 
Nagle zapaliła mi się jakaś lampka w mózgu.
Czy to właśnie uczucie wszyscy nazywają...miłością?
— Miri? Halo? - Etsiin przywołał mnie z powrotem do rzeczywistości.
— A, tak. Zamyśliłam się. - odrzekłam, wciąż na wpółprzytomnie.
Miłość...
<Etsiin? Dajesz xD Podpowiem, że w następnym opowiadaniu Miriady prawdopodobnie już będziemy na miejscu PS Ten tytuł jest badziewny ;_;>

16.05.2019

Od Miriady do Cardinaniego ,,Ślad"

Po mojej wypowiedzi ogier milczał, wpatrując się uporczywie zarazem we mnie i w przestrzeń poza mną. Przyzwyczaiłam się już do dłuższych, uważnych spojrzeń dedykowanych mi w większości przez płeć męską, ale jego wzrok był pusty, jakby w innym świecie, zamyślony. Ale biorąc pod uwagę dziwny pisk, jaki z siebie po chwili wydał, zaczynałam mieć wątpliwości, czy to tylko dziwna, nieoczekiwana zaduma, a nie początek jakiegoś ataku. Nie znałam się na tym, ale wiedziałam jedno: lepiej nie być wtedy w pobliżu.
— Ja tobie też. - rzekł w końcu mój towarzysz, przynosząc mi tym samym niesamowitą ulgę. Równocześnie jednak spojrzał mi prosto w oczy w tak...osobliwy sposób, że wątpliwości powróciły na moment i cofnęłam się niepewnie o krok. Od razu odwrócił wzrok i zapadł się w sobie. Uśmiechnęłam się, chcąc mu wynagrodzić moje zachowanie, i odparłam krótko:
— Chodźmy już. - ogier ruszył za mną, lecz trzymał się bardziej z tyłu, wciąż nieobecny duchem. Westchnęłam cicho, przymykając oczy. Dlaczego zawsze wszystkich ranię?
Nagle tuż za sobą usłyszałam głośny okrzyk radości i zdziwienia zarazem, który mógłby postawić cały las na nogi. Skoczyłam instynktownie przed siebie, spłoszona, jednak zaraz odwróciłam się w stronę Cardiego. Koń wpatrywał się w gruby pień starego wiązu o dosyć rzadkiej koronie, na którym było coś wyryte. Gdy się zbliżyłam i stanęłam pod mniejszym kątem, rysy w drewnie ułożyły się w napis: Cardinano. Oboje dobrą chwilę wpatrywaliśmy się w to słowo, zwyczajne i nadzwyczajne zarazem. Rany w drzewie, wykonane zapewne za pomocą ostrego narzędzia w typie noża, były jeszcze dość świeże; mogły mieć najwyżej półtora tygodnia, ale nie mniej niż kilka dni.
— Nie, to nie moje. - wyprzedziłam stanowczo jego pytanie. Towarzysz znowu zerknął na tekst.
— Czy to możliwe...
<Cardinano? Podoba się taki zwrot akcji czy raczej mam go spalić na stosie?>

23.04.2019

Od Miriady do Cardinaniego ,,Odwrócenie ról"

Kawał ziemi pod moim ciężarem od razu zaczął się zapadać, jednak udało mi się od niego odbić i wskoczyć na naprawdę stały grunt. W impecie skoku ledwo udało mi się uniknąć zderzenia z rosnącą niedaleko krawędzi brzegu czeremchą, obsypaną resztkami drobnego, białego kwiecia. Będąc w bezpiecznej odległości, prędko odwróciłam się, szukając nerwowo wzrokiem skarogniadego ogiera. Z ulgą zauważyłam go praktycznie w tym samym miejscu co przedtem. Koń gorączkowo przebierał kończynami, co widać było po spienionej wodzie. Role się najwyraźniej odwróciły. Ironia losu. - pomyślałam, po czym przeszłam do działania. Tyle że niewiele mogłam zrobić. Musiałam dać mu jakieś oparcie. Pierwszym, co mi przyszło do głowy, był jakiś kawał deski, lecz w tych warunkach nie mogłam na to liczyć. Chwyciłam zębami za najbliższą, wystarczająco grubą gałąź i zaczęłam ciągnąć z całych sił. Cholera nie chciała puścić.
Drewniane włókna zaczęły wreszcie pękać, kiedy kątem oka zauważyłam coś niepokojąco szaro-białego na rzece.
— Uważaj! - krzyknęłam z całych sił. Cardinano odwrócił się, by ujrzeć spory, gruby kawał lodu pędzący z prądem. Otworzyłam szeroko oczy. W decydującej chwili ogier zdecydował się wyskoczyć w górę i znalazł się prawie cały na krze, ślizgając się mimo to niemiłosiernie. Rozległ się głośny trzask. Błyskawicznie wysunęłam trzymaną w pysku gałąź w jego stronę. Chwycił pomoc. Po chwili oboje byliśmy na lądzie, cali przemoknięci, ale ostatecznie żywi.
— Dziękuję. - rzekłam cicho. Mógł mnie zostawić na samym początku, ale przede wszystkim miał możliwość odbicia się samemu od kawałka skarpy. Czy zalatywało to brawurą, czy nie, dał mi pierwszeństwo.
<Cardinano? Wiem, króóóóóótkie...Postaram się o coś lepszego po tym całym życiowym zamieszaniu>

14.04.2019

Od Miriady do Etsiina ,,Cansli"

— Chyba nikt nie czerpie z tego specjalnej frajdy. - odparłam, uważnie obserwując ruchy reszty drużyny. Jednak kułan po chwili wyprostował się, pokręcił powoli głową i skinął na nas, by ruszać w dalszą, pilną drogę. Kłusowaliśmy praktycznie przez cały czas, z krótkimi odcinkami galopu. Całe szczęście, nie ustępowaliśmy pod tym względem przybyszom z południa, a moja matka na wieczornych postojach wręcz potrafiła brykać na całego i z całym politowaniem przyglądała się naszym mało przytomnym minom i przepoconej sierści. Czasem myślałam, że mogłoby się ją zaprząc do wozu, jak to czynią ludzie z końmi, i wciąż nie dałoby to spektakularnych efektów, ale z drugiej strony taki widok dodawał sił do dalszej wędrówki...
— Que te gusta hacer?* - spytał nagle mój nakrapiany towarzysz, inicjując tym samym rozmowę. We dwoje nie byliśmy w stanie długo zachować milczenia. Przechyliłam lekko łeb, zaskoczona, ale po chwili zmrużyłam oczy i odparłam:
— Sometimes you're quite annoying, you know?*
— No to mamy remis. Jeden do jednego. - uśmiechnął się ogier. Na moment zapadła cisza. - Właściwie co to znaczyło? - moje kąciki pyska automatycznie powoli się uniosły.
— Nieważne... - odpowiedziałam wymijająco. Rozmówca zamilkł i wydawało się, że rozmowa została zakończona. Niedoczekanie. Kiedy najmniej się tego spodziewałam, bezczel popchnął mnie w bok zadem, akurat gdy przechodziliśmy obok niewielkiego leśnego stawu. Wylądowałam kopytami na obniżeniu terenu przy brzegu i nie miałam już szans złapać równowagi. Wpadłam do wody z głośnym pluskiem, wijąc się, zaskoczona, jak ryba dopiero co z niej wyjęta. Szybko znalazłam oparcie dla kończyn i wygramoliłam się na ląd, ociekając wodą i wlepiając wzrok w nakrapianego konia. Nie był w stanie ukryć tego uśmieszku. Jednym, błyskawicznym ruchem zerwałam jedną z długich, mocnych trzcin z przybrzeżnych zarośli i rzuciłam się do przodu, wymachując nią na lewo i prawo. Z satysfakcją obserwowałam, jak prędko rzednie mu mina.
— Ułaaa! - ogier podjął decyzję o natychmiastowej ewakuacji z mojego zasięgu.
— Wrucaj u! - wołałam, próbując równocześnie mówić, śmiać się i dosięgnąć go kijaszkiem. Zrobiliśmy tak parę kółek, zanim Etsiin w pędzie nie zdążył wyminąć jednego z kułanów, a ten zarył łbem w jakieś krzaki. Gdy go wyjął, nikt już nie mógł powstrzymać się od śmiechu na widok jego pyska całego oblepionego osobliwym, białym puchem. Strzepnięcie wszystkiego ,,paskudztwa" zajęło mu prawie pół dnia.
Wróciliśmy na swoje miejsce w grupie, odprowadzani niechętnymi spojrzeniami przewodników. Korzystając z okazji, dźgnęłam lekko trzcinką towarzysza dla zasady, po czym odrzuciłam ją daleko w las. I podobno to tak się zachowują prawdziwi przyjaciele...Jeszcze ja dałam się w to wciągnąć. Świat jest dziwny.
— Czasami jesteś trochę denerwujący, wiesz? - mruknęłam, próbując bezskutecznie odgarnąć mokrą grzywkę.
— Dzięki za komplement, nie trzeba było. - uśmiechnął się na to, pomagając mi uporać się z włosami. Dialog się urwał, ponieważ natrafiliśmy na kawałek płaskiego, otwartego terenu i przeszliśmy do galopu. Tętent naszych kopyt w niektórych momentach niemal się zrównywał. Nasze spojrzenia spotkały się na chwilę. Żaden dźwięk prócz naszego rżenia nie mącił stepowej ciszy. Świat jest piękny.
Na sen zatrzymaliśmy się w zagajniku pod monumentalną skałą, a właściwie pomnikiem składającym się z kilku potężnych głazów ułożonych w coś w rodzaju psa. Dość szybko się posililiśmy i stanęliśmy w małej grupce. Powoli kolejne pary powiek opadały ciężko, przenosząc swoich właścicieli do krainy snu. Ostatnie pomarańczowe i różowe przebłyski słońca ustępowały miejsca granatom i czerni nocy, pełnej cieni. Przeniosłam wzrok na Etsiina. Z zamkniętymi oczami wyglądał nawet...słodko? Miriado, albo się obudź, albo porzuć resztki przytomności. Przez jakiś czas wpatrywałam się przed siebie w dzicz. Jako jedyna nie mogłam zasnąć. Westchnęłam cicho i delikatnie odsunęłam się od towarzysza. Ruszyłam na chybił-trafił jakąś wąską, leśną ścieżyną, użytkowaną ostatni raz już dość dawno. Prowadziła pod górę, miejscami podejścia stawały się naprawdę strome, a kamienie i drzewa nie ułatwiały sprawy. Coś w głębi serca podpowiadało mi jednak, że warto. Ostatni raz podciągnęłam tułów. Podniosłam głowę i...zaparło mi dech.
Z lasu wydostałam się na gładki szczyt wzgórza. Porastające go kwiaty lśniły jednakowo na srebrzysty kolor w blasku księżyca. Rozciągał się z niego widok na mongolską mozaikę puszcz, stepów, strumieni i gór, a raczej ich cienie, pod kopułą rozgwieżdżonego nieba. Punkciki najróżniejszej wielkości i koloru migotały lekko, przyprawiając o zawrót głowy. Niebo przecinał jasny pas, niczym tajemnicza, kolorowa chmura, za którą mógłby skryć się raj. Ale na scenie znajdował się ktoś jeszcze.
— Etsiin? - szepnęłam właściwie odruchowo, w nadziei, że się nie mylę. Lecz wystarczyło zrobić krok do przodu; równocześnie koń odwrócił łeb. Nie odpowiedział, uśmiechnął się tylko, zapraszając mnie gestem.
Stanęłam obok. Przez głowę przemknęła mi myśl, że nie mógł to być przypadek, aczkolwiek było to nieważne. Z błyszczącymi oczami oddałam się podziwianiu cudów dziejących się na naszych oczach. Wreszcie któreś z nas musiało odwrócić wzrok i przyciągnąć uwagę drugiego. Skinęliśmy tylko głowami. Słowa były absolutnie zbędne. Odczułam teraz cały ciężar dziennej wędrówki i postanowiłam się położyć. Ogier poszedł za moim przykładem.
— Jak myślisz, kim one są? - spytał cicho, wpatrując się w gwiazdy.
— Myślę, że to my. - odparłam po chwili milczenia. - Nasze...odbicie. Drugie dno. Każdy ma swoją...gwiazdę. Umierają i rodzą się razem z nami. Czasami mogą coś doradzić. - próbowałam wyjaśnić jak najlepiej swój punkt widzenia, z trudem dobierając słowa.
— To piękne. - odrzekł ku memu zaskoczeniu Etsiin. - I jestem pewien, że twoja gwiazda będzie świecić najjaśniej. - szczerze mówiąc, oczy mi się już kleiły, odpowiedziałam więc tylko, ziewając:
— Twoja również.
— Och...zamierzamy tu spać? - spytał.
— Mam przy sobie stróża, czyż nie? - uśmiechnęłam się. Na pół przytomna położyłam głowę na boku ogiera i...zasnęłam.
~Nazajutrz~
Gdy otworzyłam oczy, ze zdziwieniem stwierdziłam, że leżę na jakimś wzniesieniu z łbem opartym na nakrapianym koniu. Prędko jednak przypomniałam sobie wydarzenia wczorajszej nocy, a w dodatku z niepokojem stwierdziłam, że jest już całkiem późno. Wstałam i obudziłam przyjaciela. Oboje jak najszybciej zeszliśmy na dół. Ledwo zdążyliśmy zjeść jakiekolwiek śniadanie, by wyruszyć razem z pozostałymi.
Tego dnia wkroczyliśmy w obszar pasma górskiego, które prawdopodobnie oglądaliśmy wczoraj. Zrobiło się chłodniej niż wczoraj. W niektórych miejscach zauważyłam nawet leżący śnieg, nietknięty promieniami słońca. Wędrówka tymi drogami nie należała do najłatwiejszych. Zbliżaliśmy się do najwyższego punktu, jaki mieliśmy podczas pokonywania trasy osiągnąć. Wkrótce puchu mieliśmy już po pęciny. Mroźny wiatr hulał, przenikając mnie do szpiku kości.
Wtem rozległ się wrzask jakiegoś bliżej nieokreślonego stworzenia, zapewne zranionego i rozwścieczonego, gdzieś w lesie. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że tuż po nim rozległ się jakiś huk i pojawiło narastające dudnienie. Wszyscy spojrzeliśmy w górę. Ze skał pędziła na nas lodowo-śnieżna fala. Na moment zamarliśmy w bezruchu w obliczu galopującej ku nam śmierci. Rozległy się pojedyncze krzyki, lecz zza mgły. Wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie. Instynkt darł się ze zdwojoną mocą. Rzuciłam się do pierwszego lepszego głazu i przykleiłam do jego powierzchni. Ryk lawiny zagłuszył wszystkie inne dźwięki. Gdy uderzyła o skałę, miałam wrażenie, że świat pęka na pół. Potem po prostu straciłam przytomność.
Wokół mnie rozciągał się ocean bieli, aczkolwiek z każdym mrugnięciem powieki stawał się coraz bliższy. Leżałam w dziwnej, dość niewygodnej pozycji, przyparta do twardej powierzchni. Wszystko mnie bolało. Zorientowałam się, że znajduję się w maleńkiej przestrzeni, przypominającej grotę, pod grubą warstwą śniegu przez którą tylko ledwo-ledwo przebijało się parę promyków słońca. Jednego mogłam być jednak pewna. Żyję. A czy będę żyć...to już inna kwestia. 
— Halo?! Halo! Jestem tu! - moje krzyki odbijały się od zimnej warstwy, tworząc nieznośne echo. Nagle usłyszałam coś z góry, więc uciszyłam się i nadstawiłam uszu.
Szmer i skrzypienie na granicy słyszalności. Dźwięki! Jakieś słowa. Nie. To nieprawda, to nie może być prawdą! Przez dłuższy czas nie słyszałam niczego. O matko...lepiej nie...Przerażający krzyk mojej rodzicielki przeszył mnie niczym lodowy sztylet. Znów głosy. Po pewnym czasie jednak zaczęły się błyskawicznie oddalać.
— Nie! - wrzasnęłam ze złością, która mimo wszystko szybko mi przeszła. - Cansli!** Cansli! Cansli. Cansli. Cansli. Cansli, Cansli. Cansli...
<No, mój rycerzu?XD>

*Tłumacz Google - na wszystko zaradzi xD
**Cansli (Ród Czarnej Winorośli) [czyt. kasli] - Proszę.
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika