- W takim razie musisz jeszcze tylko wybrać sobie rangę. - powiedziałem.
- W moim poprzednim stadzie klacze nie pełniły jakoś specjalnie ważnych funkcji, więc nie wiem, jakie są do wyboru. - odparła klacz.
- Możesz zostać zwiadowczynią, morderczynią, nauczycielką, szpiegiem, obrońcą, strategiem, czujką...
- Czujką? A cym one się zajmują? Zaciekawiła mnie bowiem ta nazwa. - przerwała mi klacz.
- Ostrzegają stado przed zagrożeniami. - ubiegła mnie La Vida.
- W takim razie chcę zostać czujką. - powiedziała Marabell.
- Dobrze. Teraz jesteś więc już pełnoprawną członkinią Klanu Mroźnej Duszy. - wyrzuciłem z siebie, starając się brzmieć jak najbardziej dumnie i wzniośle. Moja partnerka zaśmiała się.
- Nie musisz być aż tak oficjalny. - upomniała mnie.
- Nic na to nie poradzę. Takie są zasady. - odparłem. W tej samej chwili odnalazła nas jedna z naszych córek i trochę nieśmiało podeszła. Z wyglądu nie dało się tak łatwo rozpoznać, która to, gdyż jako bliźniaczki Lemon Ash i Chiyoko na pierwszy rzut oka były nie do odróżnienia. Jednak po zachowaniu można było poznać, że to młodsza z naszych córek, Lemon Ash.
- Witaj, kochanie. Coś się stało?. - odezwała się moja partnerka. Źrebie pokręciło przecząco głową.
- Chiyoko nie chce się ze mną bawić i mi dokucza. - powiedziała jednak po chwili Lemon Ash. La Vida westchnęła ciężko.
- Będziemy musieli znowu z nią porozmawiać. - powiedziałem, po czym zwróciłem się do Marabell:
- To jedna z moich dwóch córek, Lemon Ash. Lemon, poznaj nową członkinię naszego klanu. - powiedziałem. Marabell uśmiechnęła się przyjaźnie do źrebaka.
- Dzień dobry. - zdołała z siebie wydusić moja córka, jednak nie ruszyła się ani na krok.
- Jest trochę nieufna. - wyjaśniłem jej zachowanie. - Chcesz może, aby ktoś wprowadził cię w tajniki życia klanu, wyjaśnił co i jak oraz opowiedział co nieco o naszych terenach? - zaproponowałem klaczy.
<Marabell?>
→ Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Shere Khan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Shere Khan. Pokaż wszystkie posty
7.09.2017
Od Shere Khana do Marabell, La Vidy (S) - "Warunki"
Kiedy wróciliśmy do klanu, podeszła do mnie La Vida.
- W końcu wróciłeś. Dziewczynki poszły się razem pobawić- powiedziała, witając się ze mną.- Któż to jest?- dodała, wychylając się zza mnie i kierując wzrok w stronę Marabell.
- To klacz, którą spotkaliśmy niedaleko. Była niesamowicie spragniona i wycieńczona. Daliśmy jej wraz z Iris pić. Postanowiłem, że może z nami zostać dopóki nie zregeneruje swoich sił- odpowiedziałem, także kierując spojrzenie na Marabell.
- To doskonały pomysł. Musimy pozwolić jej odpocząć i o nią zadbać. Może jest głodna?- powiedziała moja partnerka. Po jej słowach razem podeszliśmy do klaczy.
- Marabell, to moja partnerka, La Vida. La Vido, to Marabell- przedstawiłem je sobie. Obie skinęły głowami na przywitanie.- Uzgodniliśmy, że możesz zostać, póki nie wypoczniesz- dodałem po chwili.
- Może jesteś głodna?- spytała ją La Vida.
- Od bardzo dawna nie miałam w ustach nawet suchego źdźbła trawy- usłyszeliśmy w odpowiedzi. Zaprowadziliśmy więc klacz do miejsca, gdzie rosło najwięcej roślin. Suchorośla to co prawda nie są żadne rarytasy, ale lepszy rydz niż nic. Marabell rzuciła się na jedzenie, jakby nie jadła co najmniej z miesiąc. Wraz z moją partnerką także zjedliśmy trochę trawy.
- Możesz tutaj na razie zostać. Gdybyś miała jakieś kłopoty albo czegoś potrzebowała, wszyscy na pewno ci pomogą. Teraz muszę cię przeprosić, gdyż wraz z La Vidą musimy już iść- pożegnaliśmy się po jakimś czasie z Marabell. Klacz kiwnęła głową na znak, że zrozumiała. Nie bałem się jej zostawiać, gdyż w pobliżu było kilka koni.
- A gdybyś chciała jeszcze wody, musisz się przejść jeszcze kilka metrów w tamtą stronę. Tam trafisz na mały staw- dodała moja partnerka, wskazując Marabell odpowiedni kierunek. Klacz uśmiechnęła się w podzięce. Po tym wraz z La Vidą udaliśmy się na krótki spacer. Wracając, odszukaliśmy nasze dzieci. Robiło się coraz później, a, jak powszechnie wiadomo, noce na pustyni są bardzo zimne. Lemon Ash od razu z chęcią z nami wróciła, ale Chiyoko boczyła się trochę z powodu przymusowego powrotu. Kiedy wróciliśmy do klanu, dzieci natychmiast się od nas oddaliły.
- Pamiętajcie tylko, żeby teraz już nie oddalać się za daleko- upomniała je La Vida. Po dłuższej chwili podeszła do nas Marabell. Nie myślałem, że klacz nadal jeszcze tu jest.
- Czekałam na wasz powrót. Kiedy was nie było, tak sobie myślałam, czy nie mogłabym... dołączyć do tego klanu?- zapytała Marabell. Łatwo dało się zauważyć, jak mocno się stresowała.
- Cóż, jeśli chcesz, to oczywiście, że możesz. Klan Mroźnej Duszy z chęcią przyjmuje nowych członków. Musisz jednak wiedzieć, że jesteśmy starym stadem z długą tradycją i jeszcze dłuższą historią. Wyznajemy też zasady, których się konsekwentnie trzymamy. Wszyscy są bezwzględnie posłuszni władcy, zdrada jest surowo karana. Do tego oczywiście każdy ma szanować innych, w szczególności starszych oraz wyższych rangą. Pomagamy sobie nawzajem i pilnujemy się. Decydujesz się więc dołączyć?- zapytałem, chcąc się upewnić. Marabell musi wiedzieć, jak wygląda życie w naszym klanie, zanim zdecyduje się do nas dołączyć.
<Marabell? La Vida? Która zdecyduje się dokończyć?>
- W końcu wróciłeś. Dziewczynki poszły się razem pobawić- powiedziała, witając się ze mną.- Któż to jest?- dodała, wychylając się zza mnie i kierując wzrok w stronę Marabell.
- To klacz, którą spotkaliśmy niedaleko. Była niesamowicie spragniona i wycieńczona. Daliśmy jej wraz z Iris pić. Postanowiłem, że może z nami zostać dopóki nie zregeneruje swoich sił- odpowiedziałem, także kierując spojrzenie na Marabell.
- To doskonały pomysł. Musimy pozwolić jej odpocząć i o nią zadbać. Może jest głodna?- powiedziała moja partnerka. Po jej słowach razem podeszliśmy do klaczy.
- Marabell, to moja partnerka, La Vida. La Vido, to Marabell- przedstawiłem je sobie. Obie skinęły głowami na przywitanie.- Uzgodniliśmy, że możesz zostać, póki nie wypoczniesz- dodałem po chwili.
- Może jesteś głodna?- spytała ją La Vida.
- Od bardzo dawna nie miałam w ustach nawet suchego źdźbła trawy- usłyszeliśmy w odpowiedzi. Zaprowadziliśmy więc klacz do miejsca, gdzie rosło najwięcej roślin. Suchorośla to co prawda nie są żadne rarytasy, ale lepszy rydz niż nic. Marabell rzuciła się na jedzenie, jakby nie jadła co najmniej z miesiąc. Wraz z moją partnerką także zjedliśmy trochę trawy.
- Możesz tutaj na razie zostać. Gdybyś miała jakieś kłopoty albo czegoś potrzebowała, wszyscy na pewno ci pomogą. Teraz muszę cię przeprosić, gdyż wraz z La Vidą musimy już iść- pożegnaliśmy się po jakimś czasie z Marabell. Klacz kiwnęła głową na znak, że zrozumiała. Nie bałem się jej zostawiać, gdyż w pobliżu było kilka koni.
- A gdybyś chciała jeszcze wody, musisz się przejść jeszcze kilka metrów w tamtą stronę. Tam trafisz na mały staw- dodała moja partnerka, wskazując Marabell odpowiedni kierunek. Klacz uśmiechnęła się w podzięce. Po tym wraz z La Vidą udaliśmy się na krótki spacer. Wracając, odszukaliśmy nasze dzieci. Robiło się coraz później, a, jak powszechnie wiadomo, noce na pustyni są bardzo zimne. Lemon Ash od razu z chęcią z nami wróciła, ale Chiyoko boczyła się trochę z powodu przymusowego powrotu. Kiedy wróciliśmy do klanu, dzieci natychmiast się od nas oddaliły.
- Pamiętajcie tylko, żeby teraz już nie oddalać się za daleko- upomniała je La Vida. Po dłuższej chwili podeszła do nas Marabell. Nie myślałem, że klacz nadal jeszcze tu jest.
- Czekałam na wasz powrót. Kiedy was nie było, tak sobie myślałam, czy nie mogłabym... dołączyć do tego klanu?- zapytała Marabell. Łatwo dało się zauważyć, jak mocno się stresowała.
- Cóż, jeśli chcesz, to oczywiście, że możesz. Klan Mroźnej Duszy z chęcią przyjmuje nowych członków. Musisz jednak wiedzieć, że jesteśmy starym stadem z długą tradycją i jeszcze dłuższą historią. Wyznajemy też zasady, których się konsekwentnie trzymamy. Wszyscy są bezwzględnie posłuszni władcy, zdrada jest surowo karana. Do tego oczywiście każdy ma szanować innych, w szczególności starszych oraz wyższych rangą. Pomagamy sobie nawzajem i pilnujemy się. Decydujesz się więc dołączyć?- zapytałem, chcąc się upewnić. Marabell musi wiedzieć, jak wygląda życie w naszym klanie, zanim zdecyduje się do nas dołączyć.
<Marabell? La Vida? Która zdecyduje się dokończyć?>
5.09.2017
Od Shere Khana do Marbell (S) - "Ratunek dla nieznajomej"
Kolejną wędrówkę rozpoczęliśmy popołudniu, kiedy temperatura był najlepsza. Nie trwała jednak ona zbyt długo, gdyż musieliśmy pamiętać, że teraz podążają z nami źrebięta, które dopiero niedawno przyszły na świat. Zatrzymaliśmy się więc po jakichś dwóch godzinach. Lemon Ash i Chiyoko jak zawsze poszły zwiedzać i bawić się. La Vida udała się za dziećmi, a ja odszedłem trochę, gdyż zauważyłem, że Iris wraca ze zwiadu. Klacz podeszła do mnie i złożyła mi raport. Miałem nadzieję na możliwość szybkiego powrotu do mojej rodziny, ale słowa klaczy całkowicie mnie jej pozbawiły.
- Praktycznie przez cały czas było spokojnie, ale kiedy wracałam, zauważyłam z daleka jakiegoś konia- powiedziała Iris.
- Jakiego? Kto to był?- spytałem od razu.
- Tu właśnie zaczyna się problem. Natychmiast udałam się w tamtą stronę, ale koń jakby zapadł się pod ziemię. Nie udało mi się ponownie złapać tropu- wyjaśniła klacz. Westchnąłem z lekką irytacją. Nie byłem oczywiście zły na Iris, ona w końcu zrobiła, co mogła. Byłem ogólnie zdenerwowany na to, że i tak się nie udało.
- Trudno, zatem udamy się na poszukiwania razem. Poczekaj tu na mnie- wydałem polecenie klaczy, po czym zawróciłem do La Vidy. Wyjaśniłem pokrótce, co takiego miało miejsce. Dodałem też, że nie wiem, kiedy wrócę. Pożegnałem się z moją partnerką i dziećmi, po czym wróciłem do Iris. Od razu udaliśmy się na poszukiwania. Już po kilku chwilach coś przykuło moją uwagę. Duże coś, leżące na ziemi. Wytężyłem wzrok i zauważyłem, że to koń. Puściłem się galopem w tamtą stronę, a zdezorientowana Iris po chwili także przyspieszyła. Dobiegłem do konia jako pierwszy. Na szczęście okazało się, że nie stracił przytomności. Doszedłem do wniosku, że po prostu padł z wycieńczenia. Postanowiłem, że musimy jak najszybciej mu pomóc.
- Iris! Biegnij po wodę!- zawołałem. Nie było to trudne zadanie. Klan jak zwykle zatrzymał się w pobliżu małej oazy, więc klacz musiała tylko pobiec tam, zabrać ciecz i wrócić. Iris natychmiast udała się z powrotem w stronę klanu.
- Jak masz na imię?- zwróciłem się w tym czasie do ledwo dychającej klaczy. Musiałem przypilnować, aby nie straciła kontaktu z rzeczywistością.
- Jestem Marabell. A ty?- odpowiedziała po chwili.
- Nazywam się Shere Khan. Jestem władcą Klanu Mroźnej Duszy. Słyszałaś może o nim?- spytałem, aby podtrzymać jakoś rozmowę. W odpowiedzi klacz pokręciła przecząco głową.
- Ja... wydaje mi się, że przybyłam z bardzo daleka. Nie kojarzę tej nazwy- odparła. Widać było, że z trudem może się skupić. Musiała czym prędzej dostać wody, może jedzenia i wypocząć. Na szczęście w tym samym czasie pojawiła się już Iris. Przyniosła ze sobą pojemnik wypełniony piciem. Natychmiast daliśmy je Marabell
<Marabell?>
- Praktycznie przez cały czas było spokojnie, ale kiedy wracałam, zauważyłam z daleka jakiegoś konia- powiedziała Iris.
- Jakiego? Kto to był?- spytałem od razu.
- Tu właśnie zaczyna się problem. Natychmiast udałam się w tamtą stronę, ale koń jakby zapadł się pod ziemię. Nie udało mi się ponownie złapać tropu- wyjaśniła klacz. Westchnąłem z lekką irytacją. Nie byłem oczywiście zły na Iris, ona w końcu zrobiła, co mogła. Byłem ogólnie zdenerwowany na to, że i tak się nie udało.
- Trudno, zatem udamy się na poszukiwania razem. Poczekaj tu na mnie- wydałem polecenie klaczy, po czym zawróciłem do La Vidy. Wyjaśniłem pokrótce, co takiego miało miejsce. Dodałem też, że nie wiem, kiedy wrócę. Pożegnałem się z moją partnerką i dziećmi, po czym wróciłem do Iris. Od razu udaliśmy się na poszukiwania. Już po kilku chwilach coś przykuło moją uwagę. Duże coś, leżące na ziemi. Wytężyłem wzrok i zauważyłem, że to koń. Puściłem się galopem w tamtą stronę, a zdezorientowana Iris po chwili także przyspieszyła. Dobiegłem do konia jako pierwszy. Na szczęście okazało się, że nie stracił przytomności. Doszedłem do wniosku, że po prostu padł z wycieńczenia. Postanowiłem, że musimy jak najszybciej mu pomóc.
- Iris! Biegnij po wodę!- zawołałem. Nie było to trudne zadanie. Klan jak zwykle zatrzymał się w pobliżu małej oazy, więc klacz musiała tylko pobiec tam, zabrać ciecz i wrócić. Iris natychmiast udała się z powrotem w stronę klanu.
- Jak masz na imię?- zwróciłem się w tym czasie do ledwo dychającej klaczy. Musiałem przypilnować, aby nie straciła kontaktu z rzeczywistością.
- Jestem Marabell. A ty?- odpowiedziała po chwili.
- Nazywam się Shere Khan. Jestem władcą Klanu Mroźnej Duszy. Słyszałaś może o nim?- spytałem, aby podtrzymać jakoś rozmowę. W odpowiedzi klacz pokręciła przecząco głową.
- Ja... wydaje mi się, że przybyłam z bardzo daleka. Nie kojarzę tej nazwy- odparła. Widać było, że z trudem może się skupić. Musiała czym prędzej dostać wody, może jedzenia i wypocząć. Na szczęście w tym samym czasie pojawiła się już Iris. Przyniosła ze sobą pojemnik wypełniony piciem. Natychmiast daliśmy je Marabell
<Marabell?>
31.08.2017
Od Shere Khana do La Vidy (S) - "Pierwsze godziny"
Skoro La Vida była w ciąży, oczywistym też było, że nadejdzie czas porodu. Mimo tej wiedzy, kiedy wszystko się zaczęło, czułem się zupełnie nieprzygotowany. Nawet nie wyobrażam sobie, co z kolei musiała czuć La Vida. Najgorsze było to, że sam mogłem jedynie stać obok i czekać, aż na świat przyjdzie nasza pociecha lub, jak się potem okazało, nasze pociechy. Zarówno La Vida, jak i medyczka Vika, stanęły na wysokości zadania i po około dwóch godzinach na świat przyszły dwie kare klaczki. Druga z nich, która urodziła się kilka minut po siostrze, było trochę słabsza, ale obie były zdrowe. Położyłem się obok mojej partnerki i przytuliłem ją, chcąc dać jej w ten sposób do zrozumienia, jak bardzo jestem z niej dumny. Potem oboje spojrzeliśmy w kierunku naszych dzieci. Widać było, że dla La Vidy było to trochę większe wyzwanie. Starsza z sióstr już próbowała wstać. Po chwili udało się jej to i stanęła na chwiejących się nogach. Jednak kiedy tylko zrobiła krok do przodu, przewróciła się, na co oboje z La Vidą zaśmialiśmy się cicho. Przez chwilę jeszcze wraz z moją partnerką przyglądaliśmy się, jak nasze dzieci próbują wstać. Gdy już im się to udało, tego samego wyzwania podjęła się La Vida. Jak tylko stanęła, źrebaki ruszyły w mini- wyścig, widać musiały być bardzo głodne. Po nakarmieniu nabrały ochoty na zabawę. Nieudolnie goniły się wokół nas, co chwila potykając się o własne nogi. Na moim pysku zawitał szeroki i szczery uśmiech zadowolenia, a gdy odwróciłem się w stronę klaczy, zauważyłem, że tak samo jak ja, promienieje szczęściem.
- Będziesz dla nich najlepszą matką, jaka tylko może istnieć- powiedziałem do La Vidy.
- A ty będziesz dla nich najlepszym ojcem, jaki tylko może istnieć- odparła, przytulając się do mnie. Nie znajdywałem słów, które mogłyby pokazać, jak bardzo się cieszę, że zostałem ojcem dwóch cudownych, małych klaczek. Jednego byłem pewien: mam wspaniałą rodzinę i z całych sił postaram się być lepszym partnerem i tatą, niż mój własny ojciec. Choć nie był taki zły, po prostu nie potrafił okazywać uczuć. Dzięki temu przynajmniej wiem, jak ważne jest pokazywanie komuś, że się go kocha. Mimo to w zakamarkach mojej głowy czaiła się pewna psująca tę sielską idyllę myśl. Mimo wszystko liczyłem, że na świat przyjdzie młody ogierek, którego uczyniłbym swoim następcą. Szybko jednak odgoniłem tę myśl. Nie ma nic gorszego, niż posiadać tak ogromne szczęście, jakie mnie spotkało i jeszcze narzekać.
- O czym myślisz?- z rozmyślań wyrwał mnie głos mojej ukochanej.
- O tym, jak bardzo jestem szczęśliwy- odpowiedziałem.
- Zaryzykuję z wnioskiem, że wszyscy jesteśmy teraz bardzo szczęśliwi- odparła La Vida, ponownie się do mnie tuląc. Po chwili zauważyłem, że na horyzoncie pojawił się Monte i nieśmiało podszedł do naszych dzieci. Obie klaczki natychmiast skierowały się z powrotem w naszą stronę, jednak po chwili ciekawość zwyciężyła u jednej z nich i zatrzymała się, odwracając do ogiera.
- No tak, zapewne całe stado marzy, aby poznać nasze dzieci- powiedziałem z nutką lekkiego sarkazmu w głosie.
- Może lepiej to odłożyć na za kilka dni? Dzieci powinny się przyzwyczaić i odpocząć- odparła z wahaniem La Vida.
- Też tak uważam- powiedziałem, podchodząc do Monte i Chiyoko, która chyba właśnie znalazła sobie nowego kompana do zabawy.
- Nie chciałbym wam przerywać w bawieniu się, ale moja córka chyba powinna troszkę odpocząć- powiedziałem, patrząc wymownie na Monte. Od razu załapał, o co mi chodzi. Jednak zamiast czym prędzej się zmyć, zaczął się tłumaczyć.
- Ja tylko chciałem poznać...
- To miło, ale naprawdę, moja rodzina potrzebuje teraz odpoczynku- przerwałem mu, licząc, że tym razem załapie aluzję. Jednocześnie starałem się go zbytnio nie urazić. Na szczęście zrozumiał wreszcie, czego od niego oczekuję. Pożegnał się szybko i oddalił.
<La Vida?>
- Będziesz dla nich najlepszą matką, jaka tylko może istnieć- powiedziałem do La Vidy.
- A ty będziesz dla nich najlepszym ojcem, jaki tylko może istnieć- odparła, przytulając się do mnie. Nie znajdywałem słów, które mogłyby pokazać, jak bardzo się cieszę, że zostałem ojcem dwóch cudownych, małych klaczek. Jednego byłem pewien: mam wspaniałą rodzinę i z całych sił postaram się być lepszym partnerem i tatą, niż mój własny ojciec. Choć nie był taki zły, po prostu nie potrafił okazywać uczuć. Dzięki temu przynajmniej wiem, jak ważne jest pokazywanie komuś, że się go kocha. Mimo to w zakamarkach mojej głowy czaiła się pewna psująca tę sielską idyllę myśl. Mimo wszystko liczyłem, że na świat przyjdzie młody ogierek, którego uczyniłbym swoim następcą. Szybko jednak odgoniłem tę myśl. Nie ma nic gorszego, niż posiadać tak ogromne szczęście, jakie mnie spotkało i jeszcze narzekać.
- O czym myślisz?- z rozmyślań wyrwał mnie głos mojej ukochanej.
- O tym, jak bardzo jestem szczęśliwy- odpowiedziałem.
- Zaryzykuję z wnioskiem, że wszyscy jesteśmy teraz bardzo szczęśliwi- odparła La Vida, ponownie się do mnie tuląc. Po chwili zauważyłem, że na horyzoncie pojawił się Monte i nieśmiało podszedł do naszych dzieci. Obie klaczki natychmiast skierowały się z powrotem w naszą stronę, jednak po chwili ciekawość zwyciężyła u jednej z nich i zatrzymała się, odwracając do ogiera.
- No tak, zapewne całe stado marzy, aby poznać nasze dzieci- powiedziałem z nutką lekkiego sarkazmu w głosie.
- Może lepiej to odłożyć na za kilka dni? Dzieci powinny się przyzwyczaić i odpocząć- odparła z wahaniem La Vida.
- Też tak uważam- powiedziałem, podchodząc do Monte i Chiyoko, która chyba właśnie znalazła sobie nowego kompana do zabawy.
- Nie chciałbym wam przerywać w bawieniu się, ale moja córka chyba powinna troszkę odpocząć- powiedziałem, patrząc wymownie na Monte. Od razu załapał, o co mi chodzi. Jednak zamiast czym prędzej się zmyć, zaczął się tłumaczyć.
- Ja tylko chciałem poznać...
- To miło, ale naprawdę, moja rodzina potrzebuje teraz odpoczynku- przerwałem mu, licząc, że tym razem załapie aluzję. Jednocześnie starałem się go zbytnio nie urazić. Na szczęście zrozumiał wreszcie, czego od niego oczekuję. Pożegnał się szybko i oddalił.
<La Vida?>
29.08.2017
Od Shere Khana do La Vidy (S) - "Niespodziewane wieści"
Shere...- zaczęła La Vida. Piłem właśnie wodę, więc podniosłem głowę, aby wysłuchać, co ma mi do powiedzenia.
- Jestem w ciąży- wypaliła. Pierwsze, co poczułem, słysząc te słowa, to szok i lekkie niedowierzanie, ale po krótkiej chwili także radość. W końcu liczyłem się z tym, że kiedyś prawdopodobnie będziemy mieć źrebaki, nie sądziłem jednak, że stanie się to tak szybko. Liczyłem, że zdążymy jeszcze nacieszyć się swoją miłością tylko we dwoje, a tu proszę! Los spłatał nam niezłego figla.
- To...- zastanowiłem się, szukając odpowiedniego słowa.- ...wspaniałe.
- Naprawdę? Cieszysz się?- zapytała La Vida z doskonale wyczuwalną ulgą w głosie.
- Oczywiście! Jakżeby inaczej! Zostaniemy rodzicami! To cudowne! Już nie mogę się doczekać, aż na świat przyjdzie nasz ukochany źrebaczek- odparłem.
- Albo źrebaczki- dodała La Vida, uśmiechając się promiennie.
- Ale wiesz, że to duża odpowiedzialność... i w ogóle- zaczęła klacz.
- Kochanie, nie rozmawiasz z szukającym przygód, dwuletnim młodzikiem, tylko z dojrzałym ogierem. Czy naprawdę aż tak we mnie nie wierzysz?- zażartowałem.
- Przestań, przecież wiesz, że to nie tak!- zaśmiała się La Vida.
- Nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że zostaniemy rodzicami. Jednocześnie nadal nie mogę w to uwierzyć- powiedziałem.
- To tak jak ja.
- Masz może ochotę się przejść? Skoro jesteś w ciąży, to powinnaś o siebie dbać, dużo odpoczywać i relaksować się. Ja zaś będę cię pilnował i nie odstępował na krok- powiedziałem.
- O nie, teraz to już naprawdę nie dasz mi spokoju. Ale z chęcią się przejdę- odpowiedziała klacz. Ruszyliśmy więc na początek drogą wokół jeziora. Pogoda była idealna, świeciło słońce i wiał lekki wietrzyk.
- Zdajesz sobie sprawę, że musimy jeszcze przekazać to całemu klanowi?- przerwałem panującą między mną, a La Vidą, ciszę.
- Wiem, ale może jeszcze trochę z tym poczekajmy. Nacieszmy się na razie naszym szczęściem we dwoje. Co ty na to?
- Niech będzie, ty tu rządzisz, moja kochana- odparłem, uśmiechając się promiennie.
- To może wybierzemy jakieś przykładowe imiona?- zasugerowałem.
<La Vida?>
- Jestem w ciąży- wypaliła. Pierwsze, co poczułem, słysząc te słowa, to szok i lekkie niedowierzanie, ale po krótkiej chwili także radość. W końcu liczyłem się z tym, że kiedyś prawdopodobnie będziemy mieć źrebaki, nie sądziłem jednak, że stanie się to tak szybko. Liczyłem, że zdążymy jeszcze nacieszyć się swoją miłością tylko we dwoje, a tu proszę! Los spłatał nam niezłego figla.
- To...- zastanowiłem się, szukając odpowiedniego słowa.- ...wspaniałe.
- Naprawdę? Cieszysz się?- zapytała La Vida z doskonale wyczuwalną ulgą w głosie.
- Oczywiście! Jakżeby inaczej! Zostaniemy rodzicami! To cudowne! Już nie mogę się doczekać, aż na świat przyjdzie nasz ukochany źrebaczek- odparłem.
- Albo źrebaczki- dodała La Vida, uśmiechając się promiennie.
- Ale wiesz, że to duża odpowiedzialność... i w ogóle- zaczęła klacz.
- Kochanie, nie rozmawiasz z szukającym przygód, dwuletnim młodzikiem, tylko z dojrzałym ogierem. Czy naprawdę aż tak we mnie nie wierzysz?- zażartowałem.
- Przestań, przecież wiesz, że to nie tak!- zaśmiała się La Vida.
- Nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że zostaniemy rodzicami. Jednocześnie nadal nie mogę w to uwierzyć- powiedziałem.
- To tak jak ja.
- Masz może ochotę się przejść? Skoro jesteś w ciąży, to powinnaś o siebie dbać, dużo odpoczywać i relaksować się. Ja zaś będę cię pilnował i nie odstępował na krok- powiedziałem.
- O nie, teraz to już naprawdę nie dasz mi spokoju. Ale z chęcią się przejdę- odpowiedziała klacz. Ruszyliśmy więc na początek drogą wokół jeziora. Pogoda była idealna, świeciło słońce i wiał lekki wietrzyk.
- Zdajesz sobie sprawę, że musimy jeszcze przekazać to całemu klanowi?- przerwałem panującą między mną, a La Vidą, ciszę.
- Wiem, ale może jeszcze trochę z tym poczekajmy. Nacieszmy się na razie naszym szczęściem we dwoje. Co ty na to?
- Niech będzie, ty tu rządzisz, moja kochana- odparłem, uśmiechając się promiennie.
- To może wybierzemy jakieś przykładowe imiona?- zasugerowałem.
<La Vida?>
22.08.2017
Od Shere Khana do La Vidy (S) - "Złe samopoczucie"
Rozmawialiśmy, idąc jednocześnie na przedzie klanu. Musiałem jednak co jakiś czas sprawdzać, czy nie zbaczamy z kursu. Gdy zaczęło zmierzchać, La Vida wypatrzyła idealne miejsce na postój. Udało jej się znaleźć małe źródełko otoczone kilkoma drzewami, które mogły nas chronić przed zimnem. Oczywiście wszyscy rzucili się od razu prosto w stronę wody. Razem z moją partnerką postanowiliśmy poczekać, aż wszyscy się napiją. Dopiero potem podeszliśmy i schłodziliśmy usta przyjemnie chłodną cieczą. Potem oddaliliśmy się nieco, aby zjeść kolację składającą się z nie najlepiej smakujących, sucholubnych roślin. Następnie udaliśmy się na spacer.
- Kiedy wyruszamy znów w drogę?- zapytała La Vida.
- Jutro popołudniu- odparłem. Klacz chciała coś powiedzieć, ale nagle przystanęła. Ja także stanąłem i popatrzyłem na nią z niepokojem. Jej spojrzenie stało się na chwilę mętne, jednak po chwili znów odzyskało blask.
- Coś się stało?- zapytałem z niepokojem.
- Nie, tylko słabo się przez chwilę poczułem. Ale już mi przeszło- odpowiedziała klacz.
- Więc może już wrócimy?- zasugerowałem.
- Tak, to chyba dobry pomysł. Nie będziesz zły?
- Jak mógłbym się złościć? Za co? To nie twoja wina, że źle się poczułaś- odparłem. Zawróciliśmy w drogę powrotną do klanu.
- Mam nadzieję, że jutro poczuję się już lepiej- powiedziała La Vida.
- Może skorzystasz z pomocy medyka?- zasugerowałem.
- Daj spokój, tak źle jeszcze ze mną nie jest- roześmiała się w odpowiedzi. Uśmiechnąłem się, ale nie dałem za wygraną.
- Ale lepiej się upewnić.
- Jesteś kochany, ale trochę nadopiekuńczy. Jeśli będę źle się czuła, gwarantuję ci, że dowiesz się o tym pierwszy. A zaraz potem popędzę do medyka- odparła La Vida. Widząc, że nie jestem w stanie jej przekonać, dałem za wygraną. Wróciliśmy do klanu. Klacz stwierdziła, że jest zmęczona, więc poszła od razu spać. Ja postanowiłem przespacerować się jeszcze wśród członków, a potem także udać się na spoczynek.
<La Vida?>
- Kiedy wyruszamy znów w drogę?- zapytała La Vida.
- Jutro popołudniu- odparłem. Klacz chciała coś powiedzieć, ale nagle przystanęła. Ja także stanąłem i popatrzyłem na nią z niepokojem. Jej spojrzenie stało się na chwilę mętne, jednak po chwili znów odzyskało blask.
- Coś się stało?- zapytałem z niepokojem.
- Nie, tylko słabo się przez chwilę poczułem. Ale już mi przeszło- odpowiedziała klacz.
- Więc może już wrócimy?- zasugerowałem.
- Tak, to chyba dobry pomysł. Nie będziesz zły?
- Jak mógłbym się złościć? Za co? To nie twoja wina, że źle się poczułaś- odparłem. Zawróciliśmy w drogę powrotną do klanu.
- Mam nadzieję, że jutro poczuję się już lepiej- powiedziała La Vida.
- Może skorzystasz z pomocy medyka?- zasugerowałem.
- Daj spokój, tak źle jeszcze ze mną nie jest- roześmiała się w odpowiedzi. Uśmiechnąłem się, ale nie dałem za wygraną.
- Ale lepiej się upewnić.
- Jesteś kochany, ale trochę nadopiekuńczy. Jeśli będę źle się czuła, gwarantuję ci, że dowiesz się o tym pierwszy. A zaraz potem popędzę do medyka- odparła La Vida. Widząc, że nie jestem w stanie jej przekonać, dałem za wygraną. Wróciliśmy do klanu. Klacz stwierdziła, że jest zmęczona, więc poszła od razu spać. Ja postanowiłem przespacerować się jeszcze wśród członków, a potem także udać się na spoczynek.
<La Vida?>
30.07.2017
Od Shere Khana do Wizji (S) - "Bez powrotu"
- Czy niegroźna, tego nie możemy być w 100% pewni. Bo po co mieliby kopać na pustyni? - powiedziałem.
- Tego to już się chyba nie dowiemy - odparła Wizja.
- Masz rację, ale musimy w takim razie zastosować wszelkie środki ostrożności. Trzeba mieć na nich oko. Jutro rano, zanim słońce przejdzie w swój morderczy tryb, wyślę tutaj ciebie albo Iris, żebyście sprawdziły, jak się sprawy mają. Przekonałem się już, że poradzisz sobie na zwiadzie. Na razie wracajmy do klanu - powiedziałem. Ruszyliśmy w drogę powrotną.
- Widzisz, źle zrobiłeś, wątpiąc w moje umiejętności - odezwała się Wizja.
- Teraz już to wiem - odparłem. Po powrocie do klanu pożegnaliśmy się i każde z nas rozeszło się w swoją stronę. Dzień był nadzwyczaj spokojny i cichy, dlatego też mogłem spędzić go do końca w towarzystwie mojej nowej partnerki. La Vida i ja świetnie się ze sobą bawiliśmy aż do wieczora, a potem poszliśmy spać.
- Tego to już się chyba nie dowiemy - odparła Wizja.
- Masz rację, ale musimy w takim razie zastosować wszelkie środki ostrożności. Trzeba mieć na nich oko. Jutro rano, zanim słońce przejdzie w swój morderczy tryb, wyślę tutaj ciebie albo Iris, żebyście sprawdziły, jak się sprawy mają. Przekonałem się już, że poradzisz sobie na zwiadzie. Na razie wracajmy do klanu - powiedziałem. Ruszyliśmy w drogę powrotną.
- Widzisz, źle zrobiłeś, wątpiąc w moje umiejętności - odezwała się Wizja.
- Teraz już to wiem - odparłem. Po powrocie do klanu pożegnaliśmy się i każde z nas rozeszło się w swoją stronę. Dzień był nadzwyczaj spokojny i cichy, dlatego też mogłem spędzić go do końca w towarzystwie mojej nowej partnerki. La Vida i ja świetnie się ze sobą bawiliśmy aż do wieczora, a potem poszliśmy spać.
~~Rano~~
Po śniadaniu musiałem przeprosić moją partnerkę i zająć się sprawami klanu. Znalazłem Wizję.
- Witaj, Wizjo. Wiec jak, pójdziesz dziś na ten zwiad? - zapytałem.
- Oczywiście. Sprawdzę, jak się sprawy mają i jak najszybciej wrócę, aby zdać ci raport - odparła klacz, po czym pognała przed siebie drogą, którą wczoraj wróciliśmy. Ja w tym czasie urządziłem sobie mały spacer po klanie z La Vidą. Wizja jeszcze nie wróciła, więc kontynuowaliśmy przechadzkę i oddaliliśmy się nieco od klanu. W czasie spaceru straciliśmy rachubę czasu. O tym, że powinniśmy wracać, przypomniał nam nieznośny upał. Zaczynała się najgorsza część dnia, więc czym prędzej wróciliśmy do klanu. Nie było nas kilka godzin, więc liczyłem, że Wizja już jest i zaraz wszystko mi opowie. Jednak ku mojej rozpaczy, nikt jej nie widział. Nasuwało to wniosek, że jeszcze nie wróciła. Zacząłem się denerwować. Bo niby dlaczego miałoby nie być jej tak długo? Ponadto nie mogłem wysłać nikogo, aby jej poszukał, bo w czasie takiego upału paradowanie na pełnym słońcu oznaczałoby pewną śmierć. Pozostało mi tylko mieć nadzieję, że Wizji nic się nie stało i że znalazła kryjówkę na czas południowych i popołudniowych upałów.
<Wizja?>
27.07.2017
Od Shere Khana do Wizji (S)- "Na zwiadzie"
Znaleźliśmy idealne miejsce na odpoczynek, więc zarządziłem postój. Podczas gdy wszyscy zajęli się jedzeniem i piciem, ja postanowiłem zająć się sprawdzeniem okolicy. Ku mojej ogromnej rozpaczy, ostatnio z klanu zdecydował się odejść Amigo, więc stanowisko zwiadowcy pełniła tylko Iris. Na szczęście ostatnio dołączyła do nas Wizja, która także została zwiadowczynią. Mimo to nie znałem jej możliwości, ponadto kilka dni temu otarła się o śmierć. Jednak jak na złość, Iris zapadła się pod ziemię, więc postanowiłem samemu towarzyszyć Wizji. Poszukałem jej więc.
- Dasz radę pełnić swoją funkcję?- zapytałem z troską.
- Pewnie- odparła klacz.
- Jako, że nie znam twoich możliwości razem zbadamy okolicę- powiedziałem, na co Wizja skinęła głową. Ruszyliśmy przed siebie. Byliśmy na obrzeżach pustyni, więc czekała nas przebieżka w pełnym słońcu. Wokół praktycznie nie było roślin, tylko piasek i... piasek.
- Jest naprawdę gorąco, wiem o tym. Ale musimy sprawdzić teren jak najszybciej, żeby przed południem wrócić do klanu. Jak zauważyłaś, miejsce, w którym się zatrzymaliśmy, jest o wiele przyjemniejsze od pustyni. Jest kilka drzew i źródło. A my nie możemy spędzać najgorętszej części dnia na słońcu, więc musimy na czas tam wrócić- powiedziałem do klaczy, która szła trochę za mną.
- Bo znajduje się tam woda i cień. Zrozumiano!- odparła Wizja, zrównując się ze mną. Okolica wyglądała na opustoszałą i jak najbardziej bezpieczną. Doszliśmy do kolejnego miejsce, gdzie pustynia zmieniała się w step.
- Słyszysz to?- zapytała Wizja. Wytężyłem słuch i po chwili do moich uszu dotarły jednoznaczne dźwięki. Nie rozumiałem, co one znaczą, ale wiedziałem, do kogo należą.
- To ludzie. Musimy być jak najciszej. Niewidoczni i nie do usłyszenia. Zakradniemy się jak najbliżej, żeby dowiedzieć się, co tu robią- powiedziałem do Wizji, a ta ze zrozumieniem pokiwała głową. Oczywiście w miejscu takim jak step bycie niewidocznym było naprawdę trudne. Na szczęście w pobliżu znajdowało się stado dzikich osłów.
- Zmiana planów. Wypytajmy się ich, czy coś wiedzą- powiedziałem do klaczy i ruszyliśmy w stronę zwierząt. Te jednak były bardzo nieufne i praktycznie nie dało się z nimi nawiązać kontaktu.
- Wiecie, po co są tu ludzie?- zapytałem mimo to. Przez długą chwilę wszyscy nas ignorowali i zacząłem już tracić nadzieję, że uzyskam odpowiedź.
- Coś badają- odparł w końcu jeden z osłów.
- Co takiego?- zapytała Wizja, jednak nie uzyskaliśmy już żadnej odpowiedzi.
- Chyba musimy się podkraść, wykorzystując to stado jako zasłonę- powiedziałem, choć nie był to najlepszy plan. Oboje byliśmy dużo wyżsi i doskonale widoczni wśród całej tej zgrai osłów.
<Wizja?>
- Dasz radę pełnić swoją funkcję?- zapytałem z troską.
- Pewnie- odparła klacz.
- Jako, że nie znam twoich możliwości razem zbadamy okolicę- powiedziałem, na co Wizja skinęła głową. Ruszyliśmy przed siebie. Byliśmy na obrzeżach pustyni, więc czekała nas przebieżka w pełnym słońcu. Wokół praktycznie nie było roślin, tylko piasek i... piasek.
- Jest naprawdę gorąco, wiem o tym. Ale musimy sprawdzić teren jak najszybciej, żeby przed południem wrócić do klanu. Jak zauważyłaś, miejsce, w którym się zatrzymaliśmy, jest o wiele przyjemniejsze od pustyni. Jest kilka drzew i źródło. A my nie możemy spędzać najgorętszej części dnia na słońcu, więc musimy na czas tam wrócić- powiedziałem do klaczy, która szła trochę za mną.
- Bo znajduje się tam woda i cień. Zrozumiano!- odparła Wizja, zrównując się ze mną. Okolica wyglądała na opustoszałą i jak najbardziej bezpieczną. Doszliśmy do kolejnego miejsce, gdzie pustynia zmieniała się w step.
- Słyszysz to?- zapytała Wizja. Wytężyłem słuch i po chwili do moich uszu dotarły jednoznaczne dźwięki. Nie rozumiałem, co one znaczą, ale wiedziałem, do kogo należą.
- To ludzie. Musimy być jak najciszej. Niewidoczni i nie do usłyszenia. Zakradniemy się jak najbliżej, żeby dowiedzieć się, co tu robią- powiedziałem do Wizji, a ta ze zrozumieniem pokiwała głową. Oczywiście w miejscu takim jak step bycie niewidocznym było naprawdę trudne. Na szczęście w pobliżu znajdowało się stado dzikich osłów.
- Zmiana planów. Wypytajmy się ich, czy coś wiedzą- powiedziałem do klaczy i ruszyliśmy w stronę zwierząt. Te jednak były bardzo nieufne i praktycznie nie dało się z nimi nawiązać kontaktu.
- Wiecie, po co są tu ludzie?- zapytałem mimo to. Przez długą chwilę wszyscy nas ignorowali i zacząłem już tracić nadzieję, że uzyskam odpowiedź.
- Coś badają- odparł w końcu jeden z osłów.
- Co takiego?- zapytała Wizja, jednak nie uzyskaliśmy już żadnej odpowiedzi.
- Chyba musimy się podkraść, wykorzystując to stado jako zasłonę- powiedziałem, choć nie był to najlepszy plan. Oboje byliśmy dużo wyżsi i doskonale widoczni wśród całej tej zgrai osłów.
<Wizja?>
24.07.2017
Od Shere Khana do Wizji (S)- "Dołączenie"
Nie chciałem poruszać być może bolesnych dla klacze tematów, ale musiałem się o niej czegoś dowiedzieć, zanim opowiedziałbym jej o naszym klanie.
- Nie, już wystarczy. Co z kolei ty chciałabyś wiedzieć o Klanie Mroźnej Duszy?- powiedziałem.
- Na początek, nie wiem, kto jest jego przywódcą? Czy są teraz gdzieś blisko? Czy... możliwe jest dołączenie do nich? Co w takim przypadku trzeba zrobić?- Wizja zasypała mnie pytaniami.
- Czyli mówić krócej, chcesz wiedzieć wszystko?
- Tak.
- Przywódcą jestem ja. Tak, klan jest dość niedaleko. Jeśli chcesz, możesz do nas dołączyć. Musisz jednak wybrać jakieś stanowisko.
- O tak, jeśli mogę, chciałabym zostać członkinią klanu. A jakie są stanowiska?- spytała klacz. Wymieniłem jej kilka z nich. Wizja zdecydowała, że zostanie zwiadowcą. Zacząłem ją więc prowadzić w stronę klanu. Na początku panowała cisza, która aż tak bardzo mi nie przeszkadzała. Jednak jako przywódca klanu, do którego klacz dopiero co zdecydowała się dołączyć, czułem się zobowiązany do wznowienia rozmowy.
- Więc wędrujesz już cztery lata? Na pewno byłaś w wielu ciekawych miejscach- powiedziałem.
- Jedne były ciekawsze, inne nudniejsze, a jeszcze inne niebezpieczne. Różnie bywało. Klan na pewno także widział wiele takich miejsc, bo pewnie ciągle wędrujecie?
- Tak, w gruncie rzeczy tak właśnie wygląda życie w naszym klanie. Zatrzymujemy się na jakiś czas w miejscu, odpoczywamy i potem ruszamy dalej.
- A w okolicy są jakieś inne klany?- to pytanie sprawiło, że stałem się nieco czujniejszy. Gdy tylko klacz je zadała, zastanowiłem się, na ile to możliwe, że mogłaby być szpiegiem z Klanu Ognistej Grzywy.
- Jakiś czas temu zawarliśmy pokój z klanem, którego tereny sąsiadują z naszym- odparłem po chwili namysłu.
- A mogę wiedzieć, jak się nazywa?
- Klan Ognistej Grzywy. Słyszałaś coś o nim?- zapytałem, na co klacz pokręciła głową.
- Nic, tak samo jak wcześniej o Klanie Mroźnej Duszy- powiedziała.
- Nieco mroźną macie nazwę- dodała, uśmiechając się. Ja także z grzeczności to zrobiłem.
- Daleko jeszcze?- zapytała Wizja.
- Jeszcze trochę. A co, jesteś zmęczona? Rany cię bolą? Możesz dalej iść?- przejąłem się samopoczuciem klaczy, w końcu teraz należała do mojego klanu. A ja o swoich poddanych staram się dbać, jak tylko mogę najlepiej.
<Wizja?>
- Nie, już wystarczy. Co z kolei ty chciałabyś wiedzieć o Klanie Mroźnej Duszy?- powiedziałem.
- Na początek, nie wiem, kto jest jego przywódcą? Czy są teraz gdzieś blisko? Czy... możliwe jest dołączenie do nich? Co w takim przypadku trzeba zrobić?- Wizja zasypała mnie pytaniami.
- Czyli mówić krócej, chcesz wiedzieć wszystko?
- Tak.
- Przywódcą jestem ja. Tak, klan jest dość niedaleko. Jeśli chcesz, możesz do nas dołączyć. Musisz jednak wybrać jakieś stanowisko.
- O tak, jeśli mogę, chciałabym zostać członkinią klanu. A jakie są stanowiska?- spytała klacz. Wymieniłem jej kilka z nich. Wizja zdecydowała, że zostanie zwiadowcą. Zacząłem ją więc prowadzić w stronę klanu. Na początku panowała cisza, która aż tak bardzo mi nie przeszkadzała. Jednak jako przywódca klanu, do którego klacz dopiero co zdecydowała się dołączyć, czułem się zobowiązany do wznowienia rozmowy.
- Więc wędrujesz już cztery lata? Na pewno byłaś w wielu ciekawych miejscach- powiedziałem.
- Jedne były ciekawsze, inne nudniejsze, a jeszcze inne niebezpieczne. Różnie bywało. Klan na pewno także widział wiele takich miejsc, bo pewnie ciągle wędrujecie?
- Tak, w gruncie rzeczy tak właśnie wygląda życie w naszym klanie. Zatrzymujemy się na jakiś czas w miejscu, odpoczywamy i potem ruszamy dalej.
- A w okolicy są jakieś inne klany?- to pytanie sprawiło, że stałem się nieco czujniejszy. Gdy tylko klacz je zadała, zastanowiłem się, na ile to możliwe, że mogłaby być szpiegiem z Klanu Ognistej Grzywy.
- Jakiś czas temu zawarliśmy pokój z klanem, którego tereny sąsiadują z naszym- odparłem po chwili namysłu.
- A mogę wiedzieć, jak się nazywa?
- Klan Ognistej Grzywy. Słyszałaś coś o nim?- zapytałem, na co klacz pokręciła głową.
- Nic, tak samo jak wcześniej o Klanie Mroźnej Duszy- powiedziała.
- Nieco mroźną macie nazwę- dodała, uśmiechając się. Ja także z grzeczności to zrobiłem.
- Daleko jeszcze?- zapytała Wizja.
- Jeszcze trochę. A co, jesteś zmęczona? Rany cię bolą? Możesz dalej iść?- przejąłem się samopoczuciem klaczy, w końcu teraz należała do mojego klanu. A ja o swoich poddanych staram się dbać, jak tylko mogę najlepiej.
<Wizja?>
18.07.2017
Od Shere Khana do Nadiry (S) - "Przewodniczka"
Po dogłębnych przemyśleniach uznałem, że wyruszymy wieczorem. Tak też zrobiliśmy. Szedłem przodem, a obok mnie La Vida. Klan otrząsnął się już po śmierci Nicoleta i było jak zwykle. Niektórzy rozmawiali, inni milczeli. Ja i moja partnerka także prowadziliśmy rozmowę. Wieczór był najlepszą porą na podróżowanie po pustyni, temperatura była wtedy idealne. Jednak trzeba było mieć się na baczności, gdyż na noc temperatura spada w zastraszająco szybkim tempie. Kiedy zaczęło się już robić naprawdę zimno, zarządziłem postój. Na szczęście znaleźliśmy miejsce nadające się do spędzenia tam nocy. Było to o tyle łatwiejsze, że nie szliśmy przez sam środek pustyni tylko jej obrzeżami. W czasie tego postoju nieco oddaliłem się od grupy i ujrzałem Nadirę z pałętającą się pomiędzy jej nogami Peril. Wtedy też przypomniałem sobie, że klacz miała mi pomóc przeprowadzić klan przez pustynię. Zupełnie o tym zapomniałem, Nadira pewnie też, bo mi o tym nie przypomniała. Podszedłem więc do niej.
- Witaj- powiedziałem. Klacz uniosła łeb lekko przestraszona.
- Witaj, Shere. Peril, przywitaj się ładnie- odparła Nadira. Po przywitaniu się przeszedłem od razu do rzeczy.
- Zupełnie zapomniałem o naszej umowie. Nie wiem, czy ty też, czy może zmieniłaś zdanie. Czy nadal chcesz pomóc mi przeprowadzić klan?- zapytałem.
- Oczywiście. Po prostu nie chciałam się narzucać. Nie byłam pewna, czy nadal potrzebujesz mojej pomocy.
- Oczywiście, że chętnie z niej skorzystam. Pod tym względem nic się nie zmieniło- odparłem.
- Zatem bądź gotowa, wyruszamy jutro przed świtem. Wtedy będzie najlepiej- powiedziałem. Klacz pokiwała głową na znak, że rozumie.
- A tak w ogóle, jak się masz? Mam nadzieję, że dobrze ci w klanie po powrocie. Tobie i Peril- dodałem.
- Ależ oczywiście, wszyscy członkowie są jak zwykle mili i pomocni- odpowiedziała Nadira. Minęła chwila ciszy.
- A, właśnie. Nie pogratulowałam ci jeszcze z powodu zawarcia przez ciebie partnerstwa. Gratuluję więc i życzę szczęścia tobie i La Vidzie- powiedziała klacz.
- Dziękuję- odparłem, po czym pożegnałem się i odszedłem.
- Witaj- powiedziałem. Klacz uniosła łeb lekko przestraszona.
- Witaj, Shere. Peril, przywitaj się ładnie- odparła Nadira. Po przywitaniu się przeszedłem od razu do rzeczy.
- Zupełnie zapomniałem o naszej umowie. Nie wiem, czy ty też, czy może zmieniłaś zdanie. Czy nadal chcesz pomóc mi przeprowadzić klan?- zapytałem.
- Oczywiście. Po prostu nie chciałam się narzucać. Nie byłam pewna, czy nadal potrzebujesz mojej pomocy.
- Oczywiście, że chętnie z niej skorzystam. Pod tym względem nic się nie zmieniło- odparłem.
- Zatem bądź gotowa, wyruszamy jutro przed świtem. Wtedy będzie najlepiej- powiedziałem. Klacz pokiwała głową na znak, że rozumie.
- A tak w ogóle, jak się masz? Mam nadzieję, że dobrze ci w klanie po powrocie. Tobie i Peril- dodałem.
- Ależ oczywiście, wszyscy członkowie są jak zwykle mili i pomocni- odpowiedziała Nadira. Minęła chwila ciszy.
- A, właśnie. Nie pogratulowałam ci jeszcze z powodu zawarcia przez ciebie partnerstwa. Gratuluję więc i życzę szczęścia tobie i La Vidzie- powiedziała klacz.
- Dziękuję- odparłem, po czym pożegnałem się i odszedłem.
~~~~~~~~
O wyznaczonej godzinie zjawiły się u mnie Nadira i Peril. Niestety, klacz nie mogła towarzyszyć nam na przodzie klanu, gdyż Peril nie nadążyłaby iść, a nie miała jej z kim zostawić gdzieś dalej. Zajęliśmy się więc jedynie ustaleniem trasy. Potem ja i La Vida mieliśmy poprowadzić klan jak poprzednio, a Nadira miała iść gdzieś w środku formacji, czyli w miejscu przeznaczonym dla klacz z młodymi.
<Nadira?>
14.07.2017
Od Shere Khana do Wizji (S) - ,,Zapoznanie"
Usłyszałem głuchy łomot za sobą, odwróciłem się i ujrzałem leżącą na ziemi Wizję. No tak, krew wręcz tryskała z jej ran, wiec jak mogłem pomyśleć, że dojdzie do klanu o własnych siłach- pomyślałem szybko, zawracając. Na szczęście trochę znam się na robieniu opatrunków, więc jak najszybciej opatrzyłem rany klaczy. Prowizoryczne opatrunki szybko jednak przesiąkły krwią i znów zaczęło się robić nieciekawie. Musiałem je ponownie zmienić. Robiąc to, z ulgą zauważyłem, że krew prawie już przestała lecieć z ran Wizji. Na moje oko straciła tego dużo, ale nie zagrażało to jej życiu. Postanowiłem poczekać, aż się ocknie. W końcu wilki mogły w każdej chwili powrócić. Co więcej, zdawałem sobie sprawę, że nie mogła to być cała wataha. Choć było ich dużo, nadal zbyt mało jak na przeciętne wilcze stado. Co by oznaczało, że mogą wrócić w większej liczbie. Po chwili usłyszałem kilka cichych westchnień i jęków, następnie zobaczyłem jak Wizja otwiera oczy i próbuje wstać. Zanim do niej podszedłem, stała już na własnych nogach. Co prawda lekko się chwiała, ale i tak ją podziwiałem.
- No, no, co za siła i upór- powiedziałem. Klacz spojrzała na mnie, jakby nie wiedziała kim jestem ani nie rozumiała moich słów. Nie zdziwiło mnie to, przecież straciła dużo krwi i zemdlała. Po chwili jednak wszystko stało się dla niej na powrót jasne i zrozumiałe.
- Jeszcze raz dziękuję za pomoc i ratunek. To ty opatrzyłeś mi rany?- odezwała się w końcu.
- Tak- odparłem krótko.
- Więc mówisz, że nazywasz się Wizja. Mogę wiedzieć, skąd pochodzisz?
- Ja... a właściwie czemu cię to interesuje?- zapytała nagle.
- Muszę dokładnie wiedzieć, kto przebywa na terytorium mojego klanu i czy nie stanowi dla niego zagrożenia- odparłem możliwie spokojnym głosem.
- Jakiego klanu?- zdziwiła się Wizja. Westchnąłem lekko z bezsilności. To prawda, skąd ktoś ma wiedzieć, że jest na terytorium jakiegoś stada? Przecież nie jest ono w żaden sposób ogrodzone czy oznakowane, nie da się zaś pilnować wszystkich terenów jednocześnie i mówić o tym każdemu koniowi, który się na nie zapuszcza. Jednak ile razy można odpowiadać na to samo pytanie?
- Klanu Mroźnej Duszy- odparłem.
<Wizja? Mam nadzieję, że może być:)>
- No, no, co za siła i upór- powiedziałem. Klacz spojrzała na mnie, jakby nie wiedziała kim jestem ani nie rozumiała moich słów. Nie zdziwiło mnie to, przecież straciła dużo krwi i zemdlała. Po chwili jednak wszystko stało się dla niej na powrót jasne i zrozumiałe.
- Jeszcze raz dziękuję za pomoc i ratunek. To ty opatrzyłeś mi rany?- odezwała się w końcu.
- Tak- odparłem krótko.
- Więc mówisz, że nazywasz się Wizja. Mogę wiedzieć, skąd pochodzisz?
- Ja... a właściwie czemu cię to interesuje?- zapytała nagle.
- Muszę dokładnie wiedzieć, kto przebywa na terytorium mojego klanu i czy nie stanowi dla niego zagrożenia- odparłem możliwie spokojnym głosem.
- Jakiego klanu?- zdziwiła się Wizja. Westchnąłem lekko z bezsilności. To prawda, skąd ktoś ma wiedzieć, że jest na terytorium jakiegoś stada? Przecież nie jest ono w żaden sposób ogrodzone czy oznakowane, nie da się zaś pilnować wszystkich terenów jednocześnie i mówić o tym każdemu koniowi, który się na nie zapuszcza. Jednak ile razy można odpowiadać na to samo pytanie?
- Klanu Mroźnej Duszy- odparłem.
<Wizja? Mam nadzieję, że może być:)>
14.07.2017
Od Shere Khana do La Vidy (S) - ,,Wyruszamy"
Po pogrzebie Nicoleta jeszcze przez kilka chwil wszyscy stali w pobliżu grobu. Następnie niektóre konie odeszły, inne zaś nadal zostały. W czasie ceremonii pogrzebowej La Vida cały czas, jak przystało na partnerkę władcy, stała u mego boku. Teraz podeszła jeszcze bliżej. Uśmiechnąłem się do niej smutno. Chciałem jednocześnie pokazać, że śmierć Nicoleta była także i dla mnie wielkim ciosem, ale też iż ogólnie wszystko gra. Klacz odpowiedziała mi tym samym. Odwróciliśmy się i powoli przeszliśmy kilka metrów. Przystanęliśmy w pobliżu kępy wysokiej trawy. Przez chwilę staliśmy tak razem w ciszy. Następnie jak większość udaliśmy się do jedynego w okolicy źródła wody. Musieliśmy uzupełnić swoje zapasy przed wyruszeniem na pustynię. Tak jak zaplanowałem, po godzinie od pogrzebu Nicoleta wyruszyliśmy w drogę. Normalnie wędrówce klanu towarzyszą różne hałasy, rozmowy, śmiechy, ale tym razem panowała martwa cisza. Wszyscy byli w żałobie. Ja także, choć w głębi duszy odczuwałem coś na kształt niezadowolenia czy poczucia krzywdy. W końcu klan powinien cieszyć się naszym szczęściem, moim i La Vidy, podczas gdy nawet my nie możemy być teraz szczęśliwi, nieważne jak bardzo byśmy chcieli. Wiem jednak, że nie mam kogo za to winić? Bo co, mam mieć pretensje do Nicoleta, który już nie żyje, że zmarł akurat teraz? To byłoby bez sensu- skupiłem się na swoich myślach. Szedłem jak zawsze na przodzie klanu, a obok mnie moja partnerka. W końcu jednak i mi zaczęła przeszkadzać ta przedłużająca się cisza.
- O czym myślisz?- zagadnąłem więc do La Vidy.
- O niczym konkretnym, a ty?
- Też- odparłem. Na moment znów zapadła cisza.
- Wiesz, wydaje mi się, że mimo żałoby i tak powinniśmy cieszyć się naszym szczęściem- powiedziałem wreszcie.
- Co przez to rozumiesz?
- Cóż, Nicolet odszedł, stało się, nic już tego nie zmieni. Na pewno nie chciałby, żebyśmy się z tego powodu za bardzo smucili- La Vida pokiwała głową, co miało znaczyć, że przyznaje mi rację.
- Gryzie mnie jeszcze jedna rzecz. W końcu on zmarł mniej więcej wtedy, kiedy my zostaliśmy parą. Czuję się z tym tak trochę... niezręcznie? Dziwnie? Sama nie wiem, co o tym myśleć- dodała smutno klacz.
- Nie dręcz się tym za bardzo. Przypadek i tyle. Nie rozpamiętujmy przeszłości, tylko skupmy się na naszej wspólnej, świetlanej przyszłości- powiedziałem i tym razem uśmiechnąłem się jak najweselej, aby podnieść La Vidę na duchu.
<La Vida? Nie martw się, Nicolet może spoczywać w spokoju XD>
- O czym myślisz?- zagadnąłem więc do La Vidy.
- O niczym konkretnym, a ty?
- Też- odparłem. Na moment znów zapadła cisza.
- Wiesz, wydaje mi się, że mimo żałoby i tak powinniśmy cieszyć się naszym szczęściem- powiedziałem wreszcie.
- Co przez to rozumiesz?
- Cóż, Nicolet odszedł, stało się, nic już tego nie zmieni. Na pewno nie chciałby, żebyśmy się z tego powodu za bardzo smucili- La Vida pokiwała głową, co miało znaczyć, że przyznaje mi rację.
- Gryzie mnie jeszcze jedna rzecz. W końcu on zmarł mniej więcej wtedy, kiedy my zostaliśmy parą. Czuję się z tym tak trochę... niezręcznie? Dziwnie? Sama nie wiem, co o tym myśleć- dodała smutno klacz.
- Nie dręcz się tym za bardzo. Przypadek i tyle. Nie rozpamiętujmy przeszłości, tylko skupmy się na naszej wspólnej, świetlanej przyszłości- powiedziałem i tym razem uśmiechnąłem się jak najweselej, aby podnieść La Vidę na duchu.
<La Vida? Nie martw się, Nicolet może spoczywać w spokoju XD>
13.07.2017
Od Shere Khana do La Vidy (S) - "Rysa na diamencie szczęścia"
- Tak- odparła La Vida. W tej jednej sekundzie świat zatrzymał się dla mnie, a zaraz potem zaczął się znów kręcić, tyle że z zawrotną prędkością. Chciało mi się jednocześnie śmiać, płakać, rżeć ze szczęścia. I chociaż to uczucie było dla mnie zupełnie obce, podobało mi się.
-Ja... Ja nie wiem co powiedzieć- dodała klacz, po czym podeszła do mnie i przytuliła się. Odwzajemniłem to, przechylając głowę w jej stronę. Staliśmy tak przez chwilę, upajając się chwilą. Dla mnie moglibyśmy tak stać i stać całą wieczność, niestety nie ma tak dobrze.
- Co teraz?- pytanie La Vidy przerwało tę harmonijną ciszę. Nie do końca rozumiałem, co rozumie przez "teraz". Mimo to postarałem się jak najdokładniej odpowiedzieć mojej ukochanej.
- Jak to "co"? Pada, więc albo czym prędzej wrócimy do stada, albo zostaniemy tutaj i spróbujemy jednak poszukać jakiegoś schronienia. A jak już powrócimy do klanu to oficjalnie zawrzemy związek, może zostaniemy tu jeszcze na trochę, a potem wyruszymy w dalszą wędrówkę.
- Czyli tak poniekąd wszystko będzie tak jak dawniej, choć nie do końca- odparła klacz.
- Masz rację. Tak jak dawniej, ale nie do końca. Bo począwszy od teraz, nic już nie będzie takie samo. Bo od teraz będę się codziennie budzić jako najszczęśliwszy ogier na świeci u boku mojej ukochanej.
- Ja mogłabym powiedzieć dokładnie tak samo. Jestem najszczęśliwszą klaczą na świecie- odparła La Vida i uśmiechnęła się do mnie, na co ja odpowiedziałem swoim uśmiechem. Deszcz w międzyczasie przestał padać i już tylko lekko kropił. Postanowiliśmy więc nacieszyć się sobą na osobności jak najdłużej i wrócić do stada dopiero jutro. Zawróciliśmy i szliśmy razem, bok w bok. Cieszyliśmy się tym, że jesteśmy razem. Jedynie patrzyliśmy się na siebie nawzajem z miłością i uśmiechaliśmy się. Słowa nie były nam potrzebne. Minęliśmy miejsce, do którego doszliśmy poprzednio. Gdy zaś zaczęło zmierzchać, poszukaliśmy miejsca. Stanęliśmy tak blisko siebie, że stykaliśmy się bokami, a także głowami, gdyż oboje zwiesiliśmy je z tej samej strony.
- Dobranoc, kochana La Vido- wyszeptałem.
- Dobranoc, ukochany Shere Khanie- odparła klacz.
-Ja... Ja nie wiem co powiedzieć- dodała klacz, po czym podeszła do mnie i przytuliła się. Odwzajemniłem to, przechylając głowę w jej stronę. Staliśmy tak przez chwilę, upajając się chwilą. Dla mnie moglibyśmy tak stać i stać całą wieczność, niestety nie ma tak dobrze.
- Co teraz?- pytanie La Vidy przerwało tę harmonijną ciszę. Nie do końca rozumiałem, co rozumie przez "teraz". Mimo to postarałem się jak najdokładniej odpowiedzieć mojej ukochanej.
- Jak to "co"? Pada, więc albo czym prędzej wrócimy do stada, albo zostaniemy tutaj i spróbujemy jednak poszukać jakiegoś schronienia. A jak już powrócimy do klanu to oficjalnie zawrzemy związek, może zostaniemy tu jeszcze na trochę, a potem wyruszymy w dalszą wędrówkę.
- Czyli tak poniekąd wszystko będzie tak jak dawniej, choć nie do końca- odparła klacz.
- Masz rację. Tak jak dawniej, ale nie do końca. Bo począwszy od teraz, nic już nie będzie takie samo. Bo od teraz będę się codziennie budzić jako najszczęśliwszy ogier na świeci u boku mojej ukochanej.
- Ja mogłabym powiedzieć dokładnie tak samo. Jestem najszczęśliwszą klaczą na świecie- odparła La Vida i uśmiechnęła się do mnie, na co ja odpowiedziałem swoim uśmiechem. Deszcz w międzyczasie przestał padać i już tylko lekko kropił. Postanowiliśmy więc nacieszyć się sobą na osobności jak najdłużej i wrócić do stada dopiero jutro. Zawróciliśmy i szliśmy razem, bok w bok. Cieszyliśmy się tym, że jesteśmy razem. Jedynie patrzyliśmy się na siebie nawzajem z miłością i uśmiechaliśmy się. Słowa nie były nam potrzebne. Minęliśmy miejsce, do którego doszliśmy poprzednio. Gdy zaś zaczęło zmierzchać, poszukaliśmy miejsca. Stanęliśmy tak blisko siebie, że stykaliśmy się bokami, a także głowami, gdyż oboje zwiesiliśmy je z tej samej strony.
- Dobranoc, kochana La Vido- wyszeptałem.
- Dobranoc, ukochany Shere Khanie- odparła klacz.
~~~~~~~~
Obudziłem się trochę wcześniej niż La Vida, jednak już po kilku minutach ona także nie spała. Zjedliśmy razem śniadanie i, chcąc nie chcąc, udaliśmy się w drogę powrotną.
- Wiesz, trochę się stresuję- powiedziała klacz.
- Czym?
- Bo teraz nie będę już zwykłą klaczą, tylko partnerką władcy. Nie wiem, czy poradzę sobie w tej roli. Co właściwie będzie należało do moich obowiązków?
- Po pierwsze, ty zawsze byłaś niezwykłą klaczą, inaczej nie zakochałbym się w tobie, prawda? Po drugie, nie przejmuj się, na pewno sobie poradzisz. Będziesz teraz miała większe przywileje, ale właściwie żadnych trudnych czy poważnych obowiązków, więc nie martw się- odparłem.
- Aha- powiedziała tylko La Vida. Znów zapadła między nami cisza, ale wiedziałem, że moja partnerka mocno nad czymś rozmyśla.
- Nad czym tak dumasz?- zapytałem w końcu.
- Trochę się jeszcze martwię, jak wszyscy zareagują.
- A jak mają zareagować? Na pewno ucieszy ich wiadomość o tym, że znalazłem sobie tak wspaniałą partnerkę.
- Ty tak myślisz, ale niekoniecznie musi tak być- odparła La Vida. Przez resztę drogi się tak przekomarzaliśmy.
- No cóż, pierwsza "kłótnia" zaliczona, więc się już tak nie przejmuj- powiedziałem do klaczy, gdy byliśmy już w pobliży klanu. Kiedy dotarliśmy na miejsce, zamierzałem od razu zwrócić uwagę wszystkich i zawiadomić oficjalnie o moim partnerstwie, ale nie było mi to dane. Od razu bowiem podbiegł do mnie Vika i nim zdążyłem zaprotestować, odepchnęła La Vidę nieco na bok.
- Shere Khan, dlaczego tak długo cię nie było?!
- Co jest, co się stało?- zapytałem od razu, gdyż w jej głosie słychać było duże napięcie, ale i smutek.
- Zeszłej nocy, kiedy cię nie było...- Vika ściszyła głos. Cała złość w jednej chwili z niej uleciała. Zaczęła się trząść i zwiesiła smutno głowę. Podszedł do niej Raphael i przytulił ją.
- Już, już. Już dobrze, nie płacz- powiedział.
- Co się tu właściwie stało?- zapytałem, dyskretnie zerkając na La Vidę. Klacz na razie przyglądała się tej scenie.
- Zeszłej nocy zmarł Nicolet- powiedział Raphael.
- Co? Jak to? Co mu się stało?
- Nic... po prostu zmarł. Od rana jesteś szukany, żeby cię o tym zawiadomić. Trzeba zająć się pogrzebem- odparł ogier. Nie musiał mi tego mówić, zdawałem sobie z tego sprawę. Na chwilę się załamałem. Zmarł bardzo dobry, mądry, oddany mi członek klanu w dodatku należący do Rady Starszych, w dodatku zbiegło się to w czasie z tak ważnym dla mnie wydarzeniem.
- Dobrze, zaraz się wszystkim zajmę. Na razie chciałbym, żebyś uspokoił Vikę.
- Dobrze- Raphael pokiwał głową i odszedł z zanoszącą się płaczem klaczą u boku. Podszedłem do La Vidy.
- Wybacz, przez chwilę spadłaś na dalszy plan. Zaraz wszystkich zwołam i ogłoszę nasze partnerstwo. Potem zajmę się pogrzebem Nicoleta- powiedziałem. Klacz pokręciła prawie niezauważalnie głową.
- Nie, może lepiej trochę poczekajmy? Teraz to chyba nie najlepszy moment- odparła La Vida.
- Nie ma na co czekać, bo potem nigdy nie nadejdzie dobry moment- odpowiedziałem.
<La Vida? Spoko, mi też wychodzi raz lepiej, a raz gorzej XD>
12.07.2017
Shere Khan i La Vida zawierają partnerstwo!
Tak oto wyczekiwana miłość połączyła tych dwoje więzem partnerstwa, władcę Klanu Mroźniej Duszy, chłodnego Shere Khana i upartą kronikarkę La Vidę, i pozwoliła wreszcie wypłynąć uczuciom na wierzch (oj, się naczekałamXD)! Gratulujemy i życzymy szczęśliwego małżeństwa!
PS Tym samym La Vida zostaje pierwszą partnerką władcy i dostaje się do monarchii:)
PS Tym samym La Vida zostaje pierwszą partnerką władcy i dostaje się do monarchii:)
30.06.2017
Od Shere Khana do La Vidy (S) - ,,Miłosna propozycja"
Gdy wróciłem do La Vidy, ta była właśnie w trakcie nader łapczywego picia wody. Nic dziwnego, musiała się mocno odwodni- pomyślałem. Doszedłem też do wniosku, że muszę wyznać klaczy, co do niej czuję, ale powinienem poczekać na lepszy moment. Teraz najważniejsze było dla mnie to, żeby w pełni odzyskała siły.
- Hej - powiedziała w końcu La Vida słabym głosem, gdy już skończyła pić.
- Hej, jak się czujesz?- zapytałem.
- Lepiej. Strasznie chciało mi się pić - odparła klacz. Spróbowała najpierw lekko się do mnie uśmiechnąć, a potem wstać. Niestety nadal była zbyt słaba, przez co upadła. Na szczęście nic sobie nie zrobiła. Położyłem się obok niej.
- Chyba jednak nie jest z tobą jeszcze aż tak dobrze - powiedziałem.
- Ale aż tak źle też nie - odparła La Vida.
- Heh, a ty jak zwykle uparta - skomentowałem.
- Gdybym nie była taka, jaka jestem, to byś mnie mógł nie lubić. Bo lubisz mnie, prawda?
- Oczywiście - odpowiedziałem.
- Wiesz... ja ciebie też bardzo lubię. Cieszę się, że dołączyłem do twojego klanu - powiedziała po chwili wahania klacz.
- A ja się cieszę, że podoba ci się mój klan - odparłem. Jeszcze chwile porozmawialiśmy, po czym La Vida stwierdziła, że jest zmęczona i zasnęła.
- Hej - powiedziała w końcu La Vida słabym głosem, gdy już skończyła pić.
- Hej, jak się czujesz?- zapytałem.
- Lepiej. Strasznie chciało mi się pić - odparła klacz. Spróbowała najpierw lekko się do mnie uśmiechnąć, a potem wstać. Niestety nadal była zbyt słaba, przez co upadła. Na szczęście nic sobie nie zrobiła. Położyłem się obok niej.
- Chyba jednak nie jest z tobą jeszcze aż tak dobrze - powiedziałem.
- Ale aż tak źle też nie - odparła La Vida.
- Heh, a ty jak zwykle uparta - skomentowałem.
- Gdybym nie była taka, jaka jestem, to byś mnie mógł nie lubić. Bo lubisz mnie, prawda?
- Oczywiście - odpowiedziałem.
- Wiesz... ja ciebie też bardzo lubię. Cieszę się, że dołączyłem do twojego klanu - powiedziała po chwili wahania klacz.
- A ja się cieszę, że podoba ci się mój klan - odparłem. Jeszcze chwile porozmawialiśmy, po czym La Vida stwierdziła, że jest zmęczona i zasnęła.
~~Kilka dni później~~
Przez te kilka dni klan cały czas stacjonował w jednym miejscu, gdyż wszyscy, którzy w jakikolwiek sposób zostali zranieni przez ludzi, musieli zostać do końca wyleczeni. La Vida także doszła do siebie. Już wieczorem, tego dnia, kiedy się wybudziła, uparła się, iż wstanie i się przejdzie, aby rozprostować kości. I faktycznie przespacerowała kilka metrów. Ku mojej uciesze, chciała, abym jej towarzyszył. I tak każdego dnia robiliśmy sobie coraz dłuższe spacery. Oboje czuliśmy się w swoim towarzystwie doskonale. Ostatniego dnia naszego postoju także postanowiliśmy się przespacerować. La Vida była już prawie w pełni sprawna, więc zaszliśmy dość daleko. Szliśmy tak i rozmawialiśmy sobie, aż w pewnym momencie zauważyłem zbierające się chmury.
- Chyba zanosi się na ulewę- powiedziałem.
- Na to wygląda. W takim razie nie ma na co czekać, wracajmy- odparła klacz. Ruszyliśmy w drogę powrotną, jednak nie zdążyliśmy dotrzeć do klanu przed deszczem. Lało naprawdę mocno, dlatego też postanowiliśmy przeczekać aż ulewa zelżeje pod drzewami. Wiadomo jednak, że taka ochrona nie jest zbyt dobra i już po chwili oboje byliśmy i tak mokrzy.
- Mongolia jest taka zaskakująca pod względem pogody- westchnęła klacz.
- Co racja, to racja- odparłem. Staliśmy jeszcze przez jakiś czas pod drzewami. Deszcz zaczął padać lżej, więc zdecydowaliśmy się ruszyć w drogę powrotną. Szliśmy w ciszy. Chociaż z zewnątrz wyglądałem na bardzo spokojnego, wewnątrz byłem kłębkiem nerwów. Czułem, że muszę teraz zadać to najważniejsze pytanie. Albo teraz, albo nigdy.
- Wiesz, La Vido, jutro wyruszamy z powrotem na wędrówkę. I jeszcze za nim wyruszymy, chciałbym ci się o coś zapytać.
- Tak?- klacz przekręciła głowę lekko w bok, aby móc na mnie patrzeć.
- Chciałabyś może... zostać moją partnerką?
<La Vida? Spoko:)>
- Chyba zanosi się na ulewę- powiedziałem.
- Na to wygląda. W takim razie nie ma na co czekać, wracajmy- odparła klacz. Ruszyliśmy w drogę powrotną, jednak nie zdążyliśmy dotrzeć do klanu przed deszczem. Lało naprawdę mocno, dlatego też postanowiliśmy przeczekać aż ulewa zelżeje pod drzewami. Wiadomo jednak, że taka ochrona nie jest zbyt dobra i już po chwili oboje byliśmy i tak mokrzy.
- Mongolia jest taka zaskakująca pod względem pogody- westchnęła klacz.
- Co racja, to racja- odparłem. Staliśmy jeszcze przez jakiś czas pod drzewami. Deszcz zaczął padać lżej, więc zdecydowaliśmy się ruszyć w drogę powrotną. Szliśmy w ciszy. Chociaż z zewnątrz wyglądałem na bardzo spokojnego, wewnątrz byłem kłębkiem nerwów. Czułem, że muszę teraz zadać to najważniejsze pytanie. Albo teraz, albo nigdy.
- Wiesz, La Vido, jutro wyruszamy z powrotem na wędrówkę. I jeszcze za nim wyruszymy, chciałbym ci się o coś zapytać.
- Tak?- klacz przekręciła głowę lekko w bok, aby móc na mnie patrzeć.
- Chciałabyś może... zostać moją partnerką?
<La Vida? Spoko:)>
23.06.2017
Od Shere Khana do Amigo (S) - ,,Mały pomocnik"
Pomysł Amigo wydał mi się całkiem niegłupi. Szkoda, że nie wpadliśmy na niego wcześniej i nie poprosiliśmy jakiegoś ptaka o pomoc już wcześniej- pomyślałem.
- Zgoda. Teraz trzeba jeszcze znaleźć jakiegoś chętnego do pomocy nam ptaka- powiedziałem.
- Nie musimy, tam na drzewie jeden siedzi- odparł Amigo, wskazując rosnącą niedaleko roślinę. Podeszliśmy do niej w czwórkę. Faktycznie, na jednej z gałęzi siedział mały ptaszek. Zawołałem go i, ku naszej uciesze, zleciał na dół. Teraz rozpoznałem, że jest to wrończyk. Zdziwiło mnie to, gdyż ptaki te wolą raczej górskie, a nie leśny czy półpustynne tereny. Przedstawiliśmy mu nasz problem. Cieszyłem się, że trafiłem właśnie na ten gatunek ptaka, bo one najczęściej zgadzały się rozmawiać z końmi. Wrończyk zgodził się nam pomóc. Szybko przeleciał na drugą stronę jeziora i wrócił. Z jego relacji po powrocie wynikało, iż znajdują się tam ślady jakiegoś konia.
- Mogą należeć do Iris. Być może szła tędy, ale tutaj zostały one starte, a tam nadal się zachowały- powiedział Amigo.
- Racja. W takim razie drogi ptaszku, dziękujemy ci za pomoc- zwróciłem się do naszego lotnego pomocnika.
- Nie ma za co. Czy mógłbym się jeszcze jakoś wam przysłużyć?- spytał. Z tonu jego wypowiedzi wynikało, że naprawdę chce nam pomóc.
- Właściwie, jako zwierzę potrafiące latać, mógłbyś o wiele szybciej sprawdzić większy teren niż my. Czy w takim razie przelecisz się trochę po lesie i poszukasz klaczy maści izabelowatej?- zapytałem. Ptaszek przystał na moją propozycję, rozpostarł skrzydła i wzbił się do lotu. Po chwili widać już było tylko mały, czarny punkcik, który po następnych kilku sekundach znikł całkowicie z pola widzenia.
- My zaś wyruszamy na drugi brzeg jeziora, ale nie wszyscy. Nie możemy teraz przerwać poszukiwań, dlatego też zdecydowałem się odesłać Hanę do klanu, aby poinformowała wszystkich o naszej dłuższej nieobecności. Zgadzasz się?
- Oczywiście- odparła klacz.
- Dobrze. Logiczne jest też chyba, że masz potem zostać z klanem. My możemy być wszędzie, wiec nie znalazłabyś nas.
- Rozumiem- powiedziała Hana, po czym pożegnała się i ruszyła w drogę powrotną do klanu. My zaś bez słowa ruszyliśmy w kierunku drugiego brzegu jeziora. Miałem zamiar, abyśmy obeszli je z lewej strony. Z prawej droga była krótsza, ale wokół zbiornika rosło tam mnóstwo gęstych zarośli. W niektórych z nich rozpoznałem gatunki roślin posiadających naprawdę ostre kolce, dlatego logicznym wydało mi się wybranie drugiej drogi.
<Amigo? Spoko, będę czekać;)>
- Zgoda. Teraz trzeba jeszcze znaleźć jakiegoś chętnego do pomocy nam ptaka- powiedziałem.
- Nie musimy, tam na drzewie jeden siedzi- odparł Amigo, wskazując rosnącą niedaleko roślinę. Podeszliśmy do niej w czwórkę. Faktycznie, na jednej z gałęzi siedział mały ptaszek. Zawołałem go i, ku naszej uciesze, zleciał na dół. Teraz rozpoznałem, że jest to wrończyk. Zdziwiło mnie to, gdyż ptaki te wolą raczej górskie, a nie leśny czy półpustynne tereny. Przedstawiliśmy mu nasz problem. Cieszyłem się, że trafiłem właśnie na ten gatunek ptaka, bo one najczęściej zgadzały się rozmawiać z końmi. Wrończyk zgodził się nam pomóc. Szybko przeleciał na drugą stronę jeziora i wrócił. Z jego relacji po powrocie wynikało, iż znajdują się tam ślady jakiegoś konia.
- Mogą należeć do Iris. Być może szła tędy, ale tutaj zostały one starte, a tam nadal się zachowały- powiedział Amigo.
- Racja. W takim razie drogi ptaszku, dziękujemy ci za pomoc- zwróciłem się do naszego lotnego pomocnika.
- Nie ma za co. Czy mógłbym się jeszcze jakoś wam przysłużyć?- spytał. Z tonu jego wypowiedzi wynikało, że naprawdę chce nam pomóc.
- Właściwie, jako zwierzę potrafiące latać, mógłbyś o wiele szybciej sprawdzić większy teren niż my. Czy w takim razie przelecisz się trochę po lesie i poszukasz klaczy maści izabelowatej?- zapytałem. Ptaszek przystał na moją propozycję, rozpostarł skrzydła i wzbił się do lotu. Po chwili widać już było tylko mały, czarny punkcik, który po następnych kilku sekundach znikł całkowicie z pola widzenia.
- My zaś wyruszamy na drugi brzeg jeziora, ale nie wszyscy. Nie możemy teraz przerwać poszukiwań, dlatego też zdecydowałem się odesłać Hanę do klanu, aby poinformowała wszystkich o naszej dłuższej nieobecności. Zgadzasz się?
- Oczywiście- odparła klacz.
- Dobrze. Logiczne jest też chyba, że masz potem zostać z klanem. My możemy być wszędzie, wiec nie znalazłabyś nas.
- Rozumiem- powiedziała Hana, po czym pożegnała się i ruszyła w drogę powrotną do klanu. My zaś bez słowa ruszyliśmy w kierunku drugiego brzegu jeziora. Miałem zamiar, abyśmy obeszli je z lewej strony. Z prawej droga była krótsza, ale wokół zbiornika rosło tam mnóstwo gęstych zarośli. W niektórych z nich rozpoznałem gatunki roślin posiadających naprawdę ostre kolce, dlatego logicznym wydało mi się wybranie drugiej drogi.
<Amigo? Spoko, będę czekać;)>
22.06.2017
Od Shere Khana do Amigo (S) "To nie utopienie"
Usłyszeliśmy krzyki Monte i Hany. Oboje natychmiast popędziliśmy do miejsca, z którego dochodziły. Gdy tam dotarliśmy, klacz odsunęła część zarośli, dzięki czemu z łatwością mogliśmy dostrzec znajdujące się na ziemi ślady. Jako iż wszędzie dookoła gleba była bardzo twarda, powstawanie jakichkolwiek tropów było niemożliwe. Jednak dotarliśmy w okolicę nieco bardziej wilgotną, dzięki czemu ślady się zachowały. Należały one do konia, to było pewne. Możliwe też było wyczucie zapachu Iris, więc musiały one należeć do niej.
- To na pewno są jej ślady- powiedział Amigo, wyjmując mi to z ust.
- Masz rację. W takim razie nie pozostaje nam nic innego, jak za nimi podążyć- odparłem. Ruszyliśmy więc we czwórkę. Po długiej wędrówce dotarliśmy do małego stawu. Trop urywał się na brzegu. Do mojego umysłu natychmiast wdarła się najstraszniejsza myśl. Chyba nie... utopiła się? To niemożliwe, tak nie mogło się stać. Na pewno!
- Czy ona...?- zaczęła niepewnie Hana.
- Nie, na pewno nie- przerwałem jej natychmiast.
- Rozejdźmy się dookoła i poszukajmy innych śladów- wydałem rozkaz. Wszyscy posłusznie go wykonali.
- To na pewno są jej ślady- powiedział Amigo, wyjmując mi to z ust.
- Masz rację. W takim razie nie pozostaje nam nic innego, jak za nimi podążyć- odparłem. Ruszyliśmy więc we czwórkę. Po długiej wędrówce dotarliśmy do małego stawu. Trop urywał się na brzegu. Do mojego umysłu natychmiast wdarła się najstraszniejsza myśl. Chyba nie... utopiła się? To niemożliwe, tak nie mogło się stać. Na pewno!
- Czy ona...?- zaczęła niepewnie Hana.
- Nie, na pewno nie- przerwałem jej natychmiast.
- Rozejdźmy się dookoła i poszukajmy innych śladów- wydałem rozkaz. Wszyscy posłusznie go wykonali.
16.06.2017
Od Shere Khana do Nadiry (S) - "Którędy wędrować?"
- Dobrze, będę miał to na uwadze. Ale zastanowię się jeszcze, czy przejdziemy przez samą pustynię. Czy na pewno ty i Peril dacie radę?- powiedziałem. Nie chciałem, aby Nadira pomyślała, że nie wierzę, iż da radę. Po prostu się o nią martwiłem i chciałem się upewnić.
- Tak, na pewno- odparła klacz.
- Dobrze. Co zamierzasz teraz zrobić?- zapytałem.
- Chyba po prostu poszukam gdzieś jakiegoś miłego, spokojnego miejsca i sobie odpocznę. O ile Peril mi na to pozwoli- mówiąc to, Nadira lekko się uśmiechnęła.
- Nie martw się. Mała jest tutaj bezpieczna, zresztą, na pewno ktoś się nią zajmie, żebyś ty mogła odpocząć- powiedziałem.
- Tak, ale Peril nikogo tutaj nie zna.
- Mnie zna- odparłem po chwili. Kilka sekund później źrebak wesoło do nas podbiegł.
- Peril, chciałabyś może pójść ze mną na małą wycieczkę po klanie?- spytałem. Klaczka spojrzała niepewnie najpierw na mnie, potem na swoją opiekunkę. Przez chwilę wyglądało, jakby czekała na reakcję Nadiry. Następnie schowała się za klaczą.
- To chyba znaczy: nie. Widocznie nadal nie ma do mnie zaufania- powiedziałem wesoło. Reakcja źrebaka trochę mnie rozbawiła.
- Na pewno jeszcze się do ciebie przekona. Jest po prostu nieśmiała- odparła Nadira.
- Podobnie jak ty.
- Właściwie to tak.
- Dobrze, ja w takim razie zostawiam was na razie same, żebyście sobie odpoczęły- powiedziałem, po czym pożegnałem się i odszedłem. Musiałem przemyśleć, którędy dalej będziemy wędrować. Przez samą pustynię Gobi, czy naokoło? Była to jedna z chwil, w których żałowałem, że muszę rządzić klanem sam jeden i nie mam kogo prosić o radę. Oczywiście pod ręką zawsze była Rada Starszych, ale mimo wszystko dla mnie to nie było to. Brakowało mi kogoś, komu mógłbym zwierzyć się z wszystkich wątpliwości i radości. Wiedziałem jednak, że już następnego dnia musimy ruszać. Zdecydowanie za długo jesteśmy już w jednym i tym samym miejscu. Miałem nadzieję, że Nadira i Peril zdążą wypocząć. Mówiąc szczerze, mimo że nadchodziło lato, bezpieczniejszą drogą wydawała mi się ta prowadząca przez pustynię. Mielibyśmy mniejsze szanse napotkać ludzi. I Nadira znała te tereny, ja zresztą trochę też. Ponadto zawsze, jeśli coś pójdzie nie tak, możemy zawrócić. Z tym, że na pustyni panują naprawdę ostre warunki i prędzej czy później dotrzemy do miejsca, gdzie z którego nie będzie się już opłacało wracać i zostaniemy zmuszeni iść dalej- rozmyślałem nad tym, jaką decyzję podjąć. W końcu zdecydowałem się zaryzykować. Po podjęciu decyzji udałem się na posiłek. Potem, pod wieczór, poszukałem Nadiry. Znalazłem ją jak zwykle na uboczu. Skubała kępkę trawy, Peril zaś wesoło brykała kilka metrów dalej. Przywitałem się z klaczą, po czym od razu przeszedłem do rzeczy.
- Zdecydowałem, że, jeśli nadal uważasz, iż obie z Peril dacie radę, pójdziemy przez pustynię. Czy w takim razi zgodzisz się pomóc mi przeprowadzić klan?
<Nadira?>
- Tak, na pewno- odparła klacz.
- Dobrze. Co zamierzasz teraz zrobić?- zapytałem.
- Chyba po prostu poszukam gdzieś jakiegoś miłego, spokojnego miejsca i sobie odpocznę. O ile Peril mi na to pozwoli- mówiąc to, Nadira lekko się uśmiechnęła.
- Nie martw się. Mała jest tutaj bezpieczna, zresztą, na pewno ktoś się nią zajmie, żebyś ty mogła odpocząć- powiedziałem.
- Tak, ale Peril nikogo tutaj nie zna.
- Mnie zna- odparłem po chwili. Kilka sekund później źrebak wesoło do nas podbiegł.
- Peril, chciałabyś może pójść ze mną na małą wycieczkę po klanie?- spytałem. Klaczka spojrzała niepewnie najpierw na mnie, potem na swoją opiekunkę. Przez chwilę wyglądało, jakby czekała na reakcję Nadiry. Następnie schowała się za klaczą.
- To chyba znaczy: nie. Widocznie nadal nie ma do mnie zaufania- powiedziałem wesoło. Reakcja źrebaka trochę mnie rozbawiła.
- Na pewno jeszcze się do ciebie przekona. Jest po prostu nieśmiała- odparła Nadira.
- Podobnie jak ty.
- Właściwie to tak.
- Dobrze, ja w takim razie zostawiam was na razie same, żebyście sobie odpoczęły- powiedziałem, po czym pożegnałem się i odszedłem. Musiałem przemyśleć, którędy dalej będziemy wędrować. Przez samą pustynię Gobi, czy naokoło? Była to jedna z chwil, w których żałowałem, że muszę rządzić klanem sam jeden i nie mam kogo prosić o radę. Oczywiście pod ręką zawsze była Rada Starszych, ale mimo wszystko dla mnie to nie było to. Brakowało mi kogoś, komu mógłbym zwierzyć się z wszystkich wątpliwości i radości. Wiedziałem jednak, że już następnego dnia musimy ruszać. Zdecydowanie za długo jesteśmy już w jednym i tym samym miejscu. Miałem nadzieję, że Nadira i Peril zdążą wypocząć. Mówiąc szczerze, mimo że nadchodziło lato, bezpieczniejszą drogą wydawała mi się ta prowadząca przez pustynię. Mielibyśmy mniejsze szanse napotkać ludzi. I Nadira znała te tereny, ja zresztą trochę też. Ponadto zawsze, jeśli coś pójdzie nie tak, możemy zawrócić. Z tym, że na pustyni panują naprawdę ostre warunki i prędzej czy później dotrzemy do miejsca, gdzie z którego nie będzie się już opłacało wracać i zostaniemy zmuszeni iść dalej- rozmyślałem nad tym, jaką decyzję podjąć. W końcu zdecydowałem się zaryzykować. Po podjęciu decyzji udałem się na posiłek. Potem, pod wieczór, poszukałem Nadiry. Znalazłem ją jak zwykle na uboczu. Skubała kępkę trawy, Peril zaś wesoło brykała kilka metrów dalej. Przywitałem się z klaczą, po czym od razu przeszedłem do rzeczy.
- Zdecydowałem, że, jeśli nadal uważasz, iż obie z Peril dacie radę, pójdziemy przez pustynię. Czy w takim razi zgodzisz się pomóc mi przeprowadzić klan?
<Nadira?>
15.06.2017
Od Shere Khana do Nadiry (S) - "W drodze powrotnej"
Szliśmy obok siebie w tej kolejności: ja, Nadira i Peril, która trzymała się drugiego boku klaczy, co chwila zerkając na nią niepewnie. Byłem pewien, że nie mamy do przejścia aż tak wiele. Już niedługo zapewne znajdziemy się na miejscu, wśród innych członków. Szkoda, że w naszym klanie nie ma innych źrebiąt, z którymi Peril mogłaby się zapoznać- pomyślałem.
- Czy wiele zmieniło się od mojego odejścia?- spytała Nadira.
- Odeszło od nas jeszcze kilku członków, tak poza tym to niewiele. Kierujemy się teraz w stronę pustyni Gobi.
- W stronę pustyni?- spytała zdziwiona klacz, zerkając niepewnie na drepczącą po jej prawej stronie Peril.
- Wiem, pewnie martwisz się, czy Peril da radę. Szczerze mówiąc, tez się nad tym zastanawiam. No i ty zapewne także jesteś wymęczona, widać to. Może po prostu nie udamy się na samą pustynię, tylko obejdziemy ją trochę- powiedziałem, chcąc uspokoić klacz.
- W sumie tak byłoby lepiej, ale nie chcę, żebyś zmieniał kierunek wędrówki tylko ze względu na mnie i Peril- odparła Nadira.
- Co to znaczy "tylko"? Jako przykładny przywódca muszę się liczyć z możliwościami i potrzebami każdego, nawet najmłodszego i najmniejszego członka.
- To miło z twojej strony.
- Ciągle tak powtarzasz.
- To dlatego, że ty bardzo mi pomagasz, dajesz mnóstwo wsparcie i jesteś naprawdę miły- odparła Nadira.
- Przestań mówić o mnie w samych superlatywach- odpowiedziałem nieco zmieszany.
Kolejne kilka metrów szliśmy w ciszy. przerwała ją na chwilę jedynie mała Peril, która nieco się ośmieliła i spytała Nadiry, czy może nas wyprzedzić. Klacz zgodziła się i teraz szliśmy obok siebie, a przed nami hasało wesoło młode źrebię.
- Właściwie to chciałbym cię o coś jeszcze zapytać- odezwałem się wreszcie.
- Tak?
- Dlaczego odłączyłaś się od klanu?
- Oczywiście jeśli nie chcesz, nie musisz odpowiadać- zapewniłem od razy klacz. Nie chciałem, aby poczuła się moim pytaniem urażona.
- Czy wiele zmieniło się od mojego odejścia?- spytała Nadira.
- Odeszło od nas jeszcze kilku członków, tak poza tym to niewiele. Kierujemy się teraz w stronę pustyni Gobi.
- W stronę pustyni?- spytała zdziwiona klacz, zerkając niepewnie na drepczącą po jej prawej stronie Peril.
- Wiem, pewnie martwisz się, czy Peril da radę. Szczerze mówiąc, tez się nad tym zastanawiam. No i ty zapewne także jesteś wymęczona, widać to. Może po prostu nie udamy się na samą pustynię, tylko obejdziemy ją trochę- powiedziałem, chcąc uspokoić klacz.
- W sumie tak byłoby lepiej, ale nie chcę, żebyś zmieniał kierunek wędrówki tylko ze względu na mnie i Peril- odparła Nadira.
- Co to znaczy "tylko"? Jako przykładny przywódca muszę się liczyć z możliwościami i potrzebami każdego, nawet najmłodszego i najmniejszego członka.
- To miło z twojej strony.
- Ciągle tak powtarzasz.
- To dlatego, że ty bardzo mi pomagasz, dajesz mnóstwo wsparcie i jesteś naprawdę miły- odparła Nadira.
- Przestań mówić o mnie w samych superlatywach- odpowiedziałem nieco zmieszany.
Kolejne kilka metrów szliśmy w ciszy. przerwała ją na chwilę jedynie mała Peril, która nieco się ośmieliła i spytała Nadiry, czy może nas wyprzedzić. Klacz zgodziła się i teraz szliśmy obok siebie, a przed nami hasało wesoło młode źrebię.
- Właściwie to chciałbym cię o coś jeszcze zapytać- odezwałem się wreszcie.
- Tak?
- Dlaczego odłączyłaś się od klanu?
- Oczywiście jeśli nie chcesz, nie musisz odpowiadać- zapewniłem od razy klacz. Nie chciałem, aby poczuła się moim pytaniem urażona.
15.06.2017
Od Shere Khana (S) - Boże ciało II
Wstałem wcześniej od większości członków, na równi z tymi, którzy mieli zająć się ułożeniem naszych ofiar na ołtarzu. Były to wszelakie zioła, trawy, kwiaty. Do tego zadania wyznaczyłem Hanę i Iris. Miały za zadanie wybrać do tego celu tylko rośliny najlepszej jakości, abyśmy w żaden sposób nie obrazili naszego boga, Arota, dając mu na przykład nie chcący jakieś wysuszone śmieci. Mieliśmy dużo ostnicy, trochę szarotki, a także mnóstwo liści saksaułu. Wstałem wcześniej tylko po to, aby dopilnować prac. Przy okazji pomogłem też klaczom przy ich zadaniu.
- A to co!- zawołałem, odrzucając na bok garść tojadów.
- Ktoś chciał nas potruć, czy może znieważyć Arota?- to było pytanie retoryczne, na które nie spodziewałem się dostać odpowiedzi. Jednak trochę mnie to zirytowało. Gdybym nie rozkazał przygotować wszystkiego jeszcze dziś, przy okazji sprawdzając, nie najlepiej mogłoby się to skończyć. Moglibyśmy później nie zauważyć tojadów i ktoś by je zjadł lub dalibyśmy te kwiaty na ołtarz ofiarny.
- Nie zwracałam na to wcześniej szczególnej uwagi, ale wydaje mi się, że podobne kwiaty przyniosła ta nowa mała, Peril. Pewnie chciała pomóc. Tojady są w końcu bardzo ładne, a ona najpewniej nie wiedziała, że są trujące- odpowiedziała ku mojemu zdumieniu Hana, Słysząc to wyjaśnienie, zrobiło mi się trochę głupio ze względu na moją zbyt gwałtowną reakcję. Chciałem po prostu, by wszystko wyszło jak należy.
- Nadira miała jej pilnować- wtrąciła się Iris.
- Nie masz pojęcia, ile z takim źrebakiem jest roboty i utrapienia, żeby go przypilnować. To była pewnie tylko chwila nieuwagi- powiedziałem.
- Pewnie tak- odparła Iris. Gdy skończyliśmy układać ofiary na stole oraz jedzenie dla członków, ci zaczęli się powoli budzić. Z racji tego, że do rozpoczęcia uczty było jeszcze trochę czasu, wszyscy musieli zjeść najpierw małe śniadanie. Ja nie byłem zbyt głodny, postanowiłem więc przejść się po stadzie. Trochę dalej, jak zwykle na uboczu, spotkałem Nadirę. Kilka metrów dalej Peril z zafascynowaniem wpatrywała się w latającego motyla.
- Witaj, Nadiro- przywitałem się.
- Witaj Shere Khanie.
- Dobrze, że cię widzę. Chciałem powiedzieć, że w razie gdyby Peril dłużyło się na uroczystości i nie mogłaby wytrzymać, możesz gdzieś z nią odejść, żeby się nie męczyła.
- Naprawdę? To bardzo miło z twojej strony, że na to pozwalasz. Martwiłam się trochę, jak Peril to zniesie- odparła Nadira. Uśmiechnąłem się na to jedynie lekko, po czym pożegnałem. Kilkanaście minut później wszyscy zebrali się wokół naszego ołtarza, na którym znajdowały się przeróżne rośliny. Pierwszą częścią obrządku było pobłogosławienie naszych zbiorów, zarówno tych, które miały zostać złożone w ofierze Arotowi, jak i tych, które sami mieliśmy spożyć. Oprócz tego także koni odpowiedzialni za przygotowanie tego święta, czyli w tym wypadku wszystkich. Według tradycji, jeśli była taka możliwość, ofiary należało spalić, jednak tak działo się naprawdę rzadko. Ogień potrafili wytwarzać tylko ludzie, a zdobycie go od nich było trudne i mogło mieć nieprzyjemne konsekwencje. Dlatego też o wiele częściej były one zrzucane do jakiejś rzeki, aby popłynęły wraz z jej nurtem do samego ojca wszystkiego, czyli do Arota. Ale na terenach półpustynnych nie było co liczyć na żadną rzekę. Dlatego też po odmówieniu wszystkich modlitw postanowiłem po prostu zostawić ofiary na utworzonym przez nas ołtarzu. Dopóki tu zostaniemy, będziemy pilnować, aby nikt ani nic nie wzięło roślin przeznaczonych dla naszego boga. Kiedy zaś stąd odejdziemy, Arot będzie mógł w spokoju przyjąć lub też odrzucić ofiarę. Po formalnej części uroczystości przyszła kolej na ucztę. Mimo że byliśmy na terenach półpustynnych, udało się nam znaleźć naprawdę dużo jedzenia. Wszyscy świetnie się bawili. Pod koniec dnia członkowie byli wymęczeni, ale zadowoleni i syci. Z zadowoleniem uznałem, że dzisiejszą uroczystość można uznać za udaną. Podzieliłem się tym stwierdzeniem z La Vidą, gdy tylko ją odnalazłem. Ta zaś przytaknęła mi. Następnym zadaniem było posprzątanie po uczcie, właściwie jednak nie było po czym sprzątać, gdyż wszystko zostało zjedzone. Pozostało jedynie odmówić wspólną, wieczorną modlitwę do Arota. To również było moje zadanie.
- Arocie, nasz panie, ojcze. Ty zsyłasz na nasz klan klęski, gdy odmawiamy ci ofiar i swej wiary. Podarowujesz nam też wszelkie dobra, gdy wypełniamy twoje rozkazy i jesteśmy ci wierni. Prosimy, abyś przyjął tę ofiarę, jako dowód naszej wiary. Wierzymy, że odwzajemnisz się nam kolejnym tak sam dobrym rokiem. Że swą boską dłonią odsuniesz od Klanu Mroźnej Duszy wszystkie niebezpieczeństwa i wskażesz nam najbezpieczniejsza z dróg. Prosimy cię o to, wszechmocny Arocie.
Po odmówieniu modlitwy wszyscy członkowie rozeszli się, szykując się do spania. Ja także byłem zmęczony. Miałem nadzieję, że dziś pokazaliśmy Arotowi, jak go kochamy i w niego wierzymy oraz że dzięki temu będzie nam dalej pomagał. Tym bardziej, iż gdzieś z tyłu mojej głowy nadal czaiła się myśl o Klanie Ognistej Grzywy. Niby zawarliśmy z nimi sojusz, ale kto ich tam wie? Jednak z pomocą Arota nic złego nie powinno nam się stać.
KONIEC
- A to co!- zawołałem, odrzucając na bok garść tojadów.
- Ktoś chciał nas potruć, czy może znieważyć Arota?- to było pytanie retoryczne, na które nie spodziewałem się dostać odpowiedzi. Jednak trochę mnie to zirytowało. Gdybym nie rozkazał przygotować wszystkiego jeszcze dziś, przy okazji sprawdzając, nie najlepiej mogłoby się to skończyć. Moglibyśmy później nie zauważyć tojadów i ktoś by je zjadł lub dalibyśmy te kwiaty na ołtarz ofiarny.
- Nie zwracałam na to wcześniej szczególnej uwagi, ale wydaje mi się, że podobne kwiaty przyniosła ta nowa mała, Peril. Pewnie chciała pomóc. Tojady są w końcu bardzo ładne, a ona najpewniej nie wiedziała, że są trujące- odpowiedziała ku mojemu zdumieniu Hana, Słysząc to wyjaśnienie, zrobiło mi się trochę głupio ze względu na moją zbyt gwałtowną reakcję. Chciałem po prostu, by wszystko wyszło jak należy.
- Nadira miała jej pilnować- wtrąciła się Iris.
- Nie masz pojęcia, ile z takim źrebakiem jest roboty i utrapienia, żeby go przypilnować. To była pewnie tylko chwila nieuwagi- powiedziałem.
- Pewnie tak- odparła Iris. Gdy skończyliśmy układać ofiary na stole oraz jedzenie dla członków, ci zaczęli się powoli budzić. Z racji tego, że do rozpoczęcia uczty było jeszcze trochę czasu, wszyscy musieli zjeść najpierw małe śniadanie. Ja nie byłem zbyt głodny, postanowiłem więc przejść się po stadzie. Trochę dalej, jak zwykle na uboczu, spotkałem Nadirę. Kilka metrów dalej Peril z zafascynowaniem wpatrywała się w latającego motyla.
- Witaj, Nadiro- przywitałem się.
- Witaj Shere Khanie.
- Dobrze, że cię widzę. Chciałem powiedzieć, że w razie gdyby Peril dłużyło się na uroczystości i nie mogłaby wytrzymać, możesz gdzieś z nią odejść, żeby się nie męczyła.
- Naprawdę? To bardzo miło z twojej strony, że na to pozwalasz. Martwiłam się trochę, jak Peril to zniesie- odparła Nadira. Uśmiechnąłem się na to jedynie lekko, po czym pożegnałem. Kilkanaście minut później wszyscy zebrali się wokół naszego ołtarza, na którym znajdowały się przeróżne rośliny. Pierwszą częścią obrządku było pobłogosławienie naszych zbiorów, zarówno tych, które miały zostać złożone w ofierze Arotowi, jak i tych, które sami mieliśmy spożyć. Oprócz tego także koni odpowiedzialni za przygotowanie tego święta, czyli w tym wypadku wszystkich. Według tradycji, jeśli była taka możliwość, ofiary należało spalić, jednak tak działo się naprawdę rzadko. Ogień potrafili wytwarzać tylko ludzie, a zdobycie go od nich było trudne i mogło mieć nieprzyjemne konsekwencje. Dlatego też o wiele częściej były one zrzucane do jakiejś rzeki, aby popłynęły wraz z jej nurtem do samego ojca wszystkiego, czyli do Arota. Ale na terenach półpustynnych nie było co liczyć na żadną rzekę. Dlatego też po odmówieniu wszystkich modlitw postanowiłem po prostu zostawić ofiary na utworzonym przez nas ołtarzu. Dopóki tu zostaniemy, będziemy pilnować, aby nikt ani nic nie wzięło roślin przeznaczonych dla naszego boga. Kiedy zaś stąd odejdziemy, Arot będzie mógł w spokoju przyjąć lub też odrzucić ofiarę. Po formalnej części uroczystości przyszła kolej na ucztę. Mimo że byliśmy na terenach półpustynnych, udało się nam znaleźć naprawdę dużo jedzenia. Wszyscy świetnie się bawili. Pod koniec dnia członkowie byli wymęczeni, ale zadowoleni i syci. Z zadowoleniem uznałem, że dzisiejszą uroczystość można uznać za udaną. Podzieliłem się tym stwierdzeniem z La Vidą, gdy tylko ją odnalazłem. Ta zaś przytaknęła mi. Następnym zadaniem było posprzątanie po uczcie, właściwie jednak nie było po czym sprzątać, gdyż wszystko zostało zjedzone. Pozostało jedynie odmówić wspólną, wieczorną modlitwę do Arota. To również było moje zadanie.
- Arocie, nasz panie, ojcze. Ty zsyłasz na nasz klan klęski, gdy odmawiamy ci ofiar i swej wiary. Podarowujesz nam też wszelkie dobra, gdy wypełniamy twoje rozkazy i jesteśmy ci wierni. Prosimy, abyś przyjął tę ofiarę, jako dowód naszej wiary. Wierzymy, że odwzajemnisz się nam kolejnym tak sam dobrym rokiem. Że swą boską dłonią odsuniesz od Klanu Mroźnej Duszy wszystkie niebezpieczeństwa i wskażesz nam najbezpieczniejsza z dróg. Prosimy cię o to, wszechmocny Arocie.
Po odmówieniu modlitwy wszyscy członkowie rozeszli się, szykując się do spania. Ja także byłem zmęczony. Miałem nadzieję, że dziś pokazaliśmy Arotowi, jak go kochamy i w niego wierzymy oraz że dzięki temu będzie nam dalej pomagał. Tym bardziej, iż gdzieś z tyłu mojej głowy nadal czaiła się myśl o Klanie Ognistej Grzywy. Niby zawarliśmy z nimi sojusz, ale kto ich tam wie? Jednak z pomocą Arota nic złego nie powinno nam się stać.
KONIEC
Subskrybuj:
Posty (Atom)
