→ Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Virginia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Virginia. Pokaż wszystkie posty

11.10.2019

Żegnamy Specter, Virginię, Risę, Vayolę i Dantego!

  W dzisiejszym dniu żegnamy z żalem powyższe postacie. Nasz książę Dante odchodzi, by szukać miłosnych przygód w innych stadach. Virginia, Risa i Vayola postanowiły zacząć nowe życie z dala od dawnych intryg, podobnie Specter (choć istnieją spekulacje, że ruszyła za Dante'ym). Powodem jest taka decyzja ich właścicieli. Majątek Specter zostaje rozdzielony pomiędzy jej potomstwo, Siraane i Leandera. U reszty postaci zostaje rozdzielony pomiędzy najbliższą rodzinę, czyli matkę i rodzeństwo.
  Ale to nie wszystko. Z dniem dzisiejszym żegnamy jednego z naszych najwierniejszych, najzdolniejszych i najukochańszych autorów, kogoś, kto był tu z nami od samiutkiego początku. Tak, mam na myśli adminkę DODĘ, znaną bardziej jako Kromek. Większość tego, co chciałam powiedzieć, wylałam już na Discordzie, ale powtórzę to jeszcze raz: nikt nie ma do ciebie żalu. Stworzyliśmy wiele super wątków. W życiu trzeba patrzeć w przyszłość, a niewykluczone, że ta wspaniała osoba kiedyś do nas powróci. Zatem życzymy ci wszystkiego dobrego, i oby nasze drogi kiedyś się jeszcze skrzyżowały! 

Dante z dynastii Altbachów|15 lat|Ogier|Książę, Szeregowiec|26 p.|Brak|DODA

Specter|13 lat|Klacz|Szeregowiec|80 p.|Brak|wolfik 


Virginia|7 lat|Klacz|Starszy Szeregowy|96 p.|Brak|DODA

Risa|7 lat|Klacz|Stróż|16 p.|Brak|DODA

Vayola|17 lat|Klacz|Emerytka|145 p.|Brak|DODA

25.06.2019

Od Virginii - Seria treningowa #7

Już po przebudzeniu zaczął mi doskwierać lekki ból. Po wstępnym zanalizowaniu sytuacji stwierdziłam, że przegięłam trochę z intensywnością swoich treningów. Postanowiłam więc, że dziś dam swojemu ciału trochę odpocząć, ale nie oznaczało to oczywiście, że cały dzień nie będę nic robić. Do południa włóczyłam się tu i tam, co jakiś czas przystając, aby skubnąć tu i ówdzie trochę trawy. Około samego południa przypiekło trochę słońce, co nie zdarzało się już raczej o tej porze roku, ale Mongolia to kraj równie piękny jak i zmienny. Jak paru innych członków, wybrałam się nad jezioro i tam trochę popływałam. Później znowu nieco odpoczęłam, wylegując się jakiś czas na brzegu. Kiedy w końcu postanowiłam wrócić, wydłużyłam sobie nieco odległość, którą miałam do przebycia i wróciłam do klanu okrężną drogą. Starałam się ją jednak pokonać jak najszybciej. W drodze wpadła mi do głowy świetna myśl. Pozwoliłam sobie znowu na chwilę odpoczynku i wróciłam do lasu. Znalazłam swoje ulubione drzewa, ale tym razem postanowiłam zmienić sposób ćwiczeń. Przecież oprócz tych wszystkich rzeczy, które już trenowałam, nie wzięłam się jeszcze za równowagę! Postanowiłam ją poćwiczyć w następujący sposób, najpierw kilka razy pod rząd okrążałam jak najszybciej jedno drzewo, a potem puszczałam się galopem w stronę drugiego. Je również obiegałam dookoła, wracałam i powtarzałam cały cykl. Po kilku takich kręciołkach zaczynało się już mi samej kręcić w głowie, ale o to właśnie chodziło. Moim zadaniem było biec jednocześnie jak najprościej, ale i jak najszybciej. I uważać także, aby nie zaliczyć upadku. Chyba mogę uznać to za swój mały sukces, skoro faktycznie ani razu się nie przewróciłam. Kiedy zaczynały już zmierzchać, pogalopowałam do klanu. Dotarłam tam niemal dokładnie w momencie, kiedy zapadły nocne ciemności. Byłam zmęczona, ale jednocześnie zadowolona. Trening sprawił, że w całym moim ciele szalały endorfiny, przez co raczej nie liczyłam na to, że szybko się uspokoję i pójdę spać, ale i tak się cieszyłam, chociażby z powodu samych, nie najgorszych chyba, wyników. Wiedziałam jednak, że nie mogę popadać w samozachwyt, bo czeka mnie jeszcze dużo pracy nad sobą.

Zaliczone.
Tylko punkty, proszę, dodaj sama ;)

24.06.2019

O Virginii- Seria treningowa #6

-Prześcignęłaś mnie bez problemu! Zupełnie jakbyś wcale nie zmęczyła się biegiem!-zawołała moja matka, kiedy kilka chwil po mnie wyhamowała przed drzewem, które było naszą metą. Pochwała z jej ust nadal miała dla mnie ogromne znaczenie, jednak powstrzymałam się przed okazywaniem zbyt wielkiej radości. Nie byłam w końcu małym źrebakiem. Po serii wyścigów z matką i krótkiej walce na koniec (mojej matki nie trzeba było długo namawiać na trening) pozwoliłam sobie na chwilę odpoczynku. Wróciłam w tym czasie do klanu, zjadłam co nieco, spotkałam się nawet z Risą, z którą odbyłam poważną rozmowę. Popołudniu wybrałam się nad jezioro i zdecydowałam przegalopować się jego brzegiem. Chłodny wiatr owiewał moje ciało, podczas gdy ja niezmordowanie prułam przed siebie. Na koniec postanowiłam się nie powstrzymywać i z pełną prędkością wbiegłam prosto do wody, rozchlapując ją wszędzie dookoła. Zarżałam cicho i potrząsnęłam grzywą. W jeziorze spędziłam dosłownie kilka minut, głównie chodząc lub przeskakując przez fale. Woda była tego dnia zbyt zimna, aby dłużej zażywać kąpieli, ale mimo to pozwoliłam sobie na tą chwilę zapomnienia. Po powrocie do klanu miałam już nowy pomysł na trening. Do wieczora odszukałam jeszcze Risę i wszystko jej wyjaśniłam. O umówionej porze wybrałyśmy się razem do lasu i rozpoczęłyśmy nasze zawody. Ustaliłyśmy, że kończą się one, kiedy słońce na horyzoncie pokryje się z wierzchołkami drzew. W tym czasie każda z nas miała za zadanie znaleźć jak najwięcej kamieni i zgromadzić je w wyznaczonym miejscu. Wbrew pozorom nie było to łatwe zadanie, bo w tej części lasu na nadmiar skał nie można było narzekać, a i niełatwo je także było dostarczyć na miejsce zbiórki. Jednak ten trening był dla mnie idealny, gdyż wymagał nie tylko zręczności, szybkości i siły, ale także umiejętności skupienia się i zaplanowania swoich poszukiwań. Kiedy nasze zawody dobiegły końca, okazało się, że...był remis. Risa bardzo się z tego powodu cieszyła, jak małe źrebię. Ja z kolei byłam niesamowicie niezadowolona, że po tylu treningach wypadłam tak słabo w porównaniu z moją siostrą, która żadnych dodatkowych ćwiczeń raczej nie uprawia. Powątpiewam bowiem, że zataiłaby przede mną ten fakt. Ale to oznacza jedno. Muszę trenować jeszcze ciężej-pomyślałam po powrocie do klanu, tuż przed zaśnięciem.

23.06.2019

Od Virginii do Shiregt'a "Nowy plan"

Mam dziwne wrażenie, że to było bardziej przesłuchanie niż zwykła rozmowa. Pytanie tylko, czy to wrażenie nie jest mylne?-pomyślałam, obserwując uważnie sylwetkę oddalającego się władcy klanu. Na razie nie zapowiadało się na to, abym miała coś szczególnie interesującego do zrobienia, toteż mogłam na spokojnie oddać się ważniejszym rozmyślaniom. Saminaria miała mi towarzyszyć, ale przecież nie będzie męczyć rozmową kogoś w moim stanie, więc nie musiałam się tym martwić. Uważając, aby nie pogorszyć swojego stanu, ułożyłam się w nieco wygodniejszej pozycji i położyłam głowę z powrotem na ziemi.  Skoro nasz szanowny władca zabronił mi nawet wstawać, wolałam tego nie kwestionować. Ciesz się swoją władzą nade mną, póki możesz. Musiałam znaleźć sposób na to, aby rozwiązać wszystkie problemy w jak najkorzystniejszy dla nas sposób... W mojej głowie powoli zaczął się krystalizować plan. Największą nadzieję pokładałam w nim w Risie lub ewentualnie mojej matce. W końcu jednak wizytę złożyła mi pierwsza z klaczy, wyraźnie zaniepokojona moim stanem.
-Dobrze, że nic ci nie jest, martwiłam się o ciebie-powiedziała moja siostra, pochylając się nade mną.
-Niepotrzebnie, przecież jestem nie do zdarcia. Patrz tylko-odparłam, po czym spróbowałam wstać. Następnie syknęłam cicho i z powrotem upadłam.
-Nic ci nie jest?-spytała zaniepokojona Risa. To samo pytanie powtórzyła Saminaria, która podeszła do mnie, kiedy zauważyła, co się stało.
-Sama nie wiem... to chyba nie był dobry pomysł, żeby już wstawać. Trochę mnie rozbolała moja rana na grzbiecie-powiedziałam, siląc się na jak najbardziej bolesny ton głosu.
-Dobrze, że sama doszłaś do tak mądrych wniosków-odparła Saminaria.
-Może pójdę po jakieś zioła?-zaoferowała się Risa. Spojrzałam na nią z niepokojem i już chciałam jej tego stanowczo zakazać, ale w porę się opamiętałam i przybrałam znów wyraz pyska pełen bólu.
-Nie wiesz, gdzie są ani jakie przynieść. Ja postaram się coś załatwić, zaraz wrócę. A ty tutaj leż i więcej nawet nie myśl o wstawaniu-upomniała mnie Saminaria, po czym odeszła, zostawiając Risę i mnie same na nieokreślony czas. Mogło to trwać godzinę, ale też dwie minuty, więc musiałam się spieszyć. Kazałam się Risie do mnie zniżyć i szepnęłam jej:
-Słuchaj, uprzedzając twoje pytania, nic mi nie jest. Trochę tylko jestem ranna, ale to przed chwilą udawałam. Musimy poważnie porozmawiać, ze wszystkimi członkami. Niestety to będzie trudne. Chcę jednak, abyś porozmawiała ze Spear'em. O czymkolwiek. Najlepiej pójdźcie razem na spacer wokół klanu, tak, żeby specjalnie natknąć się na władcę. Zaoferuj, że chcesz ze mną zostać i pilnować mnie, kiedy reszta koni wieczorem ruszy dalej. Spear, jako że będzie ci towarzyszył, również to zaoferuje. Poproś jeszcze Arrow'a, żeby z wami został, jako medyk. A jeśli władca uzna, że Arrow ma zbyt niską rangę, poproś naszego brata, aby został z nami na wszelki wypadek, gdyby ten wyższy rangą medyk, który ze mną zostanie, potrzebował jego pomocy. Nazmyślaj coś, że się o mnie martwisz, z Arrow'em pewnie i tak pójdzie ci łatwo. Ja udam, że nie mogę jeszcze wyruszyć z innymi końmi w drogę, a w obecnym stanie to nie będzie trudne. Władca zostawi mnie, a wraz ze mną kilka koni, w tym ciebie, Spear'a i Arrow'a. To już trójka, a nawet jeśli ktoś jeszcze będzie nam towarzyszył, myślę, że będą to maksymalnie dwa konie. Tak więc łatwiej będzie załatwić wszystko tak, żebyśmy ty, Spear i ja zostali sam na sam, nie wzbudzając przy tym niczyich podejrzeń. Mam już nawet mały plan na później, ale na razie najważniejsze jest, abyś to ty załatwiła, że towarzyszyć mi będziesz ty, Spear, Arrow i ewentualnie ktoś jeszcze. Rozumiesz?-spytałam. Risa niepewnie kiwnęła głową, po czym zadała mi jednak jeszcze kilka pytań, aby się co do wszystkiego upewnić. Odpowiedziałam jak umiałam najprościej i zarazem najdokładniej. Miałyśmy szczęście, że w celu zapewnienia mi spokoju nikt nie kręcił się wokół, dopóki nie wróciła Saminaria z nowymi ziołami. Potem Risa i ja rozmawiałyśmy jeszcze przez chwilę o moim stanie zdrowia, aby wszystko brzmiało zwyczajnie, jak byśmy były tylko dwoma troszczącymi się o siebie siostrami. Po jakimś czasie udałam, że jestem zmęczona, pożegnałam Risę i postanowiłam trochę odpocząć, myśląc jednocześnie nad dopracowaniem dalszej części planu. Choć teraz wszystko i tak zależało od mojej siostry i władcy.
<Shi?>

23.06.2019

Od Virginii- Seria treningowa #5

Z samego rana namówiłam jeszcze na chwilę walki moją matkę. Potem na spokojnie zjadłam drugie śniadanie. Kiedy nieco odpoczęłam, zgłosiłam się na ochotnika do wzięcia udziału w zwiadzie terenu. Zawodowi zwiadowcy ostatnio mieli dużo roboty, bo gdzieś w okolicach klanu ktoś podobno widział jakichś ludzi. Oni zatem mieli za zadanie to sprawdzić, a do nas należało ogarnięcie terenów najbliższych. Postanowiłam, że w ten sposób zapunktuję u władcy i innych członków, a do tego zwiad również wpływa jakoś na kondycję. Na pewno lepiej od samego stania/siedzenia/leżenia. Podczas wykonywania naszego zadania natknęliśmy się na grupę ludzi, której szukali zwiadowcy (cóż za przypadek) i zajęliśmy nimi. Było ich "aż" troje, dwie kobiety i mężczyzna, niestety zauważyli nas i wywiązała się krótka walka, a dokładniej to musieliśmy ich jakoś przepłoszyć. Na szczęście ludzie ci nie chcieli albo nie mogli zadzierać z grupą wkurzonych, gotowych do walki koni, toteż szybko ustąpili, a my mogliśmy wrócić do klanu i donieść o wszystkim władcy. Pozwoliłam sobie znowu odpocząć, gdyż było już popołudniu. Wieczorem przed pójściem spać postanowiłam zrobić sobie jeszcze dość długą przebieżkę. Mój trening tego dnia za specjalnie nie powalał, ale i tak czułam, że z każdym dniem zbliżam się do osiągnięcia wymarzonej kondycji.

22.06.2019

Od Virginii- Seria treningowa #4

A dziś nadszedł czas na skoki. Uznałam tak, kiedy znalazłam w lesie idealnie nadający się do tego, przewalony pień. Po paru przeskokach nad nim zaczęłam odczuwać zmęczenie, ale niezmordowanie ćwiczyłam dalej. Kiedy zrobiłam sobie chwilę przerwy, zawiał lekko chłodny wiaterek, przez co moje ciało zaczęło lekko drżeć. Uznałam, że to sygnał do dalszych ćwiczeń. Na początku liczyłam wszystkie wykonywane skoki, ale po pewnym czasie dałam sobie spokój. Wolałam wszystkie swoje siły wlać w trening. Później wróciłam do klanu i jak gdyby nigdy nic porozmawiałam z paroma końmi. Musiałam w końcu podjąć jakieś konkretne działania względem frakcji. Pragnęłam zdobyć nowych członków i jak najszybciej oddzielić się od Klanu Mroźnej Duszy. Znając naszego władcę, jeśli grupa koni samoczynnie zdecyduje się odejść, nie zabroni nam tego ani nie będzie jakoś nachalnie próbował nas powstrzymać. A jako osobny klan urośniemy w siłę i zaatakujemy to stado, aby wszystko w końcu stało się takie, jakie od samego początku być powinno. W tym celu również ja, jako przywódczyni, muszę sprawiać szczególnie dobre wrażenie, dbać o swoją pozycję i trenować, trenować, trenować ile mogę. Aby być zawsze gotowym do walki. To mnie olśniło. Na koniec dnia odszukałam moją matkę, gdyż Risy znowu nie mogłam znaleźć. Ku mojemu zadowoleniu, klacz zgodziła się poćwiczyć ze mną walkę. Trening trwał aż do wieczora. Od razu przypomniały mi się czasy dzieciństwa, kiedy to właśnie matka mnie trenowała i przekazywała wiedzę, z której teraz korzystam. Gdyby nie ona, nie byłoby mnie dziś tu. Albo byłabym, tylko wiodłabym nudne życie zwykłego członka stada. Wieczorem skończyłyśmy nasz trening. Nie mogłam niestety ćwiczyć też za wiele. Bałam się, aby nie zwróciło to niepotrzebnie niczyjej uwagi.

21.06.2019

Od Virginii-Seria treningowa #3

Szybkość szybkością, zwinność zwinnością, kamuflaż kamuflażem, ale jest przecież coś jeszcze-myślałam, przechadzając się po lesie. I w końcu to znalazłam. Było nawet lepiej, niż się spodziewałam, bo trafiłam na trzy młode drzewa od razu. Pierwsze przewaliłam dość szybko, dopiero przy drugim napotkałam lekki opór. W końcu jednak i ono mi się poddało. Największy problem miałam przy trzecim. Opadłam z sił, a ponadto to drzewo było solidniejsze od pozostałych, już na pierwszy rzut oka. Większość pewnie właśnie z tego powodu rozwaliłaby je na początku, ale ja nie należę do większości. Zostawiłam je na koniec, aby mój trening był jeszcze cięższy, a przez to lepszy. Znów czułam, jak moje ciało się męczy i zaczyna mieć już dość, ale nie poddawałam się. Raz za razem uderzałam w drzewo to przednimi, to tylnymi kopytami. Usłyszałam trzask i pień lekko się przechylił. Uśmiechnęłam się tryumfująco i kontynuowałam swoją pracę. Teraz, po wykonaniu pierwszego kroku, było już o wiele łatwiej. Drzewo w końcu poddało się. Mój trening zakończył się sukcesem, chociaż...Nie chciałam, aby się jeszcze kończył. Zamiast tego wyznaczyłam sobie linię mety przy dość dużym głazie i start przy wysokim drzewie. Dociągnęłam tam pień zwalonego drzewa. Chwilę odpoczęłam i zaczęłam ów pień ciągnąć w stronę głazu, a potem z powrotem. Nie było to łatwe, w końcu nawet młode drzewko trochę warzy. Całą serię udało mi się powtórzyć cztery razy. Był to zadowalający wynik, ale jeszcze nie taki, jaki chciałam osiągnąć. Wiedziałam, że stać mnie na więcej, tylko muszę się bardziej postarać na następnych treningach. Wróciłam do klanu, wycieńczona, ale z gotowym planem na dalsze ćwiczenia.

20.06.2019

Od Virginii- Seria treningowa #2

Chodź niechętnie, zgłosiłam się dziś, aby pomóc w opiece nad dziećmi Arrow'a i Eriny. Nivero i Naris. Nivero i Naris. Nivero i Naris-powtarzałam sobie w myślach, aby nie zapomnieć albo nie popełnić jakiejś gafy. Nie wiem, kto był bardziej zdziwiony moją propozycją, ja czy Arrow z Eriną. Nie interesowałam się za bardzo, co oni będą robić. Miałam swój własny plan. Na szczęście opieka miała trwać tylko dwie godziny, a źrebaki miały szczerą ochotę się pobawić. Namówiłam je na grę w chowanego, co by poćwiczyć swój kamuflaż, a berek pozwolił mi na choć niewielkie udoskonalenie mojej zręczności. W końcu każdy trening się liczy, a wolałam już trenować pod postacią zabawy ze źrebakami, niż proponować komuś, żeby grał ze mną w chowanego albo w berka. A kiedy Arrow i Erina wrócili, poszłam jeszcze na miejsce, gdzie trenowałam wczoraj i zrobiłam kolejną dwudziestkę biegów między dwoma drzewami.

19.06.2019

Od Virginii- Seria treningowa #1

Ok, Virginia, czas się trochę podciągnąć w kwestii sprawności. Dasz radę, nie ma innej opcji-pomyślałam. I to była ostatnia rzecz, na którą sobie pozwoliłam. Bo jeśli chciałam, aby mój trening miał jakikolwiek sens, musiałam skupić się na samym trenowaniu, a nie myśleniu o niebieskich migdałach. Ruszyłam biegiem w stronę dużego, grubego drzewa. Dobiegając do niego, zwolniłam nieco, okrążyłam jego pień, po czym pogalopowałam dalej, ile tylko sił w kopytach, do miejsca, z którego rozpoczęłam swój szaleńczy bieg. Obiegłam drzewo, które tam stało. Było nieco chudsze niż to drugie, ale za to z głównego pnia wyrastało więcej gałęzi, na które musiałam uważać. Całą serię powtórzyłam jeszcze dwadzieścia razy, po czym pozwoliłam sobie na chwile odpoczynku. Czułam strużki potu spływające mi po karku, w dół. Krople kapały ze mnie, jakbym przed chwilą moczyła się w jeziorze. Z każdą chwilą, kiedy mój puls się uspokajał, wzrastało odczucie zmęczenia. Zignorowałam je jednak. Po dziesięciu minutach wypoczynku podeszłam do grubszego drzewa. Miałam pewien plan, ale w ostatniej chwili go zmieniłam i zawróciłam. Wiedziałam, że tamta roślina była zbyt solidna, abym mogła zrobić jej jakąkolwiek "krzywdę". Zamiast tego uznałam, że mogę połączyć pożyteczne z pożytecznym. Postanowiłam pousuwać wszystkie gałęzie, które wyrastały z drugiego drzewa i do których mogłam dosięgnąć. Kiedy skończyłam z tymi znajdującymi się najniżej, postanowiłam zająć się także pozostałymi. Kilka z nich udało mi się zerwać, stając na dwóch nogach. Opierałam się wtedy przednimi kopytami o pień drzewa, chwytałam gałązkę w żeby i ciągnęłam. Szczęściem w nieszczęściu było to, że dzięki ostatniej suszy były one zdecydowanie bardziej łamliwe. Kiedy uporałam się i z tymi, próbowałam jeszcze doskoczyć do przynajmniej kilku rosnących się wyżej. Przy okazji modliłam się w duchu, aby nikt mnie w takiej sytuacji nie zobaczył. Przeklinałam też moją siostrę Risę, z którą postanowiłam sobie poważnie porozmawiać, jak tylko ją dopadnę. W końcu skończyłam z gałęziami na dobre. Mój tor treningowy był teraz należycie oczyszczony, musiałam jeszcze tylko odrzucić wszystkie te patyki na bok, aby nie przeszkadzały mi, kiedy będę biegać wokół drzewa. Powtórzyłam swój bieg między tymi dwoma drzewami jeszcze kilka razy, po czym zdecydowałam się zakończyć trening na dziś. A Risie się naprawdę dostanie. Miała mi pomóc w treningu, a nawet nie przyszła, zołza jedna. Obawiam się, że ma z tym coś wspólnego ten jej...nowy znajomy-pomyślałam, wracając do klanu.

1.06.2019

Od Virginii do Shiregt'a "Misja"

Dlaczego to właśnie mnie spotyka? I co mnie obchodzą jakieś wilki? Ja tam mogę z nimi walczyć, poradzę sobie. A jeśli inni, na przykład mój brat, nie, to ich strata. Niech giną, tak działa selekcja naturalna-myślałam, kłusując raźno koło jednego z koni. To była klacz i miała chyba na imię Mindy. Mimo to rozumiałam poniekąd sens tych działań, w końcu lepiej zbadać teren, niż od razu zarządzać ewakuację lub też narażać wszystkich na ryzyko utraty życia. Bądź co bądź, ten nasz władca nie był wcale taki głupi i dobrze zachowywał pozory troskliwego ojca narodu. Zwiadowcy, z pomocą paru innych koni, mieli sprawdzić ślady wilków, na które ktoś natknął się w czasie spaceru. Czy są świeże, czy już raczej nie, i czy grozi nam jakieś niebezpieczeństwo ze strony tych drapieżników. W końcu dotarliśmy do wskazanego miejsca. Najwidoczniej nikt nie miał ochoty na zbędne pogaduszki, bo całą drogę wszyscy zgodnie milczeli. Przystąpiliśmy do wstępnych oględzin, ale szybko je przerwaliśmy. Wiatr przyniósł ze sobą świeżą woń. Woń drapieżników. Zbiliśmy się niejako w gromadę. Każdy z nas uważnie i nerwowo rozglądał się w celu wypatrzenie niebezpieczeństwa. Woń z każdą chwilą nasilała się, toteż po ustaleniu, skąd pochodzi, wszyscy postanowiliśmy zawrócić. Chcieliśmy wrócić do klanu, ale nieco okrężną drogą, aby nie sprowadzić ze sobą drapieżników. Niestety, te nie pozwoliły nam spokojnie odejść. Kilka z nich wyskoczyło z zarośli i rzuciło się do ataku. Czym prędzej każdy z nas zaczął uciekać. Biegłam co sił w nogach i już po chwili wysunęłam się niejako na prowadzenie. Odwróciłam się lekko, aby sprawdzić, jak się sprawy mają z naszym pościgiem. W ten sposób zauważyłam, że ta cała Mindy niezbyt za nami nadążała. Biegła spory kawałek w tyle, a wilki były już dość blisko. Zaczęłam powoli redukować swoją prędkość. Inne konie wyprzedzały mnie, nie zwracając na moją osobę większej uwagi. Kiedy byłem już blisko Mindy, jeden z drapieżników przyspieszył. Niemal bez namysłu jeszcze gwałtowniej zwolniłam. Klacz wyprzedziła mnie, a ja zaatakowałam owego wilka, zanim zdołał się na nią rzucić. Kiedy szykował się do skoku, schyliłam głowę i odepchnęłam go jak najdalej. Następnie odwróciłam się i zaczęłam dalej biec. Szybko dogoniłam Mindy, a jeszcze szybciej kolejny wilk dogonił nas. A może to był ten sam? W każdym razie, siedział nam już na ogonie, więc zdecydowałam się ponownie przyhamować i zaatakować. Przeciwników było tylu, że najlepiej było zredukować ich liczbę. Na szczęście nie wszystkie wilki były tak samo szybkie. Odwróciłam się i tym razem uniosłam kopyto, chcąc kopnąć drapieżnika. Udało mi się! Trafiłam go w głowę. Niestety, w tej samej chwili drugi wilk, pojawiając się nie wiadomo skąd, skoczył i wylądował na moim grzbiecie, wbijając w niego pazury. Wrzasnęłam z bólu, po czym poczułam, jak moja skóra ponownie jest przecinana, tym razem przez jego kły. Zaczęłam wierzgać ile tylko miałam sił. Wilkowi nie łatwo było się utrzymać. Zaczął się ze mnie zsuwać, raniąc jednak przy tym dalej swoimi pazurami. Po chwili ciężar zelżał. Odwróciłam się i spostrzegłem, że napastnika pomogła mi się pozbyć sama Mindy. Puściłyśmy się dalej biegiem, nawet się za siebie nie oglądając. Klacz widocznie teraz już lepiej się zmobilizowała i biegła szybciej. Niebezpieczeństwo jednak nadal nie minęło. Złowrogie warczenie, kłapnięcia pyskami i odgłosy pościgu zbyt długo dało się jeszcze słyszeć. Udało nam się wreszcie jakimś cudem dogonić resztę, ale wiele to nie dało. Wilki nadal nas goniły. Na szczęście po jakimś czasie wszystkie te dźwięki zaczęły się oddalać, aż w końcu całkowicie ucichły. Wilki prawdopodobnie dały już sobie spokój, ale nasza grupa jedynie nieznacznie zwolniła. Każdy jak najszybciej chciał znaleźć się w klanie.
~Jakiś czas później~
Kiedy wróciliśmy, kilka koni, w tym dowódca naszej grupy, poszło donieść o wszystkim władcy. Ja zaś oddaliłam się nieco, aby nikt niepotrzebnie nie zwracał na mnie uwagi. Nie czułam się najlepiej i rany mnie bolały, toteż nie miałam ochoty na jakiekolwiek towarzystwo. Nie dane mi było jednak doznać choć chwili spokoju, bo zaraz podeszła do mnie Mindy. Nie mam pojęcia, jakim cudem mnie znalazła.
-Hej. Chciałam ci podziękować za ratunek i spytać, czy wszystko u ciebie w porządku-powiedziała klacz.
-Nie ma za co. I tak, u mnie wszystko gra-odparłam, po czym posłałam jej lekki uśmiech.
-Naprawdę? Nie wyglądasz najlepiej-oświadczyła Mindy. Spokojnie Virginia, jakoś to wytrzymasz-pomyślałam, chcąc dodać samej sobie otuchy.
-Tylko tak ci się wydaje-powiedziałam. Planowałam, że sama zaraz opatrzę sobie swoje rany.
-Jesteś pewna?-powtórzyła klacz.
-Jak najbardziej. Dziękuję za troskę-odparłam.
-Nie dziękuj. Troska z mojej strony to i tak zdecydowanie o wiele za mało. Nie wiem, jak ci się odpłacę. Gdyby nie ty to...to nic by już nie było, przynajmniej dla mnie-powiedziała Mindy.
-Każdy zrobiłby tak na moim miejscu-odparłam.
-Jesteś zbyt skromna. A może jest coś, co mogłabym dla ciebie zrobić?-spytała nagle klacz. Udałam, że się chwilę zastanawiam. Jednocześnie zaczęłam się czuć gorzej.
-Nie, raczej nie-odparłam.
-Szkoda. Chciałabym ci się jakoś odwdzięczyć, naprawdę-powiedziała klacz.
-Jeśli znajdzie się coś, co będziesz mogła dla mnie zrobić, na pewno cię o tym poinformuję-odparłam. Wiedziałam, że klacz taka wiadomość sprawi przyjemność, liczyłem też, że w końcu mnie zostawi.
-Ok...Jesteś pewna, że dobrze się czujesz?-spytała ponownie Mindy. W tej samej chwili poczułam, że całe moje ciało zaczyna mimowolnie drżeć. Chyba jednak nie poradzę sobie sama...-pomyślałam. Już chciałam coś powiedzieć, poprosić jednak o pomoc, jednak...
~*~
Przez ułamek sekundy wokół mnie panował chaos i nie miałam pojęcia, kim jestem, gdzie jestem i co się wokół mnie dzieje. Świadomość jednak szybko powróciła, a wraz z nią ból. Otworzyłam oczy. Leżałam na trawie. Uniosłam lekko głowę, aby się rozejrzeć, i ze zdziwieniem spostrzegłam obok mnie...władcę. Ten szybko zauważył, że odzyskałam przytomność i do mnie podszedł. Spróbowałam wstać, ale on mnie powstrzymał.
-Lepiej jeszcze nie wstawaj. Odniosłaś poważne rany-powiedział. Spróbowałam chociaż zobaczyć swoje rany i samemu je ocenić, ale obecnie nie było to zbyt możliwe. Wstanie także było dla mnie wyzwaniem.
-Co się właściwie stało?-spytałam.
-Jak już powiedziałem, odniosłaś poważne rany. Dlatego trzeba było cię opatrzyć. Poza tym zemdlałaś, ale na szczęście nic poważniejszego z tego powodu raczej ci się nie stało-powiedział ogier.
-Raczej?-spytałam.
-Najlepiej będzie, jeśli pozostaniesz pod obserwacją jeszcze kilka dni-wyjaśnił władca. Ah, więc to tak. Może zaczął już coś podejrzewać? Może dlatego to on się mną zajął? No bo czyżbym była aż tak ranna, że potrzebowałabym pomocy tak wysokiej rangi medyka? Jeśli tak, dlaczego akurat on? A może nawet...Może nawet przydzielenie mnie do tej misji także nie było przypadkowe...
-Wilki-postanowiłam jak gdyby nigdy nic dalej kontynuować rozmowę.-Zaatakowały nas wilki. Powinniśmy jak najszybciej to miejsce opuścić-powiedziałam.
-To prawda. Na razie jednak ty nie za bardzo się nadajesz, aby gdzieś iść. Na razie rozstawiłem wszędzie straże, klan wyruszy wieczorem. Jeżeli do czego czasu nie odzyskasz sił, kilka koni zostanie z tobą-odparł ogier. Oh, jak on sobie to wszystko doskonale zaplanował...Chyba że to tylko zbieg okoliczności, taką ewentualność także musiałam brać pod uwagę-starałam się zanalizować sytuację, podczas gdy cisza między nami się przeciągała. Przerwał ją wkrótce ogier.
-Podobno uratowałaś Mindy-powiedział.
-Nie nazwałabym tak tego. Zrobiłam tylko to, co powinnam-odparłam.
<Shi? W końcu to napisałam XD>

30.05.2019

Od Virginii "Wschód nowej ery"

Kopnęłam lekceważąco leżący u moich nóg kamień. Czas oczekiwania przedłużał się, a kto mógł wiedzieć, ile jeszcze to potrwa? Wtem usłyszałam hałas dobiegający z pewnej odległości. Uniosłam głowę i rozejrzałam się czujnie, wypatrując intruza. Na horyzoncie pojawił się czarno-biały kształt. Wytężyłam wzrok, jednak nie przypominał on sylwetki mojej matki. Po chwili do mnie dotarło, że koń wcale nie jest czarno-biały, tylko czekoladowo-biały. Rozpoznałam w nim Spear'a.
-Tak? Coś się stało?-spytałam, podkłusowując do niego.
-A co miałoby się stać?-spytał z uśmiechem, za który najchętniej bym go zabiła...
-Nie mam na to czasu, gadaj!-odparłam. Ogier westchnął.
-Plany się zmieniły-odpowiedział.
-Zmieniły? Jak to?-spytałam zdziwiona. To po co ja tutaj od tak dawna stoję i kwitnę jak ostatnia idiotka?-pomyślałam wściekła.
-Nie wiem jak to. Wiem tyle, że masz teraz nowe zadanie-powiedział.
-Jakie znowu zadanie?
-Masz powiedzieć o wszystkim Risie przed waszym spotkaniem-wyjaśnił Spear.
-Co? Jak to? I chcesz mi wmówić, że moja matka tak po prostu przekazała ci tak istotną wiadomość, żebyś powiedział to mnie?!
-Właśnie tak-odparł ogier.
-Udowodnij-powiedziałam.
-Vayola to przewidziała...Alisahar Kserkes-odparł z powagą Spear. Ale chwilę później jak zwykle na jego pysku zagościł uśmiech, podczas gdy mnie chwilowo zamurowało. Na szczęście nie trwało to długo. Skoro użył jednego z haseł, które wymyśliłyśmy razem z matką, i to tego hasła, nie miałam podstaw, żeby mu nie wierzyć. Tylko teraz trzeba było to dobrze rozegrać.
-Coś jeszcze, serke?-spytałam.
-Tak. Nie mów jej na razie, kto jest przywódcą, Virgiś-powiedział ogier. Spojrzałam na niego zaskoczona.
-A to dlaczego, kochanieńki?-spytałam, posyłając mu przyjazny uśmiech.
-Wola twojej matki-odparł z powagą.
-Coś jeszcze...?-zapytałam, przekrzywiając lekko łeb w prawo.
-Koniec. To tyle wiadomości-odparł z uśmiechem, po czym oddalił się. Nie dbałam o to, gdzie się udał. Skupiłam się bardziej na tym, co to wszystko miało znaczyć. To posunięcie było dość zaskakujące, tym bardziej, że wcześniej moja matka tego ze mną nie konsultowała. Ale Spear zrobił wszystko zgodnie z ustalonym kodem, na każdą moją zagrywkę odpowiednio zareagował, więc nie miałam podstaw sądzić, że mnie okłamuje. Co nie zmieniało faktu, iż ta decyzja była naprawdę zaskakująca. Czego chciała ode mnie wcześniej moja matka? Niby była to sprawa jakiejś wielkiej wagi, a teraz sama odwołała spotkanie. I co to wszystko ma znaczyć?-głowiłam się nad tym przez dłuższy czas, ale nic sensownego nie mogłam wymyślić. W końcu udałam się na krótki spacer i nieco okrężną drogą wróciłam do klanu, uznawszy, że nikt nie skojarzy mojej nieobecności z nieobecnością Spear'a, który powinien już był dawno wrócić, co też się stało. Było jeszcze na oko przed południem, toteż przystąpiłam do spożywania bardzo późnego śniadania. Wypadałoby pomyśleć, jak wypełnić żądanie matki, ale nie było ono trudne ze względu na fakt, iż dotyczyło Risy. Niedługo musiałam czekać, aby wspomniana klacz pojawiła się obok mnie i zagadała. Dałam się wciągnąć w krótką chwilę niezobowiązującej rozmowy, aż, upewniwszy się, że nikt nas nie słyszy, przeszłam do sedna.
-Musimy się dzisiaj spotkać-powiedziałam.
-Hę? Gdzie? Po co?-zdziwiła się Risa.
-Mam ci coś ważnego do przekazania. Ale nikomu nie mów, to sprawa między nami. Jeśli komukolwiek to zdradzisz, możesz zapomnieć, że kiedykolwiek miałaś siostrę-powiedziałam z powagą. Risą to najwyraźniej mocno wstrząsnęło, bo zniknął jej z pyska goszczący na nim do tej pory lekki uśmiech.
-To coś aż tak poważnego?-spytała. Kiwnęłam głową.-W takim razie możesz być pewna, że niczego nikomu nie zdradzę! Choćby mnie torturowali!
-Ciszej-syknęłam, chcąc ją uciszyć. Risa wyraźnie spłoszyła się i ucichła.-A teraz słuchaj-dodałam, aby zwrócić jeszcze bardziej na siebie jej uwagę, po czym podałam jej dokładne miejsce i czas spotkania. I nakazałam ponownie, aby nikomu nic nie mówiła i zachowywała się jak gdyby nigdy nic. Po jakimś czasie rozeszłyśmy się, a ja w duchu biadoliłam z powodu faktu, że to mi przypadło w udziale wtajemniczanie Risy...Moja matka sama powinna to dawno zrobić, a nie zawracać mi głowę takimi pierdółkami, jakby nie mogła sobie z tym poradzić. Chwila!-w tym samym momencie w końcu mnie olśniło. Idiotka ze mnie! To wszystko na pewno po to, aby sprawdzić mnie! Jak sobie poradzę! A ja jeszcze narzekam za dostanie takiej szansy...-teraz wiele rzeczy stało się dla mnie jasnych. Odgoniłam jednak wszystkie te myśli, kiedy na horyzoncie ujrzałam mój kolejny cel.
-Witaj!-zawołałam na widok klaczy i posłałam jej ciepły uśmiech. Ta spojrzała na mnie zaskoczona. Nie dziwiłam się jej, możliwe nawet, że nie kojarzyła zupełnie, kim jestem, a ja wyjeżdżam do niej z tak serdecznym powitaniem, jakbyśmy się przyjaźniły co najmniej dziesięć lat.
-Witaj...-odparła niepewnie klacz.
-Pewnie nie wiesz, jak mam na imię. Jestem Virginia-przedstawiłam się.
-A ja Saminaria-odparła klacz. Usmiechnęłam się lekko. Znałam jej imię, ale postanowiłam to przemilczeć.
-Widzisz, mam pewną sprawę-zaczęłam. Saminaria od razu zachęciła mnie do kontynuowania.-Dostałam za zadanie uzupełnić zapas niektórych ziół. Pozostali medycy podobno nie mogą się tym zająć. Wiem, że to naprawdę nietypowe, w końcu praktycznie się nie znamy, ale potrzebuję pomocy. Znam się dość dobrze na ziołach, ale wolałabym zająć się tym z kimś jeszcze bardziej obeznanym-wyjaśniłam. Klacz po chwili zastanowienia zgodziła się, nawet nie zadając zbyt wielu pytań. Wytłumaczyłem jej, gdzie mamy się spotkać. Do wieczora czas niemiłosiernie mi się potem ciągnął. W końcu jednak nadszedł ten moment, kiedy udałam się na spotkanie z Risą. Jeśli mam być szczera, to wszystko było wyłącznie formalnością. Matka od dawna przygotowywała nas wszystkich do tej roli, niestety Arrow się nie nadawał. Jednak Risa, choć może nie była aż tak pojętna, dała radę. Przywitałam się z nią i na początku pogadałyśmy o celu spotkania. Nie wyjawiłam go od razu, chcąc najpierw upewnić się, że nikt nas nie podsłuchuje.
-Ok, więc sprawa wygląda tak-zaczęłam, pragnąć przejść do rzeczy. Risa popatrzyła na mnie, wyczekując dalszych słów.- Wiesz, jak zepsuty jest ten klan, prawda?-spytałam.
-Oczywiście, w końcu mama o wszystkim nam opowiadała-odparła klacz.
-No właśnie. Dlatego trzeba to zmienić-powiedziałam.
-Co masz na myśli?-zdziwiła się Risa.
-Działanie. Przeciwko temu klanowi-odparłam. Natychmiast zainteresowało to moją siostrę, która chciała dowiedzieć się więcej.-Ten klan to zło wcielone. I niemal wszyscy jego członkowie. Ale możemy to zmienić, tworząc nowe stado-dodałam.
-Chcesz odejść?-zapytała zaskoczona Risa.
-Tak, ale nie od razu. Nie poradzimy sobie we dwie albo w trzy z matką. Musimy zebrać jeszcze parę koni-powiedziałam. Widziałam, że zainteresowanie Risy z chwili na chwile rosło. Chciała wiedzieć więcej.
-Musimy coś z tym zrobić. Załatwić to-powiedziałam.
-Ty, ja i nasza mama?-spytała. Wyjaśniłam jej, kto jeszcze jest we frakcji. Uznałam, że ona, choć nie jest aż tak sprytna, może o wielu rzeczach wiedzieć. Jest materiałem na dobre prawe kopyto, o ile odpowiednio się nią pokieruje. Risa była zachwycona całą sprawą, obawiałam się nawet, że zaraz da coś po sobie poznać, więc dla pewności kilka razy ją upominałam. W końcu ona wróciła do klanu, a ja udałam się na miejsce spotkania z Saminarią. Dotarłam tam jak najszybciej, wpadłam na polanę ledwo wyhamowując.
-Jesteś wreszcie! Już myślałam, że nie przyjdziesz i chciałam wrócić do klanu!-zawołała klacz. Brzmiała jak lekko obrażona.
-Nie, to nie tak! Przepraszam, po prostu czekałam na ciebie na innej polanie! Tam miałyśmy się spotkać i na początku byłam na ciebie wściekła, że nie przyszłaś! Miałam już wracać, ale wtedy przypomniało mi się o tym miejscu. Uznałam, że mogłaś pomyśleć, iż to o nie tu chodzi i tu właśnie na mnie czekasz. Albo czekałaś. Więc postanowiłam jak najszybciej tutaj dotrzeć, licząc na to, że jeszcze na ciebie wpadnę. Naprawdę bardzo przepraszam, to moja wina, powinnam dać dokładniejsze instrukcje!-zawołałam. Starałam się przy tym odpowiednio operować swoją mimiką i wyglądać, jak bym naprawdę żałowała i miała wyrzuty sumienia. Saminaria popatrzyła na mnie niepewnie, ale po chwili jej wyraz pyska widocznie złagodniał. Od razu poczułam lekką ulgę, ale niezbyt dużą. Wolałam nie chwalić dnia przed zachodem słońca. Na szczęście jednak klacz w większości uwierzyła w moją historię i spędziłam resztę dnia na szukaniu z nią tych ziółek. Po powrocie do klanu rzeczywiście oddałam je innym medykom, przynajmniej w ten sposób i u nich zapunktowałam i zdobyłam dobrą opinię, co jest w gruncie rzeczy najważniejsze. Później, jak gdyby nigdy nic, udałam się wraz z resztą koni na spoczynek.
~W nocy~
Obudziło mnie lekkie szturchanie. Bez zaskoczenia spostrzegłam, że obok mnie stoi moja matka. Rozejrzałam się powoli i dokładnie. Wyglądało na to, że wszyscy spali. Już chciałam coś powiedzieć, ale matka mi przerwała.
-Wszyscy śpią jak zabici. Sprawdziłam-szepnęła. Bez zbędnych ceregieli ruszyłam więc za nią, aby nieco oddalić się od klanu. Wokół nas panował mrok. Był on i naszym wrogiem, i przyjacielem. Mógł skryć nas i naszą tajemnicę przed ciekawskimi spojrzeniami, ale też mógł skryć przed nami szpiega, choć o to aż tak się nie obawiałam. Oni tutaj prędzej we wróżki uwierzą, niż spostrzegą, że na coś się zanosi. Zwłaszcza ten pożałowania godny władca Shiregt, albo ten podstarzały relikt poprzedniej epoki, jego ojciec. Co nie oznacza, że nie trzeba być czujnym-pomyślałam. Z moich rozmyślań wyrwał mnie głos matki.
-Jak ci poszło?-spytała, zatrzymując się.
-A jak miało pójść? Jak po maśle-odparłam. Nie mogłam powstrzymać się od uśmiechu, choć wiedziałam, że ona tego nie dostrzeże.
-Przekonałaś Risę?-pytała dalej.
-Przecież wiesz, że to była tylko formalność-odparłam.
-Tak jak myślałam...I co ona na to?-spytała. Streściłam jej cały przebieg naszej rozmowy, a także moje zdanie o tym wszystkim.
-I co dalej? Co planujesz z tym wszystkim zrobić?-spytałam, kończąc swój wywód.
-Cóż, szczerze mówiąc, to rozmowa z Risą miała być dla ciebie...
-...testem-dokończyłam za nią. Wydawało mi się, że popatrzyła na mnie z lekkim uznaniem. Mogłam co prawda źle to zinterpretować z powodu nikłego oświetlenia, ale kiedy się odezwała, ton jej głosu wszystko zdradzał.
-No, no, no...Szybko wszystko pojęłaś. Widzę, że naprawdę mogę być z ciebie dumna. I że moja decyzja będzie dobra-powiedziała.
-Jaka decyzja?-spytałam. Matka rozejrzała się, po czym podeszła do mnie i odezwała się cicho.
-Otóż potrzebny mi ktoś, kto na wypadek jakiegoś niepowodzenia, przejmie pieczę nad frakcją. I tym kimś będziesz ty-powiedziała, po czym odsunęła się lekko. Zapewne chciała przyjrzeć się mojej reakcji. A ja? Co miałam zrobić? To nawet nie było pytanie, tylko stwierdzenie, którego właściwie chyba się spodziewałam.
-Rozumiem. Czyli mam być twoim zastępcą?-spytałam.
-Nie do końca. Nie chcę, abyś teraz to ty zajęła się frakcją. Od dziś. Spear jest już poinformowany o tej zmianie, Risie sama to zdradzisz, a Khairtai dowie się niedługo ode mnie-wyjaśniła. Przyznam szczerze, tym razem zaskoczyła mnie i przez dłuższą chwilę nie wiedziałam, co mam powiedzieć.
-Pewnie jesteś zaskoczona, ale taka jest moja decyzja. Postanowiłam na razie usunąć się w cień. Pytania?-zapytała. Nadal nic nie mówiłam, więc zawróciła w stronę klanu.
-A-ale dlaczego?-zdołałam w końcu wykrztusić. Matka zatrzymała się i spojrzała do tyłu, w moją stronę.
-Bo tak-odparła. I to był jej jedyny argument. Potem ruszyła dalej, a ja nie zatrzymywałam jej. Wiedziałam, że to byłoby bez sensu, bo i tak nic mi nie zdradzi. Miałam jednak swoje przypuszczenia, a właściwie pewność. To na pewno miał być mój sprawdzian. Nie da się ukryć, że matka zawsze traktowała mnie inaczej. Nigdy nie powiedziała mi tego wprost, ale ja i tak wiedziałam, że to mnie wybrała na swoją następczynię. A teraz chce pewnie na jakiś czas przekazać mi władzę, aby sprawdzić, jak sobie poradzę. Jeszcze się zdziwisz, na co mnie stać-pomyślałam, po czym także wróciłam do klanu, ale inną, dłuższą drogą, upewniając się, że nikt mnie nie widzi.
~Dwa dni później~
-Nie. To jest najważniejsza zasada. Nie masz niczego, absolutnie niczego robić na własne kopyto, jasne?-spytałam. Risa, nieco przeze mnie zgaszona, pokiwała smętnie głową.
-A nie mogę chociaż...
-Nie. Wszystkie rozkazy będziesz dostawać ode mnie. Chyba, że pragniesz nas wszystkich zgubić, wtedy śmiało, działaj sama-odparłam.
-Nie, oczywiście, że nie chcę!-zawołała klacz.
-No więc widzisz. Rób to, co do tej pory. Słuchaj się mnie-powiedziałam.
-Słuchałam się ciebie, jeszcze zanim zdradziłaś mi to wszystko! Aż trudno mi uwierzyć, że dopiero wczoraj ostatecznie mnie w całą swoją działalność wtajemniczyłaś. Mogłaś od razu mi powiedzieć, że to ty dowodzisz. Zresztą, kto inny, jak nie ty-odparła Risa. Matka. Nasza kochana mamusia-pomyślałam mimochodem.
-No już, nie ekscytuj się tak, bo jajko zniesiesz, a Wielkanoc już przecież minęła-odparłam. Risa i ja przespacerowałyśmy się jeszcze trochę, żeby nie wzbudzać podejrzeń, gadając przy tym o jakichś pierdołach. W końcu postanowiłyśmy wrócić do klanu, ale Risa miała to zrobić wcześniej. Ja postanowiłam, że jeszcze trochę się poszlajam tu i tam. Chciałam przemyśleć parę spraw na osobności i, choć moja siostra byłaby dobrym alibi, w końcu niemal zawsze trzymamy się razem i nie ma chyba nic dziwnego w tym, że siostry razem spacerują i spędzają czas, musiałam odpocząc od jej gadania. Kiedy słońce zaczęło zachodzić, wróciłam się w stronę klanu. Traf chciał, że wpadłam na swojego brata i jego, jak się okazało, teraz już partnerkę Erinę. Nie obchodził mnie szczególnie mój braciszek ani jego życie i to, co robi albo czego nie robi, ale pokonałam jakoś początkową falę niechęci, złośliwości i nudy, wykrzesując z siebie resztki dobrej energii. Jak najszybciej wymigałam się jednak od ich towarzystwa. Jedynym plusem tego spotkania było to, że dowiedziałam się przynajmniej, że są już oficjalnie parą. A ja zawsze pragnęłam wiedzieć wszystko o wszystkich, aby w każdej chwili mieć pod kontrolą sytuację. Jednakże nie wydawało mi się, aby losy i decyzje Arrow'a miały jakiś szczególny wpływ na mnie samą. Ja miałam na głowie ważniejsze rzeczy.

<2229 słów wyszło, o ile licznik się nie myli. Mogę liczyć na zaliczenie misji stopniowej #4?>

10.05.2019

Od Virginii do Halta "Odziedziczyłam intelekt"

Nie dane mi było nic więcej powiedzieć, bo odezwał się Shiregt, który stwierdził, że dla nas wszystkich oczywistym jest, iż Halt nie może czuć się dobrze. W końcu jakim cudem dobrze mógł czuć się ktoś w takim stanie? Nie wiem czemu, ale jego widok skojarzył mi się, jakby ludzie już-już prawie go zabili, ale on nagle przypomniał sobie o klanie i postanowił wybrać nas, a nie ludzi. Wiem, że tak nie było, ludzie łatwo nie odpuszczają i są niesamowicie okrutni (chociaż może nie powinnam tak mówić, w końcu gdyby nie oni, nie byłoby mnie na świecie) i ogier musiał się pewnie wiele namęczyć, aby od nich się uwolnić. Kilka pozostałych koni otoczyło Halta i w ten sposób ja zostałam od niego odepchnięta. Słyszałam jeszcze tylko, jak ogier zapewniał po raz kolejny, że nic mu nie jest. W końcu ruszyliśmy w stronę klanu, a kiedy tam dotarliśmy, ogierem niemal natychmiast zajął się jakiś medyk. Ja, nie mając lepszego zajęcia, poszłam pobawić się trochę z moją siostrą i innymi źrebakami, a wieczorem pasłam się na uboczu, razem z całą rodziną. Wtem moja rodzicielka podniosła nagle głowę, a i ja po chwili uczyniłam to samo, zaniepokojona nie tylko jej zachowaniem, ale też tym, że sama usłyszałam, iż ktoś się do nas zbliża.
-Kim jesteś?-spytała moja matka, chodź wiedziałam, że robi to dla niepoznaki. Dość dobrze zna wszystkich członków, ale woli zgrywać niepoinformowaną. Ja już po chwili, mimo ciemności, rozpoznałam znaną mi sylwetkę, a kiedy koń się odezwał, byłam już pewna, że to Halt. Przedstawił się mojej matce, po czym ta spytała, co go do nas sprowadza. W tym czasie ich rozmową zainteresowali się także Risa i Arrow, choć on akurat nawet nie podszedł do naszej trójki, w przeciwieństwie do mojej ciekawskiej, a wręcz wścibskiej siostry.
-Przyszedłem, aby podziękować pani córce, Virginii, za ratunek. Gdyby nie ty, pewnie nadal byłbym u ludzi-wypowiadając drugie zdanie, ogier zwrócił się do mnie.
-To nic wielkiego. Zrobiłam to, co każdy zrobiłby na moim miejscu-powiedziałam. Ukradkiem spojrzałam na matkę, ale wyraz jej pyska pozostał kamienny, nie mogłam więc odczytać z niego, czy zachowałam się odpowiednio, czy też nie.
-Nie wiem. Ale wiem za to, że dzięki tobie pozostali wiedzieli chociaż, co się ze mną stało-odparł Halt.
-A co się z tobą stało?-zapytała moja siostra, włączając się tym samym na krótko do dyskusji. Posłałam jej piorunujące spojrzenie, a matka nawet zwróciła uwagę.
-Risa, nie wypada pytać się o takie rzeczy-powiedziała.
-Dlaczego?-spytała. Nie no, błagam, ona ma być moją siostrą?-pomyślałam, spoglądając na nią z niedowierzaniem.
-Przepraszam za nią. Jeśli chodzi o nasze rodzeństwo, to ja jestem tą, która odziedziczyła intelekt-powiedziałam z uśmiechem. Tym razem to Risa posłała mi piorunujące spojrzenie, a ja ledwo powstrzymałam się od parsknięcia śmiechem.
<Halt? Wybacz, że tyle musiałeś czekać"

9.04.2019

Od Virginii do Siraane "Wspólna zabawa"

Właściwie to nie planowałam podchodzić do Siraane, ale nogi jakoś tak same poniosły mnie w jej kierunku. Może miałam już po prostu dość towarzystwa swojej siostry, a tym bardziej brata? A nie marzyło mi się też, żeby zostać samotniczką, więc musiałam poszukać kogoś innego, z kim mogłabym spędzić jakoś ciekawie czas między jedną lekcją od mojej matki, a następną.
-Hej. Co właściwie robisz?-spytałam, aby jakoś podtrzymać rozmowę.
-Nudzę się przeokropnie-odparła klaczka.
-Właśnie widzę. A co robiłaś wcześniej?
-Bawiłam się z rodzeństwem, ale znudziło nam się-wyjaśniła Siraane.
-To może gdzieś się przejdziemy?-zasugerowałam. Klaczka popatrzyła na mnie zaskoczona. Chyba nie spodziewała się z mojej strony takiego pytania.
-Dobrze, ale nie oddalajmy się zbytnio od klanu-powiedziała po chwili zastanowienia. Osobiście uważałam, że im dalej od tego stada tym lepiej, a przynajmniej ciekawiej, ale postanowiłam zachować tę myśl dla siebie. Nie odeszłyśmy daleko, trochę tylko się przeszłyśmy i niedługo byłyśmy z powrotem. I wtedy właśnie znalazła nas moja siostra, Risa.
-A ja cię wszędzie szukam!-zawołała, podchodząc do mnie.
-A ja sobie właśnie spacerowałam z Siraane-odparłam. Risa spojrzała na moją towarzyszkę z lekką niechęcią. Odniosłam wrażenie, że moja siostra jest po prostu zła, że zostawiłam ją samą, ale no cóż...takie życie.
-To moja siostra, Risa-powiedziałam.
-Wiem. Znam ją, tak samo jak znałam ciebie-odparła Siraane.
-A ty jesteś...?-spytała moja siostra. Westchnęłam.
-To jest Siraane, córka Specter-wyjaśniłam. Nagle wpadł mi do głowy pewien pomysł i niemal podskoczyłam z radości.
-Hej, może ty, Siraane, odszukasz swoje rodzeństwo i razem zagramy w jakąś ciekawą grę? Jeśli będzie nas więcej, będzie też na pewno fajniej. Może to być chowany, berek albo coś jeszcze innego-zasugerowałam.
-Faktycznie, to może być ciekawe-poparła mnie Risa. W jednej chwili się rozchmurzyła i widać było, że pomysł ten naprawdę jej się spodobał.
-A co z waszym bratem?-spytała Siraane.
-Arrow nie będzie się z nami bawił-odparła Risa.
-Dlaczego?-zdziwiła się klaczka.
-Bo my po prostu nigdy się razem nie bawimy-odparłam. Powiedziałam to takim tonem, żeby Siraane nie miała ochoty zadawać więcej pytań.
-To jak? Pójdziesz po...Leandera i Naero?-dodałam po chwili.
-Możemy nawet iść ich poszukać z tobą-zasugerowała Risa. Wow, moja siostra sama z siebie zasugerowała komuś pomoc, chyba trzeba to uczcić-pomyślałam mimochodem, czekając na odpowiedź klaczki.
<Siraane?>

8.04.2019

Od Virginii do Halta "Ratunek niemożliwy"

Nie wiem jak długo stałam niczym sparaliżowana, zaskoczona tym wszystkim, co się przede mną dzieje. Mieszały się we mnie różne uczucia i w konsekwencji mój mózg nie był w stanie zareagować w żaden sensowny sposób. Dopiero słowa ogiera mnie otrzeźwiły. Ruszyłam jak najprędzej, nie oglądając się nawet za siebie. Słyszałam głos Halta oraz dziwaczne, przerażające krzyki ludzi, ale starałam się je ignorować. W końcu jednak ucichły, a potem całkowicie zniknęły, co oznaczało, że nikt mnie nie gonił. Zagrożenie znikło, a ja zaczęłam powoli opadać z sił. Teraz jednak mogłam na spokojnie przeanalizować sytuację. Nie wiedziałam wiele o ludziach, ale zdawałam sobie sprawę, że są niebezpieczni, dlatego musiałam coś zrobić. Nie żebym pałała szczególną sympatią do owego ogiera (w końcu praktycznie go nie znam) czy do klanu, ale jednak Halt pomógł mi, więc jakaś część mnie pragnęła mu się odwdzięczyć. Poza tym to, że gardziłam naszym stadem i jego...rodziną królewska nie oznaczało, że powinnam wszystkich, w tym siebie, narażać na niebezpieczeństwo. Mogłam zatem połączyć przyjemne z pożytecznym. Powinnam o wszystkim kogoś poinformować... Nie myślałam długo nad tym, komu mam to opowiedzieć. Kiedy dotarłam do klanu, mimo że odległość nie była aż tak daleka, czułam się, jakbym zaraz miała paść. Odnalazłam jednak dość szybko swoją siostrę, a ona wskazała mi miejsce pobytu naszej mamy. Na szybko wymyśliłam coś, żeby zbyć Risę i opowiedziałam wszystko swojej matce. Ta poparła moją decyzję i razem udałyśmy się, aby odszukać Shiregt'a. Kiedy już nam się to udało, ponownie wszystko opowiedziałam, tym razem w obecności władcy.
-To wszystko bardzo niepokojące. Trzeba będzie wysłać kilka koni, aby sprawdziły sytuację. Virginio, czy będziesz w stanie wskazać nam miejsce, gdzie to wszystko się działo?-spytał ogier.
-Przecież ona nawet nie jest dorosła! I ma się narażać?-zapytała moja mama. Przyznam szczerze, jej reakcja trochę mnie zaskoczyła.
-Masz rację, Vayolu, ale nie mamy innego wyjścia-odparł Shiregt.
-Nie ma problemu. Zaprowadzę was, ale mam to zrobić teraz?-spytałam. Zaczynało się już bowiem ściemniać.
-Myślę, że wbrew pozorom tak będzie najlepiej. Wieczorami ludzie odpoczywają i są mniej uważni. Wykorzystamy ten fakt w razie potrzeby-wyjaśnił ogier.
-Skoro tak...ale właściwie to jaką misję miał wykonać Halt?-zapytałam. Byłam tego naprawdę ciekawa, a nie było wcześniej okazji, żebym mogła zadać to pytanie.
-Zwyczajną. Sprawdzenie terenu-odparł władca. Byłam nieco zaskoczona tą odpowiedzią. Wyglądało na to, że ogier nie chciał zdradzić o niej za wiele i chciał udawać, że nie wie, o co chodzi. Czyli wyciągnięcie tych informacji z niego odpadało, bo byłoby to zbyt podejrzane. Nasza rozmowa dobiegła końca. Około pół godziny później kilka wybranych przez Shiregt'a koni, razem ze mną i moją matką miało wyruszyć do miejsca, gdzie Halt i ja spotkaliśmy ludzi. I może tak właśnie by się stało, gdyby nie pewna niepokojąca okoliczność. Do naszych uszu dotarło wilcze wycie, wielokrotne, dochodzące z bliska. Mieliśmy wiosnę, czyli porę roku, kiedy wiele zwierząt pragnęło porządnie pożywić się po zimowej głodówce. Shiregt odwołał naszą misję, widać jednak było, że jest to dla niego ciężkie. Musieliśmy oddalić się z obecnie zajmowanego miejsca, a najwcześniej na pomoc Haltowi mogliśmy wyruszyć dopiero w dzień.
<Halt? Żyjesz jeszcze tam u tych ludzi?>

1.04.2019

Od Virginii do Halta "Pewne powody"

Mam jej już serdecznie dość-pomyślałam, kierując się...w bliżej nieznanym kierunku. Risa zaczynała mnie już denerwować swoją porywczością, więc chciałam po prostu spędzić trochę czasu bez niej. Co prawda wiał lekki wiatr, do tego nieco mroźny jak na tę porę roku, ale ja mimo wszystko zdecydowałam się udać nad Jezioro Chirgis. Byłam właściwie pewna, że Risa nie wpadnie na to, aby poszukać mnie akurat tam. Tylko gdzieniegdzie rosły jeszcze liche, skarłowaciałe drzewa, jednak w miarę zbliżania się do zbiornika, było ich coraz mniej. Nie dziwiło to, kiedy wzięło się pod uwagę fakt zasolenie jeziora oraz jego skalisty brzeg. Na pewno bardziej przypominało ono nieokiełznane morze niż mały staw, w którym można się ochłodzić latem. Mimo wszystko musiałam przyznać, że kiedy dotarłam już nad sam brzeg, zaczęłam lekko dygotać z zimna. Po chwili ruszyłam wzdłuż jeziora, co jakiś czas kopiąc kopytem jakiś kamień. Najczęściej pokonywały one odległość kilku metrów lub trafiały do wody...sama uważałam, aby nie iść zbyt blisko niej. Nie trudno było się domyślić, iż jest ona jeszcze dość lodowata, a ja nie miałam najmniejszej ochoty nabawić się jakiejkolwiek choroby. Moje myśli niemal samoistnie powędrowały w stronę tego, o czym do tej pory poinformowała mnie matka. Widziała we mnie kogoś, kto mógłby w ostateczności udzielić jej wsparcia lub nawet dokończyć za nią jej dzieło, gdyby ona zaniemogła. Teraz, kiedy byłam już nieco starsza, lepiej wszystko rozumiałam i śmiało mogę powiedzieć, że podzielałam jej zdanie. Nie rozumiałam tylko, dlaczego woli odłączyć się od klanu zamiast wzniecić powstanie. Matka przedstawiały mi swoje racje, ale one do mnie zbytnio nie trafiały. Być może potrzebowałam czasu, aby i to lepiej zrozumieć? Cieszyłam się jednak, iż mama właśnie mnie wybrała na swoją powiernicę, mi przekazywała wiedzę i najbardziej dbała o moje umiejętności. Chociaż...kogo innego miała do wyboru? Moją nadpobudliwą siostrę? Ślamazarnego, niedołężnego, chorego i cichego brata? Żadne z nich się nie nadawało, chociaż zarówno ja jak i matka uważałyśmy, że Risa może jeszcze kiedyś być pożyteczna dla frakcji, dlatego miałam za zadanie wkrótce ją o tym wszystkim powiadomić. To miał być mój pierwszy, mały sprawdzian. Jak poradzę sobie ze zwerbowaniem swojej siostry, o ile można tak to nazwać...-gwałtownie zatrzymałam się i odwróciłam głowę, słysząc dźwięk stąpania po kamieniach, dobiegający z tyłu. Odwróciłam się szybko i ujrzałam przed sobą jakiegoś konia. Szybko uświadomiłam sobie, że kojarzę go z klanu. Mama dała mi radę, abym zawsze wiedziała co nieco o każdym członku i potrafiła rozpoznać konie ze stada. Miał chyba na imię Halt. Zdziwiłam się jednak, że nie usłyszałam, jak się tu pojawił. Nie usłyszeć kogoś poruszającego się po wyboistym, kamiennym podłożu, jest raczej ciężko. Czyżbym aż tak się zamyśliła? Dobrze, że nie zaczęłam jeszcze gadać na głoś!-pomyślałam.
-Kim jesteś i co tutaj robisz?-zapytałam dla zasady. Starałam się brzmieć przy tym w miarę miło.
-Mam na imię Halt. Z pewnych powodów dziś władca to mi powierzył sprawdzenie tego terenu-odparł ogier.
-Wydawało mi się, że jesteś strażnikiem, a nie zwiadowcą-odparłam. Istotnie, przeszukałam swój "pałac pamięci" i naprawdę byłam pewna, iż widziałam parę razy tego konia, pilnującego klanu.
-To prawda, ale jak już wspomniałem, dostałem to zadanie z pewnych powodów-odparł Halt.
-Będę mogła dowiedzieć się z jakich?-spytałam, po czym uśmiechnęłam się lekko.
-Nie zdradzę ich klaczy, o której nie wiem nawet, jak ma na imię-powiedział ogier.
-Ach! Gdzie moje maniery! Nazywam się Virginia. Miło mi cię poznać-odparłam.-Jak właściwie udało ci się tak cicho do mnie podejść?-dodałam po chwili.
-Można powiedzieć, że to taki mój specjalny talent. I nie zdradzam tego nikomu-odparł Halt.
-Ale potem cię usłyszałam!
-Bo tylko na ciebie się tutaj natknąłem i nie widziałem sensu, aby dłużej ukrywać swoją obecność. Chociaż planowałem raczej wrócić do klanu zamiast wdawać się z tobą, droga Virginio, w pogawędkę-powiedział ogier.
-Jeśli chcesz, możesz wrócić, nic ci nie stoi na przeszkodzie, a na pewno nie ja-odparłam. Halt jednak nadal stał w miejscu.
-Jeśli mogę spytać, co właściwie robiłaś tutaj sama? Nie jesteś trochę za młoda na takie wędrówki?
Słysząc te słowa, nie mogłam powstrzymać uśmiechu, który wypełzł na mój pysk.
-Jestem prawie dorosła. Zostało mi już tylko pół roku. Poza tym chciałam tylko pobyć trochę sam na sam ze swoimi myślami. Ale skoro ty zadałeś mi pytanie, a ja na nie odpowiedziałam, to teraz twoja kolej. Z jakich to "pewnych powodów" przemieniłeś się dziś ze stróża w zwiadowcę?-zapytałam zaciekawiona.
<Halt? Opowiadanie znienacka:D>

26.02.2019

Od Virginii do Shiregt'a "Magia śniegu"

Nie powiem, podobało mi się to, że duża część zgromadzonych koni, przynajmniej chwilowo, skupiła na nas swoją uwagę. Zachwycona tym, że jestem w centrum zainteresowania, nie zwracałam większej uwagi na swoją mamę czy na ogiera. Rita podeszła do mnie, a z jej miny mogłam wywnioskować, że jest niemniej zaskoczony, ale i zadowolona z powodu takiej reakcji innych koni. Jasne, tyle przedstawicieli mojego gatunku, w tym samym miejscu, jednocześnie, to była dla mnie zupełna nowość, ale ani trochę mi to nie przeszkadzało. Odwróciłam na chwilę głowę i przelotnie zerknęłam na swojego brata, który z kolei trzymał się jak najbliżej mamy, raczej niezbyt zachwycony takim zainteresowaniem jego osobą. Jak zwykle robi za ostatnią ofiarę losu-pomyślałam, po czym wpadł mi do głowy pewien pomysł. Odwróciłam się i podeszłam do swojej rodzicielki. Zaciekawiona Rita uczyniła to samo.
-Mamo, czy możemy zobaczyć ten nasz...dom?-spytałam, nie do końca wiedząc, jak ubrać w słowa to, co chciałam powiedzieć. Mama zamyśliła się na chwilę.
-No dobrze, tylko nie odchodźcie za daleko i wróćcie zanim się ściemni-odparła klacz.
-Jasne!-zawołałam uradowana. Risa i je pobiegłyśmy przed siebie, po chwili jednak zatrzymałam się, co wprawiło moją siostrę w osłupienie. Zawróciłam i, siląc się na przyjazny uśmiech, zaproponowałam naszemu bratu pójście razem z nami. Odmówił, czego się spodziewałam, ale przynajmniej nikt nie mógł mi zarzucić, że jestem złą siostrą, która nie troszczy się o rodzonego brata. Następnie pożegnałam się grzecznie z przywódcą owego stada i potem dopiero dołączyłam z powrotem do Risy. Niemal od razu klaczka wykazała duże zainteresowanie moim zachowaniem, ale zbyłam ją jakąś niezrozumiałą odpowiedzią. Nie chciało mi się tłumaczyć jej akurat teraz, że zrozumiałam po prostu, iż lepiej mimo wszystko dbać o swój wizerunek w oczach innych i nie pokazywać im tego, co tak naprawdę myślę. Uznałam, że lepiej będzie, jeśli inni będą mnie mieli za miłą i przyjazną klaczkę. Razem weszłyśmy między jakąś grupkę koni, które po chwili całkowicie straciły nami zainteresowanie. Nasza przechadzka po "domu" sprowadziła się do wzajemnego obrzucania się i tarzania w śniegu. Był zimny i mokry, ale i tak zabawa nim była przecudowna! Kilka razy udało mi się przewrócić swoją siostrę prosto w jakąś zaspę, innym razem to znów ja lądowałam w śnieżnym kopcu. Naszą zabawę przerwałyśmy na chwilę, kiedy z nieba zaczął lekko prószyć śnieg. Byłyśmy tym zjawiskiem nieco zafascynowane, ale szybko przeszłyśmy nad tym do porządku dziennego. W końcu jednak zaczęło się ściemniać, ale nie na tyle, żebyśmy musiały już wracać do mamy. A przynajmniej razem z Risą tak uznałyśmy. W pewnym momencie zaczęłam się cofać, chcąc wziąć duży rozbieg, aby przewrócić siostrę. Potknęłam się jednak i sama wylądowałam ponownie w śniegu. Risa zaczęła się śmiać, podczas gdy ja podniosłam się i rozpoczęłam proces otrzepywania się, aby ów wspaniały śnieg nie zmienił się na mojej sierści w mokrą i zimną breję. Wtem jakiś cień przysłonił mi lekko dochodzące z góry światło, a moja siostra momentalnie spoważniała i spojrzała na coś, a raczej na kogoś znajdującego się za moimi plecami. Odwróciłam się szybko i podniosłam głowę w górę, aby ujrzeć pysk konia, choć wiedziałam już, kto to jest.
-Chyba powinniście już wracać do mamy. Na pewno bardzo się o was martwi-powiedział władca klanu.
<Shiregt? Tak, wiem, porywająca fabuła, ale planuję się jeszcze rozkręcić:D>

27.12.2018

Od Virginii do Shiregt'a "Część prawdy"

Mama przez chwilę patrzyła zdziwiona na naszą dwójkę. Wolałam się nie odzywać. Nie chciałam jej w żaden sposób przeszkodzić, a instynktownie wyczuwałam, że przede mną rozgrywa się właśnie bardzo ważna scena, choć do końca nie pojmowałam, co się tutaj dzieje.
-Vayola? Wybacz, że pytam, ale czy to...czy wiesz, czyje to źrebię?-ogier po chwili milczenia odezwał się jako pierwszy. Mama przez chwilę nie odpowiadała. Wyglądała na trochę wystraszoną, ale w końcu mu odpowiedziała:
-Cóż, to chyba oczywiste. To...moje źrebię-odparła, a ja uśmiechnęłam się lekko. Do tej pory stałam obok ogiera, ale na dźwięk tych słów zrobiłam kilka kroków do przodu i stanęłam obok swojej mamy. Shiregt spojrzał na nią zdziwiony.
-Naprawdę? Nie wiedziałem, że...-zaczął ogier.
-Że znalazłam sobie partnera i zaszłam w ciążę? O pierwszej z tych rzeczy nie wiedziałeś, bo wcale tak nie jest-odparła moja mama. Następnie spuściła wzrok i zaczęła grzebać kopytem w śniegu i ziemi, do której po chwili się dogrzebała.
-Jak to?-zdziwił się ogier. Moja mama westchnęła ciężko. Wyglądała na naprawdę smutną, wręcz załamaną. Nie wiedziałam, dlaczego tak jest, ale nadal czułam, że nie powinnam się na razie za wiele odzywać.
-Pamiętasz jak ja i Mint zniknęłyśmy na dłuższy czas?-zapytała mama. Shiregt w odpowiedzi pokiwał powoli głową.-Złapali nas ludzie i przeprowadzali na nas różne eksperymenty. I...był tam też pewien ogier...a wiesz chyba, jacy są ludzie...nie chcę o tym za dużo mówić, mam nadzieję, że zrozumiesz?-zapytała mama. Spojrzała przy tym na ogiera, a cała jej postawa była, przynajmniej według mnie, przepełniona smutkiem. Nadal nie za bardzo rozumiałam coś z tego, co mówiła, ale wiedziałam, że to musi mieć duże znaczenie. Byłam zatem ciekawa reakcji tego całego Shiregt'a. Po chwili dało się słyszeć chrzęst śniegu. Niemal cała nasza trójka jednocześnie odwróciła głowę. W naszą stronę zbliżał się nie kto inny, tylko moja siostra.
-To...-zaczął ogier, ale moja mama ponownie mu przerwała.
-...moja druga córka, Risa. Virginię już zdążyłeś poznać-mówiąc to, mama spojrzała na mnie, a potem przeniosła wzrok z powrotem na ogiera.-Mam jeszcze syna-dodała.
-Arrow'a?-zapytał.
-Zgadza się-odparła mama. W tym czasie Risa zdążyła do nas dojść. Nasza rodzicielka kazała się jej przedstawić i przywitać z władcą klanu, do którego od teraz my chyba też miałyśmy należeć.
-Cóż, mam nadzieję, że rozumiesz moją sytuację. Nie chciałam, aby zbyt wiele koni się o tym dowiedziało, chociaż wiedziałam jednocześnie, że to się kiedyś wyda...ale wolałam o tym myśleć jak najmniej-powiedziała mama.
<Shiregt?Więcej tu wypowiedzi Vay, ale chciałam to mimo wszystko zrobić z perspektywy Vir XD>

13.12.2018

Od Virginii do Shiregt'a "Konie piją mleko"

Nastał ranek. Miałam pełno energii, więc zanim ktokolwiek inny zdążył się obudzić, postanowiłam trochę się przejść i pozwiedzać okolicę. Wszędzie zieleniła się trawa, niebo było bezchmurne, a słońce przyjemnie grzało. Idealna pogoda na małe zwiady! Po chwili zauważyłam stojącego w oddali konia. Nie widział mnie, skupiony na...jedzenie trawy? Przecież każdy wie, że jak się jest głodnym, to pije się mleko. Jakiś nienormalny-pomyślałam. Postanowiłam jednak zbliżyć się do niego. Chciałam mieć już tę przewagę nad swoim rodzeństwem i znać kogoś oprócz nich i swojej mamy.
-Jak masz na imię?!-zawołałam. Koń uniósł z zaskoczeniem głowę do góry. Dopiero po chwili spojrzał na dół i zauważył mnie.
-Kim jesteś? I skąd się tutaj wzięłaś?-zdziwił się. Następnie zaczął się trochę rozglądać wokół. Wyglądał, jakby czegoś albo kogoś usilnie szukał.
-Moje pytanie było pierwsze!-odparłam.
-Masz rację. Na imię mi Shiregt, a tobie?-zapytał ogier, po czym posłał mi przyjazny uśmiech.
-Jestem Virginia-powiedziałam.
-Dobrze. A teraz odpowiesz mi na moje pytania?
-Kim jestem już powiedziałam. Virginią, koniem, jak widać. A wzięłam się tu stąd, że przyprowadziła mnie tu moja mama-odparłam. Ogier spojrzał na mnie zdziwiony.
-A kim jest twoja mama?-zapytał.
-Bardzo miłą klaczą-odparłam.
-O, to bez wątpienia. Po co jednak cię tutaj przyprowadziły? I jak ma na imię? Jesteście tylko we dwie?-koń ponownie zadał mi mnóstwo pytań.
-Nie mam pojęcia, po co tutaj przyszłyśmy. A ma na imię...na imię ma...no po prostu mama, jak każda mama, nie? A i przyszliśmy tu w czwórkę-wyjaśniłam.-Mogę teraz ja zadać pytanie?-spytałam, okrążając ogiera.
-Jasne-odparł.
-Dlaczego jesz trawę?-zapytałam.
-Tym między innymi się żywią konie-odparł.
-Niee, konie pija mleko-powiedziałam. Shiregt zaśmiał się.
-Też tak kiedyś myślałem-powiedział.
-Naprawdę?
-Naprawdę. Jednak to nie do końca prawda. Z czasem się o tym przekonasz-wyjaśnił.-Ale może teraz opowiesz mi coś więcej o sobie, swojej mamie i waszych towarzyszach?-spytał ogier.
-Ja bym wolała jeszcze kilka pytań zadać tobie. Skąd ty się tu wziąłeś? Jesteś sam?-zapytałam. Uśmiechałam się przy tym. Choć nie widziałam takiej potrzeby, coś mi mówiło, że to, może i niewiele, ale mi pomoże.
<Shiregt? Wybacz, że tak krótko, następnie będzie lepsze>

11.12.2018

Nowy szeregowiec - Virginia!


Źródło: Zdjęcie główne
Motto:Śmiało, ale z rozmysłem, sięgaj po to, co ci się należy. Życie nie da ci niczego w prezencie, wszystko trzeba wywalczyć.
Imię: Virginia, czasem ktoś skróci to do Virgi, Vir, Viri, chociaż klacz za tym nie przepada
Tytuł: Brak
Płeć: Klacz
Ranga/i: Szeregowy
Głos: Brak








Relacje:
Najważniejszą osobą nadal jest dla niej jej mentorka, nauczycielka, skarbnica wiedzy, zawsze służąca radą matka Vayola. Teraz już klacz jest dorosła, zatem nie czas na naukę, ale na działanie, więc nie zasięga u niej tak często rad, ale nadal jej wskazówki są dla Virginii cenne. Są rzeczy, o których wiedzą tylko one dwie... Kolejną osobą, z którą Virginia utrzymuje bliskie stosunki, jest jej siostra Risa. Od czasów ich źrebięctwa nie zmieniła się ona wiele, chyba że na gorsze. Nadal jest impulsywna, ale jednocześnie ślepo posłuszna Virginii, gotowa spełnić każde jej żądanie, co klaczy bardzo odpowiada. Można powiedzieć, że Risa jest jej prawym kopytem, choć nie wie o wszystkich sprawach. Jej brat Arrow jest jej niemal zupełnie obojętny i właściwie nie utrzymuje z nim kontaktu, chyba że on na to nalega. Do innych koni Virginia odnosi się życzliwie, gdyż stara się wypracować o sobie jak najlepsze zdanie.
Osobowość: Virginia z wierzchu wydaje się być miłą, zabawną i przyjaźnie nastawioną do wszystkich klaczą. Nie sprawia wrażenia nieufnej, ale też nie wydaje się zbytnio nieufna. Klacz dostrzegła, że taki właśnie wizerunek musi sobie wypracować, jeśli chce cokolwiek osiągnąć. Virginia jest sprytna, każdą sytuację, każde słowo stara się zapamiętać i wykorzystać na swoją korzyść, dlatego też zawsze jest czujna, jakby stale spodziewała się ataku z czyjejś strony. Jej serce przepełnione jest nienawiścią do Klanu Mroźnej Duszy, wierzy, że odebrał on jej matce, a przez to jej samej, część jakiegoś nieosiągalnego dziedzictwa, pozbawiając życia Stado Hańby. Klacz chowa jednak swoją nienawiść głęboko przed światem zewnętrznym. O tym, jak bardzo nienawidzi swojego otoczenia, nie wie nawet jej matka. Można powiedzieć, że pod względem sprytu, nienawiści, skłonności do intryg i manipulacji Virginia prześcignęła nawet własną matkę. Świat dzieli się dla niej na tych, którzy są z nią i mogą jej się na coś przydać i na tych "zbędnych". W głębi duszy klacz nadal jest dość ironiczna i złośliwa, jednak nie wypowiada już głośno swoich uwag, chyba że czasem, w stosunku do osób naprawdę bliskich i zaufanych. Virginia stara się działać racjonalnie, ograniczać ryzyko tak bardzo jak tylko się da. Działanie bez planu, liczenie na szczęście, wszystko to jest dla niej totalną głupotą. Poza tym Virginia wyszkoliła się już na tyle, że jest niezwykle cierpliwa, a nawet jeśli ktoś ją zdenerwuje, rzadko okazuje to wprost. Jeżeli jednak ktoś naprawdę mocno wyprowadzi ją z równowagi, ostatecznie, jak każdy, może wybuchnąć, choć potem szybko dochodzi do siebie i stara się wszystko naprawić, aby utrzymać swój dobry wizerunek. Podsumowując, dla Virginii liczy się tylko jej cel, odzyskanie należnego jej miejsca i chwały. Jej serce nasiąknęło za młodu nienawiścią, która z każdym dniem zapuszcza coraz głębiej swoje mroczne korzenie.
Orientacja: Heteroseksualna
Aparycja:
  • Rasa: Virginia może się poszczycić przynależnością do tej elitarnej rasy, jaką są mieszańce.
  • Wygląd: Virginia wyróżnia się maścią i grzywą, obie w odcieniach czerni i bieli. Ma smukłą sylwetkę, dzięki czemu dobrze radzi sobie z bieganiem i jest też zwinna. Z wytrzymałością u niej trochę gorzej, chociaż stara się to zmienić. 
  • Znaki charakterystyczne: Raczej nie posiada. Można by tu podać białą plamkę sierści na czole, jednak...zarówno ona, jak i jej rodzeństwo oraz matka, cali są w "białych plamkach".
  • Wzrost: 162 cm
  • Waga: 451 kg
Umiejętności: Jej mocną stroną są zdecydowane zdolności przywódcze oraz manipulacyjne.
Historia: Virginia urodziła się tutaj, w Klanie Mroźnej Duszy. Tak jakoś się złożyło, że przeżyła w tym stadzie już 2 pełne lata. Lata pełne ciężkiej pracy, wypełnione naukami jej matki. Lata wypełnione zachętą do szczerej nienawiści w stosunku do KMD. Teraz klacz pisze dalsze rozdziały swego życia, już jako przywódczyni nielegalnej frakcji. Nawet ona sama nie wie, dokąd to wszystko ją zaprowadzi, choć gotowa jest poświęcić wszystko, aby osiągnąć swój najważniejszy cel.
Kontakt: DODA (HW)
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika