Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hypnos. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hypnos. Pokaż wszystkie posty

8.09.2019

Żegnamy Anamy'ego, Hypnosa oraz Rose!

W dniu dzisiejszym żegnamy z żalem powyższe postacie. Wszystkie są ofiarami bezwzględnej rywalizacji podczas III edycji Temtsel Dotood. Majątki Anamy'ego i Hypnosa ze względu na brak krewnych przepadają. Pokój ich duszom [*].

Hypnos|10 lat|Ogier|Szeregowiec|28 p.|Brak|BlackMeadow

Rose|12 lat|Klacz|Medyk I stopnia|13 p.|Brak|natalia k.

 Anamy|6 lat|Ogierek|15 p.|Brak|Szalony Bizon

21.01.2019

Od Hypnosa do Shiregt'a (Mivany) ,,Nowe szaleństwa"

Uśmiechnąłem się niepewnie w stronę nowo poznanej towarzyszki. Klacz przedstawiła mi się, po czym zdecydowaliśmy się udać na małą wędrówkę dookoła wielkiego jeziora, a także zwiedzić skrawek pobliskiego lasu. Zimny wiatr zdawał się otulać wielkie limby witające nas szumem liści. Widoki zarówno w pobliżu jeziora, jak i w samym lesie okazały się wyjątkowo piękne, choć nie różniły się bardzo od terenów, na których przyszło mi chwilowo zamieszkać jeszcze wczoraj. Muszę jednak przyznać, że twarde podłoże kłóci się poniekąd z moimi preferencjami. O wiele lepiej byłoby nurzać kopyta galopując w drobnym piasku. Rad za to byłem bardzo z faktu, że było dziś dość wietrznie. Minusem była jednak temperatura powietrza panująca na tych terenach. Zdecydowanie za zimno, choć zdążyłem i do tego się ostatnio przyzwyczaić. Cóż, szczerze mówiąc piękne widoki nie posiadały dla mnie nigdy żadnej wartości. Tak, tak, nocne niebo, granatowe tonie jeziora, biały puch lecący z nieba... Cieszyło mnie to bardzo, że będę miał gdzie pływać kiedy tylko stopnieje lód. Cieszył mnie mięciutki śnieg, ale tylko dlatego, że zakrywał z powodzeniem twardą glebę. A nocne niebo pozwalało wyciszyć się i powspominać stare lata. Wszystko musi mieć jakieś zastosowanie, a sądzę, że nijakim zastosowaniem jest cieszenie oka. No więc, co dokładnie myślałem przechadzając się po terenach? Zimno, ale - z tego co mówiła mi Khairtai - jeszcze będzie gorąco. Da się tu z pewnością przetrwać, patrząc na zielone lasy pokryte wszelaką roślinnością, od pospolitych traw i ziół, aż po krzewy z zimowymi owocami. Cóż, zdaje mi się, że nie kręci się tu z kolei za dużo towarzystwa. A może to i lepiej? W każdym razie zadowalało mnie także ono. Tak długo nie miałem obok siebie kogoś, z kim mógłbym pogadać, nie mówiąc już o nieznanych koniach. Na pustyni moje dawne stado naprawdę rzadko trafiało na inny klan, czy też pojedynczych końskich wędrowców. Tereny nie okazały się jakoś bardzo różnorodne, a przynajmniej te w pobliżu jeziora. Uznawałem je za centrum tych okolic, było wielkie i charakterystyczne więc idealnie nadawało się na swego rodzaju serce tych terenów. Wokół tylko lasy, zagajniki, bory lub skupiska kilku drzewek na pagórku. One zaś były nieodłącznym elementem tego kraju, a przynajmniej tej części. Niższe lub wyższe górki porastały w znacznej większości zwyczajne trawy, wyższe zdobiło już przy szczycie kamienne podłoże. W niektórych z wyżej położonych punktów można było dostrzec w oddali zarysy ogromnych gór przysłoniętych mgłą. Cały czas wydawało mi się, że chodzimy w kółko lub wcale nie oddalamy się od jeziora, jednak prawda okazała się inna. Odeszliśmy od wody i to dość daleko, myliły mnie powtarzalne lasy poprzedzielane kilkoma łysymi pagórkami, które potrafiły być do siebie łudząco podobne pod każdym względem. Nie sposób się tutaj nie zgubić! Jednak Khairtai wiedziała doskonale co robi, bowiem zdecydowanie obierała różne kierunki i nie bałem się, że zgubimy się wśród ogromu. Morza traw zalewały miejsce, w którym moja towarzyszka stanęła nagle w miejscu. Nie wiedząc, co dokładnie robi, zdecydowałem się naśladować ją. Nic nie mówiła, ani nie patrzyła na mnie. Jej wzrok wędrował raczej po kolejnych pagórkach, nie zatrzymując się na dłużej na ani jednym. Dopiero kiedy jej milczenie zaczęło trwać już dłuższą chwilę, zdecydowałem się zapytać.
- Khairtai? Właściwie to...co robimy? - wyszczerzyłem się niepewnie, przyglądając się nadal klaczy. Ta odwróciła powoli łeb w moją stronę spokojnym ruchem. Oczy jej oderwały się w końcu od krajobrazu, a przeszły teraz na mnie. Zastanawiała się widocznie moment, co mi na to odpowiedzieć, bo nadal panowała cisza.
- Nic takiego. - odparła Khairtai machając lekko głową na boki - Zastanawiam się tylko, czy jest sens iść dalej, kiedy to wszystko wygląda identycznie, a rozciąga się na po prostu ogromnym terenie.
- Sam z chęcią wróciłbym do tego jeziora, gdzie spotkałem Shiregt'a. Możesz mnie tam zaprowadzić? - nie czekając na odpowiedź, skierowałem swoje kroki z stronę przeciwną, skąd przyszliśmy aż tu. Jednak pozwoliłem doświadczonej przewodniczce iść przodem, po pierwsze sam bym się zgubił, po drugie była starszą ode mnie klaczą, a ja nie chciałem wypaść jak cham. Droga powrotna zdawała się mijać jakoś łatwiej, sprawniej. Kojarzyłem niektóre z charakterystycznych punktów, jak choćby odznaczające się na tle innych rośliny, obok których przechodziliśmy przedtem. Starałem się zwracać uwagę na takie niby to mało znaczące szczegóły, aby kiedyś móc bez ryzyka zgubienia się chodzić tu sam na poranne wędrówki. Jednym z charakterystycznych drzew było bardzo wysokie, spalone mocno od góry, niemalże do połowy odłamane i okopcone czernią prawie do poziomu naszych głów. Musiał trafić w nie piorun podczas burzy. Solidne drzewo nie spłonęło jednak całkowicie i stało się swego rodzaju drogowskazem. W końcu po jakimś czasie udało nam się dotrzeć do tego samego miejsca, w którym znalazłem się dzisiaj rano. Aktualnie południe już schylało się ku wieczorowi, więc zająłem Khairtai właściwie cały dzień. Postanowiłem w takim razie pożegnać klacz i nie zawracać jej już dzisiaj sobą głowy. Po drodze dowiedziałem się, że pobliski zagajnik to miejsce naszego wypoczynku, jedzenia i spotkań, dlatego tam też udałem się, aby być może poznać kogoś nowego. Nie musiałem czekać długo zanim na drogę napatoczył mi się jakiś koń. A dokładnie bułana klacz. Szła dość dziwnym krokiem, jakby chwiejnym, patrząc co chwila na boki i chichocząc. Może i było to niewyjaśnione i dziwne, ale całkiem spodobało mi się to nietypowe zachowanie. Ruszyłem więc kłusem w jej stronę i spojrzałem na klacz. Zapatrzona na bok, zatrzymała się dopiero kiedy rąbnęła głową prosto we mnie. Odwróciłem pysk z wyrazem udawanej boleści, po czym zaśmiałem się cicho.
- Hej, jak się masz? - zagadałem pogodnie - A tak w ogóle, jestem Hypnos, a ty?

<Mivana?>

5.01.2019

Od Hypnosa do Kasji ,,Zabawna towarzyszka"

Mijały dni od czasu kiedy zostałem ciężko ranny w potyczce z wilkami. Całe szczęście, że Kasja w porę zareagowała i zaprowadziła mnie do medyczki. Mondream siedziała przy mnie właściwie cały czas, wykazywała się niemałą pomocnością. Każdego dnia gdy byłem jeszcze bardzo słaby, pomagała mi wstać, abym mógł przejść się do jeziora zaczerpnąć nieco wody. Nierzadko zdarzało się, że przyniosła mi również jakieś owoce, które były dobrym i koniecznym w chorobie źródłem witamin. Jej obowiązkiem było też codzienne przemywanie moich ran, kładzenia na nie okładów zamoczonych w różnych zielarskich naparach i podawanie mi leków, abym szybciej wyzdrowiał. Widać było, że naprawdę mnie polubiła, chociaż wydawałoby się, że ja nie czuję nic prócz wdzięczności za opiekę. Cóż... Inna sprawa, jeżeli chodzi o Kasję. Ta, dużo ode mnie starsza i tym samym bardziej doświadczona, wydawała mi się najpierw całkiem odmienna od wszystkich koni, które poznałem w trakcie mojego krótkiego jeszcze życia. Czy było to dobre, czy też złe, sam nie miałem pojęcia, ale sama ironia bijąca z tej drobnej postaci raziła mnie niczym prąd, a przyciągała jak magnes. Kasja odwiedzała mnie tak często, jak często wspominała że to jej obowiązek. Innymi słowy codziennie. Słowa te budziły we mnie z początku oziębłość i pewien rodzaj zdenerwowania, jednak z czasem zacząłem śmiać się z nich, a jeszcze później całkiem odwracać kota ogonem i dogryzać pogodnej klaczy. Myślę, że właśnie to zbudowało nasze relacje do takiego stopnia, że staliśmy się przyjaciółmi. Mój stan szybko ulegał poprawie mimo tego, że początkowo bliski byłem przedwczesnej śmierci. Medyczka jednak otaczała mnie tak dobrą opieką, że bez jej pomocy śmiałbym wątpić w mój szybki powrót do pełnej sprawności. Mondream wydawała mi się z początku cicha i nieśmiała, długi okres czasu skrępowana wyraźnie nowym towarzystwem. Z czasem jednak zamieniła ze mną kilka słów, głównie pytała o zdrowie i samopoczucie. Dopiero niedawno pierwszy raz zagadała mnie na nieco dłużej, tym razem próbując dowiedzieć się czegoś o mnie. Nie byłem skory do odpowiedzi, bowiem temat był zdecydowanie nietrafiony. Widząc jednak lekki zawód w oczach klaczy, zmieniłem po prostu temat, ciągnąć nadal rozmowę. Mondream wywołała jednak na mnie wrażenie po prostu dobrego medyka i miłej postaci. I tak właśnie dostrzegam ją do dziś. Ignoruję więc wszelkie uszczypliwe intrygi ze strony Kasji, w których nawiązuje ona przy mnie i Mon do związków, miłości i tak dalej. Dzisiejszy dzień zapowiadał się jak każdy inny. Czułem się już w miarę dobrze, ale powinienem zostać jeszcze w pobliżu medyka, a przynajmniej tak uważa śnieżnobiała klacz. Leżałem więc na polanie, nudząc się już nieco i tęskniąc mocno za swoją pracą. Może nie za samym odbieraniem życia wrogom, lecz za pchaniem się we wszystko, co niebezpieczne, zabójcze, krwawe. Taki już byłem i mogłem tłumaczyć to innym na różne sposoby, za każdym razem kłamiąc. Moja pasja do niebezpieczeństwa wydawała się głupia nawet mi, ale potrzebowałem tego. Widocznie do tego zostałem stworzony. Wtem z zamyśleń wyrwało mnie dzienne powitanie.
-Nie należałeś się już wystarczająco, leniu? Już dochodzi południe, a nasi odwieczni wrogowie nadal czekają na egzekucję.
Nie musiałem nawet odwracać się, aby wiedzieć z czyich ust padają jakże śmiałe słowa. Jakby na potwierdzenie moich przypuszczeń, zaraz dostałem lekko kopytem w kręgosłup. Westchnąłem tylko i odrzekłem:
-I jeszcze kopie leżącego...-wstałem pospiesznie z udawanym oburzeniem-A ty, Kasjo? Tyle rang stoi przed twym dumnym obliczem, krzycząc abyś zajęła się czymś ważnym, a ty wolisz odwiedzać byle rannego na chorobowym? Kto mi wyszpieguje wrogów pod nóż?
Zaśmiałem się pogodnie, mówiąc nadal z przekąsem i próbowałem trafić w nią lekko pyskiem. Ta odskoczyła jednak szybko.
-E-e-e, podrywaj sobie Mondream, nie ze mną takie numery. - popatrzyła na mnie z pogardą, ale zaraz przybrała znów złośliwego wyrazu -Tak się składa, że odwiedzenie cię to dziś mój ostatni z obowiązków, który i tak miałam odłożyć na jutro. Ze wszystkim uwinęłam się do południa.
Popatrzyła triumfalnie na mnie, po czym sama się lekko zaśmiała. Odwzajemniłem tylko uśmiech i popadłem znów w chwilowe zamyślenie. Czułem się już dobrze, a nawet zdolny do pracy. Po prostu nie mogłem usiedzieć dłużej w miejscu, przysparzając tylko pracy Mondream. Udałem się więc do niej, aby spytać kiedy mógłbym powoli wracać do pełnienia swojej roli w Klanie i przy okazji do nieco szerszego życia towarzyskiego. Klacz stała na drugiej stronie polany, przypatrując się mi i Kasji. Gdy zauważyła, że kieruję się w jej stronę, uciekła wzrokiem nieco speszona. Uśmiechnąłem się tylko lekko i pewnym krokiem podszedłem. Tym razem podniosła głowę, poniekąd udając zdziwienie ujrzeniem mojej osoby.
-Witaj, Mondream. Jak ci mija poranek?
Przywitałem się tymi słowami. Odpowiedź uzyskałem niemal natychmiast.
-Cześć, Hypnosie. Emm...całkiem nieźle, a tobie?
Odrzekła przyglądając się raz mojej ranie, a raz śniegowi, po którym stąpaliśmy.
-Słuchaj, mógłbym może już wrócić do wykonywania swoich obowiązków? Zaczyna mi tego brakować, a czuję się już świetnie.
Przedstawiłem sprawę jasno, nie chcąc zabierać czasu sobie ani jej. Medyczka zamyśliła się na moment, odwracając ode mnie swą uwagę. Później spojrzała na mnie, analizując zapewne mój stan. Krwi dawno mi przybyło, nie wyglądałem niewyraźnie, dawna siła powróciła. Rana goiła się także prawidłowo, chociaż bardzo wolno i niepokoiło to nas obydwu. Wiem, że muszę teraz uważać, aby rana nie otworzyła się na nowo. Gdyby wdało mi się tam zakażenie, prawdopodobnie długo bym nie pożył. W końcu klacz wzięła wdech, jeszcze moment pomyślała i odparła:
-Hmm... No dobrze. Ale musisz na siebie uważać, jeszcze niedawno prawie się wykrwawiłeś. Nowa krew pewnie nie zdążyła jeszcze zapełnić całkowicie braków i sam wiesz, że gdybyś znów uległ poważnemu wypadkowi...
Patrzyła na mnie z powagą i pewnym strachem w oczach. Słuchałem jej słów, przyznając jej w duchu rację, ale nie wytrzymałbym dalszego leżenia w bezczynności.
-Będę uważał. Obiecuję.
Uśmiechnąłem się lekko i pożegnałem medyczkę, kierując się w stronę Kasji. Ta przyglądała się z dużej odległości całej naszej rozmowie z Mondream. Stała patrząc na mnie spode łba, jednak z lekkim uśmiechem politowania.
-Dobrze patrzeć na młodą miłość w Klanie.
Doskonale wiedziała, co denerwuje mnie najbardziej, a nawet nadużywała tego świadomie. Prawdziwa przyjaźń.
-Pozwoliła mi już wrócić do pracy i wieść dalej samotne, niezmącone niczym oprócz twojej obecności, życie.
-Coś ty powiedział?
Oburzyła się moim zuchwalstwem. Ja tylko zaśmiałem się cicho i ciągnąłem dalej:
-Co więc powiesz na wspólną pracę? Potowarzyszę ci w odnalezieniu poszukiwanych wrogów, a potem spokojnie oddam się swojej uroczej pracy... - wziąłem ze śniegu nóż, który towarzyszył mi od kiedy leżałem ranny - Chyba, że nie masz nastroju na przelewanie cudzej krwi. W takim przypadku mogę zaprosić cię chociażby na przechadzkę w Gerel uul. Może to kawałek stąd, ale przynajmniej bogato tam w roślinność. Czego tu brakuje. No, nie licząc trawy. To co?
Spojrzałem pytająco na Kasję.

<Kasja?>

2.01.2019

Od Hypnosa ,,Zgubne jagody" Misja #4

Zbliżał się wieczór. Przebywałem w towarzystwie Khairtai nad Uws, przypatrując się pięknemu zachodowi pomarańczowo-czerwonego słońca. Nikło ono niezbyt pospiesznie za odległym pagórkiem. Ten zaś znajdował się aż za wodą, więc nasze oczy z ledwością tam sięgały. No, przynajmniej moje, bo klacz rzeczywiście posiadała iście sokoli wzrok. Czasami słońce przebijało się jeszcze ciemnymi promieniami między poszczególnymi górkami. Jednak ta centralnie przed nami - jedna z najwyższych - przysłaniała słońce ze skutecznością. Widok był co prawda magiczny, lecz całkiem nie potrafiłem skupić się na jego pięknie. Myślałem, aby opuścić już jezioro. Byłem okropnie zmęczony. Od kiedy dołączyłem do Klanu moje życie nabrało szaleńczego pędu. Nie było dnia bez niespodzianek. Nie żyłem co prawda w strachu, gdyż odznaczałem się raczej męstwem. Mimo wszystko uczucie, że ciągle gdzieś jestem potrzebny wyczerpało mnie i jęło wysysać ze mnie młodzieńczą energię. Pożegnałem więc tylko moja towarzyszkę i postanowiłem udać się już do zagajnika. Postanowiłem przenocować dzisiaj w swoim ulubionym miejscu na polanie, blisko samego serca małego lasu. Spieszyłem się w to miejsce, więc niedługo zajęła mi podróż od jeziora do łączki między drzewami, wysuniętą nieco w jego stronę. Wparowałem na nią resztkami sił, zgarniając z krzaka, na którym zawsze rosły, kilka jagód. Dziś nie jadłem praktycznie nic, ale zrobiłem się trochę głodny. Garstka owoców wystarczyła mi jednak w zaspokojeniu tego nieznośnego uczucia. Położyłem się zaraz potem do snu. Leżałem z ugiętymi nogami na prawym boku. Zamknąłem znużone oczy, oparłem łeb o zimną od topniejącego pode mną śniegu trawę. Oddech mój stał się spokojny i głęboki, jak podczas snu. Niedługo zajęło mi zaśnięcie w miarę twardym widocznie snem, gdyż obudziłem się dopiero bardzo wczesnym porankiem. Otworzyłem powoli oczy, z początku leżąc jeszcze nieprzytomnie jakiś czas. W końcu otrzeźwiałem nieco ze znużenia zbyt długim snem, odgiąłem się do tyłu. Kręgosłup strzelił mi z ulgą kilka razy. Wyjrzałem w stronę wyjścia z polanki, między dwoma grubymi drzewami. Niebo przybrało niedawno szarawej jeszcze barwy, nie ustępując na razie błękitowi. Jasnozłote słońce próbowało przedrzeć się przez brunatności, jednak na ten czas bezskutecznie. Zimą noc przychodziła szybciej, a ustępowała później, niż latem. A ja czułem, że nie mogę dłużej leżeć. I tak spałem stanowczo zbyt długo, gdyż położyłem się spać wcześnie, bo wieczorem. Wstałem więc, przeciągając się jeszcze jak kot, aby ponaciągać kończyny. Zjadłbym śniadanie, te wczorajsze zimowe jagody były po prostu przepyszne. Spojrzałem więc z utęsknieniem na ciemnozielony krzew, rosnący kilka kroków ode mnie. Nie mogłem znaleźć ani jednego, malutkiego owocu... Przydałoby się zdobyć kilka, aby móc wrzucić coś na ząb. Wstałem pospiesznie i otrzepałem się z mokrego śniegu. Wpadło mi do głowy, gdzie mogę znaleźć moje pyszne śniadanie. Kierowałem swoje kroki na odległe wzgórze, nieco poza tereny naszego Klanu. Tam rosły gęsto krzaki z jadalnymi, ciemnymi i pięknie pachnącymi jagodami. Tymi, które ostatnio tak bardzo przypadły mi do gustu, że mógłbym jeść je mimo uczucia przepełnienia. Niestety, tegoroczna zima nie była w Mongolii zbyt urodzajna. Jednak skoro nadzieja umiera ostatnia...co mi szkodzi wybrać się tam. I tak musiałem poszukać jakiegoś śniadania, a monotonne żucie przemoczonej śniegiem i zmrożonej zielonki nudziło mnie powoli. W końcu dotarłem aż do wzgórza porośniętego jagodowymi krzewami. Musiałem wbiec pod górkę, co pozwoliło mi rozruszać lepiej obolałe po głębokim śnie kończyny i kręgi. W połowie drogi na rozległy szczyt, moją uwagę zwrócił bardzo wyraźny dźwięk galopu.
Czyżby ktoś też zgłodniał z rana, dokładnie jak ja? Jednak odgłosy dobiegały z całkiem innego kierunku, niż myślałem na początku. Otóż słyszałem je od strony pobliskiego lasu, ciągnącego się na tym i innych niedalekich pagórkach. Wtem ujrzałem spłoszone zwierzę, z pewnością nie był to jednak koń. Przyglądałem się mu zza krzaków, nie mając czasu na własną ucieczkę w razie niebezpieczeństwa. Rogi zwierzęcia zdradziły mi, że to łoś. Wyglądał na mojego wzrostu i bardzo potężnego. Przerażał mnie zarówno on sam, jak i strzały, które rozlegały się za biegnącym łosiem jeden po drugim. Oj Hypnosie, znowu wpakowałeś się z kłopoty - zacząłem oburzać się w duchu sam na siebie. W zadumie na moment straciłem łosia z oczu. Usłyszałem jednak jęk bólu. Zwierzę stukało kopytami próbując zapewne postawić się pospiesznie na nogi. Wychyliłem się zza krzewów i kilku rosnących obok drzewek i o mało nie zostałem stratowany przez krwawiące zwierzę. Całe szczęście, że szybko uskoczyłem za krzaki. Padł po chwili, dobity ostatnim strzałem. Łoś leżał konając obok drzewa rosnącego bardzo blisko jagodowych krzaków. Wiedząc, co to oznacza, wpadłem w panikę. Chciałem uciekać, ale to tylko zwróciłoby uwagę kłusowników. Podbiegli oni teraz do łosia i w kilka osób już brali na plecy okazałą zdobycz. Nagle jeden z nich dojrzał mnie ku mojemu przerażeniu. Krzyknął coś do pozostałych mężczyzn. Zbliżali się do mnie, mierząc już w mój łeb strzelbami. Otoczyli mnie. Myślałem że to już koniec, nie widziałem żadnej rozsądnej drogi ucieczki. Wtem, podbiegła do nich młoda dziewczyna i krzyknęła coś łapiąc jednego z kłusowników za ramię. Nie wiedziałem co się dzieje. Słyszałem rozmowy ludzi, ale całkiem nie potrafiłem nie odszyfrować, o czym mówili. Słowa dziewczyny sprawiły jednak, że mężczyźni rzucili strzelby. Jednak zbliżali się do mnie coraz bardziej. Próbowałem odwracać się do nich zadem i kopać, ale oni zabiegali mnie wciąż od przodu i z boków. Na nic było również cofanie, wręcz wchodzenie na krzaki, które przedtem służyły mi za niezbyt trafioną kryjówkę. Jeden z kłusowników wykonał gwałtowny ruch, co spłoszyło mnie mocno. Lina, którą rzucił, zacisnęła się na mojej krtani i z każdym szarpnięciem odcinała mi możliwość złapania oddechu. Poddałem się widząc, że to wszystko na nic. Wiedziałem, że prędzej czy później ucieknę im i że nie grozi mi raczej śmierć. No chyba, że prowadzą miejscową rzeźnię i właśnie pozyskują darmowy towar. Jeden z mężczyzn podszedł do mnie od boku i próbował wdrapać się na mój grzbiet. Co oni robią? Jeżeli myślą, że będę ich woził to mylą się! Zacząłem strzelać barany, aby utrudnić im zadanie. Wreszcie opadłem całkowicie z sił, więc musiałem poddać się. Człowiek siedział na mnie, trzymany z obu stron przez dwóch innych. Liną zarzuconą na mą szyję próbowali odwracać mi głowę. Gdy sprzedał mi kopniaka piętą, wystrzeliłem w przód galopem, nadal mając nadzieję na ucieczkę. Spiąłem się cały i tylko czekałem na moment kiedyś będę mógł zrzucić człowieka. Zacząłem tym razem dębować wysoko, szarpiąc głową. Jednak mężczyzna miał zbyt dobrą asekurację i nic to nie pomogło. Kiedy przestali sobie radzić z kierowaniem mną, czterech kolejnych poczęło ciągnąć mnie w przód i bić mocno batem. Byłem okropnie wściekły i wyczerpany, położyłem się więc. Jednak ludzie dalej działali na mnie przemocą. Trudno, może z miejsca w które mnie zaprowadzą szybciej uda mi się uciec. Szedłem więc już niespokojnie, ale tam gdzie mnie prowadzono. Droga ciągnęła się długo przez owy las, w którym miałem zamiar zjeść dzisiaj spokojnie śniadanie. Myślałem, że nie ma możliwości wymknięcia się ludziom. Mają przecież broń i jest ich bardzo wielu, nie oprę się nijako ich przemocy. Wtem, w samym sercu lasu, wpadłem na pewien plan. Ten bór wręcz roił się od wilków, a najwięcej można było ich spotkać właśnie tu. Któż inny może nieświadomie wyciągnąć mnie z rąk ludzkich, jak nie inni, liczniejsi drapieżnicy? Pytanie, jak ściągnąć tu chciwe wilki inaczej, niż jedzeniem. A może wcale nie trzeba inaczej... Niespodziewanie stanąłem w miejscu, stawiając opór z całych swoich sił. Ludzie oczywiście poczęli okładać mnie po bokach i zadzie, w końcu za którymś razem udało się któremuś z nich tak otrzeć mój naskórek, aby zaczęła lecieć z niego krew. Teraz wystarczyło jedynie wydać z siebie okrzyk bólu, poszarpać się nieco i paść na ziemię. Ludzie gorączkowo zaczęli stawiać mnie na nogi, a ja nadal starałeś się zwabić wilki. W końcu co powstrzyma pół watahy wilczych myśliwych przed uzyskaniem zdobyczy tak dużej, mięsistej, a na dodatek już rannej? Na pewno nie garstka ludzi, którzy z pewnością zaczną uciekać lub ewentualnie strzelać do pojedynczych osobników. Ale ja byłem na to gotowy do ucieczki. Wiedziałem również, gdzie się skryć, aby nie ponieść z kolei śmierci z wilczych kłów. Ku mojemu zadowoleniu, chmara wilków otaczała nas stopniowo, kryjąc się jeszcze za drzewami i badając całą sytuację. Wreszcie jeden z potężnych basiorów rzucił się w naszą stronę, a ja wykorzystałem sytuację i wyszarpałem się z rąk ludzi. W szalonym pędzie w stronę terenów Klanu, udało mi się po kilku susach zrzucić człowieka dosiadającego mnie. Moja wytrzymałość pozwalała mi biec takim tempem bardzo długi odcinek. Wilki - co prawda, też nie od razu - jednak rzuciły się na mnie, ścigając nieustępliwie. Musiałem bardzo uważać, aby nie zwołały reszty stada czyhającego wśród leśnej roślinności i nie zagrodziły mi drogi ucieczki. Po dłuższej chwili wybiegłem z lasu. Część wilków nadal mnie goniła, jednak znacznie mniejsza niż na początku i wiedziałem, że mogę szybko je zgubić. Mi nadal starczało sił na dalszy bieg. Do Klanu było dość daleko, ale ja miałem swoją kryjówkę znacznie już bliżej. Wbiegłem na szczyt stromego pagórka, oglądając się za siebie. Kilka basiorów biegło jeszcze za mną, ale były to już pojedyncze sztuki. Przyspieszyłem tyle, ile mogłem i wbiegłem w gęstwiny krzaków. Był to istny raj dla wielu zwierząt, więc wilki szybko straciły trop. Zapachy różnych gatunków mieszały się w powietrzu ze słodkimi woniami zimowych owoców. W krzakach starałem się oczyścić ranę z krwi, co jeszcze utrudniało zadanie zrezygnowanym drapieżnikom. Wygrałem. Wilki odpuściły sobie szybko, nie próbując dalej łapać tropu. Byłem ocalony. Wyszedłem jeszcze ostrożnie z krzewów, patrząc dookoła. Nie było tu żywej duszy, poza kilkoma zającami przesiadującymi w mojej kryjówce. Udałem się ze spokojem na tereny Klanu. Może czasem rzeczywiście zadowoli mnie zwykła zielona trawa na śniadanie...

Zaliczone.

31.12.2018

Od Hypnosa ,,Owoc ratujący życie" Misja #2

Patrzyłem ze zniecierpliwieniem na wyjście z jaskini. Gdzie ona do licha jest tak długo! Umiejętnie ukrywając frustrację zewnętrzną, przeklinałem zielarkę w duchu. Nie mam dziś zbyt dobrego humoru, a nienawidzę marnować czasu. Jaskinia klaczy była dość mała. Na drewnianych ladach leżało pełno zasuszonych ziół, wywarów, grubych zielników i mały kociołek. Oprócz tego jej wnętrze niczym się raczej nie odznaczało. Jaskinia znajdowała się na odległych terenach poza naszym Klanem, ale zostałem tu wezwany ze względu na swoją rangę. Miałem wprawdzie wymordować kilku nieprzyjaciół, zawzięcie naginających cierpliwości naszego władcy. Pracę jednak z powodzeniem przerwała mi pod pretekstem bardzo ważnej sprawy, niejaka Saminaria. W trakcie, kiedy zaczynałem szykować już nóż do pracy, ona podbiegła do mnie z tajemniczego kierunku i poczęła pytać skąd przybywam. Usłyszawszy po chwili moich namysłów, czy nie lepiej skłamać, prawdziwą odpowiedź, stuknęła z zachwytem kopytami i porwała mnie niemal siłą do swojej jaskini. Z początku opierałem się, ale za każdym sprzeciwem mówiła z promiennym uśmiechem, że to sprawa życia i śmierci. Śmiałem więc wątpić w rzetelność jej zapewnień, mimo wszystko nie zdołałem oprzeć się jej namowom. Kiedy weszliśmy do jej jaskini, kazała mi czekać. Tak więc, siedzę tutaj już od dłuższego czasu i realnie rozważam ucieczkę. Jednak zanim zdążyłem włączyć mój plan w życie, Saminaria skoczyła ku mnie, o mało nie nadziewając się na nóż, który dalej trzymałem w pysku. Przewróciłem tylko oczyma i powiedziałem przez zęby, gdyż nóż nie pozwalał mi inaczej:
-Uważaj, droga pani. Nie chciałbym wrócić do Klanu z małą nadwyżką wykonanej pracy. - wyszczerzyłem się sztucznie i rzuciłem nóż na ziemię. Klacz, mimo średniego już wieku, zdawała się bardziej energiczna od niejednego źrebaka. Popatrzyła na mnie tylko i zachichotała. Musiała mieć dobry humor, co nie udzielało się niestety nadal mi.
-Musisz mi wybaczyć, Hypnosie, ale zasłuchałam się w ptasich trelach...ach, a te róże, dziś pachną stokroć większą słodyczą! Trochę mnie nie było, co? - i nie czekając odpowiedzi zaczęła szukać czegoś w zielniku. W końcu pysk jej spoważniał, poczęła na mnie wyczekująco patrzeć, jakby chciała bym zadał pytanie. Westchnąłem więc i postanowiłem to właśnie zrobić.
-A więc, Saminario, po cóż mnie tu tak gorączkowo zapraszała?
-Ach, tak, jeszcze ci nie powiedziałam... - chwilowo rozpromieniła się, ale natychmiast potem znowu spoważniała - Na nasz klan spadła okropna epidemia nieznanej nam dotąd choroby. Do chorych nie może się zbliżać nikt, tylko medycy podają im codziennie leki. Z początku nie wiedzieliśmy, czym to leczyć, ale po nocach eksperymentów, wynalazłam to.
Tutaj zaczęła wymachiwać mi przed nosem flakonem z lekko czerwonawą cieczą o dziwnym, kwaśnym zapachu.
-Głównym składnikiem leku jest roślina, którą ciężko odszukać...ja jestem już starsza, nie mam tak bystrego oka. - klacz widząc moje niezadowolenie malujące się na pysku, poczęła przekonywać mnie dalej -Błagam, moi przyjaciele umierają, połowa stada umiera, wszyscy potrzebują leku, a ja nie daję rady... Ratuj nas! - chodziła gorączkowo wokół mnie, patrząc pokrzywdzonym wzrokiem prosto w moje oczy. No cóż...skoro sprawa jest naprawdę poważna, to nie mogę jej odmówić pomocy. W końcu to tylko szukanie jakiejś rośliny, raz dwa i będę ją miał. Teraz musiałem tylko dowiedzieć się czego dokładnie szukać i gdzie tego szukać, skoro jest to podobno rzadka roślina.
-Przedstaw mi więc może roślinę, której mam poszukiwać. Jaka jest jej nazwa? — na te słowa klacz aż podskoczyła z zadowolenia.
-Czyli nam pomożesz! Och dzięki, Hypnosie, bohat...
-Dobra, dobra. Nie mogę tracić czasu, opisz mi roślinę! - przerwałem jej i warknąłem już na nią z lekka, co podziałało. Saminaria szukała po półkach księgi zielarskiej z rzadkimi roślinami. Po sekundzie wyciągnęła ją z najwyższej półki. Nie była tak gruba, jak pozostałe zielniki i encyklopedie. Otworzyła pełną rysunków księgę i wertowała jakiś czas kartki. Kurz sypał się wówczas po całej jaskini, widocznie dawno nie korzystała z księgi. W końcu położyła gwałtownie kopyto na jednej ze stron i podniosła powoli głowę, patrząc na mnie. Podszedłem od jej strony stołu i zacząłem się przyglądać obrazom. Moim oczom ukazał się wysoki krzew. Zielone, owalne listki gęsto upakowane na cienkich gałązkach. A pod spodem osobny rysunek owoców, jakby czerwonych owalnych jagód. Dokładnie zapamiętywałem ten obraz, aby potem bezbłędnie móc rozpoznać roślinę. Nie znałem jej przedtem, musiała być naprawdę rzadka i to zniechęcało mnie łatwo. Klacz widząc to, postanowiła wyprawić mnie pospiesznie na poszukiwania.
-To berberys zwyczajny. Okropnie rzadki w Mongolii, okropnie. Jego czerwone rośliny dojrzewały co prawda w październiku, ale lubi nasze przymrozki i zdarza się, że jeszcze rośnie na niektórych krzakach. Może sięgać nawet wysokości trzech metrów. Szukaj go w gęstych lasach, najlepiej w pobliżu wyższych pagórków. Przypatrz się mu jeszcze przez chwilę i ruszaj w drogę. Ach, zapomniałabym...uważaj na ciernie! - klacz ponaglała mnie gorączkowo w stronę wyjścia. Zdążyłem tylko chwycić mój nóż i wybiegłem bez gadania z jaskini. Rozejrzałem się za pierwszym lasem, jaki mógł uchwycić mój wzrok. Jeden z tych ogromnych borów rozciągał się dość niedaleko, postanowiłem przetrząsnąć go całego. Bywałem w nim już kilka razy, na porannych spacerach. Określiłbym go mianem tajemniczego, ponieważ skrywał choćby wiele nieznanych mi roślin. Uznałem więc, że to idealne wręcz miejsce do szukania igły w stogu siana. Poranek powoli ustępował i jasne południe wkroczyło na zachmurzone niebo. Po wdrapaniu się na pagórek, na którym zaczynał się bór, przystanąłem na moment myśląc, od czego by tu zacząć poszukiwania. Musiałem wybrać taką drogę, aby przebyć jak najwięcej leśnych ścieżek. Krzaki gęsto oplatały drzewa, jednak były to zwykle dzikie jagody. Śnieg chrupał pod moimi nogami z każdym krokiem, ale ja patrzyłem uważnie raz w prawo, raz w lewo. Przypatrywałem się liściom, jednak narazie żadne nie były tak podobne do tych, które pokazała mi Saminaria. Jeśli wydawało mi się, że w końcu trafiłem na odpowiednią roślinę, moje wątpliwości rozwiewała jej wysokość, ostatki owoców innego koloru niż owoce berberysu lub ciepłolubność marnie wyglądającego krzaku. W lesie nie spotkałem narazie żywej duszy. Wybierałem ścieżki mniej chętnie odwiedzane, może to było powodem. Poszukiwania zaczęły trwać naprawdę długo, przez co miałem coraz mniej nadziei na ich sukces. Nagle moja grzywa zaplątała się w którąś z roślin. Zacząłem szarpać się, odwróciłem łeb w stronę krzewu i aż podskoczyłem. Krzak wyglądał identycznie jak ten w księdze zielarki. Po chwili udało mi się odplątać z jego cierni. Szukałem z zapałem owoców wśród kłujących liści i kolców chroniących berberys. Niestety, nie znalazłem ani jednej czerwonej jagody na gałązkach rośliny. Jednak ucieszył mnie sam fakt, że roślina tu występuje i począłem szukać w pobliżu kolejnych podobnych krzaków. Po niedługim czasie znalazłem jeszcze kilka. Na dwóch z nich rosły owoce, piękne, podłużne i pachnące. Z zaskoczeniem odciąłem jednym ruchem noża kilka gałęzi z owocami. Jak na moje oko, zebrałem w końcu około trzydziestu jagód. Więcej nie mogłem dopatrzeć się mimo tego, że szukałem naprawdę długo. Raniłem przy tym moje chrapy cierniami, ale nie przywykłem narzekać na ból. Ostatecznie porwałem w pysk kilka gałązek czekających na mnie na śniegu. Czerwone niczym krew owoce błyszczały oświetlone promykiem zachodzącego już słońca, który przemknął pomiędzy wysokimi limbami. Ostrożnie niosłem zdobycz w stronę wyjścia z lasu. Trochę trwało, zanim odnalazłem główne ścieżki. Zboczyłem z niej mocno wcześniej. W każdym razie wiedziałem w którą stronę iść i nawet nie odnajdując końcowo właściwej drogi, wyszedłem z lasu. Okazało się, że nawet nieco bliżej jaskini zielarki. Zbiegłem z górki, uważając aby nie upuścić ani broni, ani owoców berberysu. Podgalopowałem kilkaset metrów, aby szybciej dostarczyć roślinę klaczy. Ta powitała mnie stojąc przy wejściu do swojej kryjówki. Kiedy zobaczyła, że udało znaleźć mi się owoce, aż krzyknęła z zaskoczenia. Co prawda, zapadał już powoli wieczór, więc szukałem całkiem długo.
-Dziękuję, Hypnosie! Teraz przede mną cała noc pracy, nie ma czasu do stracenia...no już, sio! - Saminaria uściskała mnie nagle, po czym wygoniła, pogodna jak zwykle. Uśmiechnąłem się myśląc o wykonanej pracy, jednak zaraz przypomniałem sobie dlaczego tutaj właściwie jestem. Ech, dziś jestem już zbyt zmęczony i prędzej zabiję się o swoje nogi, niż zadźgam wrogów. Powiem władcy, że nie znalazłem ich na tych terenach, a jutro z rana wybiję wszystkich po kolei - obiecałem sobie w myślach, po czym powlokłem się powoli w kierunku zagajnika otaczającego Uws.

Niestety, misja nie zostaje zaliczona.

31.12.2018

Od Hypnosa ,,Tajemnicze porwanie" Misja #1

Czekałem niespokojny w swojej kryjówce. Zacząłem wypatrywać wspólników, ale nie mogłem ich znaleźć wzrokiem. Bezszelestnie podsunąłem się kilka kroków w przód, aby móc dokładniej się przypatrzeć. Ciemność jednak nie pozwalała mi ma to, musiało być już bardzo późno. Poczułem przypływ chłodu, który wydawał się bardziej rzeczywisty od wszystkiego, co mnie teraz otacza. Nawet bardziej realny ode mnie. Jakby wszystko na świecie było mniej znaczące od tego dziwnego poczucia zimna. Ale moje myśli zajmowali wówczas oni... Mieli tu przyjść, dać mi znać, że niebezpieczeństwo minęło. Lub wręcz przeciwnie, ostrzec że jest już krytycznie blisko. Nie bałem się o siebie, ale niepokoiła mnie ta długa już zapewne nieobecność towarzyszy. Straciłem całkowicie orientację w czasie i przestrzeni, lecz wiedziałem że muszę zacząć działać. Wychyliłem powoli głowę zza krzaków, które służyły mi za świetną kryjówkę. Nie słyszałem nic. Po prostu pustka wśród zarysów drzew i krzewów, których również zbyt dokładnie nie rozróżniałem. Zlewały się z tłem, tworząc tylko ciemna plamę, zdradliwą, niczym atrament w rzeźniczych aktach. Nagle przestałem czuć się jakby ogłuszony, co podejrzewałem u siebie od chwili kiedy zauważyłem całkowitą dźwiękową próżnię wokół. Usłyszałem mrożący krew w żyłach, bardzo głośny krzyk:
-Uciekaj, Hypnosie! Uciekaj!
Wrzaski powtarzały się ciągle i coraz szybciej, wchodząc mi niemalże w umysł. Głosy wolały okropnie chaotycznie. Z czasem zacząłem wierzyć, że to woła moja intuicja, tak mocno wbijająca się w mózg jak jej nawołania. Mimo wszystko uciekałem na oślep, przerażony, nie mogący słyszeć nic innego. Z niewiadomych mi z początku przyczyn, upadłem. Nagle poczułem dlaczego. Rozrywający ból tylnej kończyny, przez który aż wydałem z siebie krzyk cierpienia.
Otworzyłem oczy. Podniosłem ciężką głowę. Mój nieprzytomny wzrok utkwił na pełnym księżycu, bardzo dziś jasnym. Leżałem chyba w jaskini. Nie wiem dlaczego i gdzie dokładnie bylem...ale ten sen w połączeniu z dezorientacją w rzeczywistości... Zrobiło mi się tak słabo, że nie miałem sił nawet się bać. Przytomniejąc nieco, poczułem o dziwo prawdziwy ból. Nasilał się szybko, to bez wątpienia lewa tylna kończyna. Przewrociłem się na drugi bok i spojrzałem na nogę. W mięsień wbiła się drewniana strzała, niemalże na wylot. Zaciskałem zęby w cierpieniu i rzucałem się, próbując wstać. Czułem się jeszcze bardzo słaby, ale z pewnością nie jest to bezpieczne miejsce. Teraz muszę uciekać naprawdę. Na nogi postawił mnie całkowicie dźwięk sapania. Zwierzę, sięgające mi do nadgarstków, szło powoli w moją stronę. Cofałem w stronę wyjścia, włócząc ranną nogą. Dopiero teraz udało mi się zauważyć, że nie znajdujemy się wcale w jaskini, a w budynku. Ludzkim. A zwierzę, które pachniało niepodobnie do wilka, z pewnością musiało być psem. Mimo wszystko uciekłem przez otwarte, bardzo szerokie drzwi. Pies pobiegł za mną, przypatrując mi się uważnie, ale niegroźnie. Wtem zaczął wydawać jęki podobne do szczekania. Zrozumiałem, że teraz to już nie przelewki. Obok szopy, w której jakimś cudem przed chwilą leżałem nieprzytomny, stał nieco tylko większy od niej dom. Wybiegli z niego niemal natychmiast ludzie, łapiąc tylko za łuki i strzelby. Tutejsi ludzie łapali niekiedy dzikie konie do cyrków lub aby je zajeździć. Tak pewnie miało być i ze mną, tylko dlatego pozostawili mnie przy życiu. Jak dobrze, że nie mieli masywnego molosa, który mógłby odgonić mnie od wyjścia z szopy jednym susem... Rudy, puchaty pies nie słuchał nawet zbytnio ich poleceń, za to biegł za mną, co szybko mogło mnie zgubić. Ja zaś byłem ranny i ledwo przytomny. Cień cierpienia ogłuszał mnie czasem. Z każdym krokiem strzała osuwała się, wychodząc z mięśnia i raniąc boleśnie jego zdrowe części. Mimo to, przywykły ostatnio do cierpienia, musiałem lecieć dalej. Zacząłem już poznawać przynajmniej teren. Baza Klanu znajdowała się jednak dość daleko, nie wiedziałem więc co mam robić. Potrzebowałem natychmiastowego bezpiecznego schronienia, z raną poradziłbym sobie sam. Gdzie się schować przed nimi? Usłyszałem nagle stukot kopyt... Czyżby zaczęli gonić mnie konno? Spanikowany przyspieszyłem ostatkami sił. Powoli zaczynałem wątpić w moje powodzenie w wyścigu z czasem i z ludźmi. Wpadłem jednak na pomysł, jakby zbić ich z tropu. Wbiegłem na obrzeża zagajnika, w którym znajdowała się nasza baza. Tu postanowiłem zniknąć im z oczu na tak długą chwilę, aby móc wskoczyć do pierwszej jaskini, która ukazała się moim oczom. Tak też zrobiłem. Odetchnąłem z ulgą dopiero, gdy przejechali prędkim galopem obok mojego miejsca kryjówki. Udało się... W jaskini leżała klacz, której jeszcze nie kojarzyłem. Musiała być to jej jaskinia. Zrobiło mi się co prawda bardzo głupio, że ją naszłem, ale nie miałem innego wyjścia. Musiałem jakoś uratować swój tyłek. Klacz wstała przypatrując mi się z nieufnością i lękiem. Wyraz jej pyska zmienił się w chwili, gdy zobaczyła strzałę wbitą w moje udo. Spojrzałem tylko na nią wyczerpanym wzrokiem i rzekłem:
-Wybacz miła... - w tym momencie zacząłem wyciągać strzałę i przewróciłem się jęcząc z bólu, gdy była już w połowie wyciągnięta. Zacząłem więc kontynuować moje wyjaśnienia:
-Ludzie...zranili mnie i uwięzili, ale zbiegłem. Nie pamiętam nawet dokładnie jak do tego doszło...nie patrz na to, proszę - w tym momencie złapałem zębami to, co zostało ze strzały i pociągnąłem ją szybko w górę. Z trudem musiałem hamować okrzyki bólu. Krew pociekła ciurkiem po nodze w dół. Przyłożyłem do rany liść babki, który zauważyłem wśród śniegu przed jaskinią klaczy. Ścisnąłem liść mocniej zębami, aby poleciała z niego chociaż odrobinka soku. Przyspieszy on regenerację tkanek, co i tak zapewne portwa długo. Glęboka, niezbyt szeroka rana nie rzucała się w oczy, o ile oczyszczona została z krwi. Po chwili krwotok ustał, jednak uciskałem ranę dalej, gdyby zaczął się na nowo. Klacz patrzyła na to wszystko z przerażeniem, nie bardzo wiedząc co ze sobą począć. Pytała, czy nie napiłbym się czegoś, jak się czuję i czy może mi w czymś pomóc.
-Dziękuję, ale radzę sobie jak narazie. Jednak miałbym do ciebie wielką prośbę. ..mógłbym tu przenocować? Grozi mi niebezpieczeństwo i jestem ranny, sama rozumiesz... - pytałem, pilnując jeszcze przez chwilę stanu mojej nogi. Klacz zgodziła się, abym został tu do rana. Nie chciało mi się już spać, nazbyt się pobudziłem całą tą sytuacją. Leżałem więc, powoli dochodząc do siebie i nabierając sił na powrót do jaskini, którą na jakiś czas przydzielono mi do spania. Zdawało się, że nie jest tak daleko, jednak wolałem doczekać rana, gdybym w razie czego potrzebował pomocy w razie dalszych ataków ludzi. Dalej dręczyło mnie jedno. Nie miałem pomysłu, jak mogło dojść do tego, że mnie postrzelono. Nie pamiętałem zbyt wiele, musiałem nieźle zaryć głową w ziemię przy upadku. Może kiedyś jakoś to wyjaśnię, a może ktoś to widział? Nie mam pojęcia i w sumie nie zależy mi na tej wiedzy. Najważniejsze, że udało mi się przeżyć. Z pierwszymi promieniami słońca, podziękowałem klaczy i udałem się do siebie.

Zaliczone.

29.12.2018

Od Hypnosa do Khairtai ,,Śmiertelny ratunek życia"

Dziś po zjedzeniu śniadania postanowiłem przejść się na spacer, aby odsapnąć po ostatnich przygodach i zapoznać się lepiej z terenami Klanu. Udałem się więc nad brzeg jeziora, ten od strony zachodniej. Nie miałem okazji okrążyć jeszcze całego wielkiego jeziora, więc było to dla mnie miejsce nowe i nieznane. Woda przymarzała przy brzegach, jednak sam lód wyglądał na kruchy, więc niezbyt mocny. Śnieg otaczał brzegi, czasem spadał z drzew zagajnika tworząc wyższe zaspy. Ja oddalałem się od nich jednak coraz szybszym kłusem, chcąc rozruszać się nieco. Poranne słońce grzało na mnie lekko z góry, a od dołu wiał chłodny wiatr, rozwiewający ogon. Zwolniłem, owiany przypływem harmonii tejże atmosfery. Okazało się, że harmonia szybko została zachwiana. Usłyszałem bardzo blisko siebie głośny i nagły dźwięk. Odskoczyłem z niemałym zaskoczeniem. Spojrzałem na źródło dźwięku, jakim była o dziwo nieznana mi klacz.
-Nie bój się, nie zjem cię. - usłyszałem jej pogodne rżenie. Uśmiechnąłem się, rozbawiony tą całą sytuacją. Zacząłem z nią rozmawiać. Na rękę było mi towarzystwo, za którym tęskniłem coraz mniej, od kiedy jestem tutaj. Pytała, co robię tutaj, nad brzegiem Uws z rana i czy dobrze mi w naszym Klanie. Przy okazji dowiedziałem się, że klacz ma na imię Khartai. Sam przedstawiłem się jej również, ale wydawało mi się że znała już moje imię, sam słyszałem jak rozmawiają o mnie inne konie. Nie zwracałem na to zbytnio uwagi, gdyż po prostu, jestem pierwszym nowym członkiem od dość dawna. Przerwałem na moment rozmowę, aby móc dokładnie przyjrzeć się Khartai. Klacz była nieco niższa ode mnie, jednak budowy nie tak lekkiej, choć jej sylwetka była całkiem smukła. Biała sierść mieniła się, jakby błyszczący śnieg. Pod nią prześwitywała różowa skóra, widoczna głównie na chrapach. Wrażeniu albinizmu zaprzeczały tylko ciemne oczy o ciepłym wyrazie. Długie, zgrabne nogi jej wrażenia szczupłości, mimo jej średniego wzrostu. Poczuła się chyba nieco niezręcznie, widząc, że przypatruję się jej dokładnie. Uśmiechnąłem się lekko i spuściłem tylko wzrok, szukając szybkiego tematu do poruszenia.
-Chciałabyś może pójść ze mną na spacer dookoła jeziora? - zaproponowałem cicho. Było w niej coś, co odebrało mi pewność siebie. Klacz jednak zwróciła nagle uwagę na brzeg jeziora. Popatrzyłem również w tamtą stronę. Czarna plama powoli płynęła w stronę brzegu. Cofnęliśmy się, nie wiedząc, co to jest. Jednak nagle poczęła rzucać się nerwowo, co jeszcze mocniej zaciekawiło nas i wystraszyło. Na oblodzonej części jeziora postawiło nogi, próbując wydostać się na brzeg. Czyżby jakiś źrebak zapuścił się trochę za daleko w zimne jezioro? W końcu nogi zostały pociągnięte w dół przez tonące ciało. Złapałem jedną z nich zębami, Khartai uczyniła to samo z drugą. Szybko wyciągnęliśmy nieprzytomnego, jak się okazało, źrebaka na śnieg. Nie kojarzyłem go całkiem, musiał przybyć z innego klanu lub się zgubić. W końcu jezioro było naprawdę wielkie. Znając podstawy medycyny, łatwo odgadnąć mi było jak postępować. Uciskałem kopytem klatkę malca, który na szczęście odkaszlnął po chwili i wypluł resztki wody. Nie zdążył pewnie napić się zbyt dużo. Nadal nie wyglądał jednak zbyt dobrze. Był strasznie przemrożony i nie odpowiadał nam.
-Co z nim robimy? - westchnąłem pytając Khartai. Unieszczęśliwiał mnie zmącony jak zwykle jakimiś nagłymi wypadkami spokój. Zima widocznie zbyt mocno dawała o sobie znać, a z nią i źrebięca głupota. Klacz również patrzyła na dziecko pogardliwie, choć z iskierką litości.
-Zanieśmy je do któregoś z medyków, może da się je jeszcze odratować. - jednak medyk nadbiegł właśnie w naszą stronę. Ktoś musiał to widzieć i przywołać Mondream. A może sama przyglądała się temu z jakiejś odległości? Wyglądała jakby biegła od dłuższego czasu. Zaraz za nią zjawił się chyba któryś z pomocników, klacz tę kojarzyłem tylko z widzenia. Co do jednego ja i Khartai byliśmy zgodni - idziemy stąd. Zaczęliśmy iść, tak jak wcześniej chciałem, dookoła jeziora, jednak tym razem nie tak blisko brzegu, jak przedtem.
-Żeby to mordera musiał ratować obce źrebię... - zwróciłem się nieco oburzony, ale wpół żartem do klaczy. Ta spojrzała na mnie tylko z błyskiem w oku i dodała:
-I to wszyscy mordercy tego Klanu! Co do jednego. - pokręciła głową i zaśmiała się.
-O, też się tym zajmujesz. Wyobrażasz sobie co to by było, jakby wysłano nas razem na misję? Wybilibyśmy chyba dwa razy więcej, niż by nam zlecono! - zaśmiałem się. Zdecydowanie, cechował mnie nieco czarny i grobowy humor. Drwiłem ostatnio ze śmierci na każdym kroku. Nawet ze swojej, gdyż z wiekiem pogodziłem się z kolejnością losów, które czekają każde stworzenie. Szliśmy dalej, niezbyt zwracając uwagę na nagłe krzyki i rżenia. Jednak zanim zaszliśmy dalej, przypędziła po nas ta sama klacz, która wcześniej pomagała Mondream przy rannym źrebaku. Na jej twarzy rysowało się zmieszanie, przerażenie i niepewność.
-Hej...chodźcie, ale szybko. Bez zbędnych pytań. Jesteście mordercami, prawda?
Zanim zdążyliśmy cokolwiek pomyśleć, tym bardziej powiedzieć, klacz uciekła znów do źrebaka. Pobiegliśmy za nią. Nie rozumiałem, dlaczego potrzebowali morderców do pomocy przy okropnie przemrożonym źrebięciu. Medyczka ujrzawszy nas, podeszła i z wielkim żalem w głosie rzekła:
-Nie ma szans, aby przeżył. Męczy się okropnie, ale organizm wciąż walczy. On bardzo cierpi...nie ma ratunku, po prostu umrze w męczarniach może za godzinę, może za pół. Chyba, że... - rzuciła w naszą stronę krótki nóż - Tylko proszę, raz, szybko i umiejętnie.
-O to się nie martw, Mon. - rzekłem, pewny naszych umiejętności. Jednak wolałem zostawić to zadanie Khartai, gdyż pracowała jako morderca dużo dłużej i pewnie miała większą wprawę. Postanowiliśmy wrzucić ciało do wody, aby nie było podejrzeń zabójstwa. Khartai kazała odejść medykom i wyszukała serca źrebaka. Ja odciąłem mu dopływ powietrza, by przedtem omdlał i nie umierał w bólu. Puls był już bardzo słaby, więc zranione serce nie powinno nawet zbytnio przyspieszyć. Kiedy ciało rozluźniło się, Khartai raz i szybko wbiła nóż głęboko w serce. Kilka sekund i po cierpieniu. W tym momencie zauważyłem, że przyglądają nam się jakieś obce konie. Stały na górze i patrzyły na klacz wyjmującą nóż z klatki biednego dziecka. Nagle zaczęły biec agresywnie w naszą stronę i krzyczeć:
-Zabójcy przyszłego władcy! Królu!
O ku*wa.
<Khartai? Nie, wcale mnie nie poniosłoXD>

28.12.2018

Od Hypnosa do Kasji ,,Niespodziewany atak"

Nie mogłem w to jeszcze uwierzyć. Moja droga dobiegła końca. Już nie musiałem bać się o jutro. Nie musiałem walczyć na bezkresnej pustyni o źdźbło uschniętej trawy. Nie musiałem szukać cudownego wodopoju. Samotność przerywa fala energii niewytłumaczalnego źródła. Spowodowana jest ona, bardzo możliwe, przynależnością, osiągnięciem celu, który mi wmówiono. Jednak coraz bardziej rozumiałem, iż był to także mój cel. Zacząłem mężnieć, a w mojej głowie rodziła się chęć odłączenia się od wielkiej rodziny, więc w sumie powinienem być im wdzięczny, że sami mnie do tego namówili. Przestałem więc wypominać tego w myślach moim starszym byłym opiekunom. I nagle wszystkie niebezpieczeństwa świata stały się dla mnie błahe, nie znaczące wiele więcej niż zeszłoroczny śnieg. Wiedziałem, że oczywiście, wszędzie dookoła czają się na nas ludzie czy drapieżnicy. Pomimo, iż nie zdążyłem jeszcze poznać tu nikogo, czułem to bezpieczeństwo. W końcu, jak to się mówi, w grupie siła. Uczucie to było błogie i, choć nie wiedziałem do końca jakie to uczucie, poczułem jakby rodzinną bliskość do obecności Klanu, jego terenów i atmosfery. Nigdy nie miałem rodziny. No dobrze, jakiś czas może i byłem przy matce, ale miesiąc po moim narodzeniu odebrał mi ją zabójczy ogień. Ojciec zapewne zginął tak samo, chociaż nie mam co do tego pewności. W końcu znałem tylko jego imię i w życiu nie widziałem go. Jak przez mgłę pamiętam obraz kochającej matki, jednak najwyraźniej widzę ją stojącą w boksie zajętym całkowicie ogniem. Zapewne miałem rodzeństwo, podejrzewam nawet że całkiem sporo, gdyż moja matka była podobno jedną z najlepszych klaczy sportowych, wykorzystywanych do rajdów. Jednak dla mnie nie miało to żadnego znaczenia. Co prawda, byłem poniekąd dumny z mojego pochodzenia, ale w żadnym wypadku z osiągnięć przodków. Raczej zachwycała mnie czysta rasa, przez którą w końcu wyglądam całkiem nieźle. Może i jest tak, że moje opływowe wręcz ciało jest przystosowane do przecinania gwałtownych wiatrów turkmeńskich pustyni, a kopyta nie zapadają się jedynie w drobnym piasku. Więc na podmokłych i twardych nawierzchniach różnych terenów, niektóre cechy achał-tekińskie są całkowicie zbędne albo wręcz przeszkadzają. Mimo wszystko po prostu lubię swój szczupły, harmonijny wygląd. Kiedy patrzę na swoją pobłyskującą sierść, nie czuję pychy, lecz przypominam sobie moje dawne stado, do którego przez dwa lata również zdążyłem się przywiązać. To jemu zawdzięczam młodzieńcze pierwsze związki, całe wychowanie i przeżycie w latach źrebięcych. Naszym alfą i przewodnikiem został dwudziestoletni już ogier, zwał się on Pax. Nie ukrywam, zawsze sądziłem że mimo wielkiej mądrości nie nadawał się na przywódcę ze względu na porywczy charakter. Poniekąd uważam go jednak za ojca lecz sądzę, że zawsze podchodził do nas wszystkich dość zimno i oschle. Całą podróż pogrążony był w żałobie za swoją schorowaną partnerką, która była zbyt słaba, by wydostać się z płomieni. Mimo faktu, że był starcem, wyglądał niesamowicie zdrowo i tym też się odznaczał. Całe dnie prowadził nas na czele galopem przemierzając pustynne tereny. Kara maść, dziwnym trafem nigdy nie płowiejąca w pełnym słońcu, wyróżniała go na tle stada złożonego głównie z gniadoszy podobnych do mnie i kilku koni kremowych z rybim okiem. Jedną z jasnowłosych przepięknych klaczy była nawet moja pierwsza partnerka, ale to już długa historia...
Niewielki zagajnik, nasza baza, w którym udało mi się znaleźć swoje miejsce do nocnego spoczynku, jaśniał. Coraz więcej nieśmiałych promieni przedzierało się przez liczne, w miarę wysokie drzewa. Muskały delikatnie poszczególne części mojego ciała, nadając mu blask i chwilowo nagrzewając. Zimą ciepło słoneczne wydaje się jeszcze przyjemniejsze, wśród dość niskich temperatur. Wydeptane już nieco ścieżki na brunatnej ziemi, wskazywały najczęstszy kierunek porannych przechadzek członków Klanu. Większe i mniejsze odciski kopyt kierowały się wprawdzie w różne strony, lecz tam, gdzie było ich najgęściej, kierowały się także moje kopyta. W niektórych z nich poznać można było pośpiech - kopyta stawiano niedbale, ślady pozostały rozmazane i nie aż tak głębokie, jak ślady spokojniejszych spacerujących. I ja powoli stawiałem przed siebie nogę za nogą, przypatrując się raz wierzchołkom drzew rozświetlonych przez ciepły poranek, a raz licznym śladom, z których czytałem nastroje innych koni. Było to raczej zadanie ciężkie, w którego rzetelność odgadywania śmiałem wątpić nawet ja. Jednak lepsza i taka rozrywka, niż żadna. Z tego sennego transu rozbudził mnie dopiero potężny grzmot. Podniosłem z zaciekawieniem głowę i nastawiłem uszy. Wtem mój żołądek zaczął ściskać niemiłosiernie, dając mi podpowiedź, co do źródła poprzedniego dźwięku. Ach, tak... Śniadanie, całkiem bym zapomniał. Wszedłem więc w głąb zagajnika, gdzie za kilkoma rzędami drzew trafiłem na malutką polanę. Nie spodziewałem się tego całkowicie. Polanka znalazła się całkiem blisko mnie i raczej daleko serca zagajnika, co nie zdarzało się często. Moje zdziwienie potęgował jeszcze jeden fakt. Na trawie nie mogłem dostrzec ani jednego ugięcia, co oznaczało, że prawdopodobnie nikogo tu dziś jeszcze nogi nie przywlekły. Ruszyłem nieco dalej, gdzie kępki trawy rosły obficiej i wyglądały na bardziej świeże. Łączkę otaczały ze wszystkich stron drzewa o ciemnej korze, średniej zaś wysokości. Skubnąłem ze smakiem kilka razy zielonej trawy, omijając zgrabnie pyskiem kujące osty. Dopiero wówczas poczułem głód. W związku z tym rzuciłem się niewiele myśląc na trawę, biorąc jak największe porcje do pyska. Od kilku dni nie jadłem właściwie nic, ale nie ze względu na niedostatek roślinności, a raczej przez moją niechęć do jedzenia. Byłem już przyzwyczajony do tego, że zjem raz na kilka dni. To przyzwyczajenie zostało ze mną przez lata wędrówki po pustyni, na której trawa była tak rzadka, jak deszcz tutaj. Kiedy jednak już zacznę się posilać, pochłaniam w miarę dużo jedzenia. Po chwili spożywania poczułem się okropnie pełny. Podniosłem z niesmakiem głowę i zakaszlałem. Parsknąłem parę razy, klnąc w duchu swoją łapczywość. Spojrzałem w górę. Pośród rozchylonych wierzchołków limb, swój promienny uśmiech posyłało ziemi słońce. Oślepiony jego jasnością, przymknąłem oczy i uśmiechnąłem się równie promiennie, jak robiło to ono. Wyglądało na to, że powoli dochodzi południe. Obudziłem się dzisiaj zdecydowanie zbyt późno jak na siebie. Wobec tego, że pora była już późna, postanowiłem sprawdzić co słychać przy jeziorze, a przy okazji napić się i wskoczyć do zimnej wody. Uwielbiałem pławić się, od kiedy pierwszy raz w życiu ujrzałem jezioro. Było to może rok temu, kiedy z dawnym stadem wstąpiliśmy na stepy. Pamiętam, że pierwsze co wówczas zrobiłem, to rzuciłem się w jezioro, nie umieją wprawdzie pływać. O mało nie utonąłem, a gdyby nie moje dawne stado, z pewnością wąchałbym dziś kwiatki od spodu. Jednak lata praktykowania uczyniły ze mnie dobrego pływaka.
Skierowałem więc lekkie i wysokie kroki galopu w stronę Jeziora Uws. Biegłem dokładnie tą samą ścieżką, na której jeszcze przed chwilą obserwowałem końskie ślady kopyt. Po drodze przebiegłem obok innych koni, te jednak zajęte rozmową i poranną przechadzką, zdawały się mnie nie zauważać. Do miejsca, gdzie miałem zażyć kąpieli nie było daleko, więc po kilkunastu susach ujrzałem pełną okazałość jeziora. Moje ciemne oczy cieszyły się widokiem ukochanych barw wody, nozdrza poczuły charakterystyczny zapach, a nogi - mimo iż nie należały do jednego z szybszych koni - znacznie porwały całe moje ciało w przód. Przystanąłem przy samiutkim brzegu, o mało nie zapominając o bagiennym, zdradliwym podłożu. Zatrzymałem się tak gwałtownie, że przysiadłem na zadzie, prawie ześlizgując się w warstwę błota. Rozejrzałem się dookoła. W przejrzystej wodzie pływało kilka koni, przy brzegu moje oczy również wychwyciły kojarzone już sylwetki członków Klanu. Każdy zdawał się zajęty rozmową z towarzyszami lub wypoczywaniem w południowym, zimowym słońcu. Konie, które decydowały się na pławienie, szybko wychodziły z niemalże przymarzającej wody. Ja też nie zamierzałem wchodzić do niej na długo, była okropnie zimna. Najpierw jednak napiłem się. Kilka łyków starczyło mi praktycznie na cały dzień, a nawet na całe jutro. Zanurzyłem powoli przednie nogi w wodzie. Była naprawdę lodowata i dziwię się, że nie zdążyła zamarznąć. Zdecydowałem się jednak wejść do niej na małą chwilę. Przeszły mnie dreszcze zimna, a kończyny po niedługim czasie poczęły drętwieć. Chciałem tylko popłynąć na dalszy kawałek brzegu. Nawet nie myślałem moczyć łba i szyi. Poruszałem pod wodą spokojnie nogami, rozglądając się za najbliższym brzegiem. Szybko "znudziła" mi się moja lodowata kąpiel. Dopadłwszy brzegu, podciągnąłem się przednimi kopytami, aby postawić na gruncie i tylne. Zacząłem otrzepywać się jak pies, stojąc w rozkroku i potrząsając przy tym całym ciałem, od karku aż po sam ogon. Zadowolony jednak poprzednim pławieniem, ruszyłem przed siebie. Kroki swoje tym razem kierowałem w stronę zagajnika, w poszukiwaniu towarzystwa, które również powoli szło w tamtą stronę. Wtem usłyszałem krzyki. Stanąłem, przysłuchując się dobrze. Po niedługim czasie usłyszeć można było również wściekłe ujadanie. Bez wątpienia, należało ono do wilków. Wszystkie siły opuściły mnie chwilowo, serce stanęło w gardle i nie mogłem się poruszyć. Pokrzepił mnie dopiero nerwowy i szybki tęten kopyt. W moją stronę biegł inny koń, bardzo prawdopodobne, że tubylec. Długa, jasna grzywa powiewała z każdym krokiem ucieczki. Nie miałem czasu przyjrzeć się postaci dokładniej, ponieważ wataha wilków już siedziała jej na ogonie. Jedna klacz wobec tylu drapieżników jest bezbronna... Poczułem, że muszę je zabić, bo inaczej nie odpuszczą, tyle że jak? Wokół nie było oprócz nas nikogo. Wystraszona klacz biegła w moją stronę, zapewne żegnając się już z życiem. Miałem pewien plan. Bez dłuższego namysłu, skoczyłem na największego basiora, zapewne alfę. Ten rozjuszony począł gonić mnie, a za nim poleciały poddane mu kundle. Uciekałem w stronę drugiego końca jeziora, zachowując między watahą a mną jakiś dystans. Moje kopyta nie należały do najszybszych, ale za to odznaczałem się wytrzymałością. Wilki zaczęły słabnąć w biegu szybciej niż ja i to pozostało moją jedyną nadzieją na ocalenie po tej sytuacji. Nie miałem pomysłu, jakby zgubić watahę, więc mknąłem nie rozwijając dużych prędkości, które tylko odebrałyby mi sił, a chciwe wilki rozjuszyłyby się. Wydawało mi się, że jestem w stabilnej sytuacji, kiedy niespodziewanie wyskoczył przede mnie basior alfa. "Zabij go" - to była moja pierwsza myśl, którą nasuwał mi strach i utrata nadziei. Na szczęście w porę uznałem ją za głupią. Gdybym zabił alfę, rzuciłyby się na mnie natychmiast pozostałe wilki. Gdybym zaś go nie zabił, on zabiłby mnie, do czego już widocznie mocni się przymierzał. Pościg musiał więc trwać w najlepsze. Zacząłem go na nowo niespodziewanym dla wilków susem nad ich przywódcą. Oszołomione nieco, nie zaczęły biec za mną natychmiast i być może to je zgubi. Wtem usłyszałem strzał, bardzo blisko mnie. Tak, to tylko ludzie mogą mnie nieświadomie uratować... Pozwoliłem drapieżnikom okrążyć się, udawałem konającego z wyczerpania, aby nie nabrały podejrzeń, że to podstęp. Kątem oka patrzyłem w stronę człowieka, celującego oczywiście we mnie. Na co komu wilcze mięso, kiedy można zatłuc konia. Strzał padł, jak przypuszczałem, w moją stronę. Kiedy najsilniejszy z basiorów już chwytał mnie za gardło, kula przeszyła jego klatkę. Głupie wilki! Z zadowoleniem uciekłem jak najprędzej mogłem. Byłem co prawda ranny, krew tryskała z mojej szyi wręcz strumieniem, której zdążyły dosięgnąć wilcze kły. Wbił się naprawdę głęboko, nawet naderwał mięsień. Kiedy adrenalina zeszła, zacząłem mdleć z bólu. Muszę uciekać. Do innych koni. Jak najprędzej, zanim się wykrwawię. I przy okazji zostawię pełno zapachu, gdyby jakiś wilk zgłodniał...czarny humor. Po drugiej stronie brzegu jeziora dostrzegłem postać. Nie mogłem dokładnie jej rozpoznać, obraz rozmazywał mi przed oczyma nieznośny ból i coraz większy niedostatek krwi. Próbowałem przyspieszyć, ale nogi wlokły się i miałem nad nimi coraz mniejszą kontrolę. Na szczęście było już blisko. Ona była blisko. To pewnie ona uciekała przed watahą. Sama lekko krwawiła, ale tylko z... nogi? Nie jestem pewny. W każdym razem chyba musiałem wyglądać strasznie, bo podbiegała do mnie z niemałym przerażeniem. Nie mogłem usłyszeć więcej niż nieskładny bełkot i widzieć więcej niż rozmazane plamy. Powoli traciłem czucie w całym ciele. Ciemne plamy zasłaniały mi całkiem widok. Nogi w galopie ugięły się znacznie pode mną, ale nie odpuszczałem do momentu kiedy omdlenie nie odebrało mi świadomości.
<Kasja?>

27.12.2018

Od Hypnosa do Shiregt'a ,,Czyżby koniec tułaczki?"

Nagły, głośny szmer. To on wyrwał mnie ze stanu głębokiego snu. Gwałtownie rozprostowałem kończyny, stając chwiejnie w lekkim rozkroku. Podniosłem z nagłością głowę i naprężyłem z przestrachem wszystkie mięśnie, w gotowości do ucieczki przed niespodziewanym wrogiem. Moje oczy rozwarły się szeroko, bardzo szybko pomimo faktu, że jeszcze przed chwilą przewracałem się dopiero na drugi bok. Senne przedtem, zlewające się nieco z mymi tęczówkami źrenice powiększyły się znacznie. Niespokojny oddech przez chwilę pozostał przyspieszony, jednak nieznacznie jak i przez nie nazbyt długi czas. Serce zaczęło panicznie łomotać, nakazywało wręcz uciekać, co osłabiło mnie nieco i odniosłem chwilowe wrażenie, iż moje nogi zrobione są z waty. Me całe ciało przeszedł dziwny, choć często występujący u mnie dreszcz paraliżu. Na szczęście wszystkie bardzo nieprzyjemne odczucia i pierwsze myśli dotyczące ucieczki, trwały nie więcej niż chwilę. Kiedy już nieco ochłonąłem po tychże doznaniach, zacząłem rozglądać się dookoła, bacznie przypatrując się gęstwinom, w których postanowiłem w dniu wczorajszym odpocząć przed dalszymi poszukiwaniami. Czego szukałem? Szczęścia, godniejszego życia, a może po prostu towarzystwa...sam nie mogłem się tego domyślić. Moje stado nakazało mi opuścić je i wyruszyć w poszukiwania swego miejsca na świecie. Wszyscy najstarsi i najmądrzejsi jego członkowie, którzy wychowali nas - tych, których dobry tydzień temu pożegnali - mówili, że po prostu tak musi być, muszę stać się samodzielny, silny i niezależny, tak jak wszyscy oni. Że tylko tak uda mi się przetrwać z daleka od ludzi. I że nigdy nie powinienem do nich wracać, gdyż bywają fałszywi i liczy się dla nich tylko zysk. Jeżeli nie z rajdów, to z mięsa. Czułem, że starsi mówią mądrze, aby unikać wszelkiego człowieczeństwa na tym świecie. Oni wszystko niszczą i zawsze robią tak, by im żyło się tu dobrze. Nie myślą o naszych losach. Tak czy siak, męczyłbym się u ludzi okropnie przez ciągłe treningi lub - gdybym buntował się, albo po prostu nie był najlepszym w swoim fachu - przez niezbyt litościwych rzeźników. Młode mięso podobno lepiej się sprzedaje. Ta niespokojna jak i okropna myśl poruszyła całym moim ciałem. Podszedłem w przód, wychodząc spośród gęstwiny wysokich krzewów i kilku drzewek. Deptałem po nielicznych źdźbłach trawy i malutkich rozmiarów górskich kwiatkach pachnących delikatną, słodką i mdłą zarazem wonią. Różne rodzaje roślin uginały się pod moimi ciemnymi kopytami. Skubnąłem od niechcenia trawy, jakbym nie był głodny wcale. Przywykłem już do małych ilości pokarmu, jak i wody w ciągu dnia. Pustynne życie bywa o wiele mniej łaskawe, niż to tutaj, wśród niskiej roślinności. Podniosłem wzrok z ziemi przed siebie. Moim oczom ukazała się zaspana jeszcze wyżyna z licznymi wzniesieniami i małymi dolinami. Ciągnęły się one najczęściej nad niezbyt głębokimi i szerokimi rzeczkami, w których zazwyczaj brałem poranną kąpiel i które pozwalały mi zaczerpnąć kilka łyków świeżej, zimnej wody. Jednak dzisiaj nie miałem zbytnio ochoty jeść, pić, czy się pławić. Nieprzebyty krajobraz ten, przed którym stałem, wołał echem pustki i samotności moje imię. Niemalże byłem w stanie usłyszeć jego nawoływania. Lecz wydawałoby się że nie ma tu żywej duszy. Wpadłem w zamyślenie i zadowolenie, obserwując to wszystko, tak potężne, dumne i śliczne. Ale męczył mnie również strach przed nieznanym. Nie wiem, dokąd iść. Nie wiem nawet w którą stronę... Poczułem się niczym zagubione wśród lasu pełnego wilków źrebię. Bezbronne, niewinne, zmuszone do ucieczki mimo strachu nadawanego również przez samotność. Westchnąłem pchając przed siebie kopytem mały kamień. Nie obserwowałem nawet jego długiej drogi, kiedy toczył się w dół niezbyt stromej doliny. Czułem się już naprawdę bardzo samotny... Zwróciłem głowę na swój grzbiet. Padał nań promień poranku, rozpromieniający moją ciemną, błyszczącą sierść. Promień ów mógł być oznaką tylko jednego. Słońce zaczyna wschodzić, a wraz z nim zaczął panować nowy dzień mojej bezustannej tułaczki. Szaro-granatowe niebo poczęło przechodzić w nieśmiały róż, następnie w jasny pomarańcz zmieszany ze złotem, ten zaś kolor wyblakł cudownym błękitem, który na sam już koniec jakże magicznej zmiany barw nieba, pociemniał i pociągnął za sobą w górę słońce. Zjawisko to było nie tyle co piękne, ale także niezwykłe. Cała gama kolorów padała po kolei nieśmiałym cieniem na niebosa zwiastujące poranek. Wszystko to nastało w bardzo niedługim czasie, więc patrząc na cudne, zmienne niebo ruszyłem powolnym kłusem przed siebie. Pragnąłem rozbudzić się właściwie w wypadku, kiedy musiałbym uciekać przed niebezpieczeństwem. W końcu nadal nie wiedziałem, co miał oznaczać poprzedni szmer, który to postawił mnie błyskawicznie na nogi i spowodował lekką panikę. Nie chciałbym, abym przez kontuzję w trakcie ucieczki padł na glebę zmorzony bólem zerwanego mięśnia lub innej ciężkiej kontuzji skazując sam siebie na śmierć okrutną, rozszarpany przez chociażby watahę silnych basiorów. Przemierzałem więc po kolei górkę po górce, lekkim moim kłusem, który matka i ojciec mi we krwi przekazali. Z biegiem czasu zaczęło dnieć całkiem. Czyste niebo zwiastowało ładną pogodę, mimo dość dużego chłodu. Nie było widać ani jednej ciemniejszej chmury, z której mógłby spaść deszcz, czy śnieg, który wyglądał tu na rzadkość. Owszem, wiał dość mocny wiatr. Był on jednak cieplejszy od temperatury powietrza i kojący, więc zapewne wiał z południa. Rozwiewał rozkosznie moją skąpo rozrośniętą, jednak mocną grzywę. Przecinałem opór wiatru powolnym, wysokim galopem, nadal przemierzając wyżyny. Niedługo potem teren zaczynał się zmieniać; żwir chrzęścił z każdym moim krokiem, a początkowo niegroźny wicher nieco się wzmocnił i szybko stał się nieprzyjemny. Słońce coraz wolniej się unosiło, aby w końcu po wielu godzinach mojego nieustannego, ale pogodnego podróżowania, zawisło wysoko nad wierzchołkami nielicznych, małych i biednie wyglądających drzewek i nad moją głową. Wyczuć mogłem o wiele wyższą temperaturę powietrza, niż rankiem. Daleko od miejsca mojegi wcześniejszego spoczynku ustał prawie całkowicie także chłodzący wiatr. Krajobraz zmieniał się coraz to mocniej. Wokół nie mogłem dostrzec niemalże żadnych roślin prócz rosnących gdzieniegdzie kępek trawy i niskich ziół, kwiatów czy krzewów. Żwir, który zaskoczył mnie poprzednio, zmienił się w nieprzebyte, grząskie bagno. Zatrzymałem się na moment, aby namyśleć się, jakby ominąć tą małą przeszkodę. Rozejrzałem się wokół swoim bystrym okiem. Tam gdzie sięgał mój wzrok, wszędzie rozciągały się podmokłe bagienne tereny. Cóż, wszystko wskazywało na to, że muszę zaryzykować i przebyć je. Z niezadowoleniem zatopiłem przednie kopyta w błocie. Na nieszczęście, nie było dziś dużego mrozu, który mógłby utworzyć wierzchnią twardą warstwę na bagnie. Moje w miarę małe kopyta nie przywykły do niczego innego jak pustynia i rzadkie trawy nizin jak i wyżyn. Ich niewielka powierzchnia powodowała, że w niektórych momentach po nadgarstki grzązłem szarpiąc się nerwowo. Z czasem jednak opanowałem się i szybko, ale spokojnie stawiałem dalsze kroki naprzód. Szczęśliwym trafem, to podłoże nie było aż tak rozległe, jak przedtem mi się wydawało. Nie zajęło mi wiec zbyt dużo czasu, zanim stanąłem na twardej, suchej ziemi. Ku mojemu zdziwieniu, w oddali ujrzałem jakiś potężny zbiornik wodny. Z pewnością nie była to rzeka, nie mogłem dostrzec doliny ani zbytnio dużych nierówności terenu. Przyglądałem się owemu obrazowi, gdyby to jezioro było co najmniej niezwykłe. Może to jego barwa przykuła mój wzrok, a może to ten nowy, nieznany mi zapach, którego dokładnie opisać nie potrafię? Wtem ujrzałem sylwetkę zwierzęcą w oddali. Gdy pochyliła łeb nad wodą, aby napić się, nie miałem już wątpliwości co do tego, że jest to koń. Sam nie wiem dlaczego, ale ucieszył mnie ten fakt niezmiernie. Od tygodnia, jak nie dłużej, nie widziałem prawie żadnej żywej duszy, co dopiero mojego gatunku. Ruszyłem galopem w jego, zadowolony ze swojego odkrycia. Do jeziora nie było jeszcze niestety tak blisko, jak początkowo śmiałem myśleć. Jednak odziedziczywszy niemałą wytrzymałość po nawet najdalszych z moich przodków, nie miałem większego problemu z utrzymaniem średniej prędkości biegu. I ów koń po chwili zauważył mnie. Podniósł głowę z zaciekawieniem i postawił nieufnie uszy. Nie rozpoznawał w mojej postaci żadnego ze znanych sobie, więc zwolniłem, aby nie wydawać się wrogi czy nazbyt śmiały. W końcu nie miałem pojęcia czyj jest ten teren, po którym tak odważnie stąpam. Postać jego wyglądała pewnie i dostojnie. Gniada maść odbijała promienie padające harmonijnie na jedną stronę jego ciała. Wzrok miał nieufny, choć w żadnym przypadku nie wiązałbym go z agresją czy nieprzyjaznym nastawieniem. Przystanąłem, zauważając w nim z niewielkiej już odległości pewną potęgę. Patrzyłem pytającym, ale także pełnym nadziei wrogiem na ogiera. Ten jednak począł iść spokojnie, lecz odważnie w moją stronę. Zacząłem czynić to samo, biorąc to za pewnego rodzaju zezwolenie. W końcu stanęliśmy całkiem blisko siebie. Dopiero wówczas miałem okazję przyglądać się dokładniej ogierowi. Był ode mnie nieco wyższy, budowy mocniejszej niż ja, jednak widać, że mocno wysportowanej. We łbie jego dostrzec nietrudno mi było nieco głębsze, prawdopodobnie jednak arabskie zarysy. Wyglądał na niewiele starszego ode mnie, jednak sama postać jego budziła we mnie szacunek, dostrzegłem w niej szlachetność nie tylko krwi. Przyglądał mi się już nieco spokojniej, niemniej jednak nieufnie. W końcu ogier skierował do mnie pytanie:
-Kim jesteś i czego szukasz na terenach naszego Klanu? Nie rozpoznaję cię, przybyszu. - uśmiechnął się jednak przyjaźnie, co ośmieliło mnie nieco. Podniosłem wzrok, i zachwiałem lekkim westchnięciem nad odpowiedzią.
-Imię moje brzmi Hypnos, przybyłem z pustyń odległych w miarę. Pytasz czego szukam, kiedy ja sam nie wiem. Kazano mi szukać stada nowego, czy też klanu. Czy myślisz, drogi... - tu przerwałem, nie znając imienia jeszcze mojego rozmówcy.
-Shiregt z dynastii Altbachów, władca Klanu.
Zamieszały mnie nieco jego słowa, mimo tego, że w prawdzie domyśliłem się pochodzenia królewskiego ogiera. Szybko jednak ochłonąłem i począłem na nowo pytać Shiregta:
-Więc czy sądzisz, drogi władco, że znajdzie się w waszym Klanie miejsce dla młodego ogiera, jakim jestem ja?
Patrzyłem nadal niezbyt śmiało na postać pełną dumy, mimo sympatycznego charakteru.
<Shiregt?>

26.12.2018

Nowy szeregowiec - Hypnos!


1
Źródło: Link
Motto: "Najpiękniejszym, co możemy odkryć, jest tajemniczość."
Imię: Hypnos
Tytuł: brak
Płeć: Ogier
Ranga/i: Szeregowiec.
Głos: Tyler Joseph 


Rodzina: Matka jego zwała się Heronea, od Haraty po Szalkhade. 
Ojca nigdy nie znał; imię jego brzmiało Fergus.
Osobowość: Jakże ciężko opisać buntowniczy charakter konia o wiecznie młodej duszy. Zacznijmy może od tego, że nie przywykł otwierać się zbytnio na innych. Nie jest ani trochę nieśmiały, po prostu nie lubi mówić o sobie, szczególnie nieznajomym. Jest to po prostu swego rodzaju nieufność w stosunku do gorzej znanych. Zna wagę przyjaźni i miłości, dlatego nie zdarza się mu bywać nachalnym. Nigdy nie bawi się uczuciami innych, chociaż bywa mściwy i często ulega pokusie zemsty. Życie jednak nauczyło Hypnosa cierpliwości - od zawsze żyje w dość dużej grupie, więc musiał zawsze doczekać się swojego, zamiast bezmyślnie rozpychać się łokciami. Nie można powiedzieć, że jest dobry lub że jest zły. Jego charakter to mieszanina tak sprzecznych cech, iż to byłoby ustalić co najmniej ciężko. Nie spieszy mu się zawierać związków - jednak lubi towarzystwo klaczy i jest prawdziwym dżentelmenem. Nauczono go dobrych manier i szacunku - jednak nadal jest buntownikiem i posiada swoje zdanie w każdej kwestii. Nie zawsze pozostaje szczery, ale nie można nazwać go w żadnym wypadku egoistą. Można powiedzieć, że to dość tajemniczy ogier lecz nigdy nie był introwertykiem. Koczowniczy tryb życia nauczył go być ambiwertykiem, trzymać się z malutką grupą zaufanych. Potrafi być oddanym oraz lojalnym przyjacielem. Stara się być również szczodry, zarówno jeżeli chodzi o dobra materialne, jak i przykładowo wiedzę. Nadałby się na nauczyciela, potrafi bardzo dobrze tłumaczyć i kreatywnie demonstrować przeróżne zagadnienia. Uwielbia źrebięta i młode konie, szczególnie rozmawiać z nimi. Zawsze trzyma się wówczas najświeższego spojrzenia na różne sprawy. Hypnos z natury jest inteligentny, a mądrość zaszczepiły w nim starsze konie jego dawnego stada. Z początku znajomości wydaje się po prostu uprzejmy i przyjacielski, hamujący wszelkie emocje, opanowany. Z czasem jednak wychodzi z niego dusza wrażliwca, no i dość cyniczny charakterek objawiający się we wszelkiej postaci. To pozorne opanowanie jest jednak bardzo łatwe do zniszczenia - ogier jest w prawdzie dość kłótliwy i nie zawsze potrafi przyznać się do swojego błędu, nawet zauważając go. Łatwo przybiera różne maski, bywa wiarygodnym aktorem. Aby poznać jego właściwą, prawdziwą postać, raczej musisz być z nim bliżej. Nie jest zbyt czuły, bowiem nie przywykł do tego za młodu. Jednak jako koń uczuciowy bez opanowania, również prosto może się przełamać pod wpływem emocji. Nie łatwo jest manipulować Hypnosem. Ogier jest bardzo wyczulony na wszelkie zło, które zauważa nawet tam, gdzie w istocie go nie ma. Można powiedzieć, że to wiąże się z jego trudnością do zaufania innym. Od kiedy pamięta był ciekawski i chyba pozostanie z nim to na zawsze.
Orientacja: Nigdy nie wątpił w swój jakże wierny heteroseksualizm.
Aparycja: 
  • Rasa: Poniekąd dumny z tego achał-tekin, rodowód czysty jak łza, a pewniejszy niż śmierć sama.
  • Wygląd: Hypnos jest ogierem budowy bardzo harmonijnej. Szczupła szyja, wygięta w mocny łuk nadaje ogólne delikatne wrażenie. Całe ciało przybrane jest w dobrze zbudowane mięśnie, widoczne głównie na łopatkach, mocno ściętym zadzie oraz potylicy. Kłąb wyraźnie widoczny, szczupła sylwetka. Hypnos posiada dość długie, także chude, choć umięśnione nogi. Typowo kątowane dla rasy tylne oraz przednie kończyny. Ogiera odznacza też długi tułów(kłoda) oraz charakterystyczny kształt łba. Hypnos jest maści skarogniadej, słońce nadaje jego sierści pobłysk, także typowy u achał-tekinów. Ogólna postura ogiera jest wręcz filigranowa, mimo umięśnienia całego ciała jest bardzo lekki.
  • Znaki charakterystyczne: Na jego nogach zauważalne są trzy białe odmiany. Szlachetny łeb zdobi wąska łysina. Oczy koloru czarnego zdają się zawsze wysyłać głębokie spojrzenia.
  • Wzrost: 164 cm WK
  • Waga: 435 kg
Umiejętności: Hypnos umiejętnie uśmierca wrogów, ale potrafi także leczyć. Nie równa się nawet z medykami lecz dobrze zna się na zielarstwie oraz medycynie. 
Historia: Urodził się w krainie wiecznej suszy i pustyń, ojczyźnie wszystkich jego przodków. Ludzie zwą kraj ten Turkmenistanem. W pewnej hodowli koni tej rasy, których tam wiele, przyszedł na świat źrebak. A żeby był to jedyny! W tym samym dniu w bogato zdobionej stajni urodziło się około dwudziestu pięknych, szczupłych pustynnych wiatrów. Niegdyś rozwieją wichurę na rozległych pustyniach. Będą przemierzać długie kilometry w walce o wygraną. Najpierw jednak wszystkie młode czeka długa droga przez ciężkie treningi i naukę. Nikt nie wie, który z nich zostanie mistrzem. W młodym ogierku pokładano wielkie nadzieje, przez wspaniałe pochodzenie i osiągi przodków. Nadszedł wreszcie dzień, kiedy to źrebięta otrzymały imiona. Ludzie chodzili od wielkiego boksu, do następnego. Zatrzymawszy się przy narowistej, ciemnogniadej klaczy znanej jako Heronea, jeden z mężczyzn zatrzymał się, bacznie patrząc na źrebię. Jego filigranowa budowa, szczupłe nogi i szlachetna szyja...wszystko typowe dla rasy. Jednak nie to zwróciło uwagę hodowcy. Widok wielkich, ciemnych i łagodnych oczu, patrząch ze spokojem na ludzi, cisnął mu na język jedno słowo. Hypnos. Grecki bóg snu. Nie wiedział jak mocno pomylił się, biorąc ogierka za spokojnego. Zapisał coś w zeszycie i skierował swe kroki do innego boksu. 
***
Minął już miesiąc od pierwszych dni życia źrebaków. Wielkimi krokami zbliżał się wielki rajd. Najwybitniejsze z klaczy musiały opuścić źrebaki na rzecz codziennych treningów, a w końcu również samego rajdu. Jednak plany zmieniła jedna noc. Noc zaraz przed zawodami. Wszyscy ludzie opuścili już stajnię. Konie stały w derkach. Na dworze zrobiło się zimno. Nagle w stajni zapanował dziwny niepokój. Na drugim końcu słychać było niespokojne rżenie, nagłaśniające się z każdą sekundą, następnie odgłosy paniki i konania. Ogień zajął połowę stajni. Zabójczy żywioł nie dawał szans koniom uwięzionym w boksach. Heronea, widząc co się święci, zaczęła kopać w boks. Po kilku sekundach udało jej się wykopać dziurę w drewnianych drzwiach. Ogień był już bardzo blisko. Śmierć zaglądała w oczy coraz to kolejnym wierzchowcom. Cóż za strata! Hypnos wymknął się dziurą w boksie Heronei na korytarz, patrząc z przestrachem na konającą w płomieniach matkę, która nie zdołała wyłamać drzwi. Niektóre starsze konie, którym udało się uciec, ponaglały młodego. W końcu wystraszony maluch wydostał się z innymi na zewnątrz. Spłoszone małe stado ocalałych, biegło jak najdalej po pustyni. Hypnos dorastał w towarzystwie uratowanych źrebiąt, ich matek i mądrych starców. Oni wychowali go, wykarmili i zastąpili matkę. Życie koni polegało teraz na wiecznej wędrówce, unikaniu ludzi oraz drapieżników. W końcu zawędrowali na stepy. Hypnos oraz kilka innych młodych koni obchodziło wówczas drugie urodziny. Stado zadecydowało, że konie powinny odłączyć się i szukać szczęścia w innych. Nie minęło dużo czasu, kiedy to ogier natknął się całkiem przypadkiem na intrygujące stado... 
Inne: -
Kontakt: BlackMeadow
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika