Halt|14 lat|Ogier|Zwiadowca|87 p.|Brak|Catton
→ Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Halt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Halt. Pokaż wszystkie posty
21.11.2019
Żegnamy Halt'a!
W dniu dzisiejszym z naszej społeczności odchodzi postać Halt'a z powodu braku aktywności i kontaktu z właścicielem. Mamy nadzieję, że kiedyś zdecyduje się wrócić w nasze skromne progi!
22.05.2019
Od Halta do Rose ,,Och, zakazana miłości!"
Wtuleni w siebie cieszyliśmy się niekończącą się chwilą. Czas dla nas stanął, wiatr powiewał lekko przyjemnym ciepłem a kwiaty pachniały intensywniej niż zwykle. Choć po obu naszych głowach krążyło wiele pytań i niepewności, czuliśmy, iż tego nie może nic zabić. Nagle intuicja zapukała do moich mentalnych drzwi i zawróciła mnie na ziemię.
-Rose... - nagle cofnąłem się o krok i spuściłem wzrok, po raz pierwszy wyglądając na skruszonego. Klacz obawiała się najgorszego, lecz byłem niemal pewien, że nasze myśli galopowały po tym samym torze.
-Nie możemy... Należę do świty, choć to przywilej, zakazuje on związku z poddanymi. - mruknąłem cicho, już w pełni przypominając prawowitego Halta.
Rose kiwnęła łbem na znak zrozumienia, też o tym myślała. Znaliśmy się tak krótko... Klacz wyglądała tak, jakbyśmy zaraz mieli o sobie zapomnieć i zwalczyć wszelkie uczucia do siebie. Nie mogłem na to pozwolić, więc zaraz objąłem ją mocno.
-Wygrywałem wojny w których nie miałem szans. To nie może być trudniejsze. - powiedziałem i po chwili dodałem. - Pomogę ci wychować Takhala. Zostanę z tobą, choć nie możemy oficjalnie spędzić ze sobą życia. Jeśli mamy być razem, los w końcu da nam wolną rękę. Prędzej czy później. Musimy czekać i być silni. Zakazana miłość jest podobno tą najpiękniejszą.
Wpatrzyłem się w zachodzące słońce. Zachodni wiatr zaczął wiać mocniej oraz chłodniej zwiastując nocny odpoczynek.
-Wracajmy. - rzekłem krótko i zwróciwszy się w drugą stronę ruszyłem stępa w kierunku klanu.
<Rose?>
-Rose... - nagle cofnąłem się o krok i spuściłem wzrok, po raz pierwszy wyglądając na skruszonego. Klacz obawiała się najgorszego, lecz byłem niemal pewien, że nasze myśli galopowały po tym samym torze.
-Nie możemy... Należę do świty, choć to przywilej, zakazuje on związku z poddanymi. - mruknąłem cicho, już w pełni przypominając prawowitego Halta.
Rose kiwnęła łbem na znak zrozumienia, też o tym myślała. Znaliśmy się tak krótko... Klacz wyglądała tak, jakbyśmy zaraz mieli o sobie zapomnieć i zwalczyć wszelkie uczucia do siebie. Nie mogłem na to pozwolić, więc zaraz objąłem ją mocno.
-Wygrywałem wojny w których nie miałem szans. To nie może być trudniejsze. - powiedziałem i po chwili dodałem. - Pomogę ci wychować Takhala. Zostanę z tobą, choć nie możemy oficjalnie spędzić ze sobą życia. Jeśli mamy być razem, los w końcu da nam wolną rękę. Prędzej czy później. Musimy czekać i być silni. Zakazana miłość jest podobno tą najpiękniejszą.
Wpatrzyłem się w zachodzące słońce. Zachodni wiatr zaczął wiać mocniej oraz chłodniej zwiastując nocny odpoczynek.
-Wracajmy. - rzekłem krótko i zwróciwszy się w drugą stronę ruszyłem stępa w kierunku klanu.
<Rose?>
20.05.2019
Od Halta do Rose ,,Och, jestem tchórzem w miłości!"
- Pytanie brzmi inaczej. - odparłem - Dlaczego Ty się mnie wystraszyłaś?
Klacz chciała zasypać mnie oskarżeniami, jednak słowa jakby stanęły jej w gardle. Parsknęła więc z dezaprobatą i odetchnęła głęboko aby uspokoić tętno.
- Może to dla ciebie za wcześnie, jednak pragnę ci coś powiedzieć. - zacząłem cicho. - Znamy się krótko, ale czuję, że jesteś wyjątkowa. Przy Tobie uśmiechnąłem się pierwszy raz od wielu dni. Od dobrych kilku lat ukrywam swoje uczucia, lecz stwierdziłem, że jesteś godna zaufania i przy tobie mogę być swobodny.
Rose nie wiedziała o co mi dokładnie chodzi, więc zacząłem opowiadać, i oprowadzając ją po okolicznych terenach:
- Tak spokojnie śpi
Ten ja z minionych dni.
Lecz pogrążyłem się
w nieskończonej tragedii.
Nawiedzasz mnie w snach,
koszmar marzeniem się stał.
Jesteś dla mnie niczym tlen,
Choć teraz duszę się.
Kręgi są w kręgach
Zataczam się
szukając czegoś
Co mija mnie.
W kółko i w kółko
Niemy dźwięk.
Słów mych nie słychać
gdy serce otacza strach
Czemu to spotkało mnie?
Powiedz mi, co to oznaczyć ma?
Bliski to od kłamstwa kraj
,,Co za piękny raj!”
powtarzam, bo każda sekunda przypomina piekło, wiesz?
Czy twe słowa, które mi powtarzasz, są prawdą?
Nie mogę powiedzieć
To już nie ważne
Znów Cię zobaczę daleko w śnie
Kręgi są w kręgach
Zataczam się
Szukam czynnika,
Co mija mnie
W kółko i w kółko.
Niemy dźwięk.
Mych łez nie usłyszy nikt.
Więc
Chodź, bądź przy mnie i
Pozwól odczuć jak miłość zawładnie mną
I pewnego dnia
Przestanę kłamać, nie będę już kłamcą
lecz jestem tchórzem wiesz
oh, jestem tchórzem w miłości
Powtarzam
Powtarzam
Umieram
I wstaję
Powtarzam
Powtarzam
Łkam
Śmieję się
Powtarzam
Powtarzam
Umieram
I wstaję
Powtarzam
Powtarzam
Łkam
Śmieję się
Powtarzam
Powtarzam
Umieram
I wstaję
Powtarzam
Powtarzam
Łkam
Śmieję się
Kręgi są w kręgach
Zataczam się
Szukam czegoś
Czego nie znajdę
W kółko i w kółko.
Niemy dźwięk.
Mych łez nie usłyszy nikt
Kręgi są w kręgach
Zataczam się
Szukam czegoś
Czego nie znajdę
W kółko i w kółko.
Niemy dźwięk
Słów mych nie słychać
Gdyserce otacza strach.
Więc
Chodź, bądź przy mnie i
pozwól mi odczuć jak miłość zawładnie mną
I pewnego dnia
Przestanę kłamać, nie będę już kłamcą
lecz jestem tchórzem
oh, jestem tchórzem w miłości
Powtarzam
Powtarzam
Umieram
I wstaję
Powtarzam
Powtarzam
Łkam
Śmieję się
Powtarzam
Powtarzam
Umieram
I wstaję
Powtarzam
Powtarzam
Łkam
Śmieję się
<Rose? :* >
Klacz chciała zasypać mnie oskarżeniami, jednak słowa jakby stanęły jej w gardle. Parsknęła więc z dezaprobatą i odetchnęła głęboko aby uspokoić tętno.
- Może to dla ciebie za wcześnie, jednak pragnę ci coś powiedzieć. - zacząłem cicho. - Znamy się krótko, ale czuję, że jesteś wyjątkowa. Przy Tobie uśmiechnąłem się pierwszy raz od wielu dni. Od dobrych kilku lat ukrywam swoje uczucia, lecz stwierdziłem, że jesteś godna zaufania i przy tobie mogę być swobodny.
Rose nie wiedziała o co mi dokładnie chodzi, więc zacząłem opowiadać, i oprowadzając ją po okolicznych terenach:
- Tak spokojnie śpi
Ten ja z minionych dni.
Lecz pogrążyłem się
w nieskończonej tragedii.
Nawiedzasz mnie w snach,
koszmar marzeniem się stał.
Jesteś dla mnie niczym tlen,
Choć teraz duszę się.
Kręgi są w kręgach
Zataczam się
szukając czegoś
Co mija mnie.
W kółko i w kółko
Niemy dźwięk.
Słów mych nie słychać
gdy serce otacza strach
Czemu to spotkało mnie?
Powiedz mi, co to oznaczyć ma?
Bliski to od kłamstwa kraj
,,Co za piękny raj!”
powtarzam, bo każda sekunda przypomina piekło, wiesz?
Czy twe słowa, które mi powtarzasz, są prawdą?
Nie mogę powiedzieć
To już nie ważne
Znów Cię zobaczę daleko w śnie
Kręgi są w kręgach
Zataczam się
Szukam czynnika,
Co mija mnie
W kółko i w kółko.
Niemy dźwięk.
Mych łez nie usłyszy nikt.
Więc
Chodź, bądź przy mnie i
Pozwól odczuć jak miłość zawładnie mną
I pewnego dnia
Przestanę kłamać, nie będę już kłamcą
lecz jestem tchórzem wiesz
oh, jestem tchórzem w miłości
Powtarzam
Powtarzam
Umieram
I wstaję
Powtarzam
Powtarzam
Łkam
Śmieję się
Powtarzam
Powtarzam
Umieram
I wstaję
Powtarzam
Powtarzam
Łkam
Śmieję się
Powtarzam
Powtarzam
Umieram
I wstaję
Powtarzam
Powtarzam
Łkam
Śmieję się
Kręgi są w kręgach
Zataczam się
Szukam czegoś
Czego nie znajdę
W kółko i w kółko.
Niemy dźwięk.
Mych łez nie usłyszy nikt
Kręgi są w kręgach
Zataczam się
Szukam czegoś
Czego nie znajdę
W kółko i w kółko.
Niemy dźwięk
Słów mych nie słychać
Gdyserce otacza strach.
Więc
Chodź, bądź przy mnie i
pozwól mi odczuć jak miłość zawładnie mną
I pewnego dnia
Przestanę kłamać, nie będę już kłamcą
lecz jestem tchórzem
oh, jestem tchórzem w miłości
Powtarzam
Powtarzam
Umieram
I wstaję
Powtarzam
Powtarzam
Łkam
Śmieję się
Powtarzam
Powtarzam
Umieram
I wstaję
Powtarzam
Powtarzam
Łkam
Śmieję się
<Rose? :* >
18.05.2019
Od Halta do Rose ,,Hibernijskie gierki"
Cóż, pędząc cwałem nie sposób było wyhamować przed klaczą. Spojrzałem w jej ciemne, brązowe oczy i zmierzyłem ją wzrokiem.
-Przepraszam - mruknąłem. - Mam nadzieję, iż nic ci nie jest. Jak noga?
-Nic się nie stało - odparła z uśmiechem, który tak często gościł na jej pysku. - Rana się goi, wszystko powinno pójść pomyślnie. Dziękuję, że pytasz.
Machnąłem łbem w celu zmiany ułożenia grzywy. Dziwiło mnie to, iż Rose mi podziękowała - w Hibernii otrzymywało się tylko odpowiedź, bez zbędnych ceregieli. No cóż, kolejny urok Mongolii. Drugi zauważyłem już nieco wcześniej - klacz zaczęła mi chyba bardziej ufać, gdyż przeznaczała uśmiech dla swoich sprzymierzeńców. Co kryją te długie nogi i piękny uśmiech? Miałem wrażenie, jakby coś przede mną zatajała, choć były to tylko podejrzenia.
-Gdzie zmierzasz? - zapytałem beznamiętnym tonem, jakby od niechcenia.
Miałem wrażenie, iż na chwilę jej oblicze spochmurniało i miała powiedzieć „nie twoja sprawa”, lecz szybko znów przybrała pogodny wyraz pyska i zebrała galopujące wcześniej myśli. Jednak odpowiedź jaką usłyszałem, była wymijająca.
-Wracam od Trouble. - odparła, i już miała coś dopowiedzieć, gdy jej przerwałem.
-Wybacz, że się wtrącam, jednak naprawdę nie musisz się mnie obawiać i być nieufna. - powiedziałem. - Porozmawiajmy w końcu szczerze. W mojej ojczyźnie konie, aby się poznać, wyjawiają sobie drobne informacje o sobie, które w Mongolii chciałby zataić. W ten sposób rodzi się zaufanie oraz więź. Na przykład w moich żyłach płynie królewska krew.
<Rose?>
-Przepraszam - mruknąłem. - Mam nadzieję, iż nic ci nie jest. Jak noga?
-Nic się nie stało - odparła z uśmiechem, który tak często gościł na jej pysku. - Rana się goi, wszystko powinno pójść pomyślnie. Dziękuję, że pytasz.
Machnąłem łbem w celu zmiany ułożenia grzywy. Dziwiło mnie to, iż Rose mi podziękowała - w Hibernii otrzymywało się tylko odpowiedź, bez zbędnych ceregieli. No cóż, kolejny urok Mongolii. Drugi zauważyłem już nieco wcześniej - klacz zaczęła mi chyba bardziej ufać, gdyż przeznaczała uśmiech dla swoich sprzymierzeńców. Co kryją te długie nogi i piękny uśmiech? Miałem wrażenie, jakby coś przede mną zatajała, choć były to tylko podejrzenia.
-Gdzie zmierzasz? - zapytałem beznamiętnym tonem, jakby od niechcenia.
Miałem wrażenie, iż na chwilę jej oblicze spochmurniało i miała powiedzieć „nie twoja sprawa”, lecz szybko znów przybrała pogodny wyraz pyska i zebrała galopujące wcześniej myśli. Jednak odpowiedź jaką usłyszałem, była wymijająca.
-Wracam od Trouble. - odparła, i już miała coś dopowiedzieć, gdy jej przerwałem.
-Wybacz, że się wtrącam, jednak naprawdę nie musisz się mnie obawiać i być nieufna. - powiedziałem. - Porozmawiajmy w końcu szczerze. W mojej ojczyźnie konie, aby się poznać, wyjawiają sobie drobne informacje o sobie, które w Mongolii chciałby zataić. W ten sposób rodzi się zaufanie oraz więź. Na przykład w moich żyłach płynie królewska krew.
<Rose?>
7.05.2019
Od Halta „Igracie z ogniem, daję słowo”
Górski wiatr targa grzywy nam
Z deszczem podszytym chłodem
To zimno z najgorszych piekieł dna
Władca serce skute ma lodem.
Jeśli ktoś tutaj przeżyć chce
Chłód wytrzymać musi, czyż nie?
Wielu śmiałków zapuszczało się
Nie wróciło po dziś dzień!
Nasze serca ściska lód...
Hibernijska pieśń nie dawała moim myślom spokoju, nawet na warcie w środku nocy. Uniosłem łeb ku niebu usianemu gwiazdami, aby odszukać gwiazdę Polarną. Świeciła jasno, delikatnie migocąc; wskazywała mi drogę nieraz i nie dwa razy, gdy wędrowałem po tym świecie. Zacząłem myśleć o przyszłości. W hierarchii stada nie chciałem piąć się wysoko — zależało mi tylko na dobrym stanowisku gałęzi terenowej. Jutro miałem udać się na zwiady, ostatnie w sprawie ludzi. Dwunożnych coraz częściej widziano niedaleko stada, więc i ja postanowiłem to sprawdzić. Nie mogłem pozwolić, aby ktoś panoszył się niedaleko nas, to mogłoby oznaczać początek końca. Ze wzmożoną czujnością strzegłem granic, uważnie obserwując, co dzieje się dookoła.
*Następnego dnia wczesnym rankiem*
Rzucając Trouble porozumiewawcze spojrzenie i coś na kształt porannego pozdrowienia wyruszyłem na północ.
Uważnie obserwując teren, biegłem niespiesznym kłusem między rzadko rosnącymi drzewami, nie robiąc przy tym większego hałasu. Mimo iż nie miałem się czego obawiać, postanowiłem zachować czujność — dwunożni nie byli głupcami, a nie miałem z nimi szans w starciu na odległość. Wystarczyłby celny i zarazem niespodziewany rzut oszczepem lub tylny atak jedną z ich długich szabli, a leżałbym martwy.
Dotarłszy do jednej z niskich jurt, ukryłem się w cieniu i zacząłem bacznie obserwować dany teren. Przywykłem, iż mongolscy dwunożni zamieszkiwali jurty — duże namioty w biało-czerwone pasy, zaś przy nich uwiązane były poddane im konie. Jednak tym razem znalazłem niewielką chatkę pośród drzew. Postanowiłem bacznie przyglądać się znalezisku przez następnych kilka godzin.
*7 godzin później*
Zaczynało się ściemniać. Jak sam zauważyłem, ludzie po zmroku schronili się w swym domostwie i nie opuszczali go przez bite dwie godziny, więc uznawszy, iż jestem w miarę bezpieczny, rozpocząłem penetrację terenu. Pod osłoną nocy oraz wydłużających się cieni byłem niemalże nie do spostrzeżenia z odległości kilku metrów.
-Dziewięciu na dziesięciu ludzi widzi to, co spodziewa się ujrzeć. - mruknąłem do siebie pod nosem. - Może tym razem mi się poszczęści. Nie powinni się spodziewać dzikiego konia pod ich domem.
Usłyszałem szelest liści oraz kroki. Na szczęście nie ludzkie, lecz końskie. To był ktoś ze stada. Najwyraźniej mnie śledził. Kipiało we mnie od środka, jednak odetchnąłem cicho i odwróciwszy łeb, prychnąłem gniewnie w stronę nieproszonego gościa:
-Ruszasz się jak stado galopujących słoni. Słychać cię po drugiej stronie lasu.
<Lisku, chciałaś wątek, więc nawołuję do któregoś z Twoich koni :*>
20.04.2019
Od Halta do Virginii "Po rozum do głowy"
Przywiązany do drewnianego bala wbitego mocno w ziemię czekałem aż nadejdzie noc, która niosła większe prawdopodobieństwo, iż wyrwę się niezauważony. Jednak przed zmrokiem dwunożni wyszli mi na spotkanie. W rękach jednego z mężczyzn zauważyłem niewielkie pudełeczko, które intensywnie pachniało. Woń ziół przypomniała mi o klanie, który zostawiłem, choć obiecywałem mu służyć do końca moich dni. Jeden z ludzi wysunął w moją stronę rękę, na której znajdowała się intensywnie pachnąca maź. Dłoń skierował w kierunku mojej najgłębszej rany na piersi. Cofnąłem się na tyle, na ile pozwolił mi sznur, wyciągnąłem szyję i położyłem po sobie uszy. Ten cofnął się natychmiast, i zaczął przemawiać do mnie spokojnym głosem, jakby zapewniał o swoich dobrych intencjach. Gdzieś z tylu umysłu wiedziałem, że prędzej czy później istota dobierze się do mnie i wysmaruje tym czymś wszystkie rany. Wolno zmieniłem pozycję, udając, jakby nie obchodziło mnie to, co chciał ze mną zrobić człowiek. Tak jak przypuszczałem - niedługo po dopuszczeniu do siebie dwunożnego pachniałam już maścią, która uśmierzyła mój ból. Prychnąłem z obrzydzeniem gdy ludzka dłoń poklepała mnie po szyi - do takiego poziomu jeszcze nigdy się nie zniżyłem. W końcu zapadł zmrok, a opiekujący się mną młodzieniec udał się do swojego namiotu, uprzednio zostawiając mi nieco jedzenia oraz picia.
*po nocy*
Pół nocy próbowałem wyrwać bal z ziemi i przegryźć więzy, jednak wszystko na nic. Rasa ludzka nie była aż tak głupia, i zabezpieczyła się przed próbami ucieczki ze strony konia. Wkrótce nadszedł i mój opiekun, jeśli mógłbym go tak nazwać, dalej zachowując resztki godności, którą odebrał mi wczoraj.
-Saikhan! - zawołał starszy mężczyzna, na co młodzieniec odwrócił głowę w jego stronę i podbiegł do niego. Rozmawiali krótką chwilę, po czym rozradowany wrócił z czerwonym kocykiem w mongolskie wzorki oraz czymś przypominającym moje aktualne więzy. Koc zarzucił mi na grzbiet, a sznury zamienił na bardziej złożoną konstrukcję. Przerzucił mi jedną część przez szyję i stanął do mnie przodem. Kilka razy próbowałem go ugryźć, a raz nawet wierzgać, jednak za każdą taką próbę byłem boleśnie karany. Młodzian położył mi dłoń pomiędzy chrapami i śmiało popatrzył mi w oczy.
-Erdene. - szepnął. Wydawało mi się, że go zrozumiałem. Nadał mi imię. Nagle wszystko zaczęło łączyć się w logiczną całość. Od wczoraj zostałem jego własnością.
*po kilku dniach*
Żmudną walkę o moją wolność ogłaszam jako przegraną. Po kilku dniach srogiego dębowania, wierzgania i zrzucania miałem dość. Nogi się pode mną uginały po każdym takim dniu. Myślałem już tylko o chwili spokoju, tracąc resztki zdrowego rozsądku. Co może być nie tak? Przecież i tak już po mnie nie przyjdą... Ugiąłem się. Niedługo później cwałowałem po Mongolii z Saikhan’em na grzbiecie. Był lekki jak piórko a trzymał się jakby na koniu był urodzony. Tworzyliśmy zgraną parę. Pewnego dnia wyjechaliśmy nieco dalej, niż zazwyczaj. Nagle poczułem znajomy zapach. Koń. Virginia. Zamurowało mnie. Nagle trzeźwy umysł wrócił: gdyby zobaczyła mnie z dwunożnym na grzbiecie, byłbym skończony. Stałem jak wryty dopóki młodzieniec nie pociągnął stanowczo za lewą wodzę, informując mnie, iż zawracamy. Ruszyłem nagle galopem i opuściłem łeb do ziemi. Tego Sai się nie spodziewał, więc tym razem fiknął przez moją szyję do przodu, i jęknął obolały. Ja tymczasem już gnałem w stronę Virginii bezgłośnym galopem.Teraz naprawdę poczułem, jak bardzo otępili mnie dwunożni. Znów poczułem nieznośny ból, krew ponownie popłynęła z ran, który na nowo się rozwarły. Wyglądałem jak siedem nieszczęść: siwo jabłkowita sierść przesiąknięta była krwią i potem, oczy były zamglone, grzywa i ogon skołtunione a nogi drżały przy każdym kroku. Maść musiała mieć w sobie coś odurzającego... Odstawiłem myśli na bok, i próbowałem odnaleźć klaczkę. Czułem ją coraz wyraźniej, i chodź mroczki tańczyły mi przed oczami brnąłem dalej, dopóki nie usłyszałem okrzyku kilku koni, gdy bezgłośnie wpadłem w ich gromadę z zarośli.
-Właśnie mieliśmy po ciebie ruszać - jako pierwsza oprzytomniała Virginia.
-Jak widzisz, sam was znalazłem.
-Dobrze się czujesz? - zapytała przekrzywiając łeb.
-Jestem w świetnej formie, mógłbym biegać dalej cały dzień. - odparłem bez cienia charakterystycznej nuty sarkazmu, majacząc.
<Virginia? Z Halta jak zwykle Zosia Samosia>
15.04.2019
Od Halta do Rose "W objęciach wspomnień"
Psychopata? Morderca? Gwałciciel? Prychnąłem cicho. Takich opinii o sobie jeszcze nie słyszałem, chodź kiedyś musi być ten pierwszy raz. Gdy zapadła noc, czuwałem jeszcze trzy godziny i udałem się na spoczynek, jednak po pewnym czasie obudził mnie cichy krzyk Rose. Korzystając z umiejętności, jakie posiadałem, obudziłem się, jednak zachowałem ten sam rytm, głębokość oddechu oraz pozycję. Gdy upewniłem się, że klaczy nic nie grozi, tylko zapewne miała zły sen i wyszła na przechadzkę, ponownie pogrążyłem się w płytkim śnie.Obudziłem się już tylko raz, gdy moja towarzyszka wróciła z nocnego spaceru. Gdy byłem już całkowicie pewien iż zasnęła, wstałem i wyszedłem na zewnątrz. W powietrzu czuć było wilgoć pozostawioną przez burzę, wdychałem więc powietrze szeroko rozwartymi nozdrzami. Patrząc na pozycję księżyca stwierdziłem, że zostały mi dwie godziny do wschodu słońca. Udałem się więc na pobliskie wzgórze i stanąłem na jego szczycie. Tej nocy północny wiatr był mocny i porywisty, nieustannie targał więc moją grzywę. Ni stąd, ni zowąd przypomniałem sobie o moim cisowym łuku, który straciłem podczas podróży. Nagle zatęskniłem do broni, która towarzyszyła mi od najmłodszych lat - niemal idealnie ukształtowane drewno, szare bełty... Łuk, saksa i nóż do rzucania - moje trzy bronie, z którymi nigdy się nie rozstawałem, jednak teraz za nic w świecie nie mógłbym ich zdobyć.
-W kołczanie skarby, dla których niejeden odda życie. Czy chcę, czy nie chcę, bicie serca zmienią w ciszę. - powiedziałem powoli, przypominając sobie zwiadowcze nauki.
*Godzinę później*
Dalej stojąc na pagórku wpatrywałem się we wschodzące słońce. Poczułem obecność Rose, która wyszła z jaskini, jednak zatrzymała się przed wzniesieniem.
-Dopóki będziesz w zgodzie z klanem, dopóty nie musisz się mnie obawiać, droga Rose.
<Rose?>
13.04.2019
Od Halta do Rose „Potwierdzenie uczciwości?...”
Mierzyłem ją przenikliwym wzrokiem. Znałem imiona wszystkich koni w klanie, o każdym wiedziałem kilka podstawowych informacji. Dlaczego mnie okłamujesz? Co przede mną zatajasz?
-Rose, jak mniemam. Estera to tylko twój pseudonim. - poprawiłem klacz niezbyt głośnym mruknięciem.
Klacz patrzyła na mnie tak, jakbym był jakimś jasnowidzem.
Zerknąłem na krwawiącą nogę klaczy i pokręciłem lekko łbem. Choć krwawienie ustało, rana nie wyglądała dobrze.
-Jesteś medykiem, potrafisz zająć się taką raną, prawda? - powróciłem do tematu skaleczenia.
-Tak, oczywiście. - odparła klacz.
Kiwnąłem z lekka głową na znak zrozumienia i już chciałem odejść, gdy przypomniałem sobie moje wcześniejsze pytanie.
-Zajmę Ci jeszcze minutę. Dlaczegóż mnie okłamałaś, droga Rose? - rzuciłem niby od niechcenia.
Przez chwilę trwaliśmy w milczeniu. Usłyszałem grzmot: blade światło rozjaśniło niebo, a wraz z nik słychać było huk - piorun trafił w jedno z drzew. Musiałem sprawdzić, czy nikomu nic się nie stało, więc bąknąłem krótkie przepraszam w stronę Rose i ruszyłem cwałem do powalonego pnia.
Dotarłszy na miejsce z ulgą stwierdziłem, iż brak jest ofiar w członkach klanu i nikt nie został ranny. Uspokoiłem dwóch najbliższych świadków i wróciłem do niedawno poznanej klaczy.
-Halt, służbowo Arratay. - rzekłem. - A teraz musisz wstać i odprowadzę cię do pobliskiej groty. Tam nic Ci nie będzie.
-A Ty?
-Kiedy upewnię się, że wszyscy są bezpieczni, dołączę do ciebie i tam porozmawiamy. - rzekłem.
<Rose?>
-Rose, jak mniemam. Estera to tylko twój pseudonim. - poprawiłem klacz niezbyt głośnym mruknięciem.
Klacz patrzyła na mnie tak, jakbym był jakimś jasnowidzem.
Zerknąłem na krwawiącą nogę klaczy i pokręciłem lekko łbem. Choć krwawienie ustało, rana nie wyglądała dobrze.
-Jesteś medykiem, potrafisz zająć się taką raną, prawda? - powróciłem do tematu skaleczenia.
-Tak, oczywiście. - odparła klacz.
Kiwnąłem z lekka głową na znak zrozumienia i już chciałem odejść, gdy przypomniałem sobie moje wcześniejsze pytanie.
-Zajmę Ci jeszcze minutę. Dlaczegóż mnie okłamałaś, droga Rose? - rzuciłem niby od niechcenia.
Przez chwilę trwaliśmy w milczeniu. Usłyszałem grzmot: blade światło rozjaśniło niebo, a wraz z nik słychać było huk - piorun trafił w jedno z drzew. Musiałem sprawdzić, czy nikomu nic się nie stało, więc bąknąłem krótkie przepraszam w stronę Rose i ruszyłem cwałem do powalonego pnia.
Dotarłszy na miejsce z ulgą stwierdziłem, iż brak jest ofiar w członkach klanu i nikt nie został ranny. Uspokoiłem dwóch najbliższych świadków i wróciłem do niedawno poznanej klaczy.
-Halt, służbowo Arratay. - rzekłem. - A teraz musisz wstać i odprowadzę cię do pobliskiej groty. Tam nic Ci nie będzie.
-A Ty?
-Kiedy upewnię się, że wszyscy są bezpieczni, dołączę do ciebie i tam porozmawiamy. - rzekłem.
<Rose?>
2.04.2019
Od Halta do Virginii „Cena za Virginię”
Już od jakiegoś czasu obserwowałem czarno-białą stylwetkę przechadzającą się kilkanaście metrów przede mną. Gdy rozpoczęła rozmowę, byłem sceptycznie nastawiony, jednak gdy zapytała o moje zadanie, spojrzałem na nią, i choć w duchu byłem mocno poirytowany, mój pysk nie wyrażał żadnych emocji.
-Gdybyś miała znać szczegóły tej misji, Shiregt napewno by Ci o nich opowiedział. - odparłem z kwaśnym uśmiechem.
Klaczka tupnęła nieznacznie nogą na znak tego, iż moja odpowiedź nie była dla niej zaspakająca. Jednak szybko okiełznała negatywne emocje, a z jej pyska popłynęły kolejne słowa.
-Jaka to misja? Co musisz zrobić? - posypały się pytania, których tak bardzo nie lubiłem.
-Możesz zadawać jedno pytanie, a nie dwa na raz? - wycedziłem.
-Serio? Na prawdę tak robię? - odparła z lekkim zdziwieniem Virginia.
Prychnąłem, i momentalnie ruszyłem kłusem, aby wyforsować się przed moją towarzyszkę. Nie wydając żadnego dźwięku biegłem łagodnie muskając kamienie kopytami, gdy po kilku sekundach stanąłem jak wryty. Powoli wyciągałem i wydychałem powietrze. Przez nikłą chwilę wyczułem dobrze znany mi zapach, jednak teraz nie mogłem znów go wyczuć. Ustawili się pod wiatr, jednak momentalnie zmienił kierunek, więc wyczułem ich zapach. Niewiarygodne, jak natura może pomagać i szkodzić. Podbiegłem bezgłośnie do Virginii, i niemal niesłyszalnie szepnąłem jej do ucha:
-Virginio, podążaj za mną najciszej jak możesz, i pod żadnym pozorem: nie oglądaj się.
Vi chciała zadać kolejne pytania, jednak szybko zrozumiała, że na pogaduszki przyjdzie jeszcze czas. Ruszyłem stępa, chcąc wycofać się w bezpieczną strefę rzadko rosnących drzew. Już miałem przekroczyć pierwszą linię krzewów, gdy z pomiędzy nich wyłonił się grot włóczni i ugodził mnie w pierś. Rana nie była zbyt głęboka, jednak pociekła z niej stuga gorącej krwi. Cofnąłem się szybko, zaskoczony, iż nie wyczułem zagrożenia. Wkrótce z zarośli wydostało się jeszcze dziewięciu dwunożnych, każdy uzbrojony. Atakują konie? Nie, to sprzeczne, oni na nich jeżdżą. Polują? Nie, nie jadają koniny. Przez chwilę zaparło mi dech. Oni łowią. Oni wyłapują nas, abyśmy im służyli. Zarżałem ostrzegawczo i stanąłem dęba. Ludzie okrążyli nas, zbliżając się powoli. Rozpocząłem szarżę, biegając od jednego napastnika do drugiego, rżąc dziko. Ranili mnie jeszcze kilka razy, raz w zad, raz w nogę, byleby tylko zatrzymać pędzącego na nich stróża. Po kilku szarżach kątem oka zauważyłem, iż jednemu z napastników wypadł drzewiec z rąk, więc skierowałem się w jego stronę i wymierzyłem mu celne kopnięcie. Mężczyzna z szeroko rozwartym oczami upadł na ziemię. Cios odebrał mu dech oraz połamał kilka żeber.
-Virginio, uciekaj! - krzyknąłem do klaczy, gdy ta stawiała opór przed ucieczką.
W końcu jednak przekonałem ją, aby odbiegła wystarczająco daleko, gdzie ludzie nie mogli jej skrzywdzić. Jest bezpieczna. Dotrze do klanu, a tam ją ochronią. Rozwścieczeni dwunożni zaczęli rzucać linami, na końcach których były szerokie pętle. Przez kilka minut udawało mi się przed nimi uciekać, jednak kiedyś musiało do tego dojść - jednemu się poszczęściło, pętla ścisnęła mnie za szyję. Zacząłem wierzgać, utrudniając innym ponowne zwycięstwo, jednak byłem już na przegranej pozycji. Kolejne lassa krępowały moje ruchy, aż do całego wyczerpania moich sił.
*pół godziny później*
Ruszyliśmy w drogę - dla nich zapewne powrotną, dla mnie wręcz przeciwnie. Nadal próbowałem się wyrywać, jednak bezskutecznie. Nie miałem siły dalej walczyć, choć wiedziałem, że muszę powrócić do klanu i ostrzec Shiregt’a, jak bardzo niebezpieczni są ludzie. Na razie jednak musiałem ze zwieszoną głową iść stępa razem z innymi.
-Halt, mogłeś uciec. Wiedziałeś o tym! - oskarżycielski ton instynktu wcale nie poprawiał sytuacji.
-Lecz za jaką cenę? Miałem oddać Virginię w łapy ludzi? - syknąłem.
-Za Virginię zapłaciłeś własną wolnością.
-Wolę stracić wolność, niż zawieść mój klan. Mam mu służyć, a częścią tego klanu była Vi. -odparłem stanowczo, kończąc dyskusję.
<Vi? Lubię zaskakujące wątki :*>
-Gdybyś miała znać szczegóły tej misji, Shiregt napewno by Ci o nich opowiedział. - odparłem z kwaśnym uśmiechem.
Klaczka tupnęła nieznacznie nogą na znak tego, iż moja odpowiedź nie była dla niej zaspakająca. Jednak szybko okiełznała negatywne emocje, a z jej pyska popłynęły kolejne słowa.
-Jaka to misja? Co musisz zrobić? - posypały się pytania, których tak bardzo nie lubiłem.
-Możesz zadawać jedno pytanie, a nie dwa na raz? - wycedziłem.
-Serio? Na prawdę tak robię? - odparła z lekkim zdziwieniem Virginia.
Prychnąłem, i momentalnie ruszyłem kłusem, aby wyforsować się przed moją towarzyszkę. Nie wydając żadnego dźwięku biegłem łagodnie muskając kamienie kopytami, gdy po kilku sekundach stanąłem jak wryty. Powoli wyciągałem i wydychałem powietrze. Przez nikłą chwilę wyczułem dobrze znany mi zapach, jednak teraz nie mogłem znów go wyczuć. Ustawili się pod wiatr, jednak momentalnie zmienił kierunek, więc wyczułem ich zapach. Niewiarygodne, jak natura może pomagać i szkodzić. Podbiegłem bezgłośnie do Virginii, i niemal niesłyszalnie szepnąłem jej do ucha:
-Virginio, podążaj za mną najciszej jak możesz, i pod żadnym pozorem: nie oglądaj się.
Vi chciała zadać kolejne pytania, jednak szybko zrozumiała, że na pogaduszki przyjdzie jeszcze czas. Ruszyłem stępa, chcąc wycofać się w bezpieczną strefę rzadko rosnących drzew. Już miałem przekroczyć pierwszą linię krzewów, gdy z pomiędzy nich wyłonił się grot włóczni i ugodził mnie w pierś. Rana nie była zbyt głęboka, jednak pociekła z niej stuga gorącej krwi. Cofnąłem się szybko, zaskoczony, iż nie wyczułem zagrożenia. Wkrótce z zarośli wydostało się jeszcze dziewięciu dwunożnych, każdy uzbrojony. Atakują konie? Nie, to sprzeczne, oni na nich jeżdżą. Polują? Nie, nie jadają koniny. Przez chwilę zaparło mi dech. Oni łowią. Oni wyłapują nas, abyśmy im służyli. Zarżałem ostrzegawczo i stanąłem dęba. Ludzie okrążyli nas, zbliżając się powoli. Rozpocząłem szarżę, biegając od jednego napastnika do drugiego, rżąc dziko. Ranili mnie jeszcze kilka razy, raz w zad, raz w nogę, byleby tylko zatrzymać pędzącego na nich stróża. Po kilku szarżach kątem oka zauważyłem, iż jednemu z napastników wypadł drzewiec z rąk, więc skierowałem się w jego stronę i wymierzyłem mu celne kopnięcie. Mężczyzna z szeroko rozwartym oczami upadł na ziemię. Cios odebrał mu dech oraz połamał kilka żeber.
-Virginio, uciekaj! - krzyknąłem do klaczy, gdy ta stawiała opór przed ucieczką.
W końcu jednak przekonałem ją, aby odbiegła wystarczająco daleko, gdzie ludzie nie mogli jej skrzywdzić. Jest bezpieczna. Dotrze do klanu, a tam ją ochronią. Rozwścieczeni dwunożni zaczęli rzucać linami, na końcach których były szerokie pętle. Przez kilka minut udawało mi się przed nimi uciekać, jednak kiedyś musiało do tego dojść - jednemu się poszczęściło, pętla ścisnęła mnie za szyję. Zacząłem wierzgać, utrudniając innym ponowne zwycięstwo, jednak byłem już na przegranej pozycji. Kolejne lassa krępowały moje ruchy, aż do całego wyczerpania moich sił.
*pół godziny później*
Ruszyliśmy w drogę - dla nich zapewne powrotną, dla mnie wręcz przeciwnie. Nadal próbowałem się wyrywać, jednak bezskutecznie. Nie miałem siły dalej walczyć, choć wiedziałem, że muszę powrócić do klanu i ostrzec Shiregt’a, jak bardzo niebezpieczni są ludzie. Na razie jednak musiałem ze zwieszoną głową iść stępa razem z innymi.
-Halt, mogłeś uciec. Wiedziałeś o tym! - oskarżycielski ton instynktu wcale nie poprawiał sytuacji.
-Lecz za jaką cenę? Miałem oddać Virginię w łapy ludzi? - syknąłem.
-Za Virginię zapłaciłeś własną wolnością.
-Wolę stracić wolność, niż zawieść mój klan. Mam mu służyć, a częścią tego klanu była Vi. -odparłem stanowczo, kończąc dyskusję.
<Vi? Lubię zaskakujące wątki :*>
28.03.2019
Od Halta "Dzień Zwiadowcy" Misja #14
Las. Ponure drzewa rzucały ogromne cienie w barwie atramentowej czerni. Z głębi można było wyłapać pohukiwania puszczyka, które po głębszym zwróceniu uwagi momentalnie zanikało wśród koron drzew. Gdy skupiło się wzrok na jakimkolwiek szczególe terenu, zamazywał się on w mgnieniu oka - jednak podświadomość widziała obraz owej puszczy.
Tętent kopyt. Zwróciwszy głowę w kierunku dźwięku ujrzałem tylko nicość, a za mną rozległo się rżenie. Odwracałem się, stąpałem w miejscu mamiony odgłosami lasu błąkałem się jak źrebię we mgle. Narastał we mnie coraz to większy strach. Po chwili usłyszałem złowrogi krzyk Shiregt'a. Spojrzałem w tamtą stronę, i o dziwo ujrzałem dobrze znaną mi postać. Od gniadosza pałał nieuzasadniony gniew, a jego oczy zdobiły karmazynowe refleksy. "Halt, masz natychmiast wynosić się poza granice Mongolii! Słyszysz?!" wykrzyknął. Chciałem cofnąć się o krok, jednak wszystkie mięśnie zesztywniały, odmawiając posłuszeństwa. Ogier zaczął szarżować wprost na mnie. Wiatr zawył przeraźliwie, w powietrzu unosił się metaliczny zapach krwi, a ja nie mogłem nic zrobić. Stałem, i czekałem na najgorsze.
Obudziłem się. Serce biło mi jak oszalałe, oddech znacznie przyspieszył a głowa pulsowała nieznośnym bólem. Pamiętałem tylko obraz gęstej cieczy. Mruknąłem coś pod nosem i przeczesałem dłonią włosy. Po chwili gwałtownie zatrzymałem oddech i powoli przysunąłem rękę do twarzy. To tylko sen. Jednak gdy odgarnąłem koc, pod którym spędziłem noc, ujrzałem dwie, ludzkie nogi. Ludzkie nogi, ludzkie ręce... Dotknąłem swojej twarzy. Ta również nie przypominała w żadnym stopniu pyska andaluzyjskiego ogiera, którym byłem jeszcze wczoraj. Bardzo powoli wyciągnąłem nogi za pryczę, i postawiłem pierwszy, bardzo chwiejny i niezdarny krok. Balans na dwóch kończynach zamiast czterech był o wiele trudniejszy, toteż usiadłem ponownie na łóżku. Rozejrzałem się dookoła. Znajdowałem się w niewielkiej jurcie w biało-czerwone pasy. Prycza stała na wprost drzwi wejściowych. Na lewo od nich znajdowała się niewielka kuchnia nieoddzielona zabudową od sypialni połączonej z salonem, w której stał niewielki stolik oraz moje łóżko. Na prawo zaś znajdowało się wejście do jeszcze jednego pomieszczenia. Ciekawość przewyższyła niechęć do ludzkich kształtów, więc zacząłem stawiać pierwsze kroki. Po kilku minutach ćwiczeń chodziłem jak zwykły dwunożny, udałem się więc do drugiej jurty i ostrożnie wszedłem do środka. Moim oczom ukazał chłopak w wieku może siedemnastu lat. Krótkie, brązowe włosy... Obok jego łóżka leżała podwójna pochwa z saksą i krótszym nożem do rzucania. O ścianę namiotu oparty był długi łuk oraz kołczan z tuzinem strzał o szarych bełtach. Nie chcąc budzić młodzieńca wycofałem się bezgłośnie, po czym odetchnąłem cicho. Najważniejsze było zachować spokój, i odnaleźć się w tym świecie. Rozglądając się po pomieszczeniu ujrzałem taką samą broń jak ta, którą posiadał chłopak. Opuszkami palców musnąłem rękojeść saksy i nie minęły dwie, może trzy sekundy, jak zacząłem wymachiwać bronią udając, że z kimś walczę. Po krótkim zapoznaniu się z bronią odnalazłem odzienie - lnianą koszulę, luźne spodnie, buty z miękkiej skóry oraz ciemnozielony płaszcz z kapturem.
Po włożeniu na siebie stosownych ciuchów przyjrzałem się swojej nowej postaci. Nierówno przycięte szpakowate włosy, centymetrowa broda i wyraźne rysy twarzy wyglądały znajomo. Podczas narcystycznego przeglądania się poczułem jak kawałek zimnego metalu odbił się od mojej klatki piersiowej. Ku mojemu zdziwieniu, na szyi zawieszony miałem srebrny liść dębu - odznakę pełnoprawnych zwiadowców. Zatem, czy w tym wcieleniu jestem... Zwiadowcą? Na to pytanie będzie musiał odpowiedzieć mi brunet, którego miałem zamiar niedługo obudzić. Jednak tuż przed wejściem do jego namiotu, po mojej głowie zaczęły krążyć myśli. Nie możesz tak. On nie wie, co się stało i oczekuje swojego normalnego mentora, a nie wariata, który twierdzi, że jest koniem. Przewódź mu dzisiaj, a jeśli dobrze spełnisz zadanie, jutro powrócisz do swoich.
Przypiąłem sobie do pasa pochwę, zarzuciłem na plecy kołczan i wziąłem łuk. Tajemniczy głos, kimkolwiek był, miał rację. Zamierzałem spełnić powierzone mi zdanie, więc wypadało poćwiczyć władanie bronią.
Tętent kopyt. Zwróciwszy głowę w kierunku dźwięku ujrzałem tylko nicość, a za mną rozległo się rżenie. Odwracałem się, stąpałem w miejscu mamiony odgłosami lasu błąkałem się jak źrebię we mgle. Narastał we mnie coraz to większy strach. Po chwili usłyszałem złowrogi krzyk Shiregt'a. Spojrzałem w tamtą stronę, i o dziwo ujrzałem dobrze znaną mi postać. Od gniadosza pałał nieuzasadniony gniew, a jego oczy zdobiły karmazynowe refleksy. "Halt, masz natychmiast wynosić się poza granice Mongolii! Słyszysz?!" wykrzyknął. Chciałem cofnąć się o krok, jednak wszystkie mięśnie zesztywniały, odmawiając posłuszeństwa. Ogier zaczął szarżować wprost na mnie. Wiatr zawył przeraźliwie, w powietrzu unosił się metaliczny zapach krwi, a ja nie mogłem nic zrobić. Stałem, i czekałem na najgorsze.
Obudziłem się. Serce biło mi jak oszalałe, oddech znacznie przyspieszył a głowa pulsowała nieznośnym bólem. Pamiętałem tylko obraz gęstej cieczy. Mruknąłem coś pod nosem i przeczesałem dłonią włosy. Po chwili gwałtownie zatrzymałem oddech i powoli przysunąłem rękę do twarzy. To tylko sen. Jednak gdy odgarnąłem koc, pod którym spędziłem noc, ujrzałem dwie, ludzkie nogi. Ludzkie nogi, ludzkie ręce... Dotknąłem swojej twarzy. Ta również nie przypominała w żadnym stopniu pyska andaluzyjskiego ogiera, którym byłem jeszcze wczoraj. Bardzo powoli wyciągnąłem nogi za pryczę, i postawiłem pierwszy, bardzo chwiejny i niezdarny krok. Balans na dwóch kończynach zamiast czterech był o wiele trudniejszy, toteż usiadłem ponownie na łóżku. Rozejrzałem się dookoła. Znajdowałem się w niewielkiej jurcie w biało-czerwone pasy. Prycza stała na wprost drzwi wejściowych. Na lewo od nich znajdowała się niewielka kuchnia nieoddzielona zabudową od sypialni połączonej z salonem, w której stał niewielki stolik oraz moje łóżko. Na prawo zaś znajdowało się wejście do jeszcze jednego pomieszczenia. Ciekawość przewyższyła niechęć do ludzkich kształtów, więc zacząłem stawiać pierwsze kroki. Po kilku minutach ćwiczeń chodziłem jak zwykły dwunożny, udałem się więc do drugiej jurty i ostrożnie wszedłem do środka. Moim oczom ukazał chłopak w wieku może siedemnastu lat. Krótkie, brązowe włosy... Obok jego łóżka leżała podwójna pochwa z saksą i krótszym nożem do rzucania. O ścianę namiotu oparty był długi łuk oraz kołczan z tuzinem strzał o szarych bełtach. Nie chcąc budzić młodzieńca wycofałem się bezgłośnie, po czym odetchnąłem cicho. Najważniejsze było zachować spokój, i odnaleźć się w tym świecie. Rozglądając się po pomieszczeniu ujrzałem taką samą broń jak ta, którą posiadał chłopak. Opuszkami palców musnąłem rękojeść saksy i nie minęły dwie, może trzy sekundy, jak zacząłem wymachiwać bronią udając, że z kimś walczę. Po krótkim zapoznaniu się z bronią odnalazłem odzienie - lnianą koszulę, luźne spodnie, buty z miękkiej skóry oraz ciemnozielony płaszcz z kapturem.
Po włożeniu na siebie stosownych ciuchów przyjrzałem się swojej nowej postaci. Nierówno przycięte szpakowate włosy, centymetrowa broda i wyraźne rysy twarzy wyglądały znajomo. Podczas narcystycznego przeglądania się poczułem jak kawałek zimnego metalu odbił się od mojej klatki piersiowej. Ku mojemu zdziwieniu, na szyi zawieszony miałem srebrny liść dębu - odznakę pełnoprawnych zwiadowców. Zatem, czy w tym wcieleniu jestem... Zwiadowcą? Na to pytanie będzie musiał odpowiedzieć mi brunet, którego miałem zamiar niedługo obudzić. Jednak tuż przed wejściem do jego namiotu, po mojej głowie zaczęły krążyć myśli. Nie możesz tak. On nie wie, co się stało i oczekuje swojego normalnego mentora, a nie wariata, który twierdzi, że jest koniem. Przewódź mu dzisiaj, a jeśli dobrze spełnisz zadanie, jutro powrócisz do swoich.
Przypiąłem sobie do pasa pochwę, zarzuciłem na plecy kołczan i wziąłem łuk. Tajemniczy głos, kimkolwiek był, miał rację. Zamierzałem spełnić powierzone mi zdanie, więc wypadało poćwiczyć władanie bronią.
*2 godziny później*
Po dwóch godzinach mozolnych ćwiczeń postanowiłem wrócić do środka i obudzić młodzieńca. Z tego co udało mi się wywnioskować z prywatnych notatek owego człowieka, którego zastępowałem, i on, i uczeń ubóstwiają ciemny napar zwany kawą, słodzony miodem. Więc gdy tylko wróciłem do namiotu zaparzyłem w dwóch kubkach owy napój. Aromat rozszedł się po całym wnętrzu, toteż nie zdziwiłem się, gdy po kilku minutach w moim namiocie stał brązowooki chłopak, uśmiechając się ciepło na mój widok.
-Mam nadzieję, że znajdzie się i krztyna dla mnie - powiedział, patrząc na kubek, z którego pociągnąłem już spory łyk cieczy.
Uniosłem jedną brew, podając młodzieńcowi kubek z naparem.
Will, ma na imię Will.
Kolejna trafna podpowiedź od głosu.
-Willu, dzisiaj czeka nas ciężki dzień - rzekłem, ostrożnie dobierając słowa.
Uczeń w zamyśleniu kiwnął tylko głową, jakby w ogóle mnie nie słuchał.
-Halo, ziemia do Willa - chłopak lekko zdziwiony poparzył na mnie zdziwionym wzrokiem - Czy ty kiedyś zaczniesz mnie słuchać? - uśmiechnąłem się kwaśno.
-Kiedyś zacznę - wyszczerzył zęby w uśmiechu - To co dzisiaj robimy?
-Mam nadzieję, że znajdzie się i krztyna dla mnie - powiedział, patrząc na kubek, z którego pociągnąłem już spory łyk cieczy.
Uniosłem jedną brew, podając młodzieńcowi kubek z naparem.
Will, ma na imię Will.
Kolejna trafna podpowiedź od głosu.
-Willu, dzisiaj czeka nas ciężki dzień - rzekłem, ostrożnie dobierając słowa.
Uczeń w zamyśleniu kiwnął tylko głową, jakby w ogóle mnie nie słuchał.
-Halo, ziemia do Willa - chłopak lekko zdziwiony poparzył na mnie zdziwionym wzrokiem - Czy ty kiedyś zaczniesz mnie słuchać? - uśmiechnąłem się kwaśno.
-Kiedyś zacznę - wyszczerzył zęby w uśmiechu - To co dzisiaj robimy?
*Pół godziny później*
Po dłuższym objaśnieniu zadania oraz trasy, którą mieliśmy podążać, spakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy. Chłopak wyszedł na zewnątrz i obejrzał się w moją stronę: kiwnąłem głową na znak, aby szedł dalej. Nie za bardzo wiedziałem, gdzie idzie mój towarzysz. Mimo tego ruszyłem za nim żwawym krokiem i ujrzałem niewielki płot, i przywiązane do niego dwa konie: krępej budowy z kudłatą sierścią. Pierwszy z nich, najwyraźniej podopieczny Willa był siwy, zaś drugi lśnił brązami i czernią - piękny gniadosz. Podszedłem do drugiego zwierzęcia i końskim zwyczajem chciałem szturchnąć go łbem, jednak w porę opamiętałem się i niemrawo położyłem dłoń na chrapach wierzchowca. Ten popatrzył się na mnie i parsknął pytająco.
Abelard.
Głos wypowiedział imię konia, byłem tego pewien.
-Czeka nas długa droga, Abelardzie - rzekłem cicho.
Całemu zdarzeniu towarzyszyło mi dziwne uczucie. Oto sam rozmawiałem z koniem, który poddał się ludziom. Z wcześniejszej rozmowy z Willem dowiedziałem się, że są to specjalnie tresowane zwierzęta, z którymi zwiadowcy zwykli rozmawiać. Mruknąłem coś pod nosem i zabrałem się do siodłania.
Abelard.
Głos wypowiedział imię konia, byłem tego pewien.
-Czeka nas długa droga, Abelardzie - rzekłem cicho.
Całemu zdarzeniu towarzyszyło mi dziwne uczucie. Oto sam rozmawiałem z koniem, który poddał się ludziom. Z wcześniejszej rozmowy z Willem dowiedziałem się, że są to specjalnie tresowane zwierzęta, z którymi zwiadowcy zwykli rozmawiać. Mruknąłem coś pod nosem i zabrałem się do siodłania.
*10 minut później*
Ruszyliśmy równym kłusem. Starałem się jak najlepiej naśladować ruchy młodzieńca - zgrabnie unosił się w siodle, gdy Wyrwij stąpał lewą nogą, i siadał, gdy konik stawał na prawej. Po kilkudziesięciu przejechanych metrach udało mi się opanować tę czynność, jechałem więc dumnie wyprostowany.
Wensley, wieś do której zmierzaliśmy znajdowała się jeszcze godzinę jazdy na północ.
-Słońce osiągnęło zenit, więc zostało nam jeszcze około siedmiu godzin światła dziennego - rzekłem do czeladnika.
-Więc mamy około pięciu godzin na zwiad całej wioski - odpowiedział Will po chwili namysłu.
Kiwnąłem głową w milczeniu i potarłem brodę.
-Właściwie, po co trzymać się ścisłych reguł prawa - dodałem - Ostatnio tam byłeś, szukając swojego psa. Wystarczy sprawdzić mały oddział zbrojnych i czy po okolicy nie grasują złodzieje.
Will przytaknął z uśmiechem.
Wensley, wieś do której zmierzaliśmy znajdowała się jeszcze godzinę jazdy na północ.
-Słońce osiągnęło zenit, więc zostało nam jeszcze około siedmiu godzin światła dziennego - rzekłem do czeladnika.
-Więc mamy około pięciu godzin na zwiad całej wioski - odpowiedział Will po chwili namysłu.
Kiwnąłem głową w milczeniu i potarłem brodę.
-Właściwie, po co trzymać się ścisłych reguł prawa - dodałem - Ostatnio tam byłeś, szukając swojego psa. Wystarczy sprawdzić mały oddział zbrojnych i czy po okolicy nie grasują złodzieje.
Will przytaknął z uśmiechem.
*4 godziny później*
Gdy sprawdziliśmy oddział obronny i wypytaliśmy wieśniaków o bezpieczeństwo i ostatnie kradzieże, weszliśmy do oberży na krótki odpoczynek. Popijając aromatyczną kawę czas upłynął nam na luźnej pogawędce. Jednak szybko okazało się, iż pora wsiąść na koń i wracać do chaty. Podałem oberżyście dwie srebrne korony i poszliśmy osiodłać nasze wierzchowce. Ruszyliśmy raźnym kłusem, jednak drogę spędziliśmy w milczeniu. Mięśnie zaczęły mi drętwieć i piec niemiłosiernie. Na moją twarz wstąpił grymas niezadowolenia, lecz z pokorą musiałem znieść mordęgi.
Gdy tylko wyczyściliśmy i rozsiodłaliśmy konie pospiesznie usiadłem na swojej pryczy i rozmasowałem obolałe nogi. Will w tym czasie przyrządził wieczerzę, potrawkę z królika. Spojrzałem na mięso niechętnie, i odmówiłem jedzenia pod błahym pretekstem braku apetytu.
-Dobrze się spisałeś, Willu. - rzekłem, spoglądając na bruneta.
Nie usłyszałem żadnej odpowiedzi. Pochwała z moich ust musiała być dla niego czymś wielkim.
Gdy tylko wyczyściliśmy i rozsiodłaliśmy konie pospiesznie usiadłem na swojej pryczy i rozmasowałem obolałe nogi. Will w tym czasie przyrządził wieczerzę, potrawkę z królika. Spojrzałem na mięso niechętnie, i odmówiłem jedzenia pod błahym pretekstem braku apetytu.
-Dobrze się spisałeś, Willu. - rzekłem, spoglądając na bruneta.
Nie usłyszałem żadnej odpowiedzi. Pochwała z moich ust musiała być dla niego czymś wielkim.
*2 godziny później*
Kładąc głowę na pryczy, poczułem ulgę. Mięśnie powoli rozluźniały się, a po chwili pogrążyłem się we śnie.
-Sprostałeś zadaniu. - Głos był wyraźnie zadowolony. - Zgodnie z umową, możesz wrócić do swojego normalnego ciała, jednak pozostawiam ci wybór: możesz także zostać człowiekiem.
Zastanawiałem się nad odpowiedzią. Przypomniałem sobie rysy Shiregta, stukot kopyt Trouble, sylwetkę Mivany... Wspomnienia ze stada dawały przyjemne poczucie bezpieczeństwa i ochrony. Zdałem sobie sprawę, że to właśnie w Mongolii zostało moje serce, honor i wiara.
-To była niesamowita przygoda, jednak zostanę wierny memu władcy i ludowi, któremu poprzysięgłem służyć.
Obudziłem się. Głowa pulsowała nieznośnym bólem, mimo to powoli dźwignąłem się na nogi. Uczucie stania na czterech nogach było zarazem czymś nowym, jak i dobrze znanym.
-Wróciłem. - mruknąłem cicho.
Zaliczone.
11.03.2019
Od Halta do Shiregt'a ,,Hibernia w Mongolii, czyli Shiregt jako Ferris"
Oddalając się od przywódcy równym kłusem zacząłem rozmyślać o słowach ogiera. Shiregt był właściwym koniem na właściwym miejscu - dobry i sprawiedliwy władca. Nie pysznił się swoim statusem społecznym, miał honor oraz zdolności przywódcze. Od naszego pierwszego spotkania darzyłem go niemałym szacunkiem, który mu się należał, a po zapoznaniu śmiało mógłbym stwierdzić, iż darzyłem go sympatią. Przypominał mi moje źrebięce wyobrażenia o Ferrisie, który okazał się okrutnym zazdrośnikiem. Robisz się sentymentalny, Halt. Westchnąłem cicho. W gruncie rzeczy gdybym teraz wrócił do stada, pożywiłbym się i... Trudno było mi to przyznać, ale nudziłbym się. Stanąłem na chwilę, rozważając za i przeciw, po czym zawróciłem do miejsca spotkania. Kiedy zbliżyłem się do ogiera na odległość stu metrów, ukrywając się pod osłoną plam cienia okolicznej roślinności, bezgłośnie stąpałem w kierunku przywódcy. Ten wrócił do zaspokajania głodu, skubiąc pączki kwiatów z pobliskiego krzewu. Podszedłem do gniadosza od frontu, i wyłoniłem się z cienia tuż przed jego łbem.
-Nie lekceważ mnie, bo jestem cichy. Wiem więcej, niż mówię, myślę więcej, niż powiem i obserwuję więcej, niż myślisz. - powiedziałem cicho, widząc zdziwioną minę Shiregt’a.
-Wybacz, że nachodzę. - rzekłem nieco głośniej, jakby nic się nie stało, i skłoniłem się lekko w geście szacunku oraz przeprosin. - Chciałem zapytać, czy masz ochotę na spacer, i nieco dłuższą rozmowę?
Dopiero po wypowiedzeniu zdałem sobie sprawę z tego, jakim zaufaniem obdarzyłem mojego towarzysza.
<Shi? Nie odbierz tego jako zaproszenia na randkę XD>
-Nie lekceważ mnie, bo jestem cichy. Wiem więcej, niż mówię, myślę więcej, niż powiem i obserwuję więcej, niż myślisz. - powiedziałem cicho, widząc zdziwioną minę Shiregt’a.
-Wybacz, że nachodzę. - rzekłem nieco głośniej, jakby nic się nie stało, i skłoniłem się lekko w geście szacunku oraz przeprosin. - Chciałem zapytać, czy masz ochotę na spacer, i nieco dłuższą rozmowę?
Dopiero po wypowiedzeniu zdałem sobie sprawę z tego, jakim zaufaniem obdarzyłem mojego towarzysza.
<Shi? Nie odbierz tego jako zaproszenia na randkę XD>
10.03.2019
Od Halta do Shiregt'a ,,Zasady i uczucia"
Od razu opanowałem wyraz swojego pyska. Teraz nie wyrażał on żadnych emocji, które wcześniej zdradziły moje oczy. Popatrzyłem ogierowi prosto w oczy, bez cienia strachu. Nie zaznałem w nich kpiny, więc potraktowałem to jako poważną prośbę.
-Shiregt’cie. - zacząłem - Zapewne wiesz, że z oddaniem będę służył klanowi moimi umiejętnościami, oraz doświadczeniem. Jednak chcę, abyś wiedział również, że ta prośba jest dla mnie niemałym zaskoczeniem. Kłóci się ona z moimi zasadami. Z pokorą wykonałnym te zadanie, gdybym nie miał odrobiny serca, czy raczej tego, co mi z niego zostało. Pomyśl, proszę, jak będzie czuć się źrebię? Kiedy wyjawiać mu prawdę, że jego matka jest morderczynią? Jak wyjaśnisz mu brak ojca? Nie jestem gotowy na potomstwo, tym bardziej, jak miałbym kłamać maleństwu w oczy, a nie zostawiłbym go pod opieką Khairtai. Wiedz, że poszedłbym za Tobą w ogień, oddał życie aby Cię uchronić, jednak dziś prosisz mnie o zbyt wiele. - skończyłem monolog, i ze spokojem wpatrywałem się w mojego towarzysza, oczekując odpowiedzi. Kątem oka ujrzałem zbliżającego się węża, o niewielkich rozmiarach. Wyłonił się spod rośliny, którą skubał Shiregt. Niby od niechcenia przygniotłem gotujące się do ataku zwierzę, nie patrząc w jego stronę.
-Przepraszam, jeśli cię zawiodłem. - rzekłem do alfy.
<Shi? :*>
-Shiregt’cie. - zacząłem - Zapewne wiesz, że z oddaniem będę służył klanowi moimi umiejętnościami, oraz doświadczeniem. Jednak chcę, abyś wiedział również, że ta prośba jest dla mnie niemałym zaskoczeniem. Kłóci się ona z moimi zasadami. Z pokorą wykonałnym te zadanie, gdybym nie miał odrobiny serca, czy raczej tego, co mi z niego zostało. Pomyśl, proszę, jak będzie czuć się źrebię? Kiedy wyjawiać mu prawdę, że jego matka jest morderczynią? Jak wyjaśnisz mu brak ojca? Nie jestem gotowy na potomstwo, tym bardziej, jak miałbym kłamać maleństwu w oczy, a nie zostawiłbym go pod opieką Khairtai. Wiedz, że poszedłbym za Tobą w ogień, oddał życie aby Cię uchronić, jednak dziś prosisz mnie o zbyt wiele. - skończyłem monolog, i ze spokojem wpatrywałem się w mojego towarzysza, oczekując odpowiedzi. Kątem oka ujrzałem zbliżającego się węża, o niewielkich rozmiarach. Wyłonił się spod rośliny, którą skubał Shiregt. Niby od niechcenia przygniotłem gotujące się do ataku zwierzę, nie patrząc w jego stronę.
-Przepraszam, jeśli cię zawiodłem. - rzekłem do alfy.
<Shi? :*>
4.03.2019
Od Halta ,,Początek"
Stojąc w plamie cienia Halt omiatał okolicę wzrokiem. Odbyte szkolenie na zwiadowcę podczas wędrówki nie poszło na marne: jego uwadze nie umykały najmniejsze szczegóły. Można by powiedzieć, że każdy suchy liść spadał za jego zgodą. Patrzył na świat szerzej niż inni. Dostrzegał szczegóły, które często umykały innym, a to sprawiało stróżowi niemałą satysfakcję.
***
Bez żadnego wyrazu pyska pełnił wartę przez całą noc, a wczesnym rankiem ujrzał z daleka klacz która go zmieniała. Siwa sylwetka biegła równym kłusem rozglądając się za towarzyszem. Co prawda rozmawiali ze sobą zaledwie trzy razy, jednak mimo wszystko, pracowali ze sobą. Halt wynurzył się z cienia niespodziewanie, tuż przed łbem klaczy. Ta zatrzymała się, i wzdrygnęła jednocześnie.
-Witaj, Trouble. - rzekł na powitanie.
-Nadal nie wiem, jak Ty to robisz. - wyznała jego towarzyszka.
Na pysku ogiera przemknął cień uśmiechu, którego od dawna tam nie było. Dzisiejsza praca była skończona, mógł oddać się na spoczynek. Wystarczyło przekazać jej informacje z warty.
-Dzisiejszej nocy wszystko szło pomyślnie. Nie było niczego godnego mojej interwencji. - jego duma nie pozwalała rzec „niczego nie zauważyłem”, gdyż zauważył wszystko. Trouble uśmiechnęła się i podziękowała za informacje, zwalniając Halta ze służby. Raźnym kłusem ruszył do stada, lecz usłyszał wołanie klaczy:
-Halt! Shiregt prosił Cię do siebie!
Machnął łbem na potwierdzenie. Z nieco zdziwionym wyrazem pyska przeszedł do pełnego galopu, aby jak najszybciej dotrzeć do przywódcy.
<Shi?>
***
Bez żadnego wyrazu pyska pełnił wartę przez całą noc, a wczesnym rankiem ujrzał z daleka klacz która go zmieniała. Siwa sylwetka biegła równym kłusem rozglądając się za towarzyszem. Co prawda rozmawiali ze sobą zaledwie trzy razy, jednak mimo wszystko, pracowali ze sobą. Halt wynurzył się z cienia niespodziewanie, tuż przed łbem klaczy. Ta zatrzymała się, i wzdrygnęła jednocześnie.
-Witaj, Trouble. - rzekł na powitanie.
-Nadal nie wiem, jak Ty to robisz. - wyznała jego towarzyszka.
Na pysku ogiera przemknął cień uśmiechu, którego od dawna tam nie było. Dzisiejsza praca była skończona, mógł oddać się na spoczynek. Wystarczyło przekazać jej informacje z warty.
-Dzisiejszej nocy wszystko szło pomyślnie. Nie było niczego godnego mojej interwencji. - jego duma nie pozwalała rzec „niczego nie zauważyłem”, gdyż zauważył wszystko. Trouble uśmiechnęła się i podziękowała za informacje, zwalniając Halta ze służby. Raźnym kłusem ruszył do stada, lecz usłyszał wołanie klaczy:
-Halt! Shiregt prosił Cię do siebie!
Machnął łbem na potwierdzenie. Z nieco zdziwionym wyrazem pyska przeszedł do pełnego galopu, aby jak najszybciej dotrzeć do przywódcy.
<Shi?>
3.03.2019
Nowy stróż - Halt!

Źródło: Zdjęcie główne
Motto: ,,Dziewięciu na dziesięciu ludzi widzi tylko to, co spodziewa się ujrzeć."
Imię: Halt, dla znajomych Halt bądź Arratay.
Tytuł: Brak
Płeć: Ogier
Ranga/i: Stróż
Głos: -
RELACJE: Rodziców nie poznał, lecz ma dwójkę młodszego rodzeństwa: brata Ferrisa i siostrę Caitlyn.
OSOBOWOŚĆ: Halt to koń odznaczający się niezwykłą przenikliwością oraz przebiegłością, jest wspaniałym strategiem. Sprawia wrażenie zimnego i twardego, ale pod tą maską kryje się ogromne serce i oddanie. Arratay jest osobnikiem praktycznym, który nie przejmuje się zasadami rycerskości. Liczy się skuteczność oraz cel, który osiągnie z wielką satysfakcją.
ORIENTACJA: Heteroseksualny
APARYCJA:
- RASA: Koń andaluzyjski.
- WYGLĄD: Maść siwa jabłkowita.
- ZNAKI CHARAKTERYSTYCZNE: Brak. Wszyscy, którzy spotkali Halta twierdzą, że ma charakterystyczny błysk w oku. Tajemniczy, i w pewnym sensie przerażający.
- WZROST: 154 cm
- WAGA: 502 kg
• Krycie się w ciemności - niektórzy twierdzą, że Arratay włada czarną magią, lecz to tylko niedorzeczne plotki. Ogier do perfekcji opanował krycie się w cieniu i wpasowywanie się do krajobrazu.
• Tropienie - ślady wroga na terenie stada? Trzeba wytropić uciekiniera? Halt z chęcią pomoże.
HISTORIA: Ten ogier urodził się daleko od obecnych ziem na których przebywa. Krainę w której mieszkał, zwano Hibernią. Jako iż urodził się jako pierwszy, (choć tylko o 7 minut wcześniej niż brat) miał odziedziczyć władzę po swoim ojcu. Zazdrość wstąpiła w Ferrisa, który usiłował zabić swojego brata. Próba zamachu na jego życie okazała się nieudana, a młody dziedzic uciekł z ojczystego kraju. Wędrował przez wiele dni i nocy, rozwijając swoje umiejętności, dopóki nie natrafił na stado Eternal Freedom.
INNE: -
KONTAKT: Catton [HW]
Subskrybuj:
Posty (Atom)
