Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dante. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dante. Pokaż wszystkie posty

11.10.2019

Żegnamy Specter, Virginię, Risę, Vayolę i Dantego!

  W dzisiejszym dniu żegnamy z żalem powyższe postacie. Nasz książę Dante odchodzi, by szukać miłosnych przygód w innych stadach. Virginia, Risa i Vayola postanowiły zacząć nowe życie z dala od dawnych intryg, podobnie Specter (choć istnieją spekulacje, że ruszyła za Dante'ym). Powodem jest taka decyzja ich właścicieli. Majątek Specter zostaje rozdzielony pomiędzy jej potomstwo, Siraane i Leandera. U reszty postaci zostaje rozdzielony pomiędzy najbliższą rodzinę, czyli matkę i rodzeństwo.
  Ale to nie wszystko. Z dniem dzisiejszym żegnamy jednego z naszych najwierniejszych, najzdolniejszych i najukochańszych autorów, kogoś, kto był tu z nami od samiutkiego początku. Tak, mam na myśli adminkę DODĘ, znaną bardziej jako Kromek. Większość tego, co chciałam powiedzieć, wylałam już na Discordzie, ale powtórzę to jeszcze raz: nikt nie ma do ciebie żalu. Stworzyliśmy wiele super wątków. W życiu trzeba patrzeć w przyszłość, a niewykluczone, że ta wspaniała osoba kiedyś do nas powróci. Zatem życzymy ci wszystkiego dobrego, i oby nasze drogi kiedyś się jeszcze skrzyżowały! 

Dante z dynastii Altbachów|15 lat|Ogier|Książę, Szeregowiec|26 p.|Brak|DODA

Specter|13 lat|Klacz|Szeregowiec|80 p.|Brak|wolfik 


Virginia|7 lat|Klacz|Starszy Szeregowy|96 p.|Brak|DODA

Risa|7 lat|Klacz|Stróż|16 p.|Brak|DODA

Vayola|17 lat|Klacz|Emerytka|145 p.|Brak|DODA

12.06.2019

Od Dantego do Specter "Przepraszam za kłopoty"

Zamilkłem, nie wiedząc zupełnie, co powiedzieć. To, co powiedziała klacz, było takie szczere, ale i w pewnych momentach bolesne, zarówno dla niej, jak i dla mnie. Cieszyłem się, że przynajmniej mój brat dał nam tymczasowo spokój, choć martwiłem się, że za niedługo przyciśnie mnie do muru, a przynajmniej spróbuje, żeby poznać całą prawdę. A co ja mu wtedy powiem? Jeśli prawdę, to całkowicie zhańbię Specter, nie mówiąc już o sobie. A jeżeli skłamię, to on to zapewne wyczuje. Cisza między nami przedłużała się, aż nagle przerwała ją Naero.
-Mamo...jestem głodna-powiedziała klaczka.
-Znowu?-zdziwiła się Specter, po czym krótko westchnęła.-No dobrze-dodała, po czym zaczęła karmić źrebię. W tym czasie Siraane i Leander zaczęli się bawić kawałek dalej. Nie mam pojęcia, dlaczego to zrobiłem ani co mnie podkusiło, ale zdecydowałem się do nich podejść. Źrebięta przerwały na chwilę zabawę i przyjrzały mi się uważnie.
-Pobawisz się z nami...ojcze?-zapytała Siraane. Z zaskoczenia aż zaniemówiłem. Skąd one wiedziały, kim dla nich jestem? Czyżby... z mojej rozmowy z Shiregt'em?
-Z chęcią-odparłem ku swojemu zaskoczeniu. Nauczyłem źrebaki jednej ze swoich ulubionych zabaw, w które często grałem za młodu, to jest chodzi mi o grę w berka. Co prawda obecnie praktycznie cały czas się potykały i wychodziło im to wszystko dość niezdarnie, ale miały mnóstwo frajdy.
-Mogę też się z wami pobawić?-spytała Naero, podchodząc do nas. Za nią szła Specter.
-Obawiam się, że to nie jest zabawa dla ciebie-powiedziała po chwili klacz. W jej głosie słychać było smutek i żal, a i sama Naero widocznie posmutniała.
-Zagrajmy w skojarzenia-zasugerowałem. Wytłumaczyłem chętnym źrebakom zasady gry. Bardzo się im ona spodobała, tym bardziej, że w zabawie udział wzięliśmy Specter i ja. Oboje zaś znaliśmy słowa, których znaczeń nie znały nasze dzieci, a które z chęcią poznawały. Potem źrebięta trzeba było jeszcze oprowadzić nieco po klanie. Jak na razie Specter i ja staraliśmy się ignorować ciekawskie spojrzenia. Wytłumaczyliśmy naszym dzieciom parę spraw, w tym to, że muszą zawsze być posłusznymi władcy, którym obecnie jest ich wuj. Przed zaśnięciem źrebaki trzeba było jeszcze raz nakarmić, a wkrótce po tym usnęły. Zbliżyłem się ostrożne i po cichu do Specter, aby nie obudzić żadnego z dzieci.
-Przepraszam-szepnąłem. Klacz popatrzyła na mnie zaskoczona.-Przepraszam, że sprawiam ci tylko kłopoty-powiedziałem.
<Specter?>

7.06.2019

Od Dantego do Mint "Nieznane niebezpieczeństwo i drobna pomyłka"

Podczas krótkiej wymiany zdań między klaczami, ja wyszedłem z wody.
-Co się dokładnie stało?-spytałem. Mivana i mnie, tak jak wcześniej Mint, zmierzyła spojrzeniem.
-Dowiecie się na miejscu. Chodźcie szybko-odparła, po czym natychmiast ruszyła przodem. Moja towarzyszka i ja spojrzeliśmy po sobie krótko, po czym ruszyliśmy za klaczą. W końcu nie pozostało nam już nic innego. Miła atmosfera całkowicie prysła, a i jak mieliśmy się bawić, wiedząc, że mój braciszek coś odwalił? Chociaż po tym, jak załatwił mnie w ostatniej walce, to powinienem jakoś się odegrać, ale... Zdecydowanie lepszym pomysłem będzie trening, podejście do następnych walk w lepszej formie i wyzwanie brata, a teraz należała mu się pomoc. Żadne z nas nawet nie próbowało dowiedzieć się więcej od Mivany, to było bezsensowne. Dość szybko wróciliśmy do klanu. Widać było poruszenie, konie rozmawiały i wydawały się być zaniepokojone. Mivana poprowadziła nas dalej, do miejsca w zaroślach, gdzie było kilka koni, w większości medycy. Wszyscy pochylali się nad czymś, albo raczej, jak się wkrótce okazało, kimś. Tym kimś był oczywiście Shiregt.
-Co mu jest?-spytała Mint, podchodząc do ogiera, który leżał na ziemi.
-Nie wiemy. W końcu to ty tutaj jesteś najlepszym medykiem, nie? Ty powinnaś wiedzieć. Pomóż mu-odparła Mivana. Właściwie brzmiało to niczym rozkaz.
-Już, już-odparła cicho Mint. Nie wiadomo było, czy mówiła do klaczy, do Shiregt'a, czy do siebie. Podeszła do ogiera i zaczęła mu się uważnie przyglądać. Wyglądało na to, że ogier stracił przytomność. Nie powiem, sam też się tym zaniepokoiłem, choć może nie było tego po mnie widać. Chciałem podejść, ale Mivana zgromiła mnie wzrokiem.
-Nie przeszkadzaj-powiedziała.-Wiesz, co mu dolega?-dodała, przenosząc wzrok na Mint. Klacz nic nie zdążyła odpowiedzieć, podczas gdy Shiregt lekko się poruszył. Następnie uniósł trochę głowę, ale oczy miał nadal półprzymknięte.
-Shiregt?!-Mivana natychmiast do niego doskoczyła, odpychając przy tym Mint. Mimo wszystko nie gniewałem się na nią za jej zachowanie, przynajmniej względem mnie. Trudno mnie było obrazić, poza tym znałem nieco charakter klaczy i wiedziałem, czego się po niej spodziewać. Shiregt poruszył lekko głową i jakby pochylił się w stronę klaczy.
-Mint?-spytał niepewnie, a Mivana zastygła z wyrazem strachu, ulgi, niedowierzania, smutku i złości na swoim pysku. Tak, wszystkie te uczucia zagościły na nim jednocześnie. Musiałem przyznać, że była to niezwykłe mieszanka, jednak teraz ważniejszy był mój brat, a nie to, co dzieje się z Mivaną.
<Mint? Wybacz, że po takim czasie i tak krótko.
Najmi, jeśli to przeczytasz, to wybacz mi potraktowanie tak Miv i nie zabijaj, ja MUSIAŁAM to tak napisać, to było silniejsze ode mnie. Jeszcze miałam przed oczami tą jedną scenę z Harrego Pottera, kiedy Ron był w szpitalu i zamiast swojej dziewczyny wzywał Hermionę XD>

2.06.2019

Od Dantego do Specter "Lepszy ojciec niż przyjaciel"

Szła powoli. Krokiem za krokiem, co jakiś czas się chwiejąc. Naero...dowiedziałem się, że tak właśnie ma na imię.
-To nie wygląda najlepiej-powiedziałem. Poczułem na sobie spojrzenie klaczy. Przeniosłem na nią wzrok i spostrzegłem, że patrzy na mnie jak na wroga.-Chodzi mi o nią. Znaczy, o...o to, że powinien ją zobaczyć medyk, nie uważasz?-wyjaśniłem. Specter jakby złagodniała. Przez dłuższą chwilę jednak nie otrzymałem odpowiedzi, aż nieoczekiwanie klacz ruszyła z miejsca. Trójka źrebiąt poszła za nią. Ja również nie zamierzałem tam sam zostawać. Już po chwili dołączyłem do Specter.
-Dokąd idziemy?-spytałem.
-Wracam do klanu. Myślę, że Naero faktycznie powinien zobaczyć medyk-odparła klacz. Zignorowałem przytyk skierowany w moją stronę. Przez jakiś czas dalej szliśmy, nie rozmawiając ze sobą. Ciszę przerywały jedynie głosy źrebaków, co jakiś czas przystawaliśmy też, aby Naero mogła nieco odpocząć.
-Posłuchaj...-zacząłem. Klacz popatrzyła na mnie i w tej samej chwili zupełnie zapomniałem, co chciałem powiedzieć. Słowa uciekły z mojej głowy. Tak bardzo mi na niej zależy. Ale...ja? Ojcem?-przeniosłem wzrok na jej...nasze dzieci. Wydawały się nawet fajne. Miłe, zabawne. Faktycznie, kiedy na nie patrzyłem, jak beztrosko stawiają swoje kolejne kroki na tym świecie i próbują się ze sobą bawić, robiło mi się jakby cieplej na sercu. Ale to przecież nie wszystko. Nie zawsze będzie kolorowo. Czy ja dam sobie z tym radę? A Specter? Ona sobie poradzi?
-Czego mam posłuchać?-spytała w końcu szorstkim głosem klacz. Miało się wrażenie, że tamtej chwili, kiedy staliśmy razem przytuleni, ledwo kilka minut temu, nigdy nie było. Wszystko, co chcieliśmy i mogliśmy sobie powiedzieć, odeszło poniekąd w niepamięć wraz z tą chwilę. Znowu na to pozwoliłem. Przegapiłem szansę. Ile jeszcze będę ich potrzebował? I czy Specter w ogóle mi je da?
-Właściwie to... Chciałem powiedzieć, że cię przepraszam-powiedziałem.
-Przepraszasz? Za to, że mnie zostawiłeś? Samą, w ciąży? Czy że w ogóle narobiłeś mi jakichkolwiek nadziei? Albo za to, że tyle mnie zwodziłeś? Po co w ogóle się ze mną zadawałeś? Byłam tylko zabawką?!-było tak, jakbym niechcący otworzył drzwi do jakiegoś pomieszczenia w jej duszy, z którego wylały się wszystkie wyrzuty, jakie miała do mojej osoby. A najgorsze były to, że wszystkie były prawdziwe.-Nie jestem pewna, czy przeprosiny coś tu dadzą, Dante. Czy ty w ogóle żałujesz tego, co zrobiłeś?-dodała klacz.
-Żałuję-odparłem niemal bez namysłu.
-Jeśli się czegoś żałuje, to powinno też chcieć się to naprawić-powiedziała Specter.
-Jak? Powiedz mi, jak mam to naprawić?-zapytałem natychmiast.
-Bądź dla tych źrebiąt lepszym ojcem, niż dla mnie przyjacielem-odparła klacz. Słowa te w ułamku sekundy wyryły mi się w umyśle, sercu i duszy. Jednocześnie wiedziałem, co znaczą, ale też ich nie rozumiałem i starałem się znaleźć w tym wszystkim sens. Kiedy w końcu zdecydowałem się coś powiedzieć, dotarliśmy do klanu. Z daleka dało się słyszeć rozmowy i śmiechy, więc Specter skupiła się na tym, aby przygotować źrebaki na to, co wkrótce je miało czekać.
-Pewnie wiele koni się nimi zainteresuje-powiedziała klacz, zwracając się z powrotem do mnie.
-Zapewne-potwierdziłem. Na pewno też będą chcieli wiedzieć, kto jest ich ojcem-pomyślałem.
-Ja się tym zajmę, a ty idź poszukać jakiegoś medyka-odparła Specter.
-Dobrze-powiedziałem. Przynajmniej tyle mogłem zrobić. Kiedy znaleźliśmy się w zasięgu wzroku pierwszych koni, rzeczywiście wzbudziliśmy niemałą sensację. Mając na uwadze wykonanie swojego zadania, korzystając z tego, że jako książę mam nieco większe przywileje, przedarłem się przez grupę koni w poszukiwaniu medyka.
-Gdzie ty się znowu tak spieszysz, chcesz wszystkich staranować?-usłyszałem za sobą dobrze znany głos, pełen nagany, oburzenia, ale też doskonale skrywanej, bratniej troski.
-Tak, to moje marzenie od dawna-odparłem. Nie mogłem się powstrzymać od odrobiny złośliwości. Shitegt posłał mi spojrzenie, które jasno dawało do zrozumienia, że zdążyłem go już zdenerwować. Postanowiłem jednak, skoro już go spotkałem, wykorzystać go to pomocy.-Potrzebuję medyka. Widziałeś gdzieś któregoś?-dodałem.
-Ja jestem medykiem, braciszku-odparł nieco znudzonym głosem. Na tak! Zupełnie o tym zapomniałem! Chyba jednak niekoniecznie powinienem prosić o pomoc akurat jego, chociaż... On jest podobno dobrym medykiem, więc może zna się lepiej na tym wszystkim niż inni i będzie mógł bardziej pomóc Naero?-pomyślałem.
-W takim razie potrzebuję twojej pomocy-odparłem.
-A po co? Wyglądasz całkiem nieźle-powiedział ogier.
-Zawsze wyglądam całkiem nieźle. Ale żarty na bok, ja mówię serio. Musimy iść pomóc pewnej... pewnemu źrebakowi-wyjaśniłem. Shiregt od razu się ożywił i przestał żartować. Zamiast tego zaczął wypytywać, o co chodzi, ale ja kazałem mu po prostu iść za mną. Doprowadziłem go do Specter i źrebaków. W tym czasie zainteresowanie nimi tylko wzrosło. Wyjaśniłem pokrótce bratu, o co chodzi, a ten szybko kazał się rozejść całemu towarzystwu. W końcu została tylko nasza szóstka. Shiregt przystąpił do badania Naero. W tym czasie Specter i ja w milczeniu czekaliśmy na to, co powie, a dwa pozostałe źrebaki bawiły się kawałek dalej. W końcu mój brat zwrócił się do klaczy.
-Pozostała dwójka jest zdrowa?-spytał.
-Tak, jak widzisz, nic się z nimi nie dzieje-odparła Specter.
-Rozumiem. Pozwól jeszcze, że zapytam. Kto jest ich ojcem?
Na chwilę klacz umilkła.
-Nie mają go-odparła. Spojrzałem na nią zaskoczony. Czy ona zdawała sobie sprawę, na co się pisze? Na plotki? Pomówienia? Głupie domysły? A może po prostu... nie chciała, aby ktokolwiek wiedział o tym? Jednak nie mogłem pozwolić, żeby Specter stała się ofiarą tych plotek.
-Ja jestem ich ojcem-wypaliłem. Właśnie wtedy pomyślałem coś jeszcze. A może...nie zasługiwałem na to określenie?
<Specter? Możesz mnie zabić, ja naprawdę myślałam, że już ci odpisałam>

19.04.2019

Od Dantego do Mint "Sieroty boże"

Posłałem Fashagarowi ostrzegawcze spojrzenie i wytłumaczyłem wszystko Mint. Nie chciałem, żeby ogier był dla niej niemiły, głównie ze względu na to, że ostatnio nie miała się zbyt dobrze. Ten mój braciszek... Do mnie zawsze ma pretensje, a sam co wyrabia?-pomyślałem. Zreflektowałem się jednak, kiedy przypomniałem sobie, jak ja postępowałem? postępuję? ze Specter. Potrząsnąłem lekko głową, aby odgonić od siebie napływ niechcianych myśli. Kiedy wyjaśniłem wszystko klaczy, ruszyliśmy na naszą wyprawę, która z powodu ulewy jakiej świat nie widział nie należało ani do łatwych, ani do przyjemnych. Kilka razy któreś z nas ześlizgnęło się i wpadło do błotnistej wody, kiedy więc pod koniec dnia wróciliśmy do klanu, po wykonaniu zadania, wszyscy wyglądaliśmy jak jakieś sieroty boże. Shiregt ruszył w naszą stronę, aby nam wszystkim podziękować, ale wtedy ze zdziwieniem spostrzegłem, że nigdzie nie ma Mint. Wiedziałem, że z nami wróciła, bo przed chwilą jeszcze ją widziałem. Najwidoczniej nie ma ochoty spotykać się z tym tutaj moim ukochanym braciszkiem-pomyślałem. Tak jak myślałem, Shiregt podziękował nam za pomoc, trochę porozmawialiśmy i w końcu każdy rozszedł się w swoją stronę.
~*~
Wróciliśmy do klanu dość późno, toteż zamiast oddalać się nocą od stada, wolałem poczekać do rana i dopiero wtedy iść się porządnie wykąpać. Zaschnięte błoto na sierści to nic przyjemnego. Wbiegłem do wody, rozpryskując ją wszędzie wokół siebie. Ruszyłem przed siebie, aż do zanurzenia się do połowy klatki piersiowej. Trochę pospacerowałem w wodzie, a potem zbliżyłem się nieco do brzegu. Z nudów zacząłem "kopać" wodę, powodując, że jeszcze więcej pryskało jej wszędzie wokół mnie. W pewnym momencie ktoś jednak przerwał mi moją zabawę.
-Wyglądasz, jak źrebię, które świetnie się bawi-powiedziała klacz. Odwróciłem się w stronę brzegu i ujrzałem tam swoją znajomą jeszcze z czasów źrebięcych.
-Może tak właśnie jest? Czasem dobrze jest odnaleźć w sobie źrebię. Można się wtedy cieszyć z najprostszych rzeczy-odparłem. Wydawało mi się, że przez pysk Mint przebiegł cień smutku, ale już chwilę później klacz uśmiechała się lekko.
-Może i masz rację-powiedziała.
-Na pewno mam rację! Zawsze ją mam-odparłem z pewnością siebie doskonale słyszalną w moim glosie. Klacz uśmiechnęła się nieco szerzej.
-Poddałabym to stwierdzenie wnikliwej analizie. I niekoniecznie mogłoby okazać się ono prawdziwe-powiedziała Mint.
-Ale w tym wypadku mam rację. Chcesz się przekonać?-spytałem. Klacz spojrzała na mnie z zainteresowaniem. Jakaś część mnie chciała dowiedzieć się przy tym, gdzie się wczoraj podziała, kiedy wróciliśmy z wyprawy, ale wolałem to przemilczeć, przynajmniej na razie.
-Niby jak?-zapytała klacz.
-Może tak?!-zawołałem, a potem kopnąłem w wodę tak, aby jej część rozprysnęła się w stronę klaczy. Mint cofnęła się, ale nie udało jej się uniknąć zmoczenia.
<Mint? Mam nadzieję, że nie będziesz zła, że tak jawnie nawiązałam do twojego tytułu, w trakcie pisania wpadł mi taki pomysł do głowy>

5.04.2019

Od Dantego do Specter "Światło na drodze życia"

Nie dało się nie zauważyć, że Specter zaczęła mnie unikać, co właściwie mi pasowało. Sam nie miałem nic przeciwko temu i też starałem się na nią nie wpadać. Chciałem wszystko na spokojnie przemyśleć. Skoro Specter była ze mną w ciąży, to powinienem podjąć jakieś kroki, ale...jakie? Z jednej strony chciałem ją wesprzeć, lecz z drugiej wiedziałem, że rodzina, źrebaki, czy nawet...partnerka, to nie są rzeczy dla mnie. Czasem nie mogłem już z tym wszystkim wytrzymać i robiłem cokolwiek, aby tylko choć przez chwilę pomyśleć o czymś innymi. Na początku też bałem się, że kiedy cała wieść się rozniesie po klanie, Specter będzie poniekąd skompromitowana i wtedy już będę musiał się z nią związać. No i ja pewnie zacznę uchodzić za największego łajdaka, ale czy to jakiś grzech? Ja tylko dobrze wiem, że NIE nadaję się na ojca i partnera...I co ja w tej sytuacji powinienem zrobić?-słowa te coraz częściej przychodziły mi do głowy, w żaden sposób nie byłem jednak w stanie sobie odpowiedzieć.
~Jakiś czas później~
Minęło sporo czasu. Specter nadal mni unikała, a ja jej, choć ukradkiem się jej przypatrywałem. Wiedziałem, że spędza dużo czasu z Mint, toteż uznałem, że to ona zajmuje się klaczą. Parę razy chciałem wypytać medyczkę o stan zdrowia mojej przyjaciółki, nic mi jednak nie zdradziła. Zaczęła przy tym nabierać pewnych podejrzeń, więc musiałem zaprzestać tej praktyki. Tego dnia już od dłuższego czasu nie widziałem Specter. Nie było jej wśród koni znajdujących się w obecnej bazie, toteż musiała się zapewne gdzieś oddalić. Zacząłem się trochę martwić, jednocześnie jednak wyrzucałem sobie, iż nie powinienem tak tego wszystkiego przeżywać. Narastała też we mnie złość, na okrutny los, na klacz, na te nienarodzone źrebaki...Czemu wszyscy oni sprzysięgli się przeciwko mnie? Dlaczego nie mogę mieć po prostu spokoju? Kiedyś musiałem znosić swojego ojca i brata, a teraz jeszcze to...Dobrze przynajmniej, że oni o tym wszystkim nie wiedzą, choć niektórzy zaczynają już szeptać po kątach. W końcu teraz już stan Specter stał się dość widoczny i niektóre konie mogły zacząć coś podejrzewać. Ja wiem, że z jednej strony to nie jest wina Specter, ale z drugiej...-biły się we mnie najróżniejsze myśli. A najgorsze było to, iż wciąż nie wiedziałem, co powinienem zrobić. Nawet nie zauważyłem, kiedy opuściłem pozostałe konie i zacząłem się kierować gdzieś przed siebie. Nogi właściwie same mnie niosły, aż doszedłem do pewnego miejsca. Dokładniej rzecz ujmując, była to polana, na której zauważyłem Specter. Ledwo się tam znalazłem, a klacz przebudziła się i zerwała na równe nogi.
-Dante...-szepnęła, ale wokół panowała tak idealna cisza, że doskonale to usłyszałem. Nim zdążyłem pomyśleć, co powinienem zrobić, odejść czy zostać, mimowolnie wykonałem kilka kroków do przodu. Po chwili, gdy się nieco ocknąłem, wydało mi się, że klacz stara się coś przede mną ukryć. A po kolejnej chwili zza klaczy wychyliła się główka źrebięcia! Specter także to zauważyła, jej pysk przybrał nieco zaskoczony wyraz. Nim jednak zdążyła coś powiedzieć, źrebię wyminęło ją i zrobiło kilka niepewnych kroków naprzód.
-Czy to...?-spytałem niepewnie, obserwując uważnie młodą klaczkę.
-Tak, nasza najstarsza córka-odparła Specter, tonem nieco wyniosłym i urażonym.
-Jak ma na imię?-spytałem.
-Po co ci to wiedzieć, skoro cię to nie obchodzi?-odparła klacz. Spojrzałem na nią zakłopotany. To na pewno nie będzie łatwa rozmowa. Może powinienem stąd pójść?-pomyślałem, ale mimo to zostałem, bo...coś mi po prostu kazało tak postąpić.
-Obchodzi-powiedziałem.
-Jakoś nie odniosłam do tej pory takiego wrażenia-odparła Specter.
-A co z pozostałą dwójką?-zapytałem.
-A co ma być?-spytała klacz, po czym odsunęła się nieco w bok, dzięki czemu mogłem ujrzeć drugą klaczkę i ogierka. Widocznie Specter uznała, że nie ma sensu ich dłużej przede mną ukrywać.
-Więc...jak mają na imię?-zapytałem po chwili. W trakcie całej tej rozmowy źrebaki tylko spoglądały z zainteresowaniem to na mnie, to na swoją matkę.
-Siraane, Leander i Naero-odparł sucho klacz, wskazując po kolei łbem na każde ze źrebiąt.
-Yhm...A co zamierzasz teraz zrobić?-zapytałem. Przeczuwałem jednak, że Specter sama nie wie, jak powinna postąpić. Ja sam nie miałem zielonego pojęcia, co mam zrobić. A może wręcz przeciwnie? Może doskonale to wie? Może ona ma na drodze życia światło, które mówi jej, jak powinna postępować? A może...to ja powinienem być dla niej takim światłem, a ona dla mnie?-pomyślałem, przypominając sobie to, w jaki sposób czasem patrzyli na siebie lub rozmawiali ze sobą moi rodzice, kiedy jeszcze byłem źrebięciem i spędzałem z nimi mnóstwo czasu. Jakby cały świat mógł dla nich nie istnieć. Albo jakby zawsze wiedzieli, co mają zrobić, nawet gdyby wszystkie kataklizmy zaatakowały ich naraz. Zawsze byli tacy spokojni, wystarczyło tylko, że oboje byli w pobliżu. Matka zaczynała się najczęściej denerwować, jeśli nie wiedziała, gdzie jest lub co robi nasz ojciec. A ojciec martwił się głównie wtedy, kiedy z oczu znikała mu nasza matka. W pozostałych przypadkach byli niemal zawsze spokojni, pewni siebie, opanowani. Może poza sytuacją, kiedy porwano Miriadę, ale i wtedy odnosiło się wrażenie, że nie zwariowali tylko dlatego, że mają siebie nawzajem. Czy istotnie o to w tym wszystkim chodzi? I to powinienem zrobić? Ale czy jestem gotowy? Czy dam radę? Będę umiał? I czy Specter tego chce? A jeśli nie?-myślałem nieco spanikowany.
<Specter?>

23.03.2019

Od Dantedo do Specter "Wiadomość niczym grom z jasnego nieba"

Specter nie było przez wiele dni. Shiregt zarządził poszukiwania, na które ja udawałem się codziennie. I kiedy wszyscy ich uczestnicy wracali już do klanu, bo zaczynało się ściemniać, ja za nic w świecie nie chciałem odpuścić. Martwiłem się o Specter. Tak bardzo się o nią martwiłem. Gdzie była? Co robiła? Czemu zniknęła? Odeszła? Ale dlaczego? Ktoś coś jej zrobił? Nie, to było niemożliwe! Zabiję tego, kto ośmielił się ją tknąć! Ale w takim razie...to moja wina? Powinienem być z nią, kiedy coś jej groziło, wtedy by nie zniknęła. A więc to wszystko jednak moja wina! Ale nie mogę teraz rozpaczać, muszę ją odszukać. Nie mogę się poddawać, w końcu cały czas jest nadzieja-codziennie miewałem takie myśli. Mój humor zmieniał się jak u klaczy w ciąży. Nawet Shiregt zauważył, że ostatnio przestałem być jego denerwującym młodszym bratem, a stałem się niesamowicie zdenerwowanym, łatwo wkurzającym się młodszym bratem. W dodatku sam nie wiedziałem, co się ze mną dzieje i dlaczego. Nie miałem pojęcie, dlaczego aż tak bardzo przejmuję się zniknięciem Specter. Czy tak samo martwiłoby mnie zaginięcie kogoś innego? Shiregt'a albo Miriady być może, ale kogoś spoza rodziny?-zastanawiałem się. Jednocześnie dręczyły mnie przygnębiające myśli, bo każdy nowy dzień przynosił nową szansę, potem nowe rozczarowanie. I z każdym nowym dniem możliwość odnalezienia Specter była coraz mniejsza, z czym mój brat się nie krył i o czym ja też dobrze wiedziałem. Po jakimś czasie udało nam się jedynie trafić na ślady jakichś koni, ale przez wiosenne roztopy w pewnym momencie urywały się one i nic więcej już nie odkryliśmy.  Nie trzeba dodawać, że i rodzina klaczy strasznie się o nią martwiła, a ja stałem się poniekąd dla jej ojca wrogiem publicznym numer jeden, bo byłem ostatnim koniem, który widział Specter. A po spotkaniu ze mną, klacz niestety zniknęła. W końcu jednak Specter do nas wróciła, a ja poczułem ulgę, jakiej nigdy wcześniej nie czułem. Denerwowałem się nieco, kiedy klacz odeszła gdzieś na dłuższy czas. W planach miałem nie spuszczać jej od tej chwili z oka ani na moment. Poza tym chciałem się dowiedzieć, co się właściwie stało i czy nic jej nie jest. W końcu Specter wróciła, ale miała minę, jakby strasznie się czymś martwiła. Zdziwiło mnie to. Co mogło sprawić, że tak nagle pogorszył się jej humor?-pomyślałem.
-Długo cię nie było-powiedziałem, gdyż już klacz do mnie podeszła. Następnie chciałem zadać jej pytanie, co właściwie się stało, ale Specter mnie uprzedziła.
-Bo...Pamiętasz wieczór przed porwaniem? Ja...Ja jestem w ciąży... A do tego...Z trzema źrebiętami-klacz mówiła powoli, z przerwami, uważnie mi się przyglądając. Jej słowa zaś docierały do mnie z jeszcze większym opóźnieniem.
-Zaraz, zaraz. Jakie porwanie?-zapytałem na początku, zupełnie zbity z tropu. Specter szybko wyjaśniła mi, co się jej przytrafiło. Jeszcze bardziej się tym wszystkim przeraziłem, choć obecnie najbardziej przerażało mnie cały czas to, co klacz powiedziała na początku naszej rozmowy.
-Ehm, jakby to powiedzieć...ja jestem ojcem, tak?-zapytałem po chwili.
-Tak-odparła klacz, nadal uważnie mi się przyglądając.
-Jesteś pewna?-spytałem.
-Oczywiście, że jestem pewna! Dante! Za kogo ty mnie masz?!-zawołała Specter.
-Nic nie mówię, ale skoro powiedziałaś, że porwały cię inne konie, chciałem się tylko upewnić...
-Że z nikim więcej tego nie zrobiłam?! Albo może czy nikt nie zrobił ze mną tego wbrew mojej woli?! Gdyby tak było, nie mówiłabym ci o tym tak po prostu!-zawołała klacz. Na szczęście nikt nie zwrócił na nas uwagi, bo byliśmy nieco oddaleni od klanu.
-Nie, to nie tak...-zacząłem się bronić.
-Więc jak?-spytała klacz, a mi zdało się, że w kącikach jej oczu widzę łzy.
-Ja po prostu...to jest duża odpowiedzialność. I nie czuję się do końca na siłach, żeby jej podołać, więc chciałem się przekonać, czy to...na pewno jest moja odpowiedzialność-powiedziałem. Byłem zbyt zdezorientowany, zaskoczony i przestraszony, więc umiejętność dobrego dobierania słów trochę mi siadła. Sam nie do końca rozumiałem to, co powiedziałem, i jak to powiedziałem. Wiedziałem jednak, że wszystko to nie było dla mnie powodem do szczęścia. Ja? Ojcem? Bogowie, Los, Fatum, Przeznaczenie, jak zwał tak zwał, ale wy chyba sobie ze mnie kpicie?-pomyślałem. Nim zdążyłem cokolwiek dodać, Specter odwróciła się i pędem pobiegła gdzieś przed siebie, a ja zostałem zupełnie sam. Zastanawiałem się, co powinienem dalej zrobić. Biec za nią? Zostać tutaj? Ostatecznie jednak doszedłem do wniosku, że wszystko to dla klaczy musi być dużym szokiem, a mój widok może ją tylko rozzłościć, więc najlepiej będzie poczekać, aż ochłonie i sama do mnie przyjdzie, aby na spokojnie jeszcze raz o wszystkim porozmawiać. Lepszego planu nie byłem w stanie wymyślić, totez po chwili, wolnym krokiem, powlekłem się w stronę klanu.
<Specter? Dante-idealny, kochający oraz odpowiedzialny partner i ojciec:D>

19.03.2019

Od Dantego do Mint "W pogardzie mając tnące szpony mrozu"

Mint nagle rozpłakała się, a ja gorączkowo zastanawiałem się, jak postąpić w tej sytuacji. Rzadko widywałem się obecnie ze swoim bratem, ale wiedziałem, że klacz i on mają dość...bliskie stosunki. Ale teraz zupełnie nie wiedziałem, co mam o tym myśleć, a przede wszystkim, jak postąpić z Mint.
-Nie chcę mówić, że wszystko będzie dobrze, bo to zbyt zbyt głupie stwierdzenie. Ale myślę, że z czasem wszystko się ułoży. Co właściwie się stało?-spytałem.
-Właściwie to...właściwie to...nic. Po prostu nic. Muszę pobyć sama-powiedziała klacz, po czym, nie czekając na moją reakcję, zawróciła i oddaliła się w sobie tylko znanym kierunku. Zapewne niektórzy pognaliby na moim miejscu za Mint, ale czułem, że ona naprawdę nie chce teraz mieć ze mną do czynienia, tym bardziej, że ja zupełnie nie nadawałem się na pocieszyciela. Po chwili namysłu zawróciłem w stronę klanu i udałem się tam wolnym krokiem. Wiatr przybrał na sile, ale niespecjalnie mnie to obeszło, przynajmniej na początku. Znalazłem coś do przekąszenia, a następnie pokręciłem się trochę po klanie. Niedługo później wiatr, przybierający na sile coraz bardziej, sprawił, że całe niebo zasnuły ciemne chmury i lunął deszcz. Członkowie klanu kryli się pod nielicznymi drzewami, które dopiero co rozwinęły liście. Sytuacja nie wyglądała zbyt ciekawie. Wtem spostrzegłem swojego brata, Shiregt'a. Razem z Mivaną kryli się pod jednym z drzew. Nie mam pojęcia co, ale coś mnie podkusiło i, nim zdążyłem pomyśleć, udałem się w ich kierunku. Przywitałem się z nimi, a oni, na dźwięk mojego głosu, przerwali rozmowę i popatrzyli zaskoczeni na mnie, a później na siebie. Sam nie wiedziałem, kto był bardziej zaskoczony moim zachowaniem, ja czy oni?
-Coś się stało?-spytał po chwili mój brat.
-A czy coś musi się stać, żebym nabrał chęci do porozmawiania z bratem?-zapytałem.
-W twoim przypadku tak-odparł Shiregt, ale zaraz potem spoważniał.-Pytam serio, czy coś się stało-dodał. Prychnąłem cicho.
-A ja serio mówię, że nie. Chciałem tylko porozmawiać-odparłem.
-O czym niby?-tym razem pytanie zadała Mivana.
-Sam nie wiem, może o tym, co się u was zmieniło? Niby należymy do tego samego klanu, Shiregt to nawet mój brat, a nie pamiętam, kiedy ostatnio rozmawialiśmy-powiedziałem. Na chwilę zapanowało między nami milczenie, które przerwał dopiero ogier.
-To fakt. Zatem może...-Shiregt nie zdołał dokończyć, bo wtedy zjawiła się Mindy i jeszcze jakiś ogier.
-Władco, wybacz, ale czy mogę zająć cię przez chwilę?-zapytała klacz.
-Jasne, a czy coś się stało?-po raz kolejny mój brat miał okazję zadać to pytanie.
-Sprawdziliśmy rzekę. Poziom wody niebezpiecznie się podniósł, w dodatku wciąż pada. Obawiamy się, że za niedługo woda może dotrzeć też tutaj, i to w sporych ilościach-wyjaśniła Mindy.
-Jesteście pewni?-zapytał ogier. Oboje niemal jednocześnie pokiwali głowami.-Dobrze, w takim razie nie pozostaje nam nic innego, jak ze względów bezpieczeństwa opuścić ten teren. Musimy zawiadomić wszystkich członków-dodał Shiregt. Poprosił o pomoc wszystkich obecnych, w tym mnie, więc po chwili cała nasza piątka zajęła się zbieraniem w jedno miejsce wszystkich członków. Nie było to łatwe zadanie, zważywszy na to, iż deszcz cały czas przybierał na sile, a my musieliśmy działać jak najszybciej. W końcu jednak wszyscy znaleźli się w jednym miejscu, a przynajmniej na to wyglądało. Shiregt udał się, aby to sprawdzić, wrócił jednak niezadowolony po jakichś dziesięciu minutach.
-To co? Wyruszamy?-spytała Mivana.
-Nie możemy. Kogoś brakuje-odparł ogier.
-Kogo?-zdziwiła się klacz.-Kto w taką pogodę oddaliłby się od stada?-dodała.
-Nie ma Mint-powiedział Shiregt.
-Jeszcze nie wróciła?-zdziwiłem się. Oboje popatrzyli na mnie.
-Wiesz, gdzie poszła?-zainteresował się mój brat.
-Gdzie poszła to nie mam zielonego pojęcia, wiem tylko, gdzie ją ostatnio widziałem-odparłem.
-Dobrze więc, zaprowadzisz mnie tam i razem jej poszukamy-powiedział Shiregt.
-Co? Ale ty przecież musisz zostać tutaj! Jak to sobie wyobrażasz, że zostawisz cały klan, który będzie na ciebie czekał, bo ty pognasz jednej osobie na ratunek?-spytała zdenerwowana Mivana.
-Nie będziecie na nas czekać. Ruszycie stąd w stronę bezpiecznej kryjówki, a my odnajdziemy Mint i potem do was wrócimy-odparł Shiregt.
-To bez sensu. Nie możesz od tak zostawić klanu-powiedziała klacz.
-Shiregt, ona ma rację. Kto jak kto, ale ty jesteś władcą i powinieneś być ze swoimi poddanymi-wtrąciłem się.
-Powinienem też dbać o bezpieczeństwo każdego z nich-odparł ogier.-Ale obawiam się, że macie rację. Dobrze, weź ze sobą w takim razie... Fashagara i idźcie jej poszukać-dodał Shiregt, po czym wyjaśnił mi, dokąd w tym czasie uda się klan, abyśmy zarówno ja, jak i towarzyszący mi ogier (po którego posłano) wiedzieli, gdzie mamy się potem udać. Kilka minut później, w pogardzie mając tnące szpony mrozu i siekący deszcz, Fashagar i ja ruszyliśmy w stronę miejsca, gdzie ostatnio widziałem Mint. Zapłakaną Mint.
<Mint? Nie wiem jak ty, ale ja lubię Shreka i ostatnio go oglądałam, więc taki tytuł sam mi się nasunął pod koniec XD>

30.12.2018

Od Dantego do Mint "Miłość siłą czy słabością?"

Mint oddaliła się, podczas gdy ja zostałem w tym samym miejscu. Zastanawiałem się przez chwilę, czy powinienem iść poszukać Specter, odszukać z powrotem Shiregt'a i z nim pogadać? Spędziłem tak kilka chwil, aż ujrzałem zbliżającą się w moją stronę klacz. Najbardziej zaskoczył mnie wyraz jej pyska. Wyglądała, jakby miała ochotę kogoś zabić.
-Coś się stało?-zapytałem, zaskoczony jej nagłą zmianą nastroju. Już wcześniej przeczuwałem, że nie do końca jest ze mną szczera, ale nie spodziewałem się ujrzeć tyle wściekłości widocznej na jej twarzy. A właściwie nie tyle wściekłości, ile po prostu zdenerwowania i chyba smutku.
-Stało się bardzo wiele, ale nie chcę o tym mówić. Chociaż nie, najchętniej wykrzyczałabym to, aby cały świat dowiedział się, co się stało. Ale jednocześnie nie chcę, żeby ktokolwiek poznał prawdę. Miałeś tak kiedyś? Chciałeś i nie chciałeś czegoś jednocześnie?-zapytała zdenerwowana klacz i spojrzała na mnie wyczekująco.
-Jasne-odparłem, chociaż wcale tak nie było. Nigdy nie odczuwałem niczego podobnego i nie wiedziałem, jak postąpić w takim przypadku. Ale chciałem jakoś dodać Mint otuchy. Uśmiechnąłem się przyjaźnie, żeby dodać swoim słowom wiarygodności.-Każdy tak czasem ma-dodałem. Klacz nie wydała się jednak przekonana. Westchnęła smutno.
-Czasami chciałabym móc wcisnąć jakiś magiczny guzik, żeby wszystko zniknęło. Na przykład wszystkie uczucia-powiedziała Mint.
-Nawet te pozytywne?-spytałem nieśmiało. Nie bardzo wiedziałem, jak powinienem się zachowywać, kiedy ktoś prowadzi ze mną tak poważną rozmowę.
-Słowo "pozytywne" jest względne. Jeśli pada deszcz, to jest to pozytywne dla roślin, które potrzebują dużo wody. Ale może to oznaczać, że utopią się dżdżownicę, którym woda wypełni podziemne tunele-odparła klacz.
-W sumie to nigdy na to w ten sposób nie patrzyłem-przyznałem jej rację.
-Widzisz? Pozytywne dla kogoś nie oznacza dobre dla wszystkich. Z uczuciami jest tak samo. Weźmy na przykład taką nienawiść. Większość pewnie uważa, że jest zła. Ale kiedy jesteś koniem, który nigdy nikogo by nie skrzywdził, ale jedynie nienawidzi morderców i rabusiów? I gdyby ktoś taki zaatakował rodzinę wspomnianego konia, i dzięki nienawiści znalazłby siłę, aby ich obronić?-spytała Mint.
-Myślę, że w takim przypadku siłę dawałaby mu miłość, którą zapewne czuje do swojej rodziny-odparłem. Klacz popatrzyła na mnie smutno.
-Miłość...?-spytała drżącym głosem.-Uważasz, że miłość może dać siłę?-zapytała. Tym razem mówiła już jednak pewniej.
-Myślę, że tak. Ale może też chyba okazać się czyjąś słabością-odparłem po chwili zastanowienia. Nie bardzo wiedziałem, dokąd właściwie zmierza nasza rozmowa. Miałem wrażenie, że jest dla Mint trochę bolesna, ale przecież w każdej chwili mogła ją przerwać.
<Mint? Trochę filozoficzno-miłosnych rozważań XD>

29.12.2018

Od Dantego do Specter "Prawdziwa miłość? 18+"

-Jesteś wspaniałą osobą-powiedziałem. Klacz nadal się do mnie tuliła, co niesamowicie mi się podobało. Nie myślałem, że kiedykolwiek czyjaś obecność będzie na mnie tak działać. Sam nie wiem, w którym momencie ruszyliśmy powoli do przodu. Specter nadal nie mogła w pełni "korzystać" ze swojej, więc większość czasu opierała się na mnie. W konsekwencji szliśmy tak, jakbyśmy byli jedną osobą. Co jakiś czas przystawaliśmy, nasze chrapy krótko się ze sobą stykały i to nam wystarczało. Nie potrzebowaliśmy słów. W miarę jak zbliżaliśmy się do klanu, nasze przystanki stawały się coraz częstsze i dłuższe.
-Chyba żadne z nas nie ma ochoty jeszcze tam wracać-powiedziała klacz.
-Na pewno nie ja-odparłem, tuląc ją do siebie po raz nie mam pojęcia który. Wiedziałem jedynie, że nadal nie miałem tego dojść. Chyba sami mocno zdziwiliśmy się, kiedy ujrzeliśmy zachodzące słońce. Czas przeciekł nam jakoś między kopytami, a ja najchętniej dalej nigdzie bym się nie ruszał, aby tylko zostać jak najdłużej ze Specter sam na sam. W końcu jednak musieliśmy wrócić do klanu. Noga klaczy wymagała odpowiedniej pomocy. A ponieważ jej ojciec jest, a raczej był kiedyś medykiem, nie chciał słyszeć o tym, że ktoś inny miałby zająć się jego córką. Kiedy do nas podszedł i dowiedział się, co się stało, miałem dwie myśli w głowie: Jakim cudem od razu nas wypatrzył? I czy będzie na mnie bardzo wściekły, że właśnie po spotkaniu ze mną jego córka już drugi raz wraca w nie najlepszym stanie? Na drugie pytanie, które sobie zadałem, odpowiedzią było chyba zdenerwowane spojrzenie, jakie mi posłał. Zabandażował nogę Specter, wcześniej smarując ją jakąś maścią z ziół. Potem uprzedził, że klacz musi teraz dużo odpoczywać. Oczywiście nie chcieliśmy się rozstawać, ale widząc zdenerwowanie Hadvegara uznaliśmy, że na razie lepiej będzie, jeśli na trochę zniknę mu z oczu. Nie musieliśmy nawet ze sobą rozmawiać, wystarczyły nam same spojrzenia.
~Kilka dni później~
Specter miała się już znacznie lepiej. Minęło kilka dni od naszej nieszczęśliwej wycieczki, kiedy to jej noga została uwięziona w pułapce. Przez cały ten czas spotykaliśmy się, głównie chodziliśmy na coraz dłuższe spacery. Dziś, tak jak kilka dni temu, postanowiliśmy ponownie udać się nad Jezioro Uws. Było dość zimno (jak to bywa zimą), dlatego zbyt wiele koni nie oddalało się od klanu, zwłaszcza w stronę jeziora. Woda w nim zamarzła jak na razie tylko przy brzegu, dalej nadal była płynna. Temperatura nie była aż tak niska, ale co jakiś czas wiał dość mroźny wiatr. Mimo to nad jezioro warto się było przejść chociażby aby ucieszyć oko widokiem promieni słonecznych tańczących na przybrzeżnym lodzie. Specter stanęła blisko brzegu i zaczęła się temu przyglądać, a ja zatrzymałem się obok niej.
-Tutaj jest piękne-powiedziała.
-Zgadzam się, ale nikt i nic nie jest w stanie dorównać twojej urodzie-odparłem, odwracając głowę w jej stronę.
-Bajerant z ciebie-powiedziała, ale na jej twarzy zagościł uśmiech. Przeszliśmy się kawałek wokół jeziora, a potem zrobiliśmy sobie przystanek. Zawiał mocny wiatr, więc, tak jak kilka dni temu, Specter wtuliła się we mnie. Zetknęliśmy się na chwilę chrapami, po czym klacz odwróciła głowę w stronę jeziora. Oboje przez chwilę mu się przypatrywaliśmy.
-Specter...?-spytałem po chwili, zachrypniętym z emocji głosem.
-Tak?-zapytała klacz, odwracając głowę w moją stronę.
-Wiesz, zastanawiałem się, czy...-zacząłem, ale nie bardzo wiedziałem, jak to powiedzieć.
-Czy co?-ponagliła mnie Specter.
-Czy...no wiesz...-powiedziałem, po czym schyliłem się i delikatnie musnąłem chrapami jej pierś. Kiedy się wyprostowałem i spojrzałem wprost w jej oczy, byłem pewien, że są o wiele większe niż normalnie. Tak samo byłem pewien tego, że wydobywał się z nich blask.
-Czy pytasz o...proponujesz...-klacz także nie wiedziała, jak się wysłowić. Ja jedynie patrzyłem na nią poważnie. Powoli pokiwałem głową, chcąc jej przekazać, że chodzi mi o to samo, co jej. Tak jak wcześniej, nie potrzebowaliśmy słów, aby się ze sobą porozumieć.-Dobrze-odparła pewnym tonem klacz, czym mocno mnie zaskoczyła.
-Na pewno?-zapytałem dość cicho.
-Tak. Znajdźmy jakieś dobre miejsce-odparła Specter. Nie zajęło nam to dużo czasu aż odnaleźliśmy jakąś łąkę. Jeszcze raz zapytałem klacz, czy jest pewna swojej decyzji, ale nie zmieniła zdania.  Ponownie się do siebie przytuliliśmy. Nasze pyski zetknęły się ze sobą na bardzo długo. Kiedy po jakimś czasie się od siebie odsunęliśmy, Specter skupiła się na znalezieniu jak najdogodniejszej dla siebie pozycji. Rozstawiła lekko nogi, a kiedy była gotowa i dała mi znak, stanąłem za nią i wdrapałem się na jej grzbiet.
<Specter?>

26.12.2018

Od Dantego do Mint "Przerwana zabawa"

Ze zdziwieniem spostrzegłem, że podeszła do mnie Mint. Czekałem cierpliwie, aż odezwie się pierwsza. Uznałem, że skoro do mnie przyszła, to ma mi coś do powiedzenia. Klacz jednak przez dłuższy czas się nie odzywała.
-Coś się stało?-zapytałem.
-Nie, właściwie to nic-odparła po chwili Mint. Przyjrzałem się jej uważnie.
-Na pewno?-spytałem dla pewności.
-Tak. Chyba tak.
-Chyba?
-Sama nie wiem, co się ze mną ostatnio dzieje-wyznała szczerze klacz.
-Jeśli o to idzie, to oboje mamy ten sam problem-odparłem. Mint spojrzała na mnie zdziwiona.
-Długo by tłumaczyć-wyjaśniłem, choć tak naprawdę po prostu nie chciałem opowiadać o tym, co dzieje się w moim sercu nikomu, nawet byłej/obecnej dziewczynie mojego brata. Klacz posłała mi spojrzenie pełne zrozumienia. Nie wiem jakim cudem, ale odniosłem wrażenie, że była w stanie odgadnąć, co mnie trapi od jakiegoś czasu.
-Rozumiem-powiedziała klacz. Między nami ponownie zapanowała cisza. Mógłbym przerwać ją, pytając o to, jak mają się sprawy między nią, a moim bratem, ale coś podpowiadało mi, że lepiej tego nie robić.
-Mint, wiesz, co uważam?-zapytałem, oddalając się nieco od klaczy.
-Co takiego?-spytała. Uważnie obserwowała mnie, jak nachylam się w stronę śniegu.
-Chyba ostatnio za dużo się martwisz, a to bardzo źle!-zawołałem, po czym wyprostowałem się nagle i sypnąłem w jej stronę jak największą ilość śniegu. Mint krzyknęła, a chwilę później była już tylko w połowie koniem, a w połowie bałwanem. Nim zdołałem się zorientować, klacz odpłaciła mi się tym samym. Zaczęliśmy się śmiać, a ja cieszyłem się tym bardziej, bo udało mi się ją rozbawić. Rzeczywiście zauważyłem, że klacz przez długi czas była dość smutna i przygnębiona. Po chwili usłyszeliśmy kroki na śniegu, świadczące o tym, że ktoś się zbliża. Po kolejnej chwili ciszę przerwał głos mojego brata.
-A wiec to wy tutaj tak hałasujecie?-zapytał Shiregt. Jak na zawołanie oboje z Mint zamilkliśmy i odwróciliśmy się w jego stronę.-Coś się stało? Nie wiedziałem, że moje pojawienie się tak na was podziała-dodał, po czym uśmiechnął się. Podszedł do nas powoli. Jego wzrok spoczął na dłuższą chwilę na klaczy, po czym Shiregt skierował swój wzrok z powrotem na mnie.
-Jak zawsze psujesz dobrą zabawę-odparłem z uśmiechem. Shiregt już chyba przywykł do takich reakcji i odpowiedzi z mojej strony.
<Mint?>

9.12.2018

Od Dantego do Specter "Bardzo blisko"

-Spokojnie, jak widzisz żyję i mam się świetnie-odparła z uśmiechem klacz.
-Więcej mnie tak nie strasz!-powiedziałem.
-Masz ochotę wracać już do klanu?-zapytała.
-Ani trochę, a ty?-spytałem.
-Ja też nie. Chodźmy gdzieś jeszcze-odparła Speceter. Ruszyliśmy ponownie stronę jeziora, a kiedy do niego dotarliśmy, zaczęliśmy iść jego brzegiem. Słońce zaczęło już niemiłosiernie przygrzewać, toteż co jakiś czas wchodziliśmy do wody, aby się trochę ochłodzić. Dziś już jednak nie w głowie nam były wodne harce. Szliśmy obok siebie i nawet nie rozmawialiśmy. Napawaliśmy się jedynie swoją obecnością. Dopiero po około dwóch godzinach naszła nas ochota na pewną dziecięcą grę. Schowałem się, podczas gdy Specter miała mnie szukać. Kamuflaż nigdy nie był moją mocną stroną, więc szybko mnie znalazła. Potem ja starałem się odnaleźć ją. I tak kilka razy. Jednak za którymś razem, kiedy odliczałem z zamkniętymi oczami, usłyszałem dziwny, metaliczny dźwięk, a potem krzyk klaczy. Czym prędzej zacząłem jej szukać. Nie odeszła daleko, gdyż jej noga utkwiła w jakiejś ludzkiej pułapce.
-Specter!-zawołałem mocno przejęty całą tą sytuacją.
-Nic mi nie jest! Nawet aż tak mocno nie boli!-zawołała klacz. Uśmiechała się przy tym, ale ja widziałem, że tak naprawdę walczy z samą sobą, żeby nie okazać słabości.
-Przestań. Nie musisz przede mną udawać takiej twardej. Zaraz to rozwalę-odparłem. Całe szczęście pułapka była przeznaczona dla mniejszych zwierząt i szybko udało mi się ją rozwalić. Jednakże nie zmieniało to faktu, że noga klaczy była w nie najlepszym stanie.
-Możesz chodzić?-zapytałem zaniepokojony.
-Dam radę-odparła. Zaczęliśmy iść, kierując się oczywiście w stronę klanu. Po jakimś czasie musieliśmy jednak zrobić sobie mały postój. Pozwoliłem Specter się o mnie oprzeć, aby mogła odciążyć swoją kończynę.
-Dziękuję ci za Dante-wyszeptała klacz, opierając swoją głowę na mojej piersi.
-Nie masz za co-odparłem.
-Za wszystko. Za to, że po prostu jesteś-powiedziała Specter, po czym podniosła na mnie swój wzrok. Nasze twarze znalazły się bardzo blisko siebie. Nim się zorientowałem, stykaliśmy się swoimi ustami w długim, namiętnym pocałunku.
<Specter? Wybacz, że tyle musiałaś czekać i że tak krótko. Z następnym się bardziej postaram>

5.11.2018

Od Dantego do Specter "Prywatna przestrzeń"

-Wybacz, ale zabierasz mi moją prywatną przestrzeń-powiedziała Specter, posyłając mi przy tym wprost zniewalający uśmiech.
-I zamierzam zabrać ci jej o wiele więcej-odparłem, przytulając się do klaczy. Ta było widocznie mocno zaskoczona, ale po chwili odwzajemniła mój gest. Trwaliśmy tak jakiś czas, aż w końcu jedno z nas odsunęło się od drugiego, ale nie pamiętam nawet które. Specter spojrzała na mnie lekko zakłopotana.
-To...co teraz?-zapytała.
-Możemy tutaj zostać albo przejść się brzegiem jeziora-powiedziałem, przenosząc wzrok z klaczy na gładką taflę wody. Po chwili jednak z powrotem patrzyłem na Specter.
-Moglibyśmy się przespacerować-odparła po chwili wahania klacz. Wstaliśmy więc i ruszyliśmy. Specter szła bliżej brzegu, a ja zaraz obok niej. Przez chwilę panowała między nami cisza.
-Lato to niezwykle piękna pora roku. I radosna. Zdecydowanie wolę je od zimy-odezwałem się w końcu. Klacz popatrzyła na mnie lekko zdziwiona.
-O co chodzi?-spytałem.
-W tych okolicznościach chyba trochę głupio jest mówić o pogodzie-odparła.
-Jakich? Poza tym nie mówię o pogodzie, tylko o porach roku, a to różnica-powiedziałem, po czym uśmiechnąłem się. Specter westchnęła, starając się ukryć rozbawienie, co jej jednak nie wyszło i zaśmiała się lekko.
-Ty chyba nigdy nie przestaniesz mnie zadziwiać-odparła po chwili.
-Taki już jestem. Moje drugie imię brzmi Nieprzewidywalny-powiedziałem, unosząc przy tym dumnie głowę i wypinając pierś.
-A ja myślałam, że twoje drugie imię brzmi Wieczne Kłopoty-zaśmiała się klacz.
-To moje trzecie imię-odparłem, po czym przyspieszyłem nieco.
-Ej! Chyba nie chcesz się znowu ścigać?-zawołała Specter, równając się ze mną.
-Czemu nie?-spytałem.
-Mieliśmy się przejść. Popodziwiajmy krajobraz-odparła klacz.
-Nie muszę. I tak najpiękniejszy widok mam przed sobą-powiedziałem, spoglądając na klacz.
-Gdzie?-spytała, udając, że rozgląda się dookoła.
-Nie udawaj, że nie wiesz, o co mi chodzi-odparłem z uśmiechem. Klacz przestała się rozglądać i popatrzyła na mnie nieśmiało, posyłając lekki uśmiech.
-Dziękuję-powiedziała.
-Za co?
-Za komplement oczywiście. Czasami naprawdę chyba masz jakieś problemy z myśleniem-powiedziała Specter, po czym oboje zaśmialiśmy się. Szliśmy dalej brzegiem jeziora, oddając się naszej rozmowie. Staraliśmy się przy tym uważać, aby żadne z nas nie ugrzęzło w jakiejś bagniestej brei, ale wiadomo, nie zawsze nam to wychodziło. Po jakimś czasie obydwoje mieliśmy kopyta zabrudzone błotem, które zaczęło już lekko przysychać, więc trzeba było je jak najszybciej zmyć. Klacz zatrzymała się i kazała mi na siebie poczekać, a sama weszła do wody. Stwierdziłem, że skoro ona zażywa kąpieli, to ja jej to trochę urozmaicę. Wbiegłem do wody, mocno ja przy tym ochlapując.
<Specter? Straszie dużo dialogów dałam, ale nie miałam pomysłu na opis XD>

4.11.2018

Od Dantego do Specter "Romantyczne śniadanie"

-Ale ty wiesz jak wrócić do klanu?-zapytałem. Klacz rozejrzała się niespokojnie wokół.
-To znaczy...chyba tak-odparła po chwili.
-Chyba?-spytałem, uśmiechając się.
-Co ciebie w tym śmieszy? A jeśli znowu się zgubiliśmy?-zapytała Specter.
-Mówi się trudno. Jakoś odnajdziemy drogę powrotną-odparłem. Pokręciliśmy się trochę po polanie, aż w końcu zdecydowaliśmy się wrócić. Faktycznie powrót trochę nam zajął, ale wieczorem byliśmy już w klanie.
~Obecnie~
Skubałem sobie spokojnie trawę, obserwując co jakiś czas otaczające mnie konie. Ostatnio dołączyło do nas kilku nowych członków, ale nie miałem jeszcze okazji ich poznać. Starałem się wypatrzeć kogoś z nich. Być może trafiłbym na jakąś atrakcyjną klacz?
-Dante! Jak się cieszę, że cię widzę-usłyszałem za sobą głos Specter. Odwróciłem się i posłałem jej uśmiech.
-Ja również. Cóż za zbieg okoliczności, że właśnie teraz na siebie wpadamy-odparłem.
-Dlaczego?-spytała.
-Szukałem właśnie jakiejś atrakcyjnej klaczy, która miałaby ochotę spędzić ze mną trochę czasu. Poświęcisz mi parę chwil ze swojego życia?-odparłem. Klacz uśmiechnęła się i miałem wrażenie, że lekko zarumieniła.
-Myślę, że nie będzie problemu. Co chcesz porobić?-zapytała.
-Na początek zabrałbym cię na jakąś romantyczną kolację, ale skoro mamy ranek, to chyba muszę zaproponować ci zwykłe śniadanie-odparłem.
-A nie może być romantyczne?-zapytała klacz, po czym oboje zaśmialiśmy się.-No dobrze, koniec tych żartów. Proponuję najpierw coś zjeść, a potem się przejść-dodała Specter, gdy już przestaliśmy się śmiać.
-Przystaję na twoją propozycję-odparłem, po czym poszliśmy poszukać świeżej trawy. Na szczęście teraz nie było to trudne. Po napełnieniu żołądków, zgodnie z planem, poszliśmy na spacer. Skierowaliśmy się prosto nad brzeg jeziora Uws. Szybko opuściliśmy zagajnik i znaleźliśmy się na otwartej przestrzeni. Wiał lekki wiatr, a na niebie nie było prawie żadnej chmurki, jednak każdy mieszkaniec Mongolii wiedział, jak łatwo i szybko może to ulec zmianie.
<Specter? Ok, przyspieszamy akcję. Jeszcze kilka opek i lecimy XD>

27.09.2018

Od Dantego do Khairtai "Jestem całkiem możliwy"

Mimo zimna spacery nocą, nawet zimą, były dość przyjemną sprawą. Można było pobyć chwilę samemu ze sobą i poobserwować te świecące wysoko w górze, migotliwe punkciki. No i oczywiście jak zwykle okazały księżyc, który zbliżał się już do pełni. Cisza panująca wokół była niezwykła, gdyż za dnia nigdy nie można było być świadkiem czegoś takiego. Zazwyczaj cisza w trakcie dnia kojarzyła się z czekaniem na coś złego, ale nocą ta sama cisza wydawała się być jak najbardziej na miejscu. Nie zamierzałem jednak zbyt wiele chodzić, gdyż kiedy takie spacerowanie bez celu, w pojedynkę, przeciągało się, to po jakimś czasie stawało się nudne. Postanowiłem jeszcze przejść się nad strumień, a potem zawrócić i wrócić do klanu. Kiedy jednak dotarłem na miejsce, zauważyłem, że stoi tam jakiś koń. Po chwili odwrócił się i spojrzał na mnie, po czym zaczął się przybliżać. Niemal natychmiast rozpoznałem Khairtai, jedną z towarzyszek moich dziecięcych zabaw.
-Kim jesteś?-spytała klacz, zatrzymując się jakiś metr ode mnie. Dotarło do mnie, że najprawdopodobniej nie widzi mnie dokładnie, bo stałem w cieniu jakiegoś drzewa.
-Nie poznajesz swojego najlepszego przyjaciela z dzieciństwa?-zapytałem, robiąc kilka kroków naprzód. Zaraz potem posłałem Khairtai szeroki uśmiech.
-Nie przypominam sobie, żebyśmy się kiedyś jakoś specjalnie blisko przyjaźnili-odparła klacz. Starała się zachować powagę i obojętność, ale nie do końca jej to wyszło. Skierowane do mnie słowa wypowiedziała chłodnym tonem, ale nie zdołała powstrzymać lekkiego uśmiechu, który pojawił się na jej ustach.
-Naprawdę? Szkoda, ja zapamiętałem to nieco inaczej-odparłem. Klacz załapała ironię w moim głosie i posłała mi po części zdziwione, a po części rozbawione spojrzenie.
-A właściwie to czemu ty tutaj tak łazisz po nocy? I to sam?-spytała Khairtai.
-Ja mógłbym ciebie zapytać o to samo-odparłem.
-Tak, ale ja zrobiłam to pierwsza-powiedziała klacz.
-Równie dobrze mógłbym też powiedzieć, że usłyszałem jak ktoś gdzieś spaceruje, więc wybrałem się na mały obchód i tak oto trafiłem tutaj, spotykając przy okazji ciebie-powiedziałem.
-A tak było?-spytała Khairtai.
-Nie-odparłem, ponownie się uśmiechając.
-Jesteś niemożliwy-skwitowała klacz.
-Chyba jednak całkiem możliwy, skoro istnieję i stoję tu przed tobą. W dodatku rozmawiamy, więc na pewno musze być prawdziwy. I możliwy-odparłem. Klacz pochyliła lekko głowę, kręcąc nią z niedowierzaniem.
-Powiedziałem coś nie tak?-spytałem, nadal z uśmiechem na ustach.
<Khairtai?>

12.09.2018

Od Dantego do Specter "Ekspert od wymigywania się"

-Proszę, proszę, raz jej się udało mnie w czymś pokonać, a już się tak wymądrza-odparłem.
-Nie wymądrzam się, taka prawda. Zresztą, mogę cię w każdej chwili pokonać w jakiejkolwiek dziedzinie-odparła Specter.
-Taak?-spytałem z powątpiewaniem.
-Tak-powiedziała pewnie klacz.
-Jeszcze zobaczymy-odparłem, uśmiechając się tajemniczo.
-Mogę to udowodnić-powiedziała Specter.
-Jasne, ale niekoniecznie teraz. Chodźmy się może przejść gdzieś dalej-powiedziałem. Miałem tylko nadzieję, że umiejętnie zmieniłem temat. Klacz zgodziła się niemal od razu, choć jeszcze parę razy powtarzała, że z łatwością mnie we wszystkim pokona. Ja nie odpowiadałem zbytnio na jej zaczepki, bo miałem już swój plan. Po kilku godzinach wróciliśmy do klanu. Pech chciał, że natknęliśmy się na mojego brata. Obrzucił nas zdziwionym spojrzeniem, a po chwili dało się w nim dostrzec odrobinę czegoś na kształt wrogości.
-Byliście na spacerze?-spytał, podchodząc do nas.
-Tak-powiedziała z uśmiechem Specter, wyprzedzając mnie z udzieleniem Shiregt'owi odpowiedzi.
-Jak było?-spytał.
-Świetnie-odparłem zgodnie z prawdą.
-To świetnie-powiedział mój brat. Wraz ze Specter uśmiechnęliśmy się. Zanim jednak ktoś znał zdążył cokolwiek dodać, na horyzoncie pojawił się Fashagar.
-Specter! Pobaw się ze mną!-zawołał, podbiegając do siostry.
-Fashagar, nie teraz-powiedziała klacz.
-Teraz, teraz! Tata robi coś z ziołami, a mama mu pomaga! A ja się nuuuuudzę!-zawołał jej brat. Klacz westchnęła.
-O! Może wy też się z nami pobawicie?-zapytał po chwili młodszy brat Specter.
-Chciałbym, ale miałem dziś myśleć nad dalszą trasą wędrówki klanu-odparł Shiregt.
-Właśnie, Fashagar. Shiregt jest naszym władcą i ma ważniejsze sprawy na głowie. Ale Dante na pewno nam potowarzyszy, prawda?-powiedziała klacz, po czym przeniosła na mnie swój wzrok.
-Cóż, prawdę mówiąc, mam coś do załatwienia-powiedziałem. Nie za bardzo chciałem brać udział w zabawie w berka czy czymś podobnym.
-Rozumiem. W takim razie do zobaczenia, być może, później-odparła klacz. Nawet nie zapytała, co muszę zrobić. Odniosłem ponadto wrażenie, że jej entuzjazm jakby nieco przygasł.
-Do zobaczenia-odparłem z uśmiechem. Shiregt także pożegnał się ze Specter i po chwili klacz zaczęła się oddalać ze swoim bratem.
-Staram się jak mogę ignorować twoje wybryki, ale chciałbym, żebyś pamiętał o jednym. Ty nie cenisz zbytnio swojego życia. Niech więc tak będzie, to twój wybór. Tylko nie wciągaj w to innych- powiedział mój brat, kiedy klacz wraz z ogierkiem oddaliła się na tyle, by nie mogła nas usłyszeć. Teraz zrozumiałem, czemu w ogóle rozpoczął z nami tę rozmowę. Przypomniał mu się finał mojej poprzedniej eskapady ze Specter.
-Nie martw się, wiem co robię-odparłem i odszedłem, nie dając Shiregt'owi szansy na powiedzenie czegokolwiek więcej. Pospacerowałem tu i ówdzie, aż w końcu zdecydowałem się ponownie oddalić od klanu. Znalazłem jakiś stary pień drzewa i z nudów zacząłem go rozwalać, wykorzystując do tego każdy możliwy sposób. Po jakimś czasie usłyszałem za sobą głośne, znaczące chrząknięcie.
-Więc to jest to "coś", co musisz załatwić? Drzewo?-spytała Specter.
-Jeśli już to stary pień drzewa, nie drzewo-odparłem, odwracając się w jej stronę. Klacz westchnęła ciężko.
-Coś się stało?-zapytałem.
-Miałam nadzieję, że będziesz mi towarzyszył, a ty się po prostu zmyłeś-powiedziała Specter. Po chwili podeszła do mnie.
-Cóż...tak bywa-odparłem.
-Tak bywa?!-zawołała nagle klacz, po czym zaczęła kopać z furią biedny stary pień drzewa. Coś, a raczej ktoś musiał ją mocno zdenerwować i przeczuwałem, że tym kimś byłem ja.
-Hej, nie przejmuj się. Mogę ci to jakoś wynagrodzić-powiedziałem. Przez chwilę z jej strony w ogóle nie było reakcji.
-Po co?-spytała, przenosząc na mnie chwilę wzrok. Zaraz potem znowu skupiła się na rozwalaniu pnia. Między nami zapanowała ciężka cisza. Nie było nawet wiatru, który mógłby uczynić tę ciszę znośniejszą.
-I jak?-dodała w końcu po chwili klacz.
-A jak byś chciała?-zapytałem
<Specter? Pokazują swoje charakterki XD>

1.09.2018

Od Dantego "Igrzyska coraz bliżej (Naadam)"

Dzięki opisowi swojej siostry Miriady dość szybko odnalazłem poszukiwanego przeze mnie ogiera.
-Witaj, jesteś Cardinano?-zapytałem, podchodząc do jednego z koni.
-Zgadza się... A ty...-ogier zastanowił się i przyjrzał mi się dokładniej.-Nie jesteś czasem Dante? Brat Miriady?-dodał po chwili.
-Tak jest-odparłem, uśmiechając się przy tym lekko.
-Co takiego się stało, że zdecydowałeś się mnie znaleźć?-spytał mój rozmówca.
-Słyszałem, że bierzesz udział w igrzyskach Naadam?-odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
-Zgadza się, czy ty również?
-Tak się składa, że owszem-odparłem.
-I jak ci idzie trening?-zapytał Cardinano. Postanowiłem co nieco mu zdradzić, aby potem tym łatwiej wydobyć od niego potrzebne informacje.
-Świetnie! Trenuję siłę, szybkość-odparłem.
-To tak jak ja. Ale nie zapominaj o zwinności i umiejętności kamuflażu-powiedział ogier.
-To też się może przydać?-spytałem, mając nadzieję, że być może Cardinano zdobył jakimś cudem dokładniejsze informacje na temat igrzysk.
-Być może, wszystko jest możliwe. A teraz wybacz, muszę już iść-odparł koń. Pożegnaliśmy się więc. Ogier odszedł, a ja zostałem, aby pomyśleć nad jego słowami. Po chwili namysłu postanowiłem udać się do jakiegoś szpiega. Napotkałem Valentię, która zgodziła się dać mi lekcję kamuflażu. Jak się okazało, dobrze trafiłem. Od razu uznałem, że szpiedzy muszą przecież się na tym znać. Po treningu z klaczą podziękowałem jej za pomoc, po czym odszukałem Sirocco. Ta zgodziła się zagrać ze mną w jedną z naszych dziecinnych zabaw, czyli berka. W ten sposób planowałem rozwinąć jeszcze swoją zwinność, tak jak doradził mi Cardinano. Pod koniec dnia byłem padnięty jak nigdy. Do zawodów było coraz bliżej, a ja miałem nadzieję, że nie zaniedbałem niczego w kwestii treningu.

31.08.2018

Od Dantego "Pomoc siostry zawsze przydatna (Naadam)"

Znalezienie Mivany nie było takie łatwe, ale w końcu moją uwagę przykuł dźwięk brzmiący, jakby ktoś rozwalał drzewa. Rozpoznałem ten hałas wręcz doskonale, bo okazało się, że wspomniana klacz faktycznie skupiła się na maltretowaniu tych roślin.
-Co ty właściwie robisz?-podszedłem do niej i spytałem, nie kryjąc swojego zdziwienia.
-Trenuję do Naadam, a co myślałeś?-odparła klacz. Zostawiła jednak biedne drzewo, przerywając w ten sposób swój trening.
-Szczerze mówiąc, myślałem, że to drzewo czymś ci zawiniło i się na nim teraz mścisz-odparłem, kopiąc przy tym spory kawałek drewna, które kiedyś było częścią rozwalonej przez Mivanę rośliny.
-Bardzo zabawne- skwitowała klacz, posyłając mi zimne spojrzenie.-Czego właściwie ode mnie chcesz?-dodała po chwili.
-Przyszedłem właśnie zapytać, jak ci idzie trening do igrzysk-wyjaśniłem.
-O nie, co to, to nie!-zawołała oburzona Mivana, po czym chciała odejść, ale udało mi się ją jeszcze zatrzymać.
-Ale o co chodzi?-zapytałem szczerze zdziwiony, zagradzając jej drogę.
-Po pierwsze: przejrzałam cię. Nie zdradzę ci tego, w jaki sposób i co trenuję. Po drugie: złaź mi z drogi!-zawołała Mivana, po czym ominęła mnie i ruszyła przed siebie. Mimo że tego nie chciała, i tak zdradziła mi parę cennych informacji. Albo raczej dzięki szczęściu sam mogłem je poznać. Klacz na pewno trenowała siłę, rozwalając drzewa. To już coś. Niestety na tę chwilę nie było możliwości, abym mógł dowiedzieć się od niej czegoś więcej. Postanowiłem więc udać się na poszukiwania ostatniego uczestnika igrzysk. Zanim jednak spróbowałem go odnaleźć, zdałem sobie sprawę z oczywistego faktu. Nie miałem zielonego pojęcia, jak on wygląda, a wolałem się najpierw upewnić, zamiast podchodzić do każdego członka klanu, którego znałem nieco gorzej i pytać się, czy przypadkiem nie jest Cardinnem. Musiałem dowiedzieć się, kim był ten ogier. Szczęśliwie chwilę później wypatrzyłem moją siostrę.
-Witaj, Miri-powiedziałem, przykłusowując do niej, a następnie uśmiechając się.
-Cześć, Dante-odparła, odwzajemniając uśmiech.
-Znasz może ogiera o imieniu Cardinano?-zapytałem.
-Tak, a czemu pytasz?-zdziwiła się klacz.
-Muszę z nim pilnie pogadać, a nie mam nawet pojęcia, jak on wygląda!-wyjaśniłem.
-No to nieźle!-klacz zaśmiała się krótko.-Poczekaj, opiszę ci go. Ma skarogniade umaszczenie i ciemnobrązową grzywę. Posiada też oczy tego samego koloru, a na czole białą gwiazdkę. Pomogłam?
-Jasne! Wiem już, o którego konia chodzi. Dziękuję za pomoc-powiedziałem.
-Nie ma za co, w końcu jesteś moim bratem-odparła Miriada, po czym pożegnaliśmy się, a ja w końcu udałem się naprawdę poszukać Cardinaniego.

31.08.2018

Od Dantego do Sirocco "Spędzić trochę czasu razem (Naadam)"

Po naszym powrocie miało jeszcze miejsce kilka mniej lub bardziej nieprzyjemnych wydarzeń. Jednakże nawet nie zauważyłem, jak od tamtego momentu minęło kilka miesięcy i zasiliłem krąg dorosłych członków klanu. Tego dnia rozmyślałem nad tym, jak jeszcze mógłbym przygotować się do Naadam. Nie minęło sporo czasu od ataku wilków na nasze stada, zatem obowiązywał zakaz oddalania się. Dla mnie nie był on niczym aż tak ważnym, jednak rozumiałem jego sens i wolałem zostać wśród innych koni. Wtem zauważyłem Sirocco, z którą ostatnio nie miałem okazji rozmawiać. Prawdą było, że jednym z powodów takiego stanu rzeczy był fakt, iż od naszego niezbyt szczęśliwego powrotu, kiedy to Sirocco wróciła do klanu cała poraniona, jej ojciec niezbyt przychylnie odnosił się do naszych spotkań. Teraz jednak klaczka również była prawie dorosła, dlatego postanowiłem do niej podejść i trochę porozmawiać.
-Witaj-powiedziałem. Sirocco uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie i odwzajemniła powitanie.
-Dawno nie rozmawialiśmy-zauważyła przy tym.
-To prawda. Nie bierzesz udziału w igrzyskach?-spytałem.
-Jakoś tak się złożyło, że nie-posłała mi kolejny uśmiech, a ja go odwzajemniłem.
-Ja nie mógłbym przegapić takiej okazji-powiedziałem.
-Znam cię i doskonale to wiem. Jak ci idzie trenowanie?-zapytała klaczka.
-Chyba dobrze. Przynajmniej ja tak uważam. Nie mam nikogo, kto mógłby to obiektywnie ocenić-odparłem.
-Może ja mogłabym ci pomóc?-zapytała Sirocco.
-Brzmi ciekawie. A w jaki sposób?-spytałem.
-Na początek moglibyśmy się pościgać. Nie chcę się chwalić, ale jestem w tym naprawdę dobra-powiedziała klaczka.
-Przecież właśnie się chwalisz-zauważyłem.
-Powiedział koń, który nie chwali się w ogóle-odparła z ironią Sirocco, po czym oboje zaśmialiśmy się.
-Niech będzie. Wyznaczysz trasę, czy ja mam to zrobić?-spytałem po chwili.
-Co powiesz na to, abyśmy przebiegli się do tamtego drzewa i z powrotem?-zapytała klaczka, wskazując ogołoconą z liści roślinę rosnącą jakieś sto metrów dalej.
-Stoi. Tylko przygotuj się na porażkę-powiedziałem.
-Możesz sobie co najwyżej pomarzyć-odrzekła klaczka, po czym oboje przyszykowaliśmy się do wyścigu. W odpowiednym czasie wystartowaliśmy. Jak się okazało, oboje byliśmy znakomitymi biegaczami i pokonaliśmy ustaloną odległość w mgnieniu oka. Na metę dotarliśmy niemal równocześnie. Ja jednak byłem tam jakiś ułamek sekundy przed moją towarzyszką.
-Nieźle ci poszło. Ale i tak byś nie wygrał, gdybym nie dała ci forów-powiedziała Sirocco, dysząc po odbytym biegu.
-Jasne-odparłem sarkastycznie, po czym ponownie oboje zaśmialiśmy się.
-Muszę ci powiedzieć, że od dawna się tak dobrze nie bawiłam-powiedziała Sirocco, kiedy już przestaliśmy się śmiać.
-Bo od dawna nie spędzałaś czasu ze mną-odparłem, uśmiechając się przy tym lekko.
<Sirocco?>

29.08.2018

Od Dantego "Poznać swoich przeciwników (Naadam)

Nierówna, w wielu miejscach naprawdę porządnie zasypana ziemia nie była najlepszym podłożem, po którym mogliśmy uciekać. Obecnie jednak nie mieliśmy zbytnio czasu na narzekania. W końcu po jakimś czasie dało się odczuć, że klan zwalnia. Czułem palący ogień w gardle, do tego jednocześnie miałem wrażenie, że moje kończyny zaraz mi odpadną. Mimo to gotów byłem bez oporów galopować dalej tym samym tempem. Rozumiałem jednak, że pozostali członkowie klanu mogli być znacznie mniej wytrzymali i potrzebowali trochę odpoczynku. Stado jednak ostatecznie nie zatrzymało się, tylko wolniej niż wcześniej wciąż posuwało się naprzód. Dopiero po kilku kolejnych godzinach biegu klan stanął w miejscu. Władca uznał, że niebezpieczeństwo minęło i możemy zostać na tych terenach. Dla pewności wyznaczył jedynie kilka  koni, które miały stać na straży całego stada. Na szczęście podczas ataku nie ucierpiał nikt oprócz naszej trójki, która musiała zmierzyć się z hordą głodnych wilków. Medycy jednak szybko nas opatrzyli i było po sprawie. Żaden z nas nie miał bowiem poważniejszych ran niż lekkie zadrapania. Po wszystkim uznałem jednak, że całe to zdarzenie było w gruncie rzeczy niezłym treningiem. Jednocześnie wolałem odłożyć na jakiś czas dalsze ćwiczenia. Moje otarcia trochę mnie piekły. Normalnie zignorowałbym to i trenował mimo tego, ale wpadłem na doskonały pomysł, jak jeszcze mógłbym sobie pomóc w sprawie igrzysk Naadam. Udałem się do swojego ojca, bo on na pewno wiedział, kto się do nich zgłosił. Bez większych problemów podzielił się ze mną tą informacją. Okazało się, że oprócz Mivany i mojego brata, miał w nich również brać udział ogier o imieniu Cardinano, którego jednak za bardzo nie znałem. Planowałem jednak już niedługo to zmienić. Najpierw udałem się do Shiregt;a.
-Witaj, kochany braciszku-powiedziałem, kiedy już go znalazłem. Stał na uboczy, obserwując teren. Widocznie sam też chciał mieć na wszystko oko.
-Czego chcesz?-spytał mój brat, kierując na mnie swoje spojrzenie.
-Dlaczego zakładasz od razu, że miałbym czegoś od ciebie chcieć?-zapytałem, robiąc minę niewiniątka.
-Bo podejrzanie miło się ze mną przywitałeś. Choć z drugiej strony mógł być to po prostu sarkazm, którego nie wyczułem...-odparł Shiregt.
-Właśnie. A tak przy okazji, jak ci idzie trenowanie do igrzysk?-zapytałem, chcąc nakierować naszą rozmowę na interesujący mnie temat.
-Całkiem dobrze. Zwiększam swoją siłę, szybkość i umiejętność maskowania się. A co, chcesz znowu razem potrenować? Tym razem nie mam na to czasu-powiedział ogier. Ton jego głosu jasno dawał do zrozumienia, że rozmowa dobiegła końca. Normalnie bym się z nim jeszcze trochę podroczył, ale że uzyskałem już trochę informacji, po prostu odszedłem, aby odszukać Mivanę lub niejakiego Cardinaniego.
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika