Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edward Malligins. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edward Malligins. Pokaż wszystkie posty

30.07.2017

Od Edwarda Malligins'a do Calipso (F) - ,,Okoliczności prawdy"

Tajemniczy kwiat w pełni ujawnił swe lecznicze właściwości, gdy na horyzoncie pojawiła się mieniąca w bladych promieniach słońca tafla Eg. Jego dotychczas nieskazitelnie białe płatki ubarwiły się krwią, która niewielką strużką płynęła wzdłuż mojej nogi i zostawiała na ziemi nieliczne ślady. Szybko poczułem także, że ból w łopatce staje się słabszy, i chociaż rana wydawała mi się tak samo poważna jak w chwili jej zadania to nie odczuwałem jej w już żaden sposób. Nie mniej jednak bardziej, niż swoim zranieniem, martwiłem się teraz upadkiem Calipso. Obserwując ją co jakiś czas, doszukiwałem się oznak, które świadczyłyby o tym, że poczuła się gorzej, w końcu przeżyła paskudny upadek. Lecz klacz albo zawzięła się by jako Przywódczyni nie okazywać cierpienia, albo już jej ono nie dokuczało. To by wyjaśniało dlaczego nagle stała się taka odprężona. Szła spokojnie, lekko podniósłszy głowę i witając się z pozostałymi członkami stada, gdy dotarliśmy do domu. Krystal, Relika, Forever i Italia zostały na miejscu by strzec terenów. Idąc za przykładem większości, podszedłem do brzegu rzeki i zanurzyłem w nim pysk. Woda była orzeźwiająco zimna. Piłem łapczywie, rozkoszując się każdym łykiem oraz przy okazji nasłuchując rozmawiających w pobliżu mnie Kallena, Calipso i Italię. Musieli mówić o ziołach, które przez najbliższy czas ma stosować na swoje stłuczenia Calipso, gdyż co chwila padały jakieś skomplikowane nazwy roślin.
- Jak do tego doszło? - usłyszałem pytanie w swoim kierunku. Podniosłem wzrok, który nieomal od razu natknął się na Wiktora. Ogier patrzył na mnie z uwagą, jednak ja nie miałem ochoty o niczym opowiadać, więc tylko pokręciłem głową. W odpowiedzi uśmiechnął się lekko i odszedł w stronę cienia rzucanego przez drzewa. Nie naciskał za co byłem mu wdzięczny. Przeżywanie tego wszystkiego po raz kolejny nie było dla mnie niczym przyjemnym.
Zapadł zmierzch, gdy stado zaczęło układać się do snu. Mimo przekonywań, że tej nocy wyjątkowo wartę przejmie ktoś inny, Calipso jak miała w zwyczaju, oddaliła się na swoje miejsce. Zajęło mi trochę czasu zanim znalazłem wygodne miejsce, aczkolwiek w myślach wiedziałem, że na długo go nie zajmę. Leżałem z zamkniętymi oczyma póki rozmowy nie ucichły, a w zamian nie dobiegły mnie głośne, głębokie oddechy śpiących koni. Wtedy podniosłem się, chyba najciszej jak potrafiłem i udałem się ścieżką, którą nie tak dawno szła dereszowata klacz. Co jej mam powiedzieć kiedy ją znajdę? Że mi na niej zależy? Prawdę?

[Calipso?]

4.07.2017

Od Edwarda Malligins'a do Calipso (F) - ,,Nie spuszczaj jej z oczu"

Powietrze przeszył łoskot spadających ze zbocza drobnych kamieni, które pociągnęły za sobą potężną chmurę ciężkiego, odbierającego widoczność pyłu. Na jedno ze ściennych usypisk właśnie skoczył ryś i to jego gwałtowny ruch na chwilę zachwiał parowem. Samo zwierzę sprawiało wrażenie zaniepokojonego, jak gdyby zastanawiało się czy kolejny fałszywy ruch i zaraz nie osunie się na ziemię. Kiedy jednak spostrzegło, że nic mu nie grozi i, że znalazł się blisko dna głośno zawarczał, odsłaniając dwa przednie, tępo zakończone kły. Drugi kot pochylając nisko łopatki zrezygnował z samodzielnych prób poszukiwania bezpiecznego zejścia, przeszedł w miejsce, z którego drogę znalazł jego pobratymiec i skokiem pokonał dzielącą ich rozpadlinę. Obserwując całą sytuację, pogalopowałem w kierunku, gdzie jeszcze przed chwilą stały rysie i znajdowszy się zaledwie trzy kopyta nad nimi podniosłem wysoko przednie kończyny, wściekle młócąc nimi nad ziemią i rżąc donoście, przykuwając tym samym uwagę drapieżników. Wiedziałem, że nasze szanse nie zostały z góry przekreślone, co prawda kotów była dwójka, lecz oba wyglądały na przeraźliwie głodne, a co za tym idzie, na pewno nie były w pełni sił. Wyleniała, brudna sierść sterczała ze skóry opinającej wystające żebra i kręgi kręgosłupa. Brzuchy miały podciągnięte wysoko, a głowy poranione. Walka z nimi zapowiadała się na łatwiejszą, niż ze zdrowymi osobnikami tego samego gatunku. Rysie zawarczały nerwowo dostrzegając mnie, jako by nie do końca wiedziały, na której potencjalnej ofierze się skupić i ponownie chciały wrócić na stabilny grunt. Jeszcze dwukrotnie stanąłem dęba i dwukrotnie uderzyłem kopytami o ziemię, sprawiając, że kolejne kamienie spadały w dół i uderzały w drapieżniki. Nie ratowało to sytuacji, lecz zdecydowanie zyskiwałem na czasie. Ponownie przeniosłem wzrok na klacz, żeby zobaczyć w jakimś jest stanie, a gdy to zrobiłem do moich uszu dobiegł szmer pazurów przesuwanych po glebie.
- Edward, uważaj! - w tym samym momencie usłyszałem wrzask Calipso, a gdy ponownie spojrzałem w dół znalazłem się niemal twarzą w twarz z kotem, który wymierzył we mnie łapą, a drugą uczepił się suchej ziemi i podciągnął w górę. Uniknąłem ataku odskakując w tył i już planowałem całym ciężarem jednej z nóg nastąpić na zwierzę, ale szybko przez myśl przemknęło mi, że gdy to zrobię to ryś z całą pewnością spadnie, a wtedy nie będzie miał problemu z dostaniem się do Calipso. Odsunąłem się w tył pozwalając rywalowi wspiąć się na urwisko, a gdy to zrobił wiedziałem, że rzuci mi się prosto na szyję. To przeczucie pozwoliło mi kolejny raz uniknąć rany, ponieważ kot właśnie przymierzał się do ataku, gdy obróciłem się na przednich nogach. Mając w gotowości tylne kończyny, zamachnąłem się i gdy zwierzę kolejny raz usiłowało na mnie skończyć, uderzyłem je z całej siły w pierś. Odrzuciło je to na co najmniej siedem kopyt. - Stado! Przyprowadź innych! - ponownie ryknęła dereszowata, ujmując w pysk srebrną rękojeść sztyletu. - Nie wydostaniesz mnie stąd sam. Idź!
Rzuciłem szybko wzrokiem na kota, który poturbowany oddychał ciężko i kolejny raz spojrzałem w dół. Drugi musiał właśnie znaleźć przejście na dół, gdyż nagle zaczął szybko się przemieszczać. Krew uderzyła mi do głowy. Nie myśląc nad tym co robię, podszedłem do krawędzi, przysiadłem na zadzie i skokami przesuwałem się w kierunku dna parowu.
- Edward! - podniosłem głowę. Usłyszałem głos i ewidentnie nie należał on do Calipso. Rozejrzałem się. Po równoległej stronie parowu stało stado z Opium na czele. Chciałem się zatrzymać i już otworzyłem pysk by zwołać ich do siebie, gdy nagle moja przednia lewa noga trafia w coś twardego. Nabrałem gwałtownie powietrze w płuca, gdy zacząłem przechylać się na bok. Upadłem na bok i niemal od razu, obcierając grzbiet i boki o suchą ziemie ujrzałem, że toczę się na dół. Uderzając w ziemie odczułem ból. Na chwilę przed oczami zrobiło mi się ciemno, acz gdy tylko się podniosłem, obraz znów się wyostrzył. Mój wzrok od razu padł na ścianę, gdzie Evil War, Donatello i Kallen właśnie powoli schodzili na ziemię, podczas, gdy drapieżnik był już kopyto od dna. Wlepił we mnie żółte ślepia i na ułamek sekundy zastygł jak posąg po czym rzucił się wprost pod moje nogi, a następnie podskoczył wprost do łopatki. Poczułem pieczenie, gdy jego pazury wbiły się w nią i przeciągnęły w dół. Szamocąc się zrzuciłem z siebie natręta, a gdy ten spróbował zaszarżować na mnie kolejny raz, złapałem go zębami za skórę przy karku i odrzuciłem w boku, samemu tak że się odsuwając. Ryś już podniósł się kiedy natarła na niego Evil War kopiąc i nie zważając na to gdzie trafia przeciwnika. Wtem pojawił się przy niej Donatello i również zaatakował drapieżnika. Zwierzę najwyraźniej właśnie zrozumiało, że jego szanse zmarniały do zera i unikając końskich kopyt oddaliło się biegiem w głąb parowu. Odetchnąłem czując, że chwieją mi się nogi i przeszukując wzrokiem członków stada. Zatrzymałem się dopiero trafiając na Kallena, który właśnie podszedł do Calipso.

[Calipso?]

26.06.2017

Od Edwarda Malligins'a do Calipso (F) - ,,W drodze"

Wypatrując drogi, którą zeszłego południa podążałem aż do krzaczastego zagajnika, gdzie dołączyła do mnie Calipso, skinąłem twierdząco głową na znak, że powinniśmy wracać. Okolica w ogóle nie ułatwiała orientacji w terenie, a flora nie odznaczała się w żaden sposób, który teraz przychodziłby mi na myśl. Pozostaje tylko kierować się na wschód. Jestem pewien tylko tego, że właśnie stamtąd przyszliśmy. Przeniosłem wzrok na dereszowatą klacz, która przez chwilę przekopywała kopytem wciąż wilgotną ziemię aż nie odkopała stalowoszarego sztyletu. Podniosła go za pomocą pyska i wróciła do miejsca, w którym stałem z usadowionym przy kłębie burundukiem. Nie przerywając trwającej od dłuższej chwili ciszy, obejrzałem się za siebie na wyspę, która powoli wyłaniała się z wody i prowadzącą do niej groblę chcąc jak najlepiej zapamiętać drogę do tego miejsca. Nie wiadomo kiedy jeszcze może się przydać. Wkrótce potem wyruszyliśmy w kierunku domu. Jak na razie nie miałem problemu z utrzymywaniem przysięgi milczenia, którą złożyłem przed sobą tej nocy. Nie przypuszczałem nawet, że może okazać się to dla mnie tak proste. Wręcz przeciwnie, ponieważ czy cokolwiek może wymagać większego samozaparcia od powstrzymywania się od rozmów z kimś bliskim? Calipso skutecznie mi w tym pomagała nie mówiąc ani słowa, choć co czas przyłapywałem ją, tak samo jak ona mnie na tym, że patrzymy po sobie nawzajem. Wtedy stanąłem przed pierwszą próbą by nie zaśmiać się, a tym bardziej nie powiedzieć nic zaczepnego. Cały mój upór poszedłby wtedy na marne, a to nie jego brak sobie zarzucałem? W pewnym sensie tak. Nie zawziąłem się wystarczająco, by oszczędzić nam tego nocnego żałosnego przedstawienia, a wiedziałem, że jetem w stanie to zrobić. Skoro uparłem się mocno na to, żeby swojego prawdziwego imienia nie zdradzać nikomu i udało mi się to, to znaczy, że nie jestem aż tak beznadziejny za jakiego się uważam. Nie wiem tylko po co to robię. By odpędzić przeszłość? Można o niej zapomnieć, jednak nie odciąć się bez reszty. Przeszłość jest dowodem na to, że żyjemy jakakolwiek by nie była. W swojej nie zawiniłem niczym. Była doskonała, gdyby mi jej nie popsuto. W tym wszystkim to nie ja zawiniłem najbardziej, a czuję się jakbym cały dług wziął na siebie. Poza tym w tej chwili wiedziałem, że była to nie jedna rzecz, która na mnie ciąży.
- Mam coś na głowie, że tak mi się przyglądasz? - zapytałem, odrywając wzrok od lasu i przenosząc go na idącą obok klacz, która sprytnie spojrzała tam gdzie ja przed chwilą.
- Nie tylko ty jesteś na tyle spostrzegawczy, żeby zauważyć, że ktoś na ciebie patrzy - żachnęła się dereszowata, gdy parsknęłam śmiechem. - A ja mam coś na głowie? - dodała mrukliwie.
- Burunduka - wyjaśniłem, zachowując przy tym jednoznaczną powagę. - To on przyciągnął moją uwagę - powiedziałem i wtedy oboje się zaśmialiśmy. Przez następne kilka chwil znów żadne nie powiedziało ani słowa, jednak ja poczułem, że idzie mi się lżej. Moja dusza stała się mniej ciążąca. - No dobrze - zagaiłem. - Skoro mnie zaciekawił burunduk, to jak ty się usprawiedliwisz? - Calipso nie zawahała się ani przez moment.
- Ty miałeś zmartwienie.
- Już nie mam - odparłem, lecz zaraz dodałem. - To nie było nic ważnego.
- Za to wyglądałeś jakby było - uśmiechnęła się dereszowata, podczas, gdy na jej głowę wbiegł Loci.
- Musiałaś mi się naprawdę dokładnie przyglądać.

[Calipso?]

16.06.2017

Od Edwarda Malligins'a do Calipso (F) - ,,Po burzy"

Gwiazdy rozsypane po niebie, jak piach na pustyni układały się w jasną aurę, która lśniła nad naszymi głowami i zdawać by się mogło, że sprawiała, iż znajdowaliśmy się bliżej nieba. Choć brakowało mi skrzydeł poczułem, że gdyby teraz przyszło mi popędzić przed siebie niczym wiatr, mógłbym znaleźć się między nimi. Między bezkresnym mrokiem i setkami tysięcy jasnych punktów, w których trwałbym do czasu, aż na horyzoncie pojawi się słońce. Wówczas czekałaby mnie śmierć, czy powróciłbym następnej nocy i każdej kolejnej? Enigmat. To słowo zdaje się stworzone dla nieba. Niegdyś sądziłem, że poniekąd oddaje także mnie, jednak po wydarzeniach dzisiejszej nocy zawiodłem się na sobie do tego stopnia, że zaczynam mieć ku temu wątpliwości. Przestaję znać siebie. Wcześniej nigdy nie byłam tak wylewny, nigdy nie okazywałem swoich słabości, nie dawałem znaku o czarnych chmurach, które nade mną wisiały. Nienawidziłem i nienawidzę tego robić. Przelewać emocje poza obręb własnej świadomości do otoczenia innych nie leży w moich zwyczajach. Postępują tak tylko głupcy. Głupcy, którzy łudzą się, że ich własne utrapienia kogokolwiek interesują. Są zbyt słabi, żeby zaakceptować rzeczywistość, która twierdzi inaczej. W tym wszystkim ja już dawno przestałem być głupi. Popełniałem rzeczy, które wielokrotnie mogły skończyć się dla mnie nieszczęśliwie i nigdy nie przyjąłem tego z takim rozemocjonowaniem, do teraz. Czy możliwe jest by w przyszłości mogło być ze mną jeszcze gorzej? Jeżeli okaże się to prawdą, to jak będę się z tym czuć skoro obecnie jest mi z tym tak źle? Z namysłem przeciągnąłem wzrokiem po gwieździstej nieskończoności, aż zatrzymałem go na leżącej tyłem do mnie dereszowatej klaczy. To jak odpowiedziała na moje oskarżenia względem siebie jest zrozumiałe. Jest Przywódczynią, naturalne zatem, że w zakresie jej obowiązków leży także pocieszanie członków swojego stada, znoszenie ich humorów i wygłaszanie im motywujących tyrad o tym jak bardzo nie są beznadziejni nawet, jeżeli w rzeczywistości są jeszcze gorsi. Niejako jest to jej obowiązek.
- Dobrej nocy - powiedziałem, uginając przednie nogi. Płożyłem się, podwinąłem je pod klatkę piersiową i nie słysząc odpowiedzi mogłem oczekiwać na sen, ze świadomością, że moja towarzyszka już od jakiegoś czasu śpi, a ja powinienem iść w jej ślady.
<Calipso?>

9.05.2017

Od Edwarda Malligins'a do Calipso (F) - ,,Walka z żywiołem"

Korony wiązów układały się nad naszymi głowami w parasol, który sprawiał, że chociaż ulewa nasilała się, to nie padało na nas tak bardzo jak poza nim. Leżąc na zimnej mokrej ziemi, przyglądałem się otaczającej nas przyrodzie oraz niespokojnej wodzie, w którą z ogromną częstotliwością uderzały krople deszczu, tworzący tym samym na jej tafli nachodzące na siebie okręgi. Przeniosłem wzrok na miejsce, w którym nie tak dawno była grobla i po której dostaliśmy się na tę wyspę. Wszechobecna szaruga sprawiała, że gdyby nawet kamienie nie zatonęły i tak kompletnie nie byłoby widać, gdzie one są. Zatem droga powrotna nie należałaby do najbezpieczniejszych, a ja nie zamierzałem ryzykować. Zresztą to wszystko to moja wina. I wcale nie mam na myśli swojej kiepskiej sytuacji tylko to, że sprawiłem, iż poza mną znalazła się w niej także Calipso. Wychodziłem z gorszych opresji i nie jeden raz patrzyłem śmierci w oczy, jednak nie wiem czy mogę to samo powiedzieć o mojej towarzyszce. Warto było natomiast wspomnieć jej, że przygody z moim udziałem zawsze mają kiepskie zakończenie, o czym nie tylko ja zdołałem się przekonać. Nigdy nie miałem wątpliwości, że źródłem całego nieszczęścia, które przytrafiło się mi i moim niedoszłym bliskim byłem ja sam, a los tylko potwierdzał moje przypuszczenia. Teraz zrobił to po raz kolejny, co w ogóle mnie nie dziwi. Po wszystkich wydarzeniach, w które zostałem wmieszany, stałem się obojętny na jego kaprysy. Podobno każdy miał dostać pecha po równo, a okazuje się, że karta, którą wybrało dla mnie przeznaczenie nie jest ani trochę łaskawa. Popatrzyłem na Calipso, zastanawiając się, ile dostała ona i wtedy zauważyłem, że dereszowata śpi. Wcześniej musiała ułożyć się na lewym boku, gdyż była odwrócona do mnie tyłem. Położyłem głowę na ziemi, chcąc przywołać sen. Jeżeli usnę, czas będzie płynął szybciej. Wsłuchując się w deszcz, wymyślałem rozmaite scenariusze, które, choć w rzeczywistości nie mają prawa bytu, na jawie wydają cię dziać naprawdę. Uśmiechałem się lekko, gdy Morfeusz w końcu wziął mnie w swoje objęcia
Poczułem nieprzyjemnie zimno, które gwałtownie uderzyło mnie w pierś i które szybko ustąpiło, jak się okazało - tylko na chwilę. Deszcz nadal padał, jednak słabiej niż wtedy, gdy zasypiałem. Zaspany, powoli otworzyłem oczy, przygotowując na to, że blask słońca zaraz nieprzyjemnie mnie rozbudzi, lecz zdziwiłem się, widząc, że nad Mongolią panuje noc. Odczekałem chwilę, aż moje oczy przyzwyczają się do ciemności i jeszcze bardziej zaskoczyło mnie to, że brzeg wysypy, który do tej pory znajdował się około pięciu metrów od nas, zniknął zalany wodą, a ta dosięgała nas. Gwałtownie podniosłem się z ziemi, tworząc tym samym pod swoimi kopytami grząskie błotnisko i brodząc w rozmokłej ziemi, podbiegłem do śpiącej klaczy.
- Calipso? - lekko szturchając pyskiem o policzek dereszowatej, próbowałem ją rozbudzić. - Wstawaj, szybko - powiedziałem, powtarzając czynność jeszcze kilka razy, na co Przywódczyni po chwili zareagowała, otwierając oczy. Nie musiałem mówić nic więcej by wstała, ponieważ uderzyła w nas kolejna fala.
- Cholera! - krzyknęła, nieomal wpadając na mnie, gdy dostrzegła jak bardzo okoliczności przyrody się zmieniły. - Nie wzięliśmy pod uwagę, że może nie przestać padać, ale żeby aż tak?! - Przywódczyni schyliła się po znaleziony popołudniem sztylet i chwyciła go do pyska, a kiedy podniosła głowę, zaczęła rozglądać się nerwowo.
- To jak zwykle moja wina - wysyczałem, szukając wzrokiem najkrótszej drogi przez rzekę. - Po co ze mną szłaś? W ogóle, po co ja tu wszedłem? - kątem oka, widziałem, że zbliża się kolejna fala, która za chwilę uderzyła w wyspę, sprawiając, że cała została zatopiona. - Musimy płynąć - powiedziałem, chociaż przeprawa przez tak wzburzoną rzekę nie była najlepszym pomysłem.
- Wyspa i tak szybko zatonie. - Calipso pokiwała głową i ruszyła przed siebie.
- Poczekaj! - zawołałem, wyprzedzając ją. - Jestem wyższy. Wejdę pierwszy i zobaczę, kiedy przestanę sięgać dna. Ty musisz zacząć płynąć wcześniej. - nie czekając na odpowiedź, wszedłem do mętnej, lodowato zimnej wody i powoli poruszałem się do przodu, sprawdzając kopytami teren. - Na razie jest w porządku - mruknąłem na tyle głośno, żeby klacz usłyszała co mówię i zrobiłem jeszcze kilka kroków do przodu. Wtedy niespodziewanie dno obniżyło się, a ja pchnięty mocnym prądem, znalazłem się pod wodą. Usłyszałem jak Calipso krzyczy moje imię, a potem w uszach szumiała mi tylko woda. Poruszyłem kilkukrotnie nogami i machnąłem głową tak, że udało mi się znaleźć lekko ponad taflą. - Tu jest gorzej jak widzisz - zaśmiałem się i widząc, że klacz weszła głębiej do rzeki, wróciłem do miejsca, w którym miałem jeszcze grunt pod kopytami. Podszedłem bliżej dereszowatej, która szła prosto na mnie. Gdy znaleźliśmy się obok siebie, złapałem ją mocniej zębami za grzywę, wiedziałem, w którym miejscu dno się zapada i wolałem nie dopuścić do tego co przed chwilą stało się ze mną. Jeszcze kilka metrów szliśmy razem, aż Przywódczyni zaczęła płynąć, chwilę później uczyniłem to samo. Udało nam się nie utopić w miejscu, w którym prąd był silniejszy i gdy ominęliśmy je, puściłem trzymaną w pysku grzywę. Wolno przemierzaliśmy rzekę, bok w bok. Przez ten czas zdążyłem przyzwyczaić się do zimnej wody, lecz poczułem ogarniające mnie zmęczenie. Nie tylko mnie dało się ono we znaki, gdyż Calipso od kilku chwil też oddychała ciężej, a byliśmy dopiero w połowie drogi.

[Calipso?]

30.04.2017

Od Edwarda Malligins'a do Calipso (F) - ,,Grobla"

Woda z rzeki Eg nieznacznie obmywała moje kopyta, gdy kolejny raz tego popołudnia, przechadzałem się wzdłuż brzegu. Dzisiejszy dzień dłużył się niemiłosiernie, a perspektywa spędzenia go na bezcelowych przechadzkach po okolicy wydała mi się zgoła bardziej interesująca, niż czekanie na wieczór, nie ruszając się przy tym z miejsca. Uniosłem wzrok w niebo, przypatrując się słońcu, które o tej porze było w zenicie, i któremu od dłuższego czasu towarzyszyły ciemne, gęste chmury, zawiastujące deszcz. Odwróciłem głowę i upewniwszy się, że stado nadal przeczekuje upał w cieniu kilku dębów, ruszyłem przed siebie kłusem. Nie twierdzę, że tutaj, na północy Mongolii, w Klanie Ognistej Grzywy czegoś mi brakuje i z tego powodu czuję, że w moje życie wkrada się monotonia, a dni zlewają w jedno. Wręcz przeciwnie. Odkąd tu jestem nawiązałem nowe znajomości, przeżyłem chwile, które obudziły we mnie dotychczas uśpione emocje i zacząłem je na nowo odczuwać. Cztery lata w samotności potrafiłyby w każdym wypalić cząstkę duszy, której ja nie miałem nigdy. Kiedyś bym o tym nie pomyślał, ale teraz wiem, że moi rodzice są bezpośrednio z tym związani. Dzięki nim nigdy nie miałem zbyt wielu przyjaciół, chociaż byłem otwartym i przyjacielskim źrebakiem. Jedynie co jakiś czas rozmawiałem ze starszymi końmi ze stada, które osiedliło się w pobliżu nas, kilkukrotnie nawet proponując dołączenie, ale mój ojciec nigdy się na to nie godził, matka w tej kwestii nie była przez niego dopuszczona do głosu, jednak nie sprawiała wrażenia, że jej to przeszkadza. Prawdę mówiąc niewiele rzeczy interesowało karą Volerę. Matka i ojciec byli obojętni wobec siebie, tak samo jak wobec mnie, dlatego często zastanawiałem się z jakiego powodu są razem, skoro nic ich nie trzymało przed odejściem we własną stronę. Mnie też nic nie trzymało i z tego powodu jestem teraz tutaj. W Klanie Ognistej Grzywy, a nie w Tamsagbulagu. Prawie nic. Zaśmiałem się pod nosem, czując na sierści pojedyncze krople deszczu. Zwolniłem do stępa i zrobiłem jeszcze kilka kroków.
- Jesteś głupi Edwardzie - odezwałem się sam do siebie i zwiesiłem nisko łeb, tak, że źdźbła trawy lekko muskały mnie w nozdrza, a grzywa dotykała ziemi. Tuż przed moim pyskiem rósł kwiat Orlika, któremu teraz przyglądałem się z uwagą. Jego delikatne płatki były skierowane ku słońcu, które teraz przesłoniły chmury. - Morriganie Malliginsie. -Kiedy na kwiatku pojawiły się kolejne krople deszczu, wyminąłem go i ruszyłem w dalszą drogę. Przede mną rozpościerała się gęstwina krzewów, przez którą przedarłem się wąską, niewydeptaną ścieżką. Ostre gałęzie obcierały mnie w boki, gdy znalazłem się w swego rodzaju zagajniku, jednak po mojej lewej stronie wciąż znajdowała się rzeka. Podszedłem do brzegu i upiłem kilka łyków z płycizny. Wzrok, który do tej pory skierowany miałem we własne odbicie na moment urosłem. Dopiero teraz zauważyłem usypisko kamieni znajdujące się kilka metrów ode mnie, przechodzące o wody i ciągnące się dalej przez rzekę. Już spotkałem się z czymś takim - drogą w wodzie. Była to grobla. Oderwałem się od wody i skierowałem się w stronę początku drogi. Wszedłem na kamienie lekko się przy tym ślizgając, ponieważ były mokre od deszczu. Szybko złapałem równowagę i kontynuowałem wędrówkę, przechodząc na otwartą część rzeki. Nie oddaliłem się nawet pięciu metrów od zagajnika, gdy usłyszałem wołanie. Odwróciłem głowę słysząc swoje imię i zauważyłem, że w miejscu, w którym przed chwilą piłem wodę stoi Calipso. Zarżałem na powitanie i niechętnie wróciłem na brzeg. - Co ty tutaj robisz? - zapytałem dereszowatą klacz, z której grzywy sączyły się stróżki wody. - Śledzisz mnie? - dodałem pół żartem pół serio, na co ta przewróciła oczami.
- Chciałam się przejść, ale dopadł mnie deszcz. Pomyślałam, że w w tym zagajniku aż tak nie zmoknę - wyjaśniła. - A ty? Co tutaj robisz?
- Wróciłem do ciebie. Nie byłoby mnie w tym miejscu, gdybyś mnie nie zawołała - odparłem, czując, że moja sierść staje się coraz bardziej mokra, chociaż pod tyloma drzewami deszcz nie padał tak mocno. - Popatrz co znalazłem! - prychnąłem, ponownie wchodząc na groblę. - Ciekawe gdzie to prowadzi. Idziesz ze mną? - Calipso przez ułamek sekundy przyglądała mi się z uwagą, ale gdy zauważyłem, że wykonuje w moim kierunku kilka niepewnych kroków, cofnąłem się do tyłu aby miała więcej miejsca. Dereszowata wspięła się na coraz to bardziej śliskie kamienie i podeszła bliżej mnie. Złapałem ją zębami za grzywę, gdy trafiła kopytem na niestabilny kamień i prawie przewróciła się do wody. - Przez ciebie ja też tam wpadnę - prychnąłem ze złośliwym uśmiechem.
- Albo cię zrzucę z tych kamieni - Odgryzła się dereszowata i z udawaną złością, wskazała abym szedł dalej.
Odwróciłem się do niej tyłem i ruszyłem przed siebie, co jakiś czas poślizgując się. Trzeba było dużo wysiłku, żeby nie spaść stąd zaraz po wejściu na kamienie, a nam na razie się to udawało pomimo, że towarzyszył nam deszcz, który coraz bardziej się nasilał. W najlepsze szliśmy przed siebie, gdy nagle dostrzegłem drzewa malujące się na środku rzeki. Kilka minut później staliśmy już na brzegu - jak się okazało - wyspy.

[Calipso?]

24.04.2017

Od Edwarda Malligins'a do Calipso (F) - ,,Decyzja"

Będąc w nieznacznej odległości od odpoczywającej w cieniu rozłożystego drzewa Calipso, ugiąłem przednie nogi i położyłem się na chłodnej ziemi. Mokra od rosy trawa przez chwilę lekko łaskotała mnie w boki, lecz zaraz nieprzyjemne uczucie zniknęło, a wraz z nim obawy odnośnie spotkania obcego stada. Klan Mroźnej Duszy. Tych, o których nie tak dawno wypytywałem, przed chwilą widziałem na własne oczy. Czternaście obcych koni o czternastu, odmiennych charakterach, a mimo to naszym Przywódcom udało nawiązać się nić porozumienia w wyniku czego stada zawiązały sojusz. Teraz jest on słaby, aczkolwiek w przyszłości może stać się trwały i potężny. Nie wykluczone też, że zniknie, a w miejscu współpracy pojawi się wrogość, która niejednych doprowadziła do ostateczności. Stoimy po przeciwnych stronach grzęzawiska, które albo wyschnie i uda nam się przez nie przejść, albo zmieni się w głębokie bagno i potopi nas wszystkich.
- Myślisz, że to była dobra decyzja? - Głos Calipso wyrwał mnie z zadumy i sprawił, że przeniosłem na nią wzrok, w którym mieszało się rozbawienie i zdumienie.
- To była najlepsza decyzja. - Nie kłamałem. Mówiłem głośno i zdecydowanie tak aby klacz zrozumiała, że w pełni pojmuję jej wątpliwości wobec takich okoliczności. - Gorzej jeżeli planowałaś wchodzić z nimi na wojenny grunt. Wtedy to by było tylko przedłużenie sprawy. - zażartowałem. - Jestem przekonany, że dobrze postąpiłaś proponując Klanowi Mroźnej Duszy sojusz. Byliby głupcami, gdyby odrzucili taką propozycję - dodałem pogardliwie. Między nami zapanowała cisza. Przez ułamek sekundy obserwowałem dereszowatą klacz, po czym przewróciłem się na bok i obróciłem na grzbiet. Zmrużyłem oczy, patrząc na oślepiającą tarczę słońca, która nieprzejednanie grzała moją ciemną sierść.
- Dzięki - powiedziała w końcu moja towarzyszka, a ja nie patrząc na nią wypaliłem.
- Zawsze do usług. Swoją drogą, jakie oni mieliby szanse z takim generałem jak ja? - prychnąłem z szelmowskim uśmiechem, na co klacz roześmiała się, ściągając tym samym na siebie uwagę pozostałych koni. - I z taką Przywódczynią - dodałem swawolnie, wracając do poprzedniej pozycji. Podwinąłem przednie kończymy pod siebie i potrząsnąłem grzywą, zrzucając z niej pojedyncze źdźbła suchej trawy.

[Calipso?]

17.04.2017

Od Edwarda Malligins'a do Calipso (F) - ,,Śmiech"

Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Swoimi ostatnimi, bladymi promieniami nadawało tajemniczej aury i pewnego uroku mętnej, aczkolwiek spokojnej tafli wody w Rzece Eg. Podążając za klaczą spokojnym galopem, wygiąłem szyję w delikatny łuk i lekko unosząc nogi nad ziemią, poczułem, że zaczynam się rozluźniać. Z jakiegoś powodu pomyślałem, że właśnie tego potrzebowałem w tej chwili najbardziej - czasu do refleksji i trochę adrenaliny. Rokoszowałem się coraz silniejszymi podmuchami wiatru, które drażniły moje nozdrza i wpadały w grzywę. Potrząsnąłem szyją, chcąc pozbyć się jej natrętnych pasem z oczu, lecz w tym samym momencie zauważyłem, że Calipso zwalnia. Idąc za jej przykładem, zatrzymałem się, obserwując co zwróciło jej uwagę. Były to długonogie ptaki, brodzące w wysokim dnie rzeki. Oba stały w pewnej odległości od nas, zasadniczo, ponieważ jeden - najprawdopodobniej samica, siedziała w gnieździe, podczas gdy drugi przypatrywał się nam z uwagą. Przeniosłem wzrok na klacz z poczuciem, iż może uda mi się rozszyfrować czy zależy jej na kontynuowaniu rozmowy, jednak moja towarzyszka wypatrywała się w żurawie. Odetchnąłem, gdyż prawdę powiedziawszy nie przychodził mi na myśl jakikolwiek ujmujący temat. Postanowiłam pójść na żywioł i wykonać pierwszą, najbardziej szaloną rzecz, która przyszła mi głowy, ale wtedy samiec ptaka skoczył w naszą stronę, skrzecząc przy tym wniebogłosy. Nim zdążyłem zareagować Calipso gwałtownie cofnęła się do tyłu, wpadając przy tym wprost na moją klatkę piersiową. Zaskoczony, poczułem, że na mój pysk wstępuje rumieniec, czego na szczęście pod czarną sierścią nie było widać, ale mimo to zostałem w miejscu.
- Przepraszam! - wypaliła klacz, odsuwając się ode mnie. Przez chwilę, patrzyłem na nią ze zmieszaniem, lecz nie kontrolując specjalnie tego co robię, wybuchłem głośnym śmiechem. Widok uciekającej przed żurawiem Calipso, rozbawił mnie do łez. - Zaskoczył mnie! - usłyszałem z ust dereszowatej, która w tym momencie także zaczęła się śmiać i nie poprzestając, wyszliśmy z płytkiej w tym miejscu rzeki.
- Na pewno chciał cię zjeść - dogryzłem klaczy. - Nieźle to sobie zaaranżowałaś! - wykrzyknąłem z figlarnym uśmiechem. - Zrobiłaś to specjalnie, żeby na mnie wpaść.
- C-Co? - Calipso prawie się dusiła ze śmiechu. - Chyba żartujesz! - W okamgnieniu moja powierniczka zdążyła opanować chichot i dała mi mocnego szturchańca w bok. Pokiwałem z rozbawieniem głową i wspólnie udaliśmy się w stron, z której przybyliśmy. Podczas naszej drogi do stada zdążył zapaść zmierzch. Kilka koni już spało, jednak znaczna większość skubała jeszcze mokrą od rosy trawę, bądź rozmawiała w grupie. Podeszliśmy do nich, witając się przelotnymi uśmiechami i skinięciem głowy.
- Gdzie byliście? - zapytała nas Opium, odwracając na chwilę wzrok, by spojrzeć na śpiącego nieopodal Kallena, jakby chciała sprawdzić czy nic mu nie grozi.
- Szukaliśmy wzdłuż Eg rzeczy, które mogą okazać nam się przydatne podczas wędrówki na drugi brzeg - wyjaśniła Calipso. - Niestety nic nie znaleźliśmy, ale jeżeli któreś z was coś wypatrzy, chciałabym aby mnie o tym powiadomiło - dodała, na co wszyscy przytaknęliśmy.

[Calipso?]

13.04.2017

Od Edwarda Malligins'a do Calipso (F) - ,,Przygotowania"

Spojrzałem z namysłem w przyglądającą mi się parę kasztanowatych oczu, starając się wychwycić wszelkie intencje uzasadniające dociekliwość ich właścicielki. Postawiwszy to pytanie przed samym sobą, zasadniczo nie wiedziałem, dlaczego poruszyłem właśnie ten temat. Do czasu. gdy przypadkowo nie podsłuchałem rozmowy Relikty i Wiktora nie wiedziałem, że z kimkolwiek sąsiadujemy, kiedy ta wiedza przestała być mi obca, tajemniczy klan zainteresował mnie na tyle by zapytać o niego Calipso. Z jednej strony z jego istnienia mogą powstać zasadnicze korzyści dla obu stad - jeżeli uda nam się nawiązać sojusz, nasze wojska mogłoby się wzajemnie wspierać w przypadku ataków innych klanów. Z drugiej natomiast to oni mogą być ich sprawcami.
- Bez żadnego powodu - odparłem, zachowując przy tym miarodajną obojętność, przechylając przy tym lekko głowę. Odwróciłem się, przenosząc tym samym wzrok w miejsce, w które chwilę temu wpatrywała się Calipso. Na przeciwko nas rozprzestrzeniał się zapierający dech w piersi krajobraz. Wpatrując się w niego w otoczeniu ciszy, pomyślałem, że nigdy ie miałem wątpliwości co do tego, że Mongolia jest wyjątkową i piękną krainą. Uosobienie swego rodzaju nieposkromionej natury było tu widoczne w każdym miejscu, w które człowiek nie zdołał się jeszcze zapuścić. Wysokie, zielone trawy, rozłożyste drzewa, a nade wszystkim błękit niesplamiony ingerencją człowieka. Wszystko to tworzyło harmonię, jednak równie nietrwałą, jak domek z kart. Tego ranka miałem okazję przekonać się jak bardzo. Stojąc na granicy wolności i cywilizacji, ujrzałem dziś jak te dwa światy są od siebie różne, choć nie dzieli ich żadna bariera. Mimo, że moje życie nigdy nie było usłane różami, cieszę się, że mogłem urodzić się właśnie po tej stronie. Karta którą przeznaczenie wybrało dla mnie okazała się łaskawa.
- W najbliższym czasie - usłyszałem głos klaczy, który jednocześnie wyrwał mnie z zadumy. Na powrót zwróciłem pysk w jej stronę, słuchając co chce mi powiedzieć. Uważałem, że w czasie rozmowy kontakt wzrokowy jest bardzo ważny, jeżeli nie chce się urazić rozmówcy. Tym samym odczuwałem niechęć do osób, które uważały to za coś nieistotnego. - rozpoczniemy wędrówkę na drugi brzeg Rzeki Eg. Myślę, że to dobra pora by zmienić otoczenie - dodała, poprzedzając tym samym moje pytanie odnośnie celu podróży. Uśmiechnąłem się pod nosem, próbując wykrzesać z siebie iskrę pozytywnej energii, która uleciała za mnie tak, jak dym z ognia.
- To dobra wiadomość. Na pewno dla mnie. Nie lubię zostawać w jednym miejscu na długo - wyjaśniłem, ruszając przed siebie, słysząc przy tym, że Calipso idzie wraz ze mną. Spędziłem cztery długie lata na samotnej wędrówce w całkowitym odizolowaniu od wszystkiego co dotychczas znałem. Pokonałem tysiące kilometrów bez jakiegokolwiek celu. Ot tak dla własnego kaprysu skazałem się na niekończącą się podróż. Kiedy ktoś pyta mnie jak to jest tak wędrować odpowiadam, że to tak, jakby zaczynać wszystko od początku z czystą kartą. Świadomość, że w jakie miejsce nie zajdę i nikt mnie nie zna jest budująca. Przez ten czas nauczyłem się wielu, niekoniecznie właściwych rzeczy - opanowania, lecz obcesowości. Najważniejsze jednak pozostanie dostosowanie, którego osiągnięcie zawsze było na wyciągnięcie ręki. Musiałem nauczyć się żyć samodzielnie i szybko udało mi się to osiągnąć. - Myślisz, że mogę jakoś pomóc? W przygotowaniach do tej wędrówki - zapytałem, zauważając, że dołączamy do reszty stada.

[Calipso?]

6.04.2017

Od Edwarda Malligins'a do Calipso (F) - ,,Inni"

Tuż nad wierzchołkami znajdujących się w oddali gór, wschód będący doskonałym artystą przeciągnął po nieboskłonie niczym po sztaludze swym pozłacanym pędzlem, na który wcześniej zdążył nabrać perłowo różowej farby. Barwna ścieżka gdzieś w dali przeobrażała się w pomarańcz, a ten pełzł tak dopóty nie ustąpił czerwieni. Malarz powtórnie wrócił do różu, który gasł, przyćmiewany przez grasujące nad tym wszystkim niebo, które oznajmiało powolną śmierć nocy. Generalnie jest to doskonały poranek na zrobienie czegoś naprawdę produktywnego. Słońce powoli odsłania przed śpiącymi jeszcze mieszkańcami Mongolii swą tarczę i rzuca słabe promienie, ale w powietrzu wyczuwalny jest rześki chłód. Od jakiegoś czasu stałem bezmyślnie na jednym ze wzgórz pod którym ciągnęło się ludzkie miasto - Hatgal. Miałem podgląd na kilka drzew iglastych, za którymi był mały spadek i dolina, gdzie delikatne rysy na pięknym krajobrazie tworzyły ludzkie zabudowania. Było to miejsce do którego stado jak i pojedynczy członkowie nie udawali często ze względu na zagrożenie, które może czaić się na każdym kroku, toteż odnalazłem tu błogi spokój. Obserwowałem uśpioną osadę, podczas gdy wiatr przerzucił moją długą grzywę na lewą stronę szyi i bawił się nią tym samym sprawiając, że lekko powiewała. Mimo beztroski, którą czułem przebywając tu uznałem że skoro słońce wstaje pora wracać. Calipso zapewne nie byłaby zachwycona, gdyby mnie tu zastała. Zawróciłem, zostawiając za sobą szkaradną cywilizację i ruszyłem w stronę Rzeki Eg. Orzeźwiająca pogoda dodała wigoru do mojego ociężałego chodu. Dotychczas nieco powłóczyłem nogami, ale po tym jak świeże powietrze wypełniło me płuca po brzegi szedłem dumnie. Po królewsku. Wybrałem dłuższą drogę z pięknymi widokami. Truchtałam wolno zachwycając się pięknem natury. Przystanąłem przy pierwszej okazji. Tuż za mną rozciągało się pasmo gór, natomiast przede mną malował się zapierający dech w piersiach krajobraz. Doliny zdobiły smukłe sylwetki drzew, pomiędzy którymi wiła się wartka Rzeka Eg. Nad jej brzegiem wypatrzyłem sylwetki kilku koni, które już nie spały i ze spokojem ducha skubały trawę. Dołączyłem stępem i idąc za ich przykładem, przez chwilę skubałem soczyście zieloną trawę. Kiedy wypełniłem pysk po brzegi, podniosłem głowę i melancholijnie rozejrzałem się dookoła. Mój wzrok spoczął na pożywiającej się w pobliżu Calipso. Przełknąłem jedzenie i jako że miałem dzisiaj wyjątkowo dobry humor, podszedłem bliżej Przywódczyni.
- Dzień dobry - przywitałem się z dereszowatą klaczą, kiedy ta spojrzała na mnie przerywając tym śniadanie i posłałem jej jeden ze swych najbardziej figlarnych uśmiechów. W odpowiedzi Calipso skinęła na mnie głową i wróciła do jedzenia. Wywróciłem oczyma z podminowaniem, po czym nabrałem powietrza do pyska i ze świstem je wypuściłem. Ech, ona w ogóle nie ułatwia mi prowadzenia rozmowy... Z drugiej strony nie muszę nic szczególnego mówić. Wczoraj miałem podrażnić się trochę z naszą wyrozumiałą Przywódczynią, lecz okoliczności niespecjalnie temu sprzyjały. Wyciągnąłem szyję w kierunku kłębu klaczy i łapiąc ją lekko zębami za pojedyncze pasmo grzywy podrzuciłem głową, wywołując tym samym szarpanie. - Masz dla mnie jakieś ciekawe zajęcie? Jakiś zwiad, obchód albo coś? - zapytałem, kontynuując właśnie odkrytą zabawę.
- Z tego co wiem, to zwiady nie należą do twoich obowiązków - prychnęła klacz, patrząc na mnie z lekkim uśmiechem i politowaniem. No tak, pewnie właśnie zachowuje się nie lepiej niż Kallen.
- Daj mi coś do roboty, bo zjem ci całą grzywę - zagroziłem, łapiąc w zęby kilka kolejnych pasem. - Albo powiedz mi coś ciekawego, bo do tej pory słyszałem raczej niewiele. - Calipso podniosła głowę i nastawiła czujnie uszy. Zrozumiałem, że chce abym mówił dalej. - Mam na myśli sąsiadujący z nami klan. Klan Mroźnej Duszy?

[Calipso? Chyba się udało xD]

4.04.2017

Od Edwarda Malligins'a do Calipso (F) - ,,Instynkt"

Wzrokiem nie wyrażającym jakichkolwiek emocji, wodziłem za potężnym drapieżnikiem, którego oddech był niemalże tak głośny jak jego kroki. Niedźwiedź zachowywał się spokojnie, lecz mogło być to spowodowane tym, że jeszcze nie wyczuł naszej obecności. Kiedy nas zauważy może zrobić się nieprzyjemnie, dlatego czułem, że najlepiej będzie jeżeli nie odezwę się ani słowem. Z ukosa spojrzałem na dereszowatą klacz, która ewidentnie tak jak ja postanowiła w tej chwili nie wykonywać żadnego ruchu, by nie zostać zauważoną, ale i nie sprowokować niedźwiedzia do ataku. Obserwowaliśmy go w towarzystwie nocnych akompaniamentów natury, jednak w porównaniu do niej, sami byliśmy w pewnym sensie martwi. Moja krew zaczęła pulsować szybciej, gdy zwierzę przystanęło w miejscu i skierowało wielki łeb w naszą stronę, nasłuchując i obserwując. Ułożyłem uszy płasko wzdłuż głowy, przygotowując się na ewentualną walkę, lecz wtedy pobliskie krzaki zaszeleściły i wyszły z nich trzy niedźwiedziątka. Samica odczekała chwilę, aż młode do niej dołączą, a następnie poprowadziła je między drzewa. Kiedy niedźwiedzica z potomstwem zniknęli nam z oczu, usłyszałem świst powietrza z pyska Calipso, które musiała już długo trzymać.
- Mieliśmy szczęście - zagaiłem, przedzierając się przez krzewy dzielące nas od wydeptanej ścieżki. Pomimo ograniczonej przez ciemność widoczności, dostrzegłem na niej ślady kopyt. Niewątpliwie musiały należeć one do koni z klanu. Odczekałem, aż klacz dołączy do mnie i otrząsnąłem z grzywy wplątane w nią gałązki. - Przygody z moim udziałem nigdy nie kończą się dobrze. Następnym razem możesz nie mieć tyle szczęścia - prychnąłem i arogancko uniosłem głowę, spoglądając na Calipso wyzywającym spojrzeniem.
- W takim razie nie mogę dopuścić do następnego razu - wypaliła Przywódczyni, kierując się w drogę powrotną. Rozbawiony jej uwagą, uśmiechnąłem się sam do siebie pod nosem i nie mówiąc nic więcej, ruszyłem za klaczą. Truchtałem, a moje kopyta miarowo uderzały o liściaste podłoże. Flora i fauna wprawiały mnie w dobry humor, pomimo tego co niedawno się wydarzyło. O dziwo tym razem wystarczyły słowa do tego abym się rozluźnił. Zwykle nie jestem skory do żartów i słownych zaczepek, jednak z każdą chwilą w tym stadzie czułem, że napięcie, które rosło we mnie nieustannie odkąd zacząłem żyć na własną rękę, powoli ustępuje. Korony drzew, które kiwały się na wietrze sprawiały, że czułem wewnętrzny spokój, choć powinienem teraz zastanawiać się nad moim życiem. Jednak potrafię sam siebie pozytywnie zaskoczyć. Na horyzoncie dostrzegłem sylwetki śpiących koni oraz taflę rzeki, w której odbijał się księżyc. Zwolniliśmy kroku dopiero, gdy dotarliśmy do rzeki. Przez ułamek sekundy obserwowałem delikatnie poruszający się pod wpływem powiewu powietrza, czarny ogon, którego właścicielka oddaliła się w kierunku brzegu, lecz zaraz oddaliłem się kawałek i przystanąłem w takim miejscu, że woda obmywała moje pęciny. Przeniosłem wzrok na swe zniekształcone odbicie w tafli wody. Widziałem w niej grasujące tuż nade mną czarne, jednolite niebo i gwiazdy rozsypane gęsto, jak piach. Postanowiłem nie zwracać więcej głowy znajdującej się w pobliżu klaczy. Nie oszukujmy się. Z całą pewnością nie wygląda ona na osobę towarzyską, umiejącą odnaleźć się w każdej sytuacji, ale ewidentnie potrafiącą się do nich dostosować. Z wniosków, które wysunąłem na podstawie naszych spotkań muszę przyznać, że mieliśmy ze sobą coś wspólnego, ponieważ oboje nie musieliśmy obawiać się skutków swych nieprzemyślanych decyzji, tak, żeby później zastanawiać się, czy nasze własne słowa nie sprawią, że tego samego wieczoru wylądujemy w jakimś obskurnym rowie z rozwalonym łbem - ona dlatego, że dzięki własnej pracy zyskała zaszczyt stania się przywódczynią stada, ja zaś byłem beztroski. Nie odczuwałem lęku przed tym, że to co mówię może nie spodobać się innym. Powstrzymałem się aby nie parsknąć donośnym śmiechem. Nie znam jej, lecz zdążyłem ją ocenić i porównać do siebie, a tego nie mogę stosować wobec nikogo. W każdym razie, przypuszczenia, nawet te najśmielsze, często bywają niezgodne z prawdą, jako iż niektórzy lubią być postrzegani inaczej niż są naprawdę. Trzeba było się zatem przekonać czy moje założenia są prawidłowe, choćby w minimalnym stopniu, zaś w tym celu przydałoby się trochę podroczyć, na co mój adwersarz zupełnie nie miał ochoty. O sobie również mogłem to powiedzieć. Otworzyłem pysk, przymierzając się do wygłoszenia naprędce wymyślonego pytania, ale kiedy zwróciłem głowę stronę, gdzie przed kilkoma chwilami stała Przywódczyni zauważyłem, że klacz nie stoi już tak blisko rzeki, ale wpatruje się w głąb otaczającego nas lasu.
- Calipso? Wszystko w porządku? - zapytałem, zwracając wzrok w to samo miejsce, któremu przyglądała się towarzyszka, ale nie wypatrzyłem nic co mogłoby odpowiedź na pytanie, co ją tak zaciekawiło. Ja nie tylko nie widziałem tam nic wartego uwagi, ale i nic nie słyszałem. - Nikogo tutaj nie ma za wyjątkiem nas.

[Calipso? Przepraszam, że tak długo]

1.04.2017

Od Edwarda Malligins'a (F) - ,,Quest VI"

Wczesnym porankiem, kiedy natura zaczęła wracać do życia, postanowiłem, iż skoro mam zatrzymać się na tych terenach na dłużej niż początkowo przypuszczałem, to w najbliższym czasie będę musiał je poznać. Tę noc stado spędziło w pobliżu rzeki Eg i choć nie zaczęło jeszcze świtać, postanowiłem sprawdzić, czy Przywódczyni śpi i jeśli nadarzy się ku temu okazja - powiem jej o swoim zamiarze. Zarówno ona jak i reszta stada nie musi myśleć, że zdecydowałem się opuścić klan, nie będąc w nim jeszcze nawet tygodnia. Minąwszy śpiącego Wiktora i Opium, przy której boku drzemał Kallen, nasłuchiwałem kroków innych niż własne. Jeśli Calipso nie śpi, być może właśnie wypatruje ewentualnego zagrożenia ze strony drapieżników. Oddaliłem się od potężnej rzeki, przechodząc coraz dalej między pniami drzew. Moje przypuszczenia okazały się słuszne, ponieważ kilka metrów dalej na granicy Jeziora Eg zauważyłem dereszowatą klacz. Podszedłem do niej i oboje wymieniliśmy przywitania. Zaraz po tym przeszedłem do sedna sprawy.
- Jeszcze nie miałem okazji do obeznania się w terenie i chciałbym się trochę przejść - wypaliłem, zastanawiając się czy ją aby na pewno interesuje, że gdziekolwiek idę. - Nie musisz wysyłać nikogo ze mną. Myślę, że sobie poradzę - dodałem.
- Myślę, że to niepotrzebne - odparła klacz, a ja pokiwałem niechętnie głową. Skoro chcę być w jej stadzie i jeżeli woli, żebym tu został to muszę się dostosować. - Kiedy tylko wszyscy się obudzą, udamy się nad Jezioro Chubsuguł. Będziesz miał okazję poznać okolicę.
Rozchmurzyłem się, aczkolwiek nie dałem tego po sobie poznać. Podziękowałem i oddaliłem się w stronę, z której przyszedłem. Pozostało mi tylko czekać aż reszta się obudzi. W międzyczasie słońce zdążyło wyjść za chmur. Dzisiejszy dzień był ciepły, lecz chłodny wiatr idealnie komponował się z promieniami słońca, tworząc tym samym pogodę idealną. Przeniosłem wzrok na błękitne niebo, przebijające się między koronami drzew. Nie oddalałem się szczególnie od okolicy, w której spało stado, ponieważ wolałem być przygotowany na wędrówkę, w którą możemy się udać właściwie w każdej chwili i udałem się tylko na śniadanie. Schyliłem pysk bliżej ziemi i leniwie napchałem go trawą. Nie zwróciłem uwagi na wystające z niego pojedyncze źdźbła. Podniosłem głowę, powoli przeżuwając jedzenie. Tę czynność powtórzyłem jeszcze kilka razy. Skupiłem się na nasłuchiwaniu otoczenia. Z co najmniej dwóch kilometrów słyszałem ćwierkające ptaki. Czasem ten dźwięk przerywały rozmowy budzących się koni, których, choć próbowałem nie słuchać, wyraźnie odróżniałem każde słowo. Słyszałem Wichra gawędzącego z Reliktą i Sedumem, który natomiast mówił coś do Gates of Eden, a chwilę później rozmowę Fretki z Picassem. Postanowiłem, że najwyższy czas wracać i zwróciłem się w kierunku, gdzie po raz ostatni widziałem stado. Chwilę po tym, jak dołączyłem do reszty, pojawiła się Calipso i oznajmiła reszcie tak jak mi przed kilkoma chwilami, że przemieszczamy się nad Jezioro Chubsuguł. Pilnując, by znaleźć się na samym końcu grupy, po krótkiej chwili opuszczaliśmy już Rzekę Eg. Większość koni szła w milczeniu, zachowując tym samym energię na drogę. Czasami padały pojedyncze słowa i głośniejsze śmiechy. Ja w zwyczaju miałem przyglądanie się otoczenia i to w tym momencie robiłem - chciałem by moje zmysły wychwyciły jak najwięcej szczegółów w drodze z tak oddalonych od siebie miejsc. Być może następnym razem będę mógł pokonać ją sam. Stado właśnie wkroczyło na odsłonięty step. W pobliżu nie znajdowały się żadne drzewa, co sprawiło, że stałem się bardziej czujny. Węch podpowiadał mi, że coś jest nie tak i na pewno nie jesteśmy tu sami. Zatrzymałem się i postawiłem uszy, nasłuchując w miejscu. Poprzez kroki oddalających się koni słyszałem obcy szelest. Przywódczyni także musiała to usłyszeć, ponieważ zatrzymała klan i odwróciła głowę, spoglądając na każdego konia z osobna, póki jej wzrok nie natknął się na mnie. Spojrzałem na nią, kiwając na znak, że tajemniczy dźwięk dotarł także do mnie. Odwróciłem głowę, chcąc upewnić się co do naszego bezpieczeństwa i wtedy je zauważyłem. W pobliżu krzaków gęściej porastających gołą ziemię krążył wilk, zaraz pojawił się koło niego następny. Zadrobiłem nerwowo kopytami w miejscu i zarżałem, zwracając uwagę w stada na zagrożenie. Z ukrycia zaczęły wychodzić kolejne drapieżniki i wtedy nikt już nie miał wątpliwości, co należy zrobić.
- Uciekajcie! - wykrzyknęła Calipso i całe stado ruszyło za nią galopem.
 Moje skierowane w tył uszy nieprzerwanie nasłuchiwały dobitnego odgłosu podążających naszym śladem wilków. Biegłem przed siebie nie zwracając uwagi na okoliczności przyrody. Niedogodności terenu pokonywałem szybkimi skokami, lecz jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że nie mamy szans na zgubienie watahy. Znajdowaliśmy się na otwartym terenie. Właściwie jesteśmy odsłonięci z każdej strony. W mojej głowie wiło się w tej chwili tysiące myśli. Analizowałem nawet konsekwencje, które niosłoby wymienicie galopujących przede mną pobratymców. Ryzykowałbym tym samym, że wilki dopadną ich nie mnie, aczkolwiek jako członek stada najprawdopodobniej zostałbym z niego wyrzucony. Poza tym czułem, że nie mogę tego zrobić. Właśnie odnalazłem stado, w którym mogę zostać, a oni mnie przyjęli i zaakceptowali. Wiem, że mogę tego pożałować, ale postanowiłem wykluczyć tę opcję i podążać tempem pozostałych koni, pilnujących tyłów. Jak mniemam, znacznie lepiej znali te tereny, dlatego musiałem im zaufać i dać się prowadzić. Zupełnie niespodziewanie skręciliśmy w prawo. Słyszałem łomot serc, zmęczonych szybkim przemieszczaniem się - swojego zresztą też, ale nie dawałem mu odpocząć i jeszcze bardziej przyśpieszyłem. Powoli wyprzedziłem biegnące przede mną konie, acz cały czas miałem je na uwadze. Obserwując je przez chwilę, zaskoczyłem się kiedy zobaczyłam, że zwalniają, a ja z łatwością je wyprzedam i zostawiam w tyle. Dopiero po chwili zrozumiałem, dlaczego Calipso zdecydowała o zaprzestaniu ucieczki i zahamowałem gwałtownie, przysiadając na tylnych nogach. Drobinki suchej ziemi skruszyły się i zaraz potem zsunęły wprost do kanionu głębokiego na co najmniej kilkadziesiąt metrów. Oddychałem ciężko. Byłem przerażony, jak blisko krawędzi się znajduję, ale nadal patrzyłem w jej głąb. Oczami wyobraźni widziałem, jak spadam w martwej ciszy, a potem z łoskotem uderzam o ziemię. Wycofałem się i zwróciłem wzrok w miejsce, w którym ostatni raz widziałem stado, lecz gdy tylko dostrzegłem watahę składającą się z co najmniej dwunastu wilków, przeszło mi przez myśl, że jesteśmy w sytuacji bez wyjścia i że to może być nasz koniec. W przeciągu chwili zostaliśmy otoczeni, a drapieżniki zaczęły atakować. Kątem oka zauważyłem dwójkę psowatych, rzucających się na stojące w pobliżu mnie konie, które mimo nikłych szans podjęły się walki. Zamierzałem ruszyć w ich kierunku, gdy nieoczekiwanie w moją stronę doskoczył jeden z wilków. Intuicyjnie odsunąłem się w bok, ale wtedy tuż przede mną pojawił się następny. Znałem tę technikę. Chcą mnie rozproszyć, aby zaraz któryś z reszty skoczył mi do szyi, a reszta miała okazję do powalenia. Dostrzegłem szczelinę między nimi i przez nią wybiegłem z zamkniętego okręgu, uderzając głośno kopytami o podłoże. Najbliżej stojący basior ruszył w moim kierunku. Za bardzo kręcił się pod moimi kopytami, co wykorzystałem, aby nadepnąć na jego łapę. Przeniosłem cały ciężar ciała na tę kończynę, co skutkowało głośnym piśnięciem ze strony wilka. Teraz ja zaburzyłem jego koncentrację, a przy okazji reszty watahy. Nie dałem im czasu na reakcję i w tym samym momencie dał się słyszeć głuchy trzask. Uderzyłem tylnymi kopytami w głowę wilka, który zatoczył się i runął wprost do kanionu. Wtedy inny, rosły samiec zbliżył się do mnie, jeżąc sierść na grzbiecie i odsłaniając rząd szkarłatnych kłów. Uniosłem przednie kończyny lekko w powietrze, chcąc tym samym przegonić rywala i całym ciężarem ciała rzuciłem się przed siebie, okaleczając tym samym na jego odnóża. Odsłoniłem zęby i szybkim ruchem chwyciłem wilka za skórę. Choć czułem jego pazury na swojej piersi, nie powstrzymało mnie to by rzucić szamotającym się zwierzęciem o ziemię. Ten nie pozostawał mi dłużny i skoczył wprost na moją głowę. Wierzgnąłem, czując ciepłą krew, która wypłynęła z mojego policzka. Impulsywnie rzuciłem się do tyłu. Co prawda poluźniło to uścisk drapieżnika, lecz mi sprawiło większe i boleśniejsze rany. Odepchnąłem basiora szarpnięciem i szybkim, skutecznym atakiem, lecz w tej samej chwili na moim pysku wylądowało coś zimnego, co na kilka sekund ukoiło ból. Zdziwiony spojrzałem w niebo. Zaraz... Czy to deszcz? Teraz byłem autentycznie zaskoczony. Tuż na nas padły grube, lodowate krople. Czy mi gdzieś umknęły mi oznaki świadczące o ulewie? Wataha była równie zdezorientowana co ja i na kilka chwil walka ustała - wszak przed kilkoma chwilami na niebie świeciło słońce. Niespodziewanie tuż obok mnie znalazła się Calipso, która złapała mnie zębami za pasmo grzywy przy kłębie i pociągnęła za sobą. Nie zauważyłem, że stado zdążyło wykorzystać rozproszenie wroga. Po kilku krokach klacz puściła mnie i dołączyliśmy do oddalającego się cwałem stada. Watahy nie słyszałem, jednak postanowiłem się nie odwracać, by upewnić się czy podążają naszym śladem. Całą energię włożyłem w szybszy bieg. Zatrzymaliśmy się po kilku minutach w miejscu, z którego rankiem wyruszyliśmy. Rzeka Eg. Wiedziałem, że jest już po wszystkim, ale wyraźnie czułem krew pulsującą nie tylko w moich żyłach, ale i na pysku. Rozejrzałem się po członkach klanu, wypatrując wśród nich poważniej rannych. Potrząsnąłem grzywą, kiedy nikt taki nie rzucił mi się w oczy i nie podejmując rozmowy na temat tego, co właśnie się wydarzyło, odszedłem od reszty, zatrzymując się dopiero przy tafli wody. Upiłem kilka łyków, a następnie ugiąłem nogi i położyłem się w miejscu, gdzie było płycej by delikatny prąd rzeki obmył moje rany. Ulga była jedynym uczuciem, które chciałem, by w tej chwili mi towarzyszyło.

Dobrze opisane uczucia, miejsce akcji porządnie opisane, realna liczba wilków na jeden klan, i dobre zakończenie, za to na pewno mogę pochwalić. Jednakże chciałabym zauważyć, że wilki atakują w nieco inny sposób, i to bardzo rzadko na otwartym terenie-istnieją ,,naganiacze" którzy naprowadzają zdobycz na pułapkę zastawioną przez inne osobniki. Nie mieliśmy się również kierować do Chubsuguł [spoilerXD], ale to tylko drobne uwagi na przyszłość. Oczywiście masz możliwość wybrania nagrody;)

30.03.2017

Od Edwarda Malligins'a do Calipso (F) - ,,Bezsenna noc"

Tej nocy nie spałem za wiele. Mógłbym przysiąc, że właściwie w ogóle. Kiedy tylko zamykałem oczy, otwierałem je kwadrans później w samotni ciesząc się z przełamanej bezsenności i wypatrując pierwszych rumieńców świtu. Za każdym razem czekała jednak na mnie tylko gęsta, wszechobecna ciemność i cisza przerywana oddechami śpiących nieopodal koni oraz koncertem świerszczy. Chorobliwie obfity mrok, owijał się w okół mnie w taki sposób jakby czyhał na mnie i tylko czekał żebym za chwilę tylko się przewrócił. Ignorowałem to dziwne uczucie, obserwując czarnymi oczyma, martwe otoczenie. Jednym ruchem wstałem z soczyście zielonej trawy porastającą aktualne miejsce mojego odpoczynku. Ściółka pod ciężarem mojego ciała nie wyglądała już tak okazale, jak wtedy gdy pierwszy raz ją zobaczyłem, Strzepnąłem splątaną grzywę, w którą już zdążyły zaplątać się pojedyncze źdźbła na jedną stronę szyi i z rozgoryczeniem potarłem głową o przednią nogę starając pozbyć się z czarnego włosia, nieproszonych gości. Poprzestałem tarcia grzywą o kończynę, widząc, jak mizerne daje to rezultaty. Co prawda mógłbym prezentować się trochę lepiej, ale... Zresztą, kto mnie będzie w nocy widział? Wyprostowałem się i wypiąłem dumnie pierś, jakobym zaraz miał zostać uhonorowany jakimś orderem bohatera na który zresztą nawet nie zasługiwałem, i z wyniosłym grymasem na pysku spojrzałem w równie czarny co otaczające mnie stepy nieboskłon. Przywitała mnie tarcza północnego księżyca, którego barwy żółci i oranżu mieszały się w dziwną, acz piękną mieszankę. Poświata jego blasku wpadała wprost w rosnące w pobliżu drzewa, gdzie spotkałem Calipso. Pogrążone były one w śnie, a ich cienie łączyły się i tworzyły na ziemi rozmaite kształty. Niszczył je wiatr, którego podmuchy niekiedy były tak silne, iż poruszały słabszymi gałęziami. Powietrze było przyjemnie chłodne, co pozwalało odetchnąć po gorącym dniu. Rozkoszując się tą chwilą, lekko podniosłem pysk do góry, a moja długa, równie czarna, co ta noc grzywa mimowolnie zdmuchnięta została wzdłuż kłębu. Poruszała się delikatnie, jak liście na wietrze. Niechętnie ruszyłem przed siebie przyglądającą się każdemu źdźbłu trawy, jakby było rzeczą najistotniejszą we wszechświecie. W tym miejscu panowało coś, na co tylko raz natknąłem się w swoim życiu. Harmonia. Identyczna, jak w Darhanie. Niby otoczenie, jak otoczenie - nieliczne ptactwo przyglądające mi się z drzew, robactwo wiodące swe życie w trawach. Lecz tutaj, jak i tam było to jakby trochę inaczej. Bardziej wyjątkowo. Udałem się wydeptaną przez inne konie ścieżką, wijącą się między trawami. Teraz było słychać tylko cykanie świerszczy. Nagle do moich uszu dotarły czyjeś kroki. Był ciche, dlatego domyśliłem się, że koń znajduje się daleko, lecz rozejrzałem się dookoła z zaciekawieniem. Z daleka zauważyłem, że to pogrążona w zamyśle Calipso. Machnąłem ogonem i już miałem do niej podejść, kiedy to samica w końcu mnie dostrzegła i sama skierowała się w moim kierunku.
- Hej. - klacz przywitała się ze mną, choć zauważyłem, że wsłuchuje się teraz w odgłosy wydawane przez naturę. Sam postanowiłem ich nie zagłuszać i skinąłem głową, wsłuchując się wraz z nią. Przez zaledwie kilka minut staliśmy wspólnie w milczeniu, po czym klacz odezwała się do mnie. - Nie możesz spać? - Spojrzałem na nią.
- Nie. - Odparłem, unosząc lekko prawy kącik warg. - Często miewam problemy ze snem za to piękne otoczenie dobrze mi robi. - Wyjaśniłem, nabierając w płuca świeżego powietrza. Właściwie nie okłamałem klaczy. Ciężko przychodzi mi sen już od czasów źrebięcych, kiedy zamiast tak jak teraz, słuchać koncertu natury, wysłuchiwałem sprzeczek matki z ojcem. Nawet jeżeli w nocy oddalali się ode mnie i dopiero wtedy się kłócili - wszystko słyszałem, dlatego zamiast bezskutecznie próbując poddać się snu, wstawałem i bezszelestnie oddalałem się od nich. Zwykle wracałem rano i zastawałem rodziców śpiących. Zastanawia mnie czy kiedykolwiek zauważyli, że mnie nie ma. - A ty? Też nie możesz spać? - zagaiłem.
- Chciałam się przejść. - odpowiedziała dereszowata klacz, na co pokiwałem łbem. Przepadałem za nocnymi przechadzkami.

[Calipso?]

29.03.2017

Od Edwarda Malligins do Calipso (F) - ,,Nowy dom?"

Nie do końca przemyślałem czy udanie się za obcą klaczą do nieznanego miejsca będzie rozsądne, lecz teraz wiedziałem, że nie ma odwrotu. Stałem bowiem właśnie przed całym jej stadem. Konie stały blisko siebie, ogrzewając się ciałami po krótkotrwałej ulewie i w tej chwili spoglądały na swoją przywódczynię, a kiedy dereszowata klacz przystanęła obok nich, ich wzrok spoczął na mnie. Podniosłem wyżej głowę, strząsając z oczu przemokniętą grzywkę i poczułem, że ciężko będzie mi cokolwiek powiedzieć jeśli wszyscy będą tak na mnie patrzeć. Ciężko odnajduję się w nowym środowisku i zazwyczaj z trudnością nawiązuję bliskie relacje z innymi, a teraz ot tak miałbym przebywać wśród całkiem obcych koni? Być może to los daje mi szansę, czyżby chciał żebym zmienił coś w swoim życiu? Po tylu latach błąkania się bez celu po stepach Mongolii...
- Mogę tu zostać? - zapytałem, kierując swe pytanie bezpośrednio do Calipso, na co klacz skinęła głową, dając mi tym samym znać, abym podszedł bliżej.
- W takim razie witamy cię w Klanie Ognistej Grzywy. - przywitała mnie moja nowa przywódczyni z lekkim uśmiechem i wskazała na resztę swojego stada. - To Gates of Eden, Fretka, Amarilis, Picasso, Sedum i jego brat Sottome oraz Wicher.
- Nazywam się Edward. Edward Malligins.

[Calipso? ^^]

29.03.2017

Od Edwarda Malligins do Calipso (F) - ,,Będzie dobrze"

Od jakiegoś czasu na niebie kłębiły się ciemne, ciężkie chmury, z których lada moment spaść miał obfity deszcz. Jeden z pierwszych od czasu tegorocznej, wyjątkowo surowej zimy - chyba najgorszej, którą mimo samotnej wędrówki udało mi się przetrwać. Jednak wraz z pierwszymi roztopami temperatura zaczęła gwałtownie rosnąć i utrzymywała się aż do tej pory. Burza była zatem już od kilku dni wyczuwalna w powietrzu, lecz po tylu dniach nieustępliwego gorąca, deszcz będzie prawdziwą ulgą nie tylko dla roślin, ale i mieszkańców tej okolicy. Również dla mnie, ponieważ wprost nie znoszę upałów, które przynoszą ze sobą wiosna i lato w Mongolii, a próżno było szukać tu drzew pod których cieniem można byłoby się schronić. W tym momencie wolałem zostać tu i przeczekać ewentualną ulewę. Mimo to nie zamierzałem się oddalać. To zupełnie obce mi tereny i myślę, że gdybym udał się na krótkie obeznanie terenu, możliwe, że już bym tu nie wrócił. W okół panował spokój i tylko grzmienie gdzieś w oddali nadawało temu miejscu specyficznego charakteru. Machnąłem ogonem czując na swoim grzbiecie pierwsze krople deszczu i zwróciłem wzrok w kierunku nieba, gdy moją uwagę przykuł rozchodzący się po nim jasny błysk i towarzyszący mu grzmot. Rozejrzałem się wokoło z wahaniem. Poza krzewami i wysoką trawą otaczało mnie kilka malowniczych szczytów, wyglądających jakby zostały wyrwane ze snu. Ruszyłem kłusem, podchodząc tym samym na szczyt pagórka, który okazał się być stromą skarpą. Będąc na granicy życia i śmierci, patrzyłem prosto w zaciemnioną poprzez kąt padania światła, przepaść. Kiedy podniosłem wzrok w dal dostrzegłem niewielkie wzniesienia, złote polany i nieliczne drzewa. Muszę się stąd wyrwać, ale jak? - To pytanie zaprzątało moją głowę. Jeszcze raz spojrzałem na budzące podziw tereny. Byłem zbyt roztargniony, zdziwiony aby skupić się na myśleniu. Nagle usłyszałem szelest krzaków za sobą. Czym prędzej zwróciłem w tę stronę swój wzrok, lecz w zaciemnionej gęstwinie ujrzałem tylko sylwetkę konia, który zwrócił się galopem w kierunku z którego przyszedłem. Wypuściłem powietrze przez zaciśnięte zęby i udałem się tajemniczą postacią. Ruszyłem za nią szybkim tempem, acz nie udało mi się jej dogonić. Nie ze względu na to, że była za szybka, lecz znajdowała się za daleko. Ku mojemu zdziwieniu dostrzegłem, że wbiega między kilka rosnących blisko siebie Modrzewi Daurskich, których ja wcześniej nie zauważyłem. Ignorując nasilającą się burzę, potruchtałem w tamtym kierunku. Zwolniłem dopiero, gdy gałęzie porastające drzewo niżej, zaczęły zaplątywać się w moją długą, czarną grzywę i uderzać mnie po głowie. Otrząsnąłem się z nadmiaru deszczówki i rozejrzałem się dookoła. W końcu zauważyłem konia, za którym udałem się w pościg. Zmrużyłem oczy widząc postać, która przed kilkoma chwilami przyglądała się mi i instynktownie położyłem po sobie uszy.

[Calipso?]

29.03.2017

Nowy najemnik - Edward Malligins!

Źródło: Zdjęcie główne
Motto: ,,Zastanawiam się, dlaczego rodzice mnie nie zabili, zanim nauczyłem się ich oszukiwać.''
Imię: Edward Malligins
Tytuł: Aenertair
Wiek: 11 lat
Płeć: Ogier
Przynależność: Klan Ognistej Grzywy
Ranga: Najemnik i generał, aczkolwiek gdyby zaszła taka potrzeba mógłby walczyć jako wojownik w pierwszej linii ofensywnej jak i przygotowywać plan ataku i obrony.
Głos: Stephen 
Rodzina:
- Corvius Malligins [ojciec] - Koń wywodzący się z północy Mongolii - okolic Darhanu, a w późniejszych latach emigrujący na wschód kraju. Do Tamsagbulagu przybył samotnie wieku dziewięciu lat i osiedlił się tam na stałe, wcześniej poznawszy swą przyszłą partnerkę. Corvius wśród żyjących w okolicy współplemienników słynął z piekielnie podłego usposobienia. Edward wspomina, iż żywił do ojca negatywny stosunek, gdyż był on despotą i miał w zwyczaju znęcać się psychicznie i fizycznie nad jego matką i choć ogier nigdy nie został przez niego uderzony, Corvius był w stosunku do niego bardzo surowy.
- Volera Orhavis - Wysoka, szczupła klacz o matowej, czarnej sierści i zazwyczaj złym, nadętym wyrazie pyska, który w zupełności oddaje jej oschły charakter. Z niewiadomych przyczyn została partnerką Corvius'a, a jakiś czas później urodziła mu syna, którego wspólnie zaniedbywali przez nieustające kłótnie. Volera nigdy nie okazywała Edwardowi ciepłych uczuć, za co ogier nie winił jej, lecz ojca. Z czasem przekonał się, że tylko koloryzował postać matki na kogoś, kto zmienił się pod wpływem przykrych doświadczeń.
Osobowość: Życie to niekończące się pasmo zmian, a charakter Edwarda idealnie to odzwierciedla - jest jak dzień i noc - nieprzewidywalny i nieposkromiony. Nigdy nie wiadomo jak w rożnych sytuacjach się zachowa i w jaki sposób się do niech odniesie. Nie posiada wyodrębnionych reakcji na określony bodziec ze strony otoczenia, dlatego niekiedy Jego zachowanie może wydawać się dziwne osobom z zewnątrz oraz takim, które nie mają z nim do czynienia na co dzień. Jednym z najlepszym przykładów na potwierdzenie tej aluzji będzie Jego działanie w obliczu bezpośredniego zagrożenia. Miewa dni, kiedy wykazuje się ogromnym nakładem odwagi i poświęcenia, narażając swe życie i poświęcając je ku dobru innych, wydawać by się mogło, że potrafi zdziałać wtedy cuda jednak gdy takie dni przeminą Edward staje się jedynie czarną masą, która ciągnie się bez celu po tym, po czym akurat przyszło się jej ciągnąć. Nie pierwszy raz udowodnił, że poza bohaterskimi czynami może postępować w sposób egoistyczny, o który nie zostałby nawet przez nikogo podejrzany. Jednym słowem: nieprzewidywalny. Kary ogier, chociaż potrafiący poznać innego konia po Jego postawie i mimice, którą dysponuje, sam pozostaje zamkniętą księgą do której klucz już dawno pokryła rdza. Możesz próbować go poznać i snuć domysły dotyczące jego osobowości, lecz nigdy nie możesz być pewny czy nie zostaniesz przez niego potratowany jak ktoś obcy. Każdemu komu wydaje się, że go zna - życie zrobi wielkie rozczarowanie. Nikt nigdy nie poznał nawet skrawka Jego i Jego historii. Edward jest jak płótno, tkane wieloma nićmi które ciągle plątają się i odplątują na nowo. Nie potrafi podporządkować się siłom, które stanowią nad pieczę nad Jego życiem, losem i są wyższością. Zawsze stara się postępować w sposób rozważny i samodzielny. Własne problemy traktuje jak coś bardzo osobistego i nie potrafi się nimi z nikim ot tak podzielić, choćby w celu uzyskania pomocy. Uważa, że nie powinien obarczać kogoś rzeczami, które dla tej osoby są nieistotne i w żaden sposób nie wpływają na jej życie. Pomimo wielu przeciwności oraz niesamowitych zdarzeń o których niejednokrotnie wolałby zapomnieć, Edwardowi zawsze udało się wyjść z opresji i nigdy nie stracił ducha walki. Zawsze w Jego sercu tliło się coś co ostatnim tchem rozpalało ogień Jego ducha i dawało impuls. Edward dużo przeżył i to Go ukształtowało, dlatego nie ma pretensji do losu za to co z nim zrobił. Wie, że bez tych przeżyć nie byłby tym samym koniem. Ogromną rolę w Jego życiu odegrały skomplikowane relacje z rodzicami, którzy stanowili dla niego jako źrebięcia ogromny przykład. Z czasem zaczął on zanikać, a później zamienił się w wstręt. Młodego samotnika nauczyło to dbania o siebie i dostosowania, ale i zasiało w nim ziarno uprzedzenia. Przywiązując się do kogoś sparzył się już nie raz, dlatego teraz w tej kwestii stał się ostrożny. Udowodnił, że to co kocha potrafi zmienić w nienawiść. Jego uraza nigdy nie odchodzi w zapomnienie. Edward pielęgnuje gniew do swych wrogów, a zemsta którą rozpętuje jest gwałtowna jak burza w upalne lato. Zwiastuje katastrofę, która niczym piekło pochłonie całą rzeczywistość Jego ofiary i wszystko, co cokolwiek dla niej znaczyło. Mogłeś poskromić wiele potworów, uderzając w ich wady, ale nigdy nie pokonałeś Jego, gdyż życie zatuszowało Jego słabość. Czy w niekończącej się, długiej, trudnej a zarazem prostej drodze można poznać samych siebie? Odpowiedź jest ukryta na końcu ścieżki, ale nawet najbardziej wytrwali nie doszli do prawdy.
Partnerka: Prawdopodobnie można nazwać go jednym z nielicznych ogierów, który będąc w podobnej granicy wieku, nigdy nie był w związku, lecz miał okazję zarówno do tego aby się zakochać jak i by przeżywać po tej miłości ból. Od wydarzeń, które zraziły go do tego uczucia minęły już cztery lata, a on niezmiennie określa się mianem konia poszukującego własnego znaczenia, pozbawionego konserwatyzmu i ograniczonego w kontekście przestrzeni, czasu i wzajemnych relacji. Nie myśli o czymś tak przyziemnym jak miłość, jednak może jeszcze znajdzie się ktoś kto otworzy mu na nią oczy i serce.
Potomkowie: Edward nie posiada źrebiąt i nie ulega wątpliwości, że istnieje dość duża szansa, że mieć ich nigdy nie będzie. Dziecinność i beztroskie zachowanie niesłychanie go irytują, być może dlatego, że sam nigdy nie miał okazji ich doświadczyć.
Aparycja:

  • Rasa: Nieznana
  • Wygląd: Sylwetka Edwarda na tle innych koni odznacza się sporym wzrostem, którym już od najmłodszych lat hojnie obdarowała go matka natura. Jako przedstawiciel rasy nieokreślonej, nie jest elementarnej typowo budowy. Posiada zwartą, lecz smukłą posturę z wyraźnie odznaczającymi się zarysami mięśni. Począwszy od głowy - szlachetna, sucha o lekko szczupaczym profilu z odpowiednio szerokim czołem. Ozdabia je para, przyciągających uwagę oczu o barwie przypominającej beznamiętną mieszankę zgniłej zieleni z węglową czernią, jednak bardziej skłaniającą się ku temu drugiemu. Zazwyczaj są one ukryte pod czarną grzywą Edwarda która niesfornie na nie opada. Zarówno grzywa jak i ogon są gęste i długie, podobnie jak pozostałe włosie na ciele konia, pominąwszy białą gwiazdkę - lśniąco czarne. Łeb osadzony jest na łukowato wygiętej delikatnie łabędziej szyi, a noszony wysoko. Łopatki Edwarda są skośne, co pozwala na większą prędkość w galopie. Jego kłoda jest długa, natomiast grzbiet silny. Klatka piersiowa głęboka - jej efektem jest duża pojemność płuc, która doskonale predestynuje konie do pokonywania większych odległości w szybkim tempie. Zad ogiera jest lekko spadzisty o uwydatnionych mięśniach. Kończyny długie i solidne, a kopyta wytrzymałe. Stanowią one źródło jego ekspresyjnego i elastycznego ruchu, a w rezultacie posiadającego impuls. Stawy kończyn pracują, jak dobrze naoliwiona maszyna co czyni krok dynamiczny, elegancki i wyjątkowo płynny.
  • Znaki charakterystyczne: Na co dzień jego oczy są jednolicie czarne, jednak w słoneczne dni i pod odpowiednim kątem padania światła zdarza się, że mienią się się kolorem szmaragdowym.
  • Wzrost: 185 cm [WK]
  • Waga: 694 kg
Umiejętności: Nie ma wątpliwości co do tego, że jedną z najmocniejszych stron Ed jest walka. Anatomicznie prezentuje się jako idealny typ wojownika - wysoki, stonowanie umięśniony, zatem silny i wytrzymały. Od innych wojowników i koni szkolących się w boju odróżnia go niestandardowy styl ofensywy i defensywy oraz niemała sprawność fizyczna i koordynacji ruchowej. Cechuje go także podzielność uwagi czy też umiejętność robienia kilku rzeczy na raz jak walka z kilkoma przeciwnikami, jednak do każdego podchodząca w sposób indywidualny, skupujący się na jego słabych stronach. Preferuje on ciężkie, zmasowane ataki, gdyż jest do nich znacznie lepiej przystosowany. Potrafi korzystać z wszelkiej maści pomocy wojennych, lecz przedmioty inne niż miecz dekoncentrują go i sprawiają, że nie może skupić się na ataku bez zastanawiania się czego, w którym przypadku użyć. W czasie walki Edward nie robi przerw, gdyż nie chce dać odpocząć wrogowi. Zdecydowanie woli wykonać nieprzemyślany ruch, pomimo własnego zmęczenia, niż pozwolić sobie na chociażby krótką chwilę by zaczerpnąć oddech - w ciągu tych sekund wróg może zadać mu śmiertelny cios. Swój spryt i zwinność zawdzięcza całym latom treningów, które miał w zwyczaju samodzielnie sobie opracowywać. W swoim fachu obecnie jest na style sprawny, że walka z jego udziałem wygląda naprawdę efektywnie i imponująco. Należy on do stosunkowo szybkich koni, jednak nie najszybszych. Mimo to swego rodzaju upór każe mu nieustannie podążać za wrogiem i wtedy, gdy ten zmęczy się ucieczką - Edward łatwo go dopadnie.
Historia: Edward na świat przyszedł przed sześcioma laty w nocy z trzydziestego pierwszego grudnia na pierwszego stycznia w Tamsagbulagu. Jego rodzicielka nosiła godność brzmiącą Volera Orhavis i pochodziła z silnego dużego stada migrującego po południowym-wschodzie Mongolii, zaś ojciec imieniem Corvius Malligins był potomkiem koni zamieszkujących ubogą w pożywienie okolicę północnego Darhanu, po tym jak obce stado przegoniło jego rodzinę z urodzajniejszych terenów. Swojego dzieciństwa ogier nigdy nie wspomina dobrze. Przez lata zmienił się jego pryzmat patrzenia na nie, a wraz z wiekiem zaczął podchodzić do tej kwestii ozięblej. Nie lubi wspominać o swoim pochodzeniu, zatem często reaguje złością, kiedy ktoś próbuje zmusić go do rozmowy na ten temat. Budzi to w nim nieprzyjemne wspomnienia, które mimo wszystko wolałby zostawić za sobą. Nigdy nie rozumiał dlaczego jego rodzice są właśnie tacy, dlaczego nieustannie się kłócą i podróżują samotnie, jednak z biegiem czasu przestało go to interesować. Kiedy rozmowa schodziła na wiadome tory, Edward ze spokojem ducha oddalał się i zwiedzał bliższą i dalszą okolicę. Często po powrocie do rodzinnych stron, zostawał tam niekiedy na kilka godzin i znów wyruszał w wędrówkę. Poznawanie świata było dla niego ucieczką od przykrego życia, dlatego kiedy skończył trzy lata, nie mówiąc nikomu ani słowa opuścił Tamsagbulag. Rok za rokiem spędzał w osamotnieniu. Edward nigdy nie postawił przed sobą określonego celu, do którego mogłaby dążyć przez następne lata. Nie zależało mu na niczym. Nigdy. Nie było mu też z tego powodu przykro, właściwie był szczęśliwy. Zadowolony ze swego życia podróżnika. Przez kilka lat wędrował tu i ówdzie oraz nigdy nigdzie nie zatrzymał się na dłużej. W taki oto sposób poznał wielu, acz z nikim nie zawarł bliższych, szczerych znajomości. Po jakimś czasie trafił do tego stada i na jakiś czas dołączył do Klanu Ognistych Grzyw.
Inne:
W rzeczywistości imię którym ogier się przedstawia różni się od tego, które zostało mu nadane przez matkę. Syn jej nazywany został od celtyckiej bogini wojny i zniszczenia, która według wierzeń pojawia się wszędzie, gdzie trwa wojna pod postacią kruka. Badb Catha (Kruk Wojny), jednak znacznie częściej Morrigan - to prawdziwa godność tego karego ogiera, któremu tak źle z oczu patrzy.
Malligins to rodowe nazwisko ojca Edwarda, które ten po nim odziedziczył. Przedstawia się nim, choć wraz z dorastaniem stracił do niego resztki szacunku, ponieważ uważa, że to jedyna rzecz do której może się przyznać. Poza tym lubi jego brzmienie.
Edward posiada dwa wspaniałe dary, którymi na tym świecie pochwalić się mogą nieliczni - ejdetyczną pamięć, potocznie pamięć fotograficzną oraz ponad przeciętnie rozwiniętą umiejętność logicznego myślenia. Dla przykładu wystarczy mu chwila, żeby wpatrzył się w kilka małych liczb, a po odwróceniu jego uwagi bez zawahania wymieni wszystkie w idealnym porządku i względnie krótkim czasie. Pomaga mu w tym zapamiętywanie różnych układów, kojarzenie faktów i odnajdywanie złotych środków z sytuacji. Bacznie obserwuje otoczenie i zwracają uwagę na rzeczy niezauważalne i z pozoru nie ważne. Ma bardzo wysokie umiejętności matematyczne i rozwiniętą wyobraźnię.
Kontakt: Wefree [DG]
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika