Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vayola. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vayola. Pokaż wszystkie posty

11.10.2019

Żegnamy Specter, Virginię, Risę, Vayolę i Dantego!

  W dzisiejszym dniu żegnamy z żalem powyższe postacie. Nasz książę Dante odchodzi, by szukać miłosnych przygód w innych stadach. Virginia, Risa i Vayola postanowiły zacząć nowe życie z dala od dawnych intryg, podobnie Specter (choć istnieją spekulacje, że ruszyła za Dante'ym). Powodem jest taka decyzja ich właścicieli. Majątek Specter zostaje rozdzielony pomiędzy jej potomstwo, Siraane i Leandera. U reszty postaci zostaje rozdzielony pomiędzy najbliższą rodzinę, czyli matkę i rodzeństwo.
  Ale to nie wszystko. Z dniem dzisiejszym żegnamy jednego z naszych najwierniejszych, najzdolniejszych i najukochańszych autorów, kogoś, kto był tu z nami od samiutkiego początku. Tak, mam na myśli adminkę DODĘ, znaną bardziej jako Kromek. Większość tego, co chciałam powiedzieć, wylałam już na Discordzie, ale powtórzę to jeszcze raz: nikt nie ma do ciebie żalu. Stworzyliśmy wiele super wątków. W życiu trzeba patrzeć w przyszłość, a niewykluczone, że ta wspaniała osoba kiedyś do nas powróci. Zatem życzymy ci wszystkiego dobrego, i oby nasze drogi kiedyś się jeszcze skrzyżowały! 

Dante z dynastii Altbachów|15 lat|Ogier|Książę, Szeregowiec|26 p.|Brak|DODA

Specter|13 lat|Klacz|Szeregowiec|80 p.|Brak|wolfik 


Virginia|7 lat|Klacz|Starszy Szeregowy|96 p.|Brak|DODA

Risa|7 lat|Klacz|Stróż|16 p.|Brak|DODA

Vayola|17 lat|Klacz|Emerytka|145 p.|Brak|DODA

15.04.2019

Od Vayoli- Seria treningowa #7

Moja kondycja jest coraz lepsza-pomyślałam, wracając z porannej przebieżki, tym razem będąc też o wiele mniej zmęczoną niż kiedy zaczynałam cały swój trening. Później wymyśliłam kilka ćwiczeń dla Viri i Risy, następnie pojadłam nieco trawy i udałam się na krótki spacer. Traf chciał, że wzięłam ze sobą swoją włócznię. Myślałam, że może trafi się jakaś okazja do poćwiczenia umiejętności posługiwania się nią. I, jakby nie patrzeć, trafiła się, tyle że ja nie tego się spodziewałam. Wybrałam się najpierw na jakąś łąkę, później do lasu, a na sam koniec skierowałam swoje kroki nad jezioro. I tu właśnie czekała na mnie niespodzianka! Zauważyłam najpierw jakiegoś konia i pewnie nie zwróciłabym na niego większej uwagi, gdyby nie jego dziwne ruchy. Powoli podeszłam do, jak się okazało, jednej z członkini klanu. Klacz usłyszała mnie oczywiście, gdyż nie starałam się nawet zachowywać jakoś specjalnie cicho i odwróciła się w moją stronę. Uspokoiła się, kiedy spostrzegła, że to tylko ja.
-Coś się stało?-spytałam niemal od razu.
-Ehm... Utknęłam-odparła klacz, wskazując pyskiem na swoją nogę uwięzioną między kilkoma kamieniami.-Mogłabyś mi pomóc?-dodała po chwili. Przyjrzałam się "pułapce".
-Jasne, myślę, że nie będzie z tym problemu-odparłam, po czym przystąpiłam do dzieła. Położyłam swoją włócznię obok, a sama spróbowałam jakoś odciągnąć chociaż jeden kamień. W tym czasie klacz starała się wyrwać nogę z pułapki.
-To na nic-powiedziała po kilku minutach, kiedy nasze starania faktycznie nie przynosiły efektów. Wyprostowałam się i zaczęłam zastanawiać, co jeszcze mogłabym zrobić. Wtem mój wzrok spoczął na mej włóczni. No jasne! Że też wcześniej o tym nie pomyślałam!-zganiłam samą siebie w myślach. Chwyciłam swoją broń mocno w zęby, po czym wbiłam ją w ziemię, starając się podważyć jeden z kamieni. Nie było to łatwe, bo samo podłoże także nie należało do miękkich. W końcu jednak udało mi się i z całych sił zaczęłam ciągnąć włócznię w dół. Po kilku próbach kamień w końcu poruszył się, aż w końcu udało mi się go nieco unieść. Spadł na bok, w tym samym czasie klacz zdołała zabrać swoją uwolnioną nogę, a ja usłyszałam dźwięk pękającego drewna. Zaskoczona puściłam włócznię i zrobiłam parę kroków do tyłu, aby przyjrzeć się swojej broni. Teraz jej drzewiec może i nadal stanowił całość, ale w jednym miejscu wystawało z niego kilka długich drzazg.
-O nie! Twoja broń! Tak mi przykro, to przeze mnie, przepraszam-odezwała się klacz.
-To nic takiego. Ta widocznie nie była zbyt dobrej jakości, znajdę sobie jeszcze coś lepszego-odparłam.
-Może da się to jeszcze naprawić?-zasugerowała klacz.
-Mogłoby to być możliwe, ale wolałabym tego nie robić. Nie chciałabym walczyć uszkodzoną bronią-odparłam.
-Więc co z nią zrobisz?-spytała klacz.
-Pewnie gdzieś ukryję i zostawię-powiedziałam.
-Skoro tak... W każdym razie, bardzo dziękuję za pomoc. Jestem Mirabika-powiedziała moja rozmówczyni.
-A ja Vayola-odparłam. Chwilę jeszcze pomówiłyśmy, po czym klacz odeszła w stronę klanu. Ja, tak jak zaplanowałam, poszukałam jakiegoś miejsca, aby ukryć broń i także wróciłam do stada. Pozwoliłam sobie resztę dnia nieco odpocząć i dopiero wieczorem dałam się jeszcze namówić Viri i Risie na zabawę w chowanego, bo mimo wszystko chciałam jeszcze poćwiczyć swoją umiejętność kamuflowania się, a i im się to przydało. Postanowiłam potem, że powinnam zdecydowanie częściej ćwiczyć, choć teraz już na jakiś mogłam nieco zwolnić z tymi treningami.

14.04.2019

Od Vayoli- Seria treningowa #6

Rankiem zrobiłam sobie krótką przebieżkę po lesie. Nadal żałowałam, że straciłam tak idealny miejsce do treningów. Jednocześnie zastanawiałam się gorączkowo, co i jak powinnam ćwiczyć dalej. Popołudniu jednak, ku mojemu zaskoczeniu, znalazła mnie Sarit i przedstawiła ciekawą propozycję.
-Hej, Vayola, miałabym do ciebie sprawę-zaczęła klacz.
-Hej Sarit, o co chodzi?-spytałam od razu.
-Wiesz, zauważyłam, że ostatnio poświęcasz chyba dużo czas na jakieś treningi...-zaczęła Sarit.
-Cóż, można tak powiedzieć-odparłam. Nie spodziewałam się nawet, że tak łatwo to zauważyć. Może nie kryłam się z tym jakoś specjalnie, ale przecież też nie trenowałam na oczach wszystkich, tylko w samotności.
-Ja również postanowiłam trochę poćwiczyć. Wiesz, jestem w końcu szeregowym. Co z tego, że pierwszego stopnia, tak czy siak muszę mieć dobrą kondycję-powiedziała klacz. Kiwnęłam głową, zachęcając ją w ten sposób do kontynuowania wypowiedzi.-Chciałabym więc zapytać cię, czy miałabyś może ochotę poćwiczyć razem ze mną walkę?-spytała Sarit. Jej propozycja nieco mnie zaskoczyła, choć przeczuwałam już wcześniej, do czego zmierza. Po chwili jednak uznałam, że wszystko to idealnie się złożyło.
-Jasne, czemu nie. Znajdźmy tylko jakieś dogodne miejsce-odparłam. Razem z klaczą opuściłyśmy klan. Wkrótce udało nam się znaleźć niewielką łąkę, gdzie ustaliłyśmy wszelkie zasady i na day znak zaczęłyśmy walczyć, starając się na zmianę kopnąć lub ewentualnie ugryźć przeciwniczkę. Pierwsze starcie udało mi się wygrać, ale z kolejnymi już bywało różnie. W końcu obie uznałyśmy, że na dziś mamy już dość trenowania. Wróciłyśmy do klanu, zastanawiając się, co pomyślą sobie na nasz widok inne konie. Nie uniknęłyśmy ciekawskich spojrzeń, ale nikt nie niepokoił nas swoją ciekawością. W każdym razie ja nie musiałam nikomu opowiadać, skąd mam nagle kilka zadrapań więcej, nie wiem jak Sarit. Byłam jednak zadowolona, że mimo wszystko i dziś los się do mnie uśmiechnął i zesłał tak dobrą okazję do treningu.

13.04.2019

Od Vayoli- Seria treningowa #5

Rano zjadłam śniadanie, po czym udałam się prosto do miejsca, gdzie poprzednio zostawiłam swój kamień. Do południa udało mi się go przetransportować na odkrytą przeze mnie łąkę, a nawet jeszcze kilka razy poćwiczyć skoki przez powalone drzewo. Później jednak wróciłam do klanu. Nie chciałam, aby moja długa nieobecność zwróciła czyjąś uwagę. Poza tym, ćwiczenia w najgorętszą porę dnia nie byłyby najmądrzejszym wyborem. Wystarczyło jednak przeczekać najgorsze godziny. Zdecydowałam się nawet zabrać na łąkę Risę i Virginię i przygotowałam nam wspólny trening. Na początku kazałam im obu poćwiczyć skoki, a sama skupiłam się na podreperowaniu swojej zręczności. W tym celu biegałam slalomem wokół kilku młodych drzew. Starałam się robić to jak najszybciej i jednocześnie nie dotykać tych młodych roślin. Później Risa i Virginia skupiły się na naprzemiennym przesuwaniu kamienia, więc ja mogłam powrócić do skoków. Na sam koniec klaczki miały ogromną ochotę trochę się pościgać, więc im pozwoliłam. Sama skupiłam się ponownie na innych ćwiczeniach, aż w końcu czułam, że jestem padnięta. Wtedy jednak wpadłam na inny pomysł.
-Risa! Virginia!-zawołałam swoje córki, które już po chwili stały przede mną.
-Co się stało?-zapytała starsza z nich.
-Wiecie, siły, wytrzymałość, zręczność, wszystko to wiele daje. Ale czasem zamiast walczyć lub uciekać, lepiej jest się ukryć. Wszystko zależy od danej sytuacji-powiedziałam.
-I co w związku z tym?-zapytała Risa.
-Poćwiczymy jeszcze nasze umiejętności kamuflażu-wyjaśniłam.
-Jak?-spytała Risa.
-Zagramy w chowanego?-zaproponowała nieśmiało Virginia.
-Właśnie tak. Biegnijcie się teraz schować, a ja policzę do dwudziestu. Pierwsza znaleziona osoba szuka w następnej rundzie, jasne?-odparłam. Klaczki jednocześnie pokiwały głowami. Odwróciłam się w stronę jednego z drzew i zaczęłam liczyć. Słyszałam przy tym, w którym mniej więcej kierunku biegnie każda z nich, szybko więc je znalazłam. Wytłumaczyłam im ich błędy, po czym zagrałyśmy kolejny raz. Powtórzyłyśmy to wiele razy, nie tylko ja wytykałam im obu ich błędy, ale czasem też to one wytykały błędy mi. W końcu wróciłyśmy do klanu, gdzie czekała na nas niezbyt miła wiadomość. Klan miał się przenieść do innej bazy, gdyż w okolicach tej zwiadowcy natknęli się na grupę wilków. Znalazłam tak idealne miejsce do ćwiczeń, a już muszę się z nim rozstawać-pomyślałam niepocieszona, szykując się do drogi. Odnalazłam jeszcze Arrow'a, chcąc upewnić się, że nigdzie się nie pałęta i niedługo później ruszyliśmy wraz z całym stadem do nowego miejsca postoju.

12.04.2019

Od Vayoli- Seria treningowa #4

Kiedy podczas rannego spaceru znalazłam mocno przekrzywione drzewo, zaświtała mi w głowie pewna myśl. Wróciłam do klanu, zjadłam nieco trawy, spędziłam trochę czasu z dziećmi, porozmawiałam z paroma końmi. Popołudniu wybrałam się w to samo miejsce i postanowiłam poćwiczyć skoki, które nie wychodziły mi najlepiej. Na początku starałam się szybko i sprawnie przeskakiwać drzewo w miejscu, które znajdowało się najbliżej ziemi. Kiedy już szło mi to z taką łatwością, jakbym nic innego nie robiła od chwili urodzenia, podniosłam nieco poziom trudności. Kora tego ustawionego pod skosem drzewa stopniowo znajdowała się coraz wyżej nad ziemią, więc przeskok nad nią był coraz trudniejszy. Jednakże dokładne ćwiczenia aż do całkowitego zmęczenia pomogły mi dość dobrze poradzić sobie z przeszkodą i polepszyć umiejętność skoków, a kto wie, kiedy mi się to przyda? Żałowałam jedynie, że nie mam trochę lepszych warunków do ćwiczeń, ale musiałam zadowolić się możliwościami, które ofiarował mi nasz teren. Po odbytym treningu udałam się ponownie nad jezioro. Przeszło mi przez myśl czy by nie usypać sobie stosu kamieni i nie spróbować przez niego przeskoczyć, ale odrzuciłam ten pomysł. Brzeg był miejscami kamienisty, ale przede wszystkim zbyt nierówny, a mi nie uśmiechało się skręcenie albo złamanie nogi. Nie miałam zamiaru skończyć jako wilczy obiad, bynajmniej nie teraz, kiedy miałam jeszcze tyle do zrobienia. Upał mocno dał mi się dziś we znaki, więc wzięłam szybką kąpiel, po czym postanowiłam wrócić do klanu, ale nieco bardziej okrężną drogą. W ten sposób odkryłam zarastającą łąkę, na której znajdowały się dwa powalone drzewa, kilka młodszych, rosnących w rządku niemal w idealnych odstępach. To wyglądało jak miejsce idealne na treningi. Wtedy też zaświtała mi w myślach pewna myśl. Obeszłam całą łąkę, uważnie przeglądając każdy centymetr kwadratowy jej powierzchni, ale nie znalazłam tego, czego szukałam. Udałam się więc z powrotem nad jezioro, wybrałam jakiś kamień, po czym zaczęłam toczyć go w stronę owej łąki. Oczywiście odległość była zbyt duża, aby udało mi się to od razu zrobić, więc musiałam zostawić go w lesie. Planowałam oczywiście powrócić tam i dokończyć wszystko następnego dnia. Skoro los dał mi tak idealne miejsce, grzechem byłoby zmarnować taką okazję.

11.04.2019

Od Vayoli- Seria treningowa #3

Shiregt dostał zawiadomienie o grupie ludzi, która rozbiła obóz na jednej z łąk, niedaleko naszej bazy. Chciał zebrać grupę koni, aby móc przekonać się, czy stanowią oni dla nas jakieś zagrożenie, a jeśli tak, spróbować się ich pozbyć. Nie często brałam udział w takich akcjach, ale też ostatnio nie było ich zbyt wiele. A musiałam przecież dbać o swój wizerunek, tym bardziej teraz, kiedy niektórzy zaczynali mnie postrzegać jako "siostrę tej złej Khairtai". Tak więc wyruszyliśmy razem, Dante, Etsiin, Miriada, Shiregt i ja. Etsiin natknął się na ludzi, więc to on zaprowadził nas w miejsce, gdzie mieli swoją bazę. Dotarliśmy tam, starając się zachowywać tak cicho, jak się dało. Niestety, ludzie mieli ze sobą psy, których na początku nie zauważyliśmy. Zwierzęta, kiedy zbliżyliśmy się do obozu, wyczuły nas i zaczęły głośno ujadać, co wzmogło czujność ludzi. Shiregt kazał nam się wycofać, ale w tej samej chwili musiał zrobić unik, aby nie zostać trafionym włócznią. Ludzie nas zauważyli i, choć pierwszym odruchem była chęć ucieczki, ostatecznie jednak stanęliśmy do walki. Nie było ich zbyt wielu, tylko czterech, plus dwa duże psy, ale musieliśmy przepędzić ich z naszego terenu. Dwóch ludzi naraz rzuciło się w stronę Shiregt'a, jeden to ten z włócznią, a drugi miał sznur. Miriada rzuciła się na pomoc bratu, w tej samej chwili doskoczył do niej jeden z psów, obnażając kły. Wyrwałam do przodu i w odpowiedniej chwili zamachnęłam się nogą i zadałam zwierzęciu solidny cios, co poskutkowało tym, że głośno zaskomlał i upadł kawałek dalej. Klacz w przelocie posłała mi krótkie, pełne wdzięczności spojrzenie, po czym wróciła do pomagania bratu. Ja zaś odwróciłam się w stronę psa, który zdążył wstać i trzymał się teraz na chwiejnych nogach. To nie była jego wina, że ludzie wyprali mu mózg i kazali sobie służyć. Po części było mi go żal. Obudziły się we mnie jakieś głęboko skrywane uczucia. Stanęłam dęba, po czym uderzyłam kopytami o ziemię obok psiaka. Wystraszony pies odwrócił się i pobiegł w stronę lasu, zataczając się po drodze. Odwróciłam się, aby zobaczyć, co jeszcze mogłabym zrobić. Drugi psiak nie miał tyle szczęścia, bo ktoś z nas rozgruchotał mu czaszkę. Etsiin i Dante walczyli razem z pozostałą dwójką ludzi i całkiem dobrze sobie radzili, ale nie chciałam przez resztą walki tylko stać z boku i się przyglądać. Jeden z mężczyzny także walczył włócznią, dość długą. Okrążyłam ich, po czym szybko zbliżyłam się od tyłu do człowieka i chwyciłam trzon jego broni w zęby. Pociągnęłam mocno do tyłu, co poskutkowało tym, że mężczyzna zatoczył się lekko, a potem odwrócił głowę i spojrzał na mnie zaskoczony. Skorzystał z tego Etsiin, który podbiegł do niego i zadał mu szybki cios, powalając go na ziemię. Poprawiłam swój chwyt na włóczni, po czym wbiłam ją człowiekowi w okolice serca, a przynajmniej tak mi się wydawało. Krótko po tym mężczyzna przestał oddychać. Kiedy skończyliśmy z "naszym" człowiekiem, Etsiin i ja rozejrzeliśmy się i spostrzegliśmy, że walka już się skończyła. Pozostało tylko rozejrzeć się po obozowisku, aby sprawdzić, czy ktoś jeszcze się tam nie ukrywa lub czy nie ma w nim czegoś dla nas przydatnego. Niczego takiego nie znaleźliśmy, wkrótce więc wróciliśmy do stada. Po drodze spytałam jedynie Shiregt'a, czy mogę zatrzymać włócznię owego mężczyzny. Widziałam, jak przez jego pysk przeszedł cień zwątpienia, ale ostatecznie się zgodził. Po powrocie do klanu odpoczęłam nieco i dopiero wieczorem zabrałam Risę i Virginię na małą przebieżkę nad jeziorem. Uznałam, że skoro miałam dziś swoją małą bitwę z ludźmi, tyle wystarczy w ramach uzupełnienia treningu.

10.04.2019

Od Vayoli- Seria treningowa #2

Wytrzymałość i szybkość były już trochę podreperowane, więc przyszedł czas na siłę. Na początku znalazłam jakieś stare, zniszczone drzewo, które "pokonałam" paroma kopnięciami tylnych nóg. Taki przeciwnik jest dobry na rozgrzewkę-pomyślałam, po czym rozejrzałam się za czymś, co lepiej nadawałoby się do ćwiczeń. Znalazłam kolejne, tym razem po prostu młode drzewo, które zdecydowałam się rozwalić. Z tym już poszło mi trochę gorzej, ale w końcu dałam radę. Na sam koniec znalazłam kamień wielkości mniej-więcej mojej głowy, który zdecydowałam się spróbować przeturlać przez jak najdłuższy odcinek drogi. Później musiałam przerwać swój trening na kilka godzin, gdyż nie uśmiechała mi się praca w najgorszym i najgorętszym momencie dnia. Popołudniu biegiem udałam się nad jezioro, gdzie zażyłam krótkiej, ale przyjemnej kąpieli. Następnie zdecydowałam się przebiec jeszcze brzegiem, co powtórzyłam parokrotnie. Przed powrotem przystanęłam jedynie na chwilę, aby zlizać trochę soli z nadbrzeżnych skał. Kiedy miałam już wrócić do klanu, zauważyłam kilka opartych o siebie skał.Wyglądało to tak, że płaski kamień w połowie leżał na drugim, nieco mniejszym, a jego druga połowa znajdowała się w powietrzu. Zbliżyłam się, mając już pewien pomysł na kolejny trening. Oparłam się przednimi nogami o część kamienia unoszącą się w powietrzu i użyłam wszystkich sił, aby spróbować go przekrzywić na swoją stronę. Miało to zadziałać jak swego rodzaju waga albo raczej huśtawka. Ku mojemu zaskoczeniu, kamień wcale nie był taki lekki, jak mogłoby się wydawać (lub to ja nie byłam tak dobra, jak myślałam), ale w końcu mi się to udało. Spłaszczony kamień najpierw nieznacznie się przechylił, a następnie zsunął się powoli z drugiego głazu. Zrobiłam szybko odskok do tyłu, aby przypadkiem nie nie zostać zranioną, gdyby ów kamień potoczył się kawałek dalej. Uznałam, że to naprawdę dobry sposób na ćwiczenia i postanowiłam spróbować jeszcze raz. Poszukałam wzrokiem podobnie ułożonych głazów, ale nic nie znalazłam. Postanowiłam więc samemu interweniować. Odszukałam kamień, który najlepiej nadawał się do tego, co chciałam zrobić. W tym celu wskoczyłam na niewielkie, kamieniste wzniesienie. Przetoczyłam go nad sam brzeg górki, po czym zrzuciłam z niej. Manewr wykonałam jeszcze kilka razy, po czym uznałam, że na dziś mogę już dać sobie spokój. Nie odmówiłam jedynie wieczornej kąpieli w jeziorze, po której, tak jak dzień wcześniej, jak najszybciej udałam się do klanu.

9.04.2019

Od Vayoli- Seria treningowa #1

Dobra, czas rozruszać te stare kości. Żeby wprowadzić jakiekolwiek zmiany, trzeba mieć na to siły-pomyślałam. Arrow udał się gdzieś razem z tą nową medyczką, Eriną, a Virginia i Risa także gdzieś zniknęły. Obie były już prawie dorosłe, więc nie wypadało, abym pilnowała ich na każdym kroku jak kilkudniowe źrebięta. Poza tym, Virginia wiedziała, kiedy ma się stawić z powrotem. Przez chwilę zastanawiałam się, jakby tu polepszyć swoją sprawność, aż w końcu wpadłam na pomysł połączenia przyjemnego z pożytecznym. Przeczekałam oczywiście najwyższe temperatury, po czym udałam się nad jezioro. Weszłam do niego na tyle, że woda lekko obmywała mi brzuch, po czym spróbowałam przebiec kawałek jak najszybciej. Trudność polegała oczywiście na stawianiu oporu wodzie. Na początku odczuwałam silne zmęczenie już po chwili, ale nie poddałam się i parłam dalej. Po jakimś czasie stanęłam nieco bliżej brzegu, tak, że woda sięgała mi kawałek za kolana i jeszcze kilkanaście razy powtórzyłam to, starając się przebiec chociaż kilkaset metrów. Następnie pozwoliłam sobie na krótki odpoczynek i powtórzyłam ćwiczenie. W końcu niebo zaczęło przybierać nieco bardziej pomarańczowo-różowo-żółty odcień, więc zdecydowałam się wrócić do klanu. Drogę powrotną pokonałam galopem, który dopiero w pobliżu stada przerodził się w kłus. Dziś czekał mnie jeszcze wieczorny trening z Virginią i Risą, więc liczyłam, że i to coś da. Risa co prawda nie wiedziała jeszcze nic o frakcji, jednak z chęcią brała udział we wszystkim, co jej starsza siostra i słuchała zarówno jej, jak i moich rozkazów, a trening przedstawiłyśmy jej na razie jako pewną postać zabawy. Dzisiaj zorganizowałyśmy sobie kilka wyścigów, w tym ze slalomem wokół przeszkód, którymi były głazy lub drzewa. Kiedy już zupełnie się ściemniło, kazałam Risie odszukać ich brata, a sama udałam się ze starszą córką na krótki spacer, aby udzielić jej jeszcze kilku cennych, przyszłościowych rad.

24.03.2019

Od Vayoli do Khairtai "Rozmowa na osobności"

-Tak naprawdę, to planowałam zdobyć zaufanie i przychylność kilku członków i odejść od klanu, aby stworzyć własne stado. A dopiero kiedy urosłoby ono w siłę, zaatakowalibyśmy Klan Mroźnej Duszy. Wydaje mi się, że powstania nie warto teraz wszczynać, bo wiele koni mimo wszystko wierzy i ufa przywódcy. Nawet jeśli przekonamy ich do swojej racji, łatwo mogą dać się z powrotem zmanipulować. A jeżeli razem odejdziemy na jakiś czas, będą mogli zrozumieć swój błąd, że ufali temu stadu, i wtedy staną do walki z niezachwianą pewnością-odparłam.
-Mądre słowa. Aczkolwiek, jeśli tak postąpimy, to Klan Mroźnej Duszy dowie się o frakcji po tym, jak się odłączymy i będzie miał więcej czasu, aby do owego starcia się przygotować-zauważyła mądrze moja siostra.
-Też o tym pomyślałam. Dlatego wpadłam na pomysł, aby na stałe zostawić tutaj paru szpiegów, którzy mogliby informować nas o postępach w ich przygotowaniach i planach stada-odparłam.
-To całkiem mądre rozwiązanie-stwierdziła klacz.
-Długo myślałam nad tym, jak najlepiej postąpić. Nie chcę popełniać głupich błędów i wszystkiego zniszczyć. Obie rozumiemy chyba powagę sytuacji?-spytałam, przyglądając się uważnie swojej siostrze.
-Oczywiście. Możesz na mnie polegać-odparła klacz.
-Dobrze. Masz jeszcze jakieś pytania?-spytałam po chwili milczenia. Khairtai pokręciła przecząco głową.-Świetnie, zatem przejdźmy się teraz potem, a następnie wrócimy do klanu jak gdyby nigdy nic-dodałam.
-Razem?-zdziwiła się klacz.
-Tak. A co to, siostry nie mogą już nigdzie razem się przejść? I zabrać dzieci jednej z nich? Rodzinna wyprawa-powiedziałam, uśmiechając się lekko. Khairtai po chwili odwzajemniła ów sztucznie przyjazny uśmiech.
-Tak...rodzinna wyprawa-powtórzyła, po czym zaśmiała się krótko. Tak jak zaproponowałam, przeszłyśmy się nieco, a później wróciłyśmy do klanu. Łącznie nie było nas kilka godzin. Oczywiście powrót takiej gromady zwrócił uwagę kilku koni, ale nie przeszkadzało mi to za bardzo. Czasem najlepiej jest się ukrywać, będąc cały czas na widoku. Nikt nie powinien pomyśleć, że byłam na tajnej naradzie ze swoją siostrą i teraz jak gdyby nigdy nic wracam razem z nią do klanu, więc robiąc tak, odsunę od siebie jakiekolwiek podejrzenia-pomyślałam. Krótko po tym Khairtai oddaliła się w swoją stronę, a ja zostałam sama...nie licząc oczywiście trójki moich źrebiąt.
~Jakiś czas później~
Tak bardzo chciałam porozmawiać z Khairtai. Miałam z nią tak wiele do omówienia, ale teraz oczywiście wszyscy stale na nią uważali. Pozostało mi więc czekać na dogodną okazję, ta zaś wkrótce się nadarzyła. Stałam właśnie nad jeziorem Chirgis, a dookoła mnie, na pierwszy rzut oka, nie było żywej duszy.
-Witaj, Vayola. Cieszę się, że cię widzę. Musimy porozmawiać-usłyszałam za sobą głos swojej siostry. Odwróciłam się zaskoczona, ale i zadowolona, że wreszcie nadarzyła nam się okazja do rozmowy.
-Khairtai! Jesteś tutaj sama? Nikt za tobą nie szedł?-spytałam. Klacz pokręciła przecząco głową.
-Nikt-odparła.
-Więc jesteśmy tu tylko we dwie?
-Na to wygląda. Nie licząc chmur, rozbijającej się o skały wody i wyjącego wiatru-powiedziała klacz.
-Tak. Ale przynajmniej, na wszelki wypadek, one zagłuszą naszą rozmowę. Aby nie dotarła ona do...niepowołanych uszu-nie mogłam się powstrzymać od lekkiego żartu. Khairtai, słysząc te słowa, uśmiechnęła się lekko, ale bynajmniej nie było widać na jej obliczu radości.
-Jak udało ci się tutaj znaleźć samej?-zapytałam. Od tego chciałam zacząć, bo naprawdę mnie to ciekawiło. Po tym wszystkim moja siostra była raczej dość dokładnie obserwowana, przynajmniej tak mi się na początku zdawało. Chociaż...może władca i inni byli na tyle nierozgarnięci, że i z upilnowaniem jednej klaczy nie mogli sobie poradzić? Z naszego punktu widzenia to bardzo dobrze, bo faktycznie musiałyśmy pogadać, zwłaszcza o ostatnich wydarzeniach. Zastanawiałam się też, czy poinformować Khairtai o tym, że w razie czego postanowiłam wyszkolić Virginię na swoją następczynię. Jasne, prędzej czy później klacz i tak by się o tym dowiedziała, pytanie brzmiało jednak, czy to już ta chwila? Postanowiłam ostatecznie najpierw wysłuchać tego, co ma mi do powiedzenia, a potem ewentualnie przekazać jej tę wieść, bo po co to ukrywać?
-Mam swoje sposoby-odparła tajemniczo moja siostra.
-Mogę wiedzieć, jakie to sposoby? I o czym chciałaś ze mną porozmawiać? Choć domyślam się tego... Dlaczego właściwie zabiłaś tamtą klacz? Trochę to było nieprzemyślane-postanowiłam powiedzieć wprost, co o tym myślę. Jednocześnie jednak dobierałam słowa tak, aby nie zabrzmieć tak, jakbym chciała potępić uczynek Khairtai. Sama najchętniej skazałabym niektóre z koni z tego klanu na przymusową wędrówkę w zaświaty, ale to jeszcze nie był czas na to.
<Khairtai? Wybacz, że aż tak długo musiałaś czekać, ale przez ten remont pierwszy raz zdarzyło mi się zapomnieć, że komuś nie odpisałam, naprawdę przepraszam>

1.03.2019

Od Vayoli "Następca"

Czas mijał nieubłaganie. Dzień przechodził w noc, potem upływał tydzień i nim się zorientowało, mijało pół roku, rok dwa. A wraz z tym wszystkim pewne rzeczy się zmieniały, inne pozostawały takie same. Ale jeśli chciałam cokolwiek osiągnąć, musiałam każdą zmianę obrócić na swoją korzyść. W klanie ostatnio panowało duże poruszenie. Osobiście uważałam, że trochę zbyt duże. Niestety zamieszana w to była moja siostra, Khairtai. Bałam się, aby tylko nie miało to żadnych negatywnych konsekwencji dla mojego Stada Hańby. Musiałam sama przed sobą przyznać, że mimo wszystko pewien brak doświadczenia mocno dawał mi się we znaki. Wiedziałam jednak, że teraz pozostaje mi jedynie robić swoje i jak na razie zostawić sprawę mojej siostry, aby biegła swoim własnym torem. Musiałam to rozegrać w niezwykle delikatny sposób. Musiałam dalej realizować swój główny plan. Musiałam iść nadal naprzód. I musiałam liczyć się z tym, że kiedyś będę potrzebować pomocy. W dalekiej przyszłości, jeśli zabraknie mi sił, czasu albo po prostu coś mi się stanie. Zastępcy, albo raczej następcy. W miarę jak moje dzieci stawały się coraz starsze, coraz bardziej utwierdzałam się w tym przekonaniu. Wybór także zaczął we mnie powoli dojrzewać. Arrow odpadł już na samym początku. Właściwie to jako przyszły członek frakcji z jednej strony nie miał praktycznie żadnej wartości, ale z drugiej...nikt nie będzie podejrzewał o spisek biednego inwalidy, prawda? Mimo to jego niepełnosprawność przekreślała jego szanse na zostanie przyszłym przywódcą frakcji. Risa...Risa byłaby lepszym wyborem, jednak zauważyłam u niej pewną bardzo niechcianą cechę. Była wybuchowa. Zbyt wybuchowa. Być może z czasem udałoby się poskromić jej trochę dziki temperament, możliwe ponadto, że jej charakter sam jeszcze trochę się zmieni, jednak nie miałam żadnej gwarancji w tej sprawie. Pozostawała jeszcze Virginia. Ona z kolei wydała mi się wręcz idealna do tej roli. Coś mi mówiło, że to właśnie na niej powinnam skupić swoją uwagę. Nie mogłam jednak w tak ważnej kwestii zaufać jedynie intuicji. Potrzebny był rozsądek, musiałam przemyśleć wszystkie "za" i "przeciw". Klaczka już teraz wydała mi się bystra i nieufna w stosunku do innych, a u przyszłego przywódcy rewolucji takie cechy są wręcz wymagane. Zauważyłam ponadto, że z niechęcią odnosi się do osób słabszych od niej. Choć właściwie, nawet jeśli ktoś jest od niej starszy, silniejszy, większy, to nawet to jej nie onieśmiela. Oczywiście mogło się to niedługo przekształcić w bezzasadną agresję i pomiatanie innymi osobami, chyba że ktoś umiejętnie pokierowałby Virginią i odpowiednio ją...ukształtował. Uzmysłowił jej pewne fakty oraz jej własną wartość i to, jak powinna postępować. Poza tym, zarówno Arrow, jak i Risa od pierwszych dni swojego życia słuchają się swojej najstarszej siostry, a klaczka tak jakby automatycznie stała się "przywódczynią" tej małej grupki. Pół roku wystarczyło mi, aby przekonać się, że Virginia oprócz tego wszystkiego ma więc rzecz najpotrzebniejszą memu następcy, to jest zdolności przywódcze.
-Virginia, Risa, Arrow, chodźcie do mnie!-zawołałam źrebaki, które właśnie bawiły się kilkanaście metrów dalej. Shiregt jakiś czas temu zarządził postój i aż do jutra mieliśmy pozostać w tym samym miejscu, a potem dopiero wyruszyć w dalszą drogę w stronę jeziora Chirgis. Postanowiłam więc wykorzystać ten moment. Wzięłam źrebaki i odeszłam od klanu, pod pretekstem spaceru z nimi. Przy okazji upewniłam się, ze nikt nie zwraca na mnie większej uwagi.
-Dokąd się wybierasz?-spytała nagle Mivana, pojawiając się obok mnie. Jej ton nie brzmiał zbyt podejrzanie, brzmiała po prostu, jakby była ciekawa, gdzie idę. Zresztą, gdyby tak nie było, nie zadałaby tego pytania. Mimo to jej nagła ciekawość zaskoczyła mnie jednak.
-Idę na spacer z moją trójką zuchów-odparłam i posłałam jej przyjazny uśmiech.-A ty pewnie wybierasz się, aby pogadać z Shiregt'em?-zapytałam. W sumie sama nie wiem, dlaczego akurat wtedy i akurat to powiedziałam.
-Być może. Moje życie nie kręci się tylko wokół niego, choć przyznam, że lubię jego towarzystwo-odpowiedziała klacz, odwzajemniając uśmiech. Niedługo później po prostu się pożegnałyśmy i każda z nas udała się w swoją własną stronę. Odeszłam od klanu spory kawałek, upewniając się co jakiś czas, że nikt naszej grupki nie śledzi. Po jakimś czasie przystanęłam i pozwoliłam dzieciom trochę się pobawić. Właściwie to bawiły się tylko Risa i Virginia, bo Arrow, jak zazwyczaj, stał tylko z boku i starał się udawać, że nie istnieje, aby siostry nie zaczęły mu dokuczać. Westchnęłam na samą myśl, jak bardzo słaby charakter ma mój syn. Nadal nie jestem pewna, czy to możliwe, aby był z niego kiedyś jakikolwiek pożytek-pomyślałam. Następnie zawołałam dzieci i powiedziałam im, że idziemy znowu na krótki spacer. Odeszliśmy po raz kolejny kawałek dalej od naszego klanu, po czym źrebaki zaczęły się znowu ze sobą bawić. To znaczy, tak jak poprzednio, Virginia i Risa zaczęły się ze sobą bawić.
-Hej, może poszukacie sobie pierwszych oznak wiosny?-spytałam, co spowodowało, że spojrzenia całej trójki skupiły się na mojej osobie.
-To znaczy?-zapytała Virginia. Nie wydała się jednak moją propozycją zbyt zainteresowana.
-Sprawcie, czy gdzieś nie widać już świeżej trawy albo pierwszych kwiatów. Może znajdziecie drzewo, które wyjątkowo śpieszy się z obleczeniem się w swoją liściastą szatę...Nie chcielibyście być pierwszymi osobami, które znajdą te wiosenne cuda?-zapytałam.
-Kwiaty? To już rosną kwiaty?-zainteresował się Arrow.
-Raczej nie, ale być może wam uda się coś znaleźć. Nigdy nic nie wiadomo. To, że coś jest nieprawdopodobne lub prawie niemożliwe, nie znaczy, że jest niemożliwe w ogóle. Zapamiętajcie to sobie-ostatnie słowo dodałam, aby podkreślić ważność mojej uwagi.
-Super!-zawołał Arrow. Risa zaś przewróciła oczyma.
-Nie ekscytuj się tak, zanim ty gdziekolwiek dojdziesz, ja znajdę i zerwę wszystkie kwiaty, o ile jakiekolwiek już są! Albo je zniszczę, żebyś ty nie mógł ich zebrać!-zawołała.
-Ej! To niesprawiedliwe! Mamo, powiedz jej coś!-krzyknął ogierek. Westchnęłam.
-Arrow, musisz liczyć się z tym, że inni nie będą cię w życiu traktować z taryfa ulgową. Nie w tym klanie-odparłam. Ogierek chciał coś jeszcze powiedzieć, ale uciszyłam go gestem i spojrzeniem.
-To lecimy?-spytała Risa. To pytanie było oczywiście skierowane do jej siostry, która w odpowiedzi kiwnęła głową. Arrow odwrócił się i także zaczął się oddalać. Virginia chciała popędzić za siostrą, jednak w porę chwyciłam ją lekko z grzywę i pociągnęłam w tył, co spowodowało jednak, że klaczka upadła.
-Co jest? O co chodzi?!-spytała, odwracając się w moją stronę.
-Co się stało?-zapytała Risa, która zatrzymała się i zrobiła kilka kroków z powrotem w naszą stronę.
-Nic, nic, tylko Virginia się przewróciła. Dlatego muszę się upewnić, że nic jej nie jest-odparłam.
-Co? Ja wcale nie...!-Virginia zamilkła, widząc moje surowe spojrzenie.
-To ja na nią poczekam-powiedziała Risa.
-Lepiej idź, przypilnuj brata-odparłam.
-Co?! Nie będę go pilnować!-zawołała klaczka.
-Nie dyskutuj ze mną. Masz przypilnować brata. A co, jak znajdzie jakieś roślinki przed wami?-spytałam.
-No dobra, niech będzie. Chociaż ta łamaga pewnie i tak nic nie zrobi-odparła Risa, naburmuszonym tonem, po czym odwróciła się i pomaszerowała w stronę niewielkiego lasku. Cała jej sylwetka wprost emanowała złością.
-Dlaczego mnie przewróciłaś?-spytała Virginia.
-Musimy poważnie porozmawiać-odparłam.
-O czym niby?-zdziwiła się klaczka.
-Widzisz, moja droga...ten klan jest zły-powiedziałam. Virginia spojrzała na mnie jeszcze bardziej zaskoczona.
-Myślisz zapewne, że jest tutaj całkiem fajnie, wszyscy są mili, pomocni...
-Czy ja wiem? Są też nudni i jakoś tak...nie lubię tych koni-przerwała mi nagle moja córka. Spojrzałam na nią zdziwiona. Czyżby los się do mnie uśmiechnął i miałoby to być łatwiejszy, niż się spodziewałam?-pomyślałam.
-Virginia...trzeba to zmienić. Trzeba zmienić ten klan-powiedziałam. Klaczka spojrzała na mnie wyczekująco, widocznie interesowała się dalszą częścią mojej wypowiedzi.-Ja chciałabym coś z tym zrobić. Bo nasz klan trzeba zmienić. Wiele koni jest tutaj zepsutych do cna i nie można tak tego zostawić. Virginia, mówię ci to, gdyż nie chcę, aby zwiodła cię ich powierzchowność, ich zewnętrzna przyjacielskość, ich zakłamanie, podczas gdy w środku wszystkie te konie są złe. Bardzo złe. Pełne okrucieństwa i bezwzględności. Jesteś moim dzieckiem, dlatego chcę cię ostrzec, córeczko-powiedziałam. Przez dłuższą chwilę Virginia przypatrywała mi się w ciszy. Byłam pewna, że myśli właśnie nad słowami, które ode mnie usłyszała.
-Dlaczego mówisz to tylko mi? Co z Risą?-spytała Virginia.-I z Arrowem-dodała niechętnie.
-Lepiej nie mówić za wiele, zwłaszcza przy innych członkach o tym, że chce się cokolwiek zmienić. A właściwie to najlepiej nie mówić o tym nic. Można niepotrzebnie ściągnąć na siebie kłopoty. Ty jesteś na tyle dojrzała, aby poznać prawdę. Risa i Arrow być może poznają ją trochę później. Nie możesz nikomu powiedzieć o tym, co ja ci powiedziałam, gdyż wtedy uznają cię za zagrożenie. A wiesz, co robi się z takim zagrożeniem?-zapytałam.
-Nie wiem, ale jeśli stadu zagrażają wilki, to albo się ucieka, albo w ostateczności walczy z nimi i się je zabija. Więc myślę, że mogę z tego wywnioskować, co robi się z zagrożeniem?-spytała Virginia. Musiałam przyznać, że byłam miło zaskoczona jej spostrzegawczością i umiejętnością tak dobrego łącznie faktów.
-Zgadza się. Możesz z tego łatwo wywnioskować. Czy uważasz, że Risa i Arrow powinni wiedzieć o tym?-zapytałam. Był to poniekąd kolejny test dla klaczki. Ta chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią, aż w końcu odparła:
-Nie. Risa mogłaby się przypadkiem zdradzić. A Arrow...to po prostu Arrow.
Skinęłam lekko głową.
-Cieszę się, że tak dobrze wszystko rozumiesz. Z czasem dowiesz się więcej i zrozumiesz więcej. Teraz musisz po prostu wiedzieć, że nie wszyscy tutaj są tacy mili, jacy się wydają-powiedziałam. Tym razem to Virginia skinęła głową.
-To...co teraz mam zrobić?-zapytała po chwili klaczka.
-Idź do siostry. I do brata. Pobaw się-odparłam.
-Ale...
-Nie ma żadnego "ale". Udawaj, że tej rozmowy nie było, moja kochana. Nie przejmuj się i baw się, śmiej, rozmawiaj. Czas sprawi, że wszystko pojmiesz, ale to nie znaczy, że masz teraz porzucić wszystko i skupić się tylko na zakłamaniu członków klanu. Musisz pamiętać, że nikt nie może się dowiedzieć, że znasz o nich prawdę-powiedziałam.
-Myślę, że rozumiem, o co ci chodzi-powiedziała klaczka, po czym uśmiechnęła się lekko.-Idę poszukać Risy!-zawołała następnie, a potem odwróciła się i pognała w stronę, w którą udała się jej siostra i brat. Ja z kolei nie mogłam się powstrzymać i także uśmiechnęłam się pod nosem. Poszło o wiele lepiej, niż myślałam. Ale to nie znaczy, że mam teraz spocząć na laurach. To dopiero początek długiej drogi-pomyślałam, po czym schyliłam głowę i zaczęłam grzebać kopytem w śniegopodobnej, rozmokniętej brei, w poszukiwaniu być może czegoś nadającego się do jedzenia.
~*~
-No proszę, zostańmy jeszcze trochę!-zawołała Risa. Ona i Virginia nie chciały zbytnio wracać z powrotem do klanu, w przeciwieństwie do Arrowa, który miał już zdecydowanie dość tego, jak siostry mu cały czas dokuczały. Kilka razy zwróciłam im uwagę, ale nie interweniowałam za bardzo. Według mnie, jeśli on kiedykolwiek ma zmężnieć, to na pewno nie wtedy, kiedy ja będę cały czas wokół niego skakać. Albo uodporni się na kpiny i wyzwiska, albo ja ukróci, albo się podda. Jeśli wybierze tę trzecią opcję, to...no cóż, dwoje dzieci wyszło mi całkiem nieźle, więc jedna pomyłka niczego aż tak bardzo nie zmieni.
-Nie. Wracamy do domu. Już niedługo zacznie się ściemniać, a wtedy nie można przebywać poza klanem. Chyba, że chce się skończyć jako czyjś obiad. To też zapamiętajcie-odparłam. Naprawdę przerażało mnie to, jak wielu rzeczy musiałam ich nauczyć. Później źrebaki już posłusznie poszły za mną, aż w końcu dotarliśmy z powrotem na teren postoju klanu. Pozwoliłam jeszcze na chwilę swoim dzieciom iść się pobawić. W pewnym momencie zauważyłam jednak, że Risa i Virginia znowu dokuczają Arrow'owi. Tym razem jednak nie mogłam przejść obok tego aż tak obojętnie. Ja swojej metodzie wychowawczej nie miałam nic do zarzucenia, niestety domyślałam się, że pozostałe konie nieco inaczej zapewne zapatrywały się na coś takiego.
-Risa, Virginia, zostawcie brata. Nie śmiejcie się z niego-powiedziałam, podchodząc do swoich dzieci.
-Ale dlaczego?-zapytała zaskoczona klaczka. Virginia z kolei tylko popatrzyła na mnie, po czym odciągnęła od nas siostrę.
-Bo tak chyba nie można, Ris-powiedziała.
-A ciebie co nagle ugryzło?!-zdziwiła się klaczka.
-Nic. Chodźmy lepiej pobawić się gdzieś indziej-odparła Virginia.
-Nie tak szybko. Najpierw przeproście brata-powiedziałam. Risa i Arrow popatrzyli na mnie zaskoczeni.
-Przepraszamy cię, Arrow-powiedziała Virginia. Ogierek spojrzał na nią zdziwiony.
-N-nic się nie stało-odparł niepewnie.
-Dobrze więc. A teraz chodźmy, czas uszykować się do snu-powiedziałam.
~*~
-Właściwie to dlaczego oni są źli?-zapytała Virginia. Obecnie znajdowałyśmy się w jakiejś jaskini. Od naszej ostatniej rozmowy minęła ponad doba. Tym razem postój mieliśmy w miejscu, gdzie udało mi się znaleźć małą jaskinię i postanowiłam wykorzystać ją, aby nieco odpocząć. Arrow gdzieś zniknął, a Risa skubała trawę na zewnątrz.
-Dowodził nimi bezwzględny morderca. A teraz władcą jest jego syn, zapewne tak samo pełen ślepej nienawiści i chęci do przemocy, jak jego ojciec. Tutaj w grę wchodzi ogromne cierpienie. I polityka. A ty jesteś trochę za młoda, aby to zrozumieć. Musisz jednak mieć się na baczności. Nigdy, przenigdy nie daj się zwieść. Właściwie to...opowiem ci pewną historię-powiedziałam. Klaczka popatrzyła na mnie z uwagą.-Klan Mroźnej Duszy wywołał wojnę z pewnym stadem. Stadem Hańby. I w czasie tej wojny prawdopodobnie zginęła moja matka, chcąc uratować mnie i moją siostrę. Ona także zmarła, zabita przez członków Klanu Mroźnej Duszy. To straszna, makabryczna opowieść. Być może trochę cię wystraszyłam...
-Nie. Wcale nie. To jest bardzo ciekawe-odparła Virginia. Popatrzyłam na nią z zaskoczeniem. Myślałam, że jest do mnie podobna. Ale ja zdecydowanie nie byłam taka w jej wieku. Byłam bardziej jak Arrow i zmieniłam się dopiero później. Oby tylko ona nie przeszła tej drogi na odwrót i nie stała się w przyszłości zbyt cicha, niepewna albo strachliwa-pomyślałam.
-Klan Mroźnej Duszy ma na swoim koncie wiele oszustw. Ja sama także zapewne o wiele nie wiem-powiedziałam. Virginia cały czas w skupieniu słuchała tego, co mówiłam.-Virginia, chciałabym, abyś coś zrozumiała. Jesteś wyjątkowa, bo, nie licząc mnie, tylko ty znasz prawdę. I ty ją rozumiesz. Nie wszystko jeszcze wiesz, ale masz już podstawy-powiedziałam. Potem już umilkłam, gdyż usłyszałam jakieś hałasy dochodzące z zewnątrz. Po chwili do środka wbiegła Risa.
-Mamo, jakaś...klacz chce z tobą porozmawiać. Bo coś się stało z Arrow'em-powiedziała. Spojrzałam na nią zaskoczona, po czym wstałam.
-Zaprowadź mnie do tej klaczy-powiedziałam. Virginia oczywiście, zaciekawiona, ruszyła razem z nami. Klaczka zaprowadziła mnie przed oblicze Mondream, jednej z medyczek.
-Co się stało?-spytałam, widząc ją, przejętą i pochylającą się nad moim synem.
-Cóż, Arrow się przewrócił i...wezwano mnie. Pozwoliłam sobie go zbadać i dowiedziałam się, że on...
-Nie jest w pełni sprawny-dokończyłam za klacz. Ta spojrzała na mnie z powagą.
-Dokładnie-powiedziała.
-Ma tak od urodzenia-odparłam. Klacz westchnęła.
-Domyśliłam się. Może porozmawiamy w innym miejscu?-spytała Mondream. W odpowiedzi kazałam całej trójce wrócić do jaskini, którą wybrałam na nasze lokum tej nocy. Domyśliłam się, że klacz chce jeszcze porozmawiać ze mną o moim synu.
-A więc? Co się stało?-zapytałam.
-Widzisz, nie wiem niestety, jak nazywa się choroba, na który chory jest Arrow. I nie mam pojęcia, czy to się da jakoś wyleczyć. Ale obawiam się jednocześnie, czy ta przypadłość nie będzie się z wiekiem...pogarszać-wyjaśniła medyczka.
-Nie rozumiem-powiedziałam. Tak naprawdę domyślałam się, o co chodzi klaczy, jednak pragnęłam skłonić ją, aby opowiedziała coś więcej.
-Możliwe, że kiedyś chodzenie stanie się dla niego w ogóle niemożliwe, a wtedy...
-Wiem, co się wtedy stanie. I naprawdę nie można nic na to poradzić?-spytałam.
-Jak już wspomniałam, ja nie znam lekarstwa. Ale może inni medycy. Postaram się czegoś na ten temat dowiedzieć-powiedziała klacz.
-Dobrze. Dobrze, dziękuję za informację. I za pomoc-powiedziałam. Następnie pożegnałam się z Mondream i udałam do miejsca spoczynku.
~Kilka dni później~
Z każdą chwilą przekonywałam się coraz bardziej, że Virginia przyszła na świat, aby zostać moim idealnym następcą. A Arrow...klaczka była ucieleśnieniem wszystkiego, czego potrzebowałam, pojętnym i oddanym uczniem. Miałam wrażenie, że bóg czy los postanowił ze mnie zadrwić. Dam ci jedno idealne dziecko, ale w zamian drugie będzie całe życie niepełnosprawne. Tak, na pewno ktoś właśnie tak zadecydował. Pozostali medycy także nie znali sposobu, aby pomóc Arrow'owi. I też byli zdania, że jego choroba może postępować, choć nie musi. Zdarzyć może się wszystko. Jestem wymagającą matką, ale nadal matką. Patrząc na Arrow'a, który właśnie pasł się nieopodal, odczuwałam jakiś żal, smutek. Było mi po prostu szkoda. Szkoda jego, mnie. Pomyślałam nawet, że powinnam zmienić swoje nastawienie do niego, ale po przemyśleniu tego zmieniłam zdanie. Jeśli Arrow przeżyje, to musi być silny. A jeśli choroba stanie się dla niego wyrokiem śmierci, też musi być silny-pomyślałam. Ponadto, jeśli chcę osiągnąć swój cel, muszę się skupić na czymś innym. Arrow ze swoją chorobą bardzo mocno krzyżował mi moje plany. Jednocześnie musiałam być w stosunku do całej trójki wymagająca, aby odpowiednio ich wyszkolić, ale też powinnam okazywać mu szczególną troskę, aby nikt nie nabrał żadnych podejrzeń w stosunku co do mojego zdania i zamiarów. Jednak, jak wspomniałam, nie uważam, żeby nadmierna troska, opieka i skakanie dookoła niego miałoby być dobrym rozwiązaniem. Samo wyszkolenie odpowiedniego następcy, ukształtowanie go i przekazanie mu całej potrzebnej wiedzy w odpowiedni sposób będzie niełatwym zadaniem, a co dopiero w połączeniu z opieką nad Arrow'em. Nie traciłam jednak nadziei. Nie mogłam się poddać, więc nie zostało mi nic innego, jak podjąć wyzwanie. Od samego początku wiedziałam, że bunt wobec systemu i władzy wiąże się z wyrzeczeniami i pewnymi trudnościami. A podjęcia się tego zadania wymagało ode mnie to, kim byłam. Założycielką frakcji Stado Hańby. Niestety, zdawałam sobie sprawę z tego, jak może być postrzegana ta nazwa. "Hańba" raczej nie kojarzy się zbyt dobrze. Ale ja planowałam to zmienić. To słowo powinno kojarzyć się z silnym, potężnym klanem koni, którym było prawdziwe Stado Hańby, zanim zostało pokonane przez ten Klan Mroźnej Duszy. Pokonane w bestialski sposób, na własnym terytorium. Krew mnie zalewa, kiedy pomyślę, jakich oni świętych czasem z siebie robią! Ojojaj, ktoś rości sobie prawa do naszych terenów! Straszne! Co z tego, że sami wybiliśmy całe stado, żeby powiększyć swoje własne terytorium. Całe, niewinne stado Wstrętni hipokryci-pomyślałam z niesmakiem. Moim zadaniem było doprowadzić do tego, aby Stado Hańby się odrodziło, odzyskało to, co do niego należy. Chwałę i szacunek. Oraz żeby wszyscy poznali prawdę o tej piekielnej wojnie, którą wywołał Klan Mroźnej Duszy. Chociaż, czego się spodziewać po stadzie, którego założycielem jest podstępny morderca-pomyślałam.

27.12.2018

Od Vayoli do Khairtai "Propozycja nie do odrzucenia (zaproszenie dla Khairtai)"

-To wina ludzi. Jakiś czas temu zostałyśmy razem z Mint przez nich porwane, przeprowadzali na nas różne eksperymenty. Był tam też pewien ogier i...no cóż, przez ludzi jakoś tak to się wszystko potoczyło-tak jak w przypadku Shiregt'a postanowiłam poczęstować moją siostrę częścią prawdy. Liczyłam też, że takie wyjaśnienie jej wystarczy.
-Ale jak to się stało? Zmusili cię do...? A może sama chciałaś?-zapytała klacz. Zdziwiła mnie jej bezpośredniość. Musiałam się dobrze, ale jednocześnie szybko zastanowić w którą stronę chcę dalej rozwijać to kłamstwo. Chociaż już po chwili wiedziałam, jak to wyjaśnię.
-Nie chciałam. Ale ludzie chcieli. I ten ogier. A choć uważam, że nie należę do najsłabszych, on był silniejszy-odparłam, siląc się na jak najbardziej smutny ton. Za wszelką cenę chciałam, aby moja opowieść wydała się jej autentyczna. Może to nieładnie oszukiwać własną siostrę, ale od dawna nie miałam już do niej takiego zaufania jak w dzieciństwie.
-Rozumiem. Szkoda tylko, że sprowadziłaś je tutaj-odparła, wskazując łbem trójkę bawiących się w pobliżu źrebiąt.-Będę musiały żyć wśród tych kłamców, oszustów, morderców i zdrajców!-dodała, a jej głosie nie było słychać nic oprócz czystej nienawiści, co od razu mnie zainteresowało.
-Co masz na myśli?-spytałam.
-Przez nich straciliśmy wszystko. Yatgaar nie uratowała naszej matki...to tak, jakby ją zabiła!-zawołała Khairtai. Rozejrzałam się z niepokojem wokół, ale na szczęście wszyscy byli od nas nieco oddaleni i nikt chyba nie słyszał słów mojej siostry.
-Co powiesz na to, żeby więcej o tym pomówić? Ale nie tutaj, to nieodpowiednie miejsce-odparłam. Klacz spojrzała na mnie, a w jej oczach oprócz nienawiści dostrzegłam też odrobinę ciekawości.
-Brzmi interesująco-powiedziała. Podałam jej więc szczegóły dotyczące naszego spotkania.
~Wieczorem~
Całej trójce źrebiąt kazałam w obecności niemal połowy klanu zacząć mnie błagać o wycieczkę nad jezioro. Kiedy dałam im znak, tak właśnie zrobili. Jako kochana matka, choć bardzo nie miałam na to ochoty, zgodziłam się, aby źrebięta miały trochę zabawy. Idealnie odegrały swoje role. W drodze nad jezioro kazałam im zawiadomić mnie, jeśli spotkaliby kogoś oprócz swojej ciotki, którą dziś mieli okazję poznać. Gdy przybyliśmy na miejsce. Khairtai już tam czekała. Kazałam źrebiętom się od nas oddalić i nie zwracać uwagi na naszą rozmowę.
-Po co je ze sobą zabrałaś?-zapytała moja siostra.
-Miałabym zostawić je same? Poza tym są moim alibi-odparłam. Khartai nie wydała się przekonana do moich słów, ale nic więcej na ten temat nie powiedziała.
-O czym chciałaś porozmawiać?-zapytała.
-Prawdę mówiąc, chciałam ci powiedzieć, że uważam podobnie jak ty. Klan Mroźnej Duszy to siedlisko zdrajców, oszustów i morderców. Ja mam jeszcze więcej powodów, aby tak sądzić. Yatgaar nie tylko jest odpowiedzialna za śmierć Valentii, która, jak wiesz, była moją przybraną matką. Khonkh dowodził klanem podczas jego wojny ze Stadem Hańby, a Yatgaar już wtedy pełniła w stadzie ważną funkcję. Założę się, że to ona stoi za wszystkimi strategiami, jakimi klan posługiwał się w czasie walk. Pewnie nawet zabiła najwięcej wrogów z wszystkich walczących...Klan Mroźnej Duszy już wcześniej pozbawił mnie rodziców i siostry. Gdyby nie oni, nie byłoby wojny ze Stadem Hańby. Nienawidzę ich tak samo jak ty, dlatego proponuję ci...-ściszyłam głos i pochyliłam się w stronę Khairtai. W końcu nawet otaczające nas drzewa mogły okazać się szpiegami.-...dołączenie do pewnej frakcji-dodałam, po czym odsunęłam się nieznacznie, czekając na reakcję swojej siostry.
<Khairtai?>

26.12.2018

Od Vayoli do Vivian "Wybadać teren"

-To miłe, że tak się o mnie troszczysz-powiedziałam, posyłając klaczy przyjazny uśmiech.-A tak właściwie, co cię tak martwi?-dodałam.
-Mogłam się pospieszyć i wtedy może twoja rana nie byłaby tak poważna-wyjaśniła Vivian.
-Daj spokój. Niby jak miałaś się pospieszyć? Wyczarować kamień? Zresztą, spójrzmy na dobre strony tej sytuacji. Przynajmniej władca wysłał tam kogoś, aby sprawdził, czy nie ma inny pułapek-odparłam.
-Naprawdę?
-Tak, słyszałam, jak rozmawiał o tym z jakimś koniem-powiedziałam.
-To świetnie!-zawołała wyraźnie uradowana Vivian. Postanowiłam wykorzystać okazję, aby sprawdzić, czy nadawałaby się na członka frakcji. Musiałam wykorzystywać każdą okazję.
-Gdyby tylko wszystkie decyzje władców tego klanu był tak trafne-powiedziałam, po czym westchnęłam, aby dodać swojej wypowiedzi dramatyzmu.
-Nie rozumiem. O co ci chodzi?-zdziwiła się klacz.
-Prawda jest taka, że nie jestem przekonana co do nieomylności naszego władcy. A właściwie to nie tylko jego, ale i poprzednika Shiregt'a, Khonkha-zaczęłam, grzebiąc kopytem w ziemi. Chciałam, aby ta rozmowa wyglądała na zwykłą, koleżeńską pogawędkę, więc próbowałam odkopać sobie trochę czegoś, co nadawałoby się do zjedzenia. Na szczęście warstwa śniegu nie była jeszcze aż tak gruba, ale nie ułatwiał tego zadania zgromadzony pod nią lód. Tak jakby natura naumyślnie jednego dnia spowodowała ulewę, a drugiego obniżyła temperaturę i wywołała opady śniegu. Dzięki ci, matko naturo, która wiecznie dbasz o wszystkie swoje dzieci-pomyślałam z sarkazmem.
-Hmm...jestem w klanie od niedawna, ale...pewnie każdy popełnię błędy-odparła Vivian.
-Pewnie tak. Ale to nie usprawiedliwia bezpodstawnego okrucieństwa-powiedziałam. Klacz spojrzała na mnie, nie kryjąc zdziwienia.
-Nie lubię wojen. I nie uważam, że dobre było to, iż nasz klan stoczył ich już tak wiele. Myślę, że inne stada nie walczą tak często. Tylko coś w naszym klanie...albo w jego przywódcach musi sprawiać, że stale z kimś walczymy. Chociaż to tylko moje zdanie. Wierzę, że nasi władcy chcą dla nas jak najlepiej-ostatnie dwa zdania dodałam, aby nie wyjść na stuprocentową buntowniczkę. Nie chciałam nikogo niepokoić i robić wokół siebie szumu jakimiś wyssanymi z kopyta wieściami o zbrojnym powstaniu albo walce. Musiałam brzmieć jak członkini klanu, która jest wierna władcą, ale ma jedynie jakieś małe zarzuty w stosunku do nich.
<Vivian? Sorki, że dopiero teraz i że takie nijakie>

13.12.2018

Od Vayoli "Chcę żyć. Powrót egoistycznej duszy." Cz. III

-Więc czego właściwie chcesz?-zapytałam. Chciałam jak najszybciej wszystko załatwić. Źrebięta zdążyły się już ustawić za mną. Virginia patrzyła na przybyszkę z zaciekawieniem, Risa z mieszanką ciekawości i strachu, a Arrow jedynie z przerażeniem. Naavira zaśmiała się lekko i dźwięcznie. Jej śmiech, choć jak na śmiech przystało, powinien być wesoły i żywy, zdawał się sztuczny.
-Widzę, że masz już swoje pociechy-powiedziała klacz. Zbliżyła się do nas. Zatrzymała się obok mnie i chyliła łeb, aby bliżej przyjrzeć się źrebiętom. Risa i Arrow cofnęli się, ale Virginia stała w miejscu i przypatrywała się zjawie.
-Przejdź do rzeczy. Mówiłaś, że znasz sposób na rozwiązanie moich problemów.
-Tak mówiłam?-spytała. Rzuciła mi przy tym zdziwione spojrzenie.
-Tak-odparłam, nawet nie starając się ukrywać swojego zniecierpliwienia.
-Cóż, tak się składa, że właśnie zamierzam to zrobić. To pomoże i tobie, i mi-powiedziała, prostując się.
-Zatem objaśnij mi swoją propozycję.
Zarzuciłam lekko grzywą, aby odgarnąć ją z oczu. Klacz okrążyła mnie i stanęła naprzeciwko mojej osoby.
-Mi i paru innym duszom nie dane było powrócić do Zaświatów. Choć nie powinnam, bardzo się z tego powodu cieszę. Chcę żyć, aby móc korzystać w pełni z wszelkich przyjemności. Tam, gdzie nigdy nie dociera słońce, wszystko traci swój sens. Robisz coś, co zawsze lubiłaś, ale nie czujesz z tego przyjemności. Beznadzieja, nuda, bezsens, ple, ple, ple, pustka. Ja chcę żyć i korzystać w pełni z radości życia! Chcę znowu poczuć smak świeżej trawy, jeszcze raz zobaczyć ulubione kwiaty rosnące na łące, śnieg! Tęsknię nawet za mongolskimi ulewami, suszami, za wszystkim! Chcę znów być uwielbiania przez wszystkich, uwodzona, pożądana!-Naavira jakby wpadła w trans i zaczęła swój monolog.
-Ale jak zamierzasz wrócić do życia? I co ja mam z tym wspólnego?-zapytałam. Źrebaki milczały, przysłuchując się jedynie naszej rozmowie.
-Nie chcesz ich. A przynajmniej nie wszystkich. Uważasz, że tamte dwie mogłyby ci się przydać, ale nie on-mówiąc to, zjawa wskazała łbem na mojego syna. "Mojego syna"-chyba nigdy się do tych słów nie przyzwyczaję.
-Po co ci on?-spytałam.
-Życie składa się z duszy i ciała. Ja mam duszę, ale brak mi ciała. A on jest mały, ma słabą wolę. Z łatwością mogłabym je przejąć. Oczywiście to byłoby tymczasowe. Później poszukałabym sobie idealnego ciała-powiedziała zjawa. Zaczęłam się zastanawiać nad jej słowami.- Oczywiście jeśli pomożesz mi znaleźć i potem nowe "lokum" dla mojej duszy, będziesz mogła liczyć na moje wsparcie-dodała.
-Mówiłaś, że jesteś egoistyczną duszą. Dlaczego więc chcesz mi pomóc?-spytałam. Nie udało mi się ukryć swojej podejrzliwości.
-Nie robiłabym tego, gdyby to nie dało nic i mi. Myślisz, że dlaczego biorę tylko twojego syna? Mogłabym sprawić, że zniknie cała trójka twoich pociech, a to oznaczałoby utratę wszystkich trzech kłopotów jednocześnie-odparła Naavira, po czym uśmiechnęła się lekko.
-Mogę powiedzieć, że nie zgodzę się na twoje warunki, jeśli nie weźmiesz całej trójki-odparłam.
-Mogę powiedzieć, że tego nie zrobię, a wtedy ty będziesz nadal miała swoje trzy kłopoty-powiedziała klacz. Uśmiech nie schodził z jej pyska.
-A wtedy ty będziesz musiała poszukać innego ciała.
-Jakoś to zniosę-odparła zjawa, unosząc dumnie głowę. Następnie odwróciła się w stronę jeziora.-Zgadzasz się, czy mam już sobie iść?-zapytała.
-Najpierw odpowiesz mi na nieco inne pytanie-powiedziałam. Naavira spojrzała na mnie zaskoczona.- Czy Jezioro Uws jest jakimś przejściem do świata umarłych?-spytałam. Klacz ponownie zaśmiała się.
-Nie, przecież mówiłam ci, że tam na pewno nie chcę wracać-powiedziała, gdy już się uspokoiła.
-A więc czemu stamtąd przybyłaś? I, jak mniemam, tam odejdziesz, jeśli się nie zgodzę?-zapytałam.
-Et capit unda-odparła Naavira.- Woda daje życie i je odbiera-dodała, widząc moją zaskoczoną minę.-To znaczy tyle, że jest ona granicą między światem żywych, a umarłych. A On nie może tam przebywać-wyjaśniła.
-Jaki on?-zdziwiłam się.
-Nie on, ale On. Ale to nie dotyczy ciebie. On interesuje się tylko umarłymi, a raczej ich duszami. Teraz dość już tych pytań. Zgadzasz się, czy nie?-zapytała Naavira, przybierając poważny wyraz twarzy. Odwróciłam się i spojrzałam na Arrowa, stojącego na samym końcu milczącej gromadki. Pomyślałam o swoich planach. O frakcji, o trudnościach z nią, o celach i o przyszłości. Risa i Virginia mogłyby się jakoś przydać, ale nie ta kaleka. Nie on. A poświęcając jego, mogłabym nawet zyskać potężnego pomocnika z zaświatów.
-Zgadzam się-powiedziałam. Naavira uśmiechnęła się i odwróciła z powrotem w moją stronę. Po chwili jednak uśmiech spełzł z jej twarzy. Jej przerażony wzrok spoczął na czymś za mną. Odwróciłam się i ujrzałam...ciemność.
~*~
Przede mną nie było nic, za mną nic, obok mnie też nic. Tylko pustka. Nagle jednak poczułam jakiś zimny powiew. Przeszedł mnie dreszcz. Powietrze przede mną zaczęła dziwnie falować i po chwili znikąd pojawił się przede mną kary koń.
-Kim ty jesteś?!-zawołałam.
-Mam różne imiona. To zależy od miejsca i czasu. Można jednak uznać, że jestem wysłannikiem śmierć-odparł koń.
-Wysłannikiem śmierci?-zdziwiłam się.
-Lub strażnikiem dusz, jeśli wolisz.
-Gdzie jesteśmy? I dlaczego?-zapytałam, rozglądając się na boki. Chciałam dostrzec cokolwiek oprócz tej wszechobecnej pustki.
-Podczas Halloween niektóre dusze mogą wrócić do świata żywych...
-Niektóre? Od czego to zależy?-spytałam, spoglądając z powrotem na mojego rozmówcę.
-Od tego jakie prowadziły życie i czy są w świecie żywych rzeczy lub osoby, do których mimo upływu lat i własnej śmierci są przywiązani. Naavira, którą poznałaś, kochała czerpać z życia przyjemności. To jej zamiłowanie było tak silne, że pozwoliło jej wrócić do świata żywych. Jednakże ona i kilka innych dusz nie zdołało wrócić, a moim zadaniem jest je wszystkie odnaleźć i sprowadzić z powrotem do Terra Autem Mortis, czyli Krainy Śmierci. Z Naavirą miałem duży problem, bo dobrze się ukrywała. Używała na przykład wody. Jako wysłannik śmierci mogę przebywać i w świecie żywych i w świecie umarłych. Jednak woda...woda stanowi świat na ich pograniczu. Zaś granicę tę przekroczyć mogą tylko umarli-powiedział.
-Nie za bardzo to wszystko rozumiem-odparłam.
-I bardzo dobrze. Mors intelligere sicut mortuus est-powiedział mój rozmówca.- Śmierć rozumie tylko umarły. Więc lepiej, żebyś nie zrozumiała jej w pełni za wcześnie-dodał.
-Dobrze zatem, ale nadal nie rozumiem, gdzie ja jestem i dlaczego? Co to wszystko ma ze mną wspólnego?-zapytałam.
-Naavira, jak już wspomniałem, nie chciała wracać. Jednakże gdy wyszła z wody, mogłem schwytać jej duszę i sprowadzić ją z powrotem do świata umarłych. Dlatego tak się mnie wystraszyła. I, aby mi to uniemożliwić, próbuje przejąć twoje ciało-odparł koń.
-Moje ciała?!-przeraziłam się.
-Tak. Twoje źrebięta...są jeszcze za młode. Śmierć nie zdążyła ich jeszcze ani trochę doświadczyć. Nie wiedzą, czym jest, nie były świadkami niczyjego odejścia. Dlatego też duszy kogoś nieżyjącego trudniej byłoby szybko przejąć ich ciało. Gdyby Naavira chciała to zrobić, nie zdążyła by w pełni przejąć kontroli nad ciałem, gdyż ja miałbym możliwość ją unieszkodliwić. Źrebięta są jeszcze słabe, dlatego mogę dość mocno ingerować w takich sytuacjach. Ta zasada została ustanowiona, aby zabezpieczyć życie przed śmiercią. Jednak ty...Naavira nie przejęła jeszcze kontroli nad twoim ciałem, ale ja nie mogę jej tego uniemożliwić. Tylko ty możesz to zrobić. Jeśli ci się nie uda, ona zdominuje twoją wolną wolę i przejmie kontrolę nad ciałem. Nigdy jej nie odzyskasz, aż do śmierci. Ponieważ jednak zostaniesz pozbawiona własnego ciała za życia, nie trafisz tam, gdzie inne dusze. Spędzisz wieczność w Nicości. To wnętrze twojego umysłu. Najskrytsze, najbardziej skrywanie przed światem. W porównaniu z Nicością jest jak łąka pełna kwiatów i zielonej trawy-powiedział koń, po czym nagle zniknął. Znowu zostałam sama. W mojej głowie kłębiło się mnóstwo myśli. Jak mam ją powstrzymać? Co to ma znaczyć? I po co w ogóle tutaj przyszłam? Nagle usłyszałam śmiech, dochodzący jednocześnie znikąd i z każdej strony. Rozpoznałam ten głos.
-Naavira, zostaw mnie w spokoju!-zawołałam.
-A jeśli nie? Co mi zrobisz? Nic!-ponowne usłyszałam śmiech.
-Nie pozwolę ci przejąć nad sobą kontroli!-krzyknęłam.
-Akurat. Złamię twoją wole i będziesz moja. Już po tobie-Naavira ponownie się zaśmiała, a ja poczułam się, jakbym gdzieś leciała. Po chwili przed moimi oczami pojawiło się dawne zapomniane przeze mnie wspomnienie. Moja matka tuli najpierw moją siostrę, potem mnie, aż nagle docierają do nas odgłosy walki. W tej samej chwili klacz odwraca się i ucieka. Mała ja staram się podnieść i biec za matką, ale nie wychodzi mi to. Nagle obraz się zmienia. Widzę Kirka i Vayolę, przedstawiają mi moją nową siostrę, Khairtai.
-Szkoda, że kochali ją bardziej od ciebie-odezwała się Naavira.
-Zamknij się i zostaw mnie!-zawołałam. Odpowiedziała mi jednak cisza. Potem pojawił się obraz mojej rozmowy z tamtym koniem...Później znowu moja rodzina, jakiś rodzinny spacer.
-Jak piąte koło u wozu-odezwała się ponownie Naavira, kiedy obraz zmienił się na jedną ze scen zabaw z mojego dzieciństwa.-Też bym nie chciała bawić się z kimś takim jak ty-dodała.
-Naavira, jeśli przejmiesz nade mną kontrolę, trafię do Nicości!-zawołałam.
-I? Nie obchodzi mnie, co się z tobą stanie. Ja chcę wrócić do życia-odparła zjawa. Potem znowu przed moimi oczyma pojawiło się kilka obrazów. Niektóre z nich przedstawiały moje wspomnienia zupełnie inaczej, niż je zapamiętałam. Domyśliłam się, że Naavira je zmianiała, aby łatwiej mnie złamać. Poczułam wściekłość. Najpierw odebrani mi szansę na normalny, szczęśliwy dom, z własną rodziną, potem miałam same trudności ze swoją frakcją, a teraz mam tak skończyć?! O nie! Nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, NIE! Nagle coś się zaczęło dziać. Poczułam, że wszystko wokół mnie jednocześnie wiruje, spada, rośnie i znika. Do moich uszu dotarł dziki wrzask Naaviry.
-Nieeeeee! Czemu masz jeszcze tyle siły?! Tyle własnej woli?! Jesteś nikim! NIKIM! Twoje ciało należy do mnie!-wołała.
-Mylisz się. To ty jesteś nikim! I trafisz tam, gdzie twoje miejsce!-zawołałam.
-Nie ma mowy! Nie wrócę tam! Nie oddam życia tak łatwo! Nie tym razem!
-Niestety, moja kochana, ale o tym ciele i jego życiu decyduję ja-powiedziałam z niemal stoickim spokojem. Poczułam się, jakby to wszystko wokół mnie nie działo się naprawdę. Jednocześnie czułam w sobie wielką moc. Mogłam wszystko.
~*~
Po chwili ocknęłam się w tym samym miejscu nad Jeziorem Uws. Naaviry nigdzie nie było widać. Obejrzałam się za siebie, ale zobaczyłam tylko trzy wpatrujące się we mnie z ciekawością i lekkim strachem głowy.
-Halo?! Naavira?! Tajemniczy wysłanniku śmierci?!-zawołałam, ale nikt mi nie odpowiedział. Uznałam więc, że mój były rozmówca musiał wypełnić swoje zadanie.
-Dzieci, ruszamy-powiedziałam, po czym zaczęłam iść.
-A dokąd, mamo?-zapytała Virginia.
-Do naszego klanu-odparłam.-Arrow, pośpiesz się. Nie zamierzam na ciebie czekać-dodałam, odwracając się w kierunku swojego syna. Chwilę później jednak ruszyłam w dalszą drogę.
KONIEC

9.12.2018

Vayola się oźrebiła!

Vayola, po niefortunnej przygodzie z ludźmi, doczekała się trójki pociech! Gratulujemy!
 
Virginia
 
Risa
 
Arrow


9.12.2018

Od Vayoli- "Narodziny trzech kłopotów. Powrót egoistycznej duszy." Cz. II

Oczywiście wystarczyło chwilę pomyśleć, żeby zagadkę rozwiązać. Chodziło o spotkanie się nad brzegiem jeziora. Wróciłam do klanu, nie zauważając nikogo po drodze. Zasnęłam i obudziłam się dopiero koło południa. Mimo to i tak byłam zmęczona. Zupełnie nie rozumiem, jak jakakolwiek klacz może z własnej woli chcieć mieć źrebaki-pomyślałam. Miałam już dość tej całej ciąży i chciałam, żeby to wszystko się skończyło. Zjadłam śniadanie (a uwzględniwszy porę dnia to prędzej obiad), po czym, ku mojemu zdziwieniu, dołączyła do mnie Khairtai.
-Cześć. Chciałam się zapytać, czy wszystko z tobą ok?-zapytała moja siostra.
-Cześć, cześć. Oczywiście, że tak, o co ci chodzi?-zapytałam lekko zaniepokojona.
-Wiesz...ostatnio zachowujesz się trochę inaczej i...jakby to ująć...przytyłaś-odparła klacz.
-Jest lato, mamy mnóstwo pożywienia. Wszyscy są teraz lepiej odżywieni niż zimą-odparłam, siląc się na obojętny ton. Oby tylko Khairtai nic nie zaczęła podejrzewać.
-No tak, ale...zapytam wprost, czy ty nie jesteś w ciąży?
-Ja? Niby z kim?-zawołałam ze zdziwieniem.
-Nie mnie to wiedzieć-odparła klacz.
-Coś sobie chyba znowu uroiłaś-powiedziałam.
-Czyli nie jesteś?-zapytała moja siostra. Kurczę, to jest chyba dobry moment, żeby jakoś na to przygotować przynajmniej ją...bo nie oszukujmy się, nie wmówię wszystkim, że znalazłam gdzieś jakieś źrebię i wspaniałomyślnie postanowiłam je adoptować, zwłaszcza, że będzie do mnie zapewne bardzo podobne-pomyślałam. Jednakże w tej samej chwili dołączył do nas Shiregt. Przywitał się, po czym zadał pytanie o samopoczucie.
-Jak się macie? Mam nadzieję, że wszystko w porządku-powiedział ogier. Spojrzał przy tym najpierw na moją siostrę, potem na mnie. Ja zaś miałam wrażenie, że patrzył na mnie trochę zbyt długo...Czy on może coś podejrzewać? STOP, Vayola! Przestań tak myśleć-zganiłam samą siebie w myślach. Porozmawiałam chwilę z nimi, a potem wymigałam się, tłumacząc się zmęczeniem. Resztę dnia spędziłam wykonując obowiązku czujki. Wieczorem poskubałam jeszcze trochę trawę. Kiedy konie po kolei zapadały w sen, ja kręciłam się niespokojnie po okolicy. W końcu jednak musiała udać, że i ja zasnęłam, aby nie wzbudzić niczyich podejrzeń. Było to niesamowicie trudne, bo przez zdenerwowanie ledwo byłam w stanie wystać w miejscu. W końcu jednak wszystkie konie zasnęły i nadeszła odpowiednia pora, aby udać się nad jezioro. Otaczał mnie nieprzenikniony mrok, jednak nie robił już na mnie takiego wrażenia jak kiedyś. Można powiedzieć, że teraz stałam się niemal zwierzęciem nocnym, w końcu tak często musiałam coś załatwiać pod osłoną nocnej ciemności. Co jakiś czas dało się słyszeć jakieś pohukiwania, a raz nawet echo rozniosło po okolicy pojedyncze, długie wilcze wycie, które jednak dochodziło z daleka. Niewykluczone, że innych wszystko to przerażało, ale nie mnie. W każdym razie już nie. Dotarłam na miejsca, jak mi się wydawało, na czas. Chwilę pokręciłam się po brzegu jeziora, czekając na Naavirę. Ona niestety nie pojawiała się. Na początku tłumaczyłam to tym, że ma na pewno jeszcze czas. Jednak po dłuższym oczekiwaniu zaczęłam się mocno niecierpliwić, a w końcu i denerwować. Zjawa nadal się nie pojawiała. Nagle jednak poczułam skurcz w dolnej części brzucha. Na początku wzięłam to za coś niegroźnego, ale kiedy zaczęły się coraz częściej powtarzać, wiedziałam już, co się dzieje. Oddaliłam się nieco od wody w poszukiwaniu wygodnego i bezpiecznego miejsca. Następnie położyłam się na ziemi. Skurcze nie ustępowały, a jedynie przybierały na sile. W końcu wydałam na ten świat jednego źrebaka. Uniosłam się lekko, szykując się do wstania. Ból jednak ani trochę nie zmalał. Musiałam znowu się położyć. Już po chwili pojawiło się drugie źrebię. Chcąc nie chcąc musiałam zrobić to, co do matki należy. Przyciągnęłam do siebie jakoś pierwsze źrebię i zaczęłam je czyścić. W tej samej chwili przez moje ciało przeszła kolejna fala skurczów. Po krótkim czasie urodziłam trzecie źrebię. To jakiś żart! Żeby mieć dwójkę, to musi być niesamowite szczęście (w moim przypadku pech), a co dopiero trójkę!-pomyślałam. Ku mojemu zdziwieniu, pierwsze źrebię już zaczęło się podnosić. Ani razu się nawet nie zachwiało. Drugie chciało iść w jego ślady, ale dwa razy przewróciło się i w konsekwencji nie dało rady samo ustać. W końcu i ja, po dłuższej chwili zdołałam się podnieść. W tym czasie pierwsze źrebię zrobiło już kilka ślamazarnych kroków, a drugie zdołała stanąć na nogach, choć kiedy próbowało zacząć chodzić, natychmiast się przewróciło. Zaniepokoiło mnie jednak, że trzecie właściwie nie dawało oznak życia. Kiedy się nad nim pochyliłam, zauważyłam jedynie, że oddycha. Zniżyłam głowę, aby lepiej się mu przejrzeć, ale po chwili podniosłam ją, zaskoczona. Pierwsze źrebię postanowiło zaspokoić swój głód. Cóż miałam zrobić? Musiałam mu pozwolić. Skupiłam się jednak z powrotem na nadal nieporuszającej się istocie. Trąciłam ją lekko pyskiem. To poskutkowało. Źrebię uniosło główkę i zaczęło się dookoła rozglądać. Po chwili jego wzrok spoczął na mnie. Zaczęło próbować wstać, ale niemal natychmiast się przewróciło. Nie przejęłam się tym, w końcu chyba zawsze potrzeba co najmniej kilku prób. Pierwsze źrebię zdążyło zaś już się najeść i oddało swoje miejsce drugiemu.
-Ok, czas najwyższy nadać wam jakieś imiona. Ty będziesz Virginia, ty Risa, a ty Arrow-na koniec spojrzałam jeszcze raz na swoje najmłodsze dziecko. Nadal nie było w stanie wstać. Postanowiłąm więc mu pomóc. Kiedy jednak Arrow stanął na swoich nogach, niemal natychmiast się przewrócił. Tak samo było za drugim, trzecim, a nawet siódmym razem. Teraz już byłam pewna, że coś tu jest nie tak. Kiedy mu się dokładniej przyjrzałam spostrzegłam, że jego przednia prawa noga jest nieco krótsza od pozostałych. Zaniepokoiło mnie, ale nie mogłam zrobić nic innego jak dalej starać się pomóc mu ustać. W końcu za którąś próbą to się udało. Jego siostry stawiały już pewne kroki, a nawet zaczynały trochę mówić. Na początku powtarzały tylko nawzajem swoje imiona i słowo "mama". Kiedy jednak Arrow zrobił krok, ponownie się przewrócił. Stwierdziłam, że koniec tego dobrego. Albo wstaje sam, albo trudno. Słabe jednostki muszą odpaść, tak działa natura-pomyślałam, robiąc kilka kroków w stronę jeziora. Virginia i Risa podążyły za mną.
-Mamo, zaczekaj!-zawołał Arrow.
-To wstawaj i chodź za mną-odparłam. Po chwili ogierkowi udało się stanąć samemu na własnych nogach. Zrobił kilka kroków, po czym znowu się przewrócił. Westchnęłam z rezygnacją. Poruszał się inaczej, niż powinien. Bardziej niepewnie i nieporadnie niż jego siostry. A to mogło jedynie znaczyć, że to nie koniec moich problemów z nim. Przeszło mi przez myśl, czy by go nie zostawić albo jeszcze lepiej, utopić. W końcu Virginia i Risa mogłyby mi się kiedyś do czegoś przydać, jako moje następczynie, ale on? Kaleka?-myślałam. Arrow znowu się podniósł i zaczął iść w moją stronę. Ja także zrobiłam kilka kroków do niego, samemu nawet nie znając swoich rozmiarów. W tej samej chwili ciemność rozświetlona została przez dziwną jasność. Odwróciłam się i ujrzałam wychodzącą z Jeziora Uws Naavirę. Widok był dość dziwny, bo normalnie w miejscu, gdzie ktoś znajdował się w wodzie, falowałaby ona. Jednak w tym przypadku, mimo wykonywanych przez klacz ruchów, woda pozostawała nieruchoma.

9.12.2018

Od Vayoli "Rozwiązanie twoich problemów. Powrót egoistycznej duszy." Cz.I

Skończyłam właśnie krótką pogawędkę ze Spear'em. Potem okrężną drogą skierowałam się w stronę klanu. Myślałam głównie nad tym, jak poradzić sobie z innym problemem, który, ku mojej rozpaczy, stał się niezwykle realny. Mianowicie, ja naprawdę jednak byłam w ciąży, w co przez bardzo długi czas nie chciałam wierzyć, ale nie można bez końca zaprzeczać faktom. Ludzie swoimi głupimi eksperymentami zupełnie popsuli mi szyki. Nie miałam teraz ani ochoty, ani czasu na zabawę w mamę, a i jeszcze musiałam jakoś wytłumaczyć fakt posiadania źrebaka. Mogłabym powiedzieć, że go adoptowałam, ale, jeśli będzie ono do mnie niesamowicie podobne? Zresztą, kogo jak nie mnie ma przypominać, skoro ojca nie ma? Dlatego właśnie miałam poważny problem.
-Myślę, że znalazłabym jakieś rozwiązanie-usłyszałam czyjś głos. Rozejrzałam się niespokojnie wokoło. Na kogo miałabym trafić w lesie w środku nocy? I czy ta osoba jest dla mnie niebezpieczna? Mogła widzieć jak rozmawiam ze Spear'em-pomyślałam zaniepokojona.
-Nie miej obaw. Nie interesują mnie stosunki między wami. Ten ogier i twoja frakcja są dla mnie niczym. Chcę czegoś innego-powiedział, a raczej powiedziała nieznana mi osoba. Po chwili ją ujrzałam. Pojawiła się tuż przede mną. Była to klacz o wręcz nienaturalnie białej maści i grzywie. Dodatkowo biło od niej dziwne światło.
-Kim jesteś?-zapytałam. Wiedziałam przy tym, że muszę się mieć na baczności.
-Za życia nazywali mnie Naavirą. Teraz jestem jedynie pokutującą duszą-odparła klacz.
-O czym ty mówisz?-nie kryłam swojego zdziwienia. Koń zaśmiał się lekko i dźwięcznie. Był to dziwny śmiech, ale nie da się opisać, co w nim było nie tak.
-Wybacz, za pewna sama zareagowałabym za życia podobnie. Możesz mi wierzyć lub nie, ale przybyłam tutaj z Krainy Zmarłych-powiedziała Naavira.
-Z Krainy Zmarłych?-powtórzyłam za nią.
-Dokładnie-odparła, po czym uśmiechnęła się wyniośle.
-Po co?-spytałam.
-Nie dziwi cię, że wygaduję takie rzeczy?-zdziwiła się klacz.
-Jak zdążyłam zauważyć, odgadujesz moje myśli, wyglądasz jak zjawa i już trzy razy przyznałaś mi się do tego, że nie żyjesz. Nie mówię, że ci wierzę, ale wiem, że na pewno nie jesteś zwykłym koniem-powiedziałam.
-Jesteś nawet bardziej spostrzegawcza, niż myślałam-odparła Naavira, po czym uśmiechnęła się.
-Zatem czego ode mnie chcesz?-zapytałam.
-Powiedzmy, że zamierzam ci wyświadczyć przysługę-odparła tajemniczym głosem moja rozmówczyni.
-Jaką przysługę?-zdziwiłam się, ale pozostałam czujna.
-Masz problemy. Ułożyłaś wielkie plany, ale trudno ci je spełnić. A teraz jeszcze jesteś w stanie błogosławionym. Nie masz lekko, ale ja mogę ci pomóc-powiedziała klacz.
-Jak? I przede wszystkim dlaczego chcesz to zrobić?-zapytałam.
-Mym głównym grzechem był i jest egoizm. Nie liczy się dla mnie nikt oprócz mnie. Byłam jedyną córką pary rządzącej pewnym nieistniejącym już klanem. Rodzice chcieli szybko znaleźć dla mnie partnera, gdyż ja sama nie miałam prawa przejąć po nich władzy. Mi jednak nie w głowie było szukanie miłości. Liczyłam się tylko ja i ja, bo tego właśnie nauczyli mnie rodzice-odparła Naavira.
-Zatem dlaczego zamierzasz mi pomóc?-zapytałam.
-Bo dzięki temu sama zyskam o wiele więcej niż ty. Żebyś mnie tylko źle nie zrozumiała. Ja rozwiążę twoje problemy, a w zamian po prostu odniosę dużo korzyści-wyjaśniła zjawa. W tej samej chwili usłyszałam czyjeś kroki. Zaczęłam się z niepokojem rozglądać na boki.
-Ktoś tu idzie-szepnęłam ze złością, chociaż sama nie wiedziałam, czy powiedziałam to bardziej do Naaviry czy do siebie.
-Wiem to. Dlatego powinnaś już wracać. Zjaw się jutro o północy, w miejscu, gdzie świecą dwa księżyce, spoglądając każdy w drugiego oblicze-powiedziała klacz, po czym zaśmiała się i zniknęła. Ja zaś jak najszybciej zawróciłam w stronę klanu, z dala od źródła wydawanego przez zbliżającą się osobę dźwięku. Nie chciałam, aby ktokolwiek mnie nakrył. Jednocześnie zaś byłam wściekła z kilku powodów. Denerwowało mnie, że ktoś przerwał moją rozmowę z rzekomym duchem, że owa zjawa tak łatwo odgadła wszystkie moje myśli i zamiary, że zachowywała się tak...tak...swobodnie, a przez to wręcz bezczelnie! Jakbym była dla niej nikim! Najbardziej zaś wkurzało mnie to, iż dobrze wiedziałam, że pójdę na to spotkanie. O ile wcześniej rozszyfruję tę głupią zagadkę, gdzie mam się dokładnie zjawić.

1.12.2018

Vayola zachodzi w ciążę!

W wyniku ludzkiego eksperymentu, opisanego w tym opowiadaniu, Vayola zaszła w ciążę, nie posiadając partnera. Serdecznie gratulujemy!
♠ Ojciec - Brak.
♠ Ilość źrebiąt: 3
♠ Data zajścia w ciążę: 02.12.2018 r.
♠ Planowana data porodu: 09.12.2018 r.

1.12.2018

Od Vayoli do Mint "Eksperymenty"

Na szczęście sprawa ze Spear'em poszła już w miarę sprawnie i nikt nas nie nakrył. Udało mi się go przekonać do swojej idei, choć byłam niesamowicie zdenerwowana faktem, że jak na razie tylko on jeden dołączył do mojej frakcji. Jak na razie został zwykłym członkiem, bo wolałam nie dawać mu jeszcze żadnego stanowiska. Z naszego spotkania wróciliśmy osobno, aby nikt nas nie zauważył. A jeśli tak by się stało, przekazałam ogierowi, jak ma się wytłumaczyć. W gruncie rzeczy chciałam, aby powiedział coś podobnego co ja Mint, ponieważ brzmiało to w miarę wiarygodnie. Na szczęście po drodze żaden koń mnie nie zauważył. Kiedy wróciłam, zdecydowałam się udać choć na chwilę na spoczynek.
~Następnego dnia~
Pasłam się akurat z dala od naszego stada, dzięki czemu miałam masę soczyście zielonej trawy tylko dla siebie. Chociaż i tak latem nie ma na co narzekać, bo jedzenia jest pod dostatkiem. Wtem usłyszałam, że ktoś się do mnie zbliża. Podniosłam głowę i odwróciłam się, po czym ujrzałam Mint. Przywitałyśmy się, a potem ja powiedziałam coś o pogodzie, żeby między nami nie zapanowała niezręczna cisza.
-A tak właściwie, to co cię tu sprowadza?-zapytałam, kiedy już przedyskutowałyśmy nudny pogodowy temat i razem uznałyśmy, że w Mongolii lato potrafi być piękne, ale jednocześnie paskudne.
-Chciałam trochę pobyć z dala od wszystkich i pomyśleć nad tym i owym-odparła po chwili towarzysząca mi klacz.
-Czyli sprowadziły nas tutaj właściwie te same powody-odparłam z uśmiechem. Nim Mint zdołała cokolwiek odpowiedzieć, nasz spokój został nagle zakłócony i to nie przez byle kogo, tylko przez najpaskudniejsze istoty chodzące po tej ziemi, "władców świata", czyli ludzi. Pojawili się oni zupełnie bez uprzedzenia, jakby znikąd, wraz z innymi końmi, na których grzbietach siedzieli. Dla mnie to od zawsze był szczyt szczytów bezczelności. Jak można używać koni do walki z ich własnym gatunkiem? Albo do transportowania ludzi przez lasy, stepy i pustynie? Każdy koń lubi te miejsca, bo kojarzą mu się z wolnością. Właśnie, z WOLNOŚCIĄ, a nie z niewolnictwem, do którego ludzie zwykli nas zmuszać. Może dla odmiany to oni nas trochę powożą? I to tam, gdzie my chcemy, a nie oni-pomyślałam. Na początku ja i Mint byłyśmy zaskoczone, ale po chwili niemal jednocześnie odwróciłyśmy się, aby uciec. Nagle poczułam na swojej szyi sznur, który zacisnął się wokół niej, uniemożliwiając mi ucieczkę. Co prawda najpierw i tak próbowałam dalej uciekać, a kiedy to nie podziałało, odwróciłam się, gotowa do walki, nawet krwawej. Chciałam kopać, gryźć, robić wszystko, aby się uwolnić, ale ludzie zdołali mnie otoczyć i zarzucić na moją szyję więcej pętli. Przez to, kiedy biegłam w stronę jednego z nich, lina trzymana przez innego naciągała się i mi to uniemożliwiała. I tak za każdym razem. Musiałam szybko coś wymyślić, ale w mojej głowie nie pojawiało się żadne dobre wyjście z tej sytuacji. Po chwili odwróciłam głowę i zauważyłam, że Mint także nie udało się uciec. Klacz zaczęła głośno rżeć, a wtedy dotarło do mnie, że przecież nieopodal znajduje się nasze stado. Dołączyłam więc do niej, czując przy tym nowy napływ sił, ale nic to nie dało. Nikt nie przybył nam na ratunek. Zapewne nie zostałyśmy usłyszane. Walka i krzyki osłabiły nas obie na tyle, że nie miałyśmy już dłużej czasu walczyć. Musiałyśmy się poddać i iść z naszymi porywaczami. Droga była naprawdę długa, toteż kiedy tylko któraś z nas poczuła się choć odrobinę wypoczęta, zaczynała od nowa walkę, ale i tak na nic się to nie zdało. W międzyczasie rozglądałam się, chcąc zapamiętać jak najwięcej szczegółów, aby potem potrafić wrócić do klanu. Po jakimś czasie dotarliśmy do miejsca, gdzie znajdowało się wiele budynków, jednak nie zdążyłam im się dokładniej przyjrzeć, gdyż wkrótce zamknięto mnie i Mint w jednym z nich w jakichś dziwnych, małych pomieszczeniach wypełnionych słomą. Najgorsze było jednak to, że chociaż ja i Mint byłyśmy obok siebie, nie mogłyśmy się zobaczyć. Od razu zaczęłyśmy rozmawiać o tym, jak możemy stąd uciec.
-Stąd nie da się uciec. To nie jest możliwe-usłyszałam nagle jakiś głos. Jak się po chwili okazało, miałam także sąsiada po drugiej stronie. Sądząc po jego głosie, był to jakiś ogier.
-Skąd wiesz?-spytałam, przybliżając się do przeciwległej ściany. Mint zapewne nadstawiła uszu, aby wszystko dokładnie usłyszeć.
-Bo wiele razy próbowałem. Trafiłem tutaj za młodu, ale nigdy nie udało mi się stąd uwolnić-odparł mój rozmówca.
-Jesteś tutaj sam?-zapytałam, dziwiąc się, że nie ma tutaj więcej koni.
-Co jakiś czas trafiają tu nowe konie, ale szybko odchodzą-wyjaśnił ogier.
-Odchodzą? Dokąd?-zapytałam, jednocześnie zaciekawiona, ale głównie zaniepokojona tonem głosu, jakim mój rozmówca wypowiedział to zdanie.
-Po prostu umierają. Ludzie prowadzą tutaj na nich przeróżne naprawdę paskudne eksperymenty-odparł koń.
-Ale powiedziałeś, że trafiłeś tutaj "za młodu". Czyli jesteś tutaj dłuższy czas? Jak więc udało ci się przeżyć, skoro twierdzisz, że innym się tak nie poszczęściło?-zadałam kolejnych kilka pytań. Chciałam wyciągnąć z ogiera jak najwięcej przydatnych w ucieczce informacji.
-Trafiłem tutaj jakieś dziesięć lat temu, a może i więcej. Nie pamiętam dokładnie, bo po jakimś czasie czas przestał mieć dla mnie znaczenie. Mniej więcej wtedy, kiedy zrozumiałem, że naprawdę nie uda mi się stąd uciec. W każdym razie, wtedy jeszcze ich eksperymenty nie były dla nas, koni, a także dla innych zwierząt, tak bardzo niebezpieczne. Po jakimś czasie wszczepili mi jakąś dziwną substancję. Mówili przy tym, że muszą zaniechać innych eksperymentów, bo źle to wpłynie na wyniki. Od tego czasu na mnie już nic więcej nie sprawdzają, tylko mnie...badają-wyjaśnił mi koń.
-A co ci wszczepili?-zdziwiłam się ponownie, jednak głównie znowu zaniepokoiłam.
-Nie mam zielonego pojęcia. Wiem tylko, że po tym czasem mogę nawet nie jeść i nie spać przez tydzień i czuję się tak samo dobrze, jakbym właśnie najadł się świeżej trawy i porządnie wyspał. Może to tylko przyzwyczajenie stąd, bo czasem, kiedy chciałem uciec albo gdy później pragnąłem choć popatrzeć z daleka na step, mogłem nie jeść dzień czy dwa, a wtedy oni wypuszczali mnie na łąkę. A ponadto kiedy nie można w pełni cieszyć się wolnością, tylko żyje się na łasce ludzi, można nawet zapomnieć, co to znaczy zmęczenie, bo tutaj życie ogranicza się jedynie do eksperymentów, badań i ewentualnych wycieczek na ich łąkę-odparł ogier.
-Łąkę? A więc można tam trafić i jest jakiś sposób, aby z niej uciec?-zapytałam, licząc na to, że uda mi się wymyślić jakiś plan.
-Kiedyś był, ale, jak się okazało, nieskuteczny. Ale teraz nie ma nawet o czym marzyć. Jest ogrodzona z każdej strony, a co kawałek pilnuje jej jakiś człowiek.
-Nieźle to sobie wykombinowali-odparłam po chwili namysłu.-Jak masz właściwie na imię?-dodałam.
-Kiedy byłem jeszcze wolnym koniem, zwali mnie Assaran. Tutaj zaś mówią na mnie "obiekt 1" lub Eldir-odparł koń. Już chciałam przedstawić mu siebie i Mint, ale mi przerwał:
-Nie kłopocz się z podawaniem mi swojego imienia i swojej towarzyszki. Za dużo już ich tutaj poznałem, a wy pewnie i tak długo nie pożyjecie.
-Możesz się jeszcze zdziwić-odparłam, po czym odeszłam, aby spytać się Mint, co dokładnie usłyszała, podzielić się z nią przemyśleniami i przedyskutować wszystko.
~Następnego dnia~
Z samego rana wyprowadzono nas razem na łąkę, która faktycznie wyglądała dość...dziwacznie. Dookoła wznosił się wysoki, na oko dwumetrowy płot, a jeśli gdzieś znajdowała się jakaś mała dziura, widać było przez nią kręcących się w pobliżu ludzi. Assaran alias Eldir nie towarzyszył nam. Kiedy jednak przyszli po nas ludzie, jego już nie było. Ciekawiło mnie, gdzie jest i co robi, ale bardziej jeszcze interesowałam się tym, gdzie ja powinnam być. Na pewno nie tutaj. Razem z Mint uznałyśmy, że najlepiej będzie na razie wykonywać rozkazy ludzi, o ile będą one dla nas wykonalne i względnie bezpieczne. W ten sposób uda nam się poznać ich zwyczaje, słabości, a także uśpić czujność. Pojadłyśmy nieco trawy. Popołudniu zostałyśmy z powrotem zaprowadzone do naszych więzień. Assarana nadal nie było.
-Ciężko będzie się stąd wyrwać-powiedziała Mint.
-Fakt. Wszystko tutaj jest sprawdzane, pilnowane...ale musi istnieć jakiś sposób-odparłam.
-Tylko że jak dotąd nikomu się nie udało-powiedziała klacz.
-Nie należy bezkrytycznie wierzyć koniowi, którego za dobrze się nie zna-odparłam.
-A po co tamten ogier miałby kłamać?
-Nie wiem. Ale mimo wszystko nie możemy się poddać. Musimy spróbować-powiedziałam. Po około godzinie ludzie przyprowadzili Assarana.
-Teraz zajmijmy się obiektem numer 856 i 857-odezwał się jeden z nich. 865? 8657? Nie ma co, przewinęło się przez to miejsce naprawdę wiele koni-pomyślałam. Nim zdążyłam się zorientować, ludzie wsunęli do mojej "celi" metalowy kij zakończony strzykawką, którą mi wbili, nim zdążyłam zareagować. W ten sposób coś mi wstrzyknęli, a ja nie miałam pojęcia co. Czułam jedynie, jak coś zimnego rozchodzi się po moich żyłach. Byłam przerażona, ale postanowiłam nie dać tego po sobie poznać. Kiedy ludzie zniknęli, od razu zapytałam Mint, czy jej też coś wstrzyknęli.
-Tak-odparła klacz.
-Co to takiego?-zapytałam.
-Nie mam pojęcia, ale mam nadzieję, że nic złego-powiedziała Mint. Ja nawet nie miałam takich nadziei, ale postanowiłam nie dołować klaczy. Assaran także nie wiedział, co takiego mogli nam wstrzyknąć.
~Następnego dnia~
Nie spałam całą noc, ale rano i tak byłam wypoczęta. Kiedy zjawili się ludzie, zaczęli ze sobą głośno rozmawiać.
-Obiektowi 856 daliśmy E15, a 857 doostał nobis 17-powiedziała jedna z kobiet do towarzyszącego jej mężczyzny.
-Jak wyniki?-zapytał.
-Dziś dopiero w nocy towarzyszyć będzie im ktoś, kto to sprawdzi, bo wczoraj nikt nie był w stanie tego zrobić-odparła kobieta.
-Myślę, że to nie ma sensu. Nobis 17 możecie testować, ale przecież o E15 wiemy już dość wiele. Zamiast tego sprawdźcie Portero i Kordę. Możecie nawet dać to 856 razem-powiedział mężczyzna.
-Właściwie to nie mają w sobie niczego, co w połączeniu ze składnikiem drugiej z substancji dałoby jakiś niepożądany efekt, więc...dziś E15 powinno przestać działać, więc wieczorem podamy 856 te mikstury-odparła kobieta.
-Cieszę się. Teraz trzeba tu przysłać kogoś, kto je nakarmi. I weźmie Eldira na badania-powiedział mężczyzna. Po chwili ludzie wyszli.
-Rozumiesz, o czym oni mówili?-zapytała Mint.
-Nie, chociaż bardzo bym chciała-odparłam.
-Może ten cały Assaran będzie wiedział?-zapytała klacz.
-Wątpię w to, ale mogę spytać-powiedziałam. Ogier jednak powiedział mi to, co już wiem, czyli że po prostu na nas eksperymentują.
-Nie wygląda to za ciekawie-powiedziała Mint. W tej samej chwili wrócili ludzie, którzy ponownie zaprowadzili nas na tę ogrodzoną łąkę.
-Musimy coś zrobić-powiedziałam.
-Może spróbujemy uciec im, kiedy będą nas prowadzić?-zapytała klacz.
-Jest ich za dużo. I mają broń-odparłam. W tej samej chwili ludzie wrócili i zarzucili mi na szyję kilka pętli. Zaczęli mnie prowadzić w stronę naszego więzienia, ale Mint zostawili. Zauważyłam to po chwili i mocno się zaniepokoiłam. Przystanęłam, ale mocne pociągnięcie dało mi znać, że mam z nimi dalej iść. Cóż miałam robić? Pozwoliłam się zaprowadzić z powrotem do swojego więzienia. Spędziłam tam większość dnia, nudząc się niemiłosiernie. Przynajmniej mogłam pomyśleć nad planem ucieczki, ale nic nie udało mi się wymyślić. Wieczorem ludzie przyprowadzili Mint, a mi dali jeszcze coś do picia. Oczywiście nie ufałam im, więc tego nie tknęłam.
-Tobie nic dzisiaj nie podali?-zapytałam.
-Na szczęście nie-odparła klacz.
-To dobrze-powiedziałam. Rozmawiałyśmy potem do późnej nocy, chcąc znaleźć jakiś sposób na ucieczkę stąd.
~Następnego dnia~
Rankiem Mint i Assaran zostali gdzieś zabrani, a ja zostałam na miejscu. Miałam ponadto wrażenie, że temperatura jest tam wyższa niż dotychczas. Spróbowałam rozwalić swoją celę, w końcu była zrobiona z drewna, ale nic to nie dało. Po pewnym czasie przyszli jedynie jacyś ludzie, którzy po sprawdzeniu, co się dzieje, odeszli, nic nawet nie mówiąc. Próbowałam dalej, ale tylko bardziej się przez to zmęczyłam. Kiedy jednak wróciła Mint, czekała mnie miła niespodzianka.
-Wiem, jak stąd uciec-powiedziała klacz.
-No to mów!-odparłam.
-Dzisiaj wzięli mnie w pewno inne miejsce, na jakieś badania. Postanowiłam, że kiedy wezmą mnie tam ponownie, spróbuję się im wyrwać, bo na miejscu nie ma tak wielu ludzi, a wystarczy tylko, że ucieknę im z jednego z pomieszczeń. Wtedy wrócę tutaj i cię uwolnię-wyjaśniła klacz.
-Dobrze, ufam, że wszystko sobie przemyślałaś i znalazłaś na to sposób. Ale gdyby wystąpiły jakieś kłopoty, uciekaj sama i zawiadom po prostu o wszystkim klan-odparłam.
-Chyba żartujesz! Tego na pewno nie zrobię!-zawołała Mint.
-Właśnie, że zrobisz! Inaczej może się to skończyć tak, że zostaniesz z powrotem złapana. Obiecaj mi więc, że jeśli zrobi się niebezpiecznie, uciekniesz-odparłam.
-Nie ma mowy.
-Jest mowa. Obiecaj albo w ogóle w to nie wchodzę-powiedziałam. Nie uśmiechało mi się zostawanie tutaj samej, ale bezsensu byłoby, gdyby Mint nie udałoby się mnie uwolnić i jeszcze sama zostałaby znowu złapana.
-Niech ci będzie-odparła po chwili klacz.
-Świetnie. Zatem coś mamy już ustalone. Teraz dopracujmy szczegóły-powiedziałam.
~Kilka dni później~
Traf chciał, że przez następnych kilka dni ludzie nie zabrali Mint do tego miejsca. Jej dzień składał się z wizyty na łące i powrocie. Rano i wieczorem mogłyśmy przynajmniej trochę porozmawiać. Przez tych kilka dni zdążyłam opaść nieco z sił, bo ja cały czas spędzałam w swoim więzieniu. Kilka razy próbowałam to wszystko rozwalić, ale wszystko na nic. W końcu poddałam się, bo tylko bardziej mnie to męczyło. Wreszcie któregoś dnia zjawiły się jakieś dwie kobiety.
-Ona nie chce tego wypić. Musimy jej to inaczej podać-powiedziała jedna z nich.
-Musimy więc podać jej to inaczej, nie możemy dłużej czekać-odparła druga. Cóż, ja nie zamierzałam poddać się i wypić tę podejrzaną ciecz, którą mi podali. Nie, nie i jeszcze raz nie! Tego dnia ludzie zjawili się ponownie, tym razem z jakąś strzykawką. Jednak ja znałam już ich sztuczki i nie zamierzałam dać się znowu podejść. Nagle drzwi otworzyły się, a do środka wpadła Mint.
-Vayola! Uciekamy stąd!-zawołała, po czym rzuciła się w stronę ludzi. Jednego z nich przewróciła, drugi sam wystraszył się i uciekł, a trzeci został przez Mint porządnie kopnięty. Klacz dobiegła do mojej "celi" i spróbowała jakoś rozwalić drzwi. Postanowiłam jej pomóc. Razem udało nam się jakoś to rozwalić. Wybiegłam stamtąd akurat w chwili, kiedy drzwi z hukiem się otworzyły i wpadło przez nie kilkunastu ludzi. Oznaczało to, że będziemy musiały walczyć. Nim jednak zdążyłam cokolwiek zrobić, poczułam ukłucie w nodze. Odwróciłam się i ujrzałam za sobą jakiegoś mężczyznę, który właśnie wstrzyknął mi ten podejrzany środek...albo środki. Niewiele myśląc, stanęłam dęba, po czym kopnęłam go tak, że przewrócił się i już nie wstał. Potem razem z Mint zaczęłyśmy biec na tyle szybko, aby ludzie nie zdołali nas zatrzymać. Udało nam się przez nich przedrzeć, więc rzuciłyśmy się do dalszej ucieczki. Na szczęście budynek, z którego wybiegłyśmy, znajdował się blisko lasu. Udało nam się do niego dobiec, zanim zjawili się inni ludzie. Oczywiście zaczęli nas gonić, ale my nie zamierzałyśmy się poddawać. Nasi przeciwnicy użyli również koni, lecz my byłyśmy szybsze. Po jakimś czasie ludzie dali za wygraną.
-Całe szczęście już nas nie gonią-powiedziała klacz.
-Nie możemy jednak się zatrzymywać, póki nie wrócimy do klanu-odparłam.
-Jasne, nie ma nawet takiej opcji. Mogą nas jeszcze wyśledzić albo możemy natknąć się na drapieżniki. Szkoda mi właściwie tylko jednej rzeczy-powiedziała Mint.
-Czego?-zapytałam.
-Nie udało nam się uwolnić Assarana-odparła ze smutkiem klacz.
-Nie było go tam. Nie wiedziałyśmy, gdzie jest, a gdybyśmy zaczęły go szukać, złapaliby nas. Myślę, że Assaran nie ma nam tego za złe-powiedziałam.
-W gruncie rzeczy ja też tak uważam, ale i tak jest mi z tego powodu smutno-odparła klacz.
-To minie. Wyrzuty sumienia, które nie mają żadnych podstaw istnienia, należy ignorować-powiedziała. Pod koniec dnia udało nam się wrócić do klanu, który na szczęście przez ten czas nie zmienił miejsca pobytu. Jak się okazało, stało się tak dlatego, ponieważ nas szukano.
-Niesamowite. Dobrze, że wszyscy zawsze mogę liczyć na klan-powiedziała Mint.
-Jasne-odparłam, uśmiechając się miło, choć w duszy zupełnie się z tym stwierdzeniem nie zgadzałam.
-Vayola! Mint! Nic wam nie jest? Gdzie byłyście przez ten czas?-zapytał Shiregt, który po chwili się przy nas zjawił. Moja towarzyszka zaczęła mu wszystko opowiadać, a ja stwierdziłam, że najlepiej będzie zostawić tę dwójkę samą. Kiedy jednak zauważył to władca, zatrzymał mnie. Uznał, że skoro eksperymentowali na nas ludzie, musi nas zobaczyć medyk. Nie miałam wyboru, więc przystałam na to. Hadvegar jednak nie zauważył niczego niepokojącego, choć stwierdził, że powinnyśmy na siebie uważać. Podziękowałam mu i alfie za troskę, Mint zaś za pomoc w ucieczce. Chciałam już się oddalić, ale Shiregt koniecznie chciał wszystkiego się dowiedzieć. Mint dokończyła więc historię, którą po części już mu opowiedziała, a ja czasem coś wtrąciłam. Klacz opowiedziała też, jak udało jej się uciec ludziom, przed tym jak wróciła, aby uwolnić mnie. Ja jednak nie wspomniałam o tym, że zostałam ukłuta i wstrzyknęli mi coś dziwnego. Może to było to...Korda i Portero? Chyba tak to nazywali-pomyślałam, pozwalając sobie odpłynąć nieco myślami.
-Najważniejsze, że nic wam nie jest-powiedział Shiregt. Tymi słowami sprawił, że z powrotem skupiłam się na rozmowie, która, miałam nadzieję, dobiegała końca.
-Jeśli pozwolicie, ja pójdę nieco odpocząć-powiedziałam. Zauważyłam wcześniej jakby lekko smutne spojrzenie Mint, więc uznałam, że najlepiej będzie zostawić tę dwójkę samą. Tak będzie dobrze i dla mnie i, wydawało mi się, dla nich.
~Jakiś czas później~
Na szczęście przez cały czas mojej nieobecności Spear nie wygadał się w kwestii frakcji ani też nie zniechęcił się. W końcu jeśli rozpocznie się jakąś działalność, to trzeba najpierw przekonać do niej inne konie, a to może się okazać trudne, jeśli pomysłodawca nagle zniknie gdzieś na kilka dni. Jednak dla mnie wszystko w miarę dobrze się potoczyło. Ostatnio jedynie czułam się niezbyt dobrze, ale ignorowałam to. Myślałam, że to chwilowe i samo przejdzie, kiedy jednak czułam się coraz gorzej, zdecydowałam się iść do medyka. Hadvegar zbadał mnie, po czym powiedział, że chyba wie, co mi jest.
-Zatem nie trzymaj mnie dłużej w niepewności-powiedziałam.
-Prawdopodobnie jesteś w ciąży-odparł ogier. Słysząc to, zaśmiałam się.
-Ale to jest niemożliwe-odparłam.
-Cóż, wszystko na to wskazuje-powiedział medyk.
-Chyba sama lepiej wiem, czy mogę, czy nie mogę być w ciąży-odparłam, po czym pożegnałam się z medykiem. W ciąży? Też coś! Niby jak?-myślałam rozbawiona. Wtedy usłyszałam, że ktoś mnie woła. Okazało się, że była to Mint. Chciała się upewnić, czy po naszej ostatniej przygodzie dobrze się czuję.
-Jasne. A czemu pytasz?-zapytałam.
-Bo widziałam, że byłaś dzisiaj u medyka-odparła klacz.
-Ale na szczęście nic mi nie jest-odparłam z uśmiechem. W moim umyśle pojawiła się jednak pewna maleńka myśl, że może faktycznie jestem w ciąży, która jest wynikiem ludzkich eksperymentów, ale szybko ją zagłuszyłam.
-A ty? Tobie nic nie jest?-zapytałam, udając jak najlepiej troskę. W końcu jeśli chciałam coś kiedyć osiągnąć, musiałam uchodzić za miłą i przyjazną.
<Mint? Spoko, ja też teraz potrzebuję dużo czasu na odpisanie XD>
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika