Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ganerdene. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ganerdene. Pokaż wszystkie posty

15.11.2018

Żegnamy Ganerdene i Valentię!

Pierwsza wyżej wspomniana postać odchodzi z powodu braku aktywności i takiej decyzji właściciela. Mamy nadzieję, że kiedyś zdecyduje się wrócić w nasze progi!
Valentia natomiast, nasza niemłoda, droga członkini, odchodzi w wyniku śmierci z przyczyn naturalnych - o jej nadzwyczajnych okolicznościach dowiecie się więcej tutaj. Majątek klaczy zostanie podzielony odpowiednio pomiędzy rodzinę, a rzeczy usunięte. Niechaj spoczywa w pokoju [*].

Ganerdene|12 lat|Klacz|Czujka|Brak|piamonkey

https://pre00.deviantart.net/8854/th/pre/f/2011/003/e/9/white_and_smile_by_vikarus-d36ce9c.jpg
Valentia|14 lat|Klacz|Szpieg|Brak|Aurea

13.07.2018

Od Ganerdene do U'schii ,,Pożądanie"

Nie podobało mi się w jaki sposób U'schia się na mnie patrzyła. A to właściwie znaczy, że to ona mnie nie lubi, prawda? Nie lubi mnie. Wszystko zepsułam a moja odpowiedź, która miała wszystko naprawić, to jeszcze pogorszyła sytuacje. Nawet nie wiem co dalej mam zrobić. Odejść? Powiedzieć coś? Ale co? Co takiego mam powiedzieć?
I wtedy, jak grom z jasnego nieba, potoczył się w moją stronę dźwięk jej głosu. Myślałam, że omdleję z uciechy! Znaczy... nie omdleję, tylko uratowała siebie i mnie od tej okropnej ciszy, która zaległa miedzy nammi, tuż po wypowiedzi klaczy.
Ale zaraz potem na powrót zepsuł mi się humor bo to nie były....Znaczy, mi się zdaje, że to nie były najlepsze słowa pod słońcem. Każdy ma jakąś słabość... Ja właśnie mówiłam. To nie jest moja słabość. To jest to, co niechcący nabyłam. Nie chcę tego. Klacz żywi do tego nadzieję, że kiedyś wyzdrowieję z tej chorej rutyny.
Nagle naszło mnie dziwne uczucie. Nie miałam już żadnej ochoty... na nic. A najbardziej nie na dalszą rozmowę z tą klaczą. Niechęć. Postanowiłam podziękować jej i odejść.
- Dziękuję za mądre słowa. Mam zamysł z tym walczyć i wywalczyć sobie święty spokój. Do zobaczenia i miłego dnia... - Mruknęłam niezdarnie, ale hardo i odeszłam w stronę małego zagajnika obok.

Koniec.
Lubię, lubię. + To nie było najlepsze zakończenie, przyznaję

13.07.2018

Od Ganerdene do Hadvegara ,,Potoczyły się łzy"

Coś ruszyło mi się w sercu, gdy widziałam jego zatroskaną minę. Coś co opisałabym tak samo: troska. Kłopoczenie się tym, że ktoś inny się o ciebie martwi. Osiągnęłam szczyt głupoty. 8 895 m.n.p.m.
Na zadanie mi pytanie, zareagowałam nieprzewidywalnie, nawet dla mnie. Bo oto się wściekłam. Nie jestem ostoją spokoju., tak jak myślałam. Cicha woda, brzegi rwie, jak to mówią.
- Problem? Ślepy jesteś? Nie widzisz tutaj żadnego problemu?! Przyjrzyj mi się wtedy dokładnie. - Warknęłam z furią maniaka. A gdy ogier z początku nie zareagował wyszły mi te wszystkie zabrane przez wieki emocje przez usta.
- TO jest mój problem, Hadvegar! - Wskazałam na siebie kopytem (na ile mi na to pozwoliła moja anatomia) i prychnęłam.
Wszystko po to... a może i nie wszystko, by zamaskować to co zostało odkryte przez lekki powiew pytania. Zaczęłam pojmować dlaczego byłam na stepach sama. Dlaczego wędrowałam po terenach sama, niczego nie kwestionując. Pusta w środku jak opuszczona skorupa. Pamiętam tamten dzień... albo noc... Pamiętam jak się bałam kiedy mnie i mamę, piękną, mądra i dumną klacz, zaatakowały hieny. Pamiętam zbliżającą się ciemną sylwetkę ogiera, w oddali. Nadzieję na ratunek. Pamiętam jak pierwszy raz zobaczyłam ojca, który wtedy zaciekle walczył z zagrożeniem naszych żyć. Pamiętam jak upadł na karminowy, mokry piasek, z krwią obficie wylewającą się z rany. Pamiętam jak moja mama odepchnęła mnie od taty. Wtedy ona też upadła. Miała wbity nóż w szyję. Wyglądał tak samo jak miejsce, na którym stałam. Jak piekło na ziemi. Sztylet błyszczał jak gwiazdy, wbity niczym drzewce z pororzcem w ziemię spaloną, pokrytą szarym popiołem i krwią. Słyszałam jak hieny... zainteresowały się tatą...
Byłam w histerii, nie wiedziałam co mam robić. Jedyny obraz, który miałam w głowie to rzucające się na mnie hieny, które zostawiły już rodziców dla sępów. Wyciągnęłam sztylet z szyi mamy i wbiłam jej go w oko, które już i tak nie widziało a malował się w nim tylko przeraźliwy strach. Nie chciałam zapamiętać tak mamy. Nie chciałam, żeby ostatnie wspomnienie, które o nich mam, to te, w którym leżą we własnej krwi, zmasakrowani, z wnętrzościami na wierzchu. Ja...tak bardzo tego żałuję...Tak bardzo nie wiedziałam co robię...
<Had?>

8.07.2018

Od Ganerdene do Hadvegara ,,Odwyk"

Tak jak myślałam. Nic nie zrozumiał. Nie usiłowałam mu też niczego wyjaśnić. Czekałam tylko na następne słowa, o ile mu się będzie chciało po tym wszystkim ze mną gadać. Raczej ucieknie gdzie pieprz rośnie. Ku mojemu zdziwieniu jednak tego nie zrobił, ale spytał się o najnormalniejszą rzecz na świecie. Zbiło mnie to trochę z pantałyku, którego właściwie wtedy nie miałam i dopadły mnie wątpliwości kto tu teraz jest pod wpływem. No bo jak to - ogier napotyka nafaszerowaną klacz i gawędzi z nią jakby nigdy nic? Stałam więc zdezorientowana naprzeciwko niego. Krótko potem wzięłam się w garść i postanowiłam mu grzecznie odpowiedzieć. Tak jak należy. Naćpana czy nie, ale dobre maniery to podstawa.
Jego reakcja była jeszcze silniejsza niż poprzednia i widać było, że sobie coś w tym łbie postanowił. No...byłoby to dziwne gdyby nic nie zauważył. Byłam wtedy naprawdę wybuchowa. Z tego szczęścia prawie mu się rzuciłam na szyję. Przecież uratował mi dzień!
Had spojrzał na mnie surowo, ale jakoś troskliwie, wziął pociągnął mnie za grzywę, dosyć bezceremonialnie, i zaprowadził do ich tamtej groty medycznej. Mimo euforii zauważyłam, że coś się kroi i początkowo jak ogier zaproponował mi następne zioło, nie chciałam go przyjąć. On dał mi jednak czas na przemyślenie sytuacji, dzięki czemu, po gorączkowym rozmyślaniu, wzięłam roślinę do ust i zaczęłam żuć. Okropny smak. Tak okropny, że prawie wyplułam cierpką zieleninę na podłogę. Prawie. Bo chciałam być dobrym pacjentem. Przełknęłam ją w końcu i okazało się, że bardzo i to bardzo zanosi mi się na wymioty. Było mi tak niesamowicie niedobrze, że myślałam, że razem z używką w moim brzuchu, oddam również żołądek. I płuca. I wątrobę.
Na szczęście ta makabryczna scena, która wytworzyła się w mojej wyobraźni nie doszła do skutku. Jednak strasznie mnie to wszystko zmęczyło. Ból głowy się wzmógł. Jedyny plus tej całej operacji to to, że po paru minutach widziałam już normalnie i stan euforii się skończył. Ostała się tylko zmęczona Ganerdene z poczuciem winy. IHadvegar patrzący z dezaprobatą na bałagan na podłodze a zaraz potem na mnie.
- Ganerdene, co ty wzięłaś? - spytał się z niedowierzaniem. Zapewne myślał, że taka miła klacz jak ja może tylko oddawać się nudnym zajęciom takim jak niańczenie źrebiąt. Niespodzianka.
Westchnęłam lekko i zgarbiłam się przez ogarniający mnie wstyd. Ból pulsował mi w czaszce i nie za bardzo chcial dopuścić do mózgu klarownych i zwykłych myśli. Jednakże musiałam w końcu coś mu odpowiedzieć. I to zrobiłam. Nieudolnie.
- Nic. Znaczy się... przypadkowo. To znaczy... nie za bardzo. Bo umyślnie. Ale niechcący. Ale.. - Zakręciło mi się w głowie. Pomyślałam nawet, że ta odtrutka więcej krzywdy narobiła niż narkotyk. Bzdury. Otrząsłam się i duchowo obserwowałam jak z mojej głowy wylatuje ta dziwna, otępiająca mgiełka. Mogłam mu w końcu normalnie odpowiedzieć.
- Hadvegar. Najmocniej cię przepraszam. - Powiedziałam rzeczowo i jak najbardziej poważnie, patrząc na niego intensywnie.
Zamilkłam. Oj, neny, neny. Jak mam niby się usprawiedliwiać? Przecież to chore. Sama jestem temu winna! A jeszcze, ja, głupia narkomanka, go przepraszam!
Mimo tych narastającyh wyrzutów sumienia, dalej nie wypowiedziałam słowa ani ćwierci. Czekałam tylko na jego reakcję.
<Had?>

7.07.2018

Od Ganerdene do Hadvegara ,,Piękno natury"

Odkąd rozeszliśmy się z Hadem tamtego wieczoru, nie mogłam przestać o nim myśleć. Wprawdzie spotkaliśmy się jeszcze parę razy, ale akurat ten pierwszy zapadł mi w pamięci. On był pierwszym koniem, który był dla mnie tak naprawdę, wielkodusznie dobry i miły. Racja, że większość tamtego spotkania zeszła mu na biadoleniu a mi na jego pocieszaniu, ale dzięki temu wiem jak... być koniem. Obudził we mnie taką dziwną część mnie, która dokładnie wie co i kiedy powiedzieć, która jest empatyczna i wiąże mnie z innymi końmi. Na samym początku byłam takim wielkim odludkiem. Chodziłam po naszych terenach nie za bardzo wiedząc jak się zachować. Teraz jednak to się zmieniło. Nie jestem już dzikim, kierującym się instynktem roślinożercą, który z dnia na dzień znalazł się w wyrafinowanym towarzystwie, w cywilizacji. Jestem Ganerdene, członkinią Klanu Mroźnej Duszy. To imie to jedyna rzecz, która została mi po tym co było wcześniej. Ta mała cząstka, trzymająca się kurczowo w imieniu, ale duszona biernie przez wyrastające na około niej winorośle, przedstawiające nieustanną walkę o życie i zagadkę śmierci. Teraz już wiem, że kiedyś też byłam członkinią stada. Jednak stepy to normalne zachowanie we mnie zdusiły. Zrobiły ze mnie niemyślącą maszynę, która uciekała przed byle cieniem, żeby nie zostać skaleczona albo pożarta. Ale teraz to przeszłość. Teraz jestem już w pełni sobą i nigdy nie pozwolę, żeby kogoś innego walka o ptrzetrwanie zepsuła tak samo jak mnie.
Z zamyślenia wyrwał mnie szelest skrzydeł i następujący potem, przenikliwy wrzask ptaka, który przed chwilą zerwał się z pobliskiej gałęzi. Na wilgotną po wczorajszej burzy, glębę spadły trzy liście i jeden uschnięty kwiat. Obserwowałam je dopóki przestały widocznie drgać i przeniosłam wzrok na pole przed sobą. Zajmowało je ukochane stado. Większość koni żuła powoli trawę, delektując się rzadkimi o tej porze roku, promieniami słońca. Inna częśc prowadziła cicho rozmowy. Dzień był nadzwyczaj leniwy i mnie, jako nagrodę, puścili dziś wolno. Cały dzień mogłam, tak samo jak konie przede mną, spędzić na chodzeniu paru kroków, zatrzymywaniu się i jedzeniu trawy.
Jednak nie wszystko było tak pomyślne jak się zdawało. Dalej nie było żadnych wieści o zaginionej księżniczce a renifery na Gerel Uul folgowały sobie w najlepsze, broniąc dostępu do tych terenów.
Westchnęłam i wstałam, żeby rozprostować kości. Postąpiłam parę kroków w kierunku północnym i zatrzymałam się. Chyba nie chcę mi się iśc do klanu. Pytaniem było, gdzie mam więc iść? Mruknęłam lekko w zamyśleniu i za chwilę poczułam lekki głód. Nie miało to nic wspólnego z brakiem żywności w brzuchu. Rzuciłam ostatnie spojrzenie na konie, wzruszyłam ramionami i odeszłam. W końcu jest mi to obojętne. I tak życie teraz to wielkie jedno zdradliwe bagno. Nie zaszkodzi od niego uciec.
******
Wypijając eliksir, znów czułam wielki wstyd i poczucie winy. Usiadłam, rzucając niedbale pustą flaszkę na podłogę. Wylądowała parę metrów dalej z głuchym tompnięciem. Wypuściłam wolno powietrze i przymknęłam lekko powieki, czekając na upragniony efekt. Wiedziałam już, że nie będzie taki sam. Nie przyniesie żadnej ulgi ani euforii. Tylko wyniesie mój smutek na wyżyny depresji.
~~pół godziny póżniej~~
Wstałam chwiejnie i zaraz oparłam się o skałę obok mnie. Poczułam ulgę czując uwierającą w bok, szorstką strukturę kamienia. Przynajmniej to przez ostatnią godzinę okazało się prawdziwie. Tak samo jak zimny pot na moim ciele. I zwrócona ziemi trawa zaraz potem. Westchnęłam ciężko i zamrugałam parę razy powiekami. Spojrzałam w lewo, w ukrytą w cieniu niszę, w której czaiła się chichocząca, z obnażonymi zębami i stojącą sierścią hiena. Zaraz mnie dopadnie.
- Hihihi - przedrzeźniłam ją. - Pierdol się - rzuciłam jeszcze. Zaraz potem hiena wyszłą z cienia i skoczyła. Ogarnął mnie paraliżujący strach i wtedy, jeszcze w powietrzu, drapieżnik zniknął. Patrzyłam tępo w to miejsce. Wzrok się mi rozmazał i ze wszystkich stron otoczyła mnie ciemność. Wiedziałam, że przedawkowałam.
*******
Obudziłam się, dziękując sobie, że dziś udało mi się zemdleć. Wstałam szybko i przez to zakręciło mi się w głowie. Świat zawirował a ja próbowałam niemrawo ustać na nogach, które trzęsły mi się jak trawa targana wiatrem. Kiedy odzyskałam równowagę, odeszłam od skały i poszłam na przód. Przywitały mnie zbyt jaskrawe kolory. Kłujące w oczy i przyprawiające o ból głowy. Spojrzałam na niebo. Lekko niebieskawe chmury przelatywały obok zielonego słońca na fioletowym tle.
O nie... Dalej działa. Burzy mi poczucie koloru. Jest to jednak znak, że zaraz wrócę do normalnego stanu.
Jeśli tego było mało to jeszcze usłyszałam ogromny huk, stąpającego konia. Huk narastał i zaraz przed moim łbem zatrzymał się ogier. Mienił się zielono, troił mi się w oczach i otaczał go turkusowy blask. Jęknęłam, ale skupiłam się na słowach ogiera, które trafiały do mnie mocno przytłumione. Mówił o szczęściu a właśnie tego mi teraz najbardziej brakowało. Kazałam mu opowiadać dalej. Opowiedział mi o tym, że znaleziono lek, i że Forever jest w ciąży. Otwarłam pysk zdziwiona i czekałam cierpliwie aż mój mózg pojmie wielkość sprawy. Potoczyły mi się łzy po policzkach i zaraz płakałam jak bóbr. Były to łzy szczęścia, oczywiście.
W końcu ten okropny czas dobiegł końca! Podnosimy się z klęczków, nasz klan się odradza! Śmierć nam już nie grozi, a wszyscy zarażeni mogą w końcu wyzdrowieć! O tym wszystkim mu mówiłam, ale nie wiem czy zrozumiał, bowiem trochę miałam skołowaciały język a do tego mowienie mi utrudniał mój szloch.
<Had? w końcu napisałam więcej niż 200 słów xD>

4.07.2018

Od Ganerdene do U'schii ,,Pomocy"

Gdy tylko klacz zapytała się mnie o mój problem... To jakby wstąpiła we mnie nowa energia. Zachowanie godne potępienia. Sama tego żałuję co robię, ale wszystkim naopowiadam jakie to jest cudowne. Po prostu czysty idiotyzm... Ale co zrobić jak nawet i umysłem twoim to żądzi. Ja nie mogę.
I wtedy zobaczyłam, że U'schia chce odejść. Znaczy stawia wielkie kroki w tym kierunku. Przeraziłam się wtedy okropnie bo bardzo chciałam kogoś poznać. A wiadomo, że jak chce się kogoś ponać to najlepiej, żeby obiekt zainteresowań nie uciekał.
- Hej, poczekaj. - Powiedziałam, prawie krzyknęłam. Za gwałtownie. Klacz zatrzymała się wpół kroku. Kontynouowałam więc. - Przepraszam. E... - Szukałam w głowie jakichkolwiek, sensownych słów. - No bo to jest tak, że ja sama się tego wstydzę i w ogóle tego nie chcę. A koszmarnie trudno od tego odejść jak się raz spróbowało. Przypadkiem, oczywiście. Przymierałam wtedy z głodu i w akcie desperacji, zjadłam tę trującą roślinę. - Westchnęłam. I dotarło do mnie co powiedziałam, również w akcie desperacji. Zająknęłam się i nie mogłam się przemóc, żeby wyjść z tej głupiej sytuacji, coś normalnego powiedzieć. Zacięłam się i stałam jak porąbana. Ach, może jakoś to będzie...Nie pomyśli, że jestem jakaś upośledzona i ze mną jeszcze pogada...Niech mi ktoś powie jak nawiązuje się te cholerne kontakty z innymi końmi.
<U? Pogadamy jeszcze? I sorry, że takie koszmarnie krótkie, ale jakoś ostatnio nie mam weny>

2.07.2018

Od Ganerdene do Hadvegara ,,Lek"

Nie mogłam patrzeć jak Hadvegar tak smęcił. Był strasznie przygnębiony i nie wiedziałam za bardzo jak go pocieszyć. Mówił o tym jak to on podejmuje złe decyzje i jak żyje w strachu, że nie dozna prawdziwej miłości.
Prez niego byłam zmuszona o tym trochę pomyśleć i podumać nad tymi sprawami. W końcu to nie byle jaki problem.
Westchnęłam lekko i powiedzialam:
- Hadvegar. wiesz co? Myślę, że to co cię tak męczy to to stado. To socjalizowanie sprawia, że za dużo o wszystkim myślisz. A tak sam się nakręcasz i twoje myśli ciebie zżerają od środka. - U mnie dopiero wtedy kiedy byłam już parę tygodni w stadzie pojawił się natłok myśli. Kiedy żyłam na stepach bardziej koncentrowałam się na moich zmysłach i przetrwaniu, więc najczęściej w głowie miałam pustkę. Uśmiechnęłam się lekko. - Czy to nie zabawne? To tylko myśli, to coś niematerialnego a jest gorsze niż głód albo pragnienie.
Hadvegar chyba nie podzielał mojej wesołości.
- Dziękuję za komplement - mruknęłam, zmieniając trochę temat. - Dobrze wiedzieć, że ci pomagam tylko będąc tu z tobą. I nie rozumiem dlaczego chcesz pospacerować potem, w lepszych okolicznościach? Nie są dla ciebie wystarczające? Przecież jest ładna pogoda, nie pada. No i, w ogóle mnie nie wykorzystujesz. Ja chcę ci tylko poprawić humor bo sam zaraz przywołasz tu burzę swoją naburmuszoną miną. Dlatego - oznajmiłam i podeszłam do niego. - Kto pierwszy przy... - rozglądnęłam się naokoło - przy tamtym wielkim drzewie ten mistrz wyścigów... No i tyle. - Mruknęłam, wskazując na niemałe drzewo na horyzoncie. - Szturchnęłam go bokiem i zaczęłam biec, mając nadzieję, że za mną podąży.
<Had? Sorry, że takie byle jakie. Ale masz za to swój wymarzony wyścig :P >

30.06.2018

Od Ganerdene do U'schii ,,Mała wina"

Oh... Racja, umiem zrobić pożytek z kwiatków i roślinek. Skąd ona o tym wie? Myślałam, że... Z resztą nie ważne. U'schia chyba nie była tym oburzona. Ja jednak czułam się z tym wszystkim okropnie.
Nikomu o tym nie mówiłam, ale kiedyś kiedy byłam samotna i walcząca o przetrwanie na stepach, niechcący, a raczej nie niechcący tylko z determinacji powstałej przez uciążliwy głód, zjadłam pewną trującą roślinę, która, nim słońce zaszło, wywołała u mnie pewne halucynacje. Najpierw straszne a potem całkiem przyjemne. Kiedy otępienie przestało działać i mogłam spokojnie i klarownie myśleć obiecywałam sobie, że już więcej tej rośliny nie dotknę, nawet jak będę umierać z głodu a ona była by mi na wyciągnięcie szyi. Jednakże... po zaledwie tygodniu, obraz tejże rośliny wślizgnął się do mojego umysłu nieproszony. Dosyć łatwo było się temu przeciwstawić. Potem jednak wyszedł, bez żadnej przyczyny, zimny pot. W końcu poczułam dreszcze i spazmy. I to tylko po jednej roślinie. Dlatego więc myślałam, że naprawdę serio się nią otrułam. Tak minęły tygodnie. Wtedy próbowałam jeść tylko zioła, które leczą. One nie pomagały. Więc zrobiłam najgłupszą rzecz na świecie i znowu spróbowałam tego samego trującego zioła. Niepokojące symptomy ustały, jednak wróciły znów po tygodniu. I tak się zaczęło to koło kręcić.
I ostatnio, jak przechodziliśmy obok mało zarośnietęj polanki kątem oka zauważyłam ten... narkotyk i poczułam jego zapach. Przemożna chęć znowu wejścia w ten stan powróciła. Silna. Walczyłam ze sobą, jednak w końcu ją zerwałam i wzięłam ze sobą. I tak się zaczęło. I w kazdej rzeczy co robię w związku z tym nałogiem, od zerwania zioła do spożycia go, czuję ogromne poczucie winy. Ale to jest silniejsze ode mnie. Ech... Wiem, że to jest złe, ale nie umiem przestać. I ta przeszkoda nie powstrzyma mnie od czynienia dobra, pomagania koniom.
U'scia zdawała się mieć dosyć wygodne i monotonne życie. Albo przynajmniej nie chciała się... hm... popisywać?
- Słyszałam, że jesteś w... Radzie Starszych. - Powiedziałam, próbując podtrzymać rozmowę. Klacz jest chyba jedną z najstarszych koni w tym klanie, więc pewnie i ona musi mieć jakieś obowiązki. Przynajmniej powinna mieć. Bo inaczej to jest... trudno mi to nawet pomyśleć...bezużyteczna. A może bolą ją kości? Dlatego taka jest nieruchawa? - Co to jest? Masz też jakiś inny zawód?
<Nie jest to opko gdzie dzieją się nadzwyczajne rzeczy xD Uschia?>

29.06.2018

Od Ganerdene do Hadvegara ,,Koło"

Kiedy Hadvegar w końcu ruszył swój zad, mogliśmy pójśc na ta przechadzkę. Ogier zrównał ze mną krok, ale nic nie powiedział. Dziwne. Chyba powinno się teraz coś powiedzieć, nie? Pogadać?
Mimo mojej chwilowej niepewności ja też milczałam i czekałam na zbawienie jak głupia. Bo może jednak coś powie? Ech...
I w końcu wydusił to z siebie. A już dochodziłam do wniosku, że mu tak smutno przez tą straszliwą epidemię. Ale ogier w końcu otworzył pysk. Zapytał się o pewne uczucie. Ja, niewiedząc o co chodzi, dopytałam się, jak należy.
I jak grom z jasnego nieba - tak padły jego słowa. Istny potok i chaos. Porwał mnie za sobą a ja próbowałam znaleźć spokojniejsze wody, z których mogłabym wydostać się na pewny i suchy ląd .I tak samo jak mija przypływ, tak szybko skończył mówić Hadvegar.
Parę minut przeminęło w milczeniu kiedy próbowałam zebrać myśli po potopie. Zanim zaskoczenie zniknęło z mojej twarzy Hadvegar znów się zaplątał w wodorosty i mówił, że to nie o nas, i że ma mętlik w głowie.
W tym czasie już wiedziałam co mu odpowiedzieć. Dalej jednak czułam się zagubiona przez jego emocjonalność.
- Słuchaj, Hadvegar. - Powiedziałam stanowczo i przystanęłam. Wokoło nas nie było właściwie koni. Tylko jedna młoda parka wymknęła się na pogranicza stada. - Sama nie wiem. Ty jesteś pierwszym koniem, którego poznaję głębiej niż zwykłe: " Cześć, co porabiasz?". A ilość koni, która mnie cały czas otacza mnie czasami przytłacza, chociaż uważam się za dosyć śmiałą klacz. - Westchnęłam lekko, ale uśmiechnęłam się. - Pamiętaj, że nie jesteś w tym wszystkim sam, i mimo to, że nie za bardzo wiem jeszcze jak to wszystko działa, to zawsze możesz do mnie przyjść i pogadać.
- A poza tym - zmieniłam trochę wątek. - Musisz zrozumieć, że czas... to takie koło. I wszystkie zdarzenia w nim również są. Koło się nie kończy i wszystkie wydarzenia będą się powtarzać. Śmierć, życie i potomstwo. - Zrobiłam przerwę - no I miłość, czy coś tam. I nie ważne kto umrze czy co się stanie i tak to będzie. - Zaakcentowałam ostatnie trzy słowa. - Przecież nikt nie decyduje o losach, prawda? - Zaśmiałam się lekko.
<Had? Jesteś wierzący?>

29.06.2018

Od Ganerdene do U'schii ,,Gwiazda"

W nocy za żadne skarby nie mogłam spać. Tylko kręciłam się w miejscu jakby szukając pod nogami poczucia senności, które gdzieś mi wypadło. Jednak ono nie chciało się znaleźć i bałam się czy może nie zgniotłam go moimi kopytami.
Westchnęłam lekko wiedząc, że nic z tego nie będzie i na końcówkach kopyt przemknęłam się pomiędzy śpiącymi członkami na skraj terenu. Wtedy już zaczęłam śmielej stąpać, wiedząc, że z tej odległości już nikogo nie zbudzę. Natknęłam się na obrońcę stada, mruknęliśmy do siebie krótkie "cześć" i rozeszliśmy się, każde w swoją stronę. Wydawał się koszmarnie zmęczony i obawiałam się, że mnie wziął za jakąś zjawę pół snu.
Znalazłam drzewo i to właśnie obok niego się położyłam, ale tak, że bez problemu mogłam zerkać na oświetlone gwiazdami niebo. Spojrzawszy na horyzont oceniłam, że nic nie wskazywało na powrót słońca, co mi trochę popsuło humor.
Następnie, nie wiedząc co robić, zagapiłam się na gwiazdy. Szczególnie na jedną, która lśniła i świeciła najbardziej ze wszystkich. Była piękna. Niestety nie nacieszyłam się jej widokiem tak bardzo jak chciałam bo nie długo potem ogarnęło mnie przemożne poczucie zmęczenia i zasnęłam.
Rano, obudziwszy się, rozprostowałam nogi, ziewnęłam i wróciłam do stada w poszukiwaniu trochę zieleniny godnej mojej uwagi. Po minucie szukania znalazłam kępkę niepodal małego wodopoju i poszłam tam zażegnać głód i ugasić pragnienie. Podczas żucia trawy moją uwagę przykuła pewna kasztanowata klacz, która jak narazie, przechadzała się po terenach nikomu nie zawadzając. Co mnie w niej zaintrygowało to jej biała plamka na czole. Była złudnie podobna do gwiazdy, którą widziałam w nocy, więc postanowiłam podejść do nieznajomej. A poza tym przyda mi się nowa znajomość w stadzie. Bo póki co to znam dosyć dobrze tylko Hadvegara.
<U'schia? Nie mam weny, więc spróbuj zrobić coś fajnego z tego spotkania xD>

25.06.2018

Od Ganerdene do Hadvegara ,,Płaczące drzewa"

Ogier odszedł. Obserwowałam go dopóki nie zniknął mi z pola widzenia i wtedy zorientowałam się, że powinnam wykonywać swoją pracę. Szybko obróciłam łeb w kierunku stepu i uśmiechnęłam się lekko do siebie. Poczułam ogromną radość oraz ekscytację. Oraz parę innych uczuć, w tym zdenerwowanie. Mój wzrok raz po razie wędrował ku stadzie oraz mglił się kiedy myślałam o czekającym mnie spotkaniu. Cieszyłam się na nie.. ale nie za bardzo wiedziałam co powiem kiedy on przyjdzie. Nie wiem co powinnam powiedzieć. Jak to wszystko działa. Bo jest jakiś ustalony system, prawda?
Wyrzuciłam z głowy wszystkie myśli. Będzie jak będzie. Od kiedy ja się tak w ogóle denerwuję? Z resztą... trzeba pilnować stada. Skupić się na pracy. To trzeba zrobić. I to zrobię. Wbiłam wzrok w krzaki nieopodal. Wraz z opuszczającym się słońcem, spadła również temperatura. Znacznie. Westchnęłam lekko i spojrzałam w górę. Nad nami kłębiły się chmury. Przygotowałam się na to, że już zaraz, za sekundę, będzie o moje boki siepać deszcz. Jednak nie to się stało. Chmury, rozrzedzając się, popłynęły dalej na zachód, nie wypuszczając z siebie ani kropelki. Odetchnęłam z ulgą, następnie opuściłam łeb na dół, żeby dotknąć trawy. Odgryzłam kawałek a jak już podniosłam łeb,jakby z niczego, pojawił się przede mną ogier. Spojrzał na mnie niepewnie i przedstawił się. Ma mnie zamienić. Uśmiechnęłam się doń szeroko, ponieważ przypomniałam sobie o zbliżającym się spotkaniu, podziękowałam mu i odeszłam szybkim krokiem w stronę innych koni, przy czym skanowałam otoczenie, raz z przyzwyczajenia, a dwa, chciałam znaleźć Hadvegara. I zaraz zobaczyłam go jak lawirował pomiędzy źrebakami próbując przedostać się do kulturalniejszej i spokojniejszej ciżby. Przystanęłam, siląc się, żeby stać na widoku i czekałam. Nie minęło parę sekund a ogier mnie zauważył i uśmiechnął się. Słabo. I wtedy zobaczyłam jak ten biedaczyna chodzi. Powłuczy nogami a posturę ma taką jakby tysiąc kamieni musiał nieść na grzbiecie. Postąpiłam parę kroków w jego kierunku. Spytałam się co się dzieje bez ogródek. Ech... ta praca. Jeszcze ma cięższą niż ja, ale ja w pełni rozumiem jego przygnębienie. Ogier szybko zmienił temat.
- Teren jest spokojny. Może dlatego, że zwierzęta przeczuwały burzę, która i tak nie nadeszła. - Mruknęłam obojętnie. - Chodź. Spacer dobrze ci zrobi. - Powiedziałam i ominęłam go. Przystanęłam jak nie szedł i spojrzałam na niego. - Cho no. - Chciałam zaproponować mu jakąś fajną aktywność. Ale... na myśl przychodziło mi zawsze to samo. Jeszcze do tego nie mam pojęcia czy fajne. Użyteczne, tak. To ogier.
Kogo ja oszukuję. Nie mam pojęcia jak się socializować!
< Had? ( ͡° ͜ʖ ͡°) >

13.06.2018

Od Ganerdene do Hadvegara ,,Towarzystwo"

Jak tylko usłyszałam, że Hadvegar jest medykiem poczułam głęboko w sobie zalążek wielkiego, mocnego uradowania, które rosło z każdą chwilą. Ogier przede mną ma piękne, wielkie serce i pragnie, ma za cel, tak samo jak ja, pomagać i troszczyć się o konie. Nie ma dla niego niemożliwego i z całych sił próbuje je ratować przed śmiercią lub kalectwem. To jest...prawdziwa odwaga i bohaterstwo. Robi się ciepło w sercu na samą myśl o nim i jego czynach. Widząc między nami podobieństwo uśmiechnęłam się. To takie piękne, że są konie, dla których ważne jest bezpieczeństwo i zdrowie innych.
Moje myśli szybko z tamtego miejsca, przemieściły się w drugie. No właśnie. Panuje u nas ogromna i przeraźliwa epidemia. Ostatnio padły ofiarą pierwsze konie. Nie mogę nawet myśleć o tym kto może być następny. Jest to nie do zniesienia i zostawia na moim sercu wielkie i głębokie rany, które będą tam trwać dopóki ktoś z naszego stada nie wymyśli na to straszliwą zarazę antidotum, które wyleczy każdą jej ofiarę.. Serce mi płacze, bowiem wiem, że ja sama nic na te przypadki nie poradzę. Zaraza to nie jest drapieżnik, którego można ze stada wykurzyć, zranić albo zabić. Nie można jej też w żaden sposób, zanim będzie za póżno, zobaczyć ani przewidzieć. Jest niewidzialna dopóki nie pokażą się niepokojące symptomy.
Westchnęłam ciężko i spytałam się Hadvegara czy wie coś o tej nowej chorobie, i czy pracuje nad lekiem. Ogier odpowiedział, z ciężkim sercem, że robi wszystko co w jego mocy. Powiedział też, że mogę być spokojna, więc myślę, że to znaczy, że jest już bliski wynalezienia lekarstwa. Mam nadzieję.
Chcąc, żeby się rozchmurzył, powiedziałam, że wykonuje swoją pracę bardzo dobrze. Nie wiem co w tym takiego podbudującego, ale ja, tak czy inaczej, bym się ucieszyła, gdybym usłyszała to od innego konia... I potem praktycznie to samo usłyszałam. Poczułam przez chwilę ogromną z siebie dumę. Jak tak już powiedział to znaczy, że chyba naprawdę dobrze strzegę stada, prawda? Hadvegar w jednej chwili sprawił, że poczułam się bardzo ważna i potrzebna.
My sprawujemy pieczę nad członkami. My strzeżemy życia. Takie to słowa.
- Mam... przerwę po południu. Jeden z obrońców mnie przejmie... Jakbym nie próbowała to i tak nie mogę pilnować Klanu przez cały dzień. - Mruknęłam i pomłuciłam kopytem w glebie.
Nie wiem co powiedzieć. Ta cała sytuacja jest tak oddalona od moich realii, w których żyłam na stepach. Jednak o to tu chodzi. Jest ogier i klacz. Czasami jak obserwowałam inne zwierzęta wydawało mi się, że życie polega na najważniejszym jego aspekcie czyli dawaniu światu dzieci, ażeby ta jedna wielka rodzina mogła przetrwać i trwać przez kolejne wieki. Ale ciągnęło mnie jakoś do innych koni. Przecież jak tylko dostrzegłam w piasku ślady kopyt, gnałam ile sił w kończynach. Więc to nie tylko to. I odkąd tu jestem, jestem pewna, że to nie jedyny sens. Jest coś jeszcze. Jest to dla mnie nadzwyczajne i dziwne...ale z pewnością jest po prostu naturalne. Wszyscy to robią. Rozmawiają, kłócą się; nawiązują różne stosunki z różnymi końmi. Dlatego przyjęłam jego ofertę. Bo jak jest jeden koń, który chce mnie wprowadzić do tego świata przyjażni i kto wie czego jeszcze, to z chęcią za nim pójdę. Jestem nawet zobowiązana.
- Tak. - Odrzekłam stanowczo. Może za stanowczo. - Pójdźmy potem na spacer i... się poznajmy. - Uśmiechnęłam się.
Mam tylko nadzieję, że go nie przestraszyłam moim entuzjazmem...
< Hadvegar? xD>

6.06.2018

Od Ganerdene do Hadvegara ,,Czujka!"

Zdążyłam już się zaklimatyzować w stadzie. W Klanie. W wielkiej rodzinie. Co prawda peszyły mnie te ciekawskie spojrzenia niektórych koni, ale czym dłużej tu byłam, tym tych spojrzeń było mniej, aż w końcu mało kto miał ochotę nawet na mnie łypnąć spode łba. Nie mówię, że nie było mi to na kopyto. Bo było. Mniej zwróconej na mnie uwagi równa się większa akceptacja. Prawda?
Mimo tego wszystkiego niesamowicie dziwnym uczuciem było mieć zawsze przynajmniej cztery konie wokół siebie. Czasami, przyznaję się, przestraszyłam się konia przechodzącego obok, specjalnie wtedy kiedy się zamyśliłam. Myślę jednak, że to tylko kwestia przyzwyczajenia. Od kiedy pamiętam to przed oczami miałam tylko i wyłącznie piasek, jakieś krzaczki i ewentualnie jakieś drapieżniki.. A tu! Proszę bardzo. Nie jeden, nie dwa tylko ponad dwadzieścia koni, w tym żrebięta, za jednym razem.
Ale ja nie o tym. Otóż minęło właśnie parę dni, ale to właśnie dzisiaj zaczęłam piastować posadę zwaną "czujką". Obudziłam się z rana, obejrzałam sobie wschodzące, przepiękne zresztą, słońce i zajęłam pozycję na samym skraju. Byłam trochę zdenerwowana ponieważ największym moim priorytetem w tej chwili było pokazać reszcie stada, że jak najbardziej się na to stanowisko nadaję. Chciałam również żeby byli, jakby głupio to nie zabrzmiało, dumni. Ot tak... No dobra, może i proszę o atencję.
W tym czasie martwiłam się też o członków. Pragnęłam, żeby byli bezpieczni, żeby żadna krzywda im się nie stała. A to pragnienie potęgował jeszcze widok żrebiąt. Skradły moje serce odkąd dołączyłam do stada. Takie śliczne maleństwa. Nawet nie wyobrażam sobie co by było gdyby jeden z źrebaków został porwany i skaleczony albo zabity przez jakiegoś niebezpiecznego zwierza! Pewnie by mnie wygnali a ja sama byłabym z tego szczęśliwa. Bo jak to można dopuścić do takiej tragedii?
Te wszystkie emocje, które mną wtedy rządziły były jeszcze podsycone moim najzwyklejszym w świecie instynktem. Tym, który mnie przez całe moje życie prowadził oraz chronił od wszelakich zagrożeń.
Więc jak stałam tedy na uboczu, mając oczy dookoła głowy tak, że mi prawie wyskoczyły z oczodołów, to... nawet nie zauważyłam, że zbliżał się do mnie jakiś koń. Ogier, mówiąc ściśle. Trochę wtopa, ale myślę, że to nic takiego jak i tak to przecież tylko ogier. Rzuciłam krótko na niego okiem i kontynuowałam dalsze analizowanie terenu. Przedstawił się (ogier, nie teren) co prawie by mi umknęło, gdyby nie to, że w tamtej chwili się zawstydziłam, że tak go lekceważę. Miał na imię Hadvegar. Przyjemne dla ucha. Szczególnie jak wszystko co się słyszy to szmer. Czy to liści, czy to, teraz rozmów. Odwróciłam wzrok od trawek i spojrzałam nań.. Miał maść podobną do mnie. W ogóle co zauważyłam ostatnio to właściwie mało jest tu koni innej maści. Ha! A myślałam kiedyś, że mam tak nietypowe i niespotykane ubarwienie, które, w dodatku, w ogóle nie pomaga w jakimkolwiek kamuflażu. No bo gdzie tu szarość na stepach?!
I takie to właśnie moje szczęście. Jak chciałam zwrócić na niego uwagę, jak przystoi, to przestraszyłam się kątem oka zauważonego liścia, który poruszył się na wietrze. Z zażenowania odwróciłam łeb w kierunku wschodnim, teraz już bardziej udając niż naprawdę obserwując i burknęłam ogierowi moje imię. Miałam tylko nadzieję, że niezauważy tej mojej chwilowej nerwicy spowodowanej kawałkiem rośliny.
Czując się już w miarę bezpiecznie skierowałam wzrok na konia przede mną, pragnąc mu się bardziej przyjrzeć.. Postawny, ładny koń z tego Hadvegara. Właściwie ciekawe czym się zajmuje?
Zanim zdążyłam sformułować pytanie w głowie on już chciał odejść bo myślał, że mi przeszkadza w pracy. Otóż nie. Ja najlepsza jestem w robieniu dwóch rzeczy na raz. I jeśli umiem jeść trawę i jednocześnie obserwować otoczenie to mogę również z tego jedzenia zrezygnować i zająć się konwersacją z innym przedstawicielem mojego gatunku.
- Nie, nie. Wybacz. To mój pierwszy dzień w pracy i staram się wypaść jak najlepiej. - Uśmiechnęłam się do niego. - Jestem czujką. A ty Hadvegar? Zajmujesz się czymś? - Spytałam się i spojrzałam na otaczający nas teren.
< Hadvegar? default smiley :)>

9.05.2018

Od Ganerdene'y do Kirka ,,Hierarchia"

Wodziłam wzrokiem po zebranych. Jak wszyscy są szczęśliwi to dobrze, nie? Właśnie. Tylko nie ona. Siwa partnerka władcy dalej jest nieprzychylna. Właściwie czemu? Coś jej zrobiłam? Nie. Czego ona się boi?
Westchnęłam lekko, więdząc że wszystkim nie zdołam dogodzić. Mam jednak nadzieję, że jej nastawienie do mnie z czasem się zmieni. Bo co to za sens mieć wroga we własnym stadzie?
Jęłam zwracać uwagę na coś innego. Mianowicie Khonkh postanowił mnie zaznajomić z obyczajami stada. A raczej obowiązkami wszystkich koni. Otóż każdy musi wybrać sobie robotę. Ja wybrałam czujkę oczywiście. Uhhh...krew mnie zalewa jak tylko wspomnę o tym koniu co sobie bezpieczeństwo stada lekceważył.
Kątem oka przyuważyłam, że Kirk pragnie się ulotnić. Spełzło to jednak na niczym bowiem Khonkh chciał, żeby ktoś mnie jednak oprowadził po terenach i wszystko wytłumaczył. I słusznie. Nic nie wiem.
Poszliśmy więc. Po drodze naskoczyła na nas para źrębiąt a zaraz potem dołączyła do nich miła klacz. To jego rodzina. Zakodowałam sobie jeszcze w głowie jak kto się nazywa i w końcu był czas by się spytać dlaczego właśnie Klan Mroźnej Duszy. Okazało się, że kiedyś tymi terenami władało trio piekelnych koni aż w końcu pojawił się Khonkh i ich powybijał. Również słusznie.
Na koniec dowiedziałam się co nieco o członkach. Jeśli nie będę czegoś wiedzieć mam pójść do Marabell, która akurat natenczas gdzieś zniknęła. A wystrzegać się mam Bush Brave'a. Dziwne. W ogóle nie rozumiałam pomysłu, żeby trzymać jakiegoś mordercę czy kogoś tam w stadzie. To szaleństwo! Ale... może oni chcą, żeby on się zmienił na lepsze? Odkupił swoje winy i grzechy? Zamyśliłam się nad tym przez chwilę i również w zamyśle spojrzałam na mojego towarzysza. Pomyślałam, że pewnie nie chce rozpamiętywać przeszłości i jej okropieństw więc nawet się jego nie zapytałam co dokładnie zrobił ten Bush Brave. A poza tym siebie też nie chcę przestraszyć już w pierwszym dniu pobytu wśród klanu. Podziękowałam mu ślicznie za informacje oraz oprowadzienie i odeszłam sama eksplorować teren.

Wątek zakończony.

2.05.2018

Od Ganerdene'y do Kirka ,,Zerwanie więzów przeszłości"

Podszedła do mnie jedna klacz i jej dwoje towarzyszy. Co jak co to ona najbardziej spode łba na mnie łypała. Zauważyłam też, że tylko jeden z ogierów był hop do przodu. Ten drugi milczał i trzymał się z tyłu.
Arab, sam wprzódy nie przedstawiając się, zapytał o moje imię. Spojrzałam po zebranych niepewnie aż w końcu zawiesiłam wzrok na gniadym ogierze przede mną. To on to musi tutaj rządzić. Ładnie się nosił i prezentował się z dumą. Przez co mnie jeszcze bardziej utwierdzał w przekonaniu, że nic tu po mnie.
Odpowiedziałam mu najprostrzymi słowy. "Jestem Ganerdene." - ech.... a mogło mi coś lepszego do głowy wpaść. Jeny...
O dziwo, następne pytania wcale nie nadeszły. Zgoła co innego. Ogier wystrzelił odpowiedź z pyska jak żerujący ptak opada na swoją ofiarę. Khonkh, władca czyli tak jak myślałam. Klan Mroźnej Duszy. Zastanawiałam się krótko nad tą nazwą. Dlaczego mroźnej? Czyżby przez ich przeszłość?
Khonkh przedstawił również inne konie. Siwa klacz to była jego życiowa partnerka a ogier obok, ten co mnie przyuważył , to był Kirk. Skinęłam łbem na znak, że rozumiem i zwróciłam swoją uwagę na Yatgaar, która dalej nieufna, spytała się dlaczego pałętam się na terenach należących do stada. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Byłam trochę niepewna ich intencji, ale jakoś nie skora byłam do kłamania. To chyba nie moja rzecz kłamać. Szczególnie przy władcy i obrońcy.
Następne co usłyszałam to propozycja. Dołączenia do klanu. Albo wynoszenia się gdzie pieprz rośnie. Do tego zostałam poinformowana, że nie powinnam żałować zostania z nimi przez dotychczas nic nie mówiącego siwka. Między nami nastąpiła cisza, której to lekki woal, rozszarpywało niekiedy rżenie oraz ćwierkanie ptaszków. Westchnęłam lekko i odwróciłam głowę, żęby spojrzeć na step na horyzoncie. Chyba nie za bardzo mam wybór. Jak nie dołączę, będę zmuszona odejść z tych terenów a może nawet i stepów bo jeszcze nie wiem dokąd ich terytorium sięga, kiedy się kończy. W efekcie zabraliby mi dom. A gdzie by to szukać wody w zupełnie mi nieznanych terenach? Odwróciłam łeb i mój wzrok przykuł jakiś ruch z przodu, za końmi. Cofnęłam się lekko, zaalarmowana. Spojrzałam jeszcze raz i odkryłam, że to tylko miniaturowe figurki koni. Dopiero źrebięta.
A więc mają nowego członka.
- Możecie się cieszyć z nowego członka. - powiedziałam z lekkim już uśmiechem. Wstąpiły we mnie jakby nowe siły i ogromnie się cieszyłam. Nie zwracałam nawet uwagi na potencjalne zagrożenie z ich strony.
<Kirk?>

28.04.2018

Od Ganerdene'y do Kirka ,,Tam pod borem konie"

Przede mną rozrastała się wielka równina po horyzont. Czerwone piaskowe wydmy prószyły gdzieniegdzie wystające, podobnego koloru, skałki. Wiatr pomagał im w tej tułaczce po pustynnym bezmiaru, pchając piasek nieustannie do przodu aż po stepy i kolorowe wzgórza. Pustynny krajobraz był tym, o którym wspomnienia sięgały do moich pierwszych postawionych kroków, dalszej tułaczce. Był wypalony w moich najgorszych chwilach zwątpienia, głodu oraz pragnienia. Był też wtedy kiedy przeżywałam największe szczęścię oraz radość. Był od zawsze. Step był moim rodzicem oraz domem, który przysparzał mi trudności jak i otuchy. W jednej chwili kochałam go niepomiernie a w drugiej już zdążyłam znienawidzić.
Po czerwonej glebie tańczyły cienie. Czasami były poprzedzone zielonymi łodygami i liśćmi, czasami przed nimi widniał wąż, tak samo obłudny jak wizje.
W niektórych częściach tego mojego domu były to cienie nie mające właściciela na ziemii. Tam, w przestworzach, jak tylko podniosło się wzrok w prawie karmazynowe niebo przesłonięte słońcem oraz jego kończynami, które dosięgały do ziemii jakby to był ich jedyny ratunek. Tam, pomiędzy białymi, lekkimi jak pióra strzępami zaginionych wspomnień wirowały ptaki. Młóciły powietrze swoimi potężnymi skrzydłami a promyki słońca igrały na ich majestatycznych sylwetkach odkrywając piękno ich koloru.
Oderwałam wzrok od nieba i ruszyłam a przód. Moje kopyta przebierały piasek kiedy coraz niestaranniej stawiałam kroki. Opuściłam łeb i przymknęłam oczy, wciągając powietrze i wsłuchiwając się w otaczającą mnie ciszę. Słońce piekło niemiłosiernie i czułam jak wysysa ze mnie ostatnią kroplę wody, wolę walki i siłę. Przystanęłam na chwilę i podniosłam łeb otworzywszy oczy. Usłyszałam cichy szelest. Chrzęst piasku pod małym ciężarem. Spojrzałam uważnie na połać przed sobą. Zauważyłam mojego wroga od razu i odkoczyłam. Pośród piasku czaił się żółty wąż w brązowe wzory. Moje mięśnie napięły się kiedy zdałam sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Nie patrząc na niego dłużej, odwróciłam się od niego i pogalopowałam w inną stronę. Po paru szybkich uderzeń moje serca zwolniłam. Adrenalina powoli ustępowała z mojego ciała a wraz z nią ostatnie siły. Obejrzałam się naokoło bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby lokalizacji drapieżników. Pozwoliłam moim nogom ugiąć się a potem położyłam się na gorącym piasku stepów Mongolii. Po paru nierównych oddechach zakmnęłam powieki i pozwoliłam naturze na przejęcie pałeczki co do mojego losu.
Niezmąconą ciszę przerywał mój puls, który z chwilą stawał się wolniejszy i wolniejszy. Słońce wkrótce będzie mi wypalać dziury w futrze, z których skorzystają owady. Wyschnę i umrę, stanę się pożywieniem, moje kości będą bieleć się w słońcu aż w końcu one i też znikną.
Usłyszałam nagle pisk, krzyk bardziej, tak nieoczekiwany, że przeszywający czaszkę i torujący sobie drogę do wspomnień. Otworzyłam oczy i wpatrzyłam się w źródło dźwięku na niebie. Był to orzeł, który wypatrzył sobie ofiarę pośród wydm i teraz po nią nurkował, celniejszy niż strzała. Złapał węża w locie i znów wzbił się w powietrze. Nieuchronna śmierć wcześniej spotkanego mokasyna dziwnie zmobilizowała mnie do dalszej wędrówki w poszukiwaniu wody. Wstałam więc i, otrzepawszy się trochę z piasku, ruszyłam dalej w górę. Wiedziałam, że gdzieś tu napewno mieszkają ludzie, więc skrzętnie omijałam podejrzane tereny, czy to ostrzeżoana przez zmysł węchu, słuchu, czy wzrok. Moją drogę przecięły ślady końskich kopyt. Przyjrzałam się im dokładniej z lekkim dreszczem emocji, jednak okazały się stare. Jak zawsze z resztą. Coś pchnęło mnie jednak i zdeterminowana pocwałowałam tam gdzie mnie poprowadziły. A znalazłam się tam gdzie śladów było jeszcze więcej. Starych. Westchnęłam ze zrezygnowaniem i spuściłam łeb. Znowu. Jak zawsze. Nie ma tu żywej duszy. Trzeba było zostać tam gdzie usłyszałam orła i czekać na śmierć. Ta głupia pogoń za niczym tylko zmarnowała mi energię i przywiodła za sobą kolejną falę zmęczenia i nieznośnego, zimnego potu. Chodząc po śladach w kółko i młócąc piach chrapami coś lodowatego uderzyło mnie w bok. Przeszył mnie dreszcz, mięśnie były gotowe do następnego cwału. Zastrzygłam uszami i poczułam to jeszcze raz. Nadzieję. Wraz z podmuchem świeżego wiatru przyszła do mnie nadzieja i zachęciła do następnego biegu. Bez żadnych myśli przyśpieszyłam do cwału i puściłam się tam, skąd przyszedł do mnie wiatr. Nie minęło pół godziny a zobaczyłam przed sobą mały zbiornik wodny a za nim lasek. Nie zwolniając tępa wgalopowałam w nią, rozbryzgając naokoło wodę i dając ukojenie zmęczonym mięśniom. Już ochłodzona zaczęłam pić. W końcu też i moje pragnienie było zaspokojone i wyszłam z wody. Właściwie skacząc z radości usłyszałam w oddali rżenie. Rżenie koni. Wraz z tym poczułam ich zapach. Znieruchomiałam i spojrzałam w kierunku dźwięku. Zobaczyłam plamkę, która rosła z każdym biciem serca. W końcu zrobiła się jak na mnie za duża i schowałam się za wielkim szarym drzewem nieopodal obserwując konie, które już zatrzymały się na postój przy zbiorniku wodnym. Byli krótko jednak jeden z koni, pewnie ten co ma za zadanie ostrzegać przed niebezpieczeństwem, podejrzliwie patrzył się w krzaki bardzo blisko miejsca, w którym się ukryłam. Tak patrzył i patrzył aż w końcu zadecydowałam się wyjść. Kiedy to zrobiłam akurat on odwrócił głowę a inne konie zaczęły zbierać się do odejścia. Zastanawiałam się wtedy dlaczego mają tak niekompetentnego członka, który przestaje obserwować tyły kiedy tylko stado się ruszy. To był mój błąd. Bo, właśnie wtedy kiedy ten koń przestał obserwować teren blisko mnie, zaczął to robić inny. I zauważył mnie oczywiście. Stado przystanęło i parę koni, w tym drugi strażnik, wyszli mi na spotkanie ze mną.

28.04.2018

Nowa czujka - Ganerdene!


Źródło: Zdjęcie główne
Motto: "Na języku miód, a w sercu lód. "
Imię: Ganerdene (mong. Stalowy klejnot)
Wiek: 12 lat
Płeć: Klacz
Ranga/i: Czujka
Rodzina: -
Osobowość: Jest miłą, wesołą i dobrą klaczą. Trochę ciekawską też. Jej największym pragnieniem jest wszystkim pomagać, a co za tym idzie nie che nikomu szkodzić. Śmiała, beztroska i empatyczna klacz o wielkim sercu. Nawet ona by się tak opisała.
Na pierwszy rzut oka. Bowiem leży w niej głęboko zło i nienawiść, które tylko czekają na znak albo chwilę nieuwagi, żeby wypłynąć na wierzch, zepsuć fale dobroci i wydrzeć się na wolność.
Ganerdene nie wyznaje żadnej religii, bowiem żadnej na swej drodze nie spotkała.
Orientacja: Heteroseksualna
Partner/Partnerka: Zzuka
Potomkowie: Brak
Aparycja:

  • Rasa: Nokota
  • Wygląd: Klacz o karodereszowatej maści. Na czole widnieje jej gwiazdka. Długa, czarno-brązowa grzywa opada jej na prawą stronę szyi. Nogi przyozdabiają jej kruczo-czarne szczotki. W okolicach zadu widać czarne plamki. Ogon nisko osadzony. Lekko zakrzywione uszy. Kanciasta budowa, mocne kończyny. 
  • Znaki charakterystyczne: Gwiazdka na czole. Trochę wypłowiała sierść w skutek niedożywienia itd. Ciemne plamki w okolicach zadu i szczotki pęcinowe. 
  • Wzrost: 156 cm
  • Waga: 408 kg 

Umiejętności:
Siła fizyczna: 25 
Szybkość: 10
Zwinność: 20
Technika: 10
Wytrzymałość: 20
Kamuflaż: 15
Umiejętności dodatkowe: Ganerdene dobrze zna się na roślinkach. Tak dobrze, że może z nich wytwarzać trucizny.
Historia: Jej historia zaczęła się kiedy płynęła sobie gdzieś w środku taty. Następnie tata dał mamie nasienie życia, czyli małą Ganerdenę, w dosyć niekonwencjonalny i brutalny sposób. Klaczka rozwijała się w płodzie mamy, często doświadczając wielkich dudnień i wraz z nimi występujących trzęsień ziemii.
Bo, widzicie, mama zgubiła stado. Jadła sobie trawkę, podniosła łeb i puf! Stada nie było. Z resztą z pomocą taty tak się stało. Tata pomógł mamie zgubić stado, żeby nie doświadczyła śmierci przez alfę. W tamtejszym stadzie tylko alfa mógł pokrywać klacze. Powiecie pewnie: "Co za cham z tego taty! Wykorzystał ją i zostawił na pastwę losu! " Całkowita i absolutna prawda. Jednak wydalając mamę ze stada, oszczędził jej i śmierci i widoku dalszych terrorów, które zaistniały za pomocą jego sztyletu, który to zatopił się w ciele alfy oraz jego zwolenników.
Takie to były pragnienia taty Ganerdene; Zostać alfą, odszukać matkę i pojąć ją za jedyną żonę. Plany poszły jednak w diabły, kiedy pozostali, zdjęci strachem, członkowie uciekli przed sztyletem, który już wtedy ani myślał być w ruchu.
Po tygodniu jednak sztylet znowu ożył - broniąc jego posiadacza przed drapieżnikami stepów Mongolii. Wybronić taty nie zdążył choć udało mu się ostatkami sił zagłębić się w szyi mamy.
Ta tragiczna i kontrowersyjna historia ma szczęśliwy koniec - para połączyła się po śmierci.
A to dopiero jej początek.
Ganerdene była przy ostatnich chwilach rodziców na ziemi. W ostateczności, to ona ich połączyła. Widzicie: Tata nie zadał śmiertelnej rany mamie,ani nie zrobiły tego wilki. Powtórzyć czyn taty, z sukcesem, musiała klaczka. Mówiono, oczywiście nie znając całej historii, że wataha widząc smutek i żałość Garnerdene po śmierci, zostawiła ją i odeszła w skrusze.
Resztę swojego życia (przynajmniej do spotkania Klanu Mroźnej Duszy), klacz żyła na stepach i wąchała kwiatki, nie zadręczając się niczym. I zaraz wiedziała o roślinkach wszystko. I robiła z nich soczki... takie jak trucizna i narkotyki a jak dostało się jej owoców to i smoothie. Inną część wolnego czasu spędzała na ćwierkotaniu z ptaszkami.
Zrobiła się z niej miła klacz. Zapomniała o przeszłości. Wykwitało z niej dobro jak z żyznej, zdrowej ziemi pierwszy raz wygląda zielona łodyga. Łodyga ta wypuściła liście, pączki a potem kwiaty. Dosięgneła swoimi korzeniami czystej żyły wodnej a inne rośliny oraz gleba dostarczały jej minerałów. Tak rosło jej dobro i miłość kiedy odnalazła Klan Mroźnej Duszy i tam pozostała.
Inne: Ganerdene nade wszystko lubi wodę i ptaki, które to przynoszą i wiosnę i życie. Nie ma właściwie rzeczy, których by nie lubiła.
Kontakt: piamonkey (howrse), Ganerdene (czat)
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika