Khonkh z dynastii Altbachów|19 lat|Ogier|Były władca, Emeryt|25 p.|Yatgaar|DODA
→ Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Khonkh. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Khonkh. Pokaż wszystkie posty
20.02.2020
Żegnamy Khonkha!
W dniu dzisiejszym z żalem przychodzi nam się rozstać z pierwszym, emerytowanym już, władcą naszego klanu - Khonkh'iem z dynastii Altbachów. Wiele on zrobił dla naszego rozwoju, a legendy o tej postaci będą krążyć przez jeszcze wiele wieków po mongolskich stepach. Przyjaciel dla wielu, głowa rodziny i cudowny władca - taki obraz gniadego araba zostanie w naszej pamięci.
24.06.2019
Od Khonkha do Sarit "Czas Shiregt'a"
Stałem na uboczu. Żując powoli trawę na niewielkim wzniesieniu, mogłem do woli przypatrywać się stadu zgromadzonemu chwilowo na otwartej przestrzeni. Mieliśmy dziś do przejścia spory kawałek stepu, na którym lepiej było się nie zatrzymywać. W końcu w lesie, wśród drzew, o wiele łatwiej się ukryć niż tu, gdzie obecnie przebywaliśmy. Jednak czekała nas jeszcze długa droga, a przecież trzeba było też pamiętać o najmłodszych. Źrebięta są znacznie mniej wytrzymałe niż dorosłe konie i nie trzeba być geniuszem, aby na to wpaść. Poza tym wszyscy potrzebują chwili, aby się najeść i odpocząć. Tak więc jeżeli nie ma ku temu warunków, należy je stworzyć, najlepiej rozstawiając wszędzie straże, aby zwykli członkowie mogli czuć się bezpiecznie. I tak właśnie zrobił Shiregt. Od kilku lat, już jako emeryt, mogłem obserwować jego poczynania. I stwierdzić mogę z całą pewnością, że Yatgaar i ja mamy wspaniałego syna, który doskonale rządzi klanem. Bardzo chcę wierzyć w to, że to nasza zasługa. Że spisaliśmy się po prostu jako rodzice, dobrze wychowując trójkę naszych źrebaków. Niestety, jak nikt inny wiem, że to, co pokazujemy na zewnątrz, często nie ma nic wspólnego z tym, co czujemy lub myślimy. Mam jednak nadzieję, że nie tylko moje dzieci, ale wszyscy w klanie są po prostu szczęśliwi. Minęło wiele lat od założenia stada, a także od wojny i historii z frakcją... Czas chyba najwyższy, aby wszystko, co złe, odeszło w niepamięć i aby nastała nowa era. Czas Shiregt'a-pomyślałem. Wtem kątem oka dostrzegłem jakiś ruch i to wyrwało mnie z moich monotonnych przemyśleń. Odwróciłem lekko głowę i spostrzegłem, że w moją stronę zmierza jakiś koń o kasztanowatej maści. Spróbowałem rozpoznać tego osobnika, ale na nic się to zdało. Zbyt wielu mieliśmy już członków, abym kojarzył wszystkich, a i pamięć już nie ta. Koń wchodził powoli na wzniesienie, ale bardziej zainteresowany był ziemią pod swoimi kopytaki, niż tym, co jest przed nim. Po chwili odwrócił się jeszcze i spojrzał na klan, po cxym wrócił do poprzedniej pozycji. W końcu uniósł głowę i w konsekwencji wreszcie mnie ujrzał. Na chwilę zapadło między nami milczenie, ale przypomniałem sobie w porę zasady dobrego wychowania. Przecież nie możemy tak stać i się na siebie gapić.
-Witaj, jestem Khonkh-powiedziałem. Choć nawet nie jakaś arogancja, czy przesadna pewność siebie, ale po prostu chyba doświadczenie życiowe kazało mi myśleć, że klacz owa musi mnie choćby kojarzyć. A może jednak to były pycha i arogancja? W końcu po co komu, zwłaszcza młodszym członkom, wiedza na temat tego, kto był kiedyś władcą klanu? Teraz liczył się Shiregt, a ja, jako stary emeryt, musiałem usunąć się w cień i zaakceptować swój los, który był naturalną koleją rzeczy.
<Sarit? Dużo przemyśleń Kromka, ale w następnym opku już to się zmieni>
-Witaj, jestem Khonkh-powiedziałem. Choć nawet nie jakaś arogancja, czy przesadna pewność siebie, ale po prostu chyba doświadczenie życiowe kazało mi myśleć, że klacz owa musi mnie choćby kojarzyć. A może jednak to były pycha i arogancja? W końcu po co komu, zwłaszcza młodszym członkom, wiedza na temat tego, kto był kiedyś władcą klanu? Teraz liczył się Shiregt, a ja, jako stary emeryt, musiałem usunąć się w cień i zaakceptować swój los, który był naturalną koleją rzeczy.
<Sarit? Dużo przemyśleń Kromka, ale w następnym opku już to się zmieni>
10.03.2019
Od Khonkha do Mivany "Walka z losem"
Wyczułem, iż klacz męczą myśli, z którymi ciężko jej sobie poradzić. Poza tym, sama niemal wprost mi to powiedziała. Nie spodziewałem się jednak tak dosadnego objaśnienia, czym tak bardzo się przejmuje. Rzadko zdarzało się, iż ktoś mówił tak bardzo wprost, co go trapi. Kiedy jednak tak się już działo, należało uważać, aby przypadkiem nie urazić swojego rozmówcy. Nie chciałem w żaden sposób zranić klaczy, która odsłoniła przede mną cząstkę swojej duszy.
-Jeśli mam być szczery, to nigdy wcześniej nie miałem takich problemów...-zacząłem powoli. Klacz nic powiedziała, tylko patrzyła na mnie, wyczekując dalszych słów.-Kiedy byłem źrebięciem, liczyła się dla mnie tylko rywalizacja pomiędzy mną i moim bratem...potem opuściłem swoją rodzinę i życie stało się dla mnie jedną wielką wędrówką. Czułem, że muszę iść naprzód, bo inaczej będę stał w miejscu. Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, dlaczego nie mogę się po prostu zatrzymać. W końcu jednak znalazłem swoje miejsce i zrobiłem to, to znaczy, zatrzymałem się. Stanąłem na czele założonego przez siebie klanu. Jeśli miałbym powiedzieć, co wtedy myślałem, to najprawdopodobniej byłem przekonany, że rządzenie klanem to fajna rzecz, niezbyt wymagająca, a w ogóle to jakoś to będzie. I jakoś było. Do stada dołączało coraz więcej koni, a ja chyba całkiem nieźle radziłem sobie jako władca. Myślę, że byłem szczęśliwy. Nie zastanawiałem się nad tym, czego chcę, jaka będzie przyszłość, bo żyłem chwilą, a teraźniejszość dawała mi mnóstwo powodów do radości. Poznałem wtedy Yatgaar, klan miał się coraz lepiej...żyć nie umierać. Ale wtedy stało się coś, co sprawiło, że mój świat wartości zachwiał się w posadach.
-Co takiego?-spytała zdziwiona Mivana.
-Niestety, nie mogę ci tego zdradzić. Wtedy jednak poczułem się przez wszystkich zdradzony, oszukany. Czułem, że świat dawał mi drobne powody do radości tylko po to, aby tym boleśniejszy był dla mnie ostateczny cios, jaki przyszykował dla mnie los. Nie wiem, jaki cel chcesz osiągnąć ani tym bardziej czemu się od niego oddalasz. Nie wiem na pewno, czemu twoje marzenia spełniają się innym. Wydaje mi się jednak...ja myślę teraz o życiu w ten sposób, że los szykuje dla nas drogę pełną wielu cierpień. Ale na tej drodze znajdują się też jakieś radości. Jednak, żeby do nich dotrzeć, trzeba najpierw pokonać przeszkody. Życie to jeden wielki bieg z przeszkodami. Tak naprawdę mamy do wyboru albo poddać się na samym początku, albo biec przed siebie, w ciemno, licząc, że gdzieś tam czeka na nas szczęście. Wybacz, zapewne liczyłaś na jakąś przydatną poradę albo chociaż pocieszającą mowę, ale mogę jeszcze dodać, że niektórym los gotuje wyjątkowo trudną drogę. Jednak kiedy już ją przebędą, stają się o niebo silniejsi od innych. Kimś takim była twoja matka i myślę, że kimś takim jesteś także ty-powiedziałem. Rzadko rozmawiałem z Mivaną, a już zwłaszcza na temat jej matki, ale postanowiłem przywołać jej przykład. Miałem jednak nadzieję, że nie zdenerwuje to ani nie zasmuci klaczy. Sam doskonale wiedziałem, że bolesne wspomnienia nie tak łatwo tracą swoją moc.
-Myślę, że im większą ktoś ma wartość i znaczenie, tym większe czekają go w życiu problemy. Nie pytaj mnie jednak, czemu tak jest. Wiedz jedynie, że każdy, z obecnych tu koni-wskazałem łbem w stronę klanu-ma swoje małe i duże tragedie oraz małe i duże radości. Myślę, że prędzej czy później doczekasz się i swojej "dużej radości". Zaś co do samych marzeń...może twoje marzenia spełniają się tym, którzy ich nie pragną? Być może ktoś pragnie takiego życia jak twoje, ale ma takie, jakiego pragniesz ty? Jak już wspomniałem, los jest niesprawiedliwym, krnąbrnym i rozpieszczonym dzieckiem, a my musimy z nim walczyć i grać w jego grę-posłałem klaczy lekki, przyjazny uśmiech. Dodałem to wszystko, gdyż męczyła mnie wydłużająca się cisza, która zaległa między nami. Chciałem powiedzieć klaczy, że życie często usłane jest cierniami, a nie różami, ale jednocześnie pragnąłem ją też jakoś pocieszyć. Obawiałem się jednak, czy udało mi się osiągnąć zamierzony efekt, toteż z przejęciem czekałem na jakąkolwiek reakcję ze strony Mivany. Nagle klacz zrobiła powoli kilka kroków do przodu, a potem niespodziewanie odwróciła się w moją stronę i podeszła do mnie.
<Miv? Nie morduję cię. A ty nie morduj mnie za to, że większość opka to znowu przemyślenia Khonkha>
-Jeśli mam być szczery, to nigdy wcześniej nie miałem takich problemów...-zacząłem powoli. Klacz nic powiedziała, tylko patrzyła na mnie, wyczekując dalszych słów.-Kiedy byłem źrebięciem, liczyła się dla mnie tylko rywalizacja pomiędzy mną i moim bratem...potem opuściłem swoją rodzinę i życie stało się dla mnie jedną wielką wędrówką. Czułem, że muszę iść naprzód, bo inaczej będę stał w miejscu. Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, dlaczego nie mogę się po prostu zatrzymać. W końcu jednak znalazłem swoje miejsce i zrobiłem to, to znaczy, zatrzymałem się. Stanąłem na czele założonego przez siebie klanu. Jeśli miałbym powiedzieć, co wtedy myślałem, to najprawdopodobniej byłem przekonany, że rządzenie klanem to fajna rzecz, niezbyt wymagająca, a w ogóle to jakoś to będzie. I jakoś było. Do stada dołączało coraz więcej koni, a ja chyba całkiem nieźle radziłem sobie jako władca. Myślę, że byłem szczęśliwy. Nie zastanawiałem się nad tym, czego chcę, jaka będzie przyszłość, bo żyłem chwilą, a teraźniejszość dawała mi mnóstwo powodów do radości. Poznałem wtedy Yatgaar, klan miał się coraz lepiej...żyć nie umierać. Ale wtedy stało się coś, co sprawiło, że mój świat wartości zachwiał się w posadach.
-Co takiego?-spytała zdziwiona Mivana.
-Niestety, nie mogę ci tego zdradzić. Wtedy jednak poczułem się przez wszystkich zdradzony, oszukany. Czułem, że świat dawał mi drobne powody do radości tylko po to, aby tym boleśniejszy był dla mnie ostateczny cios, jaki przyszykował dla mnie los. Nie wiem, jaki cel chcesz osiągnąć ani tym bardziej czemu się od niego oddalasz. Nie wiem na pewno, czemu twoje marzenia spełniają się innym. Wydaje mi się jednak...ja myślę teraz o życiu w ten sposób, że los szykuje dla nas drogę pełną wielu cierpień. Ale na tej drodze znajdują się też jakieś radości. Jednak, żeby do nich dotrzeć, trzeba najpierw pokonać przeszkody. Życie to jeden wielki bieg z przeszkodami. Tak naprawdę mamy do wyboru albo poddać się na samym początku, albo biec przed siebie, w ciemno, licząc, że gdzieś tam czeka na nas szczęście. Wybacz, zapewne liczyłaś na jakąś przydatną poradę albo chociaż pocieszającą mowę, ale mogę jeszcze dodać, że niektórym los gotuje wyjątkowo trudną drogę. Jednak kiedy już ją przebędą, stają się o niebo silniejsi od innych. Kimś takim była twoja matka i myślę, że kimś takim jesteś także ty-powiedziałem. Rzadko rozmawiałem z Mivaną, a już zwłaszcza na temat jej matki, ale postanowiłem przywołać jej przykład. Miałem jednak nadzieję, że nie zdenerwuje to ani nie zasmuci klaczy. Sam doskonale wiedziałem, że bolesne wspomnienia nie tak łatwo tracą swoją moc.
-Myślę, że im większą ktoś ma wartość i znaczenie, tym większe czekają go w życiu problemy. Nie pytaj mnie jednak, czemu tak jest. Wiedz jedynie, że każdy, z obecnych tu koni-wskazałem łbem w stronę klanu-ma swoje małe i duże tragedie oraz małe i duże radości. Myślę, że prędzej czy później doczekasz się i swojej "dużej radości". Zaś co do samych marzeń...może twoje marzenia spełniają się tym, którzy ich nie pragną? Być może ktoś pragnie takiego życia jak twoje, ale ma takie, jakiego pragniesz ty? Jak już wspomniałem, los jest niesprawiedliwym, krnąbrnym i rozpieszczonym dzieckiem, a my musimy z nim walczyć i grać w jego grę-posłałem klaczy lekki, przyjazny uśmiech. Dodałem to wszystko, gdyż męczyła mnie wydłużająca się cisza, która zaległa między nami. Chciałem powiedzieć klaczy, że życie często usłane jest cierniami, a nie różami, ale jednocześnie pragnąłem ją też jakoś pocieszyć. Obawiałem się jednak, czy udało mi się osiągnąć zamierzony efekt, toteż z przejęciem czekałem na jakąkolwiek reakcję ze strony Mivany. Nagle klacz zrobiła powoli kilka kroków do przodu, a potem niespodziewanie odwróciła się w moją stronę i podeszła do mnie.
<Miv? Nie morduję cię. A ty nie morduj mnie za to, że większość opka to znowu przemyślenia Khonkha>
6.03.2019
Od Khonkha do Mivany "Trzymać się na uboczu"
-To dobre miejsce na postój, choć gdybyśmy poszli trochę dalej...
-Ale nie pójdziemy, bo ty już tu nie rządzisz-przerwała mi Yatgaar, po czym uśmiechnęła się szeroko. Posłałem jej lekko rozbawione spojrzenie.
-Lubisz mi wypominać, że jestem starym i niepotrzebnym starcem?-spytałem.
-Po pierwsze, to ja wcale tego nie powiedziałam, tylko ty to właśnie powiedziałeś. Po drugie, właśnie nazwałeś się starym starcem, co dowodzi, że twoja umiejętność dobrego dobierania słów mocno już szwankuje-odparła klacz.
-Oboje zaczynamy coś chyba za dużo narzekać. Przydałoby nam się coś do zrobienia...Trochę ruchu!-zawołałem, po czym w paru krokach znalazłem się przy swojej partnerce, chwyciłem w zęby jej grzywę i lekko pociągnąłem. Następnie puściłem ją i odbiegłem kawałek.
-Au! Taki stary, a zabaw mu się zachciewa!-zawołała z uśmiechem Yatgaar, po czym, jak się spodziewałem, rzuciła się za mną biegiem. Planowałem, że tylko krótko się przebiegniemy razem, ale nasz "krótki bieg" zamienił się w małą wycieczkę po okolicy. Kiedy wróciliśmy, oboje byliśmy padnięci. Aby pozwolić sobie dojść do siebie, stanęliśmy nieco z dala od pozostałych koni i zajęliśmy się oboje szukaniem czegoś do zjedzenia. Po jakichś pięciu czy dziesięciu minutach znalazła nas jedna Miriada, która chciała coś omówić z matką. Klacze odeszły kawałek, a ja zostałem sam. Nie przeszkadzało mi to bynajmniej. Wiedziałem, że moja córka i jej matka mają przede mną swoje "kobiece tajemnice". Ktoś mógłby zdziwić się, iż tak łatwo akceptuję ten fakt. Tajemnice były jednak nieodłączną częścią składową osobowości klaczy mojego życia, więc dawno temu, decydując się na spędzenie go razem z Yatgaar, musiałem liczyć się z tym, że w naszym związku zawsze będzie istniało nieco miejsca dla drobnych niedomówień. Brak zaufania? Ja uważam wprost przeciwnie. Ufam Yatgaar na tyle, żeby wiedzieć, że powiedziałaby mi wszystko, gdyby od tego zależało czyjeś życie lub śmierć albo groziło to jakimkolwiek niebezpieczeństwem. Z każdym dniem zbliżaliśmy się do jeziora Chirgis, zatem podłoże stawało się coraz twardsze, mniej urodzajne, a co za tym idzie, dookoła rosło niewiele drzew. Z łatwością zatem dostrzegłem w oddali sylwetkę jakiegoś konia, co też przerwało mi moje rozmyślania. Niestety wzrok już nie ten, zatem, aby go rozpoznać, musiałem się nieco przybliżyć. Po chwili jednak sylwetka ta przybrała znajomy kształt. Była to Mivana, córka Marabell... Na myśl o klaczy moje ciało przeszył lekko dreszcz. Nadal nie mogłem uwierzyć, że jej już z nami nie ma. Tak samo Mikada i wielu innych. Czy naprawdę wszystkich nas czeka takie zniknięcie? I zapomnienie? Jasne, "będziemy żyli w pamięci tych, którzy nas kochają", ale przecież oni też kiedyś umrą. I takie życie nie jest prawdziwym życiem. To tylko zwykła gadka, która ma pocieszyć starców i umierających, którzy nie są w stanie zaakceptować faktycznego stanu rzeczy, czyli że umrą i znikną na zawsze z tego świata, a za kilka lat nikt już o nich nie będzie pamiętał. Nie chciałem przeszkadzać klaczy, zatem nim zdążyła mnie zauważyć, postanowiłem się oddalić. Zanim jednak to zrobiłem, spostrzegłem, że do Mivany podszedł jakiś koń. W nim od razu rozpoznałem chyba najbardziej rozpoznawalną osobę w tym klanie, czyli jego władcę i mojego syna, Shiregt'a. Oba konie wdały się między sobą w dyskusję, a ja nie chciałem im przeszkadzać, więc już bez zatrzymywania się oddaliłem się.
~Wieczorem~
Gwiazdy migotały na jasnym niebie. Sprawiało to wrażenie, jakby było już lato, kiedy mrok rzadko kiedy ma okazję w pełni zapanować nad światem. Jednak mroźne powietrze przypominało, że nie ma jeszcze lata. Nie ma nawet wiosny. Ona dopiero zaczyna się rozwijać. Spuściłem głowę, nie chcąc wyjść na oszołoma, który staje pośrodku klanu i wgapia się w niebo, jakby właśnie coś mu się objawiło. Ruszyłem dalej. Mimo że nie byłem już władcą, nadal lubiłem spacerować wśród innych koni, a czasem nawet do niektórych zagadywać, choć teraz już zdarzało się to rzadziej. W klanie pojawiło się mnóstwo nowych, młodych pysków, a ja wielu z nich nie znałem. Większość koni, z powodu zimna panującego nadal nocą, skupiła się w jednym miejscu. Znajdowaliśmy się w miejscu przypominającym "pół-polanę", gdyż z jednej strony rosło kilka drzew, ale podłoże w większości składało się z kamieni. Kiedy udało mi się przedrzeć przez tą zgraję, po drugiej stronie, właśnie pod linią niemrawych, niezbyt dobrze wyglądających drzewek spostrzegłem stojącą samotnie sylwetkę. To było dość dziwne, wybierać samotność w tak zimną noc, praktycznie na otwartej przestrzeni. Postanowiłem więc zbliżyć się do owego osobnika, aby upewnić się, czy czegoś nie potrzebuje. Kiedy podszedłem, okazało się, że jest to Mivana.
-Witaj-powiedziałem, zwracając na siebie tym samym uwagę klaczy. Mivana przywitała się ze mną. Na chwilę zapadła między nami cisza.
-Czy coś się stało?-spytała klacz. Zastanawiałem się, co powinienem powiedzieć, jak ująć to w słowa, aby dobrze to zabrzmiało. W końcu jednak musiałem jej coś odpowiedzieć.
-Nie, nic takiego. Zastanawiam się tylko, dlaczego w tak mroźną, nawet jak na tę porę roku noc, wolisz trzymać się na uboczu, zamiast z resztą klanu-powiedziałem w końcu.
<Mivana?>
-Ale nie pójdziemy, bo ty już tu nie rządzisz-przerwała mi Yatgaar, po czym uśmiechnęła się szeroko. Posłałem jej lekko rozbawione spojrzenie.
-Lubisz mi wypominać, że jestem starym i niepotrzebnym starcem?-spytałem.
-Po pierwsze, to ja wcale tego nie powiedziałam, tylko ty to właśnie powiedziałeś. Po drugie, właśnie nazwałeś się starym starcem, co dowodzi, że twoja umiejętność dobrego dobierania słów mocno już szwankuje-odparła klacz.
-Oboje zaczynamy coś chyba za dużo narzekać. Przydałoby nam się coś do zrobienia...Trochę ruchu!-zawołałem, po czym w paru krokach znalazłem się przy swojej partnerce, chwyciłem w zęby jej grzywę i lekko pociągnąłem. Następnie puściłem ją i odbiegłem kawałek.
-Au! Taki stary, a zabaw mu się zachciewa!-zawołała z uśmiechem Yatgaar, po czym, jak się spodziewałem, rzuciła się za mną biegiem. Planowałem, że tylko krótko się przebiegniemy razem, ale nasz "krótki bieg" zamienił się w małą wycieczkę po okolicy. Kiedy wróciliśmy, oboje byliśmy padnięci. Aby pozwolić sobie dojść do siebie, stanęliśmy nieco z dala od pozostałych koni i zajęliśmy się oboje szukaniem czegoś do zjedzenia. Po jakichś pięciu czy dziesięciu minutach znalazła nas jedna Miriada, która chciała coś omówić z matką. Klacze odeszły kawałek, a ja zostałem sam. Nie przeszkadzało mi to bynajmniej. Wiedziałem, że moja córka i jej matka mają przede mną swoje "kobiece tajemnice". Ktoś mógłby zdziwić się, iż tak łatwo akceptuję ten fakt. Tajemnice były jednak nieodłączną częścią składową osobowości klaczy mojego życia, więc dawno temu, decydując się na spędzenie go razem z Yatgaar, musiałem liczyć się z tym, że w naszym związku zawsze będzie istniało nieco miejsca dla drobnych niedomówień. Brak zaufania? Ja uważam wprost przeciwnie. Ufam Yatgaar na tyle, żeby wiedzieć, że powiedziałaby mi wszystko, gdyby od tego zależało czyjeś życie lub śmierć albo groziło to jakimkolwiek niebezpieczeństwem. Z każdym dniem zbliżaliśmy się do jeziora Chirgis, zatem podłoże stawało się coraz twardsze, mniej urodzajne, a co za tym idzie, dookoła rosło niewiele drzew. Z łatwością zatem dostrzegłem w oddali sylwetkę jakiegoś konia, co też przerwało mi moje rozmyślania. Niestety wzrok już nie ten, zatem, aby go rozpoznać, musiałem się nieco przybliżyć. Po chwili jednak sylwetka ta przybrała znajomy kształt. Była to Mivana, córka Marabell... Na myśl o klaczy moje ciało przeszył lekko dreszcz. Nadal nie mogłem uwierzyć, że jej już z nami nie ma. Tak samo Mikada i wielu innych. Czy naprawdę wszystkich nas czeka takie zniknięcie? I zapomnienie? Jasne, "będziemy żyli w pamięci tych, którzy nas kochają", ale przecież oni też kiedyś umrą. I takie życie nie jest prawdziwym życiem. To tylko zwykła gadka, która ma pocieszyć starców i umierających, którzy nie są w stanie zaakceptować faktycznego stanu rzeczy, czyli że umrą i znikną na zawsze z tego świata, a za kilka lat nikt już o nich nie będzie pamiętał. Nie chciałem przeszkadzać klaczy, zatem nim zdążyła mnie zauważyć, postanowiłem się oddalić. Zanim jednak to zrobiłem, spostrzegłem, że do Mivany podszedł jakiś koń. W nim od razu rozpoznałem chyba najbardziej rozpoznawalną osobę w tym klanie, czyli jego władcę i mojego syna, Shiregt'a. Oba konie wdały się między sobą w dyskusję, a ja nie chciałem im przeszkadzać, więc już bez zatrzymywania się oddaliłem się.
~Wieczorem~
Gwiazdy migotały na jasnym niebie. Sprawiało to wrażenie, jakby było już lato, kiedy mrok rzadko kiedy ma okazję w pełni zapanować nad światem. Jednak mroźne powietrze przypominało, że nie ma jeszcze lata. Nie ma nawet wiosny. Ona dopiero zaczyna się rozwijać. Spuściłem głowę, nie chcąc wyjść na oszołoma, który staje pośrodku klanu i wgapia się w niebo, jakby właśnie coś mu się objawiło. Ruszyłem dalej. Mimo że nie byłem już władcą, nadal lubiłem spacerować wśród innych koni, a czasem nawet do niektórych zagadywać, choć teraz już zdarzało się to rzadziej. W klanie pojawiło się mnóstwo nowych, młodych pysków, a ja wielu z nich nie znałem. Większość koni, z powodu zimna panującego nadal nocą, skupiła się w jednym miejscu. Znajdowaliśmy się w miejscu przypominającym "pół-polanę", gdyż z jednej strony rosło kilka drzew, ale podłoże w większości składało się z kamieni. Kiedy udało mi się przedrzeć przez tą zgraję, po drugiej stronie, właśnie pod linią niemrawych, niezbyt dobrze wyglądających drzewek spostrzegłem stojącą samotnie sylwetkę. To było dość dziwne, wybierać samotność w tak zimną noc, praktycznie na otwartej przestrzeni. Postanowiłem więc zbliżyć się do owego osobnika, aby upewnić się, czy czegoś nie potrzebuje. Kiedy podszedłem, okazało się, że jest to Mivana.
-Witaj-powiedziałem, zwracając na siebie tym samym uwagę klaczy. Mivana przywitała się ze mną. Na chwilę zapadła między nami cisza.
-Czy coś się stało?-spytała klacz. Zastanawiałem się, co powinienem powiedzieć, jak ująć to w słowa, aby dobrze to zabrzmiało. W końcu jednak musiałem jej coś odpowiedzieć.
-Nie, nic takiego. Zastanawiam się tylko, dlaczego w tak mroźną, nawet jak na tę porę roku noc, wolisz trzymać się na uboczu, zamiast z resztą klanu-powiedziałem w końcu.
<Mivana?>
14.12.2018
Od Khonkha do Yatgaar "Zabić czy nie zabić; oto jest pytanie"
Zauważyłem niepokojące zachowanie mojej partnerki, ale od razu odczytałem sygnały, które mi wysłała. To był jej plan. A jej plany miały to do siebie, że, choć bywały dość zaskakujące, o ile nawet nie niedorzeczne, to i tak zawsze działały. W końcu Yatgaar, po serii niepokojących objawów, osunęła się na ziemię. Kiedy nasi towarzysze zauważyli, co się stało, część z nich jedynie przystanęła, przyglądając się wszystkiemu z ciekawością. Kilku innych zaklęło cicho pod nosem. Kary ogier, który wcześniej z nami rozmawiał, zbliżył się do naszej trójki, Shiregt'a, Etsiina i mnie, pochylającymi się nad Yatgaar.
-Co tu się dzieje?-zapytał.
-Jak widać, moja partnerka źle się poczuła-odparłem.
-Jak bardzo źle?-spytał.
-A skąd mam wiedzieć? Niestety nie mogę jej zapytać, bo zemdlała. Ale skoro tak się stało, to sądzę, ze bardzo źle-powiedziałem. Aby pokazać, jak mocno przejąłem się losem swojej partnerki, jeszcze bardziej się nad nią pochyliłem.
-Musimy coś zrobić-powiedział szczerze zaniepokojony Shiregt.
-Na pewno nic jej nie jest i zaraz wstanie-powiedział kary ogier, pochylając się nad Yatgaar.
-Niestety nie można tego powiedzieć o tobie-odparłem, po czym szybko podniosłem się i zaatakowałem konia z góry. Dzięki temu udało mi się go przewrócić i jednocześnie odepchnąć na bok, aby nie upadł na moją partnerkę. Nim ktokolwiek zdążył zareagować, doskoczyłem do niego i położyłem kopyto na jego szyi. Pozostałe konie były gotowe do ataku.
-Jeden ich krok, a zmiażdżę ci szyję razem z paroma ważnymi tętnicami-powiedziałem.
-Jeśli to zrobisz, to oni was zabiją-odparł ogier.
-Ale ty nie będziesz już żył-syknąłem. Koń nic nie odpowiedział. Zapadła chwila ciszy. Jego towarzysze czekali na jakiś rozkaz, podczas gdy Shiregt i Etsiin przenosili wzrok na zmianę z naszej dwójki na Yatgaar i na otaczające nas konie. Odczuwalne napięcie było wręcz nie do zniesienia. Ja mogłem w każdej chwili zabić tymczasowego przywódcę tej grupki, a oni mogli nas zaatakować. W każdej chwili mogliśmy przejąć realną kontrolę nad sytuacją, ale równie dobrze mogła się rozpętać krwawa walka. Trzynaście koni i nasza czwórka...moglibyśmy dać radę, ale lepiej byłoby nie ryzykować. Poza tym dzień był zbyt piękny, aby niszczyć go sobie widokiem krwi spływającej strugami po świeżo zielonej trawie. Myśl ta przywołała w mojej głowie wiele wspomnieć, ale odegnałem je wszystkie. Był czas na wspominki i był czas na działanie. A teraz zdecydowanie nie czas było na pierwszą z tych rzeczy. Schyliłem się i wyszeptałem do ogiera:
-I jak? Dobijemy targu? Czy jednak wolisz opuścić ten piękny świat tu i teraz?-spytałem.
-Zgoda. Więc mówcie, czego chcecie-powiedział koń.
-Jedną chwilkę-odparłem, po czym odwróciłem głowę. Jednak nie na tyle, aby całkowicie stracić z oczu swojego więźnia. W końcu w każdej chwili mógł spróbować się wyrwać.
-Yatgaar!-zawołałem. Teraz już nie musiała udawać. Powinniśmy skupić się na nowym planie. Moglibyśmy kazać się zaprowadzić do ich przywódcy, ale w tak nielicznej grupie byłoby to nierozsądne. Gdybyśmy zaś wszyscy poszli do naszych towarzyszy, również nie wykazalibyśmy się mądrością. Najlepiej byłoby wysłać kogoś po resztę. Jednak decyzja nie należy do mnie-pomyślałem. Przeniosłem wzrok na naszego syna, Shiregt'a, po czym znowu skupiłem się na karym ogierze.
<Yatgaar? Robimy dziką i krwawą jatkę, czy dalej ciągniemy dyplomację?>
-Co tu się dzieje?-zapytał.
-Jak widać, moja partnerka źle się poczuła-odparłem.
-Jak bardzo źle?-spytał.
-A skąd mam wiedzieć? Niestety nie mogę jej zapytać, bo zemdlała. Ale skoro tak się stało, to sądzę, ze bardzo źle-powiedziałem. Aby pokazać, jak mocno przejąłem się losem swojej partnerki, jeszcze bardziej się nad nią pochyliłem.
-Musimy coś zrobić-powiedział szczerze zaniepokojony Shiregt.
-Na pewno nic jej nie jest i zaraz wstanie-powiedział kary ogier, pochylając się nad Yatgaar.
-Niestety nie można tego powiedzieć o tobie-odparłem, po czym szybko podniosłem się i zaatakowałem konia z góry. Dzięki temu udało mi się go przewrócić i jednocześnie odepchnąć na bok, aby nie upadł na moją partnerkę. Nim ktokolwiek zdążył zareagować, doskoczyłem do niego i położyłem kopyto na jego szyi. Pozostałe konie były gotowe do ataku.
-Jeden ich krok, a zmiażdżę ci szyję razem z paroma ważnymi tętnicami-powiedziałem.
-Jeśli to zrobisz, to oni was zabiją-odparł ogier.
-Ale ty nie będziesz już żył-syknąłem. Koń nic nie odpowiedział. Zapadła chwila ciszy. Jego towarzysze czekali na jakiś rozkaz, podczas gdy Shiregt i Etsiin przenosili wzrok na zmianę z naszej dwójki na Yatgaar i na otaczające nas konie. Odczuwalne napięcie było wręcz nie do zniesienia. Ja mogłem w każdej chwili zabić tymczasowego przywódcę tej grupki, a oni mogli nas zaatakować. W każdej chwili mogliśmy przejąć realną kontrolę nad sytuacją, ale równie dobrze mogła się rozpętać krwawa walka. Trzynaście koni i nasza czwórka...moglibyśmy dać radę, ale lepiej byłoby nie ryzykować. Poza tym dzień był zbyt piękny, aby niszczyć go sobie widokiem krwi spływającej strugami po świeżo zielonej trawie. Myśl ta przywołała w mojej głowie wiele wspomnieć, ale odegnałem je wszystkie. Był czas na wspominki i był czas na działanie. A teraz zdecydowanie nie czas było na pierwszą z tych rzeczy. Schyliłem się i wyszeptałem do ogiera:
-I jak? Dobijemy targu? Czy jednak wolisz opuścić ten piękny świat tu i teraz?-spytałem.
-Zgoda. Więc mówcie, czego chcecie-powiedział koń.
-Jedną chwilkę-odparłem, po czym odwróciłem głowę. Jednak nie na tyle, aby całkowicie stracić z oczu swojego więźnia. W końcu w każdej chwili mógł spróbować się wyrwać.
-Yatgaar!-zawołałem. Teraz już nie musiała udawać. Powinniśmy skupić się na nowym planie. Moglibyśmy kazać się zaprowadzić do ich przywódcy, ale w tak nielicznej grupie byłoby to nierozsądne. Gdybyśmy zaś wszyscy poszli do naszych towarzyszy, również nie wykazalibyśmy się mądrością. Najlepiej byłoby wysłać kogoś po resztę. Jednak decyzja nie należy do mnie-pomyślałem. Przeniosłem wzrok na naszego syna, Shiregt'a, po czym znowu skupiłem się na karym ogierze.
<Yatgaar? Robimy dziką i krwawą jatkę, czy dalej ciągniemy dyplomację?>
9.12.2018
Od Khonkha do Mikada "Zobowiązanie"
Pasłem się spokojnie, gdy wtem tuż obok mnie zjawił się Mikado. Po przywitaniu się zapytałem mu się, czy coś się stało. Nie wyglądał bowiem najlepiej. Jego tajemnicza odpowiedź dość mocno mnie zdziwiła.
-Mikado, czy mógłbyś trochę jaśniej?-zapytałem. Nie chciałem urazić ogiera, ale zupełnie nie miałem pojęcia, o czym on mówi.
-Właściwie to nieważne-odparł Mikado, po czym chciał się oddalić.
-Zaczekaj. Skoro już rozmawiamy, to chciałem się zapytać, jak się trzymasz? Po...tym wszystkim?-spytałem.
-Sam nie wiem-odpowiedział ogier.
-Wiem, że musi ci być ciężko. Nie wyobrażam sobie, co ja czułbym, gdybym stracił Yatgaar. Zresztą, ja także tęsknie za Marabell. Kiedy wspominam początki naszej znajomości, aż trudno mi uwierzyć, że jej już z nami nie ma, a i mi nie pozostało wiele czasu na tym świecie-powiedziałem. Wiedziałem, że w ten sposób mogę przywołać bolesne wspomnienia, ale nie potrafiłem się powstrzymać. Przez długą chwilę między nami panowała cisza.
-Czasami budzę się i kiedy widzę, że jej przy mnie nie ma, mam ochotę iść jej poszukać. Ale wtedy dociera do mnie rzeczywistość-odparł Mikado. W jego głosie nie pobrzmiewał już nawet smutek, tylko czarna rozpacz.
-Czasami trudno jest nam pogodzić się z rzeczywistością-powiedziałem. Nagle blisko nas dało się słyszeć wesołe głosy. Jednocześnie zwróciliśmy głowę w tę samą stronę i ujrzeliśmy biegnących Dante'go i Specter. Wyglądali na doskonale dogadującą się parę przyjaciół, a może i nawet coś więcej. Gdyby ogier znalazł sobie jakąś partnerkę, byłaby to dla mnie ulga. Może ona potrafiłaby go utemperować i nie robiłby tak wielu nieprzemyślanych rzeczy. Po chwili oba konie zniknęły z naszego pola widzenia.
-Też kiedyś się tak zachowywaliśmy. Ja i Marabell. Może nie dokładnie tak, ale podobnie-odezwał się Mikado.
-Co by nie mówić, miłość to piękne uczucie-odparłem. Następnie odwróciłem się w stronę ogiera. Ten jednak nie patrzył na mnie, tylko na ziemię.
-Szkoda tylko, że niesie ze sobą tyle cierpienia-westchnął.
-Mikado?-powiedziałem. Ogier zdawał się czekać na ciąg dalszy mojej wypowiedzi, ale kiedy niczego takiego nie usłyszał, w końcu podniósł na mnie swój przepełniony smutkiem wzrok.
-Co?-zapytał.
-Może wolałbyś porozmawiać o czymś innym?-zapytałem. Wiedziałem, że nasza rozmowa może co najwyżej jeszcze bardziej rozdrapać stare rany i tak niedostatecznie jeszcze zagojone. Poza tym ze względu na przyjaźń z Marabell czułem się zobowiązany do pomocy Mikado, a nawet Mivanie, gdyby zaszła taka potrzeba. Taka przyjaciółka jak Mara to skarb, a dla skarbu robi się wszystko. Wcześniej niestety inne sprawy zaprzątały moją głowę, ale teraz poczułem, że muszę pomóc ogierowi, o ile będę w stanie. W końcu czasem można poczuć się lepiej po zwykłej rozmowie.
<Mikado? Sorki, że dopiero odpisuję"
-Mikado, czy mógłbyś trochę jaśniej?-zapytałem. Nie chciałem urazić ogiera, ale zupełnie nie miałem pojęcia, o czym on mówi.
-Właściwie to nieważne-odparł Mikado, po czym chciał się oddalić.
-Zaczekaj. Skoro już rozmawiamy, to chciałem się zapytać, jak się trzymasz? Po...tym wszystkim?-spytałem.
-Sam nie wiem-odpowiedział ogier.
-Wiem, że musi ci być ciężko. Nie wyobrażam sobie, co ja czułbym, gdybym stracił Yatgaar. Zresztą, ja także tęsknie za Marabell. Kiedy wspominam początki naszej znajomości, aż trudno mi uwierzyć, że jej już z nami nie ma, a i mi nie pozostało wiele czasu na tym świecie-powiedziałem. Wiedziałem, że w ten sposób mogę przywołać bolesne wspomnienia, ale nie potrafiłem się powstrzymać. Przez długą chwilę między nami panowała cisza.
-Czasami budzę się i kiedy widzę, że jej przy mnie nie ma, mam ochotę iść jej poszukać. Ale wtedy dociera do mnie rzeczywistość-odparł Mikado. W jego głosie nie pobrzmiewał już nawet smutek, tylko czarna rozpacz.
-Czasami trudno jest nam pogodzić się z rzeczywistością-powiedziałem. Nagle blisko nas dało się słyszeć wesołe głosy. Jednocześnie zwróciliśmy głowę w tę samą stronę i ujrzeliśmy biegnących Dante'go i Specter. Wyglądali na doskonale dogadującą się parę przyjaciół, a może i nawet coś więcej. Gdyby ogier znalazł sobie jakąś partnerkę, byłaby to dla mnie ulga. Może ona potrafiłaby go utemperować i nie robiłby tak wielu nieprzemyślanych rzeczy. Po chwili oba konie zniknęły z naszego pola widzenia.
-Też kiedyś się tak zachowywaliśmy. Ja i Marabell. Może nie dokładnie tak, ale podobnie-odezwał się Mikado.
-Co by nie mówić, miłość to piękne uczucie-odparłem. Następnie odwróciłem się w stronę ogiera. Ten jednak nie patrzył na mnie, tylko na ziemię.
-Szkoda tylko, że niesie ze sobą tyle cierpienia-westchnął.
-Mikado?-powiedziałem. Ogier zdawał się czekać na ciąg dalszy mojej wypowiedzi, ale kiedy niczego takiego nie usłyszał, w końcu podniósł na mnie swój przepełniony smutkiem wzrok.
-Co?-zapytał.
-Może wolałbyś porozmawiać o czymś innym?-zapytałem. Wiedziałem, że nasza rozmowa może co najwyżej jeszcze bardziej rozdrapać stare rany i tak niedostatecznie jeszcze zagojone. Poza tym ze względu na przyjaźń z Marabell czułem się zobowiązany do pomocy Mikado, a nawet Mivanie, gdyby zaszła taka potrzeba. Taka przyjaciółka jak Mara to skarb, a dla skarbu robi się wszystko. Wcześniej niestety inne sprawy zaprzątały moją głowę, ale teraz poczułem, że muszę pomóc ogierowi, o ile będę w stanie. W końcu czasem można poczuć się lepiej po zwykłej rozmowie.
<Mikado? Sorki, że dopiero odpisuję"
3.12.2018
Od Khonkha do Yatgaar "Małe (duże) komplikacje"
Drogą szła trójka koni. Klacz, ogier i ich syn. Brzmi jak opis wycieczki? Nic z tego. Shiregt po jakimś czasie zaproponował postój. Tak czy inaczej musieliśmy poczekać na wsparcie.
-Może jednak ktoś z nas powinien iść dalej?-zapytała Yatgaar.
-Myślę, że na razie możemy tutaj poczekać-odparłem. Chcąc nie chcąc jednak zatrzymaliśmy się. Mieliśmy trochę czasu, aby sprawdzić pobliski teren, zanim dołączyli do nas Etsiin i Miriada. Powiedzieli nam przy okazji, gdzie znajdują się pozostałe grupy.
-Świetnie, zatem możemy ruszać dalej-powiedziałem.
-Poczekaj, ojcze-odezwał się Shiregt.
-Co się stało?-spytałem.
-Dowodzisz drugą grupą. Powinieneś więc być z nimi, a nie z nami-powiedział.- Oczywiście bardzo cieszy mnie twoja obecność, ale nie możemy zmieniać ot tak ustalonego planu-dodał po chwili ogier.
-Ale...Mam czekać spokojnie na rozkazy, podczas gdy wy wszyscy będziecie się narażać, dyskutując z potencjalnym wrogiem?-zapytałem.
-Przynajmniej poczujesz, jak to jest być zwykłym członkiem klanu, a nie władcą. Ale teraz na poważnie. Może to i lepiej? Shiregt ma rację, zmiana planów teraz mogłaby wprowadzić niepotrzebny, a wręcz niebezpieczny chaos. Poza tym, poradzimy sobie-powiedziała Yatgaar, podchodząc do mnie.
-To znaczy...ja uważam też, że ty, matko, powinnaś towarzyszyć ojcu-odezwał się Shiregt/.
-Ja? Dlaczego?-zdziwiła się Yatgaar.
-Wasze nieocenione doświadczenie może przydać się podczas walki-odparł ogier.
-Właśnie, nasze nieocenione doświadczenie może się też przydać podczas rozmowy-odezwałem się.
-Właściwie to ja mogę jeszcze zawrócić i wziąć na siebie odpowiedzialność za dowodzenie drugą grupą-powiedziała Miriada.
-A dasz sobie radę?-spytał Shiregt. Klacz rzuciła mu pewne siebie spojrzenie.
-Wątpisz we mnie?-spytała.
-Dobrze więc. Miriada wraca do reszty i oznajmia im zmianę planów, a my idziemy dalej szukać tamtych koni. Zgoda?-powiedział Shiregt. Plan ten pasował każdemu, więc już po chwili wszyscy ruszyliśmy. Oczywiście Miriada w przeciwnym kierunku niż my.
-Może powinienem jej towarzyszyć?-spytał nagle Etsiin, oglądając się z troską za klaczą.
-Miriada sobie poradzi. Ty przydasz nam się tutaj. Jesteś zwiadowcą, a więc musisz mieć niezwykle bystry wzrok i będziesz mógł nas w porę ostrzec, jeśli zauważysz coś niepokojącego-powiedział Shiregt. Po tych jego słowach na pewien czas rozmowy ucichły. Etsiin i nasz syn szli kawałek przed nami.
-Czuję ogromną dumę, kiedy Shiregt podejmuje tak mądre decyzje, ale jednocześnie nie dociera do mnie, że on nie jest już źrebięciem-powiedziałem tak, żeby tylko Yatgaar mnie usłyszała.
-Uwierz mi, że często mam tak samo-odparła z uśmiechem.
-Chwila!-zawołał nagle Etsiin, przystając, przez co wszyscy się po chwili zatrzymaliśmy.
-Coś się stało?-zaniepokoił się Shiregt. Yatgaar i ja spojrzeliśmy na siebie, a potem zaczęliśmy się rozglądać dookoła. Zawędrowaliśmy w okolice jakichś niewielkich wzniesień.
-Coś mi tu nie gra...-powiedział Etsiin. W tej samej chwili zza obu stron pagórka naprzeciw nas wybiegło kilkanaście koni. Nim się zorientowaliśmy, otoczyły nas kołem.
-Kim jesteście i czego tu szukacie?-odezwał się kary ogier, wychodząc nam naprzeciwko z trójką towarzyszy.
-Porozmawiać-odparł Shiregt, wysuwając się lekko naprzód.
-A niby o czym?-zdziwił się koń.
-O tym, co robicie na naszym terenie-powiedział Shiregt. Przez tłum koni przebiegł cichy szmer, po czym wszyscy zamarli, czekając na dalszy rozwój akcji. Spojrzałem ukradkiem na Yatgaar. Stalowym wzrokiem mordercy wpatrywała się w naszego rozmówcę. Gdyby wzrok mógł zabijać, już byłoby po kłopocie.
-Nie wiedzieliśmy, że te tereny do kogoś należą-odparł po chwili ogier.
-Akurat. Zdajemy sobie sprawę z tego, że doskonale o tym wiedzieliście-powiedział Shiregt. Ogier zmrużył lekko oczy.
-Skąd macie takie informacje?-zapytał.
-Mamy swoje sposoby, aby o wiedzieć wszystko o wszystkim-odparł nasz syn.
-Cóż, w takim razie chyba będę zmuszony zabrać was ze sobą. Pewien osobnik z chęcią by was wszystkich poznał-powiedział nasz rozmówca, po czym uśmiechnął się.
-Skąd pewność, że my chcemy poznać jego?-odezwała się Yatgaar.
-Bo nie macie wyboru, jeśli chcecie przeżyć-odparł ogier. Następnie z otaczającej nas grupy wystąpiło kilka koni, posiadających broń. Nasz rozmówca jasno dał na do zrozumienia, że jeśli chcemy przeżyć, musimy iść z nim. Niestety walka z taką zgrają nie byłaby zbyt dobrym pomysłem, więc, chcąc nie chcąc, musieliśmy przystać na jego warunki. Ruszyliśmy więc za nim, otoczeni przez chmarę jego towarzyszy. Jednocześnie każde z nas stale oglądało się na boki, gdyż wiedzieliśmy, że musimy mieć się na baczności. Przede wszystkim nie mogliśmy też pozwolić, aby nas rozdzielono.
<Yatgaar? Mam nadzieję, że może być XD>
-Może jednak ktoś z nas powinien iść dalej?-zapytała Yatgaar.
-Myślę, że na razie możemy tutaj poczekać-odparłem. Chcąc nie chcąc jednak zatrzymaliśmy się. Mieliśmy trochę czasu, aby sprawdzić pobliski teren, zanim dołączyli do nas Etsiin i Miriada. Powiedzieli nam przy okazji, gdzie znajdują się pozostałe grupy.
-Świetnie, zatem możemy ruszać dalej-powiedziałem.
-Poczekaj, ojcze-odezwał się Shiregt.
-Co się stało?-spytałem.
-Dowodzisz drugą grupą. Powinieneś więc być z nimi, a nie z nami-powiedział.- Oczywiście bardzo cieszy mnie twoja obecność, ale nie możemy zmieniać ot tak ustalonego planu-dodał po chwili ogier.
-Ale...Mam czekać spokojnie na rozkazy, podczas gdy wy wszyscy będziecie się narażać, dyskutując z potencjalnym wrogiem?-zapytałem.
-Przynajmniej poczujesz, jak to jest być zwykłym członkiem klanu, a nie władcą. Ale teraz na poważnie. Może to i lepiej? Shiregt ma rację, zmiana planów teraz mogłaby wprowadzić niepotrzebny, a wręcz niebezpieczny chaos. Poza tym, poradzimy sobie-powiedziała Yatgaar, podchodząc do mnie.
-To znaczy...ja uważam też, że ty, matko, powinnaś towarzyszyć ojcu-odezwał się Shiregt/.
-Ja? Dlaczego?-zdziwiła się Yatgaar.
-Wasze nieocenione doświadczenie może przydać się podczas walki-odparł ogier.
-Właśnie, nasze nieocenione doświadczenie może się też przydać podczas rozmowy-odezwałem się.
-Właściwie to ja mogę jeszcze zawrócić i wziąć na siebie odpowiedzialność za dowodzenie drugą grupą-powiedziała Miriada.
-A dasz sobie radę?-spytał Shiregt. Klacz rzuciła mu pewne siebie spojrzenie.
-Wątpisz we mnie?-spytała.
-Dobrze więc. Miriada wraca do reszty i oznajmia im zmianę planów, a my idziemy dalej szukać tamtych koni. Zgoda?-powiedział Shiregt. Plan ten pasował każdemu, więc już po chwili wszyscy ruszyliśmy. Oczywiście Miriada w przeciwnym kierunku niż my.
-Może powinienem jej towarzyszyć?-spytał nagle Etsiin, oglądając się z troską za klaczą.
-Miriada sobie poradzi. Ty przydasz nam się tutaj. Jesteś zwiadowcą, a więc musisz mieć niezwykle bystry wzrok i będziesz mógł nas w porę ostrzec, jeśli zauważysz coś niepokojącego-powiedział Shiregt. Po tych jego słowach na pewien czas rozmowy ucichły. Etsiin i nasz syn szli kawałek przed nami.
-Czuję ogromną dumę, kiedy Shiregt podejmuje tak mądre decyzje, ale jednocześnie nie dociera do mnie, że on nie jest już źrebięciem-powiedziałem tak, żeby tylko Yatgaar mnie usłyszała.
-Uwierz mi, że często mam tak samo-odparła z uśmiechem.
-Chwila!-zawołał nagle Etsiin, przystając, przez co wszyscy się po chwili zatrzymaliśmy.
-Coś się stało?-zaniepokoił się Shiregt. Yatgaar i ja spojrzeliśmy na siebie, a potem zaczęliśmy się rozglądać dookoła. Zawędrowaliśmy w okolice jakichś niewielkich wzniesień.
-Coś mi tu nie gra...-powiedział Etsiin. W tej samej chwili zza obu stron pagórka naprzeciw nas wybiegło kilkanaście koni. Nim się zorientowaliśmy, otoczyły nas kołem.
-Kim jesteście i czego tu szukacie?-odezwał się kary ogier, wychodząc nam naprzeciwko z trójką towarzyszy.
-Porozmawiać-odparł Shiregt, wysuwając się lekko naprzód.
-A niby o czym?-zdziwił się koń.
-O tym, co robicie na naszym terenie-powiedział Shiregt. Przez tłum koni przebiegł cichy szmer, po czym wszyscy zamarli, czekając na dalszy rozwój akcji. Spojrzałem ukradkiem na Yatgaar. Stalowym wzrokiem mordercy wpatrywała się w naszego rozmówcę. Gdyby wzrok mógł zabijać, już byłoby po kłopocie.
-Nie wiedzieliśmy, że te tereny do kogoś należą-odparł po chwili ogier.
-Akurat. Zdajemy sobie sprawę z tego, że doskonale o tym wiedzieliście-powiedział Shiregt. Ogier zmrużył lekko oczy.
-Skąd macie takie informacje?-zapytał.
-Mamy swoje sposoby, aby o wiedzieć wszystko o wszystkim-odparł nasz syn.
-Cóż, w takim razie chyba będę zmuszony zabrać was ze sobą. Pewien osobnik z chęcią by was wszystkich poznał-powiedział nasz rozmówca, po czym uśmiechnął się.
-Skąd pewność, że my chcemy poznać jego?-odezwała się Yatgaar.
-Bo nie macie wyboru, jeśli chcecie przeżyć-odparł ogier. Następnie z otaczającej nas grupy wystąpiło kilka koni, posiadających broń. Nasz rozmówca jasno dał na do zrozumienia, że jeśli chcemy przeżyć, musimy iść z nim. Niestety walka z taką zgrają nie byłaby zbyt dobrym pomysłem, więc, chcąc nie chcąc, musieliśmy przystać na jego warunki. Ruszyliśmy więc za nim, otoczeni przez chmarę jego towarzyszy. Jednocześnie każde z nas stale oglądało się na boki, gdyż wiedzieliśmy, że musimy mieć się na baczności. Przede wszystkim nie mogliśmy też pozwolić, aby nas rozdzielono.
<Yatgaar? Mam nadzieję, że może być XD>
15.11.2018
Od Khonha do Yatgaar "Marne pocieszenie"
Poczułem swego rodzaju radość. Tak, właśnie radość. Od dłuższego czasu dni zlewały się dla mnie w monotonną całość, a spotkanie tych koni przypomniało mi wszystkie nasze dawne przeżycia i sprawiło, że w końcu wybudziłem się z letargu, w jaki ostatnio wpadłem. Poczułem znowu chęć do działania. Ktoś mógłby zarzucić to, że wychwalam tak wydarzenie, które może oznaczać dla całego klanu niebezpieczeństwo, a zwłaszcza dla Yatgaar, którą zostawiłem samą. Jednak długie pasmo zwycięstw zarówno naszego stada, jak i mojej partnerki, pozwalało mi być względnie spokojnym. Po przybyciu do klanu chciałem najpierw zwołać grupę koni, której kazałbym ze sobą iść, ale po chwili dotarło do mnie, że teraz to nie ja o tym wszystkim decyduję. Na szczęście szybko odnalazłem Shiregt i wyjaśniłem mu całą sprawę, co było zresztą tylko formalnością. Ogier postanowił przyjrzeć się bliżej zaistniałej sytuacji. Konie, które nie czuły się na siłach, zostały w stadzie, zaś pozostałe zostały podzielone na trzy grupy. Jeśli natknęlibyśmy się na intruzów, Shiregt chciał najpierw dowiedzieć się czego chcą i czy samowolnie odejdą z naszych terenów. Wybrał kilka koni, które miały mu towarzyszyć podczas ewentualnej rozmowy, w tym swoją siostrę Miriadę. Gdyby polubowne rozwiązanie sprawy okazało się niemożliwe i nastąpiłaby walka, druga grupa miała przystąpić do ataku. Trzecia zaś w takiej sytuacji musiałaby spróbować zajść wroga od tyłu i dopiero wtedy zaatakować, gdyby przybył do nich posłaniec. Do chwili walki obie grupy oprócz pierwszej miały pozostać w miarę możliwości w ukryciu. Grupą pierwszą dowodził Shiregt, drugą ja, a trzecią Mikado. Przywódca zdecydował też, że posłańcami zostaną Forever i Dante. Po uzgodnieniu tych wszystkich najważniejszych spraw, ruszyliśmy. Szedłem oczywiście na przedzie, prowadząc całą grupę. Na początku konie rozmawiały między sobą, ale w końcu wszyscy się uciszyli, zdając sobie sprawę z powagi sytuacji. Po jakimś czasie zaczęły do nas docierać niepokojące dźwięki walki, a niedługo później także doskonale rozpoznawalny zapach krwi i wilków. Konie zaczęły patrzeć po sobie z niepokojem.
-Trzeba sprawdzić, co się stało. Nie ma sensu, aby szło tam prawie całe stado, bo w ten sposób na pewno przyciągniemy do siebie wilki. Kto chce iść ze mną?-zapytał Shiregt.
-Na mnie możesz liczyć-odparłem natychmiast. Zacząłem się obawiać, co takiego mogło się wydarzyć. W końcu Yatgaar została sama, a teraz już nie tylko zagrażały jej nieznane konie, raczej nie nastawione do nas przyjaźnie, ale i wilki. Na trzeciego ochotnika zgłosił się Etsiin, nowy ogier, którego jeszcze nie zdążyłem bliżej poznać. Ruszyliśmy, kierując się w stronę źródła tych dźwięków i zapachu. Jednocześnie staraliśmy się oczywiście generować jak najmniej hałasu. Wtem usłyszeliśmy, że w naszą stronę coś zmierza. Po chwili z zarośli wypadły trzy wilki. Dwa z nich przebiegły obok nas obojętnie. Zdawały się być mocno nastraszone i chyba nie myślały nawet o jedzeniu, w przeciwieństwie do trzeciego, który zdecydował się zatrzymać i zaatakować. Skoczył w stronę Shirgegt'a, który znalazł się praktycznie naprzeciw niego. Ogier jednak zrobił szybki unik, po czym stanął na dwóch nogach, chcąc zadać drapieżnikowi silny cios kopytem. W odpowiedzi wilk cofnął się, odwrócił i zaczął dalej uciekać. Jeden z jego towarzyszy dawno już zniknął w gęstwinie, jednak drugi z nich w międzyczasie zatrzymał się. Wyglądał jakby wahał się, czy wspomóc pobratymca w walce, ale w końcu oba drapieżniki zniknęły nam z pola widzenia.
-Ktoś albo coś musiało im nieźle dać w kość-powiedział Etsiin.
-Tylko ciekawe co to było-odparł Shirget. Więcej już nikt z nas nie mówił. Skierowaliśmy się ponownie w tym samym kierunku. Odgłosy walki już ustały, jednak zapach krwi nadal był doskonale wyczuwalny. Po jakimś czasie w oddali zamajaczyła końska sylwetka, u której stóp leżało coś białego. Przyspieszyłem kroku i wyprzedziłem pozostałe dwa ogiery, kiedy tylko w stojącym koniu rozpoznałem Yatgaar. Patrzyłem właściwie tylko na nią, ciesząc się, że jest cała i zdrowa. No, może nie do końca, gdyż miała niemało ran.
-Yatgaar! Co ci jest?-zapytałem, zatrzymując się przy klaczy. Moja partnerka jednak nawet na mnie nie spojrzała. Powiodłem oczami za jej spojrzeniem i zobaczyłem leżącą na ziemi Valentię. W tej samej chwili doszli do nas Shiregt i Etsiin.
-Co się tu stało?-zapytał nasz syn.
-Zaatakowały nas wilki-powiedziała klacz, przenosząc na niego wzrok.
-Mocno ją zraniły? Może da się jej jeszcze pomóc?-spytał bez przekonania Etsiin.
-Ona nie żyje-odparła beznamiętnym głosem Yatgaar.
-To nie twoja wina. Cud, że sama przeżyłaś-chociaż ani moja partnerka, ani ja nie przywykliśmy do mówienia, a tym bardziej do wysłuchiwania takich rzeczy, coś kazało mi jednak tak powiedzieć. Mimo to czułem jednak, że to marne pocieszenie.
-Pytanie co ona tutaj robiła i to sama?-odezwał się Etsiin.
-Mogła przyjść na spacer..., mogła zabłądzić...możliwości jest wiele-powiedziałem, stając obok swojej partnerki.-To teraz zresztą nieważne. Yatgaar, jak się czujesz? Potrzebujesz pomocy-odezwałem się do klaczy.
-Na szczęście reszta została niedaleko, a wśród nich jest Nick-powiedział Shiregt.
-Świetnie, ty albo Etsiin idźcie po niego-odparłem, przyjmując pałeczkę dowódcy. Chyba jednak nikt nie oczekiwał, że pozostawię Yatgaar po raz drugi tego dnia i to w takim stanie.
-Może najpierw wysłuchalibyście mnie. Nie czuję się aż tak źle, a my musimy skupić się na innej sprawie-odezwała się Yatgaar.
-Właśnie stoczyłaś batalię z watahą wilków. Choć raz zachowaj się jak potulna, uległa żona. Poczekajmy chwilę na medyka i daj się chociaż opatrzeć. Oboje wiemy, że innego wyjścia nie masz, i tak ledwo trzymasz się na nogach-odparłem. Klacz już nic nie powiedziała. Etsiin zdecydował się iść po medyka, a Shiregt odszedł nieco, aby obejrzeć miejsce walki, usłane teraz kilkoma trupami wilków.
-Powinniśmy się pospieszyć. Świeża krew może zwabić inne drapieżniki-powiedziała Yatgaar. Patrzyła przy tym na ślady krwi znajdujące się...właściwie wszędzie wokół nas, ale te, na które wzrok skierowała moja partnerka, znajdywały się na korze drzewa po jej lewej stronie.
-Yatgaar...-zacząłem.
-Może lepiej już chodźmy? Ten ogier jakoś nas odnajdzie...
-Yatgaar-powiedziałem już nieco głośniej.
-Oby tylko tamci o niczym się nie dowiedzieli i nie zwalili się nam teraz na głowę.
-Yatgaar, spójrz na mnie-powiedziałem. Klacz westchnęła i przeniosła na mnie swoje spojrzenie.
-Coś cię gryzie?-zapytałem, gdyż niepokoiło mnie jej nieco dziwne zachowanie.
<Yatgaar?>
-Trzeba sprawdzić, co się stało. Nie ma sensu, aby szło tam prawie całe stado, bo w ten sposób na pewno przyciągniemy do siebie wilki. Kto chce iść ze mną?-zapytał Shiregt.
-Na mnie możesz liczyć-odparłem natychmiast. Zacząłem się obawiać, co takiego mogło się wydarzyć. W końcu Yatgaar została sama, a teraz już nie tylko zagrażały jej nieznane konie, raczej nie nastawione do nas przyjaźnie, ale i wilki. Na trzeciego ochotnika zgłosił się Etsiin, nowy ogier, którego jeszcze nie zdążyłem bliżej poznać. Ruszyliśmy, kierując się w stronę źródła tych dźwięków i zapachu. Jednocześnie staraliśmy się oczywiście generować jak najmniej hałasu. Wtem usłyszeliśmy, że w naszą stronę coś zmierza. Po chwili z zarośli wypadły trzy wilki. Dwa z nich przebiegły obok nas obojętnie. Zdawały się być mocno nastraszone i chyba nie myślały nawet o jedzeniu, w przeciwieństwie do trzeciego, który zdecydował się zatrzymać i zaatakować. Skoczył w stronę Shirgegt'a, który znalazł się praktycznie naprzeciw niego. Ogier jednak zrobił szybki unik, po czym stanął na dwóch nogach, chcąc zadać drapieżnikowi silny cios kopytem. W odpowiedzi wilk cofnął się, odwrócił i zaczął dalej uciekać. Jeden z jego towarzyszy dawno już zniknął w gęstwinie, jednak drugi z nich w międzyczasie zatrzymał się. Wyglądał jakby wahał się, czy wspomóc pobratymca w walce, ale w końcu oba drapieżniki zniknęły nam z pola widzenia.
-Ktoś albo coś musiało im nieźle dać w kość-powiedział Etsiin.
-Tylko ciekawe co to było-odparł Shirget. Więcej już nikt z nas nie mówił. Skierowaliśmy się ponownie w tym samym kierunku. Odgłosy walki już ustały, jednak zapach krwi nadal był doskonale wyczuwalny. Po jakimś czasie w oddali zamajaczyła końska sylwetka, u której stóp leżało coś białego. Przyspieszyłem kroku i wyprzedziłem pozostałe dwa ogiery, kiedy tylko w stojącym koniu rozpoznałem Yatgaar. Patrzyłem właściwie tylko na nią, ciesząc się, że jest cała i zdrowa. No, może nie do końca, gdyż miała niemało ran.
-Yatgaar! Co ci jest?-zapytałem, zatrzymując się przy klaczy. Moja partnerka jednak nawet na mnie nie spojrzała. Powiodłem oczami za jej spojrzeniem i zobaczyłem leżącą na ziemi Valentię. W tej samej chwili doszli do nas Shiregt i Etsiin.
-Co się tu stało?-zapytał nasz syn.
-Zaatakowały nas wilki-powiedziała klacz, przenosząc na niego wzrok.
-Mocno ją zraniły? Może da się jej jeszcze pomóc?-spytał bez przekonania Etsiin.
-Ona nie żyje-odparła beznamiętnym głosem Yatgaar.
-To nie twoja wina. Cud, że sama przeżyłaś-chociaż ani moja partnerka, ani ja nie przywykliśmy do mówienia, a tym bardziej do wysłuchiwania takich rzeczy, coś kazało mi jednak tak powiedzieć. Mimo to czułem jednak, że to marne pocieszenie.
-Pytanie co ona tutaj robiła i to sama?-odezwał się Etsiin.
-Mogła przyjść na spacer..., mogła zabłądzić...możliwości jest wiele-powiedziałem, stając obok swojej partnerki.-To teraz zresztą nieważne. Yatgaar, jak się czujesz? Potrzebujesz pomocy-odezwałem się do klaczy.
-Na szczęście reszta została niedaleko, a wśród nich jest Nick-powiedział Shiregt.
-Świetnie, ty albo Etsiin idźcie po niego-odparłem, przyjmując pałeczkę dowódcy. Chyba jednak nikt nie oczekiwał, że pozostawię Yatgaar po raz drugi tego dnia i to w takim stanie.
-Może najpierw wysłuchalibyście mnie. Nie czuję się aż tak źle, a my musimy skupić się na innej sprawie-odezwała się Yatgaar.
-Właśnie stoczyłaś batalię z watahą wilków. Choć raz zachowaj się jak potulna, uległa żona. Poczekajmy chwilę na medyka i daj się chociaż opatrzeć. Oboje wiemy, że innego wyjścia nie masz, i tak ledwo trzymasz się na nogach-odparłem. Klacz już nic nie powiedziała. Etsiin zdecydował się iść po medyka, a Shiregt odszedł nieco, aby obejrzeć miejsce walki, usłane teraz kilkoma trupami wilków.
-Powinniśmy się pospieszyć. Świeża krew może zwabić inne drapieżniki-powiedziała Yatgaar. Patrzyła przy tym na ślady krwi znajdujące się...właściwie wszędzie wokół nas, ale te, na które wzrok skierowała moja partnerka, znajdywały się na korze drzewa po jej lewej stronie.
-Yatgaar...-zacząłem.
-Może lepiej już chodźmy? Ten ogier jakoś nas odnajdzie...
-Yatgaar-powiedziałem już nieco głośniej.
-Oby tylko tamci o niczym się nie dowiedzieli i nie zwalili się nam teraz na głowę.
-Yatgaar, spójrz na mnie-powiedziałem. Klacz westchnęła i przeniosła na mnie swoje spojrzenie.
-Coś cię gryzie?-zapytałem, gdyż niepokoiło mnie jej nieco dziwne zachowanie.
<Yatgaar?>
4.11.2018
Od Khonkha do Yatgaar "Mogą być niebezpieczni"
Nagła zmiana pogody zmusiła nas do skrycia się w lesie. Oczywiście nie było to dla nas zaskakujące, gdyż w Mongolii duża zmienność była czymś najzupełniej normalnym. Grad padał i padał. Nie zanosiło się, aby szybko miało się to skończyć. W końcu jednak wszystko musi doczekać swojego końca. Pogoda poprawiła się, a zza chmur nieśmiało wyjrzało słońce.
-Może będzie widoczna tęcza-powiedziałem, spoglądając na niebo.
-Może to takie morze, w którym pływa wielka ryba "chyba"-odparła klacz. Popatrzyłem na nią zaskoczony, gdyż zwykle nie wysławiała się w ten sposób.-To co teraz?-dodała jak gdyby nigdy nic.
-Cóż, w klanie chyba nie jesteśmy specjalnie potrzebni. Kontynuujmy wspólne spędzanie czasu-odparłem, uśmiechając się przy tym. Yatgaar nic nie powiedziała, a jedynie odwzajemniła uśmiech. Po chwili oboje ruszyliśmy dalej. Po niedługim czasie trafiliśmy na kolejną polanę. Tutaj jednak naszą sielankę przerwał niemiły widok. Po drugiej stronie coś leżało, a po dokładniejszym przyjrzeniu się temu można było zauważyć, że to "coś" ma koński kształt. Yatgaar i ja spojrzeliśmy po sobie zaniepokojeni. Podeszliśmy bliżej, ale nie rozpoznałem w koniu żadnego członka klanu. Miał przedziurawione gardło, co mogło wskazywać, że zginął w wyniku ataku drapieżnika. Jednak nie został zjedzony, a to mogło oznaczać, że zwierz nadal jest blisko nas i klanu.
-Musimy wrócić do stada i wszystkich ostrzec-powiedziałem. Klacz zgodziła się ze mną. Najpierw jednak postanowiliśmy jeszcze przyjrzeć się ciału.
-To nie wygląda mi na robotę wilka albo innego drapieżnika-odezwała się Yatgaar. Po dokładnych oględzinach i ja zauważyłem, że brzegi rany były gładkie, a gdyby była to sprawka jakiegoś mięsożercy, to koń miałby rozszarpane gardło.
-Trzeba jak najszybciej dowiedzieć się, czyja to sprawka-powiedziała klacz. Pokiwałem głową, po czym zawróciliśmy w stronę klanu. Nie odbiegliśmy jednak daleko, kiedy usłyszeliśmy czyjeś rozmowy. Rzuciłem klaczy jedno szybkie spojrzenie. Zaraz potem oboje natychmiast zaczęliśmy nasłuchiwać.
-Idioci! Jeśli należał do tego klanu, które tutaj się znajduje, mógł nas do niego zaprowadzić! A martwy raczej za wiele nie powie! Czy wy czasem myślicie?!-do naszych uszu dotarł głos najprawdopodobniej należący do jakiegoś bardzo rozgniewanego ogiera.
-Wybacz nam, przywódco, ale myśleliśmy, że nas zaatakuje albo...-usłyszeliśmy głos innego konia. Osobnik ten sprawiał wrażenie przestraszonego i niepewnego, a przez to mówił ciszej i gorzej było go słychać.
-Jeden koń?! Całą grupę?! Nie ośmieszaj się, Urben. Tłumaczyć to się będziecie naszemu władcy, nie mi. Ale jeśli znowu i mi się dostanie i to za to tylko, że mam wami dowodzić, to was chyba pozabijam. Wy jesteście niemożliwi-usłyszeliśmy ten sam głos co na początku.
-Słyszysz coś jeszcze?-spytałem Yatgaar. Konie musiały się od nas oddalić, bo do moich uszu nie docierały już żadne słowa z ich rozmowy. W odpowiedzi klacz przecząco pokiwała głową.
-Kto to mógł być? I o co im mogło chodzić?-spytała.
-Nie mam pojęcia, ale zapewne to oni załatwili tamtego konia. A to oznacza, że mogą być bardzo niebezpieczni-odparłem.
<Yatgaar?>
-Może będzie widoczna tęcza-powiedziałem, spoglądając na niebo.
-Może to takie morze, w którym pływa wielka ryba "chyba"-odparła klacz. Popatrzyłem na nią zaskoczony, gdyż zwykle nie wysławiała się w ten sposób.-To co teraz?-dodała jak gdyby nigdy nic.
-Cóż, w klanie chyba nie jesteśmy specjalnie potrzebni. Kontynuujmy wspólne spędzanie czasu-odparłem, uśmiechając się przy tym. Yatgaar nic nie powiedziała, a jedynie odwzajemniła uśmiech. Po chwili oboje ruszyliśmy dalej. Po niedługim czasie trafiliśmy na kolejną polanę. Tutaj jednak naszą sielankę przerwał niemiły widok. Po drugiej stronie coś leżało, a po dokładniejszym przyjrzeniu się temu można było zauważyć, że to "coś" ma koński kształt. Yatgaar i ja spojrzeliśmy po sobie zaniepokojeni. Podeszliśmy bliżej, ale nie rozpoznałem w koniu żadnego członka klanu. Miał przedziurawione gardło, co mogło wskazywać, że zginął w wyniku ataku drapieżnika. Jednak nie został zjedzony, a to mogło oznaczać, że zwierz nadal jest blisko nas i klanu.
-Musimy wrócić do stada i wszystkich ostrzec-powiedziałem. Klacz zgodziła się ze mną. Najpierw jednak postanowiliśmy jeszcze przyjrzeć się ciału.
-To nie wygląda mi na robotę wilka albo innego drapieżnika-odezwała się Yatgaar. Po dokładnych oględzinach i ja zauważyłem, że brzegi rany były gładkie, a gdyby była to sprawka jakiegoś mięsożercy, to koń miałby rozszarpane gardło.
-Trzeba jak najszybciej dowiedzieć się, czyja to sprawka-powiedziała klacz. Pokiwałem głową, po czym zawróciliśmy w stronę klanu. Nie odbiegliśmy jednak daleko, kiedy usłyszeliśmy czyjeś rozmowy. Rzuciłem klaczy jedno szybkie spojrzenie. Zaraz potem oboje natychmiast zaczęliśmy nasłuchiwać.
-Idioci! Jeśli należał do tego klanu, które tutaj się znajduje, mógł nas do niego zaprowadzić! A martwy raczej za wiele nie powie! Czy wy czasem myślicie?!-do naszych uszu dotarł głos najprawdopodobniej należący do jakiegoś bardzo rozgniewanego ogiera.
-Wybacz nam, przywódco, ale myśleliśmy, że nas zaatakuje albo...-usłyszeliśmy głos innego konia. Osobnik ten sprawiał wrażenie przestraszonego i niepewnego, a przez to mówił ciszej i gorzej było go słychać.
-Jeden koń?! Całą grupę?! Nie ośmieszaj się, Urben. Tłumaczyć to się będziecie naszemu władcy, nie mi. Ale jeśli znowu i mi się dostanie i to za to tylko, że mam wami dowodzić, to was chyba pozabijam. Wy jesteście niemożliwi-usłyszeliśmy ten sam głos co na początku.
-Słyszysz coś jeszcze?-spytałem Yatgaar. Konie musiały się od nas oddalić, bo do moich uszu nie docierały już żadne słowa z ich rozmowy. W odpowiedzi klacz przecząco pokiwała głową.
-Kto to mógł być? I o co im mogło chodzić?-spytała.
-Nie mam pojęcia, ale zapewne to oni załatwili tamtego konia. A to oznacza, że mogą być bardzo niebezpieczni-odparłem.
<Yatgaar?>
25.10.2018
Od Khonkha do Yatgaar "Stare dobry i nowe lepsze czasy"
Kiedy ujrzałem to, co Yatgaar chciała mi pokazać, zaparło mi dech. Przez chwilę stałem w miejscu, aż w końcu zrobiłem kilka nieśmiałych kroków naprzód. W jednej chwili rodzący się we mnie, marudzący starzec ustąpił miejsca niepewnemu, ciekawskiemu i otwartemu na świat źrebięciu. Po chwili klacz podeszła do mnie.
-Skąd...?-zacząłem.
-Skoro ty nie wiesz, to ja tym bardziej-odparła klacz. Spojrzeliśmy na siebie przez krótki moment, po czym ponownie spojrzeliśmy na rosnące na środku polany drzewo. Ktoś mógłby zapytać: drzewo? Co takiego niezwykłego jest w drzewie? Otóż to nie było zwykłe drzewo. Wyglądało, jakby dawno już obumarło. Miało ponadto niezwykle gruby pień i rozgałęzioną koronę. Prawdziwy olbrzym wśród drzew. Rosło idealnie w centrum polany, tak jakby była ona tylko jego królestwem, na które żadna inna leśna roślina nie ośmieliła się wstąpić. Jednak to nadal nie wszystko. Na gałęziach drzewa było mnóstwo ptasich gniazd różnej wielkości. Doskonale obrazowało to, jak wielu ptasich narodzin drzewo to było świadkiem. Miało ono w sobie zaiste coś królewskiego, co sprawiało, że nie można było oderwać od niego oczu. Górowało nad innymi roślinami rozmiarem i przykuwało uwagę swoim smutnym, ale jednocześnie pięknym wyglądem. W końcu ruszyłem z miejsca, aby obejść drzewo dookoła. Yatgaar podążyła po chwili za mną.
-To aż dziwne, że wyrosło tutaj tylko to jedno drzewo. I idealnie w centrum polany-powiedziałem. Moja partnerka westchnęła.
-A ty jak zwykle, zamiast cieszyć się ładnym widokiem, to rozwijasz swoją jednoosobową dyskusję-odparła, po czym oboje zaśmialiśmy się. Następnie zbliżyliśmy się do drzewa. Przez chwilę przypatrywaliśmy się mu. Nagle na jednej z jego gałęzi pojawił się mały, szary ptak.
-Nie wiem, do jakiego należysz gatunku, ale chyba jeszcze nie pora, żebyś tutaj przesiadywał, co mały? Gdzie twoje stado-odezwała się Yatgaar, po czym ukradkiem spojrzała na mnie z uśmiechem. Potem zwróciła swe oczy z powrotem na zwierzę, które jakby w odpowiedzi na jej pytanie poderwało się do lotu. Może poleciało odszukać swoich współbraci? Kto wie.
-Wiesz, Yatgaar, chyba masz rację-zacząłem. Klacz spojrzała na mnie z zaciekawieniem.
-Ja zawsze mam rację-odparła nieskromnie moja partnerka, po czym potrząsnęła grzywą.- A tym razem w jakiej sprawie przyznajesz, że się nie myliłam?-dodała po chwili.
-Za długo już użalam się nad sobą, a przez to zapominam o tym, co najważniejsze w życiu. O prawdziwym szczęściu. Co powiesz na powtórkę tego, co było za starych dobrych czasów?-odparłem.
-A teraz to są niby złe czasy?-zaśmiała się klacz.
-Wręcz przeciwnie. Teraz może nawet są lepsze-powiedziałem.
-Cóż za nagła zmiana sposobu myślenia. Ale niech stracę, ciekawa jestem, cóż znowuż wymyślił-odparła Yatgaar.
-Berek!-zawołałem, po czym popchnąłem ją lekko w prawo, uderzając bokiem o jej bok, a następnie rzuciłem się do ucieczki.
<Yatgaar? Muszę pozbyć się nauczycieli ze szkoły, a potem swojego wewnętrznego lenia, żeby znowu na dobre się rozpisać. Chętna na małe mordy? XD>
-Skąd...?-zacząłem.
-Skoro ty nie wiesz, to ja tym bardziej-odparła klacz. Spojrzeliśmy na siebie przez krótki moment, po czym ponownie spojrzeliśmy na rosnące na środku polany drzewo. Ktoś mógłby zapytać: drzewo? Co takiego niezwykłego jest w drzewie? Otóż to nie było zwykłe drzewo. Wyglądało, jakby dawno już obumarło. Miało ponadto niezwykle gruby pień i rozgałęzioną koronę. Prawdziwy olbrzym wśród drzew. Rosło idealnie w centrum polany, tak jakby była ona tylko jego królestwem, na które żadna inna leśna roślina nie ośmieliła się wstąpić. Jednak to nadal nie wszystko. Na gałęziach drzewa było mnóstwo ptasich gniazd różnej wielkości. Doskonale obrazowało to, jak wielu ptasich narodzin drzewo to było świadkiem. Miało ono w sobie zaiste coś królewskiego, co sprawiało, że nie można było oderwać od niego oczu. Górowało nad innymi roślinami rozmiarem i przykuwało uwagę swoim smutnym, ale jednocześnie pięknym wyglądem. W końcu ruszyłem z miejsca, aby obejść drzewo dookoła. Yatgaar podążyła po chwili za mną.
-To aż dziwne, że wyrosło tutaj tylko to jedno drzewo. I idealnie w centrum polany-powiedziałem. Moja partnerka westchnęła.
-A ty jak zwykle, zamiast cieszyć się ładnym widokiem, to rozwijasz swoją jednoosobową dyskusję-odparła, po czym oboje zaśmialiśmy się. Następnie zbliżyliśmy się do drzewa. Przez chwilę przypatrywaliśmy się mu. Nagle na jednej z jego gałęzi pojawił się mały, szary ptak.
-Nie wiem, do jakiego należysz gatunku, ale chyba jeszcze nie pora, żebyś tutaj przesiadywał, co mały? Gdzie twoje stado-odezwała się Yatgaar, po czym ukradkiem spojrzała na mnie z uśmiechem. Potem zwróciła swe oczy z powrotem na zwierzę, które jakby w odpowiedzi na jej pytanie poderwało się do lotu. Może poleciało odszukać swoich współbraci? Kto wie.
-Wiesz, Yatgaar, chyba masz rację-zacząłem. Klacz spojrzała na mnie z zaciekawieniem.
-Ja zawsze mam rację-odparła nieskromnie moja partnerka, po czym potrząsnęła grzywą.- A tym razem w jakiej sprawie przyznajesz, że się nie myliłam?-dodała po chwili.
-Za długo już użalam się nad sobą, a przez to zapominam o tym, co najważniejsze w życiu. O prawdziwym szczęściu. Co powiesz na powtórkę tego, co było za starych dobrych czasów?-odparłem.
-A teraz to są niby złe czasy?-zaśmiała się klacz.
-Wręcz przeciwnie. Teraz może nawet są lepsze-powiedziałem.
-Cóż za nagła zmiana sposobu myślenia. Ale niech stracę, ciekawa jestem, cóż znowuż wymyślił-odparła Yatgaar.
-Berek!-zawołałem, po czym popchnąłem ją lekko w prawo, uderzając bokiem o jej bok, a następnie rzuciłem się do ucieczki.
<Yatgaar? Muszę pozbyć się nauczycieli ze szkoły, a potem swojego wewnętrznego lenia, żeby znowu na dobre się rozpisać. Chętna na małe mordy? XD>
17.10.2018
Od Khonkha do Yatgaar "Starcza zrzędliwość"
Kiedy się obudziłem, pierwsze, co zauważyłem, to brak Yatgaar. Nie zdziwiłem się aż tak, gdyż moja partnerka od zawsze była indywidualistką i tylko ten, kto jej nie znał nie wiedziałby, jak bardzo kocha wolność i niezależność. Jak zwykle drugą myślą po przebudzeniu było to, aby przejść się i zobaczyć, co dzieje się w klanie. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że już nie jestem przywódcą i nie należy to do moich obowiązków. Jasne, mógłbym pomóc synowi, ale wiedziałem, że byłoby to tylko marne usprawiedliwienia dla wtrącania się. Musiałem pogodzić się z nową rolą, jaka mi przypadła. Mogłem za to zażyć porannej kąpieli słonecznej, podjadając przy tym kilka pierwszych pędów trawy. Kogo ja chcę szukać? Prawda jest taka, że wcale nie interesuje mnie biernie wygrzewanie się w słoneczku. Ja potrzebują jakiegoś zajęcia!-pomyślałem, kończąc swój posiłek. Zaraz potem pogoda momentalnie zmieniła się i zawiał ostry wiatr. Większość koni dla bezpieczeństwa zebrała się razem. Po około pół godzinie jednak znowu wyszła słońce. Widząc, że Shiregt świetnie sobie ze wszystkim radzi, postanowiłem się przejść. Miałem nadzieję, że może napotkam Yatgaar. Problem polegał jednak na tym, że nie miałem pojęcia, dokąd mogła pójść. Popytałem parę koni, ale, jak się spodziewałem, nikt nic nie wiedział. Ruszyłem więc jedną z wydeptanych ścieżek, aż dotarłem pod jedną z gór. Uznałem, że jest to dobre miejsce do krótkiego treningu. Zrobiłem dołek kopytem w ziemi, po czym dobiegłem jakieś sto sześćdziesiąt i wykonałem kolejny. Moje ćwiczenie polegało na robieniu ósemek między nimi. Kilka pierwszych zrobiłem szybko i sprawnie, ale potem zacząłem się męczyć. Gdzieś przy trzydziestym musiałem już sporo zwolnić.
-Ruszasz się całkiem sprawnie jak na takiego staruszka-usłyszałem głos, który rozpoznałbym nawet przed śmiercią. Kilka metrów ode mnie stała uśmiechnięte Yatgaar.
-Nie mam pojęcia, czy obrażasz mnie, czy komplementujesz, ale dziękuję. Tak się składa, że tego staruszka jeszcze na wiele stać-odparłem, starając się ukryć lekką zadyszkę.
-Właśnie widzę-odparła Yatgaar, podchodząc do mnie.
-Gdzie byłaś od rana?-spytałem.
-To tu, to tam...A co, stęskniłeś się za mną?-spytała klacz.
-Minuta bez ciebie, to minuta nudna i stracona-powiedziałem w odpowiedzi. Yatgaar uśmiechnęła się.
-A więc tak będzie teraz wyglądać nasze życie-dodałem po chwili.
-To znaczy?-spytała moja partnerka.
-Będziemy mieli pełno wolnego czasu i zero pomysłu, co z nim zrobić-wyjaśniłem, po czym westchnąłem.
-Mów za siebie-odparła z uśmiechem klacz.
-Jesteś nad wyraz wesoła dzisiaj-zauważyłem.
-A ty nad wyraz zrzędliwy. Czy to już jedna z oznak prawdziwego starzenia się?-spytała Yatgaar.
-Nie wydaje mi się-odparłem, po czym uśmiechnąłem się.
-Pewien jesteś?
-Zdecydowanie. Zatem ja spędziłem poranek na starczym zrzędzeniu, a ty?-spytałem.
<Yatgaar? Wybacz za "to", muszę się od nowa rozkręcić XD>
-Ruszasz się całkiem sprawnie jak na takiego staruszka-usłyszałem głos, który rozpoznałbym nawet przed śmiercią. Kilka metrów ode mnie stała uśmiechnięte Yatgaar.
-Nie mam pojęcia, czy obrażasz mnie, czy komplementujesz, ale dziękuję. Tak się składa, że tego staruszka jeszcze na wiele stać-odparłem, starając się ukryć lekką zadyszkę.
-Właśnie widzę-odparła Yatgaar, podchodząc do mnie.
-Gdzie byłaś od rana?-spytałem.
-To tu, to tam...A co, stęskniłeś się za mną?-spytała klacz.
-Minuta bez ciebie, to minuta nudna i stracona-powiedziałem w odpowiedzi. Yatgaar uśmiechnęła się.
-A więc tak będzie teraz wyglądać nasze życie-dodałem po chwili.
-To znaczy?-spytała moja partnerka.
-Będziemy mieli pełno wolnego czasu i zero pomysłu, co z nim zrobić-wyjaśniłem, po czym westchnąłem.
-Mów za siebie-odparła z uśmiechem klacz.
-Jesteś nad wyraz wesoła dzisiaj-zauważyłem.
-A ty nad wyraz zrzędliwy. Czy to już jedna z oznak prawdziwego starzenia się?-spytała Yatgaar.
-Nie wydaje mi się-odparłem, po czym uśmiechnąłem się.
-Pewien jesteś?
-Zdecydowanie. Zatem ja spędziłem poranek na starczym zrzędzeniu, a ty?-spytałem.
<Yatgaar? Wybacz za "to", muszę się od nowa rozkręcić XD>
14.09.2018
Od Khonkha do Yatgaar "Usunąć w cień"
Decyzja, jaką podjął Shiregt, była bardzo trafna. Prawdę mówiąc, była jedną z najlepszych możliwości, jeśli nie w ogóle najlepszą. Cieszyłem się, że mi i Yatgaar udało się wychować naszego syna na kogoś tak mądrego, opanowanego...na idealnego władcę, choć gdyby ktoś spytał, jak tego dokonaliśmy, nie miałbym pojęcia, co mu odpowiedzieć. Staraliśmy się i nasze starania, jak widać, się opłaciły. Shiregt skierował się w naszą stronę, a ja w tej samej chwili uświadomiłem sobie niezwykle ważną, choć oczywistą rzecz. On był już naprawdę dorosłym koniem. Ogierem, który mógł samodzielnie podejmować decyzję. Ogierem, który mógł znaleźć partnerkę i założyć rodzinę. Ogierem, który mógł zacząć rządzić stworzonym przeze mnie klanem. Zbliżał się czas, kiedy to ja, starzec z poprzedniej epoki będę musiał ustąpić mu miejsce. Bo taka jest naturalna kolej rzeczy.
-Myślę, że nadszedł już czas, by ogłosić to oficjalnie. Ojcze, matko?-spytał Shiregt.
-I ja również nie widzę innego wyjścia-odparła po chwili Yatgaar. Shiregt skierował wzrok na mnie, czekając na moją reakcję. Ja jednak dalej nie mogłem dojść do siebie. Czyżbym wcześniej po prostu wyczuł ten moment? Tak, zapewne o to chodziło. Okoliczności, czas... a nawet coś w sposobie, jakim nasz syn do nas podszedł, to wszystko dało mi do myślenia. Słowa, które Shiregt wypowiedział, musiały paść prędzej czy później. Tak jak prędzej czy później ja musiałem mu odpowiedzieć jedynymi odpowiednimi w takiej chwili słowami:
-Jeżeli jesteś w stanie walczyć za klan, który jest twoją rodziną, jakby to nie było niczym niezwykłym i jeżeli umiesz zadbać o siebie, to z całą pewnością możesz rządzić całym stadem. A należące do niego konie powinny się czym prędzej o tym dowiedzieć-powiedziałem. Jednocześnie starałem się brzmieć poważnie, ale wypełniała dziwna mieszanka uczuć. Radości, dumy, ale też strachu. Czy Shiregt sobie poradzi jako władca? Wiedziałem, że tak, ale wątpliwości nie chciały odejść. Czy Yatgaar i ja będziemy potrafili usunąć się w cień? Całe życie to my byliśmy głównymi aktorami w spektaklu, którym były historia i życie naszego klanu. A teraz zostaniemy co najwyżej statystami. Mimo niepewności wiedziałem jednak, że nie możemy stać w miejscu. Życie idzie do przodu, a my musimy się dostosowywać do zmian, jakie funduje nam los. Po chwili poświęconej na swoje przemyślenia posłałem synowi lekki uśmiech, gdyż nie wiedziałem do końca, jak odebrał moje słowa.
-Choć raz masz rację-odezwała się Yatgaar.
-Miałem rację częściej niż raz-odparłem. Nawet teraz nie mogliśmy się powstrzymać od drobnych złośliwości.-Czas ogłosić wielką nowinę-dodałem po chwili milczenia i skierowałem wzrok z powrotem na naszego syna.
<Yatgaar?>
-Myślę, że nadszedł już czas, by ogłosić to oficjalnie. Ojcze, matko?-spytał Shiregt.
-I ja również nie widzę innego wyjścia-odparła po chwili Yatgaar. Shiregt skierował wzrok na mnie, czekając na moją reakcję. Ja jednak dalej nie mogłem dojść do siebie. Czyżbym wcześniej po prostu wyczuł ten moment? Tak, zapewne o to chodziło. Okoliczności, czas... a nawet coś w sposobie, jakim nasz syn do nas podszedł, to wszystko dało mi do myślenia. Słowa, które Shiregt wypowiedział, musiały paść prędzej czy później. Tak jak prędzej czy później ja musiałem mu odpowiedzieć jedynymi odpowiednimi w takiej chwili słowami:
-Jeżeli jesteś w stanie walczyć za klan, który jest twoją rodziną, jakby to nie było niczym niezwykłym i jeżeli umiesz zadbać o siebie, to z całą pewnością możesz rządzić całym stadem. A należące do niego konie powinny się czym prędzej o tym dowiedzieć-powiedziałem. Jednocześnie starałem się brzmieć poważnie, ale wypełniała dziwna mieszanka uczuć. Radości, dumy, ale też strachu. Czy Shiregt sobie poradzi jako władca? Wiedziałem, że tak, ale wątpliwości nie chciały odejść. Czy Yatgaar i ja będziemy potrafili usunąć się w cień? Całe życie to my byliśmy głównymi aktorami w spektaklu, którym były historia i życie naszego klanu. A teraz zostaniemy co najwyżej statystami. Mimo niepewności wiedziałem jednak, że nie możemy stać w miejscu. Życie idzie do przodu, a my musimy się dostosowywać do zmian, jakie funduje nam los. Po chwili poświęconej na swoje przemyślenia posłałem synowi lekki uśmiech, gdyż nie wiedziałem do końca, jak odebrał moje słowa.
-Choć raz masz rację-odezwała się Yatgaar.
-Miałem rację częściej niż raz-odparłem. Nawet teraz nie mogliśmy się powstrzymać od drobnych złośliwości.-Czas ogłosić wielką nowinę-dodałem po chwili milczenia i skierowałem wzrok z powrotem na naszego syna.
<Yatgaar?>
11.09.2018
Od Khonkha do Yatgaar "Ostatni wróg, ostatni problem"
Wszędzie wokół było pełno ciał. Na szczęście żadne z nich nie należało do członka klanu. Medycy przybyli i zaczęli zajmować się rannymi, w tym Yatgaar. Miriada uwijała się przy swoich zadaniach jak nikt inny, Shiregt odszedł kawałek, aby wydać jakieś rozkazy.
-Albo tutaj jakoś posprzątamy, albo zmienimy miejsce postoju, albo poczekamy aż krew zwabi tutaj wilki czy inne drapieżniki-usłyszałem, jak mówi to do Mikada. Postanowiłem dać mu "wolne kopyto". W końcu jako władca nieraz będzie zmagał się z trudnymi sytuacjami. Wiedziałem jednak, że Shiregt ze wszystkim sobie poradzi, a w razie potrzeby zawsze starałem się być obok. Dante zniknął mi gdzieś z pola widzenia, ale miałem nadzieję, że nie robi niczego głupiego. W końcu jednak, zakończywszy swoje rozmyślania, przeniosłem wzrok na swoją partnerkę. Miriada właśnie skończyła ją opatrywać.
-To poważna rana, ale nie śmiertelna. Niestety nie mam przy sobie żadnych ziół, które mogłyby zrobić coś z bólem. Hadvegar albo Rose na pewno coś mają, zaraz ci przyniosę-powiedziała Miriada. Choć starała się, aby jej głos brzmiał twardo i pewnie, ja i tak wyczułem w nim utajony strach. Nic dziwnego, kto by się nie przejął, gdyby musiał opatrywać własną, poważnie zranioną matkę?
-Nie trzeba. Innym zioła na pewno przydadzą się bardziej-odparła Yatgaar, krzywiąc się lekko, prawdopodobnie z bólu.
-Wykluczone. Miriada, idź po zioła-powiedziałem. Spojrzenia moje i mojej córki na chwilę się spotkały, po czym klacz oddaliła się.
-Nie potrzebne mi są żadne lekarstwa-powiedziała Yatgaar, kiedy nasza córka się oddaliła.
-Potrzebne. Chociaż ty i tak byś temu zaprzeczała, nawet gdybyś wykrwawiała się na śmierć-odparłem, lekko się uśmiechając.
-Przecież nie wykrwawiam się na śmierć-powiedziała moja partnerka, odwzajemniając uśmiech. Dzięki tej dawce normalności mogłem zakopać swój strach o nią głęboko w podświadomości i skupić się na rozmowie z nią. Zwyczajniej rozmowie.
-Jak się czujesz?-zapytałem.
-Czuję się tak, jak wyglądam. Zaraz zacznę tańczyć-odparła z sarkazmem Yatgaar. Uśmiechnąłem się ponownie. Skoro moja partnerka miała siłę na złośliwości, znaczyło to, że nie było z nią aż tak źle. Po chwili wróciła do nas Miriada z naręczem ziół w pysku.
-Mam to wszystko zjeść?-spytała Yatgaar.
-Tak. A kiedy będzie ci zmieniany opatrunek, to dostaniesz jeszcze specjalną maść-odparła nasza córka. Moja partnerka westchnęła, po czym bez przekonania zaczęła jeść przyniesione przez Miriadę rośliny. Po chwili podszedł do nas Shiregt.
-Trzeba tutaj...wszystko załatwić-powiedziała Yatgaar, kiedy tylko go ujrzała. Prawdopodobnie jego osoba przypomniała jej, że jesteśmy na terenie, który obecnie jest pobojowiskiem.
-Nie martw się, matko, już prawie wszystkim się zająłem-odparł Shiregt. W tej samej chwili, jakby na zaprzeczenie jego słów, ktoś zawołał:
-Mamy tutaj jeńca!
Jak na rozkaz cała nasza trójka niemal w tym samym momencie odwróciła głowy, aby ujrzeć młodego renifera, prowadzonego w naszą stronę przez Kirka i Mikada.
<Yatgaar? Zabijamy czy oszczędzamy...?>
-Albo tutaj jakoś posprzątamy, albo zmienimy miejsce postoju, albo poczekamy aż krew zwabi tutaj wilki czy inne drapieżniki-usłyszałem, jak mówi to do Mikada. Postanowiłem dać mu "wolne kopyto". W końcu jako władca nieraz będzie zmagał się z trudnymi sytuacjami. Wiedziałem jednak, że Shiregt ze wszystkim sobie poradzi, a w razie potrzeby zawsze starałem się być obok. Dante zniknął mi gdzieś z pola widzenia, ale miałem nadzieję, że nie robi niczego głupiego. W końcu jednak, zakończywszy swoje rozmyślania, przeniosłem wzrok na swoją partnerkę. Miriada właśnie skończyła ją opatrywać.
-To poważna rana, ale nie śmiertelna. Niestety nie mam przy sobie żadnych ziół, które mogłyby zrobić coś z bólem. Hadvegar albo Rose na pewno coś mają, zaraz ci przyniosę-powiedziała Miriada. Choć starała się, aby jej głos brzmiał twardo i pewnie, ja i tak wyczułem w nim utajony strach. Nic dziwnego, kto by się nie przejął, gdyby musiał opatrywać własną, poważnie zranioną matkę?
-Nie trzeba. Innym zioła na pewno przydadzą się bardziej-odparła Yatgaar, krzywiąc się lekko, prawdopodobnie z bólu.
-Wykluczone. Miriada, idź po zioła-powiedziałem. Spojrzenia moje i mojej córki na chwilę się spotkały, po czym klacz oddaliła się.
-Nie potrzebne mi są żadne lekarstwa-powiedziała Yatgaar, kiedy nasza córka się oddaliła.
-Potrzebne. Chociaż ty i tak byś temu zaprzeczała, nawet gdybyś wykrwawiała się na śmierć-odparłem, lekko się uśmiechając.
-Przecież nie wykrwawiam się na śmierć-powiedziała moja partnerka, odwzajemniając uśmiech. Dzięki tej dawce normalności mogłem zakopać swój strach o nią głęboko w podświadomości i skupić się na rozmowie z nią. Zwyczajniej rozmowie.
-Jak się czujesz?-zapytałem.
-Czuję się tak, jak wyglądam. Zaraz zacznę tańczyć-odparła z sarkazmem Yatgaar. Uśmiechnąłem się ponownie. Skoro moja partnerka miała siłę na złośliwości, znaczyło to, że nie było z nią aż tak źle. Po chwili wróciła do nas Miriada z naręczem ziół w pysku.
-Mam to wszystko zjeść?-spytała Yatgaar.
-Tak. A kiedy będzie ci zmieniany opatrunek, to dostaniesz jeszcze specjalną maść-odparła nasza córka. Moja partnerka westchnęła, po czym bez przekonania zaczęła jeść przyniesione przez Miriadę rośliny. Po chwili podszedł do nas Shiregt.
-Trzeba tutaj...wszystko załatwić-powiedziała Yatgaar, kiedy tylko go ujrzała. Prawdopodobnie jego osoba przypomniała jej, że jesteśmy na terenie, który obecnie jest pobojowiskiem.
-Nie martw się, matko, już prawie wszystkim się zająłem-odparł Shiregt. W tej samej chwili, jakby na zaprzeczenie jego słów, ktoś zawołał:
-Mamy tutaj jeńca!
Jak na rozkaz cała nasza trójka niemal w tym samym momencie odwróciła głowy, aby ujrzeć młodego renifera, prowadzonego w naszą stronę przez Kirka i Mikada.
<Yatgaar? Zabijamy czy oszczędzamy...?>
9.09.2018
Od Khonkha do Yatgaar "Poważny cios"
Nasz nowy "przyjaciel" zaczął nas prowadzić. Wokół niego szło kilka koni, aby w razie gdyby wpadł na tak głupi pomysł, nie zdołał uciec. W końcu dotarliśmy do innej części lasu. Nagich drzew i choinek było coraz więcej. W pewnym momencie ren przystanął, unosząc uważnie łeb.
-Wilki?-powiedział szeptem, jednak każdy z nas doskonale go usłyszał. Wziął przy tym duży wdech, jakby chciał wyczuć obecność drapieżników właśnie dzięki węchowi. Naturalnie zapanowało lekkie poruszenie i kilka koni także skupiło się na tym, aby sprawdzić prawdziwość słów naszego jeńca. W tym samym momencie renifer wydał z siebie dziwny okrzyk, coś jak połączenie wilczego wycia i końskiego rżenia z nutą warknięcia. Ren odepchnął na bok zaskoczonego Bush'a i wyrwał się do przodu. Zanim zdążyłem wydać jakikolwiek rozkaz, w pogoń za nim rzuciło się już kilku członków.
-Zatrzymajcie się!-zawołałem, bo coś mi tu nie grało. Usłyszała mnie jednak tylko część koni. Reszta pobiegła za reniferem. Po jakimś czasie zasłoniły ich nam różnego rodzaju iglaste drzewa. Po chwili zaś do naszych uszu dotarły okrzyki i dało się słyszeć szczęk broni.
-Ruszamy!-zawołałem. Kiedy dobiegliśmy na miejsce okazało się, że renifer swoim krzykiem zaalarmował towarzyszy, którzy rzucili się do ataku na ścigające go konie. Od razu przyłączyliśmy się do walki, aby pomóc towarzyszom. Niestety po pewnym czasie zaczęliśmy przegrywać, gdyż reniferów było o wiele więcej niż nas. Jednakże po jakimś czasie zaciekłej walki (podczas bitwy czas płynął dla mnie zupełnie inaczej) na polanę, gdzie walczyliśmy, wpadły pozostałe konie z naszego klanu. We wszystkich obecnych wstąpiła nowa nadzieja. Jeszcze bardziej poczułem jej przypływ, kiedy ujrzałem swoją partnerkę powalającą jednego z renów.
-Zaczęliście zabawę bez nas?-spytała, kiedy już znalazła się przy mnie.
-Trzeba było się nie spóźniać na imprezę-odparłem.
-Ciesz się, że w ogóle złożyliśmy wam wizytę. Przyda wam się pomocne kopyto jak widać-powiedziała Yatgaar, robiąc przy tym unik przed ciosem, który chciał jej zadać jeden z renów. Z rozpędu zatrzymał się on dopiero przede mną, a ja nie miałem oporów, aby zdzielić go kopytem aż miło.
-Nie potrzeba ci czegoś?-zapytał nagle Kirk, który dosłownie pojawił się znikąd i rzucił mi moją broń.
-Skąd...-zacząłem.
-Nie ma teraz na to czasu-przerwała mi Yatgaar, posyłając Kirkowi w moim imieniu uśmiech wdzięczności. Złapałem swoją halabardę, po czym ruszyłem do ataku ze zdwojoną siłą. Teraz było nas już więcej, a renifery spanikowały i zaczęły biegać bez celu. Skupiłem się głównie na zadawaniu jak największej liczby ciężkich ran. Świat wokół mnie stał się jednym wielkim polem bitwy.
-Hej, ty!-usłyszałem nagle głos. Odruchowo przerwałem walkę, aby poszukać jego właściciela. W końcu zauważyłem jakiegoś rena. Był dość dobrze zbudowany. Wysoki i umięśniony Pod jego stopami leżał długi i ostry jak brzytwa miecz. W jego stalowym ostrzu odbijały się promienie słońca.
-Tak, właśnie ty. Założyłeś Klan Mroźnej Duszy, prawda? I rozpocząłeś wojnę z nami?-zapytał renifer. Skinąłem głową, bo nie czułem potrzeby ukrywania tych faktów.
-A więc wiedz, że ja, Sarkham z dynastii Saelitów, następca naszego wodza, zamierzam pozbawić cię życia!-zawołał ren, po czym chwycił swoją broń i ruszył do ataku. Kiedy znalazł się w odpowiedniej odległości, zrobiłem po prostu unik, robiąc jednocześnie zamach halabardą. Niestety renifer zdążył szybko zareagować i ostrze jedynie lekko go musnęło.
-Jesteś dobrym wojownikiem, ale twój los i tak jest już przesądzony. Zabiłem już wielu znamienitszych od ciebie, pomiocie-wycedził przez zęby ren.
-Zaczniemy w końcu naprawdę walczyć, czy zamierzasz się tak cały czas przechwalać?-zapytałem. Spojrzenie renifera w jednej chwili pozwoliło mi przekonać się, jak bardzo mój przeciwnik się wściekł. Ponownie ruszył do ataku, udało mi się jednak zablokować cios. Następnie po raz kolejny zamachnąłem się. I tym razem ren zrobił unik. W tej samej chwili zauważyłem nadciągającą z przeciwnej strony Yatgaar.
-Spokojnie, zostaw to mnie. Sam chcę się nim zająć!-zawołałem. Klacz niemal natychmiast zatrzymała się więc i skupiła na walce z jakimś innym reniferem. Coś w jego wyglądzie sprawiało, że nie wyglądał on jak reszta. Był znacznie lepiej zbudowany, a do tego z jego sylwetki emanowała swego rodzaju...duma? Tak, to z pewnością była duma. Odłożyłem jednak rozmyślania na bok i skupiłem się na walce. Renifer ponownie zaatakował i tym razem zadał mi cios. Na szczęście rana była bardzo płytka. To sprawiło, że obudziła się we mnie żądza mordu, której nigdy wcześniej nie odczuwałem. A przynajmniej nie w takiej postaci. Kradną nasze tereny, porywają moją córkę i próbują wybić cały klan...Tego już za wiele!-pomyślałem, po czym zarżałem głośno, potrząsając przy tym grzywą na boki. Mój przeciwnik spojrzał na mnie z nieukrywanym zdziwieniem. Zamachnąłem się, aby zadać mu cios. Wykonał oczywiście szybki unik, ale nie przewidział, że w tak krótkim odstępie czasu uda mi się ponownie go zaatakować. Dosłownie nadziałem go na swoją broń. W uderzenie włożyłem tyle siły, że do moich uszu dotarł głośny trzask pękającego drewna. Ren znieruchomiał. Przez chwilę miałem jeszcze wrażenie, że spogląda na mnie jakby z niedowierzaniem, po czym padł na ziemię. Kiedy zauważył to ren walczący z Yatgaar, po prostu odwrócił się od niej i do nas podbiegł.
-Mój syn!-zawołał, dopadając do ciała nieżyjącego renifera. Chwilę przy nim postał. Widać było, że ledwo powstrzymuje się przed... Nie byłem pewien, czy przed wybuchem agresji, złości, płaczu, czy szaleństwa. Spojrzałem na swoją zbliżającą się partnerkę z nieskrywanym zdziwieniem, a jej spojrzenie mówiło mi to samo, co zapewne moje jej. Czułem, że powinienem dalej walczyć, ale jednocześnie nie byłem w stanie znienacka zaatakować ojca opłakującego swojego syna. Miałem swój honor.
-Zabiję was wszystkich. Choćby miało mi to zająć sto lat! Choćby to miała być ostatnia rzecz, jaką zrobię w życiu!-zawołał ren, podnosząc na mnie swoje wściekłe spojrzenie.
<Yatgaar?>
-Wilki?-powiedział szeptem, jednak każdy z nas doskonale go usłyszał. Wziął przy tym duży wdech, jakby chciał wyczuć obecność drapieżników właśnie dzięki węchowi. Naturalnie zapanowało lekkie poruszenie i kilka koni także skupiło się na tym, aby sprawdzić prawdziwość słów naszego jeńca. W tym samym momencie renifer wydał z siebie dziwny okrzyk, coś jak połączenie wilczego wycia i końskiego rżenia z nutą warknięcia. Ren odepchnął na bok zaskoczonego Bush'a i wyrwał się do przodu. Zanim zdążyłem wydać jakikolwiek rozkaz, w pogoń za nim rzuciło się już kilku członków.
-Zatrzymajcie się!-zawołałem, bo coś mi tu nie grało. Usłyszała mnie jednak tylko część koni. Reszta pobiegła za reniferem. Po jakimś czasie zasłoniły ich nam różnego rodzaju iglaste drzewa. Po chwili zaś do naszych uszu dotarły okrzyki i dało się słyszeć szczęk broni.
-Ruszamy!-zawołałem. Kiedy dobiegliśmy na miejsce okazało się, że renifer swoim krzykiem zaalarmował towarzyszy, którzy rzucili się do ataku na ścigające go konie. Od razu przyłączyliśmy się do walki, aby pomóc towarzyszom. Niestety po pewnym czasie zaczęliśmy przegrywać, gdyż reniferów było o wiele więcej niż nas. Jednakże po jakimś czasie zaciekłej walki (podczas bitwy czas płynął dla mnie zupełnie inaczej) na polanę, gdzie walczyliśmy, wpadły pozostałe konie z naszego klanu. We wszystkich obecnych wstąpiła nowa nadzieja. Jeszcze bardziej poczułem jej przypływ, kiedy ujrzałem swoją partnerkę powalającą jednego z renów.
-Zaczęliście zabawę bez nas?-spytała, kiedy już znalazła się przy mnie.
-Trzeba było się nie spóźniać na imprezę-odparłem.
-Ciesz się, że w ogóle złożyliśmy wam wizytę. Przyda wam się pomocne kopyto jak widać-powiedziała Yatgaar, robiąc przy tym unik przed ciosem, który chciał jej zadać jeden z renów. Z rozpędu zatrzymał się on dopiero przede mną, a ja nie miałem oporów, aby zdzielić go kopytem aż miło.
-Nie potrzeba ci czegoś?-zapytał nagle Kirk, który dosłownie pojawił się znikąd i rzucił mi moją broń.
-Skąd...-zacząłem.
-Nie ma teraz na to czasu-przerwała mi Yatgaar, posyłając Kirkowi w moim imieniu uśmiech wdzięczności. Złapałem swoją halabardę, po czym ruszyłem do ataku ze zdwojoną siłą. Teraz było nas już więcej, a renifery spanikowały i zaczęły biegać bez celu. Skupiłem się głównie na zadawaniu jak największej liczby ciężkich ran. Świat wokół mnie stał się jednym wielkim polem bitwy.
-Hej, ty!-usłyszałem nagle głos. Odruchowo przerwałem walkę, aby poszukać jego właściciela. W końcu zauważyłem jakiegoś rena. Był dość dobrze zbudowany. Wysoki i umięśniony Pod jego stopami leżał długi i ostry jak brzytwa miecz. W jego stalowym ostrzu odbijały się promienie słońca.
-Tak, właśnie ty. Założyłeś Klan Mroźnej Duszy, prawda? I rozpocząłeś wojnę z nami?-zapytał renifer. Skinąłem głową, bo nie czułem potrzeby ukrywania tych faktów.
-A więc wiedz, że ja, Sarkham z dynastii Saelitów, następca naszego wodza, zamierzam pozbawić cię życia!-zawołał ren, po czym chwycił swoją broń i ruszył do ataku. Kiedy znalazł się w odpowiedniej odległości, zrobiłem po prostu unik, robiąc jednocześnie zamach halabardą. Niestety renifer zdążył szybko zareagować i ostrze jedynie lekko go musnęło.
-Jesteś dobrym wojownikiem, ale twój los i tak jest już przesądzony. Zabiłem już wielu znamienitszych od ciebie, pomiocie-wycedził przez zęby ren.
-Zaczniemy w końcu naprawdę walczyć, czy zamierzasz się tak cały czas przechwalać?-zapytałem. Spojrzenie renifera w jednej chwili pozwoliło mi przekonać się, jak bardzo mój przeciwnik się wściekł. Ponownie ruszył do ataku, udało mi się jednak zablokować cios. Następnie po raz kolejny zamachnąłem się. I tym razem ren zrobił unik. W tej samej chwili zauważyłem nadciągającą z przeciwnej strony Yatgaar.
-Spokojnie, zostaw to mnie. Sam chcę się nim zająć!-zawołałem. Klacz niemal natychmiast zatrzymała się więc i skupiła na walce z jakimś innym reniferem. Coś w jego wyglądzie sprawiało, że nie wyglądał on jak reszta. Był znacznie lepiej zbudowany, a do tego z jego sylwetki emanowała swego rodzaju...duma? Tak, to z pewnością była duma. Odłożyłem jednak rozmyślania na bok i skupiłem się na walce. Renifer ponownie zaatakował i tym razem zadał mi cios. Na szczęście rana była bardzo płytka. To sprawiło, że obudziła się we mnie żądza mordu, której nigdy wcześniej nie odczuwałem. A przynajmniej nie w takiej postaci. Kradną nasze tereny, porywają moją córkę i próbują wybić cały klan...Tego już za wiele!-pomyślałem, po czym zarżałem głośno, potrząsając przy tym grzywą na boki. Mój przeciwnik spojrzał na mnie z nieukrywanym zdziwieniem. Zamachnąłem się, aby zadać mu cios. Wykonał oczywiście szybki unik, ale nie przewidział, że w tak krótkim odstępie czasu uda mi się ponownie go zaatakować. Dosłownie nadziałem go na swoją broń. W uderzenie włożyłem tyle siły, że do moich uszu dotarł głośny trzask pękającego drewna. Ren znieruchomiał. Przez chwilę miałem jeszcze wrażenie, że spogląda na mnie jakby z niedowierzaniem, po czym padł na ziemię. Kiedy zauważył to ren walczący z Yatgaar, po prostu odwrócił się od niej i do nas podbiegł.
-Mój syn!-zawołał, dopadając do ciała nieżyjącego renifera. Chwilę przy nim postał. Widać było, że ledwo powstrzymuje się przed... Nie byłem pewien, czy przed wybuchem agresji, złości, płaczu, czy szaleństwa. Spojrzałem na swoją zbliżającą się partnerkę z nieskrywanym zdziwieniem, a jej spojrzenie mówiło mi to samo, co zapewne moje jej. Czułem, że powinienem dalej walczyć, ale jednocześnie nie byłem w stanie znienacka zaatakować ojca opłakującego swojego syna. Miałem swój honor.
-Zabiję was wszystkich. Choćby miało mi to zająć sto lat! Choćby to miała być ostatnia rzecz, jaką zrobię w życiu!-zawołał ren, podnosząc na mnie swoje wściekłe spojrzenie.
<Yatgaar?>
26.08.2018
Od Khonkha do Yatgaar "Renifery zasługują tylko na śmierć"
-Co ty zrobiłeś?! Zabijemy cię!-zawołał w końcu jakiś rosły renifer, wysuwając się przed swoich towarzyszy. Reszta nadal stała, sparaliżowana strachem. Po moim trupie-pomyślałem. Zaraz jednak zdałem sobie sprawę, jakie ma to znaczenie w obecnej sytuacji i omal nie parsknąłem śmiechem. Powstrzymałem się jednak i rzuciłem reniferowi surowe spojrzenie.
-Jak cię zwą?-zapytałem, licząc na to, że uda mi się nieco zyskać na czasie.
-Markiz van Rene-ren połknął haczyk i dał się na chwilę wciągnąć w rozmowę.
-Czy to jakiś tytuł?-zapytałem.
-Tak, mój ród jest bardzo znany i szanowany w naszym stadzie-odparł Markiz nie bez dumy.
-A co to za stado? Z tego, co mi już wiadomo, to "rządzicie" tymi terenami. Ale tak się składa, że to miejsce ma już właściciela i jest nim mój klan-powiedziałem.
-Chciałbyś. Pokażemy wam, gdzie wasze miejsce-odparł renifer.
-Jak na razie to ja my wam pokazaliśmy, żebyście z nami nie zadzierali-powiedziałem, ledwo hamując złość. Markiz tak się wściekł, że aż przez chwilę nie mógł nic powiedzieć. Kiedy chciał coś dodać, zostało mu to szybko uniemożliwione.
-Przestań Markiz, on gra na czas. Jak ciebie zwą?-z grupy wysunęła się jakaś samica i stanęła obok mojego rozmówcy.
-To i tak nie jest ważne, zabijmy go jak najprędzej. Pewnie należy do tego klanu, z którym stoczyliśmy już jedną walkę-odezwał się kolejny renifer.
-Jestem Khonkh-odparłem, puszczając mimo uszu słowa rena.- Z dynastii Altbachów-dodałem po chwili, choć widać było, że nic im ta wiadomość nie dała. Jednak na dźwięk mojego imienia kilku z nich zrobiło zmartwione, a reszta wściekłe miny.
-Jesteś ich przywódcą!-syknął Markiz.
-Być może-odparłem.-A także bezlitosnym wojownikiem-dodałem po chwili.
-Właśnie widzimy-powiedział renifer. W tym samym czasie kolejny osobnik doskoczył do mnie i spróbował zadać cios mieczem, którego wcześniej nie zauważyłem. Udało mi się w porę uskoczyć, choć mimo to ostrze drasnęło lekko moją skórę. Choć nie było to niczym godnym pochwały, natychmiast rzuciłem się do ucieczki, a cała zgraja reniferów ruszyła oczywiście za mną. Biegłem przez chwilę, aż usłyszałem, że Markiz coś krzyczy. Kiedy się odwróciłem, zauważyłem, że część grupy odłączyła się i ruszyła dalej w stronę klanu. Wiedziałem jednak, że stado na pewno będzie już przygotowane, bo na Yatgaar mogłem polegać bardziej niż na sobie. Za mną nadal biegło jeszcze pięć reniferów. Musiałem ułożyć jakiś plan, bo nie miałem co liczyć na to, że te szumowiny odpuszczą sobie pościg. Niestety w obecnej sytuacji żadne rozwiązanie nie wydawało się dość dobre. Udało mi się oddalić od nich dość daleko. W pewnym momencie usłyszałem, że coś uderzyło w śnieg tuż za mną. Odwróciłem się i ujrzałem niemały kamień. Kiedy spojrzałem na biegnącą w moją stronę grupę reniferów, dostrzegłem, że mają ich w zanadrzu jeszcze kilka. Odwróciłem się i już chciałem biec dalej, ale w ostatniej chwili złapałem jeszcze leżący obok mnie kamień i cisnąłem nim w reny. Zauważyłem, że udało mi się trafić w jednego z nich, a grupa na chwilę przystanęła. Ruszyłem czym prędzej dalej, kierując się w stronę lasu. Zimą niełatwo było zgubić pościg, ale tam na pewno było to o wiele łatwiejsze. W końcu dostrzegłem grupę koni, w której rozpoznałem członków mojego klanu. Odetchnąłem z ulgą, podbiegając do nich.
-Khonkh?-powiedział na mój widok zdziwiony Mikado.
-Tak. Co się dzieje?-od razu przeszedłem do rzeczy.
-Yatgaar zorganizowała całe stado. Część poszła z nią, część została, a reszta ze mną. Szukamy bazy renów-wyjaśnił ogier. Po usłyszeniu tej rewelacji chciałem przede wszystkim zawrócić i odnaleźć Yatgaar, ale rozsądek jakimś cudem doszedł do wniosku. Wiedziałem, że gdybym tam teraz wrócił, nie za wiele by to zmieniło. Choć bardzo chciałem znaleźć się teraz przy mojej partnerce i, jak już niejeden raz, walczyć obok niej, jednak chwilowo było to dość głupim pomysłem.
-Niedaleko jest grupa składająca się z pięciu reniferów. Złapiemy je i zmusimy, aby zaprowadziły nas do bazy-powiedziałem. Mikado nie zaprotestował. Konie ruszyły za mną. Łatwo odnaleźliśmy renifery, gdyż przemieszczały się one moim tropem, więc nieomal wpadliśmy na siebie. Widząc, że jest nas ponad dwa razy więcej, zawróciły. My jednak znaliśmy lepiej te tereny, a, nie licząc mnie, wszyscy byli wypoczęci, więc szybko dogoniliśmy reny. Otoczyliśmy je kołem, uniemożliwiając ucieczkę.
-Tego-powiedziałem, wskazując na Markiza.-zostawić. Resztę zabić-dodałem. Mikado i kilku innych członków spojrzało na mnie ze zdziwieniem. Renifery zaś z przerażeniem rozglądały się dookoła, wypatrując, z której strony nastąpi atak.
-Słyszeliście mój rozkaz. Wybić wszystkich oprócz tego jednego!-zawołałem, po czym sam rzuciłem się na pierwszego z brzegu przeciwnika. W porównaniu ze mną ren był dość średniej budowy, więc szybko sobie z nim poradziłem. Kilka innych koni szybko wykończyło pozostałe trzy zwierzęta.
-A teraz-rzekłem, odwracając się do Markiza-zaprowadzisz nas do waszej bazy, abyśmy mogli to samo zrobić z resztą twoich towarzyszy. Bo tylko na to zasługujecie-powiedziałem, nie kryjąc nienawiści.
-Nigdy!- zawołał renifer. Już chciałem coś powiedzieć, zanim jednak to uczyniłem, przetoczyłem wzrokiem po swoich towarzyszach. Kiedy ujrzałem sylwetkę kuca, w myślach uśmiechnąłem się z satysfakcją, że sam nie będę już musiał brudzić sobie kopyt. W razie czego on na pewno złamie opór tego zwierzęcia.
-Czyli rozumiem, że chcesz, abyśmy wyciągnęli to z ciebie siłą? Tak się składa, że jeden z moich poddanych lubuje się w podrzynaniu gardeł czy wybebeszaniu-powiedziałem. Nie musiałem nic więcej dodawać, gdyż Bush Brave sam wysunął się naprzód.
-Cieszę się, że o mnie wspominasz. Sporo czasu minęło, odkąd urządziłem sobie rzeź źrebiąt, a od tamtego czasu nie miałem zbyt wielu rozrywek-powiedział ogier. Samo to wystarczyło, by złamać opór renifera.
-Dobrze, zaprowadzę was do bazy, ale tylko pod warunkiem, że potem puścicie mnie wolno-powiedział Markiz.
-Oczywiście-odparłem natychmiast, nie mogąc się nadziwić, jak bardzo ten ren jest naiwny. Po chwili renifer ruszył, a za nim cała zgraja gotowych do piekielnej walki koni.
<Yatgaar? U mnie taka akcja, a co u ciebie?>
-Jak cię zwą?-zapytałem, licząc na to, że uda mi się nieco zyskać na czasie.
-Markiz van Rene-ren połknął haczyk i dał się na chwilę wciągnąć w rozmowę.
-Czy to jakiś tytuł?-zapytałem.
-Tak, mój ród jest bardzo znany i szanowany w naszym stadzie-odparł Markiz nie bez dumy.
-A co to za stado? Z tego, co mi już wiadomo, to "rządzicie" tymi terenami. Ale tak się składa, że to miejsce ma już właściciela i jest nim mój klan-powiedziałem.
-Chciałbyś. Pokażemy wam, gdzie wasze miejsce-odparł renifer.
-Jak na razie to ja my wam pokazaliśmy, żebyście z nami nie zadzierali-powiedziałem, ledwo hamując złość. Markiz tak się wściekł, że aż przez chwilę nie mógł nic powiedzieć. Kiedy chciał coś dodać, zostało mu to szybko uniemożliwione.
-Przestań Markiz, on gra na czas. Jak ciebie zwą?-z grupy wysunęła się jakaś samica i stanęła obok mojego rozmówcy.
-To i tak nie jest ważne, zabijmy go jak najprędzej. Pewnie należy do tego klanu, z którym stoczyliśmy już jedną walkę-odezwał się kolejny renifer.
-Jestem Khonkh-odparłem, puszczając mimo uszu słowa rena.- Z dynastii Altbachów-dodałem po chwili, choć widać było, że nic im ta wiadomość nie dała. Jednak na dźwięk mojego imienia kilku z nich zrobiło zmartwione, a reszta wściekłe miny.
-Jesteś ich przywódcą!-syknął Markiz.
-Być może-odparłem.-A także bezlitosnym wojownikiem-dodałem po chwili.
-Właśnie widzimy-powiedział renifer. W tym samym czasie kolejny osobnik doskoczył do mnie i spróbował zadać cios mieczem, którego wcześniej nie zauważyłem. Udało mi się w porę uskoczyć, choć mimo to ostrze drasnęło lekko moją skórę. Choć nie było to niczym godnym pochwały, natychmiast rzuciłem się do ucieczki, a cała zgraja reniferów ruszyła oczywiście za mną. Biegłem przez chwilę, aż usłyszałem, że Markiz coś krzyczy. Kiedy się odwróciłem, zauważyłem, że część grupy odłączyła się i ruszyła dalej w stronę klanu. Wiedziałem jednak, że stado na pewno będzie już przygotowane, bo na Yatgaar mogłem polegać bardziej niż na sobie. Za mną nadal biegło jeszcze pięć reniferów. Musiałem ułożyć jakiś plan, bo nie miałem co liczyć na to, że te szumowiny odpuszczą sobie pościg. Niestety w obecnej sytuacji żadne rozwiązanie nie wydawało się dość dobre. Udało mi się oddalić od nich dość daleko. W pewnym momencie usłyszałem, że coś uderzyło w śnieg tuż za mną. Odwróciłem się i ujrzałem niemały kamień. Kiedy spojrzałem na biegnącą w moją stronę grupę reniferów, dostrzegłem, że mają ich w zanadrzu jeszcze kilka. Odwróciłem się i już chciałem biec dalej, ale w ostatniej chwili złapałem jeszcze leżący obok mnie kamień i cisnąłem nim w reny. Zauważyłem, że udało mi się trafić w jednego z nich, a grupa na chwilę przystanęła. Ruszyłem czym prędzej dalej, kierując się w stronę lasu. Zimą niełatwo było zgubić pościg, ale tam na pewno było to o wiele łatwiejsze. W końcu dostrzegłem grupę koni, w której rozpoznałem członków mojego klanu. Odetchnąłem z ulgą, podbiegając do nich.
-Khonkh?-powiedział na mój widok zdziwiony Mikado.
-Tak. Co się dzieje?-od razu przeszedłem do rzeczy.
-Yatgaar zorganizowała całe stado. Część poszła z nią, część została, a reszta ze mną. Szukamy bazy renów-wyjaśnił ogier. Po usłyszeniu tej rewelacji chciałem przede wszystkim zawrócić i odnaleźć Yatgaar, ale rozsądek jakimś cudem doszedł do wniosku. Wiedziałem, że gdybym tam teraz wrócił, nie za wiele by to zmieniło. Choć bardzo chciałem znaleźć się teraz przy mojej partnerce i, jak już niejeden raz, walczyć obok niej, jednak chwilowo było to dość głupim pomysłem.
-Niedaleko jest grupa składająca się z pięciu reniferów. Złapiemy je i zmusimy, aby zaprowadziły nas do bazy-powiedziałem. Mikado nie zaprotestował. Konie ruszyły za mną. Łatwo odnaleźliśmy renifery, gdyż przemieszczały się one moim tropem, więc nieomal wpadliśmy na siebie. Widząc, że jest nas ponad dwa razy więcej, zawróciły. My jednak znaliśmy lepiej te tereny, a, nie licząc mnie, wszyscy byli wypoczęci, więc szybko dogoniliśmy reny. Otoczyliśmy je kołem, uniemożliwiając ucieczkę.
-Tego-powiedziałem, wskazując na Markiza.-zostawić. Resztę zabić-dodałem. Mikado i kilku innych członków spojrzało na mnie ze zdziwieniem. Renifery zaś z przerażeniem rozglądały się dookoła, wypatrując, z której strony nastąpi atak.
-Słyszeliście mój rozkaz. Wybić wszystkich oprócz tego jednego!-zawołałem, po czym sam rzuciłem się na pierwszego z brzegu przeciwnika. W porównaniu ze mną ren był dość średniej budowy, więc szybko sobie z nim poradziłem. Kilka innych koni szybko wykończyło pozostałe trzy zwierzęta.
-A teraz-rzekłem, odwracając się do Markiza-zaprowadzisz nas do waszej bazy, abyśmy mogli to samo zrobić z resztą twoich towarzyszy. Bo tylko na to zasługujecie-powiedziałem, nie kryjąc nienawiści.
-Nigdy!- zawołał renifer. Już chciałem coś powiedzieć, zanim jednak to uczyniłem, przetoczyłem wzrokiem po swoich towarzyszach. Kiedy ujrzałem sylwetkę kuca, w myślach uśmiechnąłem się z satysfakcją, że sam nie będę już musiał brudzić sobie kopyt. W razie czego on na pewno złamie opór tego zwierzęcia.
-Czyli rozumiem, że chcesz, abyśmy wyciągnęli to z ciebie siłą? Tak się składa, że jeden z moich poddanych lubuje się w podrzynaniu gardeł czy wybebeszaniu-powiedziałem. Nie musiałem nic więcej dodawać, gdyż Bush Brave sam wysunął się naprzód.
-Cieszę się, że o mnie wspominasz. Sporo czasu minęło, odkąd urządziłem sobie rzeź źrebiąt, a od tamtego czasu nie miałem zbyt wielu rozrywek-powiedział ogier. Samo to wystarczyło, by złamać opór renifera.
-Dobrze, zaprowadzę was do bazy, ale tylko pod warunkiem, że potem puścicie mnie wolno-powiedział Markiz.
-Oczywiście-odparłem natychmiast, nie mogąc się nadziwić, jak bardzo ten ren jest naiwny. Po chwili renifer ruszył, a za nim cała zgraja gotowych do piekielnej walki koni.
<Yatgaar? U mnie taka akcja, a co u ciebie?>
24.08.2018
Od Khonkha do Yatgaar "Bezczelność naszych wrogów"
Wraz z Shiregt'em przeszliśmy się po klanie, aby sprawdzić nastroje członków. Zaraz potem ogierek udał się gdzieś z napotkaną po drodze Mint. Przez chwilę patrzyłem za ich oddalającymi się sylwetkami. Przypomniało mi to chwile, kiedy nie liczyło się dla mnie nic innego oprócz spędzania czasu z Yatgaar. Jeszcze wtedy żadne z nas nie wiedziało, co szykuje dla nas nieprzewidywalny los. Ruszyłem dalej, aż do mych uszu dotarła cicho nucona melodia. Rozpoznałem głosy Yatgaar i Miriady i poszedłem za nimi. Ujrzałem obie najważniejsze klacze mojego życia, leżące obok siebie na kupce liści. Zdawały się być zatopione myślami w nuconej przez siebie melodii. Zbliżyłem się do nich kawałek, po czym stanąłem. Przysłuchiwałem się nieznanej przeze mnie, ale wspaniałej muzyce, którą tworzyły obie klacze. Trwało to kilka minut, dopóki nie zauważyła mnie Miriada.
-Witaj, tato-powiedziała, wstając.
-Witajcie. Przepraszam, nie chciałem wam przeszkadzać-odparłem, wycofując się, aby zostawić je same.
-Nie przeszkodziłeś nam-powiedziała klaczka. Między naszą trójką zapanowała na chwilę cisza.
-Chyba pójdę poszukać czegoś do jedzenia-powiedziała Miriada, po czym zaczęła się oddalać.
-A może spędzimy zamiast tego trochę czasu razem? Możemy nawet poszukać Dantego i Shiregt'a i iść gdzieś...razem-powiedziałem. Nigdy wcześniej nikt z mojej rodziny nie przeżył czegoś podobnego co Miriada i nie potrzebował mojej pomocy. Nie wiedziałem, czemu moja córka tak bardzo się zmieniła, ale byłem gotów zrobić wszystko, aby jej pomóc. Spędzanie czasu z rodziną wydawało się co prawda banalnym pomysłem, ale wierzyłem, że lepsze to niż nic.
-To nie najgorszy pomysł-poparła mnie Yatgaar. Po chwili wahania Miriada zgodziła się na moją propozycję. Niestety Shiregt przepadł gdzieś bez śladu, więc towarzyszył nam jeszcze tylko Dante.
-Dokąd idziemy?-zapytał zaciekawiony ogierek.
-Pójdziemy na mały spacer-wyjaśniła Yatgaar. Miriada i nasz syn szli szybciej od nas, więc byli kawałek przed nami.
-Rozmawiałaś z Miriadą?-zapytałem szeptem Yatgaar, licząc na to, że poznała powód, przez który nasza córka tak bardzo się zmieniła.
-Tak-odparła moja partnerka.
-Powiedziała ci coś?-zapytałem.
-Nie za wiele-odparła klacz. Przez następną chwilę szliśmy, nie odzywając się do siebie. Wtem jakiś ruch przykuł moją uwagę.
-Czy to nie renifery?-zapytałem, wskazując grupę oddalonych od nas zwierząt. Na tle śniegu, w miejscu, gdzie nie rosły prawie żadne rośliny, doskonale było je widać. Zwierzęta kierowały się w naszą stronę. Było ich co najmniej kilkanaście.
-Przysięgam, że jeśli to naprawdę te zwierzęta, to wszystkie je zabiję-odparła Yatgaat.
-A ja ci w tym pomogę-odparłem, czując, jak całe moje ciało pręży się, gotowe w każdej chwili do walki.
-Ale lepiej, żeby Miriada nie musiała się z nimi mierzyć-dodała klacz.
-Dobrze, wróć z nią i Dante do klanu-powiedziałem.
-Co? Nie zostawię cię samego z tymi...-moja partnerka urwała, szukając odpowiedniego słowa na określenie naszych wrogów.
-Wiesz, czy nie kręcą się gdzieś tutaj inne renifery? Lepiej, abyś poszła razem z naszymi dziećmi-odparłem.
-Dobrze, ale w takim razie jak najszybciej do ciebie wrócą-powiedziała po chwili namysłu Yatgaar. Zaraz potem zawołaliśmy nasze dzieci, które na szczęście nie zauważyły jeszcze obecności obcych zwierząt.
-Wrócicie ze mną do klanu-powiedziała Yatgaar.
-Ale co się stało?-spytała zdziwiona Miriada. Dante był nie mniej zaskoczony.
-Nic takiego. Po prostu mam coś do załatwienia-odparłem. Aby nie dać dzieciom więcej czasu na zadawanie pytań, moja partnerka ruszyła, a ja popchnąłem lekko w jej stronę naszego syna. Po chwili źrebaki ruszyły za matką. Ja zaś odwróciłem się i udałem w stronę nieznanej grupy zwierząt. Nadal były dość daleko, jednak mogłem już ze stuprocentową pewnością stwierdzić, że to renifery. Zwierzęta poruszały się zwartą grupą. Ruszyłem kłusem prosto w ich stronę. Starałem się sprawiać wrażenie kogoś niegroźnego, ale pewnego. Kiedy zwierzęta mnie ujrzały, przystanęły, a naprzód grupy wysunął się jeden z renów. Ja podszedłem do nich, zatrzymując się kilka metrów przed zwierzętami.
-Kim jesteś?-zapytał ich przywódca. Wezbrała we mnie złość. Po tym wszystkim, co zrobili, mieli jeszcze czelność zadawać mi takie pytanie. Kim JA jestem? Kim oni są, że ośmielają się tutaj przebywać?-pomyślałem, hamując wściekłość.
-Koniem z pobliskiego klanu. A wy?-zapytałem.
-Władcami tych terenów-odparł renifer. Spokój, pewność i opanowanie emanujące z jego sylwetki sprawiły, że w jednej chwili poczułem zalewającą mnie falę wściekłości. Pierwotnej, dzikiej, nieopanowanej. Żałowałem, że nie mam ze sobą swojej broni, ale nie podejrzewałem, że czeka mnie podobne spotkanie podczas rodzinnego spaceru. Poradziłem sobie jednak i bez tego. Skoczyłem do przodu i stanąłem dęba, zadając renowi szybki i silny cios kopytem. Wykorzystałem w ten sposób element zaskoczenia. Renifer zachwiał się i upadł. Od razu spróbował powstać, lecz nim ktokolwiek zdążył zareagować, zadałem kolejny cios, który dokończył dzieła. W jednej chwili pod moimi nogami spoczęło martwe ciało renifera. Biały śnieg, podobnie jak moje kopyta, został zabrudzony krwią tego parszywego zwierzęcia. Na razie wokół panowała cisza. Towarzysze martwego rena byli prawdopodobnie zaszokowani moim czynem. Wiedziałem jednak, że pierwszy szok szybko minie, a mi nie będzie łatwo z tyloma przeciwnikami w pojedynkę, bez broni.
<Yatgaar? Wolę marsz wojenny XD>
-Witaj, tato-powiedziała, wstając.
-Witajcie. Przepraszam, nie chciałem wam przeszkadzać-odparłem, wycofując się, aby zostawić je same.
-Nie przeszkodziłeś nam-powiedziała klaczka. Między naszą trójką zapanowała na chwilę cisza.
-Chyba pójdę poszukać czegoś do jedzenia-powiedziała Miriada, po czym zaczęła się oddalać.
-A może spędzimy zamiast tego trochę czasu razem? Możemy nawet poszukać Dantego i Shiregt'a i iść gdzieś...razem-powiedziałem. Nigdy wcześniej nikt z mojej rodziny nie przeżył czegoś podobnego co Miriada i nie potrzebował mojej pomocy. Nie wiedziałem, czemu moja córka tak bardzo się zmieniła, ale byłem gotów zrobić wszystko, aby jej pomóc. Spędzanie czasu z rodziną wydawało się co prawda banalnym pomysłem, ale wierzyłem, że lepsze to niż nic.
-To nie najgorszy pomysł-poparła mnie Yatgaar. Po chwili wahania Miriada zgodziła się na moją propozycję. Niestety Shiregt przepadł gdzieś bez śladu, więc towarzyszył nam jeszcze tylko Dante.
-Dokąd idziemy?-zapytał zaciekawiony ogierek.
-Pójdziemy na mały spacer-wyjaśniła Yatgaar. Miriada i nasz syn szli szybciej od nas, więc byli kawałek przed nami.
-Rozmawiałaś z Miriadą?-zapytałem szeptem Yatgaar, licząc na to, że poznała powód, przez który nasza córka tak bardzo się zmieniła.
-Tak-odparła moja partnerka.
-Powiedziała ci coś?-zapytałem.
-Nie za wiele-odparła klacz. Przez następną chwilę szliśmy, nie odzywając się do siebie. Wtem jakiś ruch przykuł moją uwagę.
-Czy to nie renifery?-zapytałem, wskazując grupę oddalonych od nas zwierząt. Na tle śniegu, w miejscu, gdzie nie rosły prawie żadne rośliny, doskonale było je widać. Zwierzęta kierowały się w naszą stronę. Było ich co najmniej kilkanaście.
-Przysięgam, że jeśli to naprawdę te zwierzęta, to wszystkie je zabiję-odparła Yatgaat.
-A ja ci w tym pomogę-odparłem, czując, jak całe moje ciało pręży się, gotowe w każdej chwili do walki.
-Ale lepiej, żeby Miriada nie musiała się z nimi mierzyć-dodała klacz.
-Dobrze, wróć z nią i Dante do klanu-powiedziałem.
-Co? Nie zostawię cię samego z tymi...-moja partnerka urwała, szukając odpowiedniego słowa na określenie naszych wrogów.
-Wiesz, czy nie kręcą się gdzieś tutaj inne renifery? Lepiej, abyś poszła razem z naszymi dziećmi-odparłem.
-Dobrze, ale w takim razie jak najszybciej do ciebie wrócą-powiedziała po chwili namysłu Yatgaar. Zaraz potem zawołaliśmy nasze dzieci, które na szczęście nie zauważyły jeszcze obecności obcych zwierząt.
-Wrócicie ze mną do klanu-powiedziała Yatgaar.
-Ale co się stało?-spytała zdziwiona Miriada. Dante był nie mniej zaskoczony.
-Nic takiego. Po prostu mam coś do załatwienia-odparłem. Aby nie dać dzieciom więcej czasu na zadawanie pytań, moja partnerka ruszyła, a ja popchnąłem lekko w jej stronę naszego syna. Po chwili źrebaki ruszyły za matką. Ja zaś odwróciłem się i udałem w stronę nieznanej grupy zwierząt. Nadal były dość daleko, jednak mogłem już ze stuprocentową pewnością stwierdzić, że to renifery. Zwierzęta poruszały się zwartą grupą. Ruszyłem kłusem prosto w ich stronę. Starałem się sprawiać wrażenie kogoś niegroźnego, ale pewnego. Kiedy zwierzęta mnie ujrzały, przystanęły, a naprzód grupy wysunął się jeden z renów. Ja podszedłem do nich, zatrzymując się kilka metrów przed zwierzętami.
-Kim jesteś?-zapytał ich przywódca. Wezbrała we mnie złość. Po tym wszystkim, co zrobili, mieli jeszcze czelność zadawać mi takie pytanie. Kim JA jestem? Kim oni są, że ośmielają się tutaj przebywać?-pomyślałem, hamując wściekłość.
-Koniem z pobliskiego klanu. A wy?-zapytałem.
-Władcami tych terenów-odparł renifer. Spokój, pewność i opanowanie emanujące z jego sylwetki sprawiły, że w jednej chwili poczułem zalewającą mnie falę wściekłości. Pierwotnej, dzikiej, nieopanowanej. Żałowałem, że nie mam ze sobą swojej broni, ale nie podejrzewałem, że czeka mnie podobne spotkanie podczas rodzinnego spaceru. Poradziłem sobie jednak i bez tego. Skoczyłem do przodu i stanąłem dęba, zadając renowi szybki i silny cios kopytem. Wykorzystałem w ten sposób element zaskoczenia. Renifer zachwiał się i upadł. Od razu spróbował powstać, lecz nim ktokolwiek zdążył zareagować, zadałem kolejny cios, który dokończył dzieła. W jednej chwili pod moimi nogami spoczęło martwe ciało renifera. Biały śnieg, podobnie jak moje kopyta, został zabrudzony krwią tego parszywego zwierzęcia. Na razie wokół panowała cisza. Towarzysze martwego rena byli prawdopodobnie zaszokowani moim czynem. Wiedziałem jednak, że pierwszy szok szybko minie, a mi nie będzie łatwo z tyloma przeciwnikami w pojedynkę, bez broni.
<Yatgaar? Wolę marsz wojenny XD>
23.08.2018
Od Khonkha do Marabell (Mivany) "Szacunek"
-Oczywiście, że to dla ciebie zrobię-powiedziałem, starając się, aby mój głos się nie załamał. Marabell odetchnęła z wyraźną ulgą.
-Dziękuję-odparła klacz.
-Nie masz za co. Przynajmniej tyle mogę dla ciebie zrobić, choć chciałbym móc zrobić więcej-powiedziałem.
-Tyle mi wystarczy-odparła Marabell i uśmiechnęła się radośnie i szeroko. Dokładnie tak, jak uśmiechała się kiedyś, kiedy jeszcze nie wiedziała, że niedługo umrze. Dokończyliśmy nasz spacer. Żegnając się, przyrzekliśmy sobie, że jeszcze spędzimy razem trochę czasu. Niestety los uszykował dla nas inny scenariusz. Shiregt dorastał i musiałem zwrócić szczególną, jeszcze większą niż dotychczas uwagę na jego przygotowanie do pełnienia roli władcy. Do tego cała nasza rodzina musiała pomóc Miriadzie zapomnieć o jej traumatycznych przeżyciach. W ciągu następnych kilku dni znalazłem jedynie kilka chwil, aby porozmawiać z moją przyjaciółką. A potem...a potem miało miejsce wydarzenie, po którym już nigdy z nią nie porozmawiam, nie pójdę na spacer i nie ujrzę jej promienistego uśmiechu. Chociaż wszyscy bliscy Marabell wiedzieli o czekającej ją śmierci, nikt zapewne nie spodziewał się, że nadejdzie tak nagle. Poza tym klacz miała umrzeć inaczej, a nie w pożarze. Nie mogłem jednak pozwolić sobie na rozpamiętywanie tej straty. Sam miałem rodzinę, którą powinienem się zająć. Poza tym wiedziałem, że Mikado i Mivana cierpią najbardziej ze wszystkich i to im należy się pomoc i wsparcie. Ja sam nie mam pojęcia, jakbym przeżył śmierć swojej ukochanej... Pocieszała mnie jedynie myśl, że być może Marabell nie cierpiała w pożarze tak bardzo, jak gdyby miała umierać powoli z powodu choroby.
-Życie jest naprawdę kruche. Zabawne, jak często o tym zapominamy i zaczynamy nim ryzykować. Jak byśmy mieli w zanadrzu więcej niż jedno-powiedziałem któregoś wieczoru do Yatgaar.
-Zgaduję, że ten wstęp ma na celu przygotowanie mnie do wysłuchania tyrady o twoim bólu i cierpieniu spowodowanym śmiercią Marabell i o twoich przemyśleniach na temat ogólnie pojętej śmierci-powiedziała klacz. W jej tonie dało się słyszeć lekką ironię, ale nie za mocną. Wiedziałem, że jej słowa miały mnie jednocześnie rozbawić i pocieszyć, za co byłem jej wdzięczny.
-Dokładnie-odparłem.
-Prawda jest taka, że każdy z nas kiedyś umrze...-powiedziała Yatgaar, po czym zapadła między nami cisza.
-Myślałaś kiedyś, które z nas umrze pierwsze? I co zrobi to drugie? A gdyby...-zaciąłem się, gdyż nawet nie chciałem do siebie dopuścić myśli, że któreś z naszych dzieci miałoby umrzeć przed nami.
-Lepiej nie gdybać. Jak już mówiłam, każdy z nas kiedyś umrze. Sama nie wiem, czy wolałabym być pierwsze, czy druga. Jeśli byłabym pierwsza, to ty cierpiał byś z tęsknoty za mną, a przynajmniej tak sądzę. Gdyby było na odwrót, to ja bym cierpiała, tęskniąc za tobą-powiedziała klacz.
-Jedno jest pewne. Mimo, że śmierć jest najpewniejszą rzeczą w naszym życiu, nie da się na nią przygotować-odparłem.
-Otóż to. Poza tym, nie mówmy już o tym dłużej. Żywych śmierć nie dotyczy, a martwi nie muszą się już nią przejmować-powiedziała Yatgaar, po czym wtuliła głowę w moją szyję. Objąłem ją i spędziliśmy tak ładnych kilka minut, wtuleni w siebie. Czułem bijącą od klaczy siłę, którą ta przekazywała mi i byłem jej za to wdzięczny. Ona była siłą, światłością, sensem, radością, ona była moim życiem. I wiedziałem, że niełatwo byłoby mi otrząsnąć się po jej utracie.
-Dziękuję-odparła klacz.
-Nie masz za co. Przynajmniej tyle mogę dla ciebie zrobić, choć chciałbym móc zrobić więcej-powiedziałem.
-Tyle mi wystarczy-odparła Marabell i uśmiechnęła się radośnie i szeroko. Dokładnie tak, jak uśmiechała się kiedyś, kiedy jeszcze nie wiedziała, że niedługo umrze. Dokończyliśmy nasz spacer. Żegnając się, przyrzekliśmy sobie, że jeszcze spędzimy razem trochę czasu. Niestety los uszykował dla nas inny scenariusz. Shiregt dorastał i musiałem zwrócić szczególną, jeszcze większą niż dotychczas uwagę na jego przygotowanie do pełnienia roli władcy. Do tego cała nasza rodzina musiała pomóc Miriadzie zapomnieć o jej traumatycznych przeżyciach. W ciągu następnych kilku dni znalazłem jedynie kilka chwil, aby porozmawiać z moją przyjaciółką. A potem...a potem miało miejsce wydarzenie, po którym już nigdy z nią nie porozmawiam, nie pójdę na spacer i nie ujrzę jej promienistego uśmiechu. Chociaż wszyscy bliscy Marabell wiedzieli o czekającej ją śmierci, nikt zapewne nie spodziewał się, że nadejdzie tak nagle. Poza tym klacz miała umrzeć inaczej, a nie w pożarze. Nie mogłem jednak pozwolić sobie na rozpamiętywanie tej straty. Sam miałem rodzinę, którą powinienem się zająć. Poza tym wiedziałem, że Mikado i Mivana cierpią najbardziej ze wszystkich i to im należy się pomoc i wsparcie. Ja sam nie mam pojęcia, jakbym przeżył śmierć swojej ukochanej... Pocieszała mnie jedynie myśl, że być może Marabell nie cierpiała w pożarze tak bardzo, jak gdyby miała umierać powoli z powodu choroby.
-Życie jest naprawdę kruche. Zabawne, jak często o tym zapominamy i zaczynamy nim ryzykować. Jak byśmy mieli w zanadrzu więcej niż jedno-powiedziałem któregoś wieczoru do Yatgaar.
-Zgaduję, że ten wstęp ma na celu przygotowanie mnie do wysłuchania tyrady o twoim bólu i cierpieniu spowodowanym śmiercią Marabell i o twoich przemyśleniach na temat ogólnie pojętej śmierci-powiedziała klacz. W jej tonie dało się słyszeć lekką ironię, ale nie za mocną. Wiedziałem, że jej słowa miały mnie jednocześnie rozbawić i pocieszyć, za co byłem jej wdzięczny.
-Dokładnie-odparłem.
-Prawda jest taka, że każdy z nas kiedyś umrze...-powiedziała Yatgaar, po czym zapadła między nami cisza.
-Myślałaś kiedyś, które z nas umrze pierwsze? I co zrobi to drugie? A gdyby...-zaciąłem się, gdyż nawet nie chciałem do siebie dopuścić myśli, że któreś z naszych dzieci miałoby umrzeć przed nami.
-Lepiej nie gdybać. Jak już mówiłam, każdy z nas kiedyś umrze. Sama nie wiem, czy wolałabym być pierwsze, czy druga. Jeśli byłabym pierwsza, to ty cierpiał byś z tęsknoty za mną, a przynajmniej tak sądzę. Gdyby było na odwrót, to ja bym cierpiała, tęskniąc za tobą-powiedziała klacz.
-Jedno jest pewne. Mimo, że śmierć jest najpewniejszą rzeczą w naszym życiu, nie da się na nią przygotować-odparłem.
-Otóż to. Poza tym, nie mówmy już o tym dłużej. Żywych śmierć nie dotyczy, a martwi nie muszą się już nią przejmować-powiedziała Yatgaar, po czym wtuliła głowę w moją szyję. Objąłem ją i spędziliśmy tak ładnych kilka minut, wtuleni w siebie. Czułem bijącą od klaczy siłę, którą ta przekazywała mi i byłem jej za to wdzięczny. Ona była siłą, światłością, sensem, radością, ona była moim życiem. I wiedziałem, że niełatwo byłoby mi otrząsnąć się po jej utracie.
~Kilka miesięcy później~
-A ja ci mówię, że to głupi pomysł-spacerowałem wokół klanu, kiedy ciszę przerwał czyjś podniesiony głos. Jego ton zdradzał irytację właścicielki.
-Jesteś za młoda, żeby się na tym znać. Poza tym oceni to władca. Podzieliłam się tym z tobą tylko, aby poznać twoje zdanie-drugi głos udało mi się po chwili rozpoznać. Należał on do U'schii.
-Więc je znasz. To nie wypali. Z reniferami nie będzie łatwo, to już wszyscy wiedzą. A na takie coś nie dadzą się nabrać-odparł pierwszy głos.
-Skąd wiesz?-spytała U'schia.
-Bo wiem. Ale jeśli chcesz, to idź pochwalić się swoim cudownym planem przed władcą. Gwarantuję, że od niego usłyszysz to samo, co ode mnie-w końcu zbliżyłem się na tyle, aby po chwili rozpoznać w drugiej klaczy Mivanę. Nie było to łatwe, bo przez ostatnich kilka miesięcy rzadziej ją widywałem, a ta sporo się zmieniła. Przede wszystkim wydoroślała. Po chwili U'schia odeszła od klaczy szybkim krokiem.
-To raczej nie była przyjazna pogawędka-powiedziałem, kiedy zbliżyłem się na tyle, że klacz mogła mnie usłyszeć. Odwróciła się zdziwiona, ale zaraz przybrała normalny wyraz twarzy.
-Raczej nie-odparła bez emocji.
-Powinnaś mieć większy szacunek do innych, zwłaszcza do starszych-powiedziałem.
-Może i tak, ale nic nie poradzę na to, że taka jestem-odparła Mivana.
-Może jednak coś dałoby się zrobić? Chciałabyś kiedyś zostać arystokratką? Jeśli tak, powinnaś być lubiana i szanowana, ale musisz także szanować innych-powiedziałem.
<Mivana? Khonkh próbuje cię umoralniać XD>
5.08.2018
Od Khonkha do Yatgaar "Mieszanka uczuć"
Rozpoczął się kolejny dzień. Kolejny dzień, podczas którego serca nas wszystkich wypełnione miały być po brzegi tęsknotą i strachem o Miriadę. Wciąż nie mogłem sobie wybaczyć, że do tego dopuściłem. Powinienem być tam i ją uratować. Powinienem poczuć, że coś jest nie tak. Powinienem pojawić się w porę i uratować naszą córkę, jak przykładny ojciec. Powinienem skopać tym reniferom ich zapchlone tyłki. Powinienem w ogóle odgrodzić wszystkie źrebięta od walki, a ja nie zadbałem nawet o własną córkę! Miałem tak wiele opcji...Powinienem zrobić cokolwiek, a nie zrobiłem nic. Jedynie obecność Yatgaar i Dantego kazała trzymać mi się jakoś na nogach. Pozostawałem jednak nadal w świecie własnych rozmyślań. Nie od razy zwróciłem uwagę na zamieszanie, która zapanowało wokół. W końcu uniosłem łeb, aby sprawdzić, co się dzieje. W tym samym momencie moje oczy napotkały zdziwione wzrok Yatgaar. Widziałem ślad po łzie, która spłynęła po jej pysku. Mój wzrok powędrował za jej i ujrzałem Miriadę. Tego, co wtedy poczułem, nie da się opisać. Radość i ulga eksplodowały we mnie, ale mimo że bardzo chciałem podbiec do córki i ją przytulić, nie potrafiłem się ruszyć z miejsca. Yatgaar i Dante także stali w miejscu. Kiedy Miriada zarżała cicho na powitanie, podeszliśmy do niej.
-Jesteś. Wreszcie jesteś-z wzruszenia moja partnerka ledwo wyszeptała te słowa.
-Nasza kochana córeczka-powiedziałem niewiele głośniej. Głos drżał mi od nadmiaru emocji i nie było szans, aby Miriada cokolwiek zrozumiała. Chcieliśmy ją przytulić, jednak kiedy tylko to zrobiliśmy, klaczka odskoczyła od nas, wydając z siebie cichy pisk. Zaraz potem klaczka spuściła wzrok.
-Miriada...?-Yatgaar wyprzedziła mnie o sekundę z zadaniem tego pytania.
-Co się stało?-zapytałem zaraz po niej.
-N-nic takiego. Przepraszam-odparła klaczka. Jej głos mocno drżał i załamał się przy ostatnim słowie.
-Nie masz za co. Powiedz tylko, co się stało?-powiedziała Yatgaar.
-Spójrz na nas-poprosiłem, gdyż klaczka stała z nadal opuszczoną głową. Przez chwilę ze strony Miriady nie było żadnej reakcji.
-Dante, idź poszukaj brata-powiedziałem, gdyż czułem, że nasza córka doświadczyła czegoś, o czym nie chciałaby mówić przy wszystkich. O ile zechce mówić. Kiedy więc nasz syn zniknął, kazałem wszystkim rozejść się.
-Chodźmy w jakieś lepsze miejsce-powiedziała Yatgaar. W pełni się z nią zgadzałem, zanim jednak zdołałem cokolwiek powiedzieć, Miriada podniosła na nas wzrok. Na jej pysku widać było ślady łez.
-Miriada!-zawołałem wystraszony.
-Nic mi nie jest, naprawdę. Cieszę się, że wróciłam do was-powiedziała klaczka. Tym razem, choć z lekkim wahaniem, dała się nam przytulić. Do tej pory wypełniała mnie mieszanka radości, ulgi i niepokoju. Wtedy jednak poczułem, jak wstępuje we mnie gniew pod najczystszą postacią. Wiedziałem, że renifery za to zapłacą. Wszystkie, abym miał pewność, że każdy, kto miał coś wspólnego z porwaniem naszej córki, został ukarany. Zapłacą. I nawet nie wyobrażają sobie, jak drogo-pomyślałem, żałując, że nie mogę ich wszystkich od razu dorwać.
<Yatgaar? Pisarskie wyżyny to to nie są, ale mam nadzieję, że może być XD>
-Jesteś. Wreszcie jesteś-z wzruszenia moja partnerka ledwo wyszeptała te słowa.
-Nasza kochana córeczka-powiedziałem niewiele głośniej. Głos drżał mi od nadmiaru emocji i nie było szans, aby Miriada cokolwiek zrozumiała. Chcieliśmy ją przytulić, jednak kiedy tylko to zrobiliśmy, klaczka odskoczyła od nas, wydając z siebie cichy pisk. Zaraz potem klaczka spuściła wzrok.
-Miriada...?-Yatgaar wyprzedziła mnie o sekundę z zadaniem tego pytania.
-Co się stało?-zapytałem zaraz po niej.
-N-nic takiego. Przepraszam-odparła klaczka. Jej głos mocno drżał i załamał się przy ostatnim słowie.
-Nie masz za co. Powiedz tylko, co się stało?-powiedziała Yatgaar.
-Spójrz na nas-poprosiłem, gdyż klaczka stała z nadal opuszczoną głową. Przez chwilę ze strony Miriady nie było żadnej reakcji.
-Dante, idź poszukaj brata-powiedziałem, gdyż czułem, że nasza córka doświadczyła czegoś, o czym nie chciałaby mówić przy wszystkich. O ile zechce mówić. Kiedy więc nasz syn zniknął, kazałem wszystkim rozejść się.
-Chodźmy w jakieś lepsze miejsce-powiedziała Yatgaar. W pełni się z nią zgadzałem, zanim jednak zdołałem cokolwiek powiedzieć, Miriada podniosła na nas wzrok. Na jej pysku widać było ślady łez.
-Miriada!-zawołałem wystraszony.
-Nic mi nie jest, naprawdę. Cieszę się, że wróciłam do was-powiedziała klaczka. Tym razem, choć z lekkim wahaniem, dała się nam przytulić. Do tej pory wypełniała mnie mieszanka radości, ulgi i niepokoju. Wtedy jednak poczułem, jak wstępuje we mnie gniew pod najczystszą postacią. Wiedziałem, że renifery za to zapłacą. Wszystkie, abym miał pewność, że każdy, kto miał coś wspólnego z porwaniem naszej córki, został ukarany. Zapłacą. I nawet nie wyobrażają sobie, jak drogo-pomyślałem, żałując, że nie mogę ich wszystkich od razu dorwać.
<Yatgaar? Pisarskie wyżyny to to nie są, ale mam nadzieję, że może być XD>
18.07.2018
Od Khonkha do Marabell "Czarna rozpacz"
Kiedy Marabell powiedziała o miłości jej córki do mojego syna, uśmiechnąłem się lekko. Chciałem powiedzieć coś zabawnego czy niezobowiązującego o życiu miłosnym nastolatków. Wtedy jednak klacz dodała coś jeszcze.
-No i...zapewne niedługo umrę-powiedziała klacz. Spojrzałem na Marabell zszokowany. Przez chwilę nie mogłem nic zrobić ani powiedzieć. Liczyłem na to, że moja przyjaciółka zaraz powie, że to zwykły żart, ale to nie było w jej stylu. Poza tym milczenie między nami się przedłużało, co było dostatecznym dowodem na to, że Marabell mówi prawdę.
-Ale...jak to?-zapytałem. Tylko te słowa zdołały mi przejść przez gardło, choć sam nie wiedziałem, jakim cudem.
-Jestem zarażona-powiedziała klacz.
-Przecież odkryto już lekarstwo!-zawołałem, nie rozumiejąc, czemu Mara miałaby umrzeć. W odpowiedzi klacz pokręciła jedynie z rezygnacją głową.
-To już nie dla mnie-powiedziała jedynie, a ja zrozumiałem, że nie powinienem już więcej o tym mówić. Zaraz też pomyślałem o naszej przyjaźni, o jej początkach i o tym, jak wiele czasu ostatnio straciliśmy. Straciłem córkę,* a teraz stracę przyjaciółkę. Aby był to koniec moich strat. Jeśli już ktoś miałby odejść, powinienem być to ja, bo nie zniosę utraty kolejnej bliskiej osoby-pomyślałem. Nie załamałem się jednak, gdyż wiedziałem, że skoro Marabell pogodziła się ze swoim losem, to ja tym bardziej powinienem ją wesprzeć, a nie się rozklejać.
-Każdego z nas życie stale doświadcza jakimiś przykrymi przeżycia-powiedziałem. Zaraz jednak zdałem sobie sprawę, że słowo "przeżycie" niezbyt dobrze wypadało w kontekście rozmawiania między innymi o czyjejś śmierci.
-Na szczęście jednak przykre przeżycia przeplatane są szczęśliwymi chwilami-Marabell dokończyła moją myśl, uśmiechając się przy tym.
-To też prawda-odparłem, siląc się na uśmiech.
-A teraz przepraszam cię, ale muszę się oddalić. Idę do medyka-powiedziała klacz.
-Jasne, a czy będziesz miała może potem czas, abyśmy się spotkali?-zapytałem.
-Myślę, że tak, wizyta u Hadvegara nie powinna potrwać długo-odparła Marabell. Pożegnaliśmy się więc i każde z nas oddaliło się w swoją stronę. Nadal nie mogłem w to uwierzyć. Stale przypominało mi się nasze pierwsze spotkanie i wszystkie nasze wspólne przeżycia. Dlaczego Marabell musiała odejść? Dlaczego ona? Dlaczego teraz? Na świecie na pewno jest mnóstwo koni, które zasługują na najgorszą śmierć, ale one nie mają umrzeć. Umrzeć ma Marabell. Los to jakiś śmieszek z nienormalnym poczuciem humoru. A jego ulubionym żartem jest dawanie szczęścia, a następnie zsyłanie na kogoś serii nieszczęść od razu-pomyślałem. Znalazłem trochę nadającej się do zjedzenia trawy. Zacząłem jeść głównie nie dlatego, że byłem głodny, ale po prostu pragnąłem czymś zająć myśli. Starałem się za wszelką cenę nie myśleć za wiele ani o chorobie Marabell, ani o porwaniu Miriady. Nagle zauważyłem swoją przyjaciółkę, idącą prawdopodobnie od medyka. Zaraz też podszedłem do niej. Jednocześnie bardzo chciałem dowiedzieć się jak najwięcej o jej stanie zdrowia, ale nie chciałem też zadawać bolesnych pytań.
-Dokąd idziesz?-zapytałem. Klacz wzruszyła ramionami.
-Donikąd i wszędzie-odparła z uśmiechem.
-W takim razie czy będziesz miała coś przeciwko, jeśli pójdę tam z tobą? Nie pamiętam nawet, kiedy ostatnio mieliśmy okazję gdzieś się razem przejść-powiedziałem, ponownie siląc się w jej towarzystwie na uśmiech.
<Marabell? Khonkh przeżywa załamanie>
-No i...zapewne niedługo umrę-powiedziała klacz. Spojrzałem na Marabell zszokowany. Przez chwilę nie mogłem nic zrobić ani powiedzieć. Liczyłem na to, że moja przyjaciółka zaraz powie, że to zwykły żart, ale to nie było w jej stylu. Poza tym milczenie między nami się przedłużało, co było dostatecznym dowodem na to, że Marabell mówi prawdę.
-Ale...jak to?-zapytałem. Tylko te słowa zdołały mi przejść przez gardło, choć sam nie wiedziałem, jakim cudem.
-Jestem zarażona-powiedziała klacz.
-Przecież odkryto już lekarstwo!-zawołałem, nie rozumiejąc, czemu Mara miałaby umrzeć. W odpowiedzi klacz pokręciła jedynie z rezygnacją głową.
-To już nie dla mnie-powiedziała jedynie, a ja zrozumiałem, że nie powinienem już więcej o tym mówić. Zaraz też pomyślałem o naszej przyjaźni, o jej początkach i o tym, jak wiele czasu ostatnio straciliśmy. Straciłem córkę,* a teraz stracę przyjaciółkę. Aby był to koniec moich strat. Jeśli już ktoś miałby odejść, powinienem być to ja, bo nie zniosę utraty kolejnej bliskiej osoby-pomyślałem. Nie załamałem się jednak, gdyż wiedziałem, że skoro Marabell pogodziła się ze swoim losem, to ja tym bardziej powinienem ją wesprzeć, a nie się rozklejać.
-Każdego z nas życie stale doświadcza jakimiś przykrymi przeżycia-powiedziałem. Zaraz jednak zdałem sobie sprawę, że słowo "przeżycie" niezbyt dobrze wypadało w kontekście rozmawiania między innymi o czyjejś śmierci.
-Na szczęście jednak przykre przeżycia przeplatane są szczęśliwymi chwilami-Marabell dokończyła moją myśl, uśmiechając się przy tym.
-To też prawda-odparłem, siląc się na uśmiech.
-A teraz przepraszam cię, ale muszę się oddalić. Idę do medyka-powiedziała klacz.
-Jasne, a czy będziesz miała może potem czas, abyśmy się spotkali?-zapytałem.
-Myślę, że tak, wizyta u Hadvegara nie powinna potrwać długo-odparła Marabell. Pożegnaliśmy się więc i każde z nas oddaliło się w swoją stronę. Nadal nie mogłem w to uwierzyć. Stale przypominało mi się nasze pierwsze spotkanie i wszystkie nasze wspólne przeżycia. Dlaczego Marabell musiała odejść? Dlaczego ona? Dlaczego teraz? Na świecie na pewno jest mnóstwo koni, które zasługują na najgorszą śmierć, ale one nie mają umrzeć. Umrzeć ma Marabell. Los to jakiś śmieszek z nienormalnym poczuciem humoru. A jego ulubionym żartem jest dawanie szczęścia, a następnie zsyłanie na kogoś serii nieszczęść od razu-pomyślałem. Znalazłem trochę nadającej się do zjedzenia trawy. Zacząłem jeść głównie nie dlatego, że byłem głodny, ale po prostu pragnąłem czymś zająć myśli. Starałem się za wszelką cenę nie myśleć za wiele ani o chorobie Marabell, ani o porwaniu Miriady. Nagle zauważyłem swoją przyjaciółkę, idącą prawdopodobnie od medyka. Zaraz też podszedłem do niej. Jednocześnie bardzo chciałem dowiedzieć się jak najwięcej o jej stanie zdrowia, ale nie chciałem też zadawać bolesnych pytań.
-Dokąd idziesz?-zapytałem. Klacz wzruszyła ramionami.
-Donikąd i wszędzie-odparła z uśmiechem.
-W takim razie czy będziesz miała coś przeciwko, jeśli pójdę tam z tobą? Nie pamiętam nawet, kiedy ostatnio mieliśmy okazję gdzieś się razem przejść-powiedziałem, ponownie siląc się w jej towarzystwie na uśmiech.
<Marabell? Khonkh przeżywa załamanie>
18.07.2018
Od Khonkha do Yatgaar "Poczucie winy"
-Teraz zamierzasz do tego wracać? I nie, nie rozumiem! Za to ty powinieneś zrozumieć jedno: swoim gadaniem nie przywrócisz mu życia, a Miriadzie je odbierasz!-krzyknęła klacz. Ani ja, ani ona nie dodaliśmy już nic więcej, gdyż moja partnerka odwróciła się i pogalopowała przed siebie, z dala od stada. Nawet nie zacząłem jej gonić, gdyż wiedziałem, że i tak jej nie dogonię. Przez jakiś jeszcze czas stałem oszołomiony w miejscu, wściekle dysząc. Jak ona mogła nie pojmować, że to wszystko jest jej winą? Nie kłócilibyśmy się i nie tracili cennych minut, gdyby nie dopuściła się zabicia Eragona. Nawet jeśli był chory, nadal miał szansę, aby wyzdrowieć. To był członek naszego klanu!-myślałem, ale w końcu zebrałem się w sobie i przegoniłem tego typu myśli. Musiałem zająć się poszukiwaniami Miriady. Yatgaar zniknęła, a, znając ją, wiedziałem, że może wrócić za kilka chwil, ale równie dobrze za parę dni. Zresztą, mogłaby nawet rozpocząć własne poszukiwania, w tej chwili nie obchodziło mnie nic oprócz dobra naszej zaginionej córeczki.
-Co teraz zrobimy?-usłyszałem drżący, cichy głos, niemalże szept. Dopiero wtedy przypomniałem sobie o obecności Shiregt'a, który był świadkiem naszej największej, niezwykle spektakularnej kłótni.
-Shiregt, kiedyś ty będziesz rządzić klanem. Dlatego musisz umieć odsuwać od siebie pewne myśli i zawsze myśleć mądrze i rozważnie, aby mieć jasny umysł. Pomożesz mi. Potraktuj to jako swoje najważniejsze zadanie jako następcy władcy. Musisz nauczyć się odsuwać emocje na bok, aby nie przeszkadzały ci w działaniu. Teraz najważniejsze jest odnalezienie twojej siostry. Nasze uczucia, nawet strach i tęsknota, nie liczą się zupełnie-powiedziałem. Ta krótka, wymyślona na poczekaniu mowa wystarczyła, aby niepewność i strach promieniujące z sylwetki mojego syna zmieniły się w zdecydowaną chęć działania.
-Co więc robimy?-zapytał pewnie przyszły władca. Jak dobrze, że nie musimy mówić teraz o kłótni, której był świadkiem-pomyślałem jeszcze, po czym ostatecznie skupiłem się na działaniu.
-Musimy ogłosić zaginięcie Miriady, przesłuchać wszystkich, którzy mają w tej sprawie coś do powiedzenia i wyznaczyć konie do poszukiwań-powiedziałem. Shiregt skinął ze zrozumieniem głową. Mimo że od walki nie minęło wiele czasu i niektórzy nadal czekali jeszcze na opatrzenie drobniejszych ran, wszyscy dostali rozkaz, aby zebrać się w jednym miejscu.
-Księżniczka Miriada zaginęła w czasie walki z naszymi wrogami. Istnieje ryzyko, że została porwana. Czy ktoś wie coś o jej losach?-zapytałem, nie bawiąc się w żadne wstępy. Udało nam się tylko dowiedzieć, że Grey na mój rozkaz biegła pilnować tyłów, kiedy to zatrzymała ją Miriada i kazała jej zawrócić, tłumacząc, że klacz bardziej się nam przyda. Po tych słowach miała pobiec prosto na tyły naszej stworzonej na szybko armii. Słowa te potwierdził obecny wtedy Dante. Jak Grey mogła w ogóle nie zareagować? Przecież to było nieodpowiedzialne, żeby Miriada brała udział w tej walce!-pomyślałem, jednak wolałem nie wywoływać więcej kłótni. Wybrałem kilkanaście koni, które podzieliłem na dwie grupy poszukiwawcze. Jeśli wróciliby bez mojej córki, wysłałbym na poszukiwania kolejnych poddanych, choć w duchu liczyłem, a raczej błagałem wszystkich bogów świata, aby nie było to konieczne. Cały czas Shiregt trwał wiernie przy moim boku i mi pomagał. Czułem, że oboje nie załamaliśmy się totalnie tylko dzięki temu, że mieliśmy coś do robienia. Tak naprawdę czułem się bezsilny i bałem się, że to wszystko nic nie da, ale lepsze to, niż całkowity brak działania. W końcu, kiedy część koni udała się na poszukiwania, część została rozstawiona jako straże, a pozostali mogli odpocząć, musieliśmy stanąć pyskiem w pysk z tą straszliwą wiadomością. Miriada naprawdę została porwana. Najchętniej rzuciłbym się do poszukiwań, ale musiałem zostać na wypadek powrotu mojej córki, kolejnego ataku lub po prostu aby zarządzać klanem. Shiregt oddalił się nieco, zagłębiony we własnych myślach. Ja zaś zatopiłem się w swoich. Mogłem teraz jeszcze raz na spokojnie wszystko przemyśleć. Powrót do mojej kłótni z Yatgaar sprawił, że ponownie na chwilę ogarnął mnie gniew, ale już znacznie mniejszy. Zniknął zaś w całości, kiedy uświadomiłem sobie swoje zaślepienie. Miriada zniknęła, a my się kłóciliśmy. Zupełnie nie zwróciliśmy uwagi na Shiregt'a, który próbował nam to przekazać. Zresztą, nawet kłótnia była tylko i wyłącznie moją winą. Yatgaar postąpiła słusznie, dla dobra klanu. Kimże ja jestem, aby ją rozliczać z zabicia jednego konia, którego śmierć ocaliła kilka lub kilkanaście innych istnień? Ja, zabójca trzech koni? Oraz morderca wielu wojowników? Czy zabicie jednej osoby może być gorsze od zabicia kogoś innego? A czyż życie nie ma dla każdego tej samej wartości, której nawet nie można zmierzyć? Każde z nas ma na swoich kopytach mnóstwo krwi, a zabójstwo to zabójstwo i nie powinno się wnikać w to, czemu ktoś się go dopuścił. Pozbawienie kogoś życia to największa zbrodnia, a zarówna ja jak i Yatgaar dopuściliśmy się jej wiele razy. Oboje zdawaliśmy sobie z tego sprawę, dlatego tak łatwo było nam zaakceptować siebie nawzajem i pokochać. A teraz ja, zupełnie zapominając o tym wszystkim, wszcząłem kłótnię, która wszystkim nam zaszkodziła-z każdą chwilą coraz bardziej zdawałem sobie sprawę z tego, jak wielki błąd popełniłem i coraz bardziej przygniatało mnie poczucie winy. Wtem usłyszałem szelest, a kiedy podniosłem wzrok, ujrzałem końską sylwetkę, w której po chwili rozpoznałem Yatgaar. Klacz zbliżała się niespiesznym krokiem, ze zwieszoną głową. Trudno było rozpoznać, czy jest to oznaka obojętności czy też niewyobrażalnego smutku.
-Khonkh...-zaczęła, podnosząc na mnie spojrzenie bez wyrazu.
-Przepraszam cię-przerwałem jej, nim zdążyła cokolwiek dodać. Niepewnie zbliżyłem się do klaczy, która spojrzała na mnie z lekkim zdziwieniem.-To wszystko moja wina. Zrozumiem, jeśli mi nie wybaczysz-dodałem. Przez bardzo długi czas Yatgaar milczała, przez co i tak już duże napięcie między nami wzrosło.
-Co z Miriadą?-spytała w końcu.
-Nadal jej nie znaleźliśmy, ale wysłałem dwie ekipy poszukiwawcze-odparłem.
<Ya? Mnie nikt nie rozpraszał, ale i tak nie wiem, czy udało mi się tu zawrzeć to, co chciałam XD>
-Co teraz zrobimy?-usłyszałem drżący, cichy głos, niemalże szept. Dopiero wtedy przypomniałem sobie o obecności Shiregt'a, który był świadkiem naszej największej, niezwykle spektakularnej kłótni.
-Shiregt, kiedyś ty będziesz rządzić klanem. Dlatego musisz umieć odsuwać od siebie pewne myśli i zawsze myśleć mądrze i rozważnie, aby mieć jasny umysł. Pomożesz mi. Potraktuj to jako swoje najważniejsze zadanie jako następcy władcy. Musisz nauczyć się odsuwać emocje na bok, aby nie przeszkadzały ci w działaniu. Teraz najważniejsze jest odnalezienie twojej siostry. Nasze uczucia, nawet strach i tęsknota, nie liczą się zupełnie-powiedziałem. Ta krótka, wymyślona na poczekaniu mowa wystarczyła, aby niepewność i strach promieniujące z sylwetki mojego syna zmieniły się w zdecydowaną chęć działania.
-Co więc robimy?-zapytał pewnie przyszły władca. Jak dobrze, że nie musimy mówić teraz o kłótni, której był świadkiem-pomyślałem jeszcze, po czym ostatecznie skupiłem się na działaniu.
-Musimy ogłosić zaginięcie Miriady, przesłuchać wszystkich, którzy mają w tej sprawie coś do powiedzenia i wyznaczyć konie do poszukiwań-powiedziałem. Shiregt skinął ze zrozumieniem głową. Mimo że od walki nie minęło wiele czasu i niektórzy nadal czekali jeszcze na opatrzenie drobniejszych ran, wszyscy dostali rozkaz, aby zebrać się w jednym miejscu.
-Księżniczka Miriada zaginęła w czasie walki z naszymi wrogami. Istnieje ryzyko, że została porwana. Czy ktoś wie coś o jej losach?-zapytałem, nie bawiąc się w żadne wstępy. Udało nam się tylko dowiedzieć, że Grey na mój rozkaz biegła pilnować tyłów, kiedy to zatrzymała ją Miriada i kazała jej zawrócić, tłumacząc, że klacz bardziej się nam przyda. Po tych słowach miała pobiec prosto na tyły naszej stworzonej na szybko armii. Słowa te potwierdził obecny wtedy Dante. Jak Grey mogła w ogóle nie zareagować? Przecież to było nieodpowiedzialne, żeby Miriada brała udział w tej walce!-pomyślałem, jednak wolałem nie wywoływać więcej kłótni. Wybrałem kilkanaście koni, które podzieliłem na dwie grupy poszukiwawcze. Jeśli wróciliby bez mojej córki, wysłałbym na poszukiwania kolejnych poddanych, choć w duchu liczyłem, a raczej błagałem wszystkich bogów świata, aby nie było to konieczne. Cały czas Shiregt trwał wiernie przy moim boku i mi pomagał. Czułem, że oboje nie załamaliśmy się totalnie tylko dzięki temu, że mieliśmy coś do robienia. Tak naprawdę czułem się bezsilny i bałem się, że to wszystko nic nie da, ale lepsze to, niż całkowity brak działania. W końcu, kiedy część koni udała się na poszukiwania, część została rozstawiona jako straże, a pozostali mogli odpocząć, musieliśmy stanąć pyskiem w pysk z tą straszliwą wiadomością. Miriada naprawdę została porwana. Najchętniej rzuciłbym się do poszukiwań, ale musiałem zostać na wypadek powrotu mojej córki, kolejnego ataku lub po prostu aby zarządzać klanem. Shiregt oddalił się nieco, zagłębiony we własnych myślach. Ja zaś zatopiłem się w swoich. Mogłem teraz jeszcze raz na spokojnie wszystko przemyśleć. Powrót do mojej kłótni z Yatgaar sprawił, że ponownie na chwilę ogarnął mnie gniew, ale już znacznie mniejszy. Zniknął zaś w całości, kiedy uświadomiłem sobie swoje zaślepienie. Miriada zniknęła, a my się kłóciliśmy. Zupełnie nie zwróciliśmy uwagi na Shiregt'a, który próbował nam to przekazać. Zresztą, nawet kłótnia była tylko i wyłącznie moją winą. Yatgaar postąpiła słusznie, dla dobra klanu. Kimże ja jestem, aby ją rozliczać z zabicia jednego konia, którego śmierć ocaliła kilka lub kilkanaście innych istnień? Ja, zabójca trzech koni? Oraz morderca wielu wojowników? Czy zabicie jednej osoby może być gorsze od zabicia kogoś innego? A czyż życie nie ma dla każdego tej samej wartości, której nawet nie można zmierzyć? Każde z nas ma na swoich kopytach mnóstwo krwi, a zabójstwo to zabójstwo i nie powinno się wnikać w to, czemu ktoś się go dopuścił. Pozbawienie kogoś życia to największa zbrodnia, a zarówna ja jak i Yatgaar dopuściliśmy się jej wiele razy. Oboje zdawaliśmy sobie z tego sprawę, dlatego tak łatwo było nam zaakceptować siebie nawzajem i pokochać. A teraz ja, zupełnie zapominając o tym wszystkim, wszcząłem kłótnię, która wszystkim nam zaszkodziła-z każdą chwilą coraz bardziej zdawałem sobie sprawę z tego, jak wielki błąd popełniłem i coraz bardziej przygniatało mnie poczucie winy. Wtem usłyszałem szelest, a kiedy podniosłem wzrok, ujrzałem końską sylwetkę, w której po chwili rozpoznałem Yatgaar. Klacz zbliżała się niespiesznym krokiem, ze zwieszoną głową. Trudno było rozpoznać, czy jest to oznaka obojętności czy też niewyobrażalnego smutku.
-Khonkh...-zaczęła, podnosząc na mnie spojrzenie bez wyrazu.
-Przepraszam cię-przerwałem jej, nim zdążyła cokolwiek dodać. Niepewnie zbliżyłem się do klaczy, która spojrzała na mnie z lekkim zdziwieniem.-To wszystko moja wina. Zrozumiem, jeśli mi nie wybaczysz-dodałem. Przez bardzo długi czas Yatgaar milczała, przez co i tak już duże napięcie między nami wzrosło.
-Co z Miriadą?-spytała w końcu.
-Nadal jej nie znaleźliśmy, ale wysłałem dwie ekipy poszukiwawcze-odparłem.
<Ya? Mnie nikt nie rozpraszał, ale i tak nie wiem, czy udało mi się tu zawrzeć to, co chciałam XD>
Subskrybuj:
Posty (Atom)
