Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Misja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Misja. Pokaż wszystkie posty

12.04.2020

Od Noctema - Misja #13 "Stalker"

To był zwykły dzień, a właściwie do tamtej pory był zwykły. W najlepsze skubałem sobie trawkę, który przy pomocy słońca wyjrzała spod śniegu, jednak nie mogła długo się nacieszyć słońcem, gdyż od razu wykryło ją moje bystre oko tak jak białe coś na drzewie... zaraz, zaraz. Białe coś, które szarpało się z wiatrem na drzewie?! Na pewno nie był to ptak, a ni tym bardziej pąk kwiatu. Jako iż byłem dość daleko od stada, więc mocno się przestraszyłem. Powoli wyżłem zza bezpiecznych krzaków, by spojrzeć i odgadnąć, co to mogła być. To była... kartka? Przeważnie to ludzie używali papieru, więc to mnie tylko bardziej przeraziło. Nie pierwszy raz widziałem kartkę w swoim życiu, jednak czułem się, jakby stanąłem oko w oko z niebezpiecznym stworzeniem, którego zupełnie nie znałem. Powoli wziąłem kartkę i ją rozłożyłem. Jak się okazało, była zapisana kilkoma różnymi stylami pisma.

„Wykreślone imiona otacza milczenia bariera -
Z bohaterem opowieść bezpowrotnie umiera.
Za każde poświęcenie przyjdzie ci zapłacić:
Nie odzyskasz niczego, gdy już to utracisz
Ukradzione słowa należy wydać,
Użyczona moc tylko tobie się przyda.
Imieniożercy musisz zaspokoić głód,
Żywymi lub martwymi - znajdziesz ich w bród".

Nic z tego nie rozumiałem. Kto mógł to napisać i... po co? Tyle pytań, żadnej odpowiedzi. Logiczne było, że w wypadku dalszego rozwinięcia akcji należy poinformować o tym władcę, jednak ciekawość wygrała i postanowiłem na własne kopyto szukać odpowiedzi. Po nie długim czasie w krzaczku zauważyłem kolejny papierek, również zapisany.

„ TO TY ZACZĄŁEŚ TĘ GRĘ, GHERLANDZIE "

Po odczytaniu wiadomości zadałem kolejne pytanie: kim do chole*ry jest Gherland? Odpowiedź wciąż była jedna: nie wiem. W klanie nie było żadnego konia o tym imieniu. Postanowiłem wrócić do stada i na spokojnie to przemyśleć.


*


- Jak myślisz, to ludzie to napisali? No i po co... Może ktoś kogoś śledzi? - obsypałem Shire lawiną pytań po zwierzeniu się o napotkanej sytuacji.
- Nie znam żadnego Gherlanda i nie wiem, kto to mógł napisać... Wiem tyle, co ty o tym. Podejrzewam, że to mogli być ludzie. Gdy jeszcze mieszkałam w stadninie, widziałam, jak coś pisali na papierze. Chciałambym ci pomóc, ale jestem zajęta stróżowaniem. Najrosądniej było by poinformowanie o tym władcę. — odrzekła klacz z widocznym zainteresowaniem sprawą. Miała rację; należy poinformować o tym władce, ale z jakiś przyczyn nie chciałem tego robić.
- Nie chcę robić z małej chmury dużego deszczu. Lepiej wezmę tę sprawę na własne barki. Kto wie, może to tylko jakieś żarty — miałem nadzieję, że klacz mnie nie zrozumie i stanie po mojej stranie.
- W takim razie mogę jedynie trzymać język za zębami i życzyć ci powodzenia — odparła rzucając przelotne spojrzenie.
- Dziękuje — odparłem krótko i ruszyłem na przechadzkę, by trochę pomyśleć, a może nawet znaleźć kolejne tajemnicze wiadomości. Pogoda zdawała się tylko sprzyjać tajemniczej aurze. Na marne uparcie próbowałem się skupić, gdyż cały czas w głowie miałem tę jedną myśl. To musieli być dwunożni. W okolicy prócz Klanu Mroźnej Duszy nie było żadnych koni. Co chwile wydawało mi się, że widze zwinięte kartki powiewające na wietrze, ale to były tylko zwidy. Wkrótce tym razem rzeczywiście na ziemi zauważyłem kolejny papierek. Przytrzymałem go kopytem i powoli otworzyłem.


„Przyjdź dziś o zachodzie na zachodnio-północną część jeziora Chirgis i ZAKOŃCZMY TĘ GRĘ"


Chociaż teraz byłem pewny i wiedziałem co robić. Idę tam. Musiałem dowiedzieć się kto Gherland i kto pisał te liściki. Musiałem. Porządnie się najadłem i przygotowałem swój miecz, chociaż miałem nadzieję, że nie będę musiał go używać. Postanowiłem nie mówić o tym nikomu, nawet Shirze, która już wiedziała o tej sytuacji. Byłem pewny swoich czynów. Od razu wyruszyłem w miejsce mojego spotkania. Chciałem wrócić jeszcze przed wschodem słońca. Czułem, jak krew pulsowała w moich żyłach. Nie znałem wroga. Nawet nie wiedziałem, czy mogę go nazwać wrogiem. Wędrowałem energicznym stępem. Droga nie była jakoś specjalnie daleka. Chciałem mieć to jak najszybciej za sobą. Od jeziora do moich nozdrzy dochodziło rześkie powietrze, lecz z nieba też można było wyczuć wilgoć, co zwiastowało deszcz. Musiałem się pośpieszyć. Po pewnym czasie zwolniłem kroku, gdyż wyczułem silną, ludzką woń. Bacznie rozejrzałem się dookoła, jednak nic podejrzanego nie dostrzegłem. Zapach dochodził z naprzeciwka.
- Jednak przyszedłeś, Gherlandzie! - do moich uszu dobiegł ludzki głos. Gherland. Już to imię znałem. Dobrze trafiłem. Ostrożnie podeszłem i tak jak się spodziewałem, zobaczyłem ludzi. Nie mogli zauważyć mnie zza krzaków. Moje mięśnie były napięte do granic możliwości, a pochmurne niebo i szum jeziora, który teraz zdawał się uciszyć, tylko dodawały tajemniczej i ponurej aurze. Zastrzygłem uszami, gdy młody mężczyzna z włosami w odcieniu mojej sierści cofnął się o krok.
- Tak, nie jestem w końcu tchórzem. To wy pisaliście te wiadomości? Próbowaliście mnie zastraszyć...? Żenujące! Pluje na takich jak wy — ostrym głosem odezwał się najprawdopodobniej właśnie Gherland. Z tego, co wynikało z jego słów, on też odczytywał wiadomości.
- Już nie staniesz nam więcej na drodze! Zakończmy tą dziecinną błazenadę!
Wysoki mężczyzna z włosami czarnymi jak u kruka wyciągnął miecz z pochwy. Gherland zrobił to samo, jednak cała czwórka mężczyzn przez chwile stała nieruchomo w ciszy.
- Co ci da moja śmierć? Prędzej czy później mój ojciec i tak odkryje to. Nawet nie myśl o Ethyne! Jeszcze bardziej cię znienawidzi – nie miałem bladego pojęcia, o czym mówią, jednak z uwagą słuchałem każdego ich słowa.
- Pfff, chyba nie wiesz, że posiadam mózg w przeciwieństwie do ciebie. Nikt się nawet nie dowie o twojej śmierci.

Mówiąc to, czarnowłosy człowiek przygotował swój miecz do zatopienia w krwi swojego przeciwnika. Przez moment nawet chciałem wybiec z ukrycia i przeszkodzić mu w wykonaniu tego bestialskiego czynu, jednak w ostatniej chwili się powstrzymałem. Napastnik naskoczył na młodego mężczyznę, ale tam ten cudem uniknął ostrza, robiąc unik. Bronił się skutecznie własnym mieczem. Podczas ich pojedynku w głowie wirowały mi przebłyski własnych walk. Jako jeszcze młody ogier stawałem do walki ze swoim mentorem. Bez trudu unikałem ostrza, a sam zadawałem rany mentorowi. Miałem do tego talent. Kątem oka spojrzałem na swoje drobne blizny ukryte pod sierścią. Każda z nich miała jakąś historie. Skupiłem się na pojedynku ludzi. Szanse były wyrównane. Wtem do bijatyki dołączyli pozostali dwaj mężczyźni po stronie napastnika. Gherland nie miał szans, by podołać tylu większym od niego ludziom. Na chwile w sercu poczułem ukłucie żalu i współczucia dla młodego człowieka, który zginie w niesprawiedliwej bitwie. Gherland zawahał się przez chwile, wzrokiem pełnym bezradności i goryczy spojrzał w moją stronę. Czy mnie zauważył? Odwzajemniłem współczującym spojrzeniem, po czym cofnąłem się kilka kroków, by reszta ludzi mnie nie dojrzała. Czarnowłosy wycelował ostateczny cios w stronę Gherlanda. Ostrze wylądowało prosto na piersi człowieka. Wydał z siebie ostatni jęk pełen bólu, upadł na ziemie, wzrok wbijając w napastnika.
- Nie pozwolę, by ci się powiodło, nie pozwolę — z trudem wymówił te słowa, po czym upadł na ziemie i wyzionął ducha.
- W końcu mamy go z głowy. Chodźmy, bo worek, by go zabrać.

Czarnowłosy tryumfalnym krokiem odszedł ze swoją bandą. Gdy oddalili się już wystarczająco daleko, wyszedłem z ukrycia, by pożegnać się z Gherlandem. Pomimo że go zupełnie nie znałem i, że był człowiekiem, współczułem mu. Chciałem mu oddać pożegnanie godne szlachetnego wojownika.
- Spoczywaj w pokoju, Gherlandzie.

Wyszeptałem wprost do ucha nieboszczyka. Delikatnie musnąłem chrapami jego policzek, po czym odeszłem żwawym kłusem, gdyż reszta ludzi zapewne już tu szła. Drogę powrotną odbyłem w niczym niezmąconym spokoju. Uznałem, że nie będę mówił o tym Shirze, jeśli sama nie poprosi. Ten dzień na zawsze zapadnie w moim sercu.

Zaliczone :)

4.04.2020

Od Noctema Misja #3 "Nie ma złej pogody, jest tylko zły ubiór..."

Wiatr igrał z moją grzywą tworząc przy tym niesamowity spektakl . W ten burzliwy dzień chyba nie miałem nic lepszego do roboty niż przyglądanie się rzeczom na, które zazwyczaj nie zwracałem uwagi. Kto by pomyślał, że może okazać się to niezwykle ekscytujące? Co chwile słońce nieśmiało wyglądało zza chmur i można było się cieszyć wręcz letnią pogodą, jednak chmury z powrotem wpychały słońce na drugi plan. Reszta klanu skupiła się w zwartej grupce, a stróże uważnie pilnowali, by żaden nieuważny koń nie wyszedł poza bezpieczny okrąg. Już jakiś czas temu dwójka zwiadowców wyruszyła na poszukiwania miejsca, gdzie stado mogło się schronić przed nadciągającą burzą. Cierpliwe oczekiwania na jakiekolwiek wieści o zwiadowcach zdawały się dłużyć w nieskończoność. Na niebie co jakiś czas można było zauważyć zygzakowate linie światła zwane piorunami, a silny wiatr przewracał źrebaki i starszych z nóg. Ciemne chmury już od rana zwiastowały ulewę. Kątem oka dostrzegłem Shire zmierzająca w moim kierunku. Cały czas bacznie obserwowała stado, gdyż na jej barkach spoczywał ten obowiązek stróża, jednak korzystała z każdej chwili spokoju na pogawędki z członkami.
- Jako stróż i przyjaciółka, która się o ciebie martwi radzę ci przybliżyć się do stada — przystaneła koło mnie z cieniem strachu w oczach patrzących na kłęby ciemnych chmur.
- Spokojnie, potrafię o siebie zadbać. Martwisz się o Fashagara i Zurlage? To doświadczeni zwiadowcy i na pewno dadzą sobie rade.
Sam ich znałem tylko z widzenia, ale, by choć trochę pocieszyć Shire dałem rade zdobyć się na kłamstwo. Chociaż czy kłamałem? Nawet z tylko obserwacji można było poznać, że nasi zwiadowcy są pewni swoich czynów. Miałem tylko nadzieje, że wszystko się jakoś ułoży. Właśnie rozmawiałem z Shirą, gdy wśród zgromadzonych koni ponad pomruk tłumu usłyszeć można było pełne radości rżenie. Automatycznie odwróciłem się w tamtą stronę i dostrzegłem Zurlage i Fashagara; dwóch zwiadowców wracających ze swojej wyprawy, którzy od razu ruszyli w stronę władcy.
- W samą porę — odparła Shira i miała rację, gdyż na grzbiecie poczuć można było pierwsze płatki śniegu. Wkrótce Shireght obrócił się do swojego klanu.
- Moi drodzy! Nasi zwiadowcy znaleźli jaskinie, w której możemy się schronić przed nadciągającą zamiecią!
Zamieć? To znacznie grubsza sprawa niż burza... Po czym zaczął wygłaszać kto, gdzie ma stanąć podczas drogi. Z słów władcy można było wywnioskować, że droga nie jest długa, lecz niebezpieczna dla słabszych. Członkowie szybko poradzili sobie z zajęciem swoich miejsc. Uczniowie wraz z matkami i emeryci stanęli w samym środku stada, a stróże i parę koni z wojska, w tym ja, stanęło na zewnątrz grupy, by bronić i pilnować reszty. No i ruszyliśmy. Opady śniegu przybierały na sile, a w mojej głowie narastało pytanie, czy zdążymy dotrzeć do jaskini na czas. Raz po raz konie otrzepywały się z nadmiaru śniegu na grzbietach. Niekiedy ponad tłum wznosiły się rżenia starszych lub źrebaków, którym kopyta topiły się w narastającym śniegu. Wiatr zmagał się i kołysał gałęziami drzew i krzewów. Liście wirowały w powietrzu, a jeden nawet przykuł moją uwagę. Zeschły i brązowy listek szybował na wietrze, jakby próbując wylądować na bezpiecznej ziemi, jednak co chwila wiatr porywał go coraz wyżej ku ciemnym obłokom. Coraz trudniej było stawiać kroki w śniegu, a droga wydawała się dłużyć w nieskończoność. Zamieć rozpętała się niewyobrażalnie szybko. Po pewnym czasie podróży w śniegu wiejącym prosto w oczy wszystkie głowy odwróciły się w kierunku rozpaczliwego krzyku.
- MINDY!!! Mindy nie ma! - swój okrzyk powtórzyła Trouble oszołomionym wzrokiem patrząc w miejsce w którym powinna stać jej przyjaciółka. Przez stado przeszedł szmer, a niektóre konie wydały z siebie żałośliwe rżenie.
- Kiedy znikła? - do siwej klaczy podszedł Shireght uważnie lustrując otoczonie, jakby mając nadzieje, że dostrzeże zaginioną klacz.
- N-nie wiem, przed ch-chwilą zauważyłam, że j-jej nie ma — załamanym głosem z trudem odparła klacz.
- Cavaldi, Noctem i Alifa; wyruszacie na poszukiwania Mindy. Reszta rusza w dalszą drogę — oznajmił władca, po czym podszedł do naszej trójki-Życzę wam powodzenia i uważajcie na siebie.
Skinąłem z szacunkiem łbem i ruszyliśmy na naszą misję.
*
- Mika? Trouble? Ktokolwiek? - wśród zamieci można było dosłyszeć żałosne wołania zagubionej duszy.
- Mindy?! Gdzie jesteś?! - Alifa zaczął nerwowo, lecz czujnie rozglądać się wokoło, choć w śniegu nie było można nic dostrzec.
- Alif?! Już do was idę! - Cavaldi chciał zaprzeczyć, jednak przed nami ukazał się już łeb gniadej klaczy.
- Więc jest was trzech! Och, dziękuje wam, gdyby nie wy to nie wiadomo ile jeszcze musiałambym się błąkać!
- Dziękujemy, a teraz wracajmy jak najszybciej do klanu. Przydałby ci się przegląd medyczki — dodałem na co reszta mi przytaknęła i ruszyliśmy w drogę powrotną. Na miejscu czekały już na nas Mika, Trouble i Shira. Widać było, gdy tylko zobaczyły nas z Mindy całych i zdrowych kamień spadł im z serca. Ciepło powitały odnalezioną przyjaciółkę, a Shira przywarła do mego boku.
- Tak się o was martwiliśmy! - westchnęła jeleniowata z troską w oczach. Z jaskini przed nami wyszedł jeszcze Shireght i Mint na powitanie. Resztę dnia spędziliśmy w bezpiecznym schronieniu.

Zaliczone :)

12.07.2019

Od Mint misja #10 „Koniec”

Ten dzień nie miał być zwyczajnym, zwykłym wycinkiem doby, nic nieznaczącym na tle całego żywotu. W ten dzień nie miałam cieszyć się zwyczajnym, żałobnym kołysaniem się samotnych, nagich gałęzi drzew, ledwie muskanych przez wiatr. Ten dzień nie miał być tym, który nie pozostawi po sobie śladu. Przynajmniej ma nastoletnia dusza była wielce zapatrzona w ideę spędzenia go wyjątkowo. Zapominając o tym, że... moje serce może już nie mieć dla kogo bić. Że może umrzeć wraz z duszą, gdzieś pośród bezkresnych stepów, mając przed sobą wciąż wizję słodkiego, uschniętego kwiatu miłości. Ten dzień miał przynieść mi radość, a nie dawać mi za zadanie przynoszenie szczęścia innym. On nie miał taki być...  Ruszyłam przed siebie, próbując wyłapać, choć odrobinę urokliwości obecnej pory roku. Długo nie trzeba było czekać, by ujrzeć zwisające smętnie sople, z których powolnym ruchem nieuchronnie ześlizgiwały się w kierunku podłoża krople życiodajnej cieczy. Jednocześnie zapierały dech w piersiach i dawały dziwne uczucie melancholii, kiedy spotykało się je z każdym, najmniejszym krokiem. Zamrożone życie... prawie jakby natura wiedziała, jak moje serce radzi sobie do dziś z dawnym zadurzeniem, które zostało brutalnie pozbawione sensu. I to właśnie w ten dzień parę lat temu... Byłam szczęśliwa u boku Shiregta. Mężnie, nie oglądając się za siebie i łapiąc się ostatniej deski ratunku-jego rozkosznej grzywy... Przełknęłam ślinę, słysząc za sobą kroki. Miałam ochotę na zobaczenie spływających kropli krwi na mojej broni, a raczej jej „zwłokach”, po tym, jak mongolskie wiatry zrealizowały na niej swój własny plan. Zwierzę stąpające za mną jednak poniekąd wybawiło mnie od macek swych własnych myśli.
-Panienko- wydobyło się z gardła nieznanego kopytnego, który zdążył już zbliżyć się do mnie, tak, iż niemalże dotykał mego zadu. Odwróciłam się gwałtownie, otwierając pysk w pełnej gotowości na posłużenie się nim do wypuszczenia z siebie lawiny ledwo klejących się ze sobą kwestii i nigdy nie wypowiedzianych myśli, lecz ów towarzysz kontynuował- Prosiłbym Cię o przekazanie tego listu pewnej medyczce- jego dykcja pozostawiała wiele do życzenia, ale dało się go na ogół zrozumieć. Zanim zdążyłam dopytać o jaki zwitek papieru mu chodzi i o którą świerzopę, zakończył dumnie swą wypowiedź, podając mi korespondencję- Proszę i żegnam- odbiegł, pozostawiając w mojej głowie wiele pytań bez odpowiedzi. Doszłam do wniosku, iż najlepiej będzie go otworzyć i poznać jego treść...

Witaj czcigodna Erino

Nadszedł czas na zapomnienie o tym koszmarze z Arrowem, nieprawdaż?

Poczułam, że wchodzę już na czyjeś intymne pole, co przynosiło mi dość spory dyskomfort, poza tym poznałam już adresatkę, więc zamierzałam przerwać... Skończyło się na tym, że tylko zamierzałam. Ciekawość to chory instynkt, jednocześnie przynoszący satysfakcję, kiedy się go zaspakajało, co potęgowało jego dziwność.

Przyznaj, że przezywanie Cię od gówien szczura zostało przez ciebie miło zapamiętane.

Nigdy nie spodziewałabym się, że czytając czyiś list miłosny, zacznę się szczerzyć jak idiotka.

A te źrebaki... Przyznaj, że potrafimy sobie zrobić dobrze, lepiej niż one wyglądają. Mówisz, że trafiam do twojego tyłka bardziej niż do serca? Zawsze to lepiej bym kimkolwiek dla ciebie. Nawet jeśli to oznacza bycie zwyczajnym odpadem.


Może to jednakże nie była tak wesoła treść, jakiej się spodziewałam...

A co do moich odzywek nie myśl, że o nich zapomniałem. Martwe szczury przy tobie wymiękają w kategorii uroku...
Pewnie, gdybym próbowała flirtować, wyglądałoby to identycznie. Może dlatego samotność tak bardzo upatrzyła sobie mnie?

19.06.2019

Od Arrow'a Misja #8 "Nadzieja umiera ostatnia"

-Musisz iść?-spytała ze smutkiem moja partnerka Erina.
-Ja też o wiele bardziej wolałbym zostać z tobą i źrebakami w klanie, ale obowiązki to obowiązki-odparłem. Klacz westchnęła ciężko.-No już, postaram się jak najszybciej to załatwić i do was wrócić-dodałem pospiesznie, żeby podnieść ją na duchu.
-Jasne. To idź i załatwiaj to szybko-odparła z uśmiechem moja partnerka. Odwzajemniłem go, a potem pożegnałem się z Nivero i Naris. Dostałem zadanie, aby uzupełnić zapasy ziół leczniczych, które nie mogły być długo przechowywane i w ten sposób często ich brakowało. W końcu, jakby nie patrzeć, od niedawna to było jedno z moich zadań. A ja chciałem wszystko wykonywać sumiennie. Nie żeby piąć się po drabinie w stadnej hierarchii, ale żeby pomagać potrzebującym. Być przydatnym. Niwelować ich ból i cierpienie. Odkąd pamiętam, zawsze wiele rzeczy mnie interesowało, a szczególnie zioła i ich lecznicze właściwości. A potem postanowiłem zostać właśnie medykiem, aby swoją wiedzę wykorzystywać dla dobra innych. Niedaleko od klanu znajdowała się polanka, na której zbieraliśmy większość ziół. Tam też udałem się w swoim pierwszym odruchu. Pomimo dokładnego przeszukania całej okolicy nie natrafiłem jednak na niektóre z roślin, które musiałem znaleźć. Westchnąłem więc, dostarczyłem do klanu dotychczas znalezione zioła i udałem się na dalsze poszukiwania. Mint przekonywała mnie, że to niepotrzebne, bo poradzimy sobie z obecnymi zapasami, ale chciałem wykonać swoje zadanie do końca. Poszedłem w stronę lasu. Opadłe, suche liście szeleściły mi pod nogami, podczas gdy ja zaglądałem w każdy zakamarek i pod każdy kamień, żeby znaleźć ukrywające się przede mną zioła. Dotarłem do grubego, zwalonego pnia. Rósł na skraju dość dużej dziury w ziemi. To znaczy, drzewo było kiedyś zakorzenione w tym miejscu, ale obecnie jego zupełnie martwy konar ciągnął się w dół po ścianie dołu. Najpierw sprawdziłem, czy w okolicach drzewa nie ma żadnego z poszukiwanych ziół, ale nie znalazłem nic takiego. Liczyłem na to, chociażby ze względu na fakt, że niektóre z nich lubią dość wilgotne, ciemne miejsca. Już miałem odejść, kiedy nagle spostrzegłem coś dziwnego na jednej z gałęzi. Wyrastała ona z martwego pnia nieco niżej. Ów dziwny przedmiot błyszczał się, kiedy padały na niego promienie światła przedzierające się między gałęziami pozostałych, żywych drzew, które nie poddały się jeszcze w swojej walce o prawo do życia. Coś wewnątrz mnie zmusiło moją osobę, żebym spróbował się temu dokładniej przyjrzeć. Oparłem kopyto na martwym pniu i sprawdziłem jego wytrzymałość. Wydawał się jeszcze w miarę solidny. Stanąłem na zwalonym drzewie i pochyliłem się w dół, aby dosięgnąć do miejsca, gdzie zawieszony był ten przedmiot. Niestety, nie udało mi się to. Nachyliłem się więc trochę bardziej, a kiedy nadal rzecz ta pozostawała dla mnie poza zasięgiem, zrobiłem jeszcze jeden krok do przodu. Postałem tak chwilę, kiedy nagle dało się słyszeć głośny trzask. Nim się zorientowałem, poleciałem w dół. Próbowałem jeszcze jakoś się zatrzymać, ale grawitacja pozostała bezwzględną. Spadłem prosto do dołu, a na deser zostałem jeszcze przygnieciony częścią drzewa. Pień, na którym stanąłem, pękł na pół i na jednej połowie wylądowałem, a druga mnie uderzyła. Moje ciało przeszyła fala bólu aż nazbyt dobrze odczuwalna. Po chwili ból skoncentrował się w jednym miejscu, tylnej prawej nodze. Zdołałem jeszcze wstać, unikając jednak stawiania na podłoży mocno bolącej kończyny. Zwaliłem z siebie resztki pnia i dokładnie się sobie przyjrzałem. Miałem mnóstwo zadrapań, które krwawiły, ale na szczęście nie nazbyt obficie. Martwiła mnie jedynie moja noga. Miałem nadzieję, że to nic poważnego i niedługo przestanie boleć. Najważniejsze było dla mnie, aby nie była złamana. Tymczasem spojrzałem w górę. Nie wyglądało to najlepiej. Od razu stało się dla mnie jasnym, że nie dam rady się wspiąć. A tym bardziej nie w takim stanie. Pokręciłem się nerwowo w miejscu, uważając na uszkodzoną kończynę. W końcu zdecydowałem się krzyknąć parę razy, choć zdawałem sobie sprawę, że niewiele to da. Przecież nie było tutaj nikogo oprócz mnie, jednak nadzieja zawsze umiera ostatnia. W międzyczasie zdołałem też obejrzeć rzecz, która tak przykuła moją uwagę. Jak się okazało, była to (chyba) bransoletka. Nie znałem się aż tak dobrze na ludzkich wyrobach, aby stwierdzić to z całkowitą pewnością, ale wydawało mi się, że to właśnie to. Przedmiot wykonany był z lekkiego, połyskliwego materiału, toteż iskrzył się w promieniach słońca, co, nie wiedzieć czemu, bardzo przykuło moją uwagę. Aż za bardzo. I pomyśleć, że utknąłem tutaj przez głupią rzecz, wytwór ludzkich rąk. Gdyby to chociaż była jakaś zmyślna pułapka... Ale nie, ja dałem się złapać na bransoletkę. Choć może nie powinienem tak myśleć? Gdybym wpadł w zasadzkę, byłbym pewnie o wiele bardziej ranny i wykończyliby mnie ludzie albo drapieżniki. A tak przynajmniej mam jakieś szansę, zanim wykończą mnie głód i pragnienie-pomyślałem z goryczą.
~Kilka godzin później, wieczorem~
Od dawna doskwierało mi pragnienie, a od jakiegoś czasu też lekki głód, ale starałem się to ignorować na ile tylko mogłem. Nie za bardzo byłem w stanie jeszcze chodzić. Moja zraniona noga spuchła i bolała z każdym krokiem. Przez kilka godzin nic się nie działo. Nie przechodził tędy dosłownie nikt, ani swój, ani wróg. Powoli zaczynałem tracić nadzieję, że w ogóle ktoś tutaj zajdzie. A co jeśli nie? A co jeśli to właśnie tutaj spotka mnie mój koniec? Akurat teraz, kiedy moje życie zaczęło się układać...-pomyślałem zrozpaczony. Starałem się jednak nie poddawać i nie popadać w paranoję. Musiałem znaleźć jakieś rozwiązanie. Myśl, myśl Arrow, myśl-ponaglałem sam siebie, jakby to mogło mi w jakikolwiek sposób teraz pomóc. Wtem do moich uszu dotarł jakiś głos. A właściwie głosy. W końcu rozpoznałem je. To były ludzkie głosy. Niedługo później byłem już nawet w stanie je rozpoznać.
-Jest tutaj! Znalazłam ją!-zawołał ktoś, a po chwili przy brzegu dołu pojawiła się ludzka sylwetka. Wskazywała błyszczący przedmiot, który wcześniej tak mnie interesował, a obecnie straciłem nim już całkowicie zainteresowanie. W końcu to przez niego i przez swoją głupotę tutaj trafiłem... Zaraz za nią zjawiły się kolejne trzy. Rozpoznałem, że są to najpewniej trzej potężnie zbudowani mężczyźni i jakaś kobieta. Jeden z nich głośno westchnął.
-Ech, biegać po całym lesie za jakąś głupią bransoletką...-powiedział.
-To nie jest głupia bransoletka! Wiesz dobrze, że w naszym rodzie przekazuje się ją z pokolenia na pokolenie!-zawołała kobieta.
-Zatem mogłabyś jej lepiej pilnować, nieprawdaż, siostro?. Ale, ale, widzę tu coś jeszcze interesującego-odparł mężczyzna, wskazując na mnie. Kiedy usłyszałem ludzi, dla bezpieczeństwa zbliżyłem się jak tylko mogłem do przeciwnej strony dołu, licząc na to, że mnie nie zauważą, niestety nie udało mi się to.
-Ojej! Tam jest koń!-zawołała kobieta.-Co teraz?-spytała, odwracając się do jednego z tych mężczyzn.
-Jak to "co"? Otgonbayar zejdzie tam, weźmie bransoletkę, a do konia przywiąże linię. Wciągniemy go tutaj i wykorzystamy. W końcu koń to pracowite i przydatne zwierzę, jak się je odpowiednio ułoży-powiedział mężczyzna.
-Ale nic mu nie zrobicie?-spytała z troską kobieta.
-Nie martw się, wszystko z nim będzie dobrze. Będzie u nas miał jak w niebie. Może nawet lepiej-odparł jej rozmówca. W tym czasie inny mężczyzna wziął linę, zawiązał ją sobie w pasie, a jej drugi koniec dał trzeciemu ze zgromadzonych ludzi. Opuścił się do dołu, a kiedy stanął na ziemi, zawołał coś niezrozumiałego do człowieka, który go asekurował. Ten zrzucił mu drugą linę. Otgonbayar (bo tak chyba miał na imię) zaczął się powoli zbliżać w moją stronę. Po drodze jedynie schylił się po błyszczący przedmiot i schował go do kieszeni.
-No koniku, poszczęściło ci się. Bez nas albo byś zdechł tutaj z głodu, albo by cię coś zjadło-powiedział mężczyzna, zbliżając się do mnie. Na ile tylko mogłem, cofnąłem się, lekko przy tym oczywiście utykając. Człowiek zatrzymał się.
-Bilguun, zobacz tylko! On chyba ma coś z nogą!-zawołał Otgonbayar. Mężczyzna, który wcześniej rozmawiał z kobietą, kucnął i pochylił się do przodu.
-Nie za dobrze to widzę. Zmuś go, żeby się trochę przeszedł!-zawołał. Otgonbayar ruszył w moją stronę. Nie chciałem robić tego, co kazali mi ludzie, ale jeszcze bardziej nie chciałem mieć nic do czynienia z tym człowiekiem. Cofnąłem się ponownie, tym razem jeszcze dalej, starając się ignorować ból, który od chodzenia tylko się nasilał. Mężczyzna na górze znowu głośno westchnął.-Niedobrze. Bardzo niedobrze-powiedział.
-Co jest?-zainteresowała się kobieta.
-Wygląda na to, że ma coś z nogą. Może nawet ma ją złamaną. W ogóle jakoś tak dziwnie chodzi-odparł Bilguun.
-I co teraz? Zostawicie go tak? Nie możemy przecież tego zrobić!-zawołała kobieta.
-Fakt. Zabijemy go-powiedział mężczyzna.
-CO?! Jak...Jak...Dlaczego chcecie to zrobić?!-krzyknęła jego towarzyszka.
-Byamba, nie bądź taka zaskoczona. Nie nada się do pracy, ale skoro już na niego trafiliśmy, to zabijemy go, żeby mieć co jeść. I tak zginie z głodu w tym dole, prędzej czy później. Albo zabiją go drapieżniki-odparł Bilguun. Z rosnącym niepokojem przysłuchiwałem się tej rozmowie. Czy oni naprawdę zamierzają mnie zabić? Choć w sumie, szybka śmierć z rąk ludzi jest chyba lepsza od powolnego konania z głodu...-pomyślałem.
-Ale obiecałeś, że nic mu nie zrobisz! Nie możecie go tak po prostu zabić! Ja...ja miałam dostać swojego konia! Ojciec mi to obiecał! Chcę właśnie jego!-zawołała kobieta.
-Nie bądź śmieszna! Ze złamaną nogą w ogóle go stąd nie wyciągniemy, a poza tym to nie damy rady zająć się nim tak, żeby złamanie dobrze się zrosło. Po co nam taki koń, który do niczego się nie przyda? Darmozjadom mówimy nie-odparł Bilguun.
-Nie mów tak! To też jest żywe zwierzę i też ma uczucia! Pamiętasz, co mówi nasze bóstwo? Nie zabijać...-zaczęła kobieta. Byłem jej wdzięczny, że tak uparcie staje w mojej obronie. A to się porobiło...Jestem wdzięczny za pomoc jakiejś ludzkiej klaczy...-pomyślałem.
-...jeśli nie ma takiej potrzeby. Ale musimy zabijać zwierzęta. Dla jedzenia. Potrzeba więc jest. A on, nic już dla niego więcej nie zrobimy-powiedział mężczyzna, patrząc poważnie na kobietę.- Otgonbayar, czekaj tam! Idę do ciebie, zajmiemy się nim razem! Zwierzęta wyczuwają zawsze swoją śmierć i robią się trochę agresywne, a nie chcę, żebyś przypadkiem zarobił kopytem w głowę. Sukh, podaj mi linę. Pomożesz tu zejść i zostaniesz z Byambą, żeby nie zrobiła czegoś głupiego-dodał mężczyzna, odwracając się w stronę swojego towarzysza.
-Nie! Bilguun, ja się kategorycznie nie zgadzam!-zawołała głośno kobieta, stając między nimi. Mężczyzna odepchnął ją lekko, tak, że pewnym było, iż nie mógł i nie zamierzał robić jej żadnej krzywdy.
-Przykro mi, ale jesteś zbyt miła i wrażliwa. Jak to kobieta zresztą....Poza tym, to ja tutaj wydaję rozkazy-powiedział pewnie mężczyzna. Nagle jednak zamarł, zupełnie jakby ujrzał coś lub kogoś za plecami swojego towarzysza, Sukh'a. Byamba chyba też zwróciła na to uwagę i cofnęła się z przestrachem, a sam Sukh odwrócił się i wkrótce także cofnął się, omal przy tym się nie potykając i nie wpadając do dołu.
-Co jest? Co tam się dzieje u was?-zaniepokoił się towarzyszący mi obecnie Otgonbayar.
-Wyciągamy cię-powiedział Bilguun, odwracając się razem z Sukh'iem w stronę dołu. Kazali swojemu towarzyszowi podejść do jego ściany i wspiąć się po niej, podczas gdy oni trzymali jego linę, aby cały czas była naprężona. Wkrótce mężczyzna znalazł się z powrotem na powierzchni i sam mógł ujrzeć to, co tak zaniepokoiło jego towarzyszy. Podczas wspinaczki jednak zsunęła mu się dodatkowa lina, po którą reszta nie kazała mu już się wracać. Zrobiłem parę kroków w jej stronę, ale zatrzymałem się po chwili. Nie chciałem opuszczać swojego obecnego miejsca, dopóki oni wciąż byli...zdecydowanie zbyt blisko mnie.
-Kurde, faktycznie, lepiej stąd zwiać. Wygląda na wygłodzonego-powiedział Otgonbayar, patrząc na coś, czego ja nie byłem w stanie dostrzec ze swojej pozycji.
-A poza tym nie mamy żadnej solidniejszej broni. Z niedźwiedziem lepiej nie zadzierać, zwłaszcza jesienią. Szykują się do snu i gotowe są wszamać wszystko, co im się po drodze napatoczy. A taki wygłodzony to już tym bardziej-powiedział z powagą Bilguun. Po chwili ludzie zaczęli się oddalać, nie słyszałem też już więcej od nich żadnych słów. Pewnie nie chcieli hałasować, aby nie zwrócić uwagi...niedźwiedzia. Pięknie. Jak nie oni, to niedźwiedź-pomyślałem z goryczą. Przybliżyłem się jednak do ściany dołu. Liczyłem, że jeśli zwierz tutaj podejdzie, to wtopię się na tyle w tło, że mnie nie zauważy. Najciszej jak mogłem położyłem się, uważając na zranioną kończynę. Dziwiło mnie, że sam nie wyczułem ani ludzi, ani niedźwiedzia, ale być może to przez to, że znajdowałem się w tym głębokim dole. To dodało mi jednak odrobiny nadziei. Bo skoro ja nie czułem ich, to może i niedźwiedź nie wyczuje mnie? Teoretycznie, będąc w tym dole, znajdowałem się poza jego zasięgiem, bo musiałby być samobójcą, żeby w ogóle próbować tu do mnie zejść. Ale to tylko teoretycznie. Bo praktycznie, jeśli rzeczywiście był bardzo wygłodzony, trudno stwierdzić, co mu do tego brunatnego czy brązowego, futrzanego łba strzeli.
~Kilka dni później~
Tkwiłem w dziwnym półśnie albo pół-omdleniu, wywołanym głodem i pragnieniem. Sam już nie do końca potrafiłem odróżnić swoje myśli od tego, co działo się naprawdę. Przypomniał mi się dźwięk głosu Eriny. Jej słodkie rżenie, krzyki naszych pociech... Nawet komendy wydawane czasem przez naszego władcę. Najbardziej jednak skupiłem się na przypominaniu sobie właśnie tego, jak brzmiała Erina. To mnie jakoś uspokajała. dodawało nadziei, że skoro ja jeszcze o niej pamiętam, to i ona pamięta o mnie. Oni wszyscy. Może jednak odnajdą mnie, choć sam już w to nie wierzyłem. Zamknąłem całkowicie oczy i przywołałem w myślach jedno ze wspomnień. Erina i ja biegniemy brzegiem jeziora, jeszcze jako źrebaki. Ścigaliśmy się, mimo że ja co kawałek zaliczałem glebę. Klacz jednak udawała, że nie widzi jak bardzo mi nie idzie, a nawet dawała mi trochę fory. W końcu straciliśmy zainteresowanie wyścigiem. Zaczęliśmy się nawzajem chlapać wodą, a potem jak na komendę razem zarżaliśmy. O tak, pamiętałem to dokładnie, jakby to było wczoraj. Niemal słyszałem ten dźwięk. Z każdą chwilą coraz dokładniej. W końcu jednak coś zwróciło moją uwagę. Otrząsnąłem się i bardziej skupiłem. Po chwili usłyszałem...rżenie! Prawdziwe, końskie rżenie! To nie mógł być wytwór mojej wyobraźni! Ostrożne wstałem. Przez tych kilka dni opuchlizna z nogi mi zeszła i wyglądało na to, że nie jest złamana, tylko porządnie stłuczona, ale i tak nadal trochę pobolewała. Po raz kolejny usłyszałem rżenie. Zebrałem wszystkie siły i sam głośno zarżałem.
-Arrow?!-usłyszałem w odpowiedzi. Od razu rozpoznałem ten głos.
-Tutaj! Erina, tutaj!-zawołałem. Klacz jeszcze kilka razy wykrzyknęła moje imię, a ja cały czas wołałem ją, aż w końcu odnalazła do mnie drogę i zatrzymała się na brzegu dołu.
-Uważaj, żeby nie spaść!-zawołałem.
-Spokojnie, dam radę. A co z tobą? Nic ci nie jest?!-spytała klacz.
-Mogło być lepiej, ale mogło być też gorzej!-odparłem. Erina pokiwała głową, po czym wyprostowała się i odwróciła.
-Tutaj jest!-zawołała.
-Do kogo mówisz?-zdziwiłem się.
-A co, myślałeś, że tylko ja jedna chciałam cię szukać?-zapytała moja partnerka, podczas gdy obok niej pojawił się Zee, a później jeszcze jakiś ogier, którego za dobrze nie znałem.
-Bez ciebie władca kazał nam nie wracać-powiedział z uśmiechem Zee.
-Ale to bez sensu. Nie dacie rady mnie wyciągnąć-powiedziałem.
-Damy-odparła pewnie Erina, po czym zaczęła się rozglądać.-Wykorzystamy tamtą linę-dodała, wskazując przedmiot zostawiony kilka dni temu przez ludzi. Pokręciłem przecząco głową.
-Nie da rady-powiedziałem.
-Da! Da. Rzuć nam tylko jeden koniec, a drugi chwyć w zęby-odparła Erina. Tak też zrobiłem. Po kilkunastu próbach udało mi się dorzucić im jeden z końców liny. Złapali ją w trójkę, a ja, tak jak kazała klacz, chwyciłem drugi koniec w zęby. Zacząłem się wspinać, podczas gdy pozostali ciągnęli mnie w górę, ale wkrótce poczułem, jak zaczynają mnie boleć mięśnie szczęk. Puściłem linę i znowu zsunąłem się kawałek w dół. Spróbowaliśmy jednak jeszcze kilka razy, aż stało się jasne, że tak tego nie załatwimy.
-Spokojnie, coś wymyślimy-powiedziała Erina.
-Jasne-odparłem, po czym uśmiechnąłem się lekko. W razie czego gotów byłem kazać im mnie zostawić, jednak tak naprawdę bardzo chciałem żyć i pragnąłem, żeby znalazł się jakiś sposób na uratowanie mnie. Wyciągnięcie stąd.
-Dobrze byłoby zawiązać ci tę linę, a potem cię wciągnąć-powiedział Zee.
-Sam tego nie zrobię-odparłem.
-Fakt. Wiązanie liny jest trudne, kiedy zamiast ludzkich rąk masz kopyta...-powiedział mój przyjaciel.
-Spróbujemy jeszcze raz. Nie łam się Arrow, damy radę-powiedziała pewnie Erina, po czym uśmiechnęła się do mnie lekko.
-Skąd masz tą pewność?-zapytałem.
-Bo jak nie uda ci się, to będę zmuszona z tobą zerwać. To będzie twoja kara, jeśli nie postarasz się z całych się dla naszych dzieci, dla mnie i przede wszystkim dla ciebie, jasne?-powiedziała moja partnerka. Byłem zaskoczona jej szczerością, ale też pewnością siebie i sposobem, w jaki przekazała mi tę wiadomość. Jednak... Dzięki temu poczułem, że faktycznie wstępują we mnie nowe siły.
-Dobra!-zawołałem, po czym chwyciłem swój koniec liny. Cofnąłem się aż pod przeciwną stronę dołu. Dzięki temu mogłem wziąć trochę większy rozbieg. Odezwała się uszkodzona kończyna, ale zignorowałem to. Ruszyłem przed siebie. Na początku wskoczyłem na resztki pnia i to pomogło mi łatwiej pokonać pierwszy, krótki odcinek drogi w górę. Całe szczęście ściana nie była zupełnie pionowa. Erina, Zee i trzeci koń ciągnęli linę z całych sił. Po kilku odbytych wcześniej, nieudanych próbach, byłem niesamowicie zmęczony, ale nie chciałem się poddawać. Mięśnie jednak znowu mnie rozbolały, tak samo noga, i już-już miałem się poddać, ale wtedy przypomniałem sobie, że robię to nie tylko dla siebie, ale też dla swoich bliskich, rodziny i przyjaciół. Wytrzymaj jeszcze trochę, Arrow-pomyślałem, dodając w ten sposób sobie otuchy. W końcu jakoś dotarłem do brzegu dołu, w tym czasie Eriny puściła już linę i podbiegła do mnie, aby pomóc mi wejść. Z czasem także Zee i drugi ogier mi pomogli, aż wreszcie znalazłem się z powrotem na powierzchni.
-Jesteś cały?-spytała z troską Erina.
-Mniej-więcej-odparłem.
-A co z twoją nogą?-zapytał Zee.
-Porządnie stłuczona, ale poza tym jest dobrze, tylko trochę boli-powiedziałem.
-Oby tylko w takim razie wszystko z nią później było dobrze. Żeby ci się nie pogorszyło...-Zee na chwilę urwał, spojrzał na mnie z lekkim niepokojem, ale widząc, że nie mam z tym żadnego problemu, kontynuował swoją wypowiedź, choć nie wrócił już do poprzedniej myśli.-Może potrzebny ci opatrunek? Jakieś zioła?-zasugerował mój przyjaciel.
-O nie, tylko nie mów mi o ziołach!-zawołałem.
-Co? Teraz do końca życia będziesz miał uraz do ziół? Trochę ciężko będzie ci w takim razie być medykiem-odparł z uśmiechem Zee.
-Jeszcze zostanę lepszym medykiem niż ty-odciąłem się.
-Jak dzieci-powiedziała Erina, przewracając oczami, a potem wzdychając.
-Ale cieszę się, że nic ci nie jest, Arrow-powiedział Zee.
-Ja też. I więcej nie rób nam takich numerów. Szukaliśmy cię kilka dni. To było straszne! Ale teraz wracajmy lepiej do klanu. Ty sobie odpoczniesz, a w międzyczasie wszystko sobie nawzajem opowiemy-zakomenderowała Erina. Nikt z nas nie miał nic przeciwko takiemu rozwiązaniu.

9.06.2019

Od Zee ,,Może coś zaiskrzy?" Misja #7

Nasz Klan wędrował po pobliskich lasach. Podczas jednego z postojów zauważyłem jednego ze źrebaków pędzących do Shiregta. Zaciekawiło mnie to. Podeszłam do nich, po czym grzecznie spytałem, czy mogę się wtrącić. Shiregt się zgodził, ponieważ wiedział że jeżeli coś by się stało to bym z chęcią mu pomógł. Źrebak zapytał, czy może pójść na spacer po okolicy. Shiregt powiedział, że musi ze sobą wziąć jednego z dorosłych koni. Zgłosiłem się. On się uśmiechnął.
- Zgoda! - powiedział. Po przyjściu do stada zanim się rozstaliśmy poczułem mocną woń od niego. Pomyślałem, że mógł go tam zostawić! Przecież to niebezpieczne! Jednak zamiast panikować pomyślałem, że przecież ten zapach mógł mu zostać po powrocie, bo ocierał się o drzewo. Myliłem się jednak... Następnego dnia obudziło mnie warczenie. Szybko wstałem.
* No nie!*- pomyślałem. Szybko zerwałem się na kopyta w panice. Nie było jednak ani jednego wilka. Podbiegłem do któregoś z koni, i spróbowałem obudzić. Po jakimś czasie wszyscy zostali obudzeni. Bez wyjątku! Było już za późno na tłumaczenie. I tak wszyscy pewnie zauważyli całą watahę wilków. Jeden z wilków, który domyślam się był władcą był strasznie podrapany. Z jego pyska kapała krew, co znaczyłoby że jest bardzo niebezpieczny. Niektórzy zaczęli uciekać, próbowali mnie przekonać do tego samego. Jednak ja stałem jak wryty. Wszystkie wilki wystraszały innych ode mnie. Jakbym był jakimś cennym skarbem! Wszyscy już uciekli, prócz Shiregta. On próbował pokonać wilki i mówił mi, bym uciekał. Jednak ja nie słuchałem go, tylko patrzyłem jak chcą go zabić. Chciałem je już atakować, kiedy nagle uciekły kurząc za sobą jakimiś metalowymi rzeczami na kółkach zrobione przez dwunogich. Odwróciłem się trzęsąc się ze strachu. Był tam... CZŁOWIEK! Shiregt szybko uciekł krzycząc, żebym uciekał. Tym razem z chęcią bym to zrobił, gdyby nie to że ten dwunogi złapał mnie na lasso. Wierzgałem się strasznie. Oni jednak nie dawali mi spokoju. Zacząłem gryźć to lasso które ten gnój zarzucił mi na łeb! Nagle zaczął mnie ciągnąć w swoją stronę. Próbowałem się wyrwać, ale nic z tego. Byłem do jego dyspozycji. Zaprowadził mnie do Dund - Us, gdzie dalej szliśmy w stronę (jak się domyśliłem ) jego domu. Mnie wsadził do boksu zamkniętego obok innego konia, a sam wszedł do swojego cieplutkiego domu. Próbowałem wyważyć drzwi, ale to nic nie dało. Koniem obok mnie okazała się być klacz o imieniu Chocolate. Powiedziała że łatwo stąd uciec, wystarczy ją poprosić.
- A ty nie chcesz ze mną? Znam pewne stado, sam do niego należę! Nazywa się Klan Mroźnej Duszy. Bardzo dużo przyjaciół byś miała... - zacząłem opowiadać.
- Nie wiem... A nie ma tam niemiłych koni? - spytała.
- Jak ty nie jesteś niemiła to i one nie są! Zobaczysz, wszystko się ułoży. - zachęcałem.
- Zgoda! - krzyknęła. Jej bramka była zepsuta. Jej właściciel ufał, więc nie robił nowej. Ona pomagała uciekać koniom, o czym właściciel nawet nie wiedział. Klacz otworzyła moje drzwi i szybko uciekliśmy. Kiedy byliśmy już w Klanie wszyscy się mnie dziwili. Co się dziwić? Przyprowadziłem nieznana nikomu klacz! Shiregtowi spodobało się to że wróciłem. Mnie też się podobało. Chocolate była nawet miła, i w moim typie. Myślę, że może coś zaiskrzy między nami...?
Koniec

Zaliczone, aczkolwiek postaraj się opanować różnego rodzaju błędy w tekście. Korekta będzie pomocna.

5.06.2019

Od Lumina Misja #10 „Zee i porno kwiatowe to złe połączenie”

Stawiając powolne kroki, myślałem tylko spokojnym dojściu do reszty klanu po samotnym spacerze po stepach Mongolii i oddaniu się w objęcia Morfeusza. Oczekiwałem od życia jedynie odrobiny spokoju na tę noc. Nagle usłyszałem coś w rodzaju szelestu parę metrów od mojego zadu. Rozejrzałem się czujnie, po czym nie zauważając źródła dźwięku, stanąłem jak wryty. Koń, który najprawdopodobniej mnie śledził, po chwili ujawnił się, wychodząc przede mnie. Mimo ciemności mogłem bez problemu dostrzec jego szlachetne rysy.
-Mam małą misję dla ciebie- rzekł, patrząc mi głęboko w oczy. Skądś znałem to spojrzenie- Przekaż to...- wskazał łbem na leżące nieopodal zawiniątko jakiegoś materiału, od którego bił czerwony kolor symbolicznych serc- Pewnej kochance Samimary, zresztą zapewne znasz- uniósł wargi do góry w tajemniczym uśmiechu- Życzę powodzenia- zmył się, zanim zdążyłem otworzyć pysk, aby dopytać o szczegóły owej towarzyszki. Swoją drogą „kochance Samimary” mówiło samo za siebie, to nie mógł być zły list. Trochę z przekorą dla dobrego wychowania impulsywnie rozwinąłem to coś w rodzaju walentynki.
-Oj, Lumino przygotuj się na skok wrażeń po tym niesprawdzonym źródle... czegoś. Da ci pewnie większego kopa niż ziółka, ale czego się nie robi dla zaspokojenia tej momentami pierdolonej ciekawości- zakwitło w moim umyśle.

Droga Marabell
-Ktoś tu chyba pomylił termin ważności tej karteczki- zaśmiałem się w duchu, pomimo tego, iż raczej ta sytuacja nie powinna mnie bawić. Zwłaszcza jako brata Mivany...

Jak ja się kocham i kocham spędzać z tobą czas. Jestem niczym zbawienie dla takiej szarej, samotnej klaczy jak ja. Jakaż ja jestem podekscytowana. ♥️

-Egoistka- mruknąłem z nieukrywanym uśmiechem.

Kocham, kocham, kocham, rozumiesz? Masz tak samo gównianą maść jak ja, jesteś fajna jak ja- widzisz ile podobieństw? Nawet jak ostatnio słyszałam, kaszlesz jak ja. Czyż to nie romantyczne?

-Kiedy Mivana będzie chora to, że kaszlę, jak ona na pewno ją pocieszy. Niezły patent- stwierdziłem.

Moje serce raduje się, jak Cię widzi ty obsrany kruku, bo słyszałam, że kochankowie lubią sobie dokazywać, więc już ćwiczę.

Miałem ochotę przyłożyć kopyto do czoła, ale niestety moja anatomia mi na to nie pozwoliła.

Pachniesz jak kwiaty, tylko trochę gorzej. Jesteś tak ładna jak kwiaty, tylko trochę brzydsza.

To potwierdza, że słowa poetów to czasem niezły bełkot. Zwłaszcza takich jak Samimara...

Może trochę bełkoczę, może trochę śmierdzę, ale w nocy ci ładnie popierdzę.
-Co to... jest- przewróciłem oczyma, nie wierząc, iż dalej czytam to gówno.

Jestem taka podekscytowana na... a zresztą zobaczysz, co będziemy robić w nocy.

-Jestem dorosły, ale chyba zbyt zjebany na ten rodzaj porno- westchnąłem.

Oczywiście będziemy zrywać robale z kwiatków, aby im ulżyć!

-Albo zwyczajnie mam brudne myśli- liczyłem na to, że list zmierza ku końcowi.

To, co tworzymy kampanię ekologiczną, aby pielęgnować twoje dzieci- kwiaty?

-Jak widać... Marabell nie gwałciła tylko ojca Mivany- uśmiechnąłem się.

Rewolucja robalowa! Haha!

-To już chyba mocno odbiegło od listu miłosnego- powiedziałem sam do siebie.

No to co? Kiedy randka? Nie każ mi czekać, lalala.

-No trochę sobie poczekasz- parsknąłem w duchu śmiechem.

Spełnię wszystkie twoje zachcianki. Nawet urwę puzdro Mikadowi i zrobię z niego trofeum.

To już zdecydowanie przekroczyło moją granicę dobrego smaku.

Trofeum, haha! Albo naszyjnik!

Gdybym dostał taki list adresowany do mnie, miałbym chyba tylko jedną prośbę- żeby strzeliła samobója.

Hah, Lumino naprawdę myślałeś, że Samimara jest taką idiotką? Gdybyś wiedział jaką minę robiłeś, gdy to czytałeś! Dobrej nocy...

~~Zee


-Mały gówniarz- pokręciłem łbem. Cóż, skoro chce, abym miał o nim taką opinię. Zastanawia mnie tylko, skąd wziął tego ogiera i darmowy podgląd...

Zaliczone. Trafił się chyba jeden czy dwa błędy, ale poza tym jest dobrze. 

4.05.2019

Od Eriny misja #13 „A ja ciebie nie”

Obudziłam się wczesnym rankiem. Arrow raczej spał, więc nie było sensu go szukać. Pogalopowałam w takim razie na przejażdżkę po lesie, w którym spotkało nas wiele przygód. Od wilków po ludzi. Po chwili zauważyłam, że na jednej z gałęzi drzewa, obok którego właśnie przechodziłam był przyczepiony mały liścik zaadresowany do mnie.
- Ciekawe co to może być? - pomyślałam.
Powoli otworzyłam go. W środku była karteczka, na której pisało:
,,
Droga Erino jesteś dla mnie całym życiem"
Po przeczytaniu wstępu nie było mi do śmiechu, widocznie ktoś się we mnie zakochał, a przecież ja kochałam Arrowa.
- Zakochałam się — powiedziałam sama do siebie z niedowierzaniem.
Tego typka nawet nie znam, lecz po krótkim zastanowieniu czytanie listu nie było rzeczą złą czytanie listu nawet takiego, jak ten, więc czytałam dalej:
,,
Jesteś dla mnie, jak strumień, gdy bardzo doskwiera mi pragnienie. Uważam, że ten głupi Arrow nie jest cię godny"
Jak ten fragment przewertowałam oczyma, byłam na niego tak wkurzona, że zamierzałam, jak najszybciej się z nim spotkać i nakopać mu do tyłka, a nawet go zabić, choć ta druga opcja była bardzo brutalna i opłacona strasznymi wyrzutami sumienia.
,, Kocham Cię całym sercem. Nie wyobrażam sobie dnia bez Ciebie kochanie moje ty klaczo nad klaczami''
- O boże. Co on sobie wyobraża. Ten głupi, nienormalny ogier. Ja kocham Arrowa nie jego.
,, Codziennie dajesz mi siłę do życia czasami trudnego, ale czasem pięknego na przykład, kiedy Cię widzę"
- To nie będę Ci się pokazywać na oczy.
,, Jesteś, jak przepiękny kwiat wyrastający na łące. Dla Ciebie mógłbym się zabić''
- Bardzo proszę, pożegnaj się z życiem, jeśli masz pisać coś takiego.
,, Nie mogę Cię opisać słowami''
- To lepiej nie opisuj, bo mam już tego totalnie dosyć.
~Twój kochający Cię wielbiciel~
- Widok jego złamanego serca byłby cudowny - pomyślałam.
Po tym liście uznałam, że wrócę do miejsca, w którym spałam i utnę sobie kolejną drzemkę. Tak zatem zrobiłam.
Obudziłam się około południa.
Wstałam i zauważyłam kwiatki z następnym kurde liścikiem miłosnym.
- No cóż, począć.
Otworzyłam go i znowu zaczęłam czytać:
,,
Dla ciebie mogę zrobić wszystko"
- Jeśli wszystko to nie wysyłaj mi już tych durnych listów, w których obrażasz Arrowa, którego chyba naprawdę zaczęłam kochać.
,,Chciałbym być ojcem źrebaków które będą dowodem naszej miłości"
- O Jezu ja jestem gotowa na źrebaki, ale z moim ukochanym, ale do jeszcze chyba dużo czasu na przygotowania do tego.
,, Chciałbym dać Ci wszystko"
- To daj mi spokój walnięty głupku.
,, Jesteś, jak jedyna gwiazda na czarnym, jak smoła niebie. Ty jesteś moim marzeniem"
- To pomarz sobie o czymś innym.
~Twój wymarzony wielbiciel~
- No z tym to, już przegiął totalnie. Aż byłam ciekawa, co napisze w następnym.
Widocznie nie musiałam długo czekać, bo po chwili moje piękne oczy ujrzały kolejny list.
- Nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy płakać, ale ponownie zaczęłam czytać.
,, Twój płacz jest, jak deszcz, przed którym nie ma schronienia, jesteś dla mnie bogiem''
- Nie wiedziałam, jak mam to skomentować. To tego nie wymagało.
,, Chcę się z tobą spotkać- dziś wczesnym wieczorem przy jeziorze gdzie spotkałaś Arrowa. Tego głupka, który ma chorobę, która uniemożliwia mu bieganie.''
- Głupi Arrow? - Ja mu dam za swoje.
Z jednej strony chciałam się z nim spotkać, żeby przemówić mu do rozumu i jak wcześniej chciałam brutalnie zabić, lub nakopać do tyłka, ale z drugiej jednak strony nie chciałam tego robić i mieć go na sumieniu. W końcu ustąpiłam i postanowiłam pójść z nim na spotkanie. Kiedy już tam byłam zauważyłam przed sobą gniadego, dobrze zbudowanego ogiera z białą, jak śnieg gwiazdą na czole.
- Witaj kochanie.
- Jak śmiesz obrażać Arrowa i nazywać mnie kochanie? - Zapytałam gniewnie.
- Nie możesz tak mówić piękna klaczko o czarnych oczach połyskujących, jak gwiazdy na niebie. Ty moja piękna. Ty wspaniała. Kocham Cię najpiękniejszy kwiecie rosnący na przecudownej łące.
- A ja Ciebie nie — powiedziałam z oburzeniem.
- Nie? Chyba się mylisz. Ja wiem, że czujesz coś do mnie. A może chciałabyś zajść w ciążę ze mną, urodzić źrebaki i spełnić moje największe marzenie?
- A może.....
Powiedziałam, po czym odwróciłam się do niego tyłem i tylnymi nogami kopnęłam go, żeby wpadł do jeziora. Oczywiście chodziło mi o to, żeby się poobijał i ranił o kamienie, których było tam dużo.
- Nie z tobą. - Dokończyłam moją wcześniejszą wypowiedź.
- Było warto.
- Słodka zemsta — Pomyślałam.
- Dobrej kąpieli kochanie — powiedziałam do niego, śmiejąc się. A potem poszłam nareszcie spotkać się z Arrowem.

Zaliczone. Popracuj tylko trochę nad interpunkcją ;)

4.05.2019

Od Mint „Nazywam się Mivana” - quest 2 z grupy ∥.


Szłam przed siebie rozluźniona, zupełnie nie spodziewając się nagłej zmiany mojego nastoju. Przymknęłam oczy, chowając się w cieniu przed wszechobecnym ciepłem. Lendo przysiadł na moim grzbiecie i coś cicho nucił w rytm moich powolnych kroków. W końcu zatrzymałam się i zwiesiłam głowę ku ziemi.
-Jaka... samotna kruszynka- usłyszałam za sobą. Dźwięk ludzkiego głosu zupełnie mnie zdezorientował, więc nie wiele myśląc, gwałtownie obróciłam się na zadzie. Ujrzałam niską kobietę o wyraźnych rysach sylwetki. Wyglądała na dość młodą, lecz mogła też równie dobrze być starsza. Niezbyt znałam się na ocenianiu wieku u ludzi. Obrzuciła mnie hipnotyzującym spojrzeniem szarych niczym delikatne tawuły, kiedy pada na nie cień. Miała grzywkę w kolorze dojrzałej wiśni, a reszta jej głowy była ogolona. Nie wyglądała na kogoś, kto na co dzień obcuje z końmi. Zarżałam rozpaczliwie, kiedy nagle gruby sznur, którym uprzednio rzuciła w moim kierunku, zacisnął się na mojej szyi. Białogłowa działała szybko, zanim zdążyłam logicznie nad czymś pomyśleć, więc byłam zdana na swój własny instynkt. Uniosłam przednie nogi ku górze i poczułam, jak się pocę i jaką rzeczywiście jestem bezsilną kruszynką w tej sytuacji. Jednak nie poddałam się. Ruszyłam przed siebie wyciągniętym galopem. Przebierając kończynami w błyskawicznym tempie, odwróciłam łeb, aby ujrzeć cóż takiego dzieje się za moimi tylnymi kopytami. Kobieta próbowała utrzymać sznur, jadąc po trawie na brzuchu. Miałam wrażenie, iż jej wyraz twarzy był definicją miny naprawdę strudzonego człowieka. Z satysfakcją wypisaną na pysku odskoczyłam, odrzucając niewiastę na bok. Moja radość nie trwała jednak długo, ponieważ usłyszałam za sobą strzał. Przyspieszyłam kroku, gdy nagle przede mną wyrósł wysoki brunet. Ludzie są bardziej nieprzewidywalni, niż dotychczas myślałam. Kiedy mijałam go, poczułam ukłucie w boku i palący ból paraliżujący moje ciało. Wbrew własnej woli upadłam niczym długa na ziemię. Próbowałam się podnieść i biec dalej jako wolna dusza po stepach Mongolii, lecz moje starania szły na darmo- a ruchy, które wykonywałam były coraz to powolniejsze. W końcu zaprzestałam jakichkolwiek prób ucieczki. Byłam w pułapce i nie miałam szans się z niej wydostać. To przykre uczucie, kiedy koń zdaje sobie z tego sprawę, lecz kto powiedział, iż zawsze w życiu będzie miło, kiedy nas tworzył. Mężczyzna podszedł do mojego boku i szybkim ruchem usunął dziwny patyk z mojego ciała, choć wciąż nie wiedziałam jakim cudem to coś wbiło się do mojej skóry. I chyba wolałam nie wiedzieć...

                                                    ~~*~~

Dałam się gdzieś doprowadzić na jakiejś linie, która oplatała mój pysk i wiodła aż do miejsca, w którym zaczynała się grzywa. Zwyczajnie nie miałam siły protestować. Ciągle przed moimi oczyma pojawiały się mroczki, a przez pierwsze parę minut wędrówki, pomimo zaprzestania biegu wciąż się bardzo pociłam, co było... w sumie dość przyjemne w ten upalny dzień. Teraz jednak na niebie zaczęły zbierać się ciemne, burzowe chmury, a przenikliwy wiatr syczał mi w uszach. Gdyby pogoda była klaczą, z pewnością miałaby bardzo zmienny charakter... Pewnie mało który ogier by z nią wytrzymał... Westchnęłam, spuszczając łeb. Ze mną już jeden się wykończył. Przynajmniej to mi zasugerował swoją wypowiedzią... Poczułam, jak gorycz przechodzi całe moje ciało od kopyt, aż do koniuszków uszu. Tak, pragnęłam miłości. Tak, pragnęłam wiernego przyjaciela. Tak, pragnęłam wiedzieć, iż ktoś mnie choćby uwielbia. A teraz nawet po Lendzie słuch zaginął. Świetnie się zapowiada. Zwłaszcza, iż parę najbliższych dni miałam spędzić u ludzi. Minęliśmy parę budynków wraz z brunetem będącym, jak już zresztą wspomniałam- na przodzie. Cały czas towarzyszyło mi uczucie, że czegoś się nawąchałam i to czegoś niezbyt dozwolonego. Nie czułam jednak tej cudownej euforii... Nie, to nie mogły być ziółka. W jakim celu miałabym je mieć podane? Prychnęłam zdegustowana, kiedy człowiek próbował mnie wprowadzić do jakiegoś ciasnego pomieszczenia. I nagle stało się coś, czego kompletnie się nie spodziewałam. Odzyskałam energię i światłość umysłu. A czegóż mój mózg pragnął teraz najbardziej? Spieprzenia stąd najszybciej jak się da. Perspektywa udanej ucieczki wydawała się tak realna i kusząca... Wybiegłam z budynku co sił w nogach, przewracając mężczyznę. Zarżałam, przez chwilę czując smak zwycięstwa, lecz wciąż nie zwalniając kroku. Po chwili jednak zorientowałam się, że nie pamiętam, gdzie teraz trzeba było się udać w tym labiryncie dziwnych ścieżek. Ta chwila wystarczyła, abym znowu poczuła to dziwne ukłucie i paraliżujący ból przez parę sekund po nim. Byłam uwięziona. Nie tylko we własnym ciele, ale także wśród dwunożnych. Chyba musiałam to w końcu naprawdę pojąć. Niby cały czas gdzieś tam zdawałam sobie z tego sprawę, ale... Zresztą, zapewne i tak, zanim zdążę pomyśleć, znowu zrobię coś nieplanowanego. To uczucie, że mogę się zawieść na samej sobie — zresztą nie po raz pierwszy, a w dodatku w każdej chwili było dość dziwne i nietypowe. Choć jako tak popierdolony koń powinnam je czuć cały czas.

                                                       ~~*~~
Będąc tu parę dni, zdążyłam poznać kogoś jeszcze. Dziewczynę o włosach dość krótkich, ale spektakularnych. Wpadały w odcień blondu, lecz wyróżniały się także na nich brązowe pasemka. Miała uroczy, zadarty nos oraz pełne wdzięku delikatne usta. Cóż ją jeszcze wyróżniało? Z pewnością wyjątkowy styl bycia- wszędzie zabierała ze sobą notatnik i długopis, okazjonalnie coś tam bazgrząc. Dość młoda i ambitna. Jednak robiła również jakieś dziwniejsze rzeczy, które zwróciły moją uwagę. Malowała kurze jaja kolorowymi farbkami i ciągle coś czyściła. Próbowała także mnie dosiadać- za każdym razem z marnym skutkiem. Widziałam jednak w jej oczach nieopanowaną miłość, szczególnie gdy zwracała się do mnie "Mój konik". Zdążyłam już jednak do tego przywyknąć, choć wciąż te słowa pozostawiały dziwne uczucia u mnie. Dziś, kiedy jednak do mnie przyszła powiedziała coś, co wprawiło mnie w jeszcze większe zaskoczenie, gładząc mnie po chrapach.
-Nazwijmy Cię zatem ... Mivana- uśmiechnęła się.
-Czyżbym się przesłyszała?- pomyślałam, czując, jak moje serce rozrywa się na części, kiedy słyszę to imię. Mivana też miała duży udział w mojej zmianie. Choć kto powiedział czy dobry?
-Tak się cieszę, że Cię mam- po jej policzkach zaczęły płynąć łzy- Czuj zaszczyt bycia moim najlepszym prezentem urodzinowym-złożyła mi pocałunek w czoło. Zdezorientowana cofnęłam się. Nazwanie mnie prezentem kojarzyło mi się zbyt mocno z przeszłością, pomimo tego, iż nie miałam podstaw do takich skojarzeń. A może po prostu czułam się wtedy bardziej wyjątkowa- niczym pakunek od losu dany pewnym koniom, których nigdy nie zapomnę?
-Córeczko, chodź na śniadanie — usłyszałam głos, którego źródła nie widziałam jednak nigdzie.
-Już, już- odrzekła, niechętnie ode mnie odchodząc-Miłej Wielkanocy.
Czy to oznaczało, iż spędzę święta u ludzi? Uh, nie mogłam myśleć samymi negatywami. W końcu poznałam jeszcze kogoś, u kogo czuję się kochana. Czułam, że ta dziewczyna ma naprawdę dobre serce i że nie chcę go łamać. Jednak musiałam kiedyś wrócić do klanu...
                                                               ~~*~~
Następnego dnia Zuzanna- bo w końcu poznałam imię mojego jeźdźca, przyszła do mnie z opaską, na której były przyczepione zajęcze uszy. Niezbyt rozumiałam, po co to zrobiła, ale zanim zdążyłam się namyśleć, założyła mi ją na głowę. Machnęłam łbem średnio zadowolona i prychnęłam.
-Musisz ładnie wyglądać. Będziesz mi pomagać w szukaniu jajek. Jak będziesz grzeczna, to coś dostaniesz- poklepała mnie po szyi. Czyżby to był jakiś kolejny dziwny zwyczaj ludzi? Chyba nigdy nie zrozumiem dwunożnych. Obietnica, że coś dostanę, była jednak kusząca. Kiedy jednak wyprowadziła mnie na podwórze za pomocą czegoś, co nazywa się kantar, usłyszałam szept jej rodziców.
-Może pokryjemy ją jakimś ogierem? Będzie miała źrebaczki na sprzedaż...
- Myślisz, że Zuza nie będzie protestowała w ich wystawieniu? Za dobrze ją znam.
-Ona nie musi o niczym wiedzieć.
Te słowa sprawiły, iż całkiem się spięłam. Ludzie to jednak ludzie. Nie powinnam tu zostawać. Przyspieszyłam kroku, już tak bardzo nie wlekąc się za swoim jeźdźcem. Postanowiłam wybadać teren. Skoro będziemy, czegoś szukać to będzie to idealna okazja do tego.
                                                      ~~*~~
Po paru godzinach spędzonych z Zuzanną znalazłyśmy wszystkie jajka, lecz ja niczego ciekawego nie wypatrzyłam. Żadnego skrótu, ciekawej ścieżki. Musiałam po prostu uciec. Kiedy więc Zuza prowadziła mnie do stajni i upewniłam się, że w pobliżu nie ma nikogo z tymi dziwnymi strzałami, po prostu przewróciłam ją i pognałam na oślep przed siebie.
-Żegnaj- pomyślałam- Kiedyś ci się odwdzięczę za tyle dobroci..

24.04.2019

Od Mint Misja #13 „Urocze spotkanie?”

Flirtujesz z ryzykiem. Śmierć za to czyha bliżej, niż ci się może wydawać i ostrzy swój miecz na spotkanie z tobą, a dokładniej z pewnym ogierem silnie powiązanym z twą osobą. Wydaje mi się jednak, że z twą brawurą będziesz wbrew zdrowemu rozsądkowi z nią walczyć. To naiwne, wierz mi... Śmierć działa na swoich zasadach, których żadna dusza nie zmieni. Spróbuj się jednak w tym całym zamieszaniu odwrócić, a ujrzysz ciemny pysk twojego kochanka, który ginie w objęciach piekła. Spokojnie jednak przyjmuj ten list do świadomości droga Mint Mirdelli — ty zostaniesz oszczędzona z tych tortur. Ma miłość do ciebie, nie pozwala na złe czyny wobec ciebie, muszę tylko wybić stojących mi na przeszkodzie.

~~Tajemniczy wielbiciel

Taki oto liścik zastałam zostawiony na moim kocu, kiedy zbudziłam się z błogiego snu, w którym mogłam wreszcie wyobrazić sobie, iż w życiu spotkało mnie szczęście. Mnóstwo niepoukładanych myśli pojawiło się w mojej głowie. Mój ptasi towarzysz chyba to zauważył, ponieważ przesłał mi pytające spojrzenie. W odpowiedzi jedynie ciężko westchnęłam, nie wiedząc co mam o tym myśleć. Najwyraźniej ktoś próbował mi jeszcze bardziej namieszać we łbie niż teraz mam namieszane. Istnie nielogiczny plan. Niech ktoś mi tylko powie, że to część moich fantazji i tak naprawdę nikt nie pisze takich listów. Byłabym wdzięczna takiemu koniowi. Niestety nikt tego nie zrobił, a ja zaczynałam coraz bardziej zastanawiać się, czy z czterokopytnymi w moim otoczeniu jest wszystko w porządku- któż mógł wpaść na pomysł, żeby przekazywać coś takiego klaczy trzymającej się do niedawna na uboczu i w dodatku niezbyt szkodliwej. Może o to właśnie chodziło? Autor myślał, że dlatego może bezkarnie pisać takie rzeczy i z uśmiechem na pysku obserwować moje reakcje. Skubany idiota... Wolałam jednak już nie wnikać w intencje tego ogiera, klaczy czy jakiegoś innego i przy tym niezbyt inteligentnego zwierza. Bardziej niepokoiło mnie to, że zna mój dawny tytuł, pochodzący z upadłego klanu...

***********

Następnego dnia dostałam kolejny zwitek papieru o następującej treści:

Mam nadzieję, iż się nie wystraszyłaś. Wiedz, iż zagrzewasz szczególne miejsce w moim sercu- a raczej pamiętaj o tym. Powinnaś to wiedzieć z poprzedniego listu, jeśli na niego spojrzałaś moja droga. Niedługo się zobaczymy ~❤️.

~~Tajemniczy wielbiciel

Naprawdę nie chciałam dostawać listów o takiej treści. Może dlatego, że przypominał mi o miłości, która okazała się zwykłą bańką utkaną ze słodyczy? Może to ona pozostawiła mi nienawiść w sercu do uczuć podobnego rodzaju? Miłość istniała tylko wtedy kiedy w nią wierzyłam... A potem sama sprawiłabym przestała być taka pewna czy jest. Uh... raz na zawsze zabiję adresata tego listu. Z dodatkową dawką emocji. Nie bezmyślnie, a z doskonałym planem. Oboje ucierpimy na psychice, lecz czego się nie robi dla satysfakcji, której nigdy nie utrzymamy na dłużej, krocząc jedynie po drodze dobroci...

*************

Kiedy znowu zobaczyłam kolejny list, rzuciłam w jego kierunku nienawistne spojrzenie. Czyż naprawdę ktoś tak bardzo mnie nienawidził albo kochał robić „niewinne” żarciki, które mieszają w czyimś umyśle? Poczułam suchość w gardle. Tak bardzo pragnąc miłości, tak naprawdę ciągle ją odrzucałam. Świecie, przynieś mi noc i sny... Tam moje nielogiczne myśli przynajmniej mają więcej sensu niż wydarzenia. Jednak szept w moim umyśle, który nalegał, abym spojrzała co jest napisane w tym liście był coraz głośniejszy, aż wreszcie poczułam, jak rozsadza moją czaszkę od siebie. Czy sama tak bardzo chciałam zniszczyć sobie dzień?

Cieszę się, iż poświęcasz tyle czasu na czytanie moich listów.
-Phi, akurat- pomyślałam w duchu.

Obiecałem, że w końcu się spotkamy. Jeśli do mnie dotrzesz. Chciałem dopisać „cukiereczku”, ale wiem, że wyszedłbym na jeszcze na większego głupca, czyż nie? Co ty powiesz, aby zobaczyć moje oblicze dziś, kiedy będzie zachodzić słońce? Może nad tym największym ze wszystkich jezior w tej okolicy- zapewne wiesz, o jakie mi chodzi...? Oh, o nic więcej się nie martw- przyjmę Cię w każdej postaci, nawet martwą.
~~Tajemniczy wielbiciel

Po tym tekście mimowolnie się uśmiechnęłam. Wyobraziłam sobie romantyczną noc mych marzeń z kimś, kto byłby w mym sercu u boku. Po chwili poczułam, jak po moim pysku płyną łzy. Byłam zbyt pechowym koniem na prawdziwą miłość. Taką, której nic nie złamie. Nie wiem, czym sobie zasłużyłam na to, iż idzie mi w tym wszystkim źle. Liczyłam jednak, że na tym świecie jest tak samo zagubiony królewicz co ja... Ehh... On był. Nawet niezbyt daleko. Wystarczyłoby tylko parę kroków, by znaleźć się u jego boku. Co mi w tym przeszkodziło?
***
Nastał późny poranek, kiedy wyruszyłam nad to wspomniane w tajemniczym liście jezioro, nie wiedząc czego się spodziewać. Nawet wolałam nie myśleć, o tym, co może mnie czekać. Kiedy potem znów sięgnęłam po to zawiniątko, które dziś otrzymałam- zrobiło mi się niedobrze. Niezbyt rozumiałam siebie w tym momencie, ale to uczucie było dla mnie bardziej niezrozumiałe niż ja sama. Ironia losu, czyż nie? Kiedy w końcu dotarłam na miejsce... poczułam, jak staje mi serce. Stojący do mnie tyłem ogier, obrócił głowę w moim kierunku. Przede mną stał ciemnogniady koń z czarną niczym popiół grzywą i zawadiackim spojrzeniem. Nie mogłam pomylić tego pyska, był to Shiregt we własnej osobie. W jednej chwili poczułam wstyd, że tak zaniedbałam naszą relację... Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, on wyręczył mnie w tym.
-Musiałem- za ten początek byłam gotowa wybaczyć mu wszystko- Wiesz, chciałem Ci powiedzieć, że jesteś świetną klaczą. Naprawdę nigdy nie chciałem Cię zranić- powiedział z pełną powagą- I wybacz za tą krwawą poezję.
-Wierzę ci- odpowiedziałam, zachowując chłodny spokój- Być może- uśmiechnęłam się tak samo, jak za dawnych lat, dając mu do zrozumienia, że nie chowam urazy- Wiedz jednak, iż mnie zraniłeś i spieprzyłeś. Po całości. Może to brzmi dziwnie, ale nie mam ci tego za złe. Być może kiedyś będę w stanie ci to wyjaśnić...

Zaliczone...

18.04.2019

Od Sarit -Misja #10 „Jesteś seksowna niczym martwa sroka”


Przemierzałam powoli trawiaste tereny i w sumie... nie miałam dokładnego celu w tym działaniu. Napajałam się ciszą, przerywaną jedynie błogim śpiewem pierwszego ptactwa. Wracałam od Shiregta i szczerze mówiąc, byłam zadowolona tym spotkaniem. Kiedyś bym się pewnie nie spodziewała, iż mogę zacząć żywić pozytywne uczucia do jakiegokolwiek władcy klanu- poprzednicy (spotkałam ich dość wiele) wydawali mi się tacy puści i nudni. Być może miałam tylko zbyt wysokie wymagania albo też zraziłam się przez tych, których spotkałam w okresie dojrzewania. Raczej byłam wtedy nastawiona na rozrywkę, niżeli na słuchanie jakichś systemów i opracowywanie mądrych planów działania. Heh, trochę mi z tego dzieciaka zostało- lecz mam wrażenie, iż przynajmniej w tym wieku zaczęłam już myśleć. Nagle z przemyśleń wyrwał mnie ogromnych rozmiarów koń. Miał bardzo dobrze wyrzeźbioną klatkę piersiową, a przynajmniej na pierwszy rzut oka na taką wyglądała. Cóż jeszcze od razu rzucało się w oczy? Jego maść, która była ciekawym połączeniem koloru czarnego oraz białego. Wyglądał na śpieszącego się gdzieś.
-Masz- powiedział do mnie bez żadnego przywitania czy wyjaśnień i podał mi jakiś liścik, na którym leżało parę zwiędłych roślin- Dla klaczy z twojego stada. Ładnej. Żółtej czy tam białej- powoli wątpiłam, iż delikwent potrafi się wypowiadać pełnymi zdaniami. Właśnie otwierałam pysk, aby się dopytać o tajemniczą damę, której mam go przekazać, kiedy ogier odwrócił się i zaczął uciekać, gdzie pieprz rośnie. Zanim zdążyłam otrząsnąć się z szoku, zniknął mi z pola widzenia.

-Co za typ- pomyślałam, gdy odzyskałam światłość umysłu i już miałam wyrzucić list w krzaki oraz zignorować całe zdarzenie, ale coś mnie tknęło. Była to ciekawość, która kazała mi ujrzeć, co jest w środku. Na swoje wytłumaczenie, stwierdziłam, iż może dowiem się, do kogo jest adresowany ów liścik.

Droga Mivano

Jeśli to czytasz, to znaczy, iż szczęśliwa gwiazda zaświeciła i list dotarł do ciebie. Oh, tak się cieszę. Moje serce zaraz eksploduje z radości i miłości do ciebie! Ty moja jedyna!


Po tym fragmencie poczęło mi się robić niedobrze, lecz czytałam dalej.

Kocham Cię całą duszą. Myślę, że seks z tobą to najlepsza rzecz pod słońcem!


Zaczęłam się uśmiechać, ponieważ wyobraziłam sobie Mivanę czytającą to. Cóż... był dość bezpośredni.

Wiem, układam piękne poezje i już nie możesz doczekać się spotkania ze mną! Jutro o poranku stoję u drzwi twego serca.
Tym razem już wybuchnęłam nieopanowanym śmiechem. Ten tekst zdecydowanie nie potrzebował komentarza.

Jesteś tak seksowna, jak martwa sroka, tak uroczo leje się z niej krew- prawie jak miłość przelewa się w moim sercu. Ty koniu o piaskowym umaszczeniu ... jesteś moją boginią!

Ten tekst był bardzo chaotyczny, ale w duchu kochałam tego konia za to, że tak bardzo mnie rozśmieszył tą denną poezją. A może właśnie o to chodziło? Może Mivana go miała właśnie za to pokochać? W każdym razie wolałam już nie wnikać w intencje autora, ponieważ zostało mi jeszcze trochę listu do przeczytania.

Oh, jaki dziś jestem słodki! Tak jak ty słoneczko. Taka kruszynka. Taka niewinna...


Ten koń jednocześnie popadał w samozachwyt i deptał dumę Mivany. Cóż za... mieszanka wybuchowa.

Kocham Cię całym sercem i duszą oraz liczę na spotkanie. Pamiętaj, że o poranku — a nie o innej porze!

~Seksowny wielbiciel

Co za podpis... Ktoś tu chyba zażywał dużo kolorowych ziółek...

Spojrzałam jeszcze na sam dół listu, gdzie widniało odrobinę zaszyfrowane imię.

Shiregt

Okej, czyli albo ktoś zna naszego władcę klanu i robi sobie z niego żarty, albo imię Shiregt nie jest takie unikalne i wyjątkowe. Chyba że to pisał rzeczywiście nasz wódz- tyle że mocno... zakręcony?

Pokręciłam głową i stwierdziłam, iż odmówię sobie przyjemności wręczania tego listu jeleniowatej klaczy. Chociaż jej reakcja mogłaby być całkiem zabawna...

Zaliczone x'D

28.03.2019

Od Halta "Dzień Zwiadowcy" Misja #14

Las. Ponure drzewa rzucały ogromne cienie w barwie atramentowej czerni. Z głębi można było wyłapać pohukiwania puszczyka, które po głębszym zwróceniu uwagi momentalnie zanikało wśród koron drzew. Gdy skupiło się wzrok na jakimkolwiek szczególe terenu, zamazywał się on w mgnieniu oka - jednak podświadomość widziała obraz owej puszczy.
Tętent kopyt. Zwróciwszy głowę w kierunku dźwięku ujrzałem tylko nicość, a za mną rozległo się rżenie. Odwracałem się, stąpałem w miejscu mamiony odgłosami lasu błąkałem się jak źrebię we mgle. Narastał we mnie coraz to większy strach. Po chwili usłyszałem złowrogi krzyk Shiregt'a. Spojrzałem w tamtą stronę, i o dziwo ujrzałem dobrze znaną mi postać. Od gniadosza pałał nieuzasadniony gniew, a jego oczy zdobiły karmazynowe refleksy. "Halt, masz natychmiast wynosić się poza granice Mongolii! Słyszysz?!" wykrzyknął. Chciałem cofnąć się o krok, jednak wszystkie mięśnie zesztywniały, odmawiając posłuszeństwa. Ogier zaczął szarżować wprost na mnie. Wiatr zawył przeraźliwie, w powietrzu unosił się metaliczny zapach krwi, a ja nie mogłem nic zrobić. Stałem, i czekałem na najgorsze.
Obudziłem się. Serce biło mi jak oszalałe, oddech znacznie przyspieszył a głowa pulsowała nieznośnym bólem. Pamiętałem tylko obraz gęstej cieczy. Mruknąłem coś pod nosem i przeczesałem dłonią włosy. Po chwili gwałtownie zatrzymałem oddech i powoli przysunąłem rękę do twarzy. To tylko sen. Jednak gdy odgarnąłem koc, pod którym spędziłem noc, ujrzałem dwie, ludzkie nogi. Ludzkie nogi, ludzkie ręce... Dotknąłem swojej twarzy. Ta również nie przypominała w żadnym stopniu pyska andaluzyjskiego ogiera, którym byłem jeszcze wczoraj. Bardzo powoli wyciągnąłem nogi za pryczę, i postawiłem pierwszy, bardzo chwiejny i niezdarny krok. Balans na dwóch kończynach zamiast czterech był o wiele trudniejszy, toteż usiadłem ponownie na łóżku. Rozejrzałem się dookoła. Znajdowałem się w niewielkiej jurcie w biało-czerwone pasy. Prycza stała na wprost drzwi wejściowych. Na lewo od nich znajdowała się niewielka kuchnia nieoddzielona zabudową od sypialni połączonej z salonem, w której stał niewielki stolik oraz moje łóżko. Na prawo zaś znajdowało się wejście do jeszcze jednego pomieszczenia. Ciekawość przewyższyła niechęć do ludzkich kształtów, więc zacząłem stawiać pierwsze kroki. Po kilku minutach ćwiczeń chodziłem jak zwykły dwunożny, udałem się więc do drugiej jurty i ostrożnie wszedłem do środka. Moim oczom ukazał chłopak w wieku może siedemnastu lat. Krótkie, brązowe włosy... Obok jego łóżka leżała podwójna pochwa z saksą i krótszym nożem do rzucania. O ścianę namiotu oparty był długi łuk oraz kołczan z tuzinem strzał o szarych bełtach. Nie chcąc budzić młodzieńca wycofałem się bezgłośnie, po czym odetchnąłem cicho. Najważniejsze było zachować spokój, i odnaleźć się w tym świecie. Rozglądając się po pomieszczeniu ujrzałem taką samą broń jak ta, którą posiadał chłopak. Opuszkami palców musnąłem rękojeść saksy i nie minęły dwie, może trzy sekundy, jak zacząłem wymachiwać bronią udając, że z kimś walczę. Po krótkim zapoznaniu się z bronią odnalazłem odzienie - lnianą koszulę, luźne spodnie, buty z miękkiej skóry oraz ciemnozielony płaszcz z kapturem.
Po włożeniu na siebie stosownych ciuchów przyjrzałem się swojej nowej postaci. Nierówno przycięte szpakowate włosy, centymetrowa broda i wyraźne rysy twarzy wyglądały znajomo. Podczas narcystycznego przeglądania się poczułem jak kawałek zimnego metalu odbił się od mojej klatki piersiowej. Ku mojemu zdziwieniu, na szyi zawieszony miałem srebrny liść dębu - odznakę pełnoprawnych zwiadowców. Zatem, czy w tym wcieleniu jestem... Zwiadowcą? Na to pytanie będzie musiał odpowiedzieć mi brunet, którego miałem zamiar niedługo obudzić. Jednak tuż przed wejściem do jego namiotu, po mojej głowie zaczęły krążyć myśli. Nie możesz tak. On nie wie, co się stało i oczekuje swojego normalnego mentora, a nie wariata, który twierdzi, że jest koniem. Przewódź mu dzisiaj, a jeśli dobrze spełnisz zadanie, jutro powrócisz do swoich.
Przypiąłem sobie do pasa pochwę, zarzuciłem na plecy kołczan i wziąłem łuk. Tajemniczy głos, kimkolwiek był, miał rację. Zamierzałem spełnić powierzone mi zdanie, więc wypadało poćwiczyć władanie bronią.

*2 godziny później*

Po dwóch godzinach mozolnych ćwiczeń postanowiłem wrócić do środka i obudzić młodzieńca. Z tego co udało mi się wywnioskować z prywatnych notatek owego człowieka, którego zastępowałem, i on, i uczeń ubóstwiają ciemny napar zwany kawą, słodzony miodem. Więc gdy tylko wróciłem do namiotu zaparzyłem w dwóch kubkach owy napój. Aromat rozszedł się po całym wnętrzu, toteż nie zdziwiłem się, gdy po kilku minutach w moim namiocie stał brązowooki chłopak, uśmiechając się ciepło na mój widok.
-Mam nadzieję, że znajdzie się i krztyna dla mnie - powiedział, patrząc na kubek, z którego pociągnąłem już spory łyk cieczy.
Uniosłem jedną brew, podając młodzieńcowi kubek z naparem.
Will, ma na imię Will.
Kolejna trafna podpowiedź od głosu.
-Willu, dzisiaj czeka nas ciężki dzień - rzekłem, ostrożnie dobierając słowa.
Uczeń w zamyśleniu kiwnął tylko głową, jakby w ogóle mnie nie słuchał.
-Halo, ziemia do Willa - chłopak lekko zdziwiony poparzył na mnie zdziwionym wzrokiem - Czy ty kiedyś zaczniesz mnie słuchać? - uśmiechnąłem się kwaśno.
-Kiedyś zacznę - wyszczerzył zęby w uśmiechu - To co dzisiaj robimy?

*Pół godziny później*

Po dłuższym objaśnieniu zadania oraz trasy, którą mieliśmy podążać, spakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy. Chłopak wyszedł na zewnątrz i obejrzał się w moją stronę: kiwnąłem głową na znak, aby szedł dalej. Nie za bardzo wiedziałem, gdzie idzie mój towarzysz. Mimo tego ruszyłem za nim żwawym krokiem i ujrzałem niewielki płot, i przywiązane do niego dwa konie: krępej budowy z kudłatą sierścią. Pierwszy z nich, najwyraźniej podopieczny Willa był siwy, zaś drugi lśnił brązami i czernią - piękny gniadosz. Podszedłem do drugiego zwierzęcia i końskim zwyczajem chciałem szturchnąć go łbem, jednak w porę opamiętałem się i niemrawo położyłem dłoń na chrapach wierzchowca. Ten popatrzył się na mnie i parsknął pytająco.
Abelard.
Głos wypowiedział imię konia, byłem tego pewien.
-Czeka nas długa droga, Abelardzie - rzekłem cicho.
Całemu zdarzeniu towarzyszyło mi dziwne uczucie. Oto sam rozmawiałem z koniem, który poddał się ludziom. Z wcześniejszej rozmowy z Willem dowiedziałem się, że są to specjalnie tresowane zwierzęta, z którymi zwiadowcy zwykli rozmawiać. Mruknąłem coś pod nosem i zabrałem się do siodłania.

*10 minut później*

Ruszyliśmy równym kłusem. Starałem się jak najlepiej naśladować ruchy młodzieńca - zgrabnie unosił się w siodle, gdy Wyrwij stąpał lewą nogą, i siadał, gdy konik stawał na prawej. Po kilkudziesięciu przejechanych metrach udało mi się opanować tę czynność, jechałem więc dumnie wyprostowany.
Wensley, wieś do której zmierzaliśmy znajdowała się jeszcze godzinę jazdy na północ.
-Słońce osiągnęło zenit, więc zostało nam jeszcze około siedmiu godzin światła dziennego - rzekłem do czeladnika.
-Więc mamy około pięciu godzin na zwiad całej wioski - odpowiedział Will po chwili namysłu.
Kiwnąłem głową w milczeniu i potarłem brodę.
-Właściwie, po co trzymać się ścisłych reguł prawa - dodałem - Ostatnio tam byłeś, szukając swojego psa. Wystarczy sprawdzić mały oddział zbrojnych i czy po okolicy nie grasują złodzieje.
Will przytaknął z uśmiechem.

*4 godziny później*

Gdy sprawdziliśmy oddział obronny i wypytaliśmy wieśniaków o bezpieczeństwo i ostatnie kradzieże, weszliśmy do oberży na krótki odpoczynek. Popijając aromatyczną kawę czas upłynął nam na luźnej pogawędce. Jednak szybko okazało się, iż pora wsiąść na koń i wracać do chaty. Podałem oberżyście dwie srebrne korony i poszliśmy osiodłać nasze wierzchowce. Ruszyliśmy raźnym kłusem, jednak drogę spędziliśmy w milczeniu. Mięśnie zaczęły mi drętwieć i piec niemiłosiernie. Na moją twarz wstąpił grymas niezadowolenia, lecz z pokorą musiałem znieść mordęgi.
Gdy tylko wyczyściliśmy i rozsiodłaliśmy konie pospiesznie usiadłem na swojej pryczy i rozmasowałem obolałe nogi. Will w tym czasie przyrządził wieczerzę, potrawkę z królika. Spojrzałem na mięso niechętnie, i odmówiłem jedzenia pod błahym pretekstem braku apetytu.
-Dobrze się spisałeś, Willu. - rzekłem, spoglądając na bruneta.
Nie usłyszałem żadnej odpowiedzi. Pochwała z moich ust musiała być dla niego czymś wielkim.

*2 godziny później*

Kładąc głowę na pryczy, poczułem ulgę. Mięśnie powoli rozluźniały się, a po chwili pogrążyłem się we śnie.
-Sprostałeś zadaniu. - Głos był wyraźnie zadowolony. - Zgodnie z umową, możesz wrócić do swojego normalnego ciała, jednak pozostawiam ci wybór: możesz także zostać człowiekiem.
Zastanawiałem się nad odpowiedzią. Przypomniałem sobie rysy Shiregta, stukot kopyt Trouble, sylwetkę Mivany... Wspomnienia ze stada dawały przyjemne poczucie bezpieczeństwa i ochrony. Zdałem sobie sprawę, że to właśnie w Mongolii zostało moje serce, honor i wiara.
-To była niesamowita przygoda, jednak zostanę wierny memu władcy i ludowi, któremu poprzysięgłem służyć.
Obudziłem się. Głowa pulsowała nieznośnym bólem, mimo to powoli dźwignąłem się na nogi. Uczucie stania na czterech nogach było zarazem czymś nowym, jak i dobrze znanym.
-Wróciłem. - mruknąłem cicho.

Zaliczone.

24.03.2019

Od Mivany ,,I tak nic nie zrobisz" Misja #13

Stałam samotnie na obrzeżach stada, skubiąc leniwie źdźbła trawy. Postanowiłam dać sobie spokój z tym ciągłym wypatrywaniem nowych ruchów i zagrywek ze strony moich obecnych przeciwników i skupiłam się na delektowaniu stateczną chwilą wytchnienia od zgiełku życia.
Na horyzoncie pojawiła się nierosła czarna sylwetka, zbliżająca się beznamiętnie w moim kierunku. Mój nastoletni kuzynek zawsze miał w sobie tyle wigoru.
- Witaj - kiwnęłam do niego głową, gdy się zbliżył. Przeżułam do końca roślinność po czym odezwałam się ponownie - Coś się stało?
- Mam ci dać mały rebus od jednej znajomej- odparł z zagadkowym wyrazem pyska.
- Dawaj, byle szybko - mruknęłam, niezbyt zainteresowana zabawami na inteligencję.
- Języki sięgające nieba i czarna krew. Już wielu poszło na tą wyprawę. Czy pójdziesz i ty?
- Kto kazał ci to przekazać - zapytałam, starając się wyczytać coś z ruchów jego ciała. Powiem szczerze, jego słowa zmartwiły mnie nieco - widać było, że autor chciał mnie zastraszyć. Wydawało się, że niczego nieświadomy Lumino przypominał mi o pożarze z mojego dzieciństwa. Ale jakim cudem, jakim prawem?
- Obiecałem nie mówić. Sama mi zawsze powtarzałaś, że danego słowa nie należy łamać - uśmiechnął się chytrze - Z resztą lubisz zagadki.
- Ta, dzięki - prychnęłam, wiedząc, że już nic więcej od niego nie wyciągnę. Z resztą, miałam już przypuszczenia. Potwierdzenie ich przyjdzie z czasem, miejmy nadzieję.

~*~

- Czekaj, wróć - wymownie zmrużyłam oczy - Co przysłoni bluszczem?
- Pamięć - powiedział usłużnie bratek.
W myślach powtórzyłam treść wiadomości. ,,Pośpiesz się, dziecię bez słońca, zanim zwiędniesz lub pamięć bluszczem przysłoni czas." To wydawało się mieć sens. Rozumiałam to, jako zachęta do robienia postępów w śledztwie, zanim umrę, lub zanim pamięć o czymś zniknie. Czy mogło chodzić o strawę śmierci mojej matki? Jeśli tak, te teksty musiała układać moja dawna nauczycielka. To było niemalże, jak przyznanie się do winy! Nie mogłam jednak zbytnio się napalać - to było dość śliskie zagranie i musiałam uważać, aby się na tym nie przejechać. Pozostawało tylko czekać.

~*~

- Co masz dla mnie tym razem? - zapytałam, widząc młodzika już z daleka - między innymi za to kochałam otwartą przestrzeń.
- Tym razem nic tak zajmującego. Zwykłe zaproszenie na spotkanie przy brzegu Chirgis zaraz po zmierzchu.
- Naprawdę? Ciekawe... - zamyśliłam się. To mogła być moja szansa na rozwiązanie zagadki nurtującej mnie od lat, a równocześnie pułapka. Wszystkie działania trzeba było podjąć z rozwagą i ostrożnością. Ale wiedziałam, że się tam wybiorę. Muszę.
- Mivana? - ściszony głos Lumina dotarł do mojej głowy, przebijając się przez kłębiące się myśli.
- Hm?
- Ale nie zrób nic głupiego, dobrze? - słysząc te słowa od niego, uśmiechnęłam się ciepło. Nie był typem, który dzielił się ze wszystkimi wokół swoimi troskami, a już na pewno nie jakimkolwiek przywiązaniem.
- Wrócę, zanim się obudzisz - powiedziałam, podchodząc do niego i dotykając jego szyję swoim łbem - O to się nie martw.

~*~

Ava pomogła mi założyć pochwę z Vespą. Z bronią przy boku czułam się o wiele bezpieczniej i pewniej. Jej srebrna, rzeźbiona rękojeść wraz z niebieską, skrzącą się skałką podnosiła na duchu. W połączeniu ze świecącym wisiorkiem trzymanym w pysku dodawała potrzebnego animuszu.
- Nie rób niczego pochopnie - skrzeknęła moja towarzyszka w formie pożegniania.
- Co wyście się wszyscy nagle tacy troskliwi zrobili. Czy ja zrobiłam kiedyś coś nieodpowiedzialnego? Dajcie spokój.
- Nie będę już ci nic wypominać, ale, na przykład, takie wbieganie dla popisu przed Shiregtem w stado ludzi nie było zbyt mądre, albo... - ptak urwał w pół zdania.
- Zatkaj dziób i pilnuj mi brata - prychnęłam zniecierpliwiona, dodając po chwili bardziej przyjaźnie - I siebie również pilnuj.
- Jasne, szefowo - sokolica wydawała się nieco urażona, jednak nie miałam czasu się nad tym zastanawiać. Czekała mnie podróż w paszczę niedźwiedzia.
Ruszyłam w stronę jeziora, krokiem pewnym i dumnym jak zwykle, aczkolwiek starając się zachować ciszę, by nie zdradzić szybko swojego położenia. W mgnieniu oka zobaczyłam połyskującą taflę, na tle której znajdowała się długowłosa postać podeszłam do niej. Nie drgnęła.
- Witaj, Kasjo. Chciałaś się ze mną spotkać - powiedziałam poważnym tonem, starając się opanować emocje, które wrzały we mnie, jak nigdy.
- To prawda - odwróciła się do mnie - Ale sądząc po twojej minie już wiesz, co chcę ci przekazać.
- Ile - zapytałam tylko. Krótkimi pytaniami, dowiem się wszystko, a potem pozbędę pasożyta, podłej morderczyni, która odebrała mi rodzicielkę...
- 6 i wiele niedokończonych - uśmiechnęła się nienaturalnie, wręcz jak zepsuty co cna szaleniec - Marabell, Mefira, Gwiazdę, Olimpia, Nainan i Vivian.
- Dlaczego ty to wszystko robisz - zapytałam. Moje uszy nie mogły już bardziej przylgnąć do szyi.
- A po co się pytasz, głupie dziecko? - odparła, z szyderstwem.
- Ty suko - warknęłam, sięgając po broń.
- Oj nie, odłóż to, moja droga. Jak chcesz wytłumaczyć to zajście? Skończysz jak Khairtail. Kto zobaczy różnicę między mną, a Cherry?
Mówiła z zaskakującą, bolesną logiką. Nie mogłam jej chwilowo nic zrobić, choć bardzo tego pragnęłam. Była nietykalna. Gniew szargał mną wewnątrz, wstrząsając moim ciałem.
- Żegnaj. Życzę powodzenia następnym razem - rzuciła beztrosko.
Patrzyłam za nią, kiedy odchodziła. Chciałam mieć pewność, że dotrzymam założonej karusowi obietnicy.

Koniec
Zaliczone.

2.01.2019

Od Hypnosa ,,Zgubne jagody" Misja #4

Zbliżał się wieczór. Przebywałem w towarzystwie Khairtai nad Uws, przypatrując się pięknemu zachodowi pomarańczowo-czerwonego słońca. Nikło ono niezbyt pospiesznie za odległym pagórkiem. Ten zaś znajdował się aż za wodą, więc nasze oczy z ledwością tam sięgały. No, przynajmniej moje, bo klacz rzeczywiście posiadała iście sokoli wzrok. Czasami słońce przebijało się jeszcze ciemnymi promieniami między poszczególnymi górkami. Jednak ta centralnie przed nami - jedna z najwyższych - przysłaniała słońce ze skutecznością. Widok był co prawda magiczny, lecz całkiem nie potrafiłem skupić się na jego pięknie. Myślałem, aby opuścić już jezioro. Byłem okropnie zmęczony. Od kiedy dołączyłem do Klanu moje życie nabrało szaleńczego pędu. Nie było dnia bez niespodzianek. Nie żyłem co prawda w strachu, gdyż odznaczałem się raczej męstwem. Mimo wszystko uczucie, że ciągle gdzieś jestem potrzebny wyczerpało mnie i jęło wysysać ze mnie młodzieńczą energię. Pożegnałem więc tylko moja towarzyszkę i postanowiłem udać się już do zagajnika. Postanowiłem przenocować dzisiaj w swoim ulubionym miejscu na polanie, blisko samego serca małego lasu. Spieszyłem się w to miejsce, więc niedługo zajęła mi podróż od jeziora do łączki między drzewami, wysuniętą nieco w jego stronę. Wparowałem na nią resztkami sił, zgarniając z krzaka, na którym zawsze rosły, kilka jagód. Dziś nie jadłem praktycznie nic, ale zrobiłem się trochę głodny. Garstka owoców wystarczyła mi jednak w zaspokojeniu tego nieznośnego uczucia. Położyłem się zaraz potem do snu. Leżałem z ugiętymi nogami na prawym boku. Zamknąłem znużone oczy, oparłem łeb o zimną od topniejącego pode mną śniegu trawę. Oddech mój stał się spokojny i głęboki, jak podczas snu. Niedługo zajęło mi zaśnięcie w miarę twardym widocznie snem, gdyż obudziłem się dopiero bardzo wczesnym porankiem. Otworzyłem powoli oczy, z początku leżąc jeszcze nieprzytomnie jakiś czas. W końcu otrzeźwiałem nieco ze znużenia zbyt długim snem, odgiąłem się do tyłu. Kręgosłup strzelił mi z ulgą kilka razy. Wyjrzałem w stronę wyjścia z polanki, między dwoma grubymi drzewami. Niebo przybrało niedawno szarawej jeszcze barwy, nie ustępując na razie błękitowi. Jasnozłote słońce próbowało przedrzeć się przez brunatności, jednak na ten czas bezskutecznie. Zimą noc przychodziła szybciej, a ustępowała później, niż latem. A ja czułem, że nie mogę dłużej leżeć. I tak spałem stanowczo zbyt długo, gdyż położyłem się spać wcześnie, bo wieczorem. Wstałem więc, przeciągając się jeszcze jak kot, aby ponaciągać kończyny. Zjadłbym śniadanie, te wczorajsze zimowe jagody były po prostu przepyszne. Spojrzałem więc z utęsknieniem na ciemnozielony krzew, rosnący kilka kroków ode mnie. Nie mogłem znaleźć ani jednego, malutkiego owocu... Przydałoby się zdobyć kilka, aby móc wrzucić coś na ząb. Wstałem pospiesznie i otrzepałem się z mokrego śniegu. Wpadło mi do głowy, gdzie mogę znaleźć moje pyszne śniadanie. Kierowałem swoje kroki na odległe wzgórze, nieco poza tereny naszego Klanu. Tam rosły gęsto krzaki z jadalnymi, ciemnymi i pięknie pachnącymi jagodami. Tymi, które ostatnio tak bardzo przypadły mi do gustu, że mógłbym jeść je mimo uczucia przepełnienia. Niestety, tegoroczna zima nie była w Mongolii zbyt urodzajna. Jednak skoro nadzieja umiera ostatnia...co mi szkodzi wybrać się tam. I tak musiałem poszukać jakiegoś śniadania, a monotonne żucie przemoczonej śniegiem i zmrożonej zielonki nudziło mnie powoli. W końcu dotarłem aż do wzgórza porośniętego jagodowymi krzewami. Musiałem wbiec pod górkę, co pozwoliło mi rozruszać lepiej obolałe po głębokim śnie kończyny i kręgi. W połowie drogi na rozległy szczyt, moją uwagę zwrócił bardzo wyraźny dźwięk galopu.
Czyżby ktoś też zgłodniał z rana, dokładnie jak ja? Jednak odgłosy dobiegały z całkiem innego kierunku, niż myślałem na początku. Otóż słyszałem je od strony pobliskiego lasu, ciągnącego się na tym i innych niedalekich pagórkach. Wtem ujrzałem spłoszone zwierzę, z pewnością nie był to jednak koń. Przyglądałem się mu zza krzaków, nie mając czasu na własną ucieczkę w razie niebezpieczeństwa. Rogi zwierzęcia zdradziły mi, że to łoś. Wyglądał na mojego wzrostu i bardzo potężnego. Przerażał mnie zarówno on sam, jak i strzały, które rozlegały się za biegnącym łosiem jeden po drugim. Oj Hypnosie, znowu wpakowałeś się z kłopoty - zacząłem oburzać się w duchu sam na siebie. W zadumie na moment straciłem łosia z oczu. Usłyszałem jednak jęk bólu. Zwierzę stukało kopytami próbując zapewne postawić się pospiesznie na nogi. Wychyliłem się zza krzewów i kilku rosnących obok drzewek i o mało nie zostałem stratowany przez krwawiące zwierzę. Całe szczęście, że szybko uskoczyłem za krzaki. Padł po chwili, dobity ostatnim strzałem. Łoś leżał konając obok drzewa rosnącego bardzo blisko jagodowych krzaków. Wiedząc, co to oznacza, wpadłem w panikę. Chciałem uciekać, ale to tylko zwróciłoby uwagę kłusowników. Podbiegli oni teraz do łosia i w kilka osób już brali na plecy okazałą zdobycz. Nagle jeden z nich dojrzał mnie ku mojemu przerażeniu. Krzyknął coś do pozostałych mężczyzn. Zbliżali się do mnie, mierząc już w mój łeb strzelbami. Otoczyli mnie. Myślałem że to już koniec, nie widziałem żadnej rozsądnej drogi ucieczki. Wtem, podbiegła do nich młoda dziewczyna i krzyknęła coś łapiąc jednego z kłusowników za ramię. Nie wiedziałem co się dzieje. Słyszałem rozmowy ludzi, ale całkiem nie potrafiłem nie odszyfrować, o czym mówili. Słowa dziewczyny sprawiły jednak, że mężczyźni rzucili strzelby. Jednak zbliżali się do mnie coraz bardziej. Próbowałem odwracać się do nich zadem i kopać, ale oni zabiegali mnie wciąż od przodu i z boków. Na nic było również cofanie, wręcz wchodzenie na krzaki, które przedtem służyły mi za niezbyt trafioną kryjówkę. Jeden z kłusowników wykonał gwałtowny ruch, co spłoszyło mnie mocno. Lina, którą rzucił, zacisnęła się na mojej krtani i z każdym szarpnięciem odcinała mi możliwość złapania oddechu. Poddałem się widząc, że to wszystko na nic. Wiedziałem, że prędzej czy później ucieknę im i że nie grozi mi raczej śmierć. No chyba, że prowadzą miejscową rzeźnię i właśnie pozyskują darmowy towar. Jeden z mężczyzn podszedł do mnie od boku i próbował wdrapać się na mój grzbiet. Co oni robią? Jeżeli myślą, że będę ich woził to mylą się! Zacząłem strzelać barany, aby utrudnić im zadanie. Wreszcie opadłem całkowicie z sił, więc musiałem poddać się. Człowiek siedział na mnie, trzymany z obu stron przez dwóch innych. Liną zarzuconą na mą szyję próbowali odwracać mi głowę. Gdy sprzedał mi kopniaka piętą, wystrzeliłem w przód galopem, nadal mając nadzieję na ucieczkę. Spiąłem się cały i tylko czekałem na moment kiedyś będę mógł zrzucić człowieka. Zacząłem tym razem dębować wysoko, szarpiąc głową. Jednak mężczyzna miał zbyt dobrą asekurację i nic to nie pomogło. Kiedy przestali sobie radzić z kierowaniem mną, czterech kolejnych poczęło ciągnąć mnie w przód i bić mocno batem. Byłem okropnie wściekły i wyczerpany, położyłem się więc. Jednak ludzie dalej działali na mnie przemocą. Trudno, może z miejsca w które mnie zaprowadzą szybciej uda mi się uciec. Szedłem więc już niespokojnie, ale tam gdzie mnie prowadzono. Droga ciągnęła się długo przez owy las, w którym miałem zamiar zjeść dzisiaj spokojnie śniadanie. Myślałem, że nie ma możliwości wymknięcia się ludziom. Mają przecież broń i jest ich bardzo wielu, nie oprę się nijako ich przemocy. Wtem, w samym sercu lasu, wpadłem na pewien plan. Ten bór wręcz roił się od wilków, a najwięcej można było ich spotkać właśnie tu. Któż inny może nieświadomie wyciągnąć mnie z rąk ludzkich, jak nie inni, liczniejsi drapieżnicy? Pytanie, jak ściągnąć tu chciwe wilki inaczej, niż jedzeniem. A może wcale nie trzeba inaczej... Niespodziewanie stanąłem w miejscu, stawiając opór z całych swoich sił. Ludzie oczywiście poczęli okładać mnie po bokach i zadzie, w końcu za którymś razem udało się któremuś z nich tak otrzeć mój naskórek, aby zaczęła lecieć z niego krew. Teraz wystarczyło jedynie wydać z siebie okrzyk bólu, poszarpać się nieco i paść na ziemię. Ludzie gorączkowo zaczęli stawiać mnie na nogi, a ja nadal starałeś się zwabić wilki. W końcu co powstrzyma pół watahy wilczych myśliwych przed uzyskaniem zdobyczy tak dużej, mięsistej, a na dodatek już rannej? Na pewno nie garstka ludzi, którzy z pewnością zaczną uciekać lub ewentualnie strzelać do pojedynczych osobników. Ale ja byłem na to gotowy do ucieczki. Wiedziałem również, gdzie się skryć, aby nie ponieść z kolei śmierci z wilczych kłów. Ku mojemu zadowoleniu, chmara wilków otaczała nas stopniowo, kryjąc się jeszcze za drzewami i badając całą sytuację. Wreszcie jeden z potężnych basiorów rzucił się w naszą stronę, a ja wykorzystałem sytuację i wyszarpałem się z rąk ludzi. W szalonym pędzie w stronę terenów Klanu, udało mi się po kilku susach zrzucić człowieka dosiadającego mnie. Moja wytrzymałość pozwalała mi biec takim tempem bardzo długi odcinek. Wilki - co prawda, też nie od razu - jednak rzuciły się na mnie, ścigając nieustępliwie. Musiałem bardzo uważać, aby nie zwołały reszty stada czyhającego wśród leśnej roślinności i nie zagrodziły mi drogi ucieczki. Po dłuższej chwili wybiegłem z lasu. Część wilków nadal mnie goniła, jednak znacznie mniejsza niż na początku i wiedziałem, że mogę szybko je zgubić. Mi nadal starczało sił na dalszy bieg. Do Klanu było dość daleko, ale ja miałem swoją kryjówkę znacznie już bliżej. Wbiegłem na szczyt stromego pagórka, oglądając się za siebie. Kilka basiorów biegło jeszcze za mną, ale były to już pojedyncze sztuki. Przyspieszyłem tyle, ile mogłem i wbiegłem w gęstwiny krzaków. Był to istny raj dla wielu zwierząt, więc wilki szybko straciły trop. Zapachy różnych gatunków mieszały się w powietrzu ze słodkimi woniami zimowych owoców. W krzakach starałem się oczyścić ranę z krwi, co jeszcze utrudniało zadanie zrezygnowanym drapieżnikom. Wygrałem. Wilki odpuściły sobie szybko, nie próbując dalej łapać tropu. Byłem ocalony. Wyszedłem jeszcze ostrożnie z krzewów, patrząc dookoła. Nie było tu żywej duszy, poza kilkoma zającami przesiadującymi w mojej kryjówce. Udałem się ze spokojem na tereny Klanu. Może czasem rzeczywiście zadowoli mnie zwykła zielona trawa na śniadanie...

Zaliczone.
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika