Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Shiregt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Shiregt. Pokaż wszystkie posty

7.11.2019

Od Shiregt'a do Mivany ,,Rysa na ideale"

— Hej, kochanie. - podkłusowałem radośnie do jeleniowatej klaczy pasącej się spokojnie w samotności i sprzedałem jej całusa w ganasz. Miv, wciąż mając na oku naszą córeczkę ścigającą zawzięcie niesione podmuchami wiatru kolorowe liście, odwróciła głowę w moją stronę; uśmiechnęła się lekko, lecz mimo to ton jej wypowiedzi był zdecydowanie surowszy:
— Nie było cię cały ranek. - mruknęła z odrobiną wyrzutu, starając się udawać całkowitą obojętność, jak niewzruszony strażnik doglądający skarbu. Westchnąłem cicho z nieco przebiegłym, wciąż pogodnym wyrazem pyska.
— No, mam nadzieję, że wybaczysz mi kiedyś ten straszny nietakt. - odparłem z nutą pretensji, przysuwając ku partnerce torbę pełną jagód goji. Ostatnie w tym sezonie. Na reakcję nie musiałem długo czekać. Kamienna kurtyna ostatecznie opadła z oblicza mojej ukochanej, aczkolwiek jak zwykle ostatnie słowo musiało należeć do niej:
— Zabrałeś mój worek. - oznajmiła dość sucho, po czym jednak dodała pełnym miłości tonem: - Dziękuję. - przysunęła w moją stronę część przysmaku. Uśmiechnąłem się, w milczeniu biorąc do pyska pierwszy owoc, po czym z czułością zetknąłem swój łeb z klaczy. Ku mojemu uradowaniu, odwzajemniła gest. Gdy wreszcie się od siebie odkleiliśmy, spojrzeliśmy sobie głęboko w oczy. Spotkały się dwa różne spojrzenia, mające przynajmniej jedną wspólną cechę: ogrom szczęścia. Jednak będąc szczerym, istniały drobne różnice w jego ilości, w jednym z nich czaiło się ziarno zmartwienia.
Zwróciłem wzrok ku małej, kochanej, myszatej postaci. Trudno było za nią nadążyć, bowiem była niezwykle energicznym i ciekawym świata źrebięciem; poza tym wyróżniała się inteligencją i otwartością. Stopień tego ostatniego bywał nawet niepokojący...Klaczka była wręcz wzorem dziecka pary królewskiej. Każdy, kto na nią patrzył, nie mógł się oprzeć uczuciu zachwytu, a ja jestem chyba najdumniejszym ojcem na świecie. Moa miała tylko jedną, jedyną wadę, i niestety był to defekt, którego nie dało się w żaden sposób naprawić. Nienawidziłem serdecznie tej myśli z tyłu głowy, burzącej idealną rodzinę, lecz nie potrafiłem się jej pozbyć. Jest jedynie księżniczką. 
Ale najważniejsze, że Mivana jest szczęśliwa. To się dla mnie liczy.
~A few days, weeks (?) later~
Przyglądałem się z uwagą córce, z zaciętą miną uparcie uderzającą kopytami w pień młodego drzewa. Widziałem w jej oczach pasję, z jaką oddawała się tej czynności, chęć do nauki, sumienność. Ma to po babci, albo po matce. - pomyślałem, uśmiechając się blado. Śledziłem każdy cios klaczki, rzucając od czasu do czasu jakieś rady, również w pełni angażując się w trening. Nie wiem przecież, ile zostało mi czasu; powinienem go dobrze wykorzystać.
Wyrwałem się z zamyślenia, całe szczęście, bowiem źrebię wykorzystało moją nieuwagę i zaczęło gonić za wiewiórką, uderzając w kolejne drzewa i krzewy. 
— Moa! - moje wezwanie wystarczyło, by przywołać córkę do porządku. Zawróciła i stanęła przed moją osobą.
— Dobrze, świetnie dzisiaj ćwiczyłaś. Teraz wykorzystaj nabyte umiejętności w walce. Spróbuj mnie odepchnąć. - młoda ustawiła się naprzeciwko z westchnieniem, zamarła na chwilę w bezruchu, po czym ruszyła na mnie i uderzyła przednimi kopytami z całej siły. Złamałem się przy trzecim kopnięciu. Nietrudno było jednak zauważyć, że bezpośrednia konfrontacja sprawia jej mniej przyjemności niż same ćwiczenia. Nie miała w sobie męskiego żaru walki...Ziarno zmartwienia, mając korzystne warunki, zaczęło szybko i bezlitośnie kiełkować. Jaki będzie ze mnie ojciec, który nie odchowa, a może i nie zobaczy następcy tronu? Co, jeżeli to moje jedyne dziecko, jedyna, zmarnowana szansa? 
— Tato...? - usłyszałem nieśmiały głosik, pełen niewypowiedzianych słów. Cała jej postawa wyrażała kilka z nich: Co zrobiłam nie tak...?
Nie, STOP. Moa nie jest z całą pewnością "zmarnowaną szansą". Wystarczyło spojrzeć na tę zdolną istotkę, by wszystkie wątpliwości odeszły chwilowo precz.
— Ach, zamyśliłem się. Wspaniale, robisz duże postępy. - oznajmiłem z uśmiechem, czule trącając małą nosem.
<Mivana?>

20.10.2019

Od Shiregt'a do Mint ,,Smutny żart"

Zebrałem kilka garści odwagi, by spojrzeć Mint w oczy, i...uśmiechnąłem się. Moja manipulacja przyniosła oczekiwany efekt, nadszedł moment oczyszczenia poprzez ten gniew i nienawiść, jaka się w tym momencie pojawiła. Trzeba będzie tylko kontrolować wulkan emocji, aby nie nastąpiła zbyt gwałtowna erupcja, dopóki z czasem nie przyjdzie zrozumienie i równowaga. Jak to mówią, chcesz pokoju, szykuj się na wojnę. Miałem szczerą nadzieję, że teraz już wszystko będzie iść ku polepszeniu sytuacji. Nie zwracałem raczej uwagi na poszczególne słowa, jednak ostatnie zdanie utkwiło mi wyraźnie w głowie. Czego ty ode mnie oczekujesz? Czego ja chcę od klaczy, którą tak naprawdę wolałbym widzieć jako jedną z tłumu poddanych mi koni, część historii, o której mnie tyle uczono? Nie polubiłem jej nowej wersji, ale wciąż pamiętałem to zauroczenie. Chciałem po prostu pomóc.
— Tego, że dostrzeżesz swoje szczęście. Oczekuję, że będziesz szczęśliwa. - odparłem cicho, odwracając się i zakłusowując w stronę stada, tym samym kończąc dyskusję i pozostawiając Mint z jej przemyśleniami sam na sam.
~Trochę czasu później~
Obudziłem się dziś wczesnym rankiem, właściwie przed wszystkimi, a jednak wszystkie obowiązki wykonałem z opóźnieniem. Spytacie, dlaczego? Kilka godzin stałem na uboczu, zmuszając się do przeżucia choć kilku kęsów trawy i znosząc ból głowy. Potem objawy ustąpiły jak kopytem odjął, a ja mogłem wrócić do życia.
~Wehikuł czasu start~
Zrobiłem kilka ostatnich kroków kłusa i zatrzymałem się, dysząc ciężko. Dopiero po pół minut zdołałem uspokoić oddech. To była zaledwie rozgrzewka. Co się ze mną dzisiaj dzieje?
— Witam szanownego pana. - usłyszałem za sobą znajomy głos. Odwróciłem się z uśmiechem ku partnerce i sprzedałem jej delikatnego całusa.
— A gdzie Moa?
— Bawi się z resztą źrebaków. Potrafi o siebie zadbać. - odparła z dumą w głosie. - Wyglądasz jak zmokły bażant. - dodała, lustrując mnie od kopyt do czubka głowy.
— Dbam o formę. - oznajmiłem z lekką pretensją.
— W takim razie ci pomogę. - tuż po tej wypowiedzi w moją stronę poleciał cios. Zablokowałem go, aczkolwiek z pewnym trudem. Zaśmialiśmy się krótko, po czym Mivana nieoczekiwanie wtrąciła z zaniepokojeniem:
— Schudłeś. - nie mogłem temu zaprzeczyć.
~~~
Pomimo brania przeróżnych leków i ziół objawy nie dawały za wygraną. Najgorsza była jednak dziwna słabość, niemoc, sprawiająca, że każdy krok wydawał się wyzwaniem. Wewnętrzny przerażający głos z każdym dniem stawała się coraz bardziej wyraźny. Podczas jedzenia trawy ni stąd, ni zowąd kaszlnąłem gwałtownie. Otworzyłem szeroko oczy, wpatrując się w czerwone plamki które pojawiły się na ziemi. Prędko przetarłem miejsce kończyną, po czym zacisnąłem zęby i ruszyłem szybkim marszem na poszukiwania.
~Wehikuł czasu stop~
Mint zastałem przechadzającą się po lesie i nucącą coś pod nosem. Na mój widok natychmiast zamilkła.
— Hej. - mruknąłem na przywitanie.
— Witaj. Co się stało, że spodobało ci się moje towarzystwo? - jej wyraz pyska nie wyrażał żadnych emocji.
— Nie przyszedłem do Mint, tylko do głównego medyka. - wysyczałem niemalże przez zaciśnięte zęby. Do klaczy chyba dotarła powaga sytuacji. Opisałem dokładnie swoje objawy, pomijając jedynie kaszel z krwią. Nie chciałem martwić Miv, gdyby jakimś "cudem" dotarły do niej te informacje. Siwo-jabłkowita w milczeniu przebadała mnie, od czasu do czasu kiwając tylko głową i mrucząc niezrozumiale do siebie. Czułem narastające we mnie napięcie i zniecierpliwienie. To nie może być nic poważnego; po prostu do tej pory używałem złych remediów. Moja towarzyszka zmarszczyła brwi, przyglądając mi się uważnie.
— Kaszlałeś może...krwią? - spytała z wahaniem. Zaległa cisza była dostatecznie jasną odpowiedzią. Dostrzegłem na pysku Mint szok i strach. Coś było bardzo nie tak.
— Jestem tylko koniem...nigdy nie mam stuprocentowej pewności, tak naprawdę wszystkie diagnozy są jedynie spekulacjami. Twoje objawy są dość nietypowe...
— Mint, proszę cię. Zrób mi tę jedną przysługę i przestań owijać w bawełnę. - westchnęła cicho.
— To może być rak. - poczułem się tak, jakby cały mój świat obrócił się o trzysta sześćdziesiąt stopni.
— To nie był śmieszny żart. - prychnąłem ze złością, kładąc po sobie uszy.
— Nie, Shi. To był smutny żart. To nie był żart...
<Mint? Hello darkness my old friend>

9.10.2019

Od Shiregt'a do Mint ,,Jaką ja tu gram rolę?"

Rzuciłem klaczy oburzone spojrzenie, jednak nie dała mi dojść do głosu.
— To jak? - uśmiechnęła się lekko, wręcz zwycięsko. Tym bardziej gorzki będzie smak porażki...zaraz, przecież nie zamierzam się odgrywać; nie będę zniżać się do tego poziomu. No, może trochę. Zaczyna sobie za dużo pozwalać.
— Podobnie jak ty. - odparowałem, dostrzegając z radością zaskoczenie rozmówczyni. - Nie uważasz chyba, że twoje wczorajsze zachowanie było przejawem jakiejkolwiek mądrości. - postanowiłem wylać z siebie wszystko za jednym zamachem i doprowadzić sprawę do końca, by nikt mi nie przerywał w połowie zdania, odwodząc od głównego wątku. - Możesz złorzeczyć i wyrzucać światu wszystkie jego wady, pamiętaj tylko, że ogranicza cię prawo. Nigdy nie stwierdziłem, że jesteśmy przyjaciółmi, bo taka relacja jest w tej sytuacji zwyczajnie niemożliwa. Chciałbym ci pomóc, ale nie dajesz mi takiej możliwości - może po prostu nie chcesz. Na to akurat nie mam wpływu. Jeżeli masz ochotę porozmawiać, możesz na mnie liczyć, ale wysłuchiwanie w kółko tego samego jest wyjątkowo nudzące. Świat nieubłaganie pędzi do przodu, a ci, którzy nie nadążają, odpadają z gry. Przeszłość minęła i nie wróci, nasze drogi się rozeszły, tworzymy dwie osobne historie, a próba ich ponownego zlepienia jest jak przekopywanie kanału z jeziora Chirgis do Uws. Serce nie sługa, zresztą myślę, że sama o tym najlepiej wiesz.
Czego ty ode mnie chcesz, Mint? Jaką ja tu mam grać rolę?
<Mint?>

5.10.2019

Od Shiregt'a do Mivany ,,Różowe rozczarowanie"

Od rana czuć było napięcie, narastające z każdą chwilą. Do Mivany bez kija lepiej było nie podchodzić. Mimo że instynkt stanowczo nakazywał mi uspokoić się i zaufać matce naturze która obdarzyła wszystkie klacze macierzyńskim zmysłem, w chwili kiedy partnerka zniknęła z zasięgu mojego wzroku, wątpliwości osiągnęły punkt kulminacyjny. Za wszelką cenę powstrzymywałem się od głupiego ruchu jakim było jej odszukanie. Prawdopodobnie nie uwolniłoby mnie to od nieprzyjemnych emocji, a jedynie je nasiliło. Przed oczami przelatywały mi setki katastrofalnych wizji. Mogą ją nagle opuścić siły i nie poradzi sobie z parciem. Źrebię może być nieprawidłowo ustawione. Albo zaplącze się w pępowinę i się udusi. Mogą się też pojawić drapieżniki, matka i młode to łatwy kąsek. Bardzo łatwy. Paradoksalnie z każdą sceną moje obawy i stres coraz bardziej ustępowały miejsca zobojętnieniu i cierpliwemu oczekiwaniu, a nawet wyobrażeniom dotyczącym samego źrebięcia. Powtarzałem jedynie w myślach: Dasz radę. Dasz radę. Dasz radę.
Przeżuwałem roślinność, rozglądając się jednak uważnie. Wtedy zauważyłem dwie sylwetki wyłaniające się z lasu. Bez wahania ruszyłem w ich stronę, nie mogąc się doczekać spotkania. Serce biło mi jak oszalałe. U boku szczęśliwej matki stąpał pokracznie, ale pewnie, piękny, rosły, myszaty...klaczka. Ona. Przez moment miałem wrażenie, jakbym dostał z liścia. Zwolniłem nieco kroku, przyjrzałem się jeszcze raz. Tak, to była przewspaniała klaczka, jak na córkę pary królewskiej przystało.
Wbrew woli poczułem na dnie duszy ziarnko rozczarowania. Gdzie podział się mój syn? Gdzie dziedzic majestatu Klanu Mroźnej Duszy? Szczerze mówiąc, nie dopuszczałem do siebie myśli, że mogłoby być inaczej. A jednak nie chował się za drzewami, by wyskoczyć z bojowym okrzykiem, szedł właśnie ku mnie, śmiejąc się radośnie i plącząc nogi. To przecież takie proste: dobry władca, jego kochana małżonka i zdolny syn. Dlaczego życie musi wszystko komplikować? 
Ten smutek został szybko zagłuszony przez falę szczęścia. W końcu to było moje dziecko, nasza latorośl, światło życia. Po chwili szoku na moim pysku pojawił się szeroki uśmiech. Spojrzałem prosto w zmęczone, ale pełne radości i miłości oczy Mivany. Zetknąłem jej wargi z moimi, pragnąc wyrazić w ten sposób gorące uczucie. Pozwoliła mi na to, ale kiedy postanowiłem podejść do córki, spotkałem się z ostrzegawczym kwiknięciem. Cofnąłem się gwałtownie kilka kroków, unikając zębów partnerki. Ochłonąłem nieco, po czym zapytałem pokornie, jakbyśmy widzieli się pierwszy raz:
— Czy mógłbym...się przywitać?
<Mivana? Nie do końca mi się podoba, ale norma chyba wyrobiona xD>

19.09.2019

Od Shiregt'a do Mint ,,Mint z bajki kontra rzeczywistość"

Wodziłem wzrokiem za oddalającą się prędko sylwetką, podobnie wiele innych koni, póki nie zniknęła za drzewami. Zagotowało się we mnie od wielu sprzecznych ze sobą uczuć. Nie miałem wyrzutów sumienia. Prawie o niej zapomniałem. Byłem nawet zły na klacz, iż ośmieliła się podstępnie wrzucić ziarnko goryczy do koktajlu błogości. Właściwie...czego mogłem się po niej spodziewać? Wierzyłem jedynie w duchu, że swego rodzaju wstrząs zainicjuje wreszcie wewnętrzną przemianę, poprzestawia hierarchię wartości na nowo. Była to jednak wciąż ta sama, mała, zakochana Mint z bajki...Miałem cichą nadzieję, że jej wypowiedź była przejawem nienawiści - to już pierwszy krok na drodze do "nowego życia". Mimo wszystko zachowałem kamienny wyraz pyska. Dostrzegłem skupione na mnie, wyczekujące spojrzenie Mivany. Jej widok działał na mnie w tym momencie pozytywnie i kojąco.
— Chodź, czas już zaczynać zabawę. - zagadnąłem. Ruszyliśmy na środek tłumu, rzucającego jeszcze pojedyncze życzenia i szepty. Wciąż czułem na sobie wzrok partnerki. - Nie będę gonić za wiatrem. Myślę, że chwila samotności dobrze jej zrobi. Poza tym, to nasza noc. I nic mi jej nie zepsuje. - trąciłem delikatnie, z czułością, klacz. Uśmiechnęła się lekko.
~Po imprezie~
Postanowiłem pobyć chwilę w samotności, poukładać jakoś myśli. Moja nowa partnerka nie miała nic przeciwko. Pasłem się z dala od stada, spojrzeniem ogarniając otaczające mnie piękno świata, kiedy pojawił się w nim całkiem nowy element. Jak widać, nie dana mi była nawet chwila spokoju. Mint szła po otwartej przestrzeni ze wzrokiem utkwionym w dali, w zamyśleniu lub też specjalnie ignorując moją osobę. Może było to działanie głupie, ale nie potrafiłem tak po prostu patrzeć na przechodzącą mi przed nosem klacz.
— Cześć. - mruknąłem.
— Oh. Witaj. - nie spodziewałem się odpowiedzi, a jeśli już, to krzyku.
— Jak wesele? - spytała nadzwyczaj spokojnym tonem, stając naprzeciwko mnie.
— Wspaniale. - odparłem prosto.
<Mint? Nie wiem, co ty chcesz z tego sklecić, ale proszę bardzo xD>

19.09.2019

Od Shiregt'a do Mivany ,,Wiem, co czuję"

Uśmiechnąłem się szeroko, wpatrując się z zachwytem w plątaną przez wiatr, czarną grzywę towarzyszki. Nieoczekiwanie stanąłem dęba, dając upust swej energii, po czym ruszyłem szalonym galopem przed siebie. Moja dowcipna, radosna Mivana powróciła, i wiem, że zawsze wyjdzie na wprost przeciwnościom losu z całą swoją mocą.
~Po powrocie~
Wracałem właśnie od medyków, gdzie przy okazji pomogłem w opatrywaniu rany kłutej, kiedy wpadłem na Mivanę. Ona z kolei miała uzyskać raport od swoich podwładnych. Naturalnym jest, że podczas naszej rozkosznej wędrówki akcja w stadzie nie mogła się "zamrozić", z czego wynikało nagromadzenie różnych spraw do załatwienia pierwszego dnia po powrocie. Prychnąłem cicho, cofając się kulturalnie kilka kroków.
— I co tam słychać u wojskowych? - spytałem, uspokajając oddech.
— Poza jedną kradzieżą, całkiem spokojnie. Jak u doktorka? - odparła prosto klacz, oganiając się od natrętnych owadów.
— Zapasy ziół są na wyczerpaniu, a zbliża się zima. Trzeba będzie zorganizować zbiórkę. - westchnąłem cicho, strząsając z pyska niesiony wiatrem jesienny liść. - Czasami zastanawiam się, czy to w końcu Mint jest medykiem głównym, czy ja. - oboje parsknęliśmy śmiechem.
— Obawiam się, że ona sama potrzebuje dobrego medyka. - oznajmiła moja partnerka, wciąż się śmiejąc - Niech wygra najlepszy. - dodała, patrząc na mnie wymownie. Trąciłem z czułością jej chrapy.
— Jeżeli już jesteśmy w temacie...jak się czujesz?
— To znaczy? A...dobrze. - odpowiedziała obojętnym tonem Miv. Widać było jednak, że to wspomnienie wywołało w niej mieszane uczucia. Pragnąłem rozwiać w końcu te wątpliwości.
— Hej. To tylko kolejny etap życia; w życiu nigdy nie mamy stuprocentowej pewności, jak zareaguje otoczenie. Robimy to, co do nas należy. Wiem, co czuję. - klacz spuściła wzrok, wzdychając cicho.
— Nie rozumiesz...To znaczy, że wszystko sobie zaplanowałeś? - spytała nagle, spoglądają mi w oczy.
— Nie, nie powiedziałbym tak. Aczkolwiek, nie chcesz tego dziecka?
— Skądże, chcę...bardzo chcę. Po prostu się boję, bo wiem, co może się wydarzyć.
— Może, nie musi. Odrobina strachu jest dobra, ale teraz odpręż się i przestań wygadywać takie głupoty. - partnerka szturchnęła mnie lekko w bok. W zamian podarowałem jej pocałunek.
~11 miesięcy później xd~
 Brzuch Mivany wyglądał, cóż, jak jedna wielka bańka. Im więcej czasu upływało, tym większe było moje zniecierpliwienie. Poruszanie się sprawiało mojej ukochanej coraz więcej trudności. Podobnie dwie klacze w klanie - cóż za zbieg okoliczności...Szczerze mówiąc, modliłem się, żeby było już po wszystkim, bo fochy i narzekania, że trawa jest zbyt zielona, zaczynały być wkurzające.
<Mivana? Powiem jedno: XD>

12.09.2019

Od Shiregt'a do Mivany ,,Rajski czas" (+18)

Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w dalszą drogę. W mojej głowie wciąż pałętała się myśl, czy aby na pewno wspólna wycieczka była dobrym pomysłem. Postanowiłem obiecać sobie, że to ostatni taki wypad na ten czas. Pokonaliśmy kawałek leśnego terenu, klucząc wydeptanymi przez zwierzynę ścieżkami, po czym wyszliśmy na otwartą przestrzeń i zaczęliśmy kłusować wzdłuż biegu rzeki Dzawchan. Wiele jej meandrów zwyczajnie przegalopowaliśmy lub przepłynęliśmy, lecz wcale nie stanowiło to ułatwienia krótkiej, ale intensywnej wędrówki. Najzwyczajniej w świecie korzystaliśmy z życia. Zewsząd dobiegał śpiew ptaków i szum liści poruszanych podmuchami wiatru, przy akompaniamencie stukotu naszych kopyt. Wszechobecna zieleń powoli ustępowała jesiennym barwom. Nigdzie nam się nie spieszyło. Czas, zaiste rajski, zatrzymał się w tej postaci.
Na pierwszy porządny przystanek, po całym dniu wspólnych swawoli, zatrzymaliśmy się w rosnącym niedaleko biegu Dzawchanu zagajniku. Kiedy zabraliśmy się do jedzenia dało się już zauważyć pierwsze oznaki zmierzchu. Słońce zachodziło mało krwawo, za to podświetlając puszyste chmury zebrane gęsto na niebie. Oboje podziwialiśmy dłuższy czas ten widok w ciszy.
— To dobry znak. Nie będzie rozlewu krwi. - skomentowałem w pewnym momencie.
— Jeżeli pogodzisz się ze swoją pozycją, to myślę, że szanse na to znacznie maleją. - odparła klacz z figlarnym uśmiechem. Jej długą grzywę wiatr targał na wszystkie strony, a złoty blask zachodzącej, słonecznej kuli uwypuklał zgrabną aparycję. Mógłbym na to patrzeć godzinami.
— Co proszę? - mruknąłem ostrzegawczo, trącając ją łbem.
— Klacz zawsze ma rację. Jeżeli nie, patrz punkt pierwszy. - oznajmiła dumnie Mivana, odpowiadając na mój gest uniesieniem ogona.
— Zaraz się przekonamy. - odrzekłem, prostując się. Zacząłem bawić się z partnerką, podskubując końcówki jej grzywy oraz szyję, stopniowo przechodząc do coraz dalszego działania.

25.08.2019

Od Shiregt'a do Mivany ,,Niech trwa jak najdłużej"

Zabawy. Tańce. Odpały. Degustacje. Rozmowy. Śmiechy. Przyjęcie już od dawna kręciło się na pełnej fali, a cała uwaga skupiona była na nas - młodej, arystokratycznej parze. Zdawało się, że co chwila ktoś do nas podchodził, żeby zamienić parę słów z osobistościami. Młode pokolenie skakało wokół starszych członków, wznosząc okrzyki lub ganiało za sobą, potrącając innych, oprócz nas.
Od kilku chwil staliśmy na uboczu i opowiadaliśmy sobie nawzajem kawały. Nie byłem w stanie określić, ile czasu upłynęło nam na hulankach. Wokół królowała niepodzielnie czarna noc, rozpraszana jedynie przez blask cienkiego sierpa księżyca, zbliżającego się ku nowiu, oraz światełka świetlików. Trawa w promieniu wielu kroków została wyjedzona i zdeptana do cna, wszystkie przysmaki się rozeszły, zostały niedobitki napoi. Zrobiło się nieco ciszej, co wcale nie oznacza, że było cicho. Większość koni przeszła do biernych czynności, jak dyskutowanie. Sądząc po stopniowo nasilającym się uczuciu zmęczenia, mimo tony adrenaliny buchającej w żyłach i upojenia szczęściem, niedługo wzejdzie słońce. Ciekawe, czy wzejdzie po zachodzie księżyca, czy najpierw zajdzie księżyc, a potem słońce? Nie, słońce wzejdzie...
— Chyba już czas. - szepnęła mi nagle do ucha Miv.
— Na co? - spytałem rozkojarzony. Trunki dawały się we znaki.
— Żeby się ulotnić. - uśmiechnęła się wyzywająco, nie tracąc zapału. Wpatrzyłem się na moment przed siebie, analizując tę wypowiedź jeszcze raz. Wreszcie również uniosłem kąciki warg i dogoniłem partnerkę, po czym puściłem się dzikim cwałem. Pożegnani gromkimi wiwatami, pognaliśmy przed siebie, obierając za cel jedno ze wzgórz. Pęd powietrza rozwiewał nam grzywy i przyjemnie chłodził rozgrzane ciała. Klacz zatrzymała się po drugiej stronie, niedaleko szczytu. Poszedłem w jej ślady. Dobrą chwilę staliśmy w tym samym miejscu naprzeciwko siebie, dysząc. Utkwiłem spojrzenie w błyszczących w mroku oczach Mivany. Mógłbym się założyć, że można się w nich utopić.
— Topię się... - mruknąłem do siebie, jednak moja towarzyszka usłyszała to.
— To z ciebie taki zimny kawał lodu? - odezwała się. Zaśmialiśmy się oboje krótko. - Chcesz iść nad jezioro? - dodała, gdy już się uspokoiliśmy.
— Nie. - odparłem krótko. Zapatrzyliśmy się w gwiazdy. Po pewnym czasie przeniosłem wzrok na jeleniowatą klacz. Nie wyglądała ani trochę na zainteresowaną, choć jej wcześniejszy uśmiech można by interpretować dwuznacznie. Chyba lepiej robić takie rzeczy na trzeźwo. Chociaż...Co nas wtedy do tego skłoni? Co, jeżeli to nasza jedyna szansa? To wszystko...czy można być tak bezgranicznie szczęśliwym?
— Co, jeśli to tylko sen? - cofnąłem się gwałtownie o krok, porażony tą myślą, wypowiedzianą na głos. Moja partnerka obróciła się ku mnie ze zdziwieniem i oburzeniem, lecz po chwili jej wzrok złagodniał. Podeszła do mnie, stykając ze sobą nasze pyski.
— Musielibyśmy śnić to samo jednocześnie. A nawet jeśli...niech trwa. Jak najdłużej. - kazała przysunąć mi głowę do swojej klatki piersiowej. - Słyszysz? Ono bije. - uleciały ze mnie niemal wszystkie wątpliwości. Jak mogłem tak w ogóle myśleć? Wymieniliśmy kilka namiętnych pocałunków. Potem Mivana zrobiła pierwszy krok piruetu. Nie był to dobry pomysł na początek, straciła równowagę, ale wylądowała dosyć zgrabnie na wszystkich czterech kopytach. Zaśmiałem się radośnie, jak dziecko, i zacząłem tańczyć.
— Kocham cię. - rzekłem. Niech trwa jak najdłużej.
~Perspektywa no. 2~
Na tle stepu i miliona gwiazd rozsianych po czarnym firmamencie para koni. Klacz i ogier, tańczyli po wyimaginowanym kole, wyginając się ku sobie, swobodnie i lekko niczym cienie. Ale oni są żywi i młodzi. Uśmiechnęła się. Wrócili do klanu, gdy wyczuli zagrożenie w postaci wilków. Stado powoli zamierało, coraz więcej par oczu się zamykało. Zasnęli obok siebie, otuleni płaszczem miłości.
~Wracamy do rzeczywistości~
— O cholera. - nie mogłem się powstrzymać przed tym komentarzem, gdy spróbowałem ruszyć przed siebie. Nogi miałem zarazem jak z waty i sztywne.
— Weź, jesteśmy w tym samym wieku. Przez ciebie czuję się staro. - mruknęła jeszcze pół przytomnie Miv. Parsknąłem cicho, rozglądając się po okolicy. Inni również zaczynali się budzić, niektórzy skubali już roślinność.
<Mivana? Rób swoje xD>

21.08.2019

Shiregt i Mivana łączą się więzem partnerskim!

Po długich, uczuciowych podchodach docierają do siebie zmęczone, lecz szczęśliwe dwie dusze - Shiregt'a i Mivany. Ci młodzi zakochani są tym bardziej wyjątkowi, iż stanowią parę królewską! Wyżej wymieniona klacz awansuje w związku z tym w hierarchii. Serdecznie gratulujemy!


21.08.2019

Od Shiregt'a do Mivany ,,Jestem najszczęśliwszym koniem na ziemi"

Mimo świadomości, iż oboje czujemy to samo, mimo wcześniejszych wyznań, podczas milczenia ze strony Mivy w moim duchu wysiało się ziarenko wątpliwości, podlewane zdenerwowaniem i poruszeniem. Teraz również te resztki zagubienia prysły, ustępując bezgranicznemu wręcz szczęściu. W ciągu paru godzin rozwiązały się niemal wszystkie moje dotychczasowe problemy. Mam u swego boku kochającą i umiłowaną klacz. Czy może być lepiej? Wprawdzie trochę inaczej wyobrażałem sobie nasze pierwsze chwile po oświadczynach, ale Mivana miała rację. Ja również byłem winny wyjaśnienia paru koniom. Przeniosłem wzrok na część klanu, która była świadkiem tego wydarzenia. Zapewne nie słyszeli zbyt dobrze słów, ale gesty były aż nadto wyraziste.
— No, na co czekacie? - odezwałem się, ruszając sprężystym, dumnym krokiem władcy ku stadzie, jednak z uśmiechem na pysku - Przekażcie innym wieści i zaczynajmy przygotowania!
Sam ruszyłem na poszukiwania ojca i brata. Szkoda, że nie ma matki, i siostry...w sumie, wszyscy dowiedzą się już po fakcie. - myślałem, szukając w tłumie znajomych głów. Znalazłem obydwoje naraz prowadzących konwersację. Mój widok wywołał u nich jakby zmieszanie.
— Anioły zstąpiły z nieba...? - spytał ze sztucznym ożywieniem, patrząc na mnie jak na wariata, który uśmiecha się na widok swojej ofiary.
— Tylko jeden anioł. - odparłem wesoło - Dziś wieczorem będziemy świętować. Ja i Mivana jesteśmy parą. - oświadczyłem, z niecierpliwością oczekując reakcji.
— To wspaniale! Cieszę się twoim szczęściem, synu. - ojciec, rozpromieniony, objął mnie szyją. Słyszałem, jak westchnął cicho z ulgą.
— Gratulacje, braciszku. Masz gust. - dodał tym razem ze szczerym entuzjazmem kasztanowaty ogier. - Kiedy zostanę wujkiem? - Dante w ostatniej chwili uchylił się przed uderzeniem.
Rozmawialiśmy jeszcze chwilę, po czym rozeszliśmy się w swoich sprawach. Ja musiałem przypilnować organizacji uroczystości, co oznaczało przydzielenie dla każdego konkretnego zadania i zadbanie o to, by zostało dobrze wykonane, zwłaszcza, że czas gonił. Informacja o moim partnerstwie rozeszła się lotem błyskawicy, a podniecenie i wraz z nim dobry nastrój udzieliły się wszystkim...no, prawie. Khairtai wciąż przypominała chmurę burzową, jeszcze bardziej agresywną, niż zwykle. Taka drobnostka nie była jednak w stanie zepsuć mi humoru. Wkrótce wszyscy uwijali się przy przygotowaniach zbierając kwiaty, mocząc ziele, znosząc przysmaki, stawiając dekoracje. Normalnie pomógłbym innym, lecz moja wybranka pewnie już czekała. Poza tym jakby nie patrzeć, to moje - nasze - święto. Szybko się uwinąłem i powierzyłem odpowiedzialność sile masy i zgraniu stada.
Galopem podążyłem z powrotem na miejsce połączenia dwóch dusz. Jeleniowatej klaczy nie było jednak nigdzie w pobliżu. W oczekiwaniu na partnerkę skubałem trawę. Minęło trochę czasu. Zacząłem zastanawiać się, czy nie powinienem pójść jej poszukać. Pokręciłem przecząco głową. Miłość opiera się na zaufaniu. Kocham ją, więc muszę jej w pełni zaufać. Wciągnąłem w nozdrza świeże powietrze przesycone zapachem mokrej ziemi. Temperatura podskoczyła w ciągu dnia powyżej zera. Szykował się całkiem ładny zachód słońca; niebo przybrało różowe i pomarańczowe odcienie. Nie można sobie wymarzyć lepszej pogody. W pewnym momencie usłyszałem jakiś cichy szmer z tyłu. Odwróciłem głowę. Tuż za mną, w dość dziwnej pozycji, stała Mivana. Kilka kroków za nią stał siwy ogier.
— Co ty robisz? - spytałem nieco zdezorientowany, ale i rozbawiony. W duchu odetchnąłem z ulgą. Natychmiast się wyprostowała.
— Nic, nic. - odparła, uśmiechając się na przekór słowom.
— Jak ja mam ci zaufać, skoro odstawiasz takie numery? - westchnąłem teatralnie. W odpowiedzi klacz złączyła nasze wargi w krótkim pocałunku. Rozległo się ciche chrząknięcie z tyłu.
— Ach...Shiregt'a, już chyba znasz, prawda? - odezwała się moja towarzyszka. - To Lumino, mój brat.
— Miło mi. - podszedłem do siwka i wymieniłem uprzejmości. W rzeczywistości znałem go już jako źrebaka, choć tylko z wyglądu. Miv odwróciła wzrok w stronę otwartej przestrzeni stepu.
— Co oni robią? - spytała z lekkim zdziwieniem, wskazując kopytem grupę koni ustawiających jakiś duży pal.
— Przygotowują wystrój na zabawę. - odrzekłem prosto. - Ta noc należy do nas, moja droga.
— Nieźle się uwinąłeś, władco. - skomentował Lumino, do tej pory bierny obserwator.
— Mów mi Shi. - odparłem przyjaźnie.
— Idziemy tam? - wtrąciła klacz, robiąc krok do przodu.
— Oczywiście.
Na szczęście przygotowania przebiegały sprawnie. Dzisiejsze wydarzenia mocno podniosły morale w klanie, ostatnio dość marne. Wieczór zbliżał się wielkimi krokami, więc oboje udaliśmy się nad brzeg Chirgis. Po porządnej kąpieli, w połowie polegającej na wzajemnym ochlapywaniu się wodą, osuszyliśmy się podczas jedzenia - woda wzmaga apetyt - po czym rozeszliśmy się w swoje strony, by w towarzystwie kilku znajomych dopracować prezencję. Z pomocą brata, Zee i Arrow'a rozczesałem porządnie grzywę oraz ogon, natłuściłem niektóre miejsca i przywdziałem przyozdobioną naturalnymi elementami obręcz z metalu. Dumny jak paw wyszedłem na spotkanie ukochanej. Na mój widok...parsknęła śmiechem. Muszę przyznać, że nie takiej reakcji się spodziewałem.
— Sorry, to naprawdę...Zaczekaj. - powiedziała stanowczo. Chwyciła zębami ozdobę i poprawiła. - Teraz...teraz jest idealnie. - dodała z aprobatą w głosie. To mi wystarczyło.
Mivana również wyglądała po prostu...oszałamiająco. Jeleniowata sierść mieniła się w promieniach słońca, w nasadę ogona wplecione było kilka małych piór, najbardziej zaś urzekł mnie duży, fioletowo-różowy kwiat za uchem klaczy.
— Uśmiechnij się. - zażądałem, po czym oznajmiłem - Bogini w czystej postaci. - Oboje spuściliśmy na moment wzrok.
— Gotowi? - rozległ się z tyłu głos Dantego. Podążyliśmy za nim ku stadu, skupionym na polu wokół dwóch wysokich kłód. Na nasz widok wszyscy utworzyli korytarz. Nie mogłem się powstrzymać od poszerzania uśmiechu podczas patrzenia na pyski koni wokół, a przede wszystkim mojej partnerki. Serce mi rosło z radości. Gdy przeszliśmy na drugą stronę tunelu, podszedł do nas mój ojciec. Odchrząknął, po czym wygłosił swą przemowę:
— Błogosławię ten związek, zrodzony z czystej miłości, oparty na wzajemnym szacunku i poznaniu. Niech nieszczęścia trzymają się od was z daleka, a wasza wierność i przywiązanie pomogą przetrwać trudne chwile, których oby było jak najmniej. Jestem z ciebie naprawdę dumny, synu. Mieć taką synową to chyba marzenie każdego ojca. - pięknie i zwięźle...jak zawsze, nie stracił wprawy.
— Dziękujemy. - odparliśmy równocześnie z wdzięcznością. Wtedy do naszej trójki przyłączył się Dante. Trącił mnie w bok, ustawiając bardziej przodem do tłumu, po czym wykrzyknął:
— Niech nam żyją!
— Niech żyją nam!
Czy on już coś wypił?
Na sam początek wypadł berek, prosta, acz zajmująca zabawa. Następne były pierwsze porcje napoi i pierwszy taniec przy akompaniamencie duetu dwóch klaczy. Zdecydowana większość koni przyłączyła się, smakołyki na razie leżały niemal nietknięte. Tańczyłem pośrodku naprzeciwko Mivany. Jej oczy błyszczały niemal równie mocno, jak pierwsze gwiazdy na niebie. Szczęście wypełniało mnie od kopyt do głów.
— Mogę się założyć, moja droga, że jestem dziś najszczęśliwszym koniem na ziemi.
<Mivana? 1020 słów. Uffffff XD>

10.08.2019

Od Shiregt'a do Mivany ,,Na zawsze"

Zaśmiałem się w duchu na słowa jeleniowatej klaczy. Cała ona, i cały ja. Zbliżyłem się do niej, tak, że prawie stykaliśmy się bokami. Wciąż nie do końca mogłem uwierzyć w swoje szczęście, na które prawdę mówiąc nie zasługiwałem. Jestem tylko prostym koniem, władcą jednego z wielu małych stad, zdobyczą dla wilków, niedźwiedzi i innych drapieżników. Ale w tej chwili to chyba najmniej ważne.
— Dobrze, że już wróciłaś. - westchnąłem cicho, w tym jednym zdaniu pragnąc zawrzeć wszystkie towarzyszące tej sytuacji uczucia. Moja towarzyszka uśmiechnęła się lekko i oparła delikatnie głowę na mojej szyi. Chłonąłem z radością dotyk ciepłego, znajomego ciała. Staliśmy tak dłuższą chwilę, obserwując pasące się w dole kopytne. Nieoczekiwanie zza drzew przesłaniających część widoku na schodzące dosyć stromo w dół zbocze wyłonił się...Boroo. Odskoczyliśmy od siebie z Mivaną jak oparzeni, starając się przybrać jak najbardziej naturalne pozy. Dlaczego? Sam nie wiem, ale na pewno nie mogliśmy zostać w bezruchu.
— Przepraszam, że przerywam. - odezwał się koziorożec, zatrzymując się kilkanaście kroków przed nami - Ale szukają cię tam na dole. - tym razem zwrócił się wyraźnie do mnie.
— Aha. - pokiwałem głową bez przekonania, ruszając we wskazanym kierunku i unikając kontaktu wzrokowego ze zwierzęciem. Klacz uczyniła to samo, nic nie mówiąc.
Na miejscu zastaliśmy dwójkę ogierów stojących naprzeciwko siebie, pilnowanych przez wojskowych, oraz gromadę dyskretnych gapiów nieco dalej. Z wyjaśnień strażników wynikało, że między Zee a Takhalem doszło do całkiem ostrej bójki w ramach jakichś prywatnych porachunków. Sytuacja została opanowana, pozostało czekać na werdykt o karze za ten wyczyn. Przeleciałem wzrokiem po oczekujących w napięciu panach, poważnych stróżach, obojętnym jak zawsze Boroo, kończąc na mojej ukochanej...po czym westchnąłem cicho, przymykając oczy, i uśmiechnąłem się lekko.
— Nie jestem dziś w nastroju. - mruknąłem pogodnie, zbliżając się do winnych. - Odejdźcie, i nie grzeszcie już więcej. - dodałem prawie że patetycznym tonem. Słyszałem, jak mój towarzysz parsknął śmiechem, aczkolwiek ogiery ukłoniły się tylko stosownie i powoli zaczęły iść w kierunku reszty stada z wzrokiem wbitym w ziemię.
— Wy też, wracajcie na swoje stanowiska. - usłyszałem obok siebie pewny, rozkazujący głos. Spojrzałem na uśmiechniętą Mivę, w którą najwyraźniej wstąpił dawny duch dowódcy legionów. Skończyłem jednak podziwiać tę scenę i ustawiłem się na wprost niej, dodając sobie śmiałości przez trochę nerwowe machanie ogonem.
— To czysta formalność, ale myślę, że to dobry moment. - klacz posłała mi zdziwione spojrzenie - Kocham cię, Mivano...i chcę, żeby tak było już zawsze. Czy zostaniesz moją partnerką? - dygnąłem lekko, czekając w napięciu na reakcję.
<Mivana? Teraz już na serio XD>

9.08.2019

Od Shiregt'a do Mivany ,,Jesteś..."

Ułożyłem się w miękkim, świeżym puchu obok Mivy, modląc się, by ta chwila mogła trwać wiecznie. Patrząc w niebo, równocześnie wodziłem wzrokiem po kokieteryjnych liniach mojej towarzyszki. Widok klaczy tańczącej, mimo że niezgrabnie i dość nieporadnie, przyprawiał mnie o szybsze bicie serca. Czułem się jak we śnie. Obłoczki pary unosiły się z naszych chrap, rozpływając się w powietrzu. Ale nic nie trwa wiecznie. Zwłaszcza to, co dobre. Magia chwili musiała ustąpić miejsca brutalnym faktom. Gdy już oboje trochę odpoczęliśmy i wyschliśmy, ona odwróciła powoli głowę w moją stronę i odezwała się jako pierwsza:
— To co się między nami stało... - urwała, unikając kontaktu wzrokowego. W jej głosie przebijały się wewnętrzne rozterki i niepewność, nie czuła się przy mnie bezpieczna. Nie mogłem się jej dziwić. Moje postępowanie było dość chaotyczne, by zdenerwować samego poczciwego Byorna. Przeżyłem naprawdę błogie chwile, ale teraz, gdy uświadomiłem sobie, że to rzeczywistość i emocje nieco opadły, trochę żałowałem swojej porywczości. 
— Przepraszam jeszcze raz za to...Ten pocałunek. Nie powinienem tak na ciebie naskakiwać. - spuściłem wzrok, starając się, by zabrzmiało to jak najszczerzej. By wiedziała, że nie mu się mnie bać. 
— Nie powinieneś. - potwierdziła. - Ale... - na moment nasze spojrzenia się spotkały. W oczach Mivany było coś dla mnie nieodgadnionego. Bardziej, niż zwykle. - Mint nauczyła cię nieźle całować. 
— Och. - tylko tyle byłem w stanie wydusić. Mimo woli na wspomnienie siwki coś we mnie drgnęło. Do umysłu wkradła się nieprzyjemna myśl. Porzuciłeś bezlitośnie miłość od nastolatka, po czym niedługo potem...zakochałeś się ponownie? Brawo. 
To nie była miłość, tylko zauroczenie. Ja i ten gniadosz to zupełnie inna bajka. - odparowałem, odsuwając takie niedorzeczne koncepcje na dalszy plan. Nagle klacz stanęła na równe nogi i rozejrzała się po pustej, zaśnieżonej polanie.
— Chodźmy do stada. - rzuciła cicho. Gdy tylko podniosłem się z ziemi, postawiła pierwszy krok przed siebie.
— Zaczekaj. Proszę. - dodałem szybko, licząc, że taka kombinacja słów odniesie lepszy efekt. Odwróciła się w moją stronę, wciąż nie podnosząc wzroku.
— Jeżeli nasza przyjaźń kiedykolwiek coś dla ciebie znaczyła, wysłuchaj mnie. - wziąłem głęboki wdech.
Jesteś słońcem na niebie w którego blasku się grzeję.
Jesteś podporą twardą jak skała, która nie wietrzeje.
Jesteś ulewą i wichurą, w której świat szarzeje, 
Ale bez niej żadna roślina nie dojrzeje.
Jesteś słodyczą jagód i życiodajną wodą.
Jesteś na smutki i trudy metodą.
- Mówiłem powoli, wyrzucając z siebie wszystko, co leżało mi na sercu. - Długo to ignorowałem, tłumiłem. Chciałbym to logicznie wytłumaczyć, lecz...nie potrafię. Nie umiem bez ciebie żyć. - zamilkłem na chwilę, przymykając oczy. Czy ona może czuć to samo? Znalazłem w sobie wreszcie jakieś pokłady odwagi. Raz się żyje. - Kocham cię, Mivano Kataxo.
<Mivana? Ba dum tss>

16.07.2019

Od Shiregt'a do Mivany ,,Mój świat się skończył" Cz. V

Świeży śnieg skrzypiał pod moimi kopytami, za każdym krokiem otulając moje nogi do połowy nadpęcia. Strzeliste korony iglaków obsypane twardymi, odpornymi na mróz igłami kontrastowały z olśniewającą bielą puchu. Na razie nie miały za bardzo czego się obawiać, temperatura dopiero przygotowywała się do poważnego spadku. Pogoda zdążyła już jednak wystraszyć większość istot żywych. Ptaki zamarły i straciły swój głos lub odleciały hen, daleko, do cieplejszych krajów. Słychać było tylko ciszę - tak, jak słyszy się hałas - dopełniającą zimowy krajobraz. Niepokojące, świdrujące uszy milczenie, w którym wszystkie echa myśli i krzyki z głębi duszy słychać było bardzo wyraźnie. 
Daj sobie pomóc. Masz przyjaciół, dom, rodzinę, władzę. Uniosłem powoli kończynę i zakreśliłem na śniegu półokrąg. Następnie prosta linia, dwie, trzy. Koło. Mivana odeszła. Nic już nie ma sensu. Cofnąłem się, podziwiając rysunek, po czym sam zacząłem go wykonywać. Płynnie, w najwyższym skupieniu. Bez emocji, jak konający wąż wijący się we własnych splotach. Ustąpienie od boku, skręt łopatki, zagalopowanie ze stępa, okręgi, zmiany kierunku, krzyżowanie. Wysiłek dawał mi ukojenie, poczucie zatracenia. Nagle stanąłem jak wryty, zapadając się w zaspie prawie po nadgarstki. Nie mogłem się przesłyszeć. To było wyraźne trzeszczenie podłoża pod czyimiś kopytami i...głośne westchnienie. Nic nadzwyczajnego, ale musiałem to sprawdzić. Ostrożnie, niczym przyczajony szpieg, posuwałem się między drzewami ku źródle odgłosów. Zacisnąłem zęby i wyjrzałem nieznacznie za nagie gałęzie krzaków. 
Stała tam, między jarzębiną obwieszoną oszronionymi, bordowymi owocami a niskim wiązem zwieszającym smętnie puste gałęzie, tyłem do mnie, wpatrując się w rozciągający się za lasem rozległy step i jezioro. Jej jasna sierść błyszczała w słońcu jak wypolerowany kryształ. Splątaną grzywę i ogon wiatr smagał lekko. Jej długie, smukłe, ciemne nogi, zaokrąglony zad, zgrabne ciało...stałem tak jak zamurowany, wstrzymując oddech, byle tylko nie spłoszyć tej niezwykle realistycznej wizji. Zdawała się dżejraną, delikatnym motylem, wystarczy jeden ruch, by odleciał na zawsze. Co, jeśli to moja jedyna szansa? - przyszło mi do głowy. Czas się przekonać. Choć jeden raz zatopić pysk w jej włosach, posmakować ust...choćby zobaczyć znajomy, uśmiechnięty pysk. Tylko jeden. Wszystko na jedną kartę.
Zacisnąłem powieki, znów otworzyłem szeroko oczy i paroma skokami znalazłem się przy klaczy. Wystraszona, odwróciła się gwałtownie, prawie sprzedając mi kopa. Nie zwróciłem na to uwagi. Nie rozpłynęła się w powietrzu, nie zniknęła jak wszystkie. Zlustrowałem z ulgą głowę, od czoła przysłoniętego długą grzywką, przez lekko wypukły nos, po szarawe chrapy, po czym utopiłem spojrzenie w ciemno-brązowych oczach. To nie sen. Ona tu jest...prawda?
— Mivana. - szepnąłem tylko, łącząc swoje wargi z jej w pocałunku. Poczułem, jak przez moje ciało przebiega przyjemny dreszcz. Namiętnie poszukiwałem jeszcze głębszego kontaktu, dającego mi prawdziwą rozkosz. Ona tu jest. Przy zaskoczeniu klaczy to ja stałem się panem sytuacji. Po kilku chwilach zdołałem się oderwać, by z niepokojem obserwować reakcję. Na jej pysku wciąż malowało się dokumentne zdziwienie, do którego dołączyło jeszcze zmieszanie. Cóż...nie dziwiłem jej się ani trochę.
— Shi? - wydukała ostatecznie. Wymówienie tej jednej sylaby musiało ją kosztować sporo wysiłku. 
— T-tak. - wymruczałem pierwszą, głupawą rzecz jaka przyszła mi do głowy. - Przepraszam. - dodałem za chwilę, spuszczając wzrok. Nie do końca tak to sobie chyba wyobrażałem...jeżeli w ogóle. Ale to nieważne. Jest tu cała i zdrowa, moja Miv.
— Nie, nie przepraszaj...A co to było, to...co robiłeś przed chwilą? - spytała zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć.
— Chodzi ci o...taniec? - zrobiłem krok w stronę polany, czując, że się rumienię.
— Chyba tak. 
Nie mam już nic do stracenia, prawda? 

A teraz, drogi czytelniku, wyobraź sobie najlepszy pokaz solo hiszpańskiej szkoły jazdy, jaki potrafisz. Następnie wklej go na mongolskie tło i...voila. Ciesz się tym wrażeniem :D
<Mivana? :3>

9.07.2019

Od Shiregt'a ,,Mój świat się skończył" Cz. IV

Błąkałem się po mongolskich rubieżach od wielu dni, nie dając swym nogom wiele chwil wytchnienia. Za każdym razem, gdy upadałem, myśl o Mivanie pozwalała mi się podnieść. Co noc, gdy moje ciało sztywniało na skałę, obraz ciepłej klaczy obok pomagał mi nie zamarznąć. Mój organizm, jakkolwiek zahartowany, również, niestety, miał swoje granice, i dawał mi to dobitnie odczuć. Naturalne potrzeby z początku nawet zaniedbywałem, ale zemściło się to dwa razy mocniej, postanowiłem więc szanować odwieczne prawa życia. Będąc już dość daleko, przestałem trzymać się jakiejkolwiek trasy, zmieniając coraz kierunek wędrówki i klucząc na przełaj po najróżniejszych ścieżkach, kierując się wskazówkami obcych zwierząt. Czy to deszcz, grad, słońce i wiatr. Mój cel był wszędzie i nigdzie. Mógł trwać w każdym lesie, bagnie, stepie, rzece, pod najbliższym krzakiem lub na najwyższej górze. Starałem się zbadać każdy skrawek terenu, unikając jednak za wszelką cenę krążenia w kółko.
Coś drobnego i zimnego spadło mi na nos. Skierowałem łeb ku górze, w tym samym momencie czując kolejne pacnięcie. Śnieżynki w wirującym tańcu opadały na ziemię w powiększającym się gronie. Z dnia na dzień topniały coraz wolniej, w rejonach górzystych zaś zdążyłem zauważyć ukryte w cieniu białe płaty. Zima zbliżała się wielkimi krokami. Westchnąłem ciężko, przyspieszając nieco kłusa. Na otwartej przestrzeni w promieniu wielu fouli nie było żywej duszy. Zaczepiłem pierwszego lepszego kruka przysiadłego nad padliną, ale on nie widział klaczy. Zdecydowałem się zboczyć do lasu, gdzie nie wystarczył jeden rzut oka na okolicę.
— Mivana! - krzyknąłem ile sił w płucach, jednak już bez większej nadziei, że ktokolwiek to usłyszy. Echo poniosło się po stepie. Przełknąłem ślinę, szepcząc to imię. Samotna łza popłynęła mi po policzku i spadła na ziemię.
Gdy tak wpatrywałem się z boku tępym wzrokiem w horyzont, a moim ciałem wstrząsały dreszcze od zimna, coś przykuło wreszcie moją uwagę. Duży kształt na granicy widoczności, w bezruchu. Nieufnie ruszyłem w jego kierunku. Zaczął przybierać bardziej konkretną formę...końską, o jasnej maści. Serce zabiło mi mocniej, przyspieszyłem do galopu, a po chwili bez zastanowienia puściłem się cwałem.
— Mivana. - rzekłem głośno do siebie, czując rozchodzącą się po całym ciele ekstazę. Koń zwrócił na mnie uwagę. Byłem już niedaleko, kiedy zacząłem zdawać sobie sprawę, że coś jest nie tak. Była...był bardzo podobny. Euforia opadła tak szybko, jak się pojawiła, zostawiając przerażającą pustkę. Ledwo wyhamowałem przed gościem.
— Coś nie tak? - mruknął z wyraźną niechęcią izabelowaty ogier, patrząc się na mnie jak na wariata. I chyba miał rację. - Świetnie. - dodał szybko, odwracając się.
— Zaczekaj! Nie widziałeś może gdzieś jasnej klaczy, z ciemnymi włosami i podpalaniami na nogach? Mniej więcej mojego wzrostu. - zadałem standardowe pytanie.
— Może. - rzekł z denerwującym uśmieszkiem. - Chętnie zapoznałbym się z nią bliżej...nieprawdaż? - rzekł prześmiewczo, zniżając głos z każdym słowem.
Coś we mnie pękło. Z rykiem rzuciłem się całym ciałem na nieznajomego, raniąc go zębami w łopatkę i odpychając do tyłu. Element zaskoczenia dał mi dużą przewagę. Z furią nacierałem na przeciwnika, gryząc i kopiąc bez opamiętania, rozkoszując się wonią krwi. Moim jedynym celem stało się zmiecenie tego śmiecia z powierzchni ziemi. Z początku obcy wdał się w walkę, obrzucając mnie toną oszczerstw i "słów zachęty", co potęgowało we mnie wściekłość. Później jednak, cały zakrwawiony i lekko kulejący, z zaniepokojoną miną zdecydował się na odwrót. Wtedy w szale potknąłem się i runąłem jak długi. Cud, że nic sobie nie złamałem, lecz wróg był już daleko. Na policzkach poczułem łzy bezsilności, spływające jedna za drugą, przemieszane z krwią, tworzące dwa strumyki. Skuliłem się z bólu od ran i ogarniającej mnie rozpaczy.
~Two thousands years later Trochę czasu później~
Do ostatniego miejsca pobytu stada zostały mi dwa, może trzy dni drogi. Dopuściłem do siebie myśl o bezcelowości mojego krążenia i nie miałem już innego wyboru. Mimo wszystko przyniosło mi ulgę. Zatrzymałem się nad strumieniem, mogącym zasługiwać na miano mini-rzeki, zanurzyłem szybko pysk i zacząłem łapczywie pić. Wędrówka na sucho była mało przyjemna. Gdy już zaspokoiłem pierwsze pragnienie, wszedłem głębiej do wody. Westchnąłem cicho, gdy lodowata ciecz chłodziła moje obolałe nogi. Mimowolnie skierowałem wzrok ku tafli. Falowało w niej, rzecz jasna, moje odbicie, choć w pierwszym momencie tego nie skojarzyłem. Przyglądał mi się kościsty, wychudzony osobnik z posklejaną od brudu grzywą. Na głowie tu i ówdzie skrzepy, jedna rozleglejsza rana w okolicach czoła. Wszedłem dalej, z całych sił ignorując zimno. Mivana może nagle wrócić...pf. Przydałoby się trochę ogarnąć.
~Znów przesunięcie~
Bezwolnie poddałem się powitalnym gestom. Czy to aby nie za dużo...? - pomyślałem, delikatnie próbując odsunąć się od ojca. Nie mogłem odepchnąć do siebie samolubnej myśli, że wolałbym, żeby witał mnie tak ktoś inny.

CDN

2.07.2019

Od Shiregt'a ,,Mój świat się skończył" Cz. III

Od pewnego czasu widziałem wiele pozornie nieistotnych rzeczy, niewidocznych dla innych koni. Mawiają, że miłość jest ślepa, a ja dzięki niej zauważałem i odczuwałem pustkę wokół siebie dobitniej, niż kiedykolwiek; a także twardość pni drzew, ostrość kamieni i wystających sęków, miękkość brzucha, elastyczność skóry i głęboką czerwień krwi. W najcięższych chwilach dawałem upust tęsknocie, choć brzydziłem się swych czynów. Nie potrafiłem jednak znaleźć innego, równie skutecznego środka.
Chyba zaczynam wariować.
Starałem się z całych sił patrzeć w niebo albo w ziemię, byle tylko uniknąć zaniepokojonych, pytających spojrzeń uczniów. Miałem ich dość.
— To wszystko. Możecie się rozejść. - rzekłem cicho, beznamiętnie. Konie jeszcze przez moment wahały się, po czym ostrożnie odeszły w swoje strony. Odwróciłem wzrok ku błękitnej tafli jeziora, błyszczącej w słońcu. Mimo jego obecności temperatura nieuchronnie spadała. Drzewa pozbywały się ostatnich liści. Żyzne, zielone łąki Chirgis zamierały w oczekiwaniu na białą panią. Roślinność szybko się kończyła. Nadchodziła pora na kolejną wędrówkę. Tylko gdzie? Nadstawiłem nagle uszu, jednak znów był to tylko oszukańczy wicher, wplatający w swój szum nuty podobne do rżenia konia. Dokładniej, klaczy w potrzebie. Westchnąłem, ze złością chwytając najbliższą gałąź i wgryzając się w nią z całej siły.
Jeżeli rzeczywiście jest tego warta...Jeżeli naprawdę ją kocham, to muszę coś zrobić. Musi przynajmniej wiedzieć...żeby tylko móc ją zobaczyć, ten ostatni raz. Inaczej to mnie wykończy.
Pokiwałem powoli głową do siebie. Tak, to jest sensowna myśl. Spojrzałem w kierunku klanu, poszukując głównie kasztanowatej i gniadej plamy. Były tam, ale nie mogłem mieć pewności, że są tymi, o których myślę. Powinienem się z nimi pożegnać? Raczej nie. To zrodziłoby we mnie tylko wątpliwości i utrudniło odejście, zresztą pewnie próbowaliby mnie powstrzymać. Jak rzekł pewien mądry kuc, trzeba kuć, póki żelazo gorące.
Ruszyłem więc raźnym kłusem przez las w tym samym kierunku, w którym udała się Mivana, na południowy wschód. Uśmiechnąłem się blado. Robienie czegokolwiek i podsycanie nadziei podnosiło mnie na duchu. Biegłem tak bez przeszkód jakieś kilkaset kroków, kiedy w oddali dostrzegłem trójkę koni. W dwóch z nich rozpoznałem ojca i brata, kolejny z mniejszej odległości okazał się Mint. Zwolniłem, aż w końcu zatrzymałem się przed nimi, świdrując grupkę spojrzeniem. Jestem już tak blisko wolności...
Bracie, dokąd się wybierasz? - spytał Dante z niewinną miną.
Nie mam żadnego obowiązku wam się spowiadać. - odparłem dumnie, ruszając znów do przodu.
— Shiregt'cie Altbachu... - zaczął Khonkh, jednak nie dałem mu skończyć.
— To, że się o mnie martwicie, nie upoważnia was do śledzenia i kontrolowania mnie na każdym kroku! - Mint, o dziwo, wciąż milczała, aczkolwiek nie interesowało mnie to. Fakt, że podniosłem głos, nie był jeszcze do tego stopnia ważny, ale ojciec musiał wyczuć ze swoim życiowym doświadczeniem, co się święci. Rzuciłem się, by jak najszybciej przebiec pomiędzy nimi, ale ogiery zagrodziły mi drogę. Klacz szybko przeszła na tyły. Odsłoniłem zęby i pochyliłem uszy, mając nadzieję, że samo ostrzeżenie wystarczy.
— Wiemy, że jest ci przykro, ale... - dalszych słów nie słyszałem. Wcale nie jest mi przykro. To tylko mój umysł szamoce się bezsilnie z wściekłości, nie mogąc znaleźć argumentów trafiających do usychającego jak roślina bez wody serca, a dusza rozrywa się od tego na kawałki. W oku zakręciła mi się mimowolna łza, napięcie mięśni sięgało zenitu.
— Przepraszam. - szepnąłem, z głośnym rżeniem taranując konie i pędząc przed siebie niczym huragan. Jestem wolny...wolny.

CDN

30.06.2019

Od Shiregt'a ,,Mój świat się skończył" Cz. II

Z jednej strony uświadomienie sobie, co tak naprawdę czuję, przyniosło mi swego rodzaju ulgę; rozkminiłem samego siebie, określiłem to, zdobyłem jakąś wiedzę. Tym właśnie starałem się pocieszać - pozornie nie muszę już marnować energii na szukanie odpowiedzi. Z drugiej strony ta znajomość stała się moim przekleństwem, potęgując rozpacz. Prawa fizyki i zachowania masy są nieubłagane. Tak mocno, jak kochasz, tak bardzo będziesz cierpiał. Czasem nachodzi mnie pytanie...czy miłość naprawdę jest tego warta? Wystarczy jeden wgląd we wspomnienia, bym przypomniał sobie odzew, a zbiór pamięci stał się dla mnie drugim, lepszym światem, w który często uciekałem, galopując bok w bok z jeleniowatą klaczą. Wyobraźnia z parą koni trwających w pocałunku też bywała moją przyjaciółką, o ile właśnie nie podsuwała mi kolejnych kreatywnych sposobów na zakończenie katuszy. Trwałem więc kolejne dni i tygodnie, dłużące się w miesiące i lata. Z logicznego punktu widzenia było to bezcelowe.
Już za późno. 
Przymknąłem oczy, czując smaganie wiatru na ganaszach z lewej strony, zapowiadającego gwałtowne opady. Czy gdybym wcześniej zdał sobie z tego sprawę...czy gdyby wiedziała, zrobiłaby to samo? Odwzajemniłaby to? Porzuciła całe bogactwo, które zostało jej dane. Niewykluczone, że miała swojego ogiera, nie zdziwiłbym się zresztą. Czy jeden kochanek więcej zrobiłby różnicę? Czy kiedykolwiek nasza przyjaźń coś dla niej znaczyła...? Poufna znajomość z władcą to w końcu wiele przywilejów, czemu by nie spróbować? Nie, ona taka nie jest. A może to tylko jej obraz przez różowe szkła miłości?...Nie. Mivana nie jest tym typem konia w żadnym calu. Ech...Nie wiem. Nic już nie wiem. Pytań wiele, odpowiedzi nie widać...
— Halo! Zaraz nogi ci się poplączą... - głos Khonkha wyrwał mnie z zamyślenia. Przestałem krążyć w kółko i spojrzałem na ojca spode łba, aczkolwiek zaraz się poprawiłem i wyprostowałem. Patrzyłem na ogiera z góry - jego los nie obdarzył takim wzrostem.
— Yhym. - mruknąłem jedynie w odpowiedzi. - Jak Dante i źrebaki?
— Jak na razie spisuje się w roli dobrego tatusia. - przystanął obok mnie. - Nigdy cię to specjalnie nie interesowało. - zauważył.
— A powinno?
— Wiem, jak się czujesz. - westchnął cicho.
— Nie. - zaprzeczyłem krótko, acz dobitnie. - Oboje wiemy, że matka wróci. - dodałem od niechcenia. Ojciec pokręcił głową, pokonany.
— Do zobaczenia, synu. - rzekł, po czym ruszył z powrotem do reszty klanu.
Wiedziałem, że nie jest to dla nich komfortowa sytuacja - niemoc, poczucie bezsilności, ale nie potrafiłem udawać. Nie zrozumieją, i lepiej, żeby nie rozumieli...
Już za późno.
Atoli nie da się zapomnieć. I błędne koło zatacza się po raz kolejny...

CDN

27.06.2019

Od Shiregt'a do Sarit ,,Leśne schronienie"

— Cholera. - usłyszałem obok siebie poirytowany szept klaczy. Wszyscy byliśmy już zmęczeni ciągnącą się galopadą i przeprawą przez lodowate, wzburzone wody rzeki.
— Dasz radę. Wszyscy damy radę. - powiedziałem, by dodać towarzyszce trochę otuchy, której być może potrzebowała. Dobry władca powinien dbać o takie rzeczy.
— Być może. - odparła cicho Sarit. - Ale jakim kosztem? - nie doczekała się odpowiedzi. Musiałem pogonić jedno ze źrebiąt, pod którym zaczynały uginać się nogi i zostawało w tyle. Zadarłem łeb ponad grzbietami innych koni. Na szczęście nasz cel był już blisko.
Wpadliśmy z impetem do leśnego schronienia. Z początku poczynił się gwar i hałas, rżenie, parę kopyt wystrzeliło w górę, ale po chwili sytuacja się unormowała. Wszyscy wrócili do swoich zajęć, czyli przede wszystkim skubania trawy. Słychać już było tylko szum kropel deszczu i trochę mniej przyjemne bębnienie kuleczek gradu. Wyglądało na to, że szczytowa faza burzy już minęła i pogoda powoli się wyciszała. Sam napełniałem żołądek, kiedy kątem oka dostrzegłem niedaleko kasztankę i coś mi w głowie zaświtało. Klacz nadstawiła uszu, obserwując moje zbliżanie się.
— Dziękuję za twoją pomoc. Niewiele koni ma na tyle zimnej krwi, żeby postąpić podobnie. - rzekłem, poprawiając spadającą mi do oczu mokrą grzywkę i otrząsając resztę czupryny z wody.
— To nic specjalnego. - mruknęła skromnie. - Nie udało się go uratować. - podejrzewałem, że znała go tylko z widzenia, może z imienia, aczkolwiek zawsze jest to jakaś strata.
— W tym kontekście to akurat jest najmniej ważne. - wróciliśmy do jedzenia.
<Sarit? No, pokaż, co tam masz w planach>

24.06.2019

Od Shiregt'a - Seria treningowa #7

Nadszedł ostatni dzień treningu. Najtrudniejszy ze wszystkich, i to nie z powodu zakwasów, zmęczenia czy braku pomysłów. Siebie nie oszukasz; ze świadomością, że to już finał, prawie że meta, masz najmniej chęci i najwięcej wymówek. W końcu można by już odpuścić. Wykonałem już kawał dobrej roboty, czemu nie miałbym sobie pozwolić na odpoczynek?
Wytrwale ignorowałem te nawoływania, wchodząc do lasu. Aby uprzyjemnić sobie nieco ostatnie intensywniejsze ćwiczenia, postanowiłem w ich ramach zrobić to, co lubiłem w aktywności fizycznej najbardziej: potańczyć. Po pewnym czasie dotarłem na dość oddaloną od stepu polanę w środku puszczy. Nie było to może najbezpieczniejsze miejsce, jednak z pewnością nikt nie mógł mnie usłyszeć ani zauważyć. Nucąc pod nosem, zacząłem rozgrzewać się za pomocą przejść, wydłużania i skracania chodów oraz jak najbardziej regularnych wolt. Następnie przeszedłem do kluczowej części: figur, wykonywanych na najróżniejszych pokręconych ścieżkach, kołach i sierpach wydeptywanych wśród traw. Na wielki finał zagalopowałem po prostej i wyskoczyłem w powietrze. Przez chwilę, jak zwykle, miałem uczucie lotu. Wylądowałem z uśmiechem, parskając radośnie.
Tak. Teraz jestem usatysfakcjonowany.

Wiem, że nie było to wstawiane ciągiem. Będąc jednak poza domem, nie miałam takiej możliwości i proszę pokornie o wybaczenie oceniającego.

Zaliczone

24.06.2019

Od Shiregt'a - Seria treningowa #6

Dziś przyszedł czas na sprawdzenie umiejętności w walce. Wcześniej podreperowana przeze mnie pod różnymi kątami sprawność miała tu drugorzędne znaczenie - liczyła się przede wszystkim technika, sposób zadawania ciosów i zdolność ich unikania, której nie dało się wyszkolić inaczej, jak w prawdziwej potyczce. Możesz przenosić góry i wić się jak wąż, a bez metody niewiele zdziałać. Byłem pod tym względem jednym z tych wybitniejszych, lecz od dłuższego czasu - z drugiej strony całe szczęście - nie ćwiczyłem tego. Wszystko, co nieodnawiane, niedoskonalone, niekorygowane, powoli zanika. To powszechnie znana prawda.
Obudziłem Boroo o świcie, żeby nie niepokoić innych członków klanu. Odeszliśmy na odległość zagłuszającą wszelkie możliwe odgłosy walki. Ustawiliśmy się naprzeciwko siebie i rozpoczęliśmy pojedynek. Krążyliśmy naokoło dobrą chwilę, oceniając przeciwnika, po czym zwarliśmy się. Koziorożec mnie nie oszczędzał, i mogłem to odczuć, aczkolwiek skończyło się tylko na małych ranach po obu stronach. Później spróbowałem z bronią, będącą przeciwwagą dla rogów mojego towarzysza.
Po powrocie do stada zdążyłem się jeszcze nawet zdrzemnąć.

24.06.2019

Od Shiregt'a do Mivany ,,Mój świat się skończył"

Kończyny odmawiały mi posłuszeństwa. Po prostu mnie zamurowało. Oddech przyspieszał coraz bardziej, choć nie było to zbyt widoczne, robiło mi się słabo. Przed oczami latały mi czarne płaty. W głowie dudniło echo słów Mivany, pasujących do siebie równie dobrze jak elementy układanki przedstawiającej latającą rybę na drzewie winogronowym z fruwającymi dookoła krwiożerczymi motylkami.
Co? Gdzie? Jak? To absurd. Jeden z tych chorych żartów. Po prostu zmęczyła ją zabawa.
Co ona zamierza niby zrobić? Masz wszystko, czego pragnie większość koni...władzę, rangę, przyjaciół, dostatek. 
Pewnie wpłynęłoby to na nią dobroczynnie, ale...znacznie lepiej porozmawiać niż skazywać się na wieczną samotność i boleść tylko dla stabilizacji ducha, nie? 
Powiedziała może. Może...nie może. Prawda? Nie może. PRAWDA?
Potrząsnąłem gwałtownie głową, pozbywając się dziwnego uczucia sparaliżowania, jednak klaczy już nie było w zasięgu mojego wzroku.
— Mivana!
Pognałem przed siebie na złamanie karku, prosto, byle jaką ścieżką, nie dbając o cierniste krzaki i ślizgając się na mokrej od rosy trawie. Zacząłem miotać się po całej okolicy, przetrząsać każdy krzak, budząc połowę mieszkańców puszczy swoimi wrzaskami, by odszukać utęskniony, dający powietrze widok. Czułem, jakbym dusił się wewnętrznie. Powoli rozpacz i tęsknota pod wpływem ziół zaczęły przeradzać się w żałośliwy gniew zmieszany z paniką. Jak ona śmie tak mnie straszyć?! Nie mogła zniknąć. To tylko pieprzony sen. Ta cała sytuacja jest zbyt abstrakcyjna, by mogła być czymś więcej. Wycieńczony lataniem w tę i z powrotem, stanąłem w końcu pod którymś drzewem. Dębem. Z grymasem złości na pysku dyszałem ciężko. Nie próbowałem nawet powstrzymywać łez, skapujących na korzenie i wsiąkających w ziemię. Powieki robiły się coraz cięższe. Próbowałem protestować, zadzierając głowę ku niebu, ale Morfeusz okazał się silniejszy.
~Następnego dnia~
Ktoś trącił mnie w szyję, mrucząc coś zza mgły. Otworzyłem szeroko lekko zapuchnięte oczy, ale przed sobą miałem tylko zalany słońcem step widoczny poprzez gałęzie drzewa. Mój spoczynek był serią koszmarów z jeleniowatą klaczą w roli głównej, straszniejszą tym bardziej, że nie mogłem się obudzić. Sny trwały bez końca, następowały po sobie jeden po drugim...Lecz najgorszy dopiero się zaczyna. 
Znów przygryzłem wargę, jednak tuż obok siebie zauważyłem Dantego z nienaturalnym wyrazem pyska przypominającym zmartwienie. Prędko się ogarnąłem i wlepiłem w niego zdziwione spojrzenie.
— Hej, bracie...wszystko okey? - wciąż wpatrywałem się w niego tępym wzrokiem, próbując zrozumieć, co miał przez to na myśli.
— Tak. Coś mnie ominęło? - spytałem niewinnie, próbując zatrzeć głosem ślady po łzach i liczne zadrapania. Kasztan milczał przez chwilę, wpatrując się w mnie z najwyższą powagą.
— Shiregt...proszę. - wyrzekł z trudem te dwa słowa, wciąż patrząc mi w oczy. Odwróciłem głowę, unikając jego spojrzenia.
— Nie chcę o tym rozmawiać. - oznajmiłem stanowczo, dając wyraźnie do zrozumienia, że na więcej nie ma co liczyć. Przeszedłem obok konia raźnym krokiem, zmierzając w kierunku klanu. Podczas nocnej gorączki nie tykały się mnie żadne drogi, ale wszędzie, gdzie w dół, to do jeziora Chirgis. Brat ruszył za mną w milczeniu. Na spotkanie z lasu wyszedł nam Boroo. Bez słowa dołączył do naszego żałobnego orszaku. Już z dala usłyszałem rżenie współtowarzyszy. Wziąłem głęboki wdech i wyszedłem na otwartą przestrzeń. Wyprostowany i dumny jak zawsze, nadchodziłem. Mimo wszystko gdy się zbliżyłem widziałem już te spojrzenia, słyszałem te szepty. Dobrze. Niech gadają. Tej bandzie i tak nic do tego.
~Trochę czasu później~
— Ała! - syknęło głośno źrebię, podkurczając nogi. Wyprostowałem znowu bezceremonialnie prawą, wzdychając tylko cicho w geście przeprosin i wracając do składania złamanej kości. Mogłem podać na tą ranę szarpaną coś przeciwbólowego, to by się tak nie wiercił przy dotykaniu. Nie mam głowy do myślenia.
— To od czego ją masz? - szepnąłem do siebie z poirytowaniem, wykonując ostatni ruch. Westchnąłem z ulgą, odchodząc i podziwiając swe dzieło. Bułany ogierek powoli podniósł się na trzech kończynach.
— Zagoi się raz dwa. - wydusiłem z siebie lekki uśmiech. Rzuciłem parę uprzejmości w kierunku jego rodziców, po czym odszedłem w swoją stronę. Odprowadzany wzrokiem przez ojca, brata i kilku najlepszych plotkarzy szedłem przed siebie stępem po linii prostej, wpatrując się uparcie w horyzont. Czasem potykałem się o kamienie i doły, jednak nie dbałem o to. Słoneczna kula zbliżała się ku niemu, ku zachodowi, osiągnąwszy szczyt już jakiś czas temu. Żar bił teraz bardziej od rozgrzanej ziemi i powietrza. Po pewnym czasie zboczyłem ku jezioru i przyspieszyłem do kłusa. Czułem rozlewający się po sierści pot. Ogonem intensywnie oganiałem się od owadów, gryzących jak w amoku, nie zwracając uwagi na trzepnięcia. Wkrótce moje kopyta zachrzęściły na żwirze. Zatrzymałem się tuż przy linii brzegowej. Zimne fale obmywały moje pęciny, a morskie, przesycone solą powietrze uderzało w nozdrza. Ciemne wody od nieba w oddali oddzielała cienka jak nić płowa linia. Czy to na niej się skryła...?
To tak bardzo bolało. A wraz z upływem czasu ból paradoksalnie się wzmagał. Nieustający, tępy, wyniszczający ból, nie opuszczał mnie ani na chwilę. Nic nie było w stanie go zagłuszyć. Zatruwał paszę i sen, przysłaniał inne kwiaty i życia. Dlaczego to tak bardzo boli? Czemu ona stoi mi przed oczami? Muszę się jakoś wyrwać. Świat się jeszcze nie skończył.
Mivana odeszła. Świat się skończył.
Nie umiałem zaprzeczyć samemu sobie. 
Westchnąłem cicho, mrużąc oczy. Odwróciłem się od fal i ruszyłem stępem, powłócząc nogami, ku majestatycznym wzgórzom. Maszerowałem tak z trawą długo, aż do wieczora, kiedy zaczęło się ściemniać. Stanąłem w połowie drogi na kolejne wzniesienie.
Coś mi to przypominało. Uczucie, którym obdarzyłem siwą klaczkę. Niebiańskie upojenie jej osobą, wypełniającą przez pewien czas cały mój świat, pragnienie i zarazem siła do podejmowania kolejnych wyzwań każdego dnia, żar, szczęście niemające logicznego uzasadnienia. Radość i wdzięczność za to, że ktoś po prostu...jest. 
Teraz zdawało się to tylko cieniem, lekkim ukłuciem w sercu. Tym razem namiętność miała inny posmak, z pewnością dojrzalszy i bardziej świadomy. Czy to dlatego tak późno zdaję sobie z tego sprawę? Poza tym była zwielokrotnieniem do entej potęgi wszystkich objawów, nasilających się z każdą chwilą z nią spędzoną. A gdy do całego koktajlu emocjonalnego dolejemy odejście Mivany...nie może to przejść bez echa, prawda?
Nie lubię jej.
Ja ją kocham.

CDN
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika