Po wszystkich treningach, które miałam, czułam się zdecydowanie sprawniejsza. Ćwiczenia sprawiały mi przyjemność. Im byłam silniejsza, tym bardziej czułam, że zbliżam się do celu. Wydawało mi się to trochę niejasne, ale w głębi duszy czułam gniew. No cóż, to co przeżywałam w dzieciństwie, strasznie mnie ubodło.
- Idziemy. - mruknęłam, a Aanchal podniósł głowę. Zmierzyłam go wzrokiem, a ten odwrócił się i wskoczył na mój grzbiet. Usnął chwilę później. Popatrzyłam na konie zebrane na dużej polanie, a potem machnęłam ogonem i poszłam w swoją stronę. Pod kopytami chrzęściły mi liście. Jesień dawała się we znaki, pogoda nie była najlepsza. Przeszywający chłód i wiatr. Zmrużyłam oczy, gdy jakiś pył niesiony w powietrzu trafił mi do oczu. Westchnęłam. Przed końcem treningu musiałam się jeszcze sprawdzić. Kilka dni temu znalazłam idealne miejsce do ćwiczeń. Poprzewracane drzewa i dziury w ziemi świetnie się nadawały. Pogrzebałam kopytem w ziemi, a potem obudziłam koguta.
- Jesteśmy już? - zapytał, zaspany zeskakując mi z grzbietu. Przytaknęłam, a potem podniosłam podbródek. Nie miałam zamiaru czekać dłużej. Po chwili zebrałam się do galopu, który bardzo szybko przeradzał się w cwał. Z łatwością przeskakiwałam kłody, te większe i mniejsze. Zwinnie omijałam dziury lub skakałam nad nimi. Machając łbem, zarżałam radośnie. Potem ćwiczyłam trochę ,walcząc ze zwierzętami lub zachodząc je i testując kamuflaż. Wszystko szło jak po maśle. Na pysku zagościł mi pojedynczy uśmiech. Zrobiłam duży postęp, a zamierzałam zrobić jeszcze większy. Na pewno nie skończy się na jednym treningu. Raźnym krokiem wróciłam do towarzysza.
- I jak? Wyglądałaś świetnie! - Aanchal spojrzał na mnie z zachwytem. Uniosłam brew i odepchnęłam go.
- Głupek.
- No co? Mówię prawdę!
- Jasne.
-KONIEC TRENINGU W KOŃCU-
→ Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tantai. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tantai. Pokaż wszystkie posty
26.09.2019
Od Tantai, Seria Treningowa #6 (Orientacja w terenie)
Niebo zaszły kłęby szarych chmur, a słońce zniknęło tak, jak jeszcze chwilę temu było widoczne. Co jakiś czas niesforna kropla skapywała sobie to tu, to tam. Aż w pewnym momencie z ciemnego nieba lunął bardzo gęsty deszcz, a do tego doszedł silny wiatr.
To właśnie jest jesień.
Z nieszczęśliwą miną stałam pod drzewem, które jako tako zapewniało mi ochronę przed wodą, jednak i tak deszcz przedostawał się przez koronę i kapał na oczy, co nie powiem, było irytujące. Aanchal spał pod moim brzuchem. Ten to miał dobrze. Mały i cwany.
- Halo, pobudka. - zarżałam do koguta. Ten zamrugał kilka razy, a gdy zobaczył mój pysk, odskoczył i poślizgnął się na trawie, upadając na tyłek. Uniosłam brwi. - Okej...?
- Byłem zszokowany... - kogut zawstydzony układał w pośpiechu piórka na piersi.
- Mhm. - odburknęłam i otrzepałam się z deszczu. - Idę poćwiczyć.
- W takim deszczu?!
- Orientację z dodatkowym utrudnieniem.
Powoli wyszłam ze swojego schronienia.
Szłam laskiem rosnącym nieopodal i starałam się zapisywać w pamięci charakterystyczne elementy otoczenia. Co jakiś czas się wracałam, zwracając uwagę na każde szczegóły. Skąd wiał wiatr i w którą stronę padał deszcz. Zapamiętywałam sobie też kierunki świata i stosując się do tych rzeczy, ćwiczyłam orientację. Wybierałam to co nowsze drogi, te trudniejsze i te łatwiejsze. Przyznam, było to w jakimś stopniu trudne. Gdy nie zwraca się uwagi na otoczenie, wszystko wydaje się jedolite i bezbarwne. Deszcz dodatkowo to utrudniał.
Ale ja zawsze ćwiczę do skutku, nieważne, od czego to zależy.
Nie odpuszczałam i w głowie powtarzałam kierunki, elementy otoczenia i swoją pamięcią powracałam do punktu wyjścia. Przy okazji ćwiczyłam swoją pamięć i umysł, a gdy przyszedł odpowiedni czas, wróciłam do Aanchala i Klanu.
To właśnie jest jesień.
Z nieszczęśliwą miną stałam pod drzewem, które jako tako zapewniało mi ochronę przed wodą, jednak i tak deszcz przedostawał się przez koronę i kapał na oczy, co nie powiem, było irytujące. Aanchal spał pod moim brzuchem. Ten to miał dobrze. Mały i cwany.
- Halo, pobudka. - zarżałam do koguta. Ten zamrugał kilka razy, a gdy zobaczył mój pysk, odskoczył i poślizgnął się na trawie, upadając na tyłek. Uniosłam brwi. - Okej...?
- Byłem zszokowany... - kogut zawstydzony układał w pośpiechu piórka na piersi.
- Mhm. - odburknęłam i otrzepałam się z deszczu. - Idę poćwiczyć.
- W takim deszczu?!
- Orientację z dodatkowym utrudnieniem.
Powoli wyszłam ze swojego schronienia.
Szłam laskiem rosnącym nieopodal i starałam się zapisywać w pamięci charakterystyczne elementy otoczenia. Co jakiś czas się wracałam, zwracając uwagę na każde szczegóły. Skąd wiał wiatr i w którą stronę padał deszcz. Zapamiętywałam sobie też kierunki świata i stosując się do tych rzeczy, ćwiczyłam orientację. Wybierałam to co nowsze drogi, te trudniejsze i te łatwiejsze. Przyznam, było to w jakimś stopniu trudne. Gdy nie zwraca się uwagi na otoczenie, wszystko wydaje się jedolite i bezbarwne. Deszcz dodatkowo to utrudniał.
Ale ja zawsze ćwiczę do skutku, nieważne, od czego to zależy.
Nie odpuszczałam i w głowie powtarzałam kierunki, elementy otoczenia i swoją pamięcią powracałam do punktu wyjścia. Przy okazji ćwiczyłam swoją pamięć i umysł, a gdy przyszedł odpowiedni czas, wróciłam do Aanchala i Klanu.
25.09.2019
Od Tantai, Seria Treningowa #5 (Kamuflaż)
Dzień mijał, a ja jak zawsze wykonywałam swoją pracę. Nauczanie źrebiąt było naprawdę pasjonujące. Przekazywałam im swoją wiedzę, doświadczenia, wiedząc, że dzięki mnie w przyszłości będą wykształceni i dobrze wybiorą swoją klanową rangę. Nie mogłam zrozumieć zawiści Khairtai do młodej księżniczki, córki władcy i Mivany, Mo'y (?) Była dobrą uczennicą, jak i dobrą klaczką. Chociaż zapewne to powód tego, kim była i kim była jej rodzina, tak bardzo irytował Khairtai. Nie miałam ochoty tego analizować ani zaprzątać sobie tym głowy, więc postanowiłam po prostu zapomnieć. Na dzisiejszy dzień zaplanowałam sobie swój własny trening, z kamuflażu. Wiedziałam, że żeby móc kogoś śledzić, potrzeba odpowiednich umiejętności. Niezbędny był oczywiście ów kamuflaż. Postanowiłam testować najpierw na zwierzętach, a później i na jakimś koniu.
Pierwsze, co zrobiłam, to ustroiłam grzywę i ogon w liście. Wyglądałam jak klaun, ale postanowiłam to zignorować. Jakieś poświęcenie być musi.
Chociaż upokarzanie się jest okropne.
Strasznie.
Jakiś czas później postanowiłam przetestować swoje obecne umiejętności. Najpierw odszukałam koziorożca. Zastosowałam swoje wszystkie dotychczasowe. Refleks, technika oraz poruszanie się w zupełnej ciszy. Na początku nie wychodziło, zwierzęta się płoszyły, usłyszały mnie lub zauważyły. Irytowało mnie ciągłe niepowodzenie, jednak ostatecznie zaczęło wychodzić. Analizowałam swoje błędy i doskonaliłam je, coraz dłużej dawając radę. Nie wiem, czy te idiotyczne liście działały, ale błoto, którym musiałam się okryć, działało na pewno. Moje kroki były coraz cichsze, a ja odruchowo stawiałam kopyta bardzo miękko. Zwierzęta nie mogły mnie wyczuć, gdyż zapach był zamaskowany. Ćwiczyłam w ten sposób cały dzień, aż niebo zaczęło przybierać atramentowy kolor. Powoli pojawiały się gwiazdy, obwieszczające, że już czas spać. Umyłam się w rzece, swoją drogą bardzo zimnej, i wróciłam do Klanu, prędko zasypiając. Swoją drogą... Khairtai zaczęła się ostatnio dziwnie zachowywać. Pomagała członkom w Klanie i starała się być miłą i pomocną. Może chce się zmienić i zapomieć o dawnych winach?
Pierwsze, co zrobiłam, to ustroiłam grzywę i ogon w liście. Wyglądałam jak klaun, ale postanowiłam to zignorować. Jakieś poświęcenie być musi.
Chociaż upokarzanie się jest okropne.
Strasznie.
Jakiś czas później postanowiłam przetestować swoje obecne umiejętności. Najpierw odszukałam koziorożca. Zastosowałam swoje wszystkie dotychczasowe. Refleks, technika oraz poruszanie się w zupełnej ciszy. Na początku nie wychodziło, zwierzęta się płoszyły, usłyszały mnie lub zauważyły. Irytowało mnie ciągłe niepowodzenie, jednak ostatecznie zaczęło wychodzić. Analizowałam swoje błędy i doskonaliłam je, coraz dłużej dawając radę. Nie wiem, czy te idiotyczne liście działały, ale błoto, którym musiałam się okryć, działało na pewno. Moje kroki były coraz cichsze, a ja odruchowo stawiałam kopyta bardzo miękko. Zwierzęta nie mogły mnie wyczuć, gdyż zapach był zamaskowany. Ćwiczyłam w ten sposób cały dzień, aż niebo zaczęło przybierać atramentowy kolor. Powoli pojawiały się gwiazdy, obwieszczające, że już czas spać. Umyłam się w rzece, swoją drogą bardzo zimnej, i wróciłam do Klanu, prędko zasypiając. Swoją drogą... Khairtai zaczęła się ostatnio dziwnie zachowywać. Pomagała członkom w Klanie i starała się być miłą i pomocną. Może chce się zmienić i zapomieć o dawnych winach?
25.09.2019
Od Tantai, Seria Treningowa #4 (Siła fizyczna)
Nad trawą unosiła się bardzo gęsta mgła, przez którą ledwo był coś widać. Na źdźbłach trawy widniała rosa, mieniąca się w słońcu, które powoli ukazywało się nad horyzontem. Wszechobecna cisza wzbudzała ciarki na plecach, gdy jesteś przyzwyczajony do tego, iż podczas dnia słychać gwar i rozmowy.
Stałam gdzieś z brzegu, skubiąc trawę i co jakiś czas odganiając muchy ogonem. Na szczęście, te wraz z nadejściem jesieni powoli znikały, dając wszystkim wokół święty spokój. Aanchal jadł coś odwrócony tyłem i co jakiś czas, na dźwięk szelestów, podskakiwał.
- Nic Cię tu nie zaatakuje. - mruknęłam, między przeżuwaną obecnie trawą.
- Ciebie żaden sokół nie porwie, a mnie z pewnością może! - oburzony kogut stanął blisko mojej przedniej nogi.
- A mnie może zaatakować drapieżnik.
- Ty prędzej się obronisz, geniuszko.
Uniosłam brwi w geście rezygnacji i wróciłam do przerwanego śniadania. Dosłownie chwilę później wraz z Aanchalem na grzbiecie wybrałam się na poranny spacer. Ranek był zdecydowanie moją ulubioną porą dnia. Wszyscy jeszcze spali, więc w okolicy panowała błoga cisza i spokój, czego w innych porach dnia nie było tak wiele. Wzięłam głęboki wdech, przymykając oczy i lekko podnosząc łeb.
- Chyba poćwiczę swoją siłę fizyczną. - powiedziałam nagle do towarzysza.
- Dobry pomysł. - odparł krótko kogut i wrócił do czyszczenia kolorowych piórek.
Niedługo potem przystąpiłam do swojego porannego treningu. Zaczęłam od podnoszenia średnich gałęzi, z czasem przechodząc do tych dużych, wielkich i gigantycznych. Przez wyćwiczone mięśnie nie przychodziło mi to z dużym trudem, jednak ćwiczyć to ćwiczyć. Ze stępa przechodziłam do kłusa, przechodząc jakiś odcinek i wracając do punktu wyjścia. Tak w kółko, aż szło mi zdecydowanie lepiej. Potem próbowałam jeszcze z innymi przedmiotami. Byłam już zmęczona więc wraz z Aanchalem wróciłam do Klanu, planując sobie następny trening.
P.S Wybaczcie za takiego krótkiego gniota, ale mam mało czasu.
23.09.2019
Od Tantai, Seria Treningowa #3 (Technika)
Przechadzanie się jest dobrą rzeczą. Każdemu czasami przydaje się chwila wytchnienia od innych. Nie trzeba z nimi siedzieć na siłę. W każdym razie, ja się tego trzymałam. Asertywność też jest bardzo ważna. Bez niej podejmuje się złe wybory i nieodpowiednie decyzje. I tego też się trzymałam. Tak samo jak tego, aby nie ufać nikomu tak bardzo, jak sama ufam sobie. Khairtai dalej nie odpuszczała i próbowała mnie zepchnąć na złą drogę. Ze strachem zdawałam sobie, jak bardzo zaczynam tracić kontrolę nad emocjami i własnym ciałem.
Faktycznie jej działania są strasznie wyniszczające, a ja nie umiem na to nic zaradzić. Wstydziłabyś się, Tantai. Powinnaś coś z tym zrobić. Zranić ją, znęcać się albo... Zabić. Stanęłam gwałtownie, zdawając sobie sprawę z tego, co tak naprawdę przyszło mi do głowy. Pokręciłam głową i z podkrążonymi oczyma szłam przez złocistą gęstwinę. Padał deszcz, a woda spływała mi po bokach brzucha, skapywała z pojedynczych kosmyków grzywy i zatrzymywała się na rzęsach okalających moje brązowe oczy. Otrzepałam się, machając mocno ogonem.
- Powinnam coś poćwiczyć, żeby odreagować... - mruknęłam do siebie i powoli podniosłam głowę, rozglądając się. Szybkość, zwinność... To już przerabiałam. Może teraz technika? Warto coś dopracować w walce. Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Jakiś czas szukałam odpowiedniego celu, aż moim oczom rzucił samotny koziorożec syberyjski. Nie wyglądał na słabego. Mógł stać się dobrym workiem treningowym. Oczywiście nie chciałam, żeby wyzionął ducha, był bogu ducha winny. Nie chcąc dłużej się zastanawiać, podkradłam się do mojego celu. Uważałam, aby nie hałasować i stawiać rozważnie kroki. Zmrużyłam oczy, a potem zaatakowałam. Kozioł zerwał się do ucieczki, ale szybko dogoniłam go i dopadłam. Oczywiście, instynktownie zaczął atakować mnie swoimi zakręconymi rogami. Odskakiwałam na boki, co jakiś czas zadając mu ciosy w nogi. Po którymś takim uderzeniu, kozioł upadł na ziemię, jednak szybko się podniósł i zaszarżował wprost na mnie. Poczułam okropny ból w klatce piersiowej, z budzącą się trwogą odepchnęłam koziorożca, gryząc go w szyję i co jakiś czas powalając na ziemię. Zwierzę w końcu upadając, nie chciało się podnieść, jakby gotowe na śmierć. Kozioł popatrzył na mnie błagalnym wzrokiem, a ja lekko skinęłam głową. Samiec niepewnie wstał i uciekł tak szybko, że nawet się nie odwróciłam. Następnie walczyłam jeszcze z kilkoma innymi mniejszymi lub większymi zwierzętami, a pod koniec dnia byłam wyczerpana, ale i dumna ze swoich osiągnięć. Odkryłam nowe techniki i swoje umiejętności. Do walki z pewnością mam jakiś dryg. Stanęłam pod rozłożystym drzewem, a Aanchal umościł mi się w grzywie.
- Dobranoc, Tantai.
- Dobranoc, Aanchalu. - wyszeptałam, a Morfeusz po niedługiej chwili złapał mnie w swoje objęcia.
Faktycznie jej działania są strasznie wyniszczające, a ja nie umiem na to nic zaradzić. Wstydziłabyś się, Tantai. Powinnaś coś z tym zrobić. Zranić ją, znęcać się albo... Zabić. Stanęłam gwałtownie, zdawając sobie sprawę z tego, co tak naprawdę przyszło mi do głowy. Pokręciłam głową i z podkrążonymi oczyma szłam przez złocistą gęstwinę. Padał deszcz, a woda spływała mi po bokach brzucha, skapywała z pojedynczych kosmyków grzywy i zatrzymywała się na rzęsach okalających moje brązowe oczy. Otrzepałam się, machając mocno ogonem.
- Powinnam coś poćwiczyć, żeby odreagować... - mruknęłam do siebie i powoli podniosłam głowę, rozglądając się. Szybkość, zwinność... To już przerabiałam. Może teraz technika? Warto coś dopracować w walce. Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Jakiś czas szukałam odpowiedniego celu, aż moim oczom rzucił samotny koziorożec syberyjski. Nie wyglądał na słabego. Mógł stać się dobrym workiem treningowym. Oczywiście nie chciałam, żeby wyzionął ducha, był bogu ducha winny. Nie chcąc dłużej się zastanawiać, podkradłam się do mojego celu. Uważałam, aby nie hałasować i stawiać rozważnie kroki. Zmrużyłam oczy, a potem zaatakowałam. Kozioł zerwał się do ucieczki, ale szybko dogoniłam go i dopadłam. Oczywiście, instynktownie zaczął atakować mnie swoimi zakręconymi rogami. Odskakiwałam na boki, co jakiś czas zadając mu ciosy w nogi. Po którymś takim uderzeniu, kozioł upadł na ziemię, jednak szybko się podniósł i zaszarżował wprost na mnie. Poczułam okropny ból w klatce piersiowej, z budzącą się trwogą odepchnęłam koziorożca, gryząc go w szyję i co jakiś czas powalając na ziemię. Zwierzę w końcu upadając, nie chciało się podnieść, jakby gotowe na śmierć. Kozioł popatrzył na mnie błagalnym wzrokiem, a ja lekko skinęłam głową. Samiec niepewnie wstał i uciekł tak szybko, że nawet się nie odwróciłam. Następnie walczyłam jeszcze z kilkoma innymi mniejszymi lub większymi zwierzętami, a pod koniec dnia byłam wyczerpana, ale i dumna ze swoich osiągnięć. Odkryłam nowe techniki i swoje umiejętności. Do walki z pewnością mam jakiś dryg. Stanęłam pod rozłożystym drzewem, a Aanchal umościł mi się w grzywie.
- Dobranoc, Tantai.
- Dobranoc, Aanchalu. - wyszeptałam, a Morfeusz po niedługiej chwili złapał mnie w swoje objęcia.
22.09.2019
Od Tantai, Seria Treningowa #2 (Zwinność)
Niedługo po ostatnich ćwiczeniach refleksu i szybkości, postanowiłam zabrać się za swoją zwinność. Czułam się bardzo dobrze, mogąc trenować i poznawać swoje mocne strony, ukryte umiejętności. Cały czas z tyłu głowy wisiała mi wizja Khairtai. Źródła mojego bólu, strachu i wyniszczającego samopoczucia. Zacisnęłam zęby, marszcząc czoło. Co takiego zrobiłam, że zostałam ukarana w ten sposób? Nie znam ojca, nie mam przyjaciół. A to wszystko jej wina. Z gniewem rozpalającym moje ciało, przemierzałam las, bez przerwy przeskakując przewalone drzewa i dziury w ziemi. Machnęłam ogonem i wierzgnęłam w powietrzu, a potem dysząc wyhamowałam. Chmura piachu i suchych liści uniosła się w powietrze. Uspokoiłam się, a potem rozejrzałam.
Cisza i spokój.
Coś, co lubię ponad inne rzeczy.
Otaczały mnie drzewa w odcieniach brązu, żółci, pomarańczu, a także, gdzieniegdzie, czerwieni. Co jakiś czas z drzewa zrywał się ptak, a liście z szelestem spadały na ziemię. Westchnęłam i z grymasem rzuciłam okiem na to, co malowało się przede mną. Długą i wydeptaną ścieżkę przecinał szeroki strumień, usłany kamieniami. Zastrzygłam uszami i zwróciłam w jego stronę. Ponownie zmrużyłam brązowe oczy. Jeśli to przeskoczę, pokażę, że można dokonać niemożliwego. Ponownie przywołałam wizję Khairtai. Stanęłam dęba i agresywnie rzuciłam się do szalonego cwału. Nie zwalniałam, a jedynie przyśpieszyłam. Nie zwątpiłam w siebie ani na sekundę.
- Dasz radę, dasz radę. - wyszeptałam. Jednak strach przezwyciężył, wyhamowałam.
- Cholera. - warknęłam i kopnęłam leżący kamyk. - O nie, nie. Nie dam się tak łatwo. - szepnęłam i oddaliłam się od nurtu. Uspokoiłam oddech i ruszyłam. Najpierw galopem, a potem cwałem... Coraz szybciej i szybciej. Znalazłam się tuż przed strumieniem i.... Skoczyłam. Czułam wiatr szarpiący moją grzywę, a także krople wody na brzuchu i szyi. Cały strach zniknął. I nagle znalazłam się po drugiej stronie. Zgarbiłam się, dysząc, a w moich oczach pojawił się błysk. Zadrżałam i z opanowaniem popatrzyłam na płynącą wodę. Powtórzyłam to jeszcze kilka razy. Nie wyszło z dwa, ale dobrze wiedziałam, że muszę być silna. Tak silna, żeby pokonać Khairtai i wszystko z nią powiązane. Uniosłam łeb. Spokojnym krokiem powróciłam na drogę do Klanu.
- Bój się mnie, Khairtai.
Cisza i spokój.
Coś, co lubię ponad inne rzeczy.
Otaczały mnie drzewa w odcieniach brązu, żółci, pomarańczu, a także, gdzieniegdzie, czerwieni. Co jakiś czas z drzewa zrywał się ptak, a liście z szelestem spadały na ziemię. Westchnęłam i z grymasem rzuciłam okiem na to, co malowało się przede mną. Długą i wydeptaną ścieżkę przecinał szeroki strumień, usłany kamieniami. Zastrzygłam uszami i zwróciłam w jego stronę. Ponownie zmrużyłam brązowe oczy. Jeśli to przeskoczę, pokażę, że można dokonać niemożliwego. Ponownie przywołałam wizję Khairtai. Stanęłam dęba i agresywnie rzuciłam się do szalonego cwału. Nie zwalniałam, a jedynie przyśpieszyłam. Nie zwątpiłam w siebie ani na sekundę.
- Dasz radę, dasz radę. - wyszeptałam. Jednak strach przezwyciężył, wyhamowałam.
- Cholera. - warknęłam i kopnęłam leżący kamyk. - O nie, nie. Nie dam się tak łatwo. - szepnęłam i oddaliłam się od nurtu. Uspokoiłam oddech i ruszyłam. Najpierw galopem, a potem cwałem... Coraz szybciej i szybciej. Znalazłam się tuż przed strumieniem i.... Skoczyłam. Czułam wiatr szarpiący moją grzywę, a także krople wody na brzuchu i szyi. Cały strach zniknął. I nagle znalazłam się po drugiej stronie. Zgarbiłam się, dysząc, a w moich oczach pojawił się błysk. Zadrżałam i z opanowaniem popatrzyłam na płynącą wodę. Powtórzyłam to jeszcze kilka razy. Nie wyszło z dwa, ale dobrze wiedziałam, że muszę być silna. Tak silna, żeby pokonać Khairtai i wszystko z nią powiązane. Uniosłam łeb. Spokojnym krokiem powróciłam na drogę do Klanu.
- Bój się mnie, Khairtai.
22.09.2019
Od Tantai, Trening Towarzysza #1
Ostatnio dużo czasu spędzałam na trenowaniu. Głównie szybkości i zwinności, chociaż do tych dwóch rzeczy miało dojść jeszcze wiele innych. Jak ćwiczyć, to ćwiczyć. Aanchal cały czas mi towarzyszył, głównie chodząc przy nodze lub przesiadując na moim grzbiecie. Dopingował każde moje działanie i był dla mnie wielkim wsparciem. Ja odpłacałam się mu różnymi zabawami, co może dla mnie nie było przyjemne, jednak dla tego cudnego kogucika było niezłą frajdą i radochą.
W końcu dobrze jest widzieć rodzinę szczęśliwą. A ja musiałam o to dbać, bo Aanchala kochałam ponad życie.
- Hej, mały, co powiesz na kolejny trening? - zarżałam, strzygąc uszami i odganiając ogonem muchy. Aanchal odwrócił się w moją stronę.
- Wiesz... Ja chyba też chciałbym coś poćwiczyć. Czuję się dosyć bezbronny... Inni mają waleczne sokoły, a ja dla Ciebie jestem taką trochę kluchą, co ledwo potrafi nadążyć. - zaśmiał się nerwowo i wbił we mnie błagalne spojrzenie. Lekko zaskoczona spojrzałam się na niego, a potem przewróciłam oczyma.
- Nie jesteś żadną kluchą. Nawet tak nie mów. Jesteś dla mnie bardzo ważny, bez względu na poziom Twojego wytrenowania. Mimo to chętnie coś z Tobą poćwiczę. Może klasycznie zajmiemy się szybkością, skoro tak ubolewasz nad tym, że nie nadążasz? - zapytałam, jak zwykle z kamienną miną.
- Jasne. Chcę zacząć od razu! - zapiął radośnie. Skinęłam głową i oddaliliśmy się trochę od miejsca pobytu Klanu. Dało się czuć chłód, który zjawił się wraz z jesienią. W końcu niedługo miała też nadejść zima...
Nie lubię zimy.
Jest zimno. Sama nazwa na to wskazuje. Pełno śniegu, a potem sierść jest mokra. Łatwo o przeziębienie. Ale wracając. Aanchal w napięciu na mnie popatrzył, od razu się skupił.
- No to tak. Musisz zwrócić uwagę na poprawne rozkładanie prędkości biegu na poszczególnych odcinkach. Nie możesz na przykład na początku biec jak najszybciej, gdyż szybko stracisz siłę, a Twoje mięśnie zwiotczeją. Sama tak miałam. - powiedziałam, z powagą obserwując towarzysza. Ten kiwnął głową. Kontynuowałam. - Najlepiej, na początku jakiegoś pościgu, zacząć nie najszybciej, ale na tyle, żeby szybko się nie zmęczyć. Na pewno to wypracujesz.
Niedługo potem zaczęliśmy praktykować. Sama przy tym ćwiczyłam, uciekając, a Aanchal zgodnie z moimi radami mnie ścigał. Na początku mu nie wychodziło, ale z czasem zaczął dotrzymywać tempa.
- Bardzo dobrze Ci idzie. Właściwie, nie będzie większej potrzeby, żebyś mi dotrzymywał tempa w cwale, ale gdy będziesz kogoś atakować, lub będziesz musiał przekazać ważną wiadomość, na pewno się przyda.
- Rozumiem. - mruknął kolorowy kogucik i strzepnął skrzydłem.
---
Ćwiczyliśmy tak z dwa tygodnie, aż Aanchal załapał i świetnie sobie radził. Dobrze się czułam, wiedząc, że nie czuje się już aż tak gorszy. Musiał jeszcze dużo ćwiczyć, ale byłam pewna, że da radę. W końcu już daje!
W końcu dobrze jest widzieć rodzinę szczęśliwą. A ja musiałam o to dbać, bo Aanchala kochałam ponad życie.
- Hej, mały, co powiesz na kolejny trening? - zarżałam, strzygąc uszami i odganiając ogonem muchy. Aanchal odwrócił się w moją stronę.
- Wiesz... Ja chyba też chciałbym coś poćwiczyć. Czuję się dosyć bezbronny... Inni mają waleczne sokoły, a ja dla Ciebie jestem taką trochę kluchą, co ledwo potrafi nadążyć. - zaśmiał się nerwowo i wbił we mnie błagalne spojrzenie. Lekko zaskoczona spojrzałam się na niego, a potem przewróciłam oczyma.
- Nie jesteś żadną kluchą. Nawet tak nie mów. Jesteś dla mnie bardzo ważny, bez względu na poziom Twojego wytrenowania. Mimo to chętnie coś z Tobą poćwiczę. Może klasycznie zajmiemy się szybkością, skoro tak ubolewasz nad tym, że nie nadążasz? - zapytałam, jak zwykle z kamienną miną.
- Jasne. Chcę zacząć od razu! - zapiął radośnie. Skinęłam głową i oddaliliśmy się trochę od miejsca pobytu Klanu. Dało się czuć chłód, który zjawił się wraz z jesienią. W końcu niedługo miała też nadejść zima...
Nie lubię zimy.
Jest zimno. Sama nazwa na to wskazuje. Pełno śniegu, a potem sierść jest mokra. Łatwo o przeziębienie. Ale wracając. Aanchal w napięciu na mnie popatrzył, od razu się skupił.
- No to tak. Musisz zwrócić uwagę na poprawne rozkładanie prędkości biegu na poszczególnych odcinkach. Nie możesz na przykład na początku biec jak najszybciej, gdyż szybko stracisz siłę, a Twoje mięśnie zwiotczeją. Sama tak miałam. - powiedziałam, z powagą obserwując towarzysza. Ten kiwnął głową. Kontynuowałam. - Najlepiej, na początku jakiegoś pościgu, zacząć nie najszybciej, ale na tyle, żeby szybko się nie zmęczyć. Na pewno to wypracujesz.
Niedługo potem zaczęliśmy praktykować. Sama przy tym ćwiczyłam, uciekając, a Aanchal zgodnie z moimi radami mnie ścigał. Na początku mu nie wychodziło, ale z czasem zaczął dotrzymywać tempa.
- Bardzo dobrze Ci idzie. Właściwie, nie będzie większej potrzeby, żebyś mi dotrzymywał tempa w cwale, ale gdy będziesz kogoś atakować, lub będziesz musiał przekazać ważną wiadomość, na pewno się przyda.
- Rozumiem. - mruknął kolorowy kogucik i strzepnął skrzydłem.
---
Ćwiczyliśmy tak z dwa tygodnie, aż Aanchal załapał i świetnie sobie radził. Dobrze się czułam, wiedząc, że nie czuje się już aż tak gorszy. Musiał jeszcze dużo ćwiczyć, ale byłam pewna, że da radę. W końcu już daje!
21.09.2019
Od Tantai, Seria Treningowa #1 (Szybkość)
Dzień mijał... Spokojnie. Nic szczególnie się nie działo. Rutyna. Wstajesz, jesz, pracujesz, jesz no i śpisz. Przy okazji wysłuchujesz litanii swojej rodzicielki, jaka to zła jesteś, jak bardzo żałuje, że Cię ma i że Cię urodziła.
Jak zawsze.
Ale przyzwyczaiłam się. To nic takiego.
Powolnym krokiem zmierzałam w stronę grupki źrebiąt. Ostatnio do Klanu dołączyło kilkoro źrebiąt. Zabawne, że urodziły się tego samego dnia. Klaczka imieniem Moa i druga, Shantsai, a także syn Eriny, Skires. Miałam trochę pracy do wykonania. Trzeba było wszystko dokładnie wytłumaczyć uczniom. Podstawy, zasady i takie tam. Zajęło to trochę czasu, aby zrozumiały. Nie mogłam zacząć uczyć ich wspaniałej dziedziny, jaką jest walka, gdyż były na to zdecydowanie za młode. Przyjdzie na to odpowiedni czas i pora. Wystarczy być cierpliwym. Sama zorientowałam się, że przydałyby mi się jakieś ćwiczenia. Nie chciałam tracić swojej formy. Od zawsze byłam zachwycona swoim wyglądem i mięśniami.
Nie chciałam tego więc zmieniać.
Już tego samego dnia postanowiłam zająć się ćwiczeniem szybkości i refleksu. Postanowiłam gonić za dżejranami, w końcu nie są tak wolne. Gdy już udało mi się odszukać pokaźnej grupki, przez chwilę się skradałam, aż wyskoczyłam z krzewów. Kopytne od razu rzuciły się do ucieczki, a ja ruszyłam za nimi, cwałem. Czułam, że nie mam aż tak dobrej kondycji, gdyż po chwili ciężko dyszałam. Jednak nie postanowiłam odpuścić. Co to, to nie. Przyśpieszyłam, a gdy dżejrany usiłowały zmieniać kierunek, ja zagradzałam im drogę. Kilka razy mi nie wyszło, co delikatnie mnie zraziło. Mimo to zdyszana postanowiłam ostatni raz je pogonić. Tak więc zrobiłam. Coraz szybciej cwałowałam, aż dopadłam do dużego dżejrana i mocnym uderzeniem powaliłam go na ziemię. Padł, szarpiąc się i kopiąc na oślep. Gdybym chciała go zabić, mogłabym.
- Wybacz, drogi przyjacielu. - mruknęłam i puściłam go, patrząc, jak oddala się do swoich. Udało się. I to mnie cieszyło. Przez resztę dnia ćwiczyłam, aż w cholerę zmęczona i zziajana, napoiłam się, zjadłam i zasnęłam jak maleńkie źrebię. A to był dopiero początek moich treningów.
Jak zawsze.
Ale przyzwyczaiłam się. To nic takiego.
Powolnym krokiem zmierzałam w stronę grupki źrebiąt. Ostatnio do Klanu dołączyło kilkoro źrebiąt. Zabawne, że urodziły się tego samego dnia. Klaczka imieniem Moa i druga, Shantsai, a także syn Eriny, Skires. Miałam trochę pracy do wykonania. Trzeba było wszystko dokładnie wytłumaczyć uczniom. Podstawy, zasady i takie tam. Zajęło to trochę czasu, aby zrozumiały. Nie mogłam zacząć uczyć ich wspaniałej dziedziny, jaką jest walka, gdyż były na to zdecydowanie za młode. Przyjdzie na to odpowiedni czas i pora. Wystarczy być cierpliwym. Sama zorientowałam się, że przydałyby mi się jakieś ćwiczenia. Nie chciałam tracić swojej formy. Od zawsze byłam zachwycona swoim wyglądem i mięśniami.
Nie chciałam tego więc zmieniać.
Już tego samego dnia postanowiłam zająć się ćwiczeniem szybkości i refleksu. Postanowiłam gonić za dżejranami, w końcu nie są tak wolne. Gdy już udało mi się odszukać pokaźnej grupki, przez chwilę się skradałam, aż wyskoczyłam z krzewów. Kopytne od razu rzuciły się do ucieczki, a ja ruszyłam za nimi, cwałem. Czułam, że nie mam aż tak dobrej kondycji, gdyż po chwili ciężko dyszałam. Jednak nie postanowiłam odpuścić. Co to, to nie. Przyśpieszyłam, a gdy dżejrany usiłowały zmieniać kierunek, ja zagradzałam im drogę. Kilka razy mi nie wyszło, co delikatnie mnie zraziło. Mimo to zdyszana postanowiłam ostatni raz je pogonić. Tak więc zrobiłam. Coraz szybciej cwałowałam, aż dopadłam do dużego dżejrana i mocnym uderzeniem powaliłam go na ziemię. Padł, szarpiąc się i kopiąc na oślep. Gdybym chciała go zabić, mogłabym.
- Wybacz, drogi przyjacielu. - mruknęłam i puściłam go, patrząc, jak oddala się do swoich. Udało się. I to mnie cieszyło. Przez resztę dnia ćwiczyłam, aż w cholerę zmęczona i zziajana, napoiłam się, zjadłam i zasnęłam jak maleńkie źrebię. A to był dopiero początek moich treningów.
16.07.2019
Od Tantai do Niver'a ,,Walka - dobra rzecz."
- Gdy Tantai była jeszcze źrebakiem -
Z grymasem na pysku popatrzyłam na nowego znajomego.
- Daj sobie spokój. Nie chcę się w nic bawić. - mruknęłam, dokładniej przyglądając się ogierkowi. Jego maść wskazywała na bułaną. Nawet przyjemna dla oka. Za to jego wygląd ogólny nie wskazywał na żadną z ras, w sumie podobnie jak mój. Na pysku widniała duża, biała odmianka, a jego oczy były barwy bardzo ciemnego brązu. Większa część jego nóg była koloru szarego, chociaż ogierek miał białe skarpetki. Końcówka pyska barwy takiej samej jak nogi i czarna, gęstwa grzywa. Naprawdę ładny koń. Pomyślałam, a następnie machnęłam króciutkim ogonkiem.
- Na pewno? - zapytał Nivero, nieśmiało grzebiąc kopytem w ziemi. Po chwili podniósł na mnie wzrok.
- Na pewno. - zirytowana wzięłam głęboki wdech. - Zabawa to głupia strata czasu, tak mówi mama.
Rzuciłam Nivero'wi wywyższające spojrzenie i prychnęłam cicho. Nie czułam się najlepiej w jego towarzystwie. Odwróciłam głowę i czym prędzej się oddaliłam.
---
Minął jakiś czas, a ja znacznie podrosłam. Moje spojrzenie na młodszych trochę się zmieniło. Miałam ochotę pokazać im różne ciekawe ruchy walki, jakieś sztuczki... Zamyślona grzebałam kopytem w ziemi, a Aanchal umościł się w pasmach mojej grzywy. Jak widać, usnął. Nie chcąc go budzić, dalej milczałam. W pewnym momencie moje czujne oko wychwyciło Niver'a, który stał wśród reszty źrebiąt. Zaciekawiona, uniosłam brew i ruszyłam w stronę małej grupki. Właściwie, to była tylko dwójka. On i chyba, jego siostra.
- Cześć Wam. - parsknęłam i wysiliłam się na sztuczny uśmiech. - Chcielibyście coś ze mną poćwiczyć? Walka to dobra i przydatna rzecz. Lubię pokazywać innym swoje sztuczki. Nie jest to jakieś wybitne, ale no...
<Nivero?>
Z grymasem na pysku popatrzyłam na nowego znajomego.
- Daj sobie spokój. Nie chcę się w nic bawić. - mruknęłam, dokładniej przyglądając się ogierkowi. Jego maść wskazywała na bułaną. Nawet przyjemna dla oka. Za to jego wygląd ogólny nie wskazywał na żadną z ras, w sumie podobnie jak mój. Na pysku widniała duża, biała odmianka, a jego oczy były barwy bardzo ciemnego brązu. Większa część jego nóg była koloru szarego, chociaż ogierek miał białe skarpetki. Końcówka pyska barwy takiej samej jak nogi i czarna, gęstwa grzywa. Naprawdę ładny koń. Pomyślałam, a następnie machnęłam króciutkim ogonkiem.
- Na pewno? - zapytał Nivero, nieśmiało grzebiąc kopytem w ziemi. Po chwili podniósł na mnie wzrok.
- Na pewno. - zirytowana wzięłam głęboki wdech. - Zabawa to głupia strata czasu, tak mówi mama.
Rzuciłam Nivero'wi wywyższające spojrzenie i prychnęłam cicho. Nie czułam się najlepiej w jego towarzystwie. Odwróciłam głowę i czym prędzej się oddaliłam.
---
Minął jakiś czas, a ja znacznie podrosłam. Moje spojrzenie na młodszych trochę się zmieniło. Miałam ochotę pokazać im różne ciekawe ruchy walki, jakieś sztuczki... Zamyślona grzebałam kopytem w ziemi, a Aanchal umościł się w pasmach mojej grzywy. Jak widać, usnął. Nie chcąc go budzić, dalej milczałam. W pewnym momencie moje czujne oko wychwyciło Niver'a, który stał wśród reszty źrebiąt. Zaciekawiona, uniosłam brew i ruszyłam w stronę małej grupki. Właściwie, to była tylko dwójka. On i chyba, jego siostra.
- Cześć Wam. - parsknęłam i wysiliłam się na sztuczny uśmiech. - Chcielibyście coś ze mną poćwiczyć? Walka to dobra i przydatna rzecz. Lubię pokazywać innym swoje sztuczki. Nie jest to jakieś wybitne, ale no...
<Nivero?>
24.05.2019
Od Tantai ,,Plaga małych, żółtych i puchatych kulek " - Quest 6 z grupy II.
Wielkanoc to zdecydowanie wspaniały czas... Przynajmniej tak usłyszałam od jakiegoś członka Klanu. Nie do końca wiedziałam, co można robić w Wielkanoc. Widziałam, że konie znosiły różne, dziwne przedmioty i jakieś kolorowe jajka. Na drzewach porozwieszane były kolorowe rzeczy, a konie wpinały sobie do grzyw i ogonów piórka. W końcu i ja zapragnęłam mieć takie ozdoby, niestety zabiegany Klan nie starał się mnie nawet zauważyć. Usilnie starałam się dowiedzieć od kogokolwiek, na czym polega ten ,,wspaniały czas cudów", jednak wszyscy byli zajęci sobą albo przygotowaniami. Naburmuszona stanęłam z dala od stada. Uniosłam głowę do góry, stawiając uszy na sztorc. Z bezpiecznej odległości obserwowałam poczynania koni. Nagle do moich uszu dotarł bliżej nierozpoznawalny dźwięk. Był bardzo wysoki, ale i głuchy, jakby jego źródło znajdywało się dobry kawałek drogi od miejsca mojego pobytu. Z początku nie zwróciłam na to uwagi, jednak odgłosy ponownie rozbrzmiały mi w uszach. Zwróciłam wzrok w stronę, z którego dochodziły dźwięki, a następnie powoli się obejrzałam. Starałam się dalej to ignorować, ale w końcu ciekawość zwyciężyła. Musiałam mieć pewność, że żaden koń z Klanu mnie nie obserwuje. Marszcząc czoło, odwróciłam się i podążyłam za piskami, które nie ustawały ani na moment.
- Niech sobie świętują tę całą Wielkanoc! Nawet mi nie powiedzieli, o co w niej chodzi... -powiedziałam do siebie przekonana. Szybko skupiłam się na uważnym słuchaniu. Szłam i szłam. Słabe nogi zaczynały mnie już pobolewać, ale mimo to dalej parłam naprzód. Wokół mnie widać było bardzo gęsto wyrastające drzewa. Stykały się ze sobą, co wyglądało, jakby dwa dzieliły jedną koronę. Wszędzie słyszałam dziwne dźwięki zwierząt, a w szczególności te pochodzące od ptaków. Słońce świeciło niemiłosiernie, a jedyne co mnie ratowało, to właśnie gęste korony drzew rzucające cień na dróżkę. Niedługo potem znalazłam się już na tyle blisko, że łatwo mogłam zlokalizować pochodzenie odgłosów. Owe piski pochodziły zza dużego krzaka, na którym wyrastały czerwone jagódki. Zwolniłam tempa, czując niepokój. Co, jeżeli to jakieś niebezpieczeństwo? Dzikie zwierzę? Może ktoś mnie śledził?! Zaczęłam szybko oddychać, cofając się. Uspokój się, uspokój... A może to jakieś stworzonko potrzebujące pomocy? Gdy ta myśl przeszła mi przez głowę, odetchnęłam. W końcu co mogłoby mi zrobić na przykład ranne zwierzę?
- Trzeba pomóc temu czemuś... - mruknęłam do siebie i stępem poszłam do przodu. Z tej odległości mogłam już dokładnie zobaczyć źródło dziwnych pisków. A był to... Koszyk. Ale nie taki zwyczajny koszyk. Był wypełniony po brzegi żółtymi stworzonkami o bardzo puchatym upierzeniu. Miały małe, czarne oczy i pomarańczowy dzióbek. Zaskoczona stanęłam jak wryta. Co to w ogóle było? Nigdy nie widziałam i nie słyszałam o takim zwierzęciu. Starałam się zachować powagę, jednak patrząc na te zwierzątka, z trudem ją utrzymywałam. Powolnym krokiem podeszłam do plecionego koszyka. W jego rączce powpinane były ciemno - zielone listki, a dookoła koszyk miał białą, materiałową falbankę. Z jego środka sterczały kujące źdźbła sianka. Z lekka skrzywiona chwyciłam koszyczek w zęby i rozejrzałam się. Może gdzieś w pobliżu była matka owych stworzonek? Niby tak powinno być, ale chyba nie tym razem... Trochę zabawne, bo to zupełnie jak ja i moja matka.
- I co ja mam teraz zrobić? - zapytałam samą siebie, dalej trzymając koszyk. Wszędzie była tylko gęstwina, a wydeptana droga prowadziła w nieznane rejony. Ciężko westchnęłam i postanowiłam podążać dróżką, wciąż pełna wątpliwości. Najpierw jeszcze zapamiętałam miejsce, z którego wyruszyłam, aby się nie zgubić.
---
Spojrzałam na niebo. Było już południe, a chmury leniwie płynęły po niebie. Teraz to dopiero słońce parzyło! Miałam wrażenie, że za chwilkę dosłownie się stopię. Zapewne Klan zamartwiał się, co się ze mną stało, a mimo to miałam ważniejsze sprawy na głowie. Jeżeli w ogóle przenoszenie żółtych i piszczących kulek jest sprawą większej wagi. Droga zdawała się nie mieć końca. Ptaki, bo to chyba były ptaki, do czego doszłam niedługo potem, ucichły. Wpatrywały się we mnie tymi maleńkimi jak koralikami oczyma i wierciły się na sianku ułożonym w koszyku. Tak mijał czas, aż dotarłam do dosyć dziwnego miejsca. To musiały być domy ludzi, o których usłyszałam od nauczyciela. Podobno niebezpiecznym było zbliżanie się do nich, jednakże za wszelką cenę chciałam oddać pisklaki do ich matki. Kto wie? Może to właśnie tu była? Niepewnie zbliżyłam się do białego, drewnianego ogrodzenia, a tam dostrzegłam człowieka karmiącego kury jakimiś nasionkami z zielonego wiadra. Obok nich biegały takie same małe żółte ptaszki, jak te, które trzymałam w koszyku. Było ich naprawdę dużo. Uniosłam brew i zarżałam, gdy człowiek zniknął w głębi swojego domu. Kury odwróciły się w moją stronę, a ja zamarłam, bo zobaczyłam kilka dużych kogutów, które biegły w moją stronę z przeraźliwym krzykiem. Tak to przynajmniej brzmiało. Odsunęłam się, jednak jeden z ptaków przedostał się przez płotek i zaczął atakować moje nogi. Zaczęłam podskakiwać, piszcząc przy tym, jak głupia. W pewnym momencie niefortunnie się wycofałam i potknęłam. Czas na chwilę zwolnił, gdy patrzyłam, jak wiklinowy koszyk leci w powietrze. W moją stronę. Zacisnęłam oczy, a nie minęła chwila i poczułam, jak ląduje na mojej głowie, a potem poczułam, jak chodziły po mnie te żółte pisklęta. Widocznie były to małe kurczaczki. Jeden z kogutów nie zaprzestawał dziobania mnie w nogę, a ja wydałam z siebie ciężkie westchnięcie. Podniosłam się powoli i delikatnie przechyliłam, tak, aby kurczęta mogły się bezpiecznie zsunąć z mojego grzbietu. Kogut spojrzał na mnie z nienawiścią, jeżeli można tak w ogóle powiedzieć, a potem odwrócił się, zaganiając małe pisklaki za ogrodzenie. Zamrugałam kilka razy, a potem podeszłam do koszyka i zębami przewróciłam go do stabilnej pozycji. Ku mojemu zaskoczeniu, w jego środku znajdywały się kolorowe jajka.
- Mogę je przecież rozdać innym! - powiedziałam do siebie. Jeszcze raz spojrzałam na ogrodzenie, a potem w ostatniej chwili, zanim człowiek z powrotem wyszedł, udałam się w stronę lasu. Droga trochę trwała, jednak nie chciałam robić postoju. W końcu dostrzegłam miejsce, które zapamiętałam przed wyruszeniem. Jestem już blisko! Pomyślałam i nie zwolniłam tempa, a przyspieszyłam. Już krótko potem zobaczyłam pierwsze sylwetki koni malujące się na horyzoncie. Odetchnęłam. Kilka koni znalazło się wokół mnie, zalewając mnie pytaniami ze wszystkich możliwych stron.
- Gdzie byłaś?
- Co Ci się stało?
Przewróciłam oczyma.
- Byłam odkrywać i przy okazji zwrócić dzieci matce! - powiedziałam, a konie spojrzały po sobie i już się nie odezwały. Oczywiście zaraz potem przystąpiłam do rozdawania jajek innym. Trzy trafiły do trójki karych źrebiąt, chyba rodzeństwa o imieniach Leander, Siraane i Naero. Następne poszło do brązowego ogierka, Takhala, a wszystkie inne do członków Klanu. Jedno dałam też mojej mamie, która mimo wszystko uśmiechnęła się lekko. Zadowolona z siebie stanęłam na uboczu. Widziałam, że konie, które otrzymały jajka, były bardzo uśmiechnięte! Jeden z koni przechodzących obok mnie, wpiął mi w grzywkę piórko. Dokładnie takie chciałam mieć! Zarżałam wesoło i rozejrzałam się w poszukiwaniu mojej rodzicielki, bo chciałam pokazać jej pióro, jednak ta widocznie rozmawiała z jakąś srokatą klaczą, jak mniemam, Vayolą. Nie chciałam jej przeszkadzać i denerwować, więc postanowiłam się przejść. Czułam dziwne łaskotanie na głowie, ale nie zwracałam na to jakiejś większej uwagi. Tu i tam pomogłam w przygotowaniach do Wielkanocy, ale poza tym nie miałam innych ważnych zadań. Właściwie to wszystko było już prawie gotowe. Władca Klanu, gniadosz o imieniu Shiregt, przygotowywał się, zapewne, do ważnego przemówienia. Ponownie zaszyłam się gdzieś na uboczu, czekając, aż władca zacznie mówić. W pewnym momencie przeszedł mnie dreszcz. Potem drugi, trzeci i czwarty. Potrząsnęłam gwałtownie łbem, a na mój nos zsunął się... Żółty i puchaty pisklak. Zamarłam, robiąc zeza i wbijając spojrzenie w maluszka. Nagle do mojej głowy przyszedł pewien pomysł i uśmiechnęłam się szeroko.
- Zostańmy przyjaciółmi! Będziemy tworzyć zgrany duet! - zarżałam, a kurczątko z powrotem wspięło się do mojej grzywki. Wesoła popędziłam w stronę koni.
KONIEC :3
+ Tantai zyskuje towarzysza, koguta. ( Jego formularz wyślę później.)
- Wykonana misja na min. 1200 słów w opowiadaniu.
- Gdzie byłaś?
- Co Ci się stało?
Przewróciłam oczyma.
- Byłam odkrywać i przy okazji zwrócić dzieci matce! - powiedziałam, a konie spojrzały po sobie i już się nie odezwały. Oczywiście zaraz potem przystąpiłam do rozdawania jajek innym. Trzy trafiły do trójki karych źrebiąt, chyba rodzeństwa o imieniach Leander, Siraane i Naero. Następne poszło do brązowego ogierka, Takhala, a wszystkie inne do członków Klanu. Jedno dałam też mojej mamie, która mimo wszystko uśmiechnęła się lekko. Zadowolona z siebie stanęłam na uboczu. Widziałam, że konie, które otrzymały jajka, były bardzo uśmiechnięte! Jeden z koni przechodzących obok mnie, wpiął mi w grzywkę piórko. Dokładnie takie chciałam mieć! Zarżałam wesoło i rozejrzałam się w poszukiwaniu mojej rodzicielki, bo chciałam pokazać jej pióro, jednak ta widocznie rozmawiała z jakąś srokatą klaczą, jak mniemam, Vayolą. Nie chciałam jej przeszkadzać i denerwować, więc postanowiłam się przejść. Czułam dziwne łaskotanie na głowie, ale nie zwracałam na to jakiejś większej uwagi. Tu i tam pomogłam w przygotowaniach do Wielkanocy, ale poza tym nie miałam innych ważnych zadań. Właściwie to wszystko było już prawie gotowe. Władca Klanu, gniadosz o imieniu Shiregt, przygotowywał się, zapewne, do ważnego przemówienia. Ponownie zaszyłam się gdzieś na uboczu, czekając, aż władca zacznie mówić. W pewnym momencie przeszedł mnie dreszcz. Potem drugi, trzeci i czwarty. Potrząsnęłam gwałtownie łbem, a na mój nos zsunął się... Żółty i puchaty pisklak. Zamarłam, robiąc zeza i wbijając spojrzenie w maluszka. Nagle do mojej głowy przyszedł pewien pomysł i uśmiechnęłam się szeroko.
- Zostańmy przyjaciółmi! Będziemy tworzyć zgrany duet! - zarżałam, a kurczątko z powrotem wspięło się do mojej grzywki. Wesoła popędziłam w stronę koni.
+ Tantai zyskuje towarzysza, koguta. ( Jego formularz wyślę później.)
- Wykonana misja na min. 1200 słów w opowiadaniu.
11.05.2019
Od Tantai do Lumina ,,Co będziemy dziś robić?"
Wszystko... Wszystko było niesamowite. Nowe, nieznane. Zupełnie. Dosłownie calutki czas wokół mie pojawiały się nowe rzeczy. Jakieś większe konie i dziwne stworzonka przemykające wśród traw. Czułam się tak, jakby cały świat zapraszał mnie do odkrycia go i poznania dogłębnie. To uczucie było dziwne, ale naprawdę ekscytujące. Stawiałam niepewne kroki, wysoko podnosząc patykowate nogi. Z trudem przemierzałam mongolskie stepy. Szłam w stronę swojej matki. Bielutkiej klaczy o brązowych, ciepłych oczach... Które tak czy siak wydawały mi się obojętne i lodowate. Właściwie to ona cały czas mówiła do mnie chłodnym głosem. Nie lubiłam jej szczególnie, nie chciała mi nawet powiedzieć, jak ma na imię mój ojciec lub kim jest. Cichutko sapnęłam, a następnie gdy już stałam na tyle blisko matki, starałam się napić trochę mleka. Widziałam, że klacz często stara się odchodzić, gdy akurat ja przychodzę. Tym razem postanowiła nie robić mi na złość.
- Dzisiaj będziesz uczyć się kilku rzeczy. - warknęła moja matka i wierzgnęła, odsuwając się. Przynajmniej trochę napełniłam brzuch. Opuściłam łeb.
- Jakich? Z kim? Gdzie? - zapytałam ponuro. Ta to umiała wysysać ze źrebaka radość!
- Nie wiem, jakich. Wiem, że z Luminem oraz z innymi źrebakami. Normalnie bym Cię tam nie posłała, ale nie mogę wzbudzać podej... - tu klacz urwała, domyślałam się, że powiedziała trochę za dużo. Nie wiedziałam o co chodzi, więc postanowiłam nie odpowiadać i zostawić to sobie w pamięci. - Chodź. - dodała po chwili biała klacz i poszła przodem. Niedługo potem znalazłyśmy się na niedużej polance, otoczonej wysokimi drzewami oraz masą gęstej roślinności.
- I co teraz? Na kogo czekamy? - zapytałam, kręcąc się wokół.
- Na nauczyciela, Lumina. - mruknęła niechętnie Khairtai. W końcu zjawił się wspomniany koń, wraz z czwórką źrebiąt. Postawiłam uszy na sztorc, zaciekawiona. Lumino zmierzył moją matką dziwnym wzrokiem.
- Możesz już iść. -powiedział do niej.
- Zamierzałam. - odparła klacz i wyminęła ogiera, odchodząc w swoją stronę. Gdy już odeszła, Lumino zebrał nas wszystkich w jednym miejscu.
- Co będziemy dziś robić? -zapytałam w oczekiwaniu.
<Lumino? Z góry przepraszam za błędy, ale blogger mi trochę zwariował :P>
- Dzisiaj będziesz uczyć się kilku rzeczy. - warknęła moja matka i wierzgnęła, odsuwając się. Przynajmniej trochę napełniłam brzuch. Opuściłam łeb.
- Jakich? Z kim? Gdzie? - zapytałam ponuro. Ta to umiała wysysać ze źrebaka radość!
- Nie wiem, jakich. Wiem, że z Luminem oraz z innymi źrebakami. Normalnie bym Cię tam nie posłała, ale nie mogę wzbudzać podej... - tu klacz urwała, domyślałam się, że powiedziała trochę za dużo. Nie wiedziałam o co chodzi, więc postanowiłam nie odpowiadać i zostawić to sobie w pamięci. - Chodź. - dodała po chwili biała klacz i poszła przodem. Niedługo potem znalazłyśmy się na niedużej polance, otoczonej wysokimi drzewami oraz masą gęstej roślinności.
- I co teraz? Na kogo czekamy? - zapytałam, kręcąc się wokół.
- Na nauczyciela, Lumina. - mruknęła niechętnie Khairtai. W końcu zjawił się wspomniany koń, wraz z czwórką źrebiąt. Postawiłam uszy na sztorc, zaciekawiona. Lumino zmierzył moją matką dziwnym wzrokiem.
- Możesz już iść. -powiedział do niej.
- Zamierzałam. - odparła klacz i wyminęła ogiera, odchodząc w swoją stronę. Gdy już odeszła, Lumino zebrał nas wszystkich w jednym miejscu.
- Co będziemy dziś robić? -zapytałam w oczekiwaniu.
<Lumino? Z góry przepraszam za błędy, ale blogger mi trochę zwariował :P>
8.05.2019
Nowy nauczyciel I stopnia i szeregowiec - Tantai!
Relacje:1 2
Źródło: Zdjęcie główne, 1, 2
Motto: ,,Nigdy nie rezygnuj z celu, tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie.’’
Imię: Tantai. Można przyjąć, że to uproszczenie od tamilskiego Taṇṭanai – inaczej kara. Klacz nienawidzi, gdy ktoś w jakikolwiek uproszcza jej imię. Gdy przypadkiem dowiedziała się znaczenia tego słowa, znienawidziła je doszczętnie. Gdy się komuś przedstawia, można wyczuć nienawiść i gniew, gdy wypowiada to imię.
Tytuł: Obecnie nie posiada, ale w głębi duszy kwapi się, aby go zdobyć. Będzie dążyć do tego całą sobą.
Płeć: Klacz, rzecz jasna.
Ranga/i: Nauczyciel I stopnia, Szeregowy. Obie te rzeczy, to jej wielkie cele życiowe.
Głos: Ivan Torrent & Aeralie Brighton
ᴓ Matka Khairtai – Obojętna i surowa. Jednak jako nauczycielka sprawdzała się doskonale. Udało się jej wpoić klaczy wiele swoich przekonań co do Klanu. Tantai nienawidzi rodzicielki za zrujnowanie rodzeństwa, pragnie się na niej zemścić.
ᴓ Ojciec ? – Tantai wielokrotnie dopytywały matki o ojca albo chociaż o jego imię. Problem w tym, że… Nawet jej rodzicielka nie wie, kim on jest. Tantai wyznaczyła sobie pewien cel, za wszelką cenę chce poznać imię ogiera, który ją spłodził.
ᴓ Dziadek Kirk – Tantai dowiedziała się, że jej dziadek był naprawdę odważny i nigdy nie zawahał się bronić Klanu oraz rodziny. Khairtai skłamała, że biały ogier nie żyje z powodu napadu przez Klan. W rzeczywistości zginął on śmiercią naturalną. [*]
ᴓ Babcia Valentia – Z opowieści matki wynika, że owa Valentia była wspaniałą klaczą, jak i matką. Khairtai powiedziała córce, że Valentia zginęła z kopyta Yatgaar. [*]
ᴓ Rose – przybrana matka. Tantai nawet ją lubiła, chociaż współczuła, że ją zaadoptowała. Całe życie była jej wdzięczna za opiekę, a gdy klacz zginęła, przyjęła to spokojnie i jako ,,rodzina”, pochowała. [*]
ᴓ Nivero – młodszy kolega.
Klacz zna konie w Klanie, jednak nie może powiedzieć o nich nic szczególnego.
Osobowość: Klacz wiele się zmieniła od młodzieńczych czasów. Przede wszystkim, jej podejście do życia stało się bardzo poważne. Może i nawet za bardzo. Klacz mimo wszystko, od źrebaka nie potrafi godzić się z przegranymi i tym, że czasami się myli. Tantai dobrze zdaje sobie sprawę, jaką opinię mają o niej inne konie z Klanu. Większość woli się z nią nie zadawać. To skłoniło ją do myślenia, że jest potworem lub tak bardzo przypomina swoją matkę, że nikt jej nie lubi. Jej samoocena jest bardzo niska, jednak klacz woli to ukrywać. Nie okazuje uczuć, cały czas twarda. Nie uroni łzy. Tantai nigdy nie była pozytywnie nastawiona do zawierania nowych znajomości. Wydaje się jej, że żyje w Klanie tylko po to, by przeżyć. Inaczej z pewnością już dawno by go opuściła. Mimo to przyjemność sprawia jej przekazywanie swojej wiedzy źrebiętom. Dąży do perfekcji. Postanowiła całkiem oddać się pomaganiu Klanowi, chociaż nie darzy go wielką sympatią. Jest bardzo chłodna w obejściu z innymi, pewnie dlatego, że sama jest bardzo nieszczęśliwa. Tantai jest bardzo chciwa, chociaż i to ukrywa. W oczach innych koni uchodzi też jako odważna, ale i rozsądna, a także do granic możliwości dostojna. Gdy już z kimś rozmawia, nawet z wrogiem, ma szacunek i respekt. Mimo że już dorosła, dalej bierze rady od starszych i mądrzejszych, a kiedyś ma zamiar dołączyć do Rady Starszych. Klacz, poza tym jest bardzo inteligentna i szczwana, dobrze planuje strategie. Przez to, że Khairtai wmówiła jej, że nie potrzebuje nikogo w życiu, źle nastawiła się do szukania drugiej połówki. Klacz dobrze wie, że jej matka od zawsze była zła i przesycona jadem, dlatego Tan jej nie trawi. Jest zdyscyplinowana i bardzo dobrze walczy, sprawia jej to przyjemność i zabawę w jednym. Ciężka praca jest jej dobrze znana, klacz zdecydowanie nie jest leniwa. Potrafi pracować nad czymś od rana do późnej nocy. Tantai dosyć odstaje od reszty członków Klanu, ale mimo tego ciągłego obgadywania, stara się trzymać rezon.
Orientacja: Heteroseksualna.
Aparycja:
- Rasa: Nie ma się czego tutaj doszukiwać. Przez pokolenia podobieństwo do różnych ras zanikło i tak, stoi przed Wami najzwyklejszy mieszaniec. Mimo to bardzo słabo da się zauważyć budowę konia Śląskiego i Małopolskiego.
- Wygląd: Tantai odznacza się wyjątkową, lśniącą maścią szampańską. Na jej ciele bardzo wyraźnie zarysowane są mięśnie. Sama klacz jest wysoka i smukła. Pysk Tan jest bardzo symetryczny, widać żyłki i mocno widoczne kości policzkowe, zdobią go także chłodne, brązowe oczy i ciągnąca się w dół latarnia. Kończy się bladoróżowymi chrapami, obdarowanymi aksamitną skórą. Grzywa i ogon klaczy są średniej długości, zawsze czyste. Na lewym, przednim kopycie ma niewielką skarpetkę. Gdyby oceniać ją na pierwszy rzut oka, jest klaczą najzwyczajniej w świecie urodziwą.
- Znaki charakterystyczne: Do znaków charakterystycznych można zaliczyć jej rzadką maść.
- Wzrost: 188 cm WK.
Historia: Tantai urodziła się w Klanie Mroźnej Duszy. Była źrebięciem Khairtai i Cardinanego. Za to, że matka w napadzie szału zamordowała członkinię Klanu, Cherry, władca postanowił, że karą dla jej rodzicielki będzie właśnie urodzenie źrebaka. Dzieciństwo Tantai nie należało do najszczęśliwszych. Klacz została zaadoptowana przez Rose, jednak jej matka postanowiła się z nią spotykać tak często, jak to możliwe. Wpajała jej swoje przekonania, znęcała się psychicznie, jednak mimo wszystko starała się to zatrzeć tym, że się o nią martwi. Tantai bardzo ją kochała, ślepo wierząc, że Khairtai jest dobra i robi to, żeby ją chronić. Klacz w młodym wieku poczuła powołanie do nauczania równieśników, spędzała czas samotnie, jedynie ze swoim towarzyszem, Aanchalem. Traktowała go, i dalej traktuje, jako jedynego przyjaciela i rodzinę. Gdy dorosła, a Rose zmarła, nie przejęła się tym zbytnio. Poprzysięgła sobie, że zemści się na biologicznej rodzicielce. Na razie spokojnie żyje w Klanie.
Inne:
- Przez to, że Tantai z pyska bardzo przypomina matkę, brzydzi się sobą.
- Obsesyjnie pragnie poznać ojca.
Kontakt: HW – Aurea Gmail – lena10kujawiak@gmail.com
Subskrybuj:
Posty (Atom)
