Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marabell. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marabell. Pokaż wszystkie posty

2.08.2018

Żegnamy Marabell!

Nasza pierwsza arystokratka, Marabell, odchodzi z powodu śmierci w pożarze. Majątek postaci w SŁ zostaje rozdzielony pomiędzy najbliższą rodzinę, czyli córkę Mivanę (140 SŁ) i partnera Mikada (135 SŁ). Będziemy ją miło wspominać. Niechaj spoczywa w pokoju [*].

https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgmBcnT7BDsJut3oeZOPaDfya88CTMQvpoR2kdf-F8whbh7ot11WKW0tSM8zZwThlB6lrfkaCrnJpmi1RLzPEgUEh9YGZR9Nat1AAN18ASc4N1IiqxKiFvX7dQx_UbQUcLuIFHe5FDyir1G/s1600/wild-horse-mustang-Mwhrs5100.jpg
Marabell Kataxo|10 lat|Klacz|Arystokratka|Mikado Kataxo|Najmi

2.08.2018

Od Marabell ,,Ostatnie tchnienie"

Biegłam bez wytchnienia w stroną klanu, co, zważywszy na mój obecny stan zdrowia, naprawdę było wielkim wyczynem. W końcu dopadłam do reszty i ze ślizgiem zatrzymałam się mniej więcej w środku zbiorowiska.
- Pożar! Musimy uciekać - krzyknęłam.
W tym momencie głowy wszystkich skierowały się w stronę, z której przybiegłam. Dym unosił się ponad drzewami, a chwilę później można było już wyczuć wyraźny zapach dymu.
Władca wraz z rodziną i końmi, które znały się świetnie na okolicy i prowadzeniu stada, popędziła przodem. Tuż na nimi galopowały młodziki, których pilnowała reszta stada, goniąca z tyłu. Mimo, że zawsze należałam do tych nienajgorszych biegaczy, niemalże pełzłam za resztą, a jedyne, co pchało mnie do przodu, to obecność rodziny, której nie chciałam zawieść. Odpychałam więc kopyta od ziemi z największą mocą, na którą było mnie stać.
Młodzi członkowie byli trochę zagubieni i zdezorientowani. Część stada, odpowiedzialna za trzymanie ich w ryzach, najwidoczniej nie znała się w ogóle na opiece nad dziećmi, gdyż młode nóżki co chwilę się plątały, a głowy rozglądały na boki, uporczywie szukając powodu, dla którego nagle muszą tak pędzić.
- Mikado, biegnij im pomóc! - wydarłam się na ogiera, biegnącego obok.
- Mara, nie zostawię cię - odparł. W jego wzroku dostrzegłam przerażenie troskę.
- Dam sobie radę, a jakby co mam Mivanę - uśmiechnęłam się krzepiąco do dwójki.
Mój partner chyba uznał, że nie ma się co ze mną spierać. Podbiegł do reszty i próbował jakoś pomóc w tym szaleństwie.
Stado biegło do przodu, gnane chęcią wyrwania się niebezpieczeństwu. Ja jednak coraz bardziej traciłam siły, zostając w tyle wraz z moją nastoletnią córką. W końcu stado zniknęło nam z pola widzenia, a ogień nas dogonił.
- Mivana, może powinnaś... - urwałam, widząc drzewo zawalające się na klaczkę. Odepchnęłam ją na bok, a sama zostałam otoczona przez płonące drzewa - bez żadnego wyjścia.
- Mamo! - moje dziecko wydało z siebie przerażony pisk. Próbowała przebić się przez płomienie do mnie, skacząc nad drzewami, jednak powstrzymałam ją.
- Miva, dla mnie już nie ma ratunku - wysiliłam się na uśmiech.
- Mamo, nie zostawię cię! Mogę... Ja mogę znaleźć lekarstwo! Tylko przeskocz, albo ja ci pomogę jakoś...
- Mivana. Biegnij, zanim się udusisz. Masz przed sobą całe życie. Ja już spełniłam swoją rolę.
- Ale, mamo! - krzyknęła zdesperowana. Jej głos załamał się i zaczęła łkać - Nie chcę cię stracić.
- Moje maleństwo, zawsze będę przy tobie. Biegnij - spojrzałam w górę, na czerwone języki ognia, które spychały w dół sporą gałąź - A moje ulubione to chryzantemy - uśmiechnęłam się po raz ostatni do córki, po czym czerwona ściana zasłoniła mi ją całkowicie.
Usłyszałam zduszony krzyk klaczki. Potem jednak do moich uszu dobiegały tylko ciche piski zwierząt w agonii i trzaskanie ognia. Skierowałam wzrok ponownie w górę. Księżyc z jakiegoś powodu wydawał mi się bardziej czerwony niż zwykle, tak jakby krew wszystkich stworzeń, które pożegnały się dzisiaj z życiem rozlała się na srebrnym dysku. Uznałam to za dobry znak.
- Księżycowa pani, oddaję się tobie - szepnęłam, zamykając oczy.
Dym zaczął coraz bardziej podrażniać moje nozdrza i gryźć ciało od środka. Kasłałam raz za razem, co jeszcze bardziej pogarszało moją sytuację.
,Przepraszam mamo, tato. Mogłam być lepszą córką i nie uciekać. Zostać taką, jaką chcieliście. Mikado, Mivana, wcale nie chciałam was zostawiać. Zagrzeję wam miejsce na nieboskłonie. Khonkh, zawsze byłeś dobrym władcą. Zostań takim i się nie zmieniaj, póki możesz. Wszyscy... Nigdy was nie zapomnę. Przepraszam'
Nagle poczułam dotyk ognia na skórze. To wtedy przestałam walczyć i poddałam się woli płomieni i losu. Wydałam z siebie ostatnie tchnienie.

KONIEC ŻYCIA MARY. Możecie już płakać.

25.07.2018

Od Mikada do Marabell „Przybysz”


Cały spięty i wystraszony dotarłem na miejsce bliższe zlokalizowane blisko tego, w którym zostawiliśmy klacz. Z ciężkim oddechem udałem się do dotychczasowego miejsca spoczynku Marabell, mojego ukochanego zbawienia i cudownej partnerki, która zawsze wyłania się gdzieś i wygląda dużo lepiej niż przebiśniegi wychylające swoje płatki ze śniegu czy milczące jezioro z taflą niczym diamenty. Nie było tak jej... Rozejrzałem się nerwowo, a moje emocje sięgnęły zenitu. Pierwsza myśl- medyk. Tylko... czy ona już tam przypadkiem nie umiera? Czy na pewno chcę zobaczyć jej blady pysk? Kątem oka widziałem drżące ciałko córeczki, która przytuliła się do mojego boku. Podjąłem decyzję. Muszę jako dobry ojciec... tam pójść.
-Poczekaj- powiedziałem bezgłośnie. Najwyraźniej Mivana zrozumiała nie werbalny przekaz, ruch moich ust i stała uporczywie wpatrując się w ziemię. Obejrzałem się za siebie, chcąc usłyszeć jakieś miłe słowa, lecz żadna dusza nie postanowiła ich wypowiedzieć. Ruszyłem w kierunku miejsca, w którym Hadvegar leczy swoich pacjentów. Było to odcinek dość spokojny, melancholijny i cieszący oko cudownymi widokami.
-'Nic jednak nie jest tak pięknie, jak Marabell'- pomyślałem. Podobno był chory, a widziałem go leczącego moją ukochaną. Ona na to podniosła pysk i spojrzała na mnie swoimi błyszczącymi oczami, brązową masą wypełniającą oczodoły i odpowiadającą za wzrok. Nasza budowa jest jednak dość skomplikowana.
-Cześć skarbie- szepnąłem, a po chwili usłyszałem czyjeś kroki. Gdy zilustrowałem przybysza wzrokiem, okazał się nikim innym niż Mivaną, biegnącą w stronę leżącej rodzicielki.
<Mara?>

24.07.2018

Od Marabell do Mikada ,,W bólu i strachu"

Stałam w miejscu i patrzyłam się na odbiegającego małżonka, prosząc gwiazdy o pomyślność tej misji. Chciałam, aby Mivana się odnalazła i zrozumiała, że nic nie może zrobić.
'Taka jest kolej rzeczy, a że akurat wypadło na mnie, eh... Trzeba z tym żyć' - trochę niedopasowanie odniesienie w stosunku do śmierci.
Już miałam pobiec za Mikadem z nadzieją, że odnajdę obydwoje po drodze, kiedy poczułam straszny ból brzucha, pod wpływem którego zgięłam się w pół. Chciałam iść do lekarza, jednak nie byłam w stanie postawić kroku. Na moje szczęście Hadvegar przechodził obok i podbiegł do mnie prawie natychmiast.
- Co się dzieje? - zapytał.
- Brzuch mnie boli. Tak strasznie boli - ukłucia wyciskały łzy z moich oczu.
- Zaczekaj - odbiegł w kierunku, z którego przyszedł, by po dłuższej chwili wrócić z czymś w pysku.
- Zjedz to. Powinno pomóc.
Przeżułam zielsko. Smakowało dość dziwnie, jednak nie obchodziło mnie to zbytnio - chciałam wyzwolić się od bólu jak najszybciej. Lek nie zaczął działać od razu, jednak, pod dłuższym czekaniu na efekty, drażniące uczucie zaczęło powoli znikać.
- Dzięki - szepnęłam, niezdolna wydobyć z siebie głośniejszego dźwięku.
- Nie chwal dnia, przed zachodem słońca. Lepiej chodź ze mną, będę cię miał na oku - stwierdził bezlitośnie ogier.
- A Mikado i Mivana?
- Przecież nie wybieramy się daleko. Znajdą cię - uśmiechnął się uspokajająco.
Tak więc cały mój dzień miał składać się z chodzenia za medykiem, bólu i strachu o rodzinę. Nie podobał mi się taki pomysł, jednak usłużnie szłam za Hadvegarem.

< Mikado? >

20.07.2018

Od Marabell do Khonkha ,,Prośba na koniec"

- Z wielką chęcią się z tobą przejdę - uśmiechnęłam się do niego życzliwie - Uwielbiam spędzać z tobą popołudnia.
- Zatem chodźmy - ogier odwzajemnił mój uśmiech.
Szliśmy przez połacie zieleni, która tak szybko przechodziła w żółć. Rozmawialiśmy o takich głupotach jak pogoda, nasze najbliższe plany, opowiadaliśmy sobie nawzajem śmieszne historyjki z życia rodzinnego. Niby spacer najnormalniejszy w świecie - jak wszystkich przyjaciół, którzy znaleźli dla siebie czas. A jednak, mimo, że cały czas się śmieliśmy, można było wyczuć napięcie unoszące się w powietrzu, spowodowane wiadomością o mojej niedługiej śmierci.
- Khonkh... Mogę cię prosić o przysługę? - zapytałam poważnym tonem, przerywając radosne pogaduszki.
- Z chęcią, ale, jeśli można wiedzieć, jaką przysługę?
- Czy mógłbyś zająć się Mivaną? I nie chodzi mi o to, że Mikado sobie nie poradzi, bardziej o edukację. Nie byłoby dla ciebie problemem, gdybyś nauczył ją wszystkiego, co powinna wiedzieć arystokratka? Bo widzisz, ja chciałabym, żeby zajęła moje miejsce, kiedy ja... - westchnęłam - odejdę. To moje jedyne dziecko i chciałabym, aby miała dobrą pozycję, żebym nie musiała martwić się o jej rozwój... Ty to rozumiesz, prawda? Na pewno załatwiłeś swoim dzieciom dodatkowe, porządne lekcje, żeby poradziły sobie w życiu. Tak więc... Zrobisz to dla mnie? - skończyłam swój chaotyczny wywód.

< Khonkh? >

20.07.2018

Od Marabell do Mikada ,,Uciekające szczęście"

Wpatrywałam się w Mivanę, która nic nie mówiła, tylko patrzyła na mnie oczami wielkimi jak ludzkie monety. Po moim pysku spływały łzy, a całe moje ciało drżało jak listek na wietrze.
- Nie - nasza córka kręciła powoli przecząco głową - Nie.
- Mivana, ja... Naprawdę... - jąkałam się, nie wiedząc, co powiedzieć.
- Nie! - krzyknęła Miva - Niby dlaczego? D-L-A-CZ-E-G-O?
- Słuchaj, jestem zarażona, a lekarstwo, które istnieje... Ono nie jest już dla mnie - powiedziałam na jednym wdechu.
- Nie! Ja... Ja się nie zgadzam! - Mivana nie chciała stanąć z prawdą twarzą w twarz.
Popatrzyłam na Mikada ze smutkiem, który bił również z jego pyska.
- Słońce, posłuchaj...
- Nie, to wy posłuchajcie! Ja się na to nie zgadzam, rozumiesz? Znajdę dla ciebie lekarstwo i cię uratuję! - chciałam już zgasić jej zapał, jednak nie zdążyłam - nasz jedyny potomek postanowił wziąć sprawę w swoje kopyta i popędził w tylko sobie znanym kierunku. To zdecydowanie nie było zachowanie, którego się po niej spodziewałam. Jasne, była dość wybuchowa, ale żeby od razu uciekać? Nawet, jeśli miała dobre zamiary, nie powinna oddalać się bez naszej zgody.
- Mivana! - krzyknęłam za nią, całą mocą, jaką znalazłam w sobie, aż poczułam ból w gardle.
- Mikado, co robimy? - zapytałam, czując, że tracę siłę na to wszystko.

< Mikado? Co robimy z uciekającym szczęściem? >

19.07.2018

Od Marabell do Mikada ,,Póki na to czas”


Podniosłam głowę do góry i rozejrzałam się po otaczającym mnie miejscu. Leżałam na trawie, a kiedy się poruszyłam, stwierdziłam, że trawa, która rosła wokół, była mokra, więc musiałam już tu leżeć od kilku ładnych chwil i zdążyłam przetrwać urwanie chmury. Jakimś cudem znalazłam się w miejscu postoju klanu, mimo iż pamiętałam, że zasnęłam na samym szczycie. A najgorsze było to, że nigdzie nie mogłam dostrzec Mikada.
Z kierunku, gdzie przebywała reszta stada, zbliżał się do mnie jakiś kształt, w którym rozpoznałam kopytnego. Posturą był podobny do mojego ukochanego, jednak był zdecydowanie jaśniejszy. Gdy zbliżył się dostatecznie, rozpoznałam w nim Hadvegara.
- O, Marabell obudziłaś się już — to nie było grzecznościowe przywitanie, ale nie chciało mi się zwracać mu na to uwagi.
- Witaj Hadvegar. Gdzie jest Mikado? - naprawdę zastanawiałam się, co stało się na górze.
- Spokojnie, wypuszczę cię do niego, jak tylko cię znowu obejrzę — odparł medyk z lekkim uśmiechem.
Po skończonej wizycie wybrałam się we wskazanym przez ogiera kierunku, gdzie podobno ostatnio widział mojego partnera. Odnalazłam go stojącego z nietęgą miną na zboczu kotlinki, w której znajdowała się baza klanu. Zaszłam go od tyłu i skoczyłam na jego grzbiet. Ogier zaskoczony bryknął lekko, przyciągany do ziemi moim ciężarem.
- Hej Mikado — przywitałam się ze śmiechem.
Wstrzymał swoje próby zrzucenia intruza z pleców, a ja zsunęłam się z niego na wciąż wilgotne rośliny.
- Masz pełno energii po spaniu — zauważył — Wystraszyłaś mnie. I na szczycie, i teraz.
- Po prostu chcę czerpać z życia jak najwięcej, póki mogę — z jednej strony chciałam się uśmiechnąć, z drugiej zacząć płakać — To, co dzisiaj robimy?
< Mikado, co wymyślisz dla was? >

18.07.2018

Od Marabell do Mikada ,,Obiecaj"

Chłodny wiatr bawił się naszymi grzywami i ogonami. Tam na górze na prawdę było zimniej niż w miejscu naszego postoju. Wtuliłam się w ciało jedynego konia, który w tym momencie się dla mnie liczył i pozwoliłam ciepłu naszych ciał zagrzać nas trochę.
- Wierzę, że uda ci się w swoim życiu pokonać te wszystkie góry - powiedział, spoglądając na rozciągające się przed nami pasma górskie.
- Jednak ty jesteś tym marzycielem... A w sumie czemu by nie? - odparłam - Kiedyś przejdziemy te góry razem, prawda? Pójdziemy by nigdy nie wrócić i zaśniemy na ostatnim wzgórzu - dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że płaczę - O Boże, Mikado, ja nie chcę cię zostawiać - wyszlochałam, całkowicie oddając się drżeniu, bynajmniej nie wywołanym niską temperaturą.
- Marabell - zaczął mój partner, widocznie nie do końca wiedząc, co odpowiedzieć.
- Obiecaj mi coś. Zaopiekuj się naszą córką, aby żyła szczęśliwie. Nie chcę zniszczyć jej życia. Ona zasługuje na dobre zakończenie. Zobaczysz, będzie jeszcze wielką klaczą. A ty, masz mi opowiedzieć o wnukach, rozumiesz?
- Dobrze - powiedział ogier. Zadziwiło mnie to trochę, że nie dodał nic o tym, że być może on również nie dożyje narodzin naszych wnuków, o ile jakieś będziemy mieli.
Położyłam głowę na jego grzbiecie i zapadłam w sen, modląc się o brak drapieżników na tym wzniesieniu.

< Mikado? A najzabawniejsze jest to, że się naprawdę popłakałam >

17.07.2018

Od Marabell do Khonkha ,,Zakrywając prawdę prawdą"

Szłam właśnie do lekarza, aby, jak co dzień, skontrolować mój stan zdrowia. Mimo, że ja nie odczuwałam zbyt wielkich zmian, oprócz uporczywego bólu brzucha, jednak Hadvegar mówił, że dostrzega, tym swoim doświadczonym okiem, zmiany spowodowane zarażeniem. Na drodze do medyka stanął mi Khonkh. Uświadomiłam sobie, że ostatnio zaniedbaliśmy naszą relację, a ja nie miałam zamiaru odejść z tego świata, nie gadając przed nią z moim przyjacielem.
- Witaj Khonkh. Dawno nie rozmawialiśmy, czyż nie? - zagaiłam.
- Marabell, miło cię widzieć. Rzeczywiście, dawno nie rozmawialiśmy - władca uśmiechnął się do mnie.
- Tak więc, hm.. Co tam u ciebie, z dziećmi, partnerką? - wypaliłam z najprostszym tematem, licząc na szybkie znalezienie ciekawszego.
- Wszystko dobrze się układa, ale...
- Dawno nie widziałam Miriady - wypaliłam, przypominając sobie o tym nagle. Dopiero potem uświadomiłam sobie, że przerywanie koniowi wyższej rangi od siebie być może nie było najlepszym pomysłem.
- Ona... Zaginęła - powiedział ogier. Postanowiłam nie drążyć tematu.
Podczas ciszy, która zapadła między nami, wpadłam w wir swoich przemyśleń. 'Biedna klaczka. Zagubiona, oddzielona od stada. Jej rodzeństwo z pewnością się martwi. A do tego Shiregt zapewne niedługo zostanie władcą. Właśnie, Shiregt. Może powinnam powiedzieć Khonkhowi? Chociaż nie, to sprawa młodych, nie powinnam mieszać w to nikogo, jeśli moja córka tego nie zrobiła'.
- Marabell, wszystko w porządku? - ogier przypatrywał mi się lekko zmartwiony. Pewnie wyglądałam jak idiotka, kiedy rozmyślałam w ciszy nad życiem miłosnym córki - Nad czym rozmyślałaś?
- Mivana, ona chyba... Zadurzyła się w twoim synu - westchnęłam, zanim dotarło do mnie, co powiedziałam. Chciałam zakryć ten fakt czymś, co zapewne bardziej zainteresuje władcę - No i... Zapewne niedługo umrę.

< Khonkh? Bardzo źle to przyjmiesz? >

17.07.2018

Od Marabell do Mikada ,,Szczyt marzeń"

Szłam przed siebie. Piękne szczyty rozciągały się z każdej strony. A ja miałam nadzieję na zdobycie jednego.
- To, gdzie w końcu idziemy? - zapytał ogier, truchtając obok mnie.
- Widzisz to? - zapytałam, wskazując głową na szczyt góry z uśmiechem, który zawsze mi towarzyszył podczas przygód. O mały włos bym się rozpłakała, kiedy uświadomiłam sobie, że to zapewne moja ostatnia podróż.
- Chcesz się tam wspiąć? Jesteś pewna? - Mikado wydawał się zdziwiony moim pomysłem.
- Czy jestem pewna? To za mało powiedziane. Widzisz te rośliny? - spojrzałam na usychające już, ale wciąż piękne, kwiaty.
- Widzę, ale co to ma... - niestety nigdy nie dokończył tego zdania, gdyż wpadłam mu w słowo.
- Być może widzę coś takiego ostatni raz w życiu. I chcę choć raz zdobyć szczyt. Każdą moją próbę, zawsze, ale to zawsze, rujnowało moje zdrowie. Teraz się nie dam, rozumiesz? Nie pozwolę, żeby cokolwiek mi przeszkodziło - prychnęłam w stronę chmur na niebie, które, jak dla mnie, wyglądały, jakby zaraz miałby spuścić na nas burzę z piorunami.
Wchodziliśmy w ciszy coraz wyżej, a jedynym odgłosem, był wiatr wyjący mi w uszach. Rozglądałam się wciąż na boki, głęboko oddychałam górskim powietrzem i nastawiłam uszy na nawet najcichsze dźwięki - wszystko po to, by czerpać ze świata jak najwięcej, dopóki mogłam.
Pomimo trudności weszliśmy na mój upragniony punkt. Spoglądaliśmy na świat z ogromnej wysokości. Wszystko wydawało mi się tak małe, łącznie z członkami naszego klanu, którzy kręcili się kawałek drogi pod nami.
- Pięknie tu jest - szepnęłam zachwycona.
- Z tak cudowną klaczą każde miejsce jest piękne - mój partner rzucił komplementem, który, jak zawsze, sprawił, że się speszyłam.
- Mikado, pamiętasz, jak się poznaliśmy? - zapytałam nagle.

< Mikado? Nie chciało mi się pytać, czy pamiętasz, więc po prostu sama to napiszesz >

15.07.2018

Od Marabell do Mikada ,,Pierwsze sygnały"

Był spokojny wieczór. Zimny jesienny wiatr zawiewał mi grzywę do przodu, skutecznie ograniczając widoczność. Moje futro, które wciąż nie mogło się zdecydować, czy jest lato czy zima, miejscami było posklejane od potu, który nieustannie mnie oblewał, mimo braku wysiłku i upałów. Moim ciałem wstrząsnął dreszcze - jak to się działo ostatnio dość często. Z początku myślałam, że mogą to być jeszcze pewne oznaki niedawno przeżytego wypadku z wilkami. Ale, czy one ciągnęły by się tak długo? Rozmyślania przerwał mi Mikado, który pojawił się na horyzoncie i przyłączył się do podgryzania żółciutkiej trawy.
- Cześć księżniczko - szepną, wtulając się we mnie delikatnie.
- Cześć Rycerzu. Gdzie nasza następczyni tronu? - zapytałam, uśmiechając się po części zadowolona z jego obecności, po części, aby zakryć moje rozmyślanie.
- O tam - ogier machną głową w kierunku naszej córki.
- To dobrze. Malutka będzie niedługo głową naszego rodu. Czy to nie piękne?
'Może nawet szybciej, niż by chciała' - tą myśl zachowałam dla siebie.
Klaczka prowadziła właśnie ożywioną dyskusję z następcą tronu, z uśmiechem wymalowanym na pysku podskakując wokół ogierka. Ostatnio zadała mi dziwne pytanie: Jak to jest, że kocham Mikada? Odpowiedziałam jej, że kiedy koń się zakocha, to po prostu o tym wie i chce spędzić z innym resztę swojego życia. W tedy wydawało mi się to oderwane od rzeczywistości, ale teraz... Czy to możliwe, że moja mała perełka zadurzyła się w młodym monarsze?
- To prawda - Mikado wyrwał mnie z zamyślenia, potwierdzając moje poprzednie słowa.
- Mikado... Uważasz, że poradzi sobie sama, albo tylko z jednym rodzicie? - patrzyłam mu prosto w oczy. Nie był głupi, na pewno zrozumie moją małą podpowiedź.
- Zobaczymy co będzie - odparł, po czym pocałował mnie w czoło. Czyli jednak nie zrozumiał. Trochę bardziej dosadnie.
- Wiesz... Od kilku dni nie czuję się najlepiej. Obawiam się najgorszego - oczy zrobiły się jej szkliste.
- Mara... pamiętaj, że pomimo wszystkiego zawsze będę cię kochał.
- Tego właśnie się obawiam... Że zmarnuję ci życie. Przecież możesz, możesz sobie znaleźć młodszą, ładniejszą...
- Mara! Nie rób mi tego! Trzymaj się jakoś... - ogier wydawał się do głębi poruszony. Ten nagły wybuch dość mnie zdumiał.
- Jesteś słodki, kiedy się martwisz, wiesz? Nie umieram teraz, zaraz. Ja... Ja postaram się żyć dla was tyle, ile zdołam - posłałam mu krzepiący uśmiech, nie będą pewną, kogo miał on uspokoić.
- Śmierci nie da się przewidzieć. Niestety... A teraz chodź ze mną. Masz jeszcze jakieś marzenie, które chciałabyś spełnić przed śmiercią? - ogier jeszcze bardziej mnie zaskoczył. Takie teksty zdecydowanie nie były w jego stylu. Znaczy... Był szczery, wręcz do bólu, ale przywykłam do tego, że zawsze mnie pociesza wizją lepszego jutra.
Gniadosz skierował kroki w stronę medyka, ja bez słowa sprzeciwu potruchtałam za nim.
- Doskonale wiesz, że chciałabym uratować świat, ale to niemożliwe śmieje się A tak to... Chyba wszystko, co chciałam w życiu zrobić, rozbiłam. Urwałam się z więzienia, będącego moim starym stadem. Zdobyłam uznanie i tytuł. Uzyskałam przyjaciół i wielu znajomych. Zwiedziłam świat. Założyłam rodzinę... - wymieniłam wszystkie przyjemne rzeczy, które dokonałam w życiu - i dotarło do mnie, że faktycznie dokonałam wiele w życiu. To była piękna myśl.
- Właściwie chciałabyś się gdzieś wybrać sam na sam? Mivanę zostawilibyśmy u pary przewodniczącej z innymi źrebakami - mój partner zaskakiwał mnie dzisiaj coraz bardziej.
- Hm... Dobry pomysł - odparłam zdawkowo. Co on mógł kombinować? A może po prostu wpadł mu do głowy ten pomysł?
- Ty wybieraj, ze mną prędzej zbudzilibyśmy się w pierwszym lepszym lesie śmieje się przypominając sobie wydarzenia z minionych tygodni. Chyba na dzikie przygody nie nadajesz się ze swoim stanem zdrowia - już miałam gwałtownie zaprzeczać, że mam tylko początkowe objawy, więc czemu nie zaszaleć, kiedy ogier popchną mnie lekko w stronę medyka, przy którym właśnie się znaleźliśmy.
Hadvegar wysłuchał mojego biadolenia i zapewnień, że nie dramatyzuję i nie tuszują niczego. Obejrzał mnie dokładnie okiem medyka.
- Na chwilę obecną nie mogę stwierdzić, że jest to coś poważnego, czy może coś pospolitszego. Tak więc, jakbyś mogła, przychodź do mnie codziennie, żebym mógł monitorować twój stan, dobrze? I lepiej nie oddalaj się zbytnio od stada.
- Dobrze, ale... Mały spacerek we dwoje może być? - zapytałam, nie chcąc stracić wyprawy z Mikadem.
Medyk się zamyślił.
- Mały, we dwoje. Ale jeśli cokolwiek by się działo, macie natychmiast wrócić do stada, zrozumiano?
- Tak jest - odparłam, nie kryjąc zadowolenia z pozwolenia na eskapadę - Mikado, szykuj się na wędrówkę.
< Mikado? >

5.06.2018

Od Marabell do Mikada ,,Od razu do działania"

  Życie - jakie ono ma sens? Rodzimy się, uczymy się, doznajemy radości, bólu. Dojrzewamy, pracujemy służąc innym. I nagle umieramy, albo zostajemy takim ogryzkiem siebie, jak ja. Nie mogłam nawet dowiedzieć się, co u mojej córki. Będzie musiała dorastać bez matki i ojca. Ah, Mikado, kochany, jedyny, cudowny głupku. Dlaczego uwziąłeś się, aby uratować moje nędzne ciało? Przestałam czuć ból. Nie miałam pojęcia, dlaczego, ale doszłam do wniosku, że umarli nie czują nic, co związane z ich ciałem. Otworzyłam oczy. Oślepił mnie natychmiast blask, przez co zaczęłam mrużyć powieki. Nade mną stał skarogniady koń, a znałam tylko jednego o tej maści.
- Mikado? - zapytałam, chrapliwym głosem.
- Mara? Nie masz pojęcia, jak mnie ucieszyłaś! Jak się czujesz? - jego słowa docierały do moich uszu wraz z wyjącym wiatrem. Czy w niebie wieje?
- Lepiej niż tam, dzięki. A ty...
- Ja? - zachęcił mnie do dokończenia wypowiedzi.
- Mikado, kocham Cię, mój ty idioto. Ale kocham także moją córeczkę, której nie zobaczę tak szybko - mój głos załamał się przy ostatnich słowach.
- Bawi się niedaleko, pewnie zaraz przyjdzie, kiedy zobaczy, że się wybudziłaś - odparł spokojnym głosem.
- Czekaj... Ona też umarła? - nie rozumiałam, skąd moje maleństwo wzięło się w raju.
- Co? Nikt nie umarł - mój partner wydawał się zdziwiony i rozbawiony.
- A ja już myślałam... Ale, jakim cudem udało ci się pokonać tyle wilków, samemu? Czy klan zawrócił?
- Nie stado, ale pomógł mi ktoś inny. Być może pamiętasz go z tamtego dnia, kiedy się pogodziliśmy.
- Ty mówisz o tamtym wilku? - ostatnie słowo wypowiedziałam szeptem.
- No, tak.
Zamknęłam oczy zamyślona. Zawdzięczam życie wilkowi, który uratował mi je już dwa razy. Ale co ja, on dwa razy uratował moją rodzinę. Cóż za ewenement. Może jest niespełna rozumu?
Spróbowałam wstać. Udało mi się to, choć chwiałam się na nogach. Czułam mrowienie na całym ciele, a czaszka zaczęła pulsować. Dalej jednak nie bolało, tak, jak wcześniej.
- Nick nasmarował twoje rany i widzę, że już czujesz się lepiej, ale nie powinnaś wstawać - Mikado próbował przemówić do mojego rozumu.
- Nie mów mi, co mam robić. Straciłam przytomność, poharatana jestem, to nic wielkiego - stawiałam niepewne kroki w stronę swojej córki bawiącej się z Shiregtem.
- Gdyby tak było, to wróciłabyś do pełni sił już kilka dni temu.
- Kilka dni...? Chcesz mi powiedzieć, że miałam coś z głową i przez tyle czasu nie było ze mną kontaktu? - nie chciałam uwierzyć słowom ogiera.
- Czasami się budziłaś -  było to dla mnie jednoznaczne potwierdzenie.
- O Boże... Dlaczego?
Widziałam moją pociechę bardzo wyraźnie. Chciałam do niej pobiec. Z jakiego powodu wyłączyło mnie na tak długo? Zaczęło mi się kręcić w głowie.
- Mara, niedobrze ci? Mówiłem, nie wstawaj, proszę, połóż się. To dla twojego dobra.
Świat wirował wokół mnie z zawrotną prędkością. W tym stanie zdążyłam zauważyć jedynie, że Mivana idzie w naszą stronę, widocznie zauważyła, że wstałam. Poczułam, jak tracę równowagę, ale Mikado był tuż przy mnie i podtrzymał mnie. Bez pośpiechu położyłam się, skuliwszy nogi pod siebie.
- Chyba masz rację. Zdecydowanie za szybko rzuciłam się do działania po nieobecności na tym świecie. Wiesz, ja może się trochę prześpię...
Spojrzałam na partnera, który pochylał się nade mną. W jego spojrzeniu widziałam strach i bezsilność, taką wielką chęć pomocy...

3.06.2018

Od Marabell do Mikada ,,W objęciach ciemności"

Ciemność i szumy. Chciałam płakać, jednak z jakiegoś głupiego powodu, odebrano mi prawo do tego. Moje ciało było dziwnie ciężkie, nie mogłam nawet ruszyć nogą, aby ktokolwiek wiedział, że nic mi nie jest. A może, coś mi było? Może nigdy się nie obudzę, albo już nie należę do świata żywych? Obstawiałam to ostatnie, zwarzywszy na to, co czułam, że nawet nie mogłam drgnąć, załkać i zakląć. Nagle coś mnie tknęło. Poczułam ukłucie czegoś w mój bok. Syknęłam. Mimo bólu cieszyłam się, że w końcu coś odczuwałam. Uchyliłam oczy, które zdążyły porządnie mi się skleić. Widziałam jak podczas mgły, ledwo rozróżniając kolory, a co dopiero kształty. Przez szum starał się przedrzeć jakiś głos. Wydawał się taki słodki i kojący. Chciałam wstać tylko o to, by zobaczyć postać, która mówiła do mnie tak cudownym tonem.
- Hej, coś się z nią dzieje - skupiłam się tylko na pięknym głosie i udało mi się wyłowić słowa.
- Marabell, to ja, Nick. Czy mnie słyszysz? Możesz coś powiedzieć? - do mojej prywatnej zamazanej rzeczywistości wdarł się kolejny osobnik. Twierdził, że nazywa się Nick. Znam kogoś takiego? A tak, medyk w klanie. Klanie Mroźniej Duszy, który został napadnięty przez sforę wilków. Od którego się odłączyłam, bo byłam tak niezdarna. I Mikado, który poświęcił się, aby ratować truchło, z którego nie będzie więcej pożytku - mnie. Do moich oczu dotarły w końcu łzy, które niestety sprawiły, że patrzałki zaczęły mnie szczypać. Po chwili jednak przyniosły ulgę, zupełnie jakbym z płynami pozbyła się całego bólu, strachu i nienawiści do samej siebie.
- Mogę - jęknęłam tak cicho, że do moich własnych uszu nie doleciał dźwięk tych słów.
Nick starał się prowadzić ze mną rozmowę, ale jedyne co uzyskałam z tego, to zmęczenie. Moje oczy zamknęły się i mimo próśb medyka nie byłam w stanie podnieść powiek. Znowu poczułam, że odpływam.
- Nie daję jej wielkich szans - były to ostatnie wyrazy, które usłyszałam przed wpadnięciem w odmęty ciemności.
< Mikado? Jak sobie poradzisz z prawie pewną śmiercią Mary? >

24.05.2018

Od Marabell do Mikada ,,Jak za mgłą"

Położyliśmy się na jakimś wzgórzu, z którego mogliśmy patrzeć na klan, który roił się na dole.
- Czy my też się tak wszędzie śpieszymy? Latamy w tę i w tamtą, ignorując piękno tego świata, zaabsorbowani swoimi zajęciami, nie mogąc nawet zapoznać się bliżej z innymi - zapytałam, przyglądając się koniom poniżej nas.
Wiatr zawiał trochę mocniej. Oczywiście Mivana, mimo, że już zmęczona i wtulona w ciała swoich rodziców, zaczęła wypytywać, co to, dlaczego, i po jakiego grzyba jest wiatr. Wraz z Mikadem odpowiedzieliśmy najbardziej ogólnie jak mogliśmy, po czym wróciliśmy do wcześniej przerwanej rozmowy.
- Wiesz, chyba tak. Na tym polega życie. Jeśli nie będziesz się starał, spadniesz na sam dół hierarchii.
- Ale, to takie okrutne. Dlaczego tak musi być? Przecież każdy mógłby zmienić nastawienie do świata. Wtedy nikt by nie odstawał.
- To nie my ustanawiamy te zasady. A niewiele osób twierdzi tak, jak ty. To by nie wyszło.
- Niestety masz rację. Ale co jeśli - urwałam, słysząc dziwny odgłos.
Malutka, słodka kulka pochrapywała sobie. Nie mogłam oderwać wzroku od tego małego cudu, który w gruncie rzeczy był moim dziełem.
- Jest taka urocza, kiedy śpi - szepnęłam, aby nie obudzić swojego maleństwa.
- Na pewno mniej męcząca - ogier uśmiechnął się przekornie.
- Jak możesz, to jest nasz źrebak?! - syknęłam niby to zdenerwowana, choć w głębi ducha również byłam zmordowana tymi pytaniami.
Po krótkiej dyskusji, prowadzonej szeptem, aby nie obudzić Miv, również poszłam w ślad mojej córki, zostawiając swoją miłość na straży.
~*~
Biegłam w takim tempie, w jakim mogły biec źrebaki. Bądźmy szczerzy - to było strasznie wolne. Bałam się, czy wilki zaraz nas nie dogonią. Zawsze mogliśmy walczyć, ale nie wróżyło by to zbyt wielkich szans dla co poniektórych. Biegłam pomiędzy Mivaną, a Mikadem, aby pilnować owej dwójki. Jak się okazało, był to dobry wybór. Moja córka potknęła się i upadła. Błyskawicznie zatrzymałam się, podniosłam ją do góry i popchnęłam do przodu. Stado zwolniło na chwilę, aby mała mogła dołączyć do innych. Przyśpieszyłam, aby dogonić innych. Nie zauważyłam dość sporej skały tuż przede mną. Zawadziłam o nie nogą, rozcinając ją po prawie całej długości. Przekoziołkowałam po mniejszych kamyczkach, które poharatały mój bok i głowę. Leżałam chwilę, próbując wstać, jednak pierwszy wilk dość szybko zjawił się przy mnie. Dziabnął mnie w szyję, tak niefortunnie, dla niego, że nie uszkodził żadnych, bardziej ważnych naczyń krwionośnych. Nie wiedziałam, dlaczego się tak stało, puki nie ujrzałam gniadego kształtu powalającego waderę. Czułam ogromny ból i pieczenie. Nie chciałam, aby Mikadowi coś się stało. Był moim jedynym na całym świecie, jedynym kochaniem i najlepszym pocieszeniem. A teraz, przez moją ślepotę osieroci moją biedną wystraszoną kuleczkę. Nie chciałam myśleć pesymistycznie, ale jakie szanse może mieć jeden koń walczący przeciwko całej zgrai wilków? Niewielkie. Chciałam wstać i dać mu drogę ucieczki. Nie mogłam jednak tego zrobić. Tak właściwie, mogłam zrobić tylko jedno, wielkie NIC.
- Mikado, ty głupku - stęknęłam ostatkiem sił, po czym zamknęłam oczy. Wszystko rozmyło się, oderwano mnie od rzeczywistości. Odgłosy walk słyszałam jakbym była od niej oddalona o kilkadziesiąt metrów. A potem stukot wielu kopyt. I cisza.
< Mikado? Nie ma dla tego komentarza >

16.05.2018

Od Marabell do Khonkha ,,Nadopiekuńczość"

- Radzimy sobie całkiem nieźle. Jeden źrebak do opieki nie jest zły. Chociaż czasem jej pytania i błagania są wykończające.
- To co powiesz na takie coś razy trzy?
Całe stado mogło usłyszeć trzy głośnie wybuchy śmiechu. Choć patrząc z perspektywy czasu, nie wydaje mi się, żeby słowa władcy były jakoś specjalnie śmieszne.
- Tak... To jak się żyje, jako ojciec trójki dzieci, mąż Yatgaar i władca? - zapytał Mikado.
- Kocham swoją rodzinę i pracę, ale to wszystko potrafi męczyć. Każde z moich dzieci jest inne i potrzebuje odmiennego podejścia. Czasami znalezienie idealnej drogi jest niemożliwe - arab westchnął.
Mała gniadoszka zatrzymała się koło mojej nogi, widocznie zmęczona ganianiem w kółko. Wpatrzona w Khonkha, zapewne, zastanawiała się, co ma zrobić.
- Miva, Khonkh jest naszym władcą. Musisz słuchać tego, co mówi i być w stosunku do niego grzeczna - postanowiłam poinformować córkę, która pewnie nie była świadoma tego, kto rozmawia z jej rodzicami.
Miv zaczęła się jeszcze bardziej wpatrywać w gniadosza. Ja na jego miejscu czułabym się dziwnie. W pewnym momencie źrebak zaczął odchodzić od nas.
- Gdzie ona idzie? - zapytałam cały ogół.
- Tam bawią się inne źrebaki. Pewnie chce ich tylko poznać - odparł spokojnie mój przyjaciel.
- Nikt jej nie pozwolił odchodzić. A jak się jej coś stanie? - zaczęłam histeryzować.
- Mara, spokojnie, przecież tam są inni. Na pewno będą się grzecznie bawić - stwierdził mój partner.
- Ja bym wolała jednak za nią pójść...
- Jesteś uparta jak osioł - prychnął Mik - Khonkh, idziesz z nami?
< Khonkh? >

12.05.2018

Od Marbell do Mikada ,,Potrzeba zgody"

Oglądałam wszystkie zdarzenia nie ruszając się z miejsca. W ogóle nie rozumiałam, co się właśnie dzieje. Nawet, kiedy wszystkie wilki zniknęły z mojego pola widzenia, a ja nie czułam ich zapachu, nie byłam do końca przekonana, czy jestem wciąż bezpieczna. Mikado podszedł do mnie, jednak tylko na tyle, na ile mu pozwoliłam - jakieś półtora metra.
- Dziękuję ci - powiedziałam.
Nie ruszałam się z miejsca, tak aby nikt nie zauważył wciąż kryjącej się w krzakach mojej kruszynki. Malutka świetnie współpracowała, nie wydając z siebie żadnego dźwięku.
Pomiędzy nami narastała cisza. Ogier zmierzył mnie wzrokiem, ze szczególnym zainteresowaniem wpatrywał się w mój brzuch.
- Mara... - zaczął niepewnie.
Z krzaków wydobyło się ciche kichnięcie, a po chwili wyjrzała z nich moja malutka gwiazdeczka. Gdy tylko spostrzegła mojego partnera zatrzymała się. Wydać było tylko jej małą słodką główkę. Mikado parzył się w nią dziwnym wzrokiem.
- To jest...
- Nasza córka - powiedziałam jednocześnie podchodząc bliżej malutkiego łebka.
- Ma jakieś imię? - zapytał.
- Mivana. Znaczy, chciałam ją tak nazwać, ale zastanawiałam się, czy tobie się spodoba. W sumie, to także twoje dziecko - odparłam, patrząc na moją córkę, która nie rozumiała jeszcze, kim jest ogier, który stał przede mną. Przyglądała mu się z zapartym tchem, czasami poszukując wskazówek w wyrazie mojego pyska. On jednak nie wyrażał nic. Oprócz strachu o przyszłość, nieskończonego bólu i zmęczenia.
- Jest piękne, tak jak i ona - szepnął.
Znowu przez chwilę nie padły żadne słowa. Powoli zaczynało mnie to denerwować.
- Mara... - przerwał ciszę Mikado.
- Tak?
- Wiesz, przepraszam, że tak wtedy uciekłem. Myślałem, że będzie tak dla nas lepiej, żebym ci nie przeszkadzał, ale na dłuższą metę okazało się, że ja... Ja po prostu nie mogę żyć bez ciebie - powiedział, a jego oczy zrobiły się szkliste.
Źrebak przytulił się do mojej nogi dalej nie rozumiejąc, co się dzieje.
- To ja cię przepraszam, nie potrafiłam sobie wybaczyć, że jestem tragiczną partnerką i obwiniałam o to ciebie.
- Wcale nie jesteś tragiczna! Jesteś lepsza, niż kiedykolwiek bym sobie wymarzył - gorliwie zaczął zaprzeczać moim słowom ogier.
- Naprawdę tak uważasz? - zapytałam, patrząc prosto w jego oczy.
- Tak uważam. Proszę, wróćmy razem do stada i nie kłóćmy się więcej. Nie potrafię egzystować, kiedy nie mam ciebie u boku.
- Także tego pragnę - szepnęłam, po czym ze łzami w oczach wtuliłam się w niego. Po chwili cała jego sierść była mokra, ale nie przeszkadzało mu to.
Miva dalej była zdezorientowana, jednak wzięła ze mnie przykład i oparła się o nogę Mikada.
< Mikado? >

10.05.2018

Marabell się oźrebiła!

Na świecie pojawił się właśnie kolejny mały cud zrodzony ze związku Mikada i Marabell - młoda członkini świty, Mivana!

Mivana

10.05.2018

Od Marabell do Mikada ,,Mały cud zagrożony"

Otworzyłam oczy. Było już dość ciemno. Z trudem podniosłam się na równe nogi - mogłam się denerwować ile chciałam na Mikada, ale stada przecież nie powinnam zostawić. Rozglądałam się na boki, starając się znaleźć jakieś punkty, po których bym mogła trafić do domu.
- Mam! Tamto wzgórze. Wydaje mi się, że to jest właśnie to, obok którego się zatrzymaliśmy - powiedziałam sama do siebie.
Ruszyłam czym prędzej w tamtym kierunku, niestety każdy krok sprawiał mi coraz więcej trudności.
- Mógłbyś, lub mogłabyś, się w końcu urodzić. Albo schudnąć - zaśmiałam się pod nosem, a źrebię, za małą obelgę pod jego adresem kopnęło nie w brzuch.
Nie odeszłam od klanu zbyt daleko, toteż po kilkunastu minutach byłam już u celu. Gdy tylko wychynęłam z zarośli zauważyłam zbliżający się do mnie kształt. Był dość wyjątkowy i tak dobrze mi znany.
- Co tu robisz zdrajco?! Czyż nie mało już mnie skrzywdziłeś? - podniesionym głosem zapytałam Mikada, który stanął w miejscu jakby ktoś podciął mu skrzydła. Zmierzyłam go wzrokiem - Co, myślałeś, że możesz mnie sobie zostawić, a później rzucać się na mnie i udawać, że jestem twoim oczkiem w głowie?! - wydarłam się po raz kolejny.
Ci członkowie stada, którzy stali wokół popatrzyli się na nas ze zdziwieniem i nieukrywanym zaciekawieniem. Za to ci, którzy spali, właśnie budzili się, nie do końca wiedząc, o co chodzi.
- Ależ uspokój się. Obudziłaś innych tymi niepotrzebnymi krzykami - odparł spokojnym głosem ogier.
- A niech się budzą! Niech się dowiedzą, jak zostawiłeś mnie na pastwę losu!
Ogier rozejrzał się po koniach, zebranych dość niedaleko nas i udających, że wcale nie wsłuchują się w naszą sprzeczkę. Później spojrzał mi w twarz i zrozumiał, że bez kłótni się nie obejdzie.
- To nie ja zacząłem krzyczeć bez powodu tamtego dnia - powiedział prawie szeptem.
- A pomyślałeś, że mógł być to żart? Albo, że byłam tak strasznie zmęczona, że nie potrafiłam logicznie myśleć, a co dopiero spokojnie odpowiedzieć na kolejne pytania?! Nie, ty postanowiłeś stchórzyć, wyzbyć się odpowiedzialności - wolałeś uciec i pozostawić mnie samą sobie! Bo po co zajmować się czymś, do czego się zobowiązałeś? Lepiej to zostawić i udawać, że to nie moje, to nie moja partnerka, to nie moje dziecko. Tak jest prościej, prawda?! - wydarłam się na cały głos.
- Mara... - ogier zaczął i podszedł do mnie.
- Zostaw mnie! - krzyknęłam z ogromnym już zdenerwowaniem - Nie zbliżaj się do mnie i do mojego dziecka!
- To także moje dziecko! - ogier krzyknął, za oddalającą się już moją postacią.

~Dwa dni później~

Szłam uparcie w wybranym przez siebie kierunku, nie zważając na słowa członków stada, których mijałam.
'A wypchajcie się tymi plotkami' - to był mój jedyny komentarz na temat ich zachowania, który zresztą nie wyszedł poza moją głowę.
Wiedziałam, że niedługo urodzę. Brzuch, który wisiał mi po prostu jak balon bolał mnie z chwili na chwilę coraz bardziej. Nogi, pod nadmiarem ciężaru uginały się pode mną. Ja jednak musiałam przecież się gdzieś schować. Która klacz byłaby tak głupia, by urodzić na widoku, w miejscu, przez które przewija się całe stado? Powolnymi krokami parłam naprzód, zagłębiając się w las. Nagle poczułam silniejsze niż kiedykolwiek bóle. Skórcze nasilały się coraz bardziej, a natłok myśli mieszał mi w głowie. Po skurczu tak mocnym, że wycisnął łzy z moich oczu, z zaciśniętymi zębami, położyłam się na brzuchu na pierwszej lepszej polanie. W myślach ciągle powtarzałam jedno przekleństwo, aby trochę odgonić myśli od ch*****ego bólu. W pewnym momencie metoda ta przestała działać. Poczułam straszliwy ból. Pewna ciecz wylała się ze mnie, tworząc kałużę przy moim zadzie. Zaczęłam przeć. Chciałam, aby to się już skończyło. Czułam straszliwy ból, siły powoli mnie opuszczały, a ich resztkami wypychałam swojego potomka na świat. Czułam, jak jego części mnie rozrywają. Syczałam z bólu, czekając tylko, aż będzie po wszystkim. Po przednich nogach wyszła głowa, tułów oraz tylne nogi, wszystko ukryte w białawym worku, który jednak szybko pękł, pod naporem poruszających się źrebięcych nóg. Patrzyłam na ten mały cud, który tak mnie zmęczył. Wglądał jak przemoczona kura. Uśmiechnęłam się do małej istotki, która leżała na ziemi z podkulonymi pod siebie nogami, nie do końca rozumiejąc, co się właśnie stało. Byłam tak wycieńczona, że z chęcią położyłabym się na trawie i nie wstawała, puki moje ciało w miarę nie się nie zregeneruje. Jednak źrebię wymagało opieki. Z trudem wstałam na chwiejących się lekko nogach i instynktownie zaczęłam lizać gniadą klaczkę. Po kilkudziesięciu minutach toalety, kiedy już uznałam, ze bardziej przypomina konia, niż mokrego ptaka, odsunęłam łeb od mojej córki. Piękne, ciemne oczy wpatrywały się we mnie. Odwzajemniłam to, jednocześnie zdając sobie sprawę, że nie chcę opuszczać tej istnej słodyczy do końca swoich dni. Po prostu ją kochałam. Stworzyła się pod moim sercem, a teraz leżała przede mną, patrząc się na mnie, jak w obraz. Nagle mała brązowa kulka sierści postanowiła, że wstanie. Nieporadnymi ruchami zaczęła się podnosić na patykowatych nóżkach. Podsunęłam do niej łeb, żeby ją wesprzeć. Kiedy źrebię stało już w miarę stabilnie, postawiło jeden krok na przód. Klaczka straciła równowagę, ja jednak stanęłam tuż obok niej i pomogłam jej stanąć ponownie. Po kilku próbach, moje małe słoneczko szło już w miarę normalnie, o ile chybotanie na boki można wpisać w normalność. Gdy młoda uświadomiła sobie, że może już chodzić, poczęła biegać i choć obawiałam się, że upadnie, ona, ogromnie rada z postępu, chodziła sobie wokół mnie. Źrebięta dość dynamicznie zmieniają swoje czynności, toteż błyskawicznie się pojawiła przy źródle mleka. Gdy mała napełniła już swój brzuch, zaczęła dalej biegać po polanie.
- Hej, malutka, czy nie powinnam cię nazwać? - zadałam pytanie niby to do córki, choć przecież wiedziałam, że nic nie odpowie.
Mała klaczka zatrzymała się, wpatrywała się we mnie, po czym podeszła do mnie i ułożyła się, widocznie zmęczona.
- Mivana, ładnie brzmi, czyż nie? - zapytałam się źrebięcia, którego jedyną reakcją było ciche kichnięcie - Mi się podoba. Jak widzę, nie masz żadnych przeciwwskazań - uśmiechnęłam się.
Już miałam się ułożyć przy mojej malutkiej kuleczce szczęścia, kiedy usłyszałam warknięcie od północy oraz szelest liści z mojej prawej. Nie miałam sił, by walczyć z dwoma wilkami.
- To już po nas - załkałam, a jedyne co wydawało mi się w tamtym momencie możliwe do zrobienia przeze mnie, to szybkie ukrycie źrebaka i próba odciągnięcia napastników od niej. Nagle jeden z przybyszy okazał się nie być wilkiem, a gniadym ogierem, który wyskoczył na polankę mniej więcej w tym samym czasie, co szary psowaty.
< Mikado? Będziesz bronił partnerki i dziecka, czy znowu uciekniesz? >

9.05.2018

Od Marabell do Mikada ,,Kiedy nie wiesz, co ze sobą zrobić"

Krzyczałam jak opętana za oddalającym się ogierem. On jednak ignorował całkowicie moje nawoływania, które tak wiele razy powróżyłam zdenerwowanym i zrozpaczonym głosem. Jak mógł mnie zostawiać w takiej chwili? Z całkowitej niemocy po prostu najszybszym krokiem, na jaki mogłam sobie pozwolić (bądźmy szczerzy - jak szybko może się poruszać klacz w późnym okresie ciąży?), oddaliłam się w las. Nie chciałam, żeby ktoś zobaczył mnie w takim stanie. Idąc, na przemian śmiałam się histerycznie, wybuchałam niekontrolowanym płaczem, waliłam łbem w drzewo czy po prostu rzucałam wulgaryzmami na prawo i lewo. Po kilkudziesięciu minutach krążenia wśród drzew w końcu przystanęłam, a, że naprawdę się zmęczyłam, położyłam się na boku pod pierwszym lepszym drzewem. Głowa zaczęła mi pulsować, czułam nieprzyjemny, promieniujący ból. Mój pysk nie wyrażał żadnych emocji. Jedynie mokre plamy na sierści w okolicach oczu odróżniały mnie od bezdusznej skały.
' Czy on mnie nie kocha? Przecież kochający partner nigdy w życiu nie zostawiłby partnerki w ciąży. Pomógł by jej jakoś. Ja w tym momencie nawet nie wiem, czy stanę. On pewnie teraz śmieje się ze znajomymi, że w końcu ma mnie z głowy. Proszę bardzo. Mogę wychować swoje dziecko sama. Niech no się tylko do niego zbliży ' - mówiłam do siebie w myślach, starając się zabić ciszę, która panowała wokół i starała się całkowicie mnie obezwładnić - ' Ja chodziłam po rady. Ja się staram. A on? Nawet ze mną nie porozmawia. Zostawił mnie jak niechcianą, zużytą rzecz. '
Znowu zaczęłam szlochać. Moje maleństwo zaczęło się wiercić. Doskonale czułam każdy jego ruch.
'Nie bój się, moje malutkie. Nie pozwolę cię skrzywdzić' - szepnęłam, po czym zamknęłam oczy i oderwałam się od rzeczywistości.
< Mikado? >

8.05.2018

Od Marabell do Mikada ,,Pobieranie nauk"

- Dobra, Cherry, skup się - powiedziałam do klaczy, której cały czas się coś przypominało i zaczynała od nowa długą historię swojego życia - Nie zbyt mnie w tym momencie interesuje to, jak poznałaś swojego partnera, jak rozwinęła się wasza miłość, etc.
- No dobrze. Ale to piękna historia... To, chcesz wiedzieć, jak wygląda macierzyństwo? - zapytała moja rozmówczyni, trochę zawiedziona, że nie może podzielić się swoją historią i refleksjami.
- Po to do ciebie przyszłam - odparłam, z nadzieją, że w końcu przejdziemy do konkretów.
- Tak więc... Bycie matką jest piękną rzeczą, ale także i trudną. Od pierwszych chwil życia źrebaka trzeba go uczyć, jak się zachować w różnych sytuacjach, jak powinno się zwracać do innych. Ale nie można nic na siłę - to tylko znuży i poirytuje młodziaka, a przecież nie o to chodzi.
- To nie brzmi zachęcająco - jęknęłam, przerywając siwce.
- Naprawdę nie jest źle. Trzeba tylko robić wszystko z wyczuciem - zrobiła małą pauzę, po czym zaczęła kontynuować - Na źrebię nie wolno krzyczeć, ani go w żaden inny sposób krzywdzić. Jeśli zrobi coś głupiego, jasne jest, że trzeba mu zwrócić uwagę, ale spokojnie tłumacząc, dlaczego czegoś nie powinno się robić. Krzykiem można sprawić, że maluch się zbuntuje, może nawet pomyśleć, że go nie kochasz. Młode konie boją się podniesionego głosu, a przecież w wychowywaniu potomstwa nie chodzi o to, żeby je zastraszać.
- Jak ja to wszystko zapamiętam - sapnęłam, kolejny raz narzekając na złożoność pojęcia ,,macierzyństwo".
~Późnym popołudniem, tego samego dnia~
Nogi mi zdrętwiały od przebywania w tym samym miejscu. Przy każdym kroku czułam lekki bój, jednak wiedziałam, że stanie w miejscu nie pomoże. Rozglądałam się na boki, wzrokiem szukając dobrze znanego, skarogniadego kształtu. W pewnym momencie usłyszałam szelest liści za mną i odwróciłam się w tamtym kierunku. Zza młodych drzewek wystawały tylko uszy ogiera, lecz pomiędzy gałązkami błyszczały oczy mojego partnera.
< Mikado? >
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika