Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yatgaar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yatgaar. Pokaż wszystkie posty

19.02.2020

Żegnamy Yatgaar!

W dniu dzisiejszym żegnamy jednego z pierwszych członków stada, prawdziwy "relikt" bloga, jeżeli można tak powiedzieć, partnerkę pierwszego, emerytowanego już władcy Klanu Mroźnej Duszy - Yatgaar. Ta dusza intrygi i niezależności przez niezwykle długi czas zajmowała pierwsze miejsce jeżeli chodzi o ilość opowiadań na koncie. Różne chodzą o niej opinie, ale jedno jest pewne: ta postać jeszcze długo pozostanie w mojej i waszej pamięci.

 Yatgaar z dynastii Altbachów|18 lat|Emerytka, Małżonka byłego władcy|305 p.|Khonkh|holidays horse

19.02.2020

Od Yatgaar do Maliah "Wolność"

Odwróciłam głowę w kierunku reszty towarzyszy i zamrugałam znacząco kilka razy z lekkim uśmiechem na pysku - nie mogłam się powstrzymać. Kiedy to ja ostatnio miałam do czynienia z typem histeryka? Oj, latka szybko lecą, już nawet nie pamiętam jej imienia...Może to dlatego, że w naturze nie ma miejsca dla słabeuszy? Przy jej postawie to aż dziwne, że jeszcze nie wylądowała w czyimś żołądku. Musiała przecież trochę już przewędrować, skoro doprowadziła się do takiego stanu. Żal po bliskiej osobie może być, owszem, ogromny, jednak Khonkh z pewnością nie chciałby, bym w takim momencie zwyczajnie się poddała i załamała jak wyschnięte drzewo podczas wichury. O ludzkich fanaberiach, jakie klacz nam przedstawiła, nie miałam pojęcia, jednak rozpaczać w chwili, gdy się wydostało na wolność: wolność, kocham i rozumiem, na bezkresne pastwiska pod gołym niebem, poprzecinane wstęgami czystych rzek, skaliste góry, pełne przeróżnych stworzeń i końskich stad, w porównaniu z poprzednim żywotem będące wręcz rajem, było dla mnie kompletnie nie do pojęcia. Ciekawa była jeszcze jedna rzecz; Czy naprawdę takie "delikatesy" hodują ludzie? Jak tak dalej pójdzie, to za kilkadziesiąt lat udomowione konie nie będą nawet przypominać swoich dzikich przodków. Ale cóż, jeden członek klanu więcej.
— To naprawdę okropne. - mruknęła Miri, głaszcząc delikatnie przybyszkę, choć też widać było w jej oczach zdziwienie. - Jestem pewna, że szybko się przyzwyczaisz. Jak się nazywasz? 
— A...Maliah. - klacz chyba trochę się uspokoiła.
— Wracamy właśnie do stada, do Klanu Mroźnej Duszy. Idziesz z nami? - rzekłam krótko.
— Tak, oczywiście! Jeżeli pozwolicie... - dodała mniej pewnie.
— No to w drogę. - oznajmił nakrapiany ogier z uśmiechem, wyprzedzając mnie w tej kwestii. Przez moment poczułam ukłucie złości, jednak szybko opuściło mnie to uczucie. To już nie te czasy.
Wieczorem zatrzymaliśmy się w iglastym zagajniku. Droga, nie licząc dołączenia nowej towarzyszki, upłynęła nam dość spokojnie. Pod koniec kolacji dyskretnie odciągnęłam na bok Etsiina.
— O co chodzi...? - spytał po chwili, rozglądając się na boki. To już nie był ten sam koń.
— Widzę, że Miriada cię kocha. - mruknęłam, podnosząc kąciki warg. 
— Nie mogę zaprzeczyć...
— Ale wiesz...jeżeli kiedykolwiek, jakkolwiek przyszłoby ci do głosy skrzywdzić moją córkę albo na krzywdę pozwolić, to ja cię znajdę na drugim końcu świata i porachuję kości. Hm? - mruknęłam na koniec, przekrzywiając lekko głowę. Ogier pokiwał powoli głową z szeroko otwartymi oczami. Uśmiechnęłam się szeroko, po czym dodałam beztrosko:
— Chodźmy już spać. 
<Maliah? Możesz to potraktować jako koniec naszej wymiany, możesz też napisać do innej postaci z wyprawy. Róbta co chceta :)>

23.01.2020

Od Yatgaar do Maliah "Ciąg dalszy"

— ...Na niebie zapanował pokój, a gwiazdy już nigdy więcej się ze sobą nie sprzeczały. - zakończył swą opowieść Cardinano. Przez moment panowała cisza, podczas której kiwaliśmy głowami z podziwem. Staliśmy w kole u podnóża pagórka. W ciągu paru dni takie wieczorne opowieści przeobraziły się w nasz stały zwyczaj. Spojrzałam odruchowo w górę, na czysty, rozgwieżdżony firmament z królującym na wschodzie jasnym sierpem księżyca. Wśród jasnych punkcików panował faktycznie jakiś rodzaj poukładanego chaosu. Tworzyły przeróżne linie, gwiazdozbiory, czasem decydowały się na samotne panowanie. Jak życie. Biegnie do przodu, zakręca, zawraca, miesza ze sobą wydarzenia, a pozornie odległe od siebie sytuacje wiąże jednym, ważnym elementem, wciąż płynie, jak rzeka...nad którą podobno zginął cały książulek. Z pewnością miał jakichś wrogów i niedokończone intrygi, które przypadkiem osiągnęły punkt kulminacyjny w odpowiednim momencie. Aczkolwiek sprawa mogła być bardziej skomplikowana, może któryś z nich nie wytrzymał napięcia. Dobrze, że miał na tyle rozumu, by dokładnie zatrzeć ślady. Chociaż nie wyobrażam sobie, jak można przeciąć szyję w ten sposób i ukryć resztę ciała...pewnie nigdy się nie dowiem. W sumie nie chcę wiedzieć. Ostatecznie wszystko skończyło się dobrze, jesteśmy cali i zdrowi, moja córka znalazła swoją miłość, która może pomoże zapomnieć jej o przeszłości. Chociaż żałowałam trochę, że miałam okazji do zrobienia większego pożytku z kopyt i zębów, w czym wyręczyła mnie woda. Historia nie zatoczyła koła, nie tym razem. Jak moje życie...
Brakowało mi tej adrenaliny, krwi, intrygi, mimo, że moje siły nie były już tak wielkie jak dawniej. Gra słowna była, owszem, rozkoszą, ale nic nie mogło się równać z prawdziwym konfliktem, starciem wręcz. Naszła mnie nawet takowa samolubna myśl, lecz prędko ją odrzuciłam. Spędziłam w ten sposób praktycznie całe życie. Brakowało mi...celu, ciągu dalszego. Gwiezdne linie prowadziły mnie tylko przez krótką chwilę, a coraz częściej zatrzymywały się po prostu w martwym punkcie.
~~~
Pokonywaliśmy kolejną milę stepo-lasu, równiny przeplatanej pojedynczymi drzewami i od czasu do czasu niewielkimi odcinkami puszczy. Zwykły dzień wędrówki. Spokojne posuwanie się do przodu przerwało nam nagle rozpaczliwe końskie rżenie wołające o pomoc, jeden z najmniej spodziewanych przez nas dźwięków w tej okolicy. Od razu odwróciłam głowę w jego kierunku. W oddali widoczna była leżąca na ziemi ciemna sylwetka kopytnego. Rzuciłam reszcie grupy, jeszcze niezdecydowanej, krótkie spojrzenie, po czym pewnym krokiem zbliżyłam się do obcego. Była to kasztanowata klacz, z widocznymi licznymi starymi obrażeniami, mocno wychudzona. Na 99% zwykły uciekinier, wędrowiec, czy kto tam jeszcze. Ale może będzie miała nam coś ciekawego do powiedzenia.
— Trzeba jej pomóc... - oznajmiła Miriada, czego nikt nie ośmielił się zakwestionować. Wobec tego zaczęliśmy cucić nieznajomą szturchnięciami, ale dopiero chluśnięcie wodą pomogło. Zdezorientowana i przestraszona klacz wnet poderwała się na nogi, spojrzała po naszej czwórce, po czym przystąpiła do zadawania nam tryliarda pytań głosem tak cichym, że niewiele dało się z tego zrozumieć. Popchnęłam ją po prostu lekko do przodu, wskazując kierunek marszu. Moja córka sypała uspokajającymi frazami łagodnym głosem, co wreszcie poskutkowało tym, że na moment obca zamilkła, po czym rzekła z ogromną życzliwością jedno słowo:
— Dziękuję.
— Nie ma za co. - mruknął Cardinano. Zatrzymaliśmy się trochę dalej, po czym zapadła nieco niezręczna cisza. Wszyscy wyraźnie kierowali wzrok ku nowemu przybyszowi, oczekując jakiegoś wyjaśnienia.
<Maliah? Twoja kolej na historię, preferowałabym na razie odpis dla Yatgaar, ale nie czuj się tym jakoś skrępowana :)>

10.06.2019

Od Yatgaar ,,Wyznanie"

Wieczorny postój przyjęłam z ulgą. Dobra kondycja mimo wszystko nie niwelowała objawów starzenia, a dziś pokonaliśmy spory kawał drogi. Z relacji kułanów wynikało, że jesteśmy już blisko. Okolica zrobiła się bardziej sucha, a w związku z tym zmieniła się również szata roślinna. Mniej lasu, więcej stepu. Szczęśliwie znaleźliśmy jakiś ciek wodny w zagajniku i z marszu postanowiliśmy się przy nim zatrzymać. Jako pierwszemu obowiązek trzymania warty dostał się Cardinanowi. Miriada nie była nawet brana pod uwagę. Skubała trawę jak wszyscy, oczywiście w towarzystwie Etsiina. Miło mi się patrzyło na tę parę przyjaciół. Po powrocie do klanu będzie co świętować. W każdym razie ogier miał na nią niemalże zbawienny wpływ, i miałam wobec niego dług. Wędrując po polanie za roślinnością, wkrótce znalazłam się bliżej nich. 
— Cześć. Jak się masz, mamo? - zagaiła moja córka. 
— Hm...? Jakiś kosmyk wyłamał się z szeregu? - odparłam z lekkim uśmiechem, próbując poprawić grzywę. Rozmówczyni zaśmiała się krótko. - Masz ochotę się przejść ze starą matką?
— Idź. - dodał stanowczo nakrapiany koń. Klacz rzuciła mu coś na pożegnanie i dołączyła do mnie. Przeszłyśmy tak kawałek, zagłębiając się nieco w las, do tego stopnia, by nikt nas nie usłyszał. Rosła tu nienadgryziona jeszcze przez nikogo, soczysta trawa. Zabrałyśmy się ochoczo do jedzenia. Po pewnym czasie, z pełnymi żołądkami, stanęłyśmy obok siebie, chłonąc żywiczy zapach lasku.
— Szczerze mówiąc...dopiero teraz naprawdę zdaję sobie sprawę, jaki świat jest wielki. - mruknęła Miriada.
— To trzeba po prostu przeżyć. Jak wszystko. - odparłam lakonicznie. Przysunęłam pysk do jej szyi, chcąc wyciągnąć z włosów jakąś gałązkę, jednak odskoczyła prędko zaskoczona, prychając. Byłam już do tego przyzwyczajona, ale rzecz jasna zdarzało mi się zapomnieć. Teraz obie miałyśmy wyrazy pełne poczucia winy. Szybko jednak zacisnęłam zęby, podeszłam do córki i spojrzałam jej w oczy.
— To nie twój błąd. Nie przejmuj się tym. - westchnęła cicho, uspokajając się i podnosząc powoli wzrok. - Nieważne, co było i będzie. Zawsze będziemy cię kochać. - ku mojemu zdziwieniu w oczach klaczy, kładącej się powoli na ziemi, pojawiły się błyszczące łzy. Położyłam się natychmiast obok, mimo wszystko czując rosnące napięcie i zaniepokojenie. 
— Ja...ja muszę ci coś powiedzieć. Chyba...już nadszedł...czas. - zamieniłam się cała w słuch, aczkolwiek starałam się nie popędzać jej spojrzeniem. To przełom. Byle tego teraz nie zepsuć... - Oni...oni mnie... - widać było, że walczy ze sobą. Czułam, że za moment nie wytrzymam, patrząc na jej cierpienie. - Oni mnie zgwałcili... - przemówiła Miriada, ostatecznie się rozsypując. Zszokowana, nieświadomie wstrzymałam oddech. Mój świat obrócił się o 360 stopni. Zgwałcili...co?Jak?Gdzie? Oni ją zgwałcili...
Podniosłam się gwałtownie.
— Mamo? - spytała cicho córka, aczkolwiek nie dotarło to do mnie. Obróciłam się w lewo, po czym stanęłam dęba i rzuciłam się przed siebie cwałem, z ogromną prędkością szarżując prosto na najbliższe, młode drzewo. Uderzyłam w nie przednimi kopytami z taką siłą, że ból przeszył całe moje ciało, dając mi jednak niesamowitą ulgę. Pień zatrzeszczał złowrogo. Błyskawicznie cofnęłam się o krok i sprzedałam mu kopa z półobrotu, łamiąc tym razem drewno. Ostatni, trzeci cios, ostatecznie pokonał roślinę, która z ogromnym hukiem zaczęła walić się na swoich sąsiadów, płosząc okoliczne ptactwo, dodające do harmidru swoje okrzyki. Dyszałam ciężko, próbując odgonić stojące mi przed oczami mroczki. Było mi trochę słabo.
— Mamo! - obok mnie pojawiła się zapłakana Miriada. Uśmiechnęłam się słabo.
— Już...już mi lepiej. Musiałam... - rzekłam jak najbardziej uspokajającym tonem. Nie zdążyłyśmy wymienić więcej słów, ponieważ na polanę wpadł Etsiin, a za nim Cardinano. 
— Nic wam nie jest?! - krzyknął, wyraźnie podenerwowany, po czym zaczął przenosić wzrok to na naszą dwójkę, to na drzewo. 
Parsknęłam cicho, po czym zaśmiałam się dźwięcznie, donośnie. Klacz "wzruszyła ramionami", dołączając do mnie.

KURTYNA W DÓŁ

9.01.2019

Od Yatgaar do Khonkha ,,Nadaje się tylko na głupa"

Paradoksalnie, westchnęłam cicho z ulgą i radością, słysząc wpierw odgłosy krótkiej szarpaniny, uderzenie ciała o grunt, zwielokrotnione z tej pozycji, a tuż po nich tupanie i dudnienie kopyt, wyrażające jakoby niezadowolenie czy też niepokój. Mój partner zaczął dyskutować z ich przywódcą, karym uosobieniem tchórza nadrabiającego miną. Słyszałam część słów, mogłam więc wywnioskować, że wszystko idzie w dobrym kierunku - wróg postanowił zacząć współpracować. 
— Yatgaar! - zawołał wreszcie Khonkh, dając mi tym samym znak do ujawnienia się. Prędko podniosłam się i otrzepałam z ziemi, ale musiałam przed sobą przyznać, że w momencie, gdy z ugiętymi kolanami szykowałam się do ich wyprostowania, zawahałam się, poczułam, że mogę nie dać rady. Całe szczęście, strach zniknął tak szybko, jak tylko się pojawił. To nie były te same stawy, mięśnie, kości. Powłoka cielesna zaczynała mnie ograniczać, z dnia na dzień coraz bardziej mnie to niepokoiło, świadomość stawała się nie do zniesienia. Nie mogłam się z tym pogodzić. Przeleciałam złowróżbnym spojrzeniem z lekkim uśmiechem całe zgromadzenie, by wyraźnie pokazać, że nie warto z nami zadzierać. 
— A więc, władco, zdecyduj, co mamy z nim zrobić. - rzekł gniadosz do naszego syna, oddając sprawę w jego kopyta. 
— Cóż, nie wyobrażam sobie pojawić się przed potencjalnym sojusznikiem w takim gronie... - mruknął ogier, zastanawiając się nad czymś. Jeden z przeciwników postanowił to wykorzystać i rzucił się w jego stronę. Został odepchnięty jednym celnym kopnięciem i dobity przez resztę oburzonej takim zachowaniem naszej grupy. Zapadła pełna napięcia cisza.
— On...on chyba dawał znak. - powiedział w końcu Etsiin, przerywając milczenie.
— Podły kłamca! Do ro...! - ucięłam jego wypowiedź, przyciskając kończyną jego klatkę piersiową. 
— Nieładnie, nieładnie... - pokręciłam głową z niesmakiem. - Chyba nic już nie jesteśmy w stanie w tej sprawie zrobić. - westchnęłam, naciskając coraz mocniej. Koń zaczął się krztusić. 
— Nie! Obiecaliście, że przeżyję, jeżeli dogadamy się! Dogadajmy się! - wróg wydusił z siebie desperacko te parę okrzyków. Zwolniłam nieco ucisk. Nadaje się tylko na głupa.
— Niewierny i nierozsądny, prawdziwe utrapienie. Przełożony nie będzie specjalnie zły, jeżeli się kogoś takiego pozbędzie, prawda? - zwróciłam się pyskiem do reszty stada. Stanowczy głos sprzeciwu wyszedł tylko od ponownie podduszanego przeze mnie osobnika. 
— Wystarczy. - rzekł ostatecznie Khonkh, odsuwając mnie na bok, ale uśmiechał się przy tym.
— Doprowadzisz nas do swego dowódcy i powiesz dokładnie to, co każemy. - zawyrokował Shiregt. Dialog został definitywnie zakończony.
Kary przywódca zaprowadził nas na rozległą górską łąkę, niby oazę wśród zboczy pokrytych lasami. Nikogo nigdzie nie było widać. Zamierzałam już wyrzucić z siebie narastającą złość, kiedy nieoczekiwanie z dwóch stron wybiegła ku naszej grupce reszta klanu. Wściekłość przeszła w totalne zaskoczenie i radość. 
— Niespodzianka! Niespodzianka! - krzyczeli już z dala. Zaraz. Tak się nie zachowuje tropiące kogoś stado...
Szczęśliwej rocznicy! - oznajmił głośno Shiregt. 
— Co tu się wyprawia...? - wydukałam wreszcie. 
— Cóż...dzisiaj rocznica waszego połączenia - więc postanowiłem ją jakoś uczcić. - uśmiechał się szeroko, mówiąc to.
Zaczęły się podziękowania, uściski i całe to pełne euforii spotkanie. W tym pięknym zamieszaniu zapomnieliśmy chyba o naszych ,,wrogach"...Musieli sami udowodnić swą obecność w jakże oryginalny sposób:
— Przejdziemy do zapłaty za ten cały teatrzyk? Żądam podwyżki stawki. Prawie się zesrałem...

THE END

8.12.2018

Od Yatgaar do U'schii ,,Zaskakujące wywody"

Przyjrzałam się uważniej kasztanowatej arabce. Uderzyła mnie ponownie świadomość, co starość wyprawia z naszymi ciałami, i co zapewne działo się również ze mną...Dziwne. Przecież wciąż jestem w stanie ćwiczyć, czuję się młodo - czy to w takim razie możliwe, że wyglądam podobnie? Wątpię...Ruda sierść klaczy straciła swój dawny połysk i zmatowiała. Niegdyś długie i dumnie przez nią noszone grzywa i ogon przerzedziły się. Jej sprężysty, miękki, energiczny chód odszedł w zapomnienie. W oczach dostrzegało się przebłyski zmęczenia życiem. Znałam ją z dosyć przelotnych i najczęściej płytkich kontaktów, a mimo to jej pysk był mi bliższy niż niektóre lepiej poznane, lecz należące do nowego, młodszego pokolenia.
— Starość nie radość, ale nuda nie kamień. - odparłam po dłuższym zastanowieniu, i ponownie skierowałam swą uwagę w rozwijającą się przede mną scenerię smaganego silnymi podmuchami wiatru jeziora Uws, którego fale wdzierały się głęboko na brzeg. Kątem oka dostrzegłam milczące zaskoczenie U'schii. - Czego się spodziewałaś...? - dodałam nieco zirytowanym, zaczepnym tonem. Na to klacz wybuchnęła śmiechem. Udzieliło mi się parę parsknięć, ale tym razem to ja byłam zdziwiona tym wszystkim. Westchnęłam, kręcąc z politowaniem głową.
— Możesz tu zostać, jednak jeżeli masz mi coś sensownego do powiedzenia, to radzę ci zrobić to teraz. - mruknęłam.
— Już dobrze, dobrze... - odparła cicho kasztanka, udając, że się wycofuje. - Wiesz, nawet, jeżeli faktycznie masz tę parę siwych włosków, to w duszy nie zmieniłaś się ani trochę.
— Co...proszę?! - prawie że krzyknęłam. Wypowiedź ta zdawała się rozwiewać wszelkie moje nadzieje.
— To miał być komplement. - oznajmiła pewnie U'schia, niezrażona moją reakcją.
— Nieważne. Ty też nieźle się trzymasz.
<U'schia? Takie...eee?XD>

6.12.2018

Od Yatgaar do Khonkha ,,Trupi spacerek"

Rzuciłam porozumiewawcze spojrzenie memu partnerowi, po czym potoczyłam wolno wzrokiem wypranym z emocji po grupie trzynastu koni, otaczających nasz krzywy orszak równie krzywym kołem. Liczebną przewagę mieli znikomą, wynoszącą tylko jednego dodatkowego przeciwnika, ale za to posiadali całkiem niezłe uzbrojenie. Jako oddział ,,dyplomatyczny" nie mieliśmy rzecz jasna żadnego porządnego ostrza czy ochronnego materiału - wszystko przejęło pozostałe towarzystwo, przeznaczone do walki z wrogiem. Staliśmy więc nieruchomo, będąc na łasce hordy młodych, silnych, acz zapewne niezbyt doświadczonych koni, wpatrujących się w nas głodnym spojrzeniem z charakterystycznym żołnierskim chłodem. Podczas gdy uszami byłam z Shiregtem toczącym słowny bój z przywódcą tegoż grona, wzrokiem lustrowałam każdego wojownika, szukając różnych wyłomów w szeregu i słabszych ogniw. Ostatecznie wbiłam w karego ogiera zabójcze spojrzenie.
Skończyło się na tym, że ruszyliśmy pod eskortą obcych, rodzice z synem na czele, niczym na rodzinnym spacerku. Powłócząc nogami, w myślach analizowałam całą sytuację, próbując znaleźć jakieś wyjście, i z całych sił odpychałam nawracające obrazy martwej siwki, przeplatające mimo wszystko moje rozmyślania. Tak niezrozumiała śmierć niewinnego znajomego sama w sobie była silniejsza niż miliony padłych przeciwników. Skup się. Prowadził nas wróg nie do pokonania poprzez uczciwą walkę, potrzebny jest...podstęp, sztuczka. Mam już swoje lata, więc ucieszyłam się na fakt, że niepotrzebna będzie siła i moc przekraczająca moje możliwości. Zdecydowanie należało wyeliminować wszystkich za jednym zamachem, aby wykluczyć umknięcie jednego z nich do swego stada i uprzedzenie go. Muszą zebrać się w jednym miejscu, zatrzymać...Całe szczęście, maszerowałam bok w bok z Khonkhiem. Dodawało mi to pewności siebie i otuchy. Rzecz jasna obeszłabym się bez nich, ale...ech.
Stopniowo zaczynałam teatralnie powłóczyć nogami, mrużyć powieki i dyszeć, wykrzywiając się co raz w grymasie niewypowiedzianego, skrywanego cierpienia. Gniadosz zamierzał już się odezwać, lecz kopnęłam go delikatnie, niedostrzegalnie, i spojrzałam głęboko w oczy. Miałam nadzieję, że zrozumiał, a w każdym razie nie wtrącał się już do chwili, która nastąpiła właściwie krótko potem.
— Khonkh... - mruknęłam cicho.
Będąc nieco w tyle za partnerem i synem, gwałtownie zwolniłam tempo, zrobiłam parę ostatnich kroków, głośno łapiąc powietrze, i zwaliłam się bezwładnie na ziemię niczym tknięte potężnym wietrznym wirem stare, osłabione, spróchniałe drzewo - w każdym razie wiernie je udawałam, nie będąc nim. Nieee, nie.
Nie spodziewałam się szczerze, że taki upadek może być tak bolesny, lecz leżałam bez ruchu. Jedyną oznaką mojego życia był słaby oddech i bicie serca. Z trudem powstrzymywałam się od uniesienia powiek, bowiem naraz otoczyło mnie mnóstwo wzburzonych głosów. Z ziemi nie byłam w stanie rozpoznać słów, ale najbardziej wybijały się krzyki mojej rodziny i przywódcy agresorów. Czekałam z ogromną niecierpliwością na oznaki walki, lecz ku memu rozczarowaniu w pierwszych sekundach nie rozpętał się pojedynek. Ktoś właśnie pochylił się nade mną i trącił lekko. Nie reagowałam. Otoczyła mnie grupa koni.
<Khonkh? Nie wiem, co ty tu kombinujesz, ale masz teraz szansę. XD>


21.11.2018

Od Yatgaar do Khonkha ,,Czas nas goni"

— Coś cię gryzie? - mogłam się spodziewać, że padnie to pytanie, zadane głosem, w którym pobrzmiewała troska, zaciekawienie i miłość. Znaliśmy się oboje nie od dziś. Kiedyś wezbrałaby we mnie złość z powodu bezradności wobec takiego czytania w myślach, teraz przestało mnie to dziwić i było mi nawet na rękę.
— Tak. - odparłam cicho, lecz reszta słów została mi gdzieś na końcu języka. Przytuliłam po prostu głowę do jego szyi. Trwaliśmy tak dłuższą, przyjemną chwilę. - Ale to nie czas na wyznania. - dodałam pewnym siebie, nieznoszącym sprzeciwu tonem, dobrze znanym mojemu partnerowi. Nie potrzebował więcej wyjaśnień. Odwrócił się już, by powiedzieć coś Shiregtowi, lecz zatrzymałam go.
— Jednak chciałabym się dowiedzieć, co mnie ominęło. - uśmiechnęłam się lekko. Tymczasem nasz syn, władca klanu - wciąż miałam wrażenie, że są to dwa różne konie, nawet w myślach - zarządził dalszy marsz. Ciało Valentii zostało zostawione na pastwę losu. Dla żywych umysłów nie istniało już ono, choć wciąż mogły one ubolewać nad duszą. Tak było też bezpieczniej. Natura nie na darmo stworzyła padlinożerców, neutralizujących takie podłoża dla chorób i robactwa.
Oddział z przywódcą odłączył się i odszedł w swoją stronę, na spotkanie przeciwnika. Kłusowałam na czele obok Khonkha, który wyjątkowo nie zabezpieczał tyłów, jak każdy ogier alfa, a opowiadał mi o organizacji całej akcji i decyzjach Shiregt'a. Podział na trzy grupy wydał mi się bardzo rozsądny z jego strony. Mimo wszystko poczułam ukłucie dumy, kolejną kroplę w pucharze wypełnionym nową euforią i radością życia.
<Khonkh? Tym razem króciutko. Wybacz. ;_;>

11.11.2018

Od Yatgaar do Khonkha ,,Śmierć wśród wilków"

Milczałam dobrą chwilę po tej wypowiedzi Khonkha, jeszcze raz analizując sprawę i opracowując w myślach plan działania. Choć sytuacja była całkiem poważna, w duchu chciało mi się śmiać. Z łatwością potrafiłam sobie wyobrazić tryskającą krew, jej przyjemny, metaliczny zapach, zwycięskie miny, triumfujące nad ciałami konie. Mój partner wydawał mi się trochę zbyt przejęty całą akcją, biorąc pod uwagę to, jak wiele w życiu przeszedł. Jak wiele w życiu przeszliśmy. Dziwnie to brzmi. - pomyślałam sobie.
— Nie dla dobrze zorganizowanego, kilkudziesięcioosobowego klanu. - powiedziałam nagle, uśmiechając się lekko. - Więc ktoś go o tym powiadomi. - dodałam znacząco. Ogier wyglądał, jakby miał zamiar gwałtownie zaprzeczyć, lecz zaraz potem podszedł bliżej i w milczeniu objął mnie mocno za szyję. Czułam bijące od niego upajające ciepło i zaufanie. Oboje znaliśmy swoje możliwości. Cofnął się, pokiwał głową jakby ze smutkiem i ruszył jak najszybciej w stronę stada. Tymczasem przeszłam do wykonywania swojej części zadania.
Ostrożnie zaczęłam podążać najpierw do miejsca ostatniego pobytu tajemniczej grupy, a następnie za pozostawionymi przez nią śladami. Nikt nie starał się ich ukryć, byłby to zresztą daremny wysiłek. Stąpałam bezszelestnie, ze wzrokiem przeważnie wbitym, w ziemię, by uniknąć nastąpienia na coś kruchego lub trzeszczącego. Dopiero co odeszła ulewa ułatwiała mi sprawę. Nie miałam konkretnego celu w śledzeniu tych koni, większość była tylko tezami do potwierdzenia; jakieś spore stado wojowników, stacjonujące sobie gdzieś niedaleko, które czeka na okazję do poderżnięcia nam gardeł z żalu o...tereny? Zapewne, bo na prywatne rozrachunki było to zbyt duże zaangażowanie. Moje rozmyślania zostały jednak dość brutalnie przerwane. Kiedy podniosłam wzrok, dostrzegłam z przerażeniem i zaskoczeniem zarazem białą sylwetkę Valentii. Stała do mnie bokiem, lecz chwiejnie, patrzyła się gdzieś przed siebie. Nawet z tej odległości nie wyglądała najlepiej. Postanowiłam odciągnąć ją szybko od tego miejsca, a później kontynuować pościg.
— Witaj. - szepnęłam powoli, by zwrócić na siebie jej uwagę. Dopiero kiedy odwróciła powoli łeb w moją stronę, podeszłam bliżej, wciąż bezszelestnie.
Wzrok członkini klanu był pełen dziwnego smutku, mętny, a ona sama trzęsła się jak pod naporem ciągłych podmuchów wiatru. Starość owszem, dawała jej się ostatnio we znaki, ale nigdy nie widziałam jej w takim stanie. Całe szczęście, nigdzie nie dostrzegłam śladów zranienia, więc nie mogła to być robota naszych niewidzialnych nieznajomych.
— Yatgaar... - przywitała się klacz. - Wiesz...może lepiej stąd odejdź. Ja sobie poradzę, naprawdę. - dodała cicho, odwracając wzrok. Wpatrywałam się w nią wnikliwie ze zdziwieniem, trochę zmieszana. Okrutna wizja pojawiła się w mojej głowie, jednak otrząsnęłam się.
— To ty musisz wracać do reszty. Tu nie jest bezpiecznie. - Valentia pokiwała głową, uśmiechając się lekko, i zaczęła powoli kierować się z powrotem. Miałam już nadzieję, że za moment zniknie mi z oczu; ziemia pod kopytami aż mi się paliła od chęci podążenia dalej.
Nie dane mi było tak to zakończyć.
Do moich uszu dotarło odległe warczenie, tupot łap, w nozdrza uderzyła znajoma woń. Zbliżały się najgorsze z najgorszych - wilki, w średniej wielkości watasze. Przeniosłam wzrok na oddalającą się członkinię. Pokręciłam nagle głową. Przecież jej tu nie zostawię. Dodatkowo pamięć postanowiła postawić mi teraz przed oczami scenę śmierci jej syna. Wyrzuty sumienia? Nie, to nie one.
Ona na to po prostu nie zasługiwała. O jednego drapieżnika mniej na świecie to też już coś. A może zamieszanie ściągnie tu tych pajaców i przemycę się z nimi do ich bazy? - zdążyłam jeszcze tylko pomyśleć.
— Stój! - zawołałam do Valentii, podbiegając do niej od strony, z której dobiegały niepokojące odgłosy.
Wreszcie wypadło na mnie szare, futrzaste stworzenie, próbując się dobrać do gardła. Szybko tego pożałowało, odrzucone na bok kopytami. Kolejny również wylądował nieopodal, zabity siłą samego uderzenia. Wtedy rozległo się głuche pacnięcie ciała o ziemię i rozpaczliwy jęk. Jeden z nich dopadł klaczy i szarpał za jej nogę. Rozwścieczona tym, zdeptałam go i stanęłam nad nią, będąc zdecydowaną na obronę. Wilki z całych swoich sił próbowały się dobrać właśnie do niej - do osłabionej, niemalże umierającej istoty, najłatwiejszego łupu, ale w końcu zorientowały się, że wpierw trzeba będzie wyeliminować jej strażnika. Zaczęły rzucać się na mnie, orając pazurami i zębami ciało. Za każdym razem przeszywała mnie fala bólu, ale faktem było, że żaden się jeszcze nie prześlizgnął. Ostatecznie furia opadła, a pozostałe trzy drapieżniki zginęły w leśnej gęstwinie.
Wtedy Valentia spojrzała na mnie ostatni raz, ostatni raz jęknęła, i wyzionęła ducha.
Naprawdę umarła z uśmiechem na pysku.
Czy taki miała plan, zanim tu przyszła? Natknęłam się na nią w odpowiednim czasie.
Minęłam się ze śmiercią o włos i nie zapobiegłam jej...
<Khonkh? To co tam u ciebie?>

26.10.2018

Od Yatgaar do Khonkha ,,Tańczyć w deszczu"

— Berek! - zawołał nagle, popychając mnie swym bokiem i ruszając przed siebie galopem w pełnym pędzie. Udało mu się mnie zaskoczyć. Parsknęłam jednak radośnie, wstrząsając grzywą, po czym sama uniosłam się na tylnych kończynach i pocwałowałam za umykającym w stronę ściany lasu ogierem. Prawie że jak się spodziewałam, gwałtownie zawrócił przed nią w lewą stronę. W tym momencie prawie już go doganiałam - bądź co bądź, od zawsze byłam w tej parze silniejszą fizycznie połówką, a będąc oboje osłabieni wiekiem, mieliśmy te same szanse, co przedtem - on sprytnie kopnął niską gałąź, która upadła tuż pod moje kopyta. Prawie się przez to zatrzymałam. Zacisnęłam zęby i ponownie maksymalnie się rozpędziłam, tym razem szybko dosięgając gniadosza.
Na zmianę ganialiśmy się po polanie w ferworze zabawy, zataczając najróżniejsze koła i łuki. Częściej rola goniącego przypadała Khonkhowi, lecz zupełnie nam to nie przeszkadzało. Wokół panowała względna, leśna cisza; co jakiś czas któryś ptak odezwał się głośniej. My sami przerywaliśmy ją nieraz głośnym śmiechem, gdy któreś z nas się potknęło. Szczęście moje i araba było jednym, wielkim, gorącym uczuciem, które zastępowało zmęczenie.
Nic nie może wiecznie trwać. Wszystko przerwały nam coraz większe krople deszczu uderzające w nasze grzbiety. Paradoksalnie jakoś nie spowodowało to mojego przygnębienia, a wręcz przeciwnie. Stanęłam dęba, rżąc głośno, próbując spoufalić się z siłą żywiołu. Khonkh stanął obok mnie, również odzywając się w stronę zachmurzonego nieba.
Wtem ulewa przerodziła się w grad. To zmusiło nas już do schronienia się w gęstszym lesie. Stanęliśmy w jednym miejscu i paśliśmy się w oczekiwaniu na zakończenie tego pogodowego załamania. Od czasu do czasu odrywałam głowę od ziemi, próbując złapać w zęby jakąś lodową kulkę, ale prędko mi się odechciało.
<Khonkh? Załamanie pogodowe. Na szczęście załamanie w związku już nieXD
PS Whyyy not? *)>

18.10.2018

Od Yatgaar do Khonkha ,,Starość"

Uśmiechnęłam się lekko, podchodząc i ustawiając się przy jego boku.
— Chodź, a przekonasz się. - rzekłam tajemniczo, ruszając energicznym kłusem. W głowie przez dłuższy czas miałam pierwsze słowa naszej rozmowy. Starość. Wyrażenie to wciąż brzmiało obco, nienaturalnie; nikt nigdy jeszcze nie użył go w stosunku do mnie. Chodź umysł próbował perswadować coś o moim niemałym wieku, w sercu nie zaszła przecie żadna zmiana. Byłam młodą, silną klaczą, ba, czasem nawet zdawało mi się, że to ukryte w dorosłej, cielesnej otoczce źrebię. Czułam jedynie mimowolny spadek moich zdolności fizycznych, od zawsze zresztą wysokich. Przede wszystkim jednak do tej pory myślałam, że dla Khonkha będzie to równie oczywiste i bezbolesne, lecz oto pojawiła się kropelka zwątpienia w morzu pewności, niczym ziarenko trucizny zmieniające całą łąkę w pole minowe. Spojrzałam na ogiera ukradkiem. Jak ogromne musi być takie cierpienie...? - zapytywałam siebie w myślach. Na razie gniadosza to nie dotyczyło, ale, choć szanse na to były naprawdę niewielkie, mogło się okazać, że...
Wstrząsnęłam grzywą, by strzepać z niej fragmenty liści i gałązek po przedzieraniu się przez gęste, leśne ostępy.
— Jesteśmy na miejscu. - mruknęłam. Po chwili obok mnie pojawił się arab i od razu postawił uszy, zdumionym wzrokiem lustrując martwe ciało. Beżowe futro rysia z bliskiej odległości wyraźnie odcinało się na tle zieleni, zaś skrzepła krew nie pozostawiała wątpliwości i dodawała mu uroku. - Wszedł mi w drogę i nie za bardzo mu się spieszyło do zejścia ze sceny. - wyjaśniłam pokrótce. Khonkh wreszcie otrząsnął ze zdziwienia i wydusił tylko:
— No, nieźle. - zapadła męcząca cisza. W końcu trąciłam go czule nosem i szepnęłam:
— Mam coś jeszcze lepszego. - znowu nasz dwuoosobowy orszak wyruszył. Tym razem droga była krótsza. Wypadliśmy z lasu na polanę, a naszym oczom ukazał się nieziemski widok.
<Khonkh? Spoczko, ja też muszę się przyzwyczaić :p>

1.10.2018

Od Yatgaar do Khonkha ,,Upragniony spokój czy bolesne wiszenie?"

— Dziękuję...że we wierzyliście i wierzycie. - odparł syn mojemu partnerowi, delikatnie, kurtuazyjnie przytulając za szyję nas oboje.
Ruszyliśmy za synem, jednak w pewnej odległości, po obrzeżach, aby od razu ustawić się za nim i w odpowiednim momencie potwierdzić swoją obecność. Czułam się niczym wypchany emocjami rybi pęcherz pławny. Rozpierała mnie przede wszystkim duma z najstarszego potomka, mieszanka radości i władczej powagi. Spełniły się nasze senne wizje, najważniejszy cel, do jakiego dążyliśmy przez ostatnie lata, oto Shiregt stawał przed - już od dziś - swoim własnym klanem, by oznajmić tę nowinę, a my stawaliśmy się jego normalną częścią, symbolem minionych lat, może jeszcze ostatnią deską ratunku i radą...chyba ta właśnie świadomość kręciła się i wierciła gdzieś tam, poza zasięgiem umysłu, ale jeszcze wyczuwalna. Czy będziemy potrafili zmienić swój tryb życia?
Całą koronację uwieńczyło długie przyjęcie, pozwalające w pełni rozkoszować się nowym stanem rzeczy. Khonkh jednak był znacznie bardziej zamyślony przez ten czas, niż powinien. Co było nie tak?
~Dwa dni później~
Uniosłam powieki na równi ze wschodem słońca. Nawykłam do wczesnych pobudek. Nic już nigdy nie było w stanie ściągnąć ich w dół, więc pierwsze chwile wykorzystałam na powitanie słońca. Szeptałam do siebie jakieś niezrozumiałe frazy, które jednak pomagały mi się rozbudzić i przygotować do działania...tylko jakiego? - spytałam się w myślach. Przewodnik nie był teraz potrzebny, użyteczny zresztą stawał się raz na ruski rok. Muszę znaleźć sobie jakieś zajęcie.
Khonkh spał jeszcze, lecz jego sen wydawał mi się dość niespokojny. Na moment się zawahałam, ale musnęłam jego wargi swoimi i ruszyłam przed siebie wolnym stępem. Właściwie, dlaczego musi to być zajęcie w klanie? - uświadomiłam coś sobie. Jesteśmy wolni. Nie podlegamy obowiązkom ani władczemu prawu. Jesteśmy wolni! - uśmiechnęłam się sama do siebie, przyspieszając do kłusa, kierując się w górę zbocza w poszukiwaniu porannej przygody.
<Khonkh? A Yatgaar ma zaciesz że hej :D XD>

22.09.2018

Od Yatgaar do Bush Brave'a ,,Ja też mam swój honor"

Z początku złapałam się na zaskoczeniu i zdziwieniu wypowiadanymi przez niego oskarżeniami, żałosnymi, acz szczerymi. Stopniowo przerodziło się ono w gniew i specyficzny rodzaj obrzydzenia, lecz po tych wszystkich emocjach masa opadła, pozostawiając miejsce tylko na spokój i mroźną nienawiść. Przede wszystkim jego słowa powodowały nawrót wszystkich obrazów w mojej głowie, które były może nawet gorsze od jakichkolwiek wyrzutów sumienia, których zwyczajnie nie miałam. Na zewnątrz stałam po prostu sztywno wyprostowana, ze stalowym spojrzeniem utkwionym w jego oczach i bronią w pysku. Gdy skończył swoją długą przemowę, zapanowała cisza. Po chwili westchnęłam i warknęłam:
— I ty również nie masz najmniejszego prawa osądzać jakichkolwiek spraw. Z wielką chęcią rozstrzygnęłabym to w uczciwy sposób. - Bush stał zupełnie niewzruszony. - Lecz pragnę wybaczyć ci dla przykładu. - odrzuciłam miecz, po czym odwróciłam się, uderzając lekko ogonem w jego pysk.
Bush Brave zachował swe życie, teraz już nędzne - przynajmniej z mojego punktu widzenia.
~Podróż do przyszłej teraźniejszości~
W cieniu drzewa pasł się sędziwy już gniado-miedziany kuc, swą formą i wyglądem w niczym już nieprzypominający dawnego bezlitosnego i żądnego krwi konspiratora. Tylko nienawiść w jego oczach pozostała ta sama. Stałam do niego bokiem, pasąc się bliżej stada, lecz byłam w stanie spokojnie go obserwować.
<Bush Brave?>

13.09.2018

Od Yatgaar do Khonkha ,,Żałosny kłębek"

Miałam już szczerą nadzieję - nie, absolutną pewność gwarantującą szczęście i satysfakcję, że wszystkie szumowiny zostały wybite, a nasz dom, choć jeszcze zbrukany krwią, poza tym jest już czystą i bezpieczną przystanią, kiedy jeden, jedyny sk*rwiel próbował jeszcze chociażby na chwilę zburzyć ten porządek, nawet tuż przed swoją parszywą śmiercią. Samo to perfidne zachowanie starczało za powód do jego unicestwienia. Na moment wymazałam ze swego spojrzenia czystą nienawiść i jawną wrogość, po to tylko, by przenieść wzrok na mojego partnera, potwierdzając w ten sposób jego decyzję. Khonkh jednak wpatrywał się w stojącego trochę bliżej rena Shiregt'a. Sama zatem przyjrzałam się potomkowi. Wyglądał na głęboko zamyślonego, a zarazem utrzymywał z winnym stalowy kontakt wzrokowy. Wreszcie westchnął i odezwał się w te słowa:
— Odejdziesz wolno i czym prędzej wyniesiesz się z naszych terenów. Lecz przedtem mamy do załatwienia jeden drobiazg. - rzekł ściszonym głosem.
Operacja przebiegła szybko i bez zbędnych ceregieli. Renifer natychmiast po puszczeniu przez strażników pognał na oślep przed siebie, niczym żałosny kłębek broczący krwią wydobywającą się z pyska. Na ziemi pozostał tylko różowy, skręcający się we własnej agonii język.
Uśmiechnęłam się do siebie, czując ukłucie dumy. Syn podszedł do naszej pary i oznajmił z powagą:
— Myślę, że nadszedł już czas, by ogłosić to oficjalnie. Ojcze, matko? - spytał, grzebiąc kopytem w ziemi.
— I ja również nie widzę innego wyjścia. - odparłam z radością.
<Khonkh?>

10.09.2018

Od Yatgaar do Khonkha ,,Dom we krwi, lecz czyjej?"

W trakcie przeraźliwego okrzyku rena gdzieś pomiędzy łkaniem a rozpaczliwym wyciem poczułam wbijające się w mój bok twarde, metalowe, obce ciało. Okropny ból oderwał mnie od przypatrywania się całej scence; ponownie zassał mnie wir walki, umysł znów ogarnęła furia. Błyskawicznie uskoczyłam w bok, przy okazji zwalając kogoś z nóg, lecz ostrze zdążyło utworzyć dość głęboką ranę. Na moment mnie zamroczyło. Kiedy zamrugałam parę razy i spojrzałam jasno, napastnik leżał martwy. Rzuciłam jeszcze partnerowi wdzięczne spojrzenie, po czym wróciłam do pracy. Ciągle ratujemy się nawzajem. To aż niewyobrażalne, ile razy ktoś bliski może to zrobić. I dość zabawne. - pomyślałam, tocząc walkę z jakimś młodym reniferem, któremu zadałam śmiertelny cios zębami.
Walka była już przesądzona, lecz nasi przeciwnicy posiadali jakieś resztki honoru i żaden z nich nie uciekł z pola bitwy. Wkrótce wszystko dobiegło końca. Nikt jednak nie miał siły ani ochoty na świętowanie. Sprawy techniczne przeważyły szalę. Wysłano parę najmniej uszkodzonych członków po medyków i resztę klanu - że też wcześniej o tym nie pomyślałam, a poza tym niemal wszyscy znieruchomieli po prostu i obserwowali w zamyśleniu, a zarazem uważnie, jakby nagle czas miał się cofnąć, pole bitwy.
Cały teren bazy, nasz dom, mienił się przeróżnymi odcieniami czerwieni; od świeżego rubinu, przez karmazyny i krwiste rozpryski, po mniej szlachetną purpurę, lecz w większości pochodziły one od wroga, bezlitosnego przeciwnika, którego zwyciężyliśmy. Wśród nich na ziemi przebłyskiwały białe połacie śnieżnego puchu i niekiedy nieśmiało wystające spod niego brązowe łodyżki traw. Ciała, do których odsunięcia nikt się nie palił, niektóre wciąż ,,ciepłe", leżały wszędzie, blisko i daleko. Nad całym pobojowiskiem splatały się długie konary drzew, a jeszcze wyżej - niebieskie sklepienie świata.
Po pewnym czasie położyłam się, bowiem rany, szczególnie ,,dziura" w boku powoli mnie osłabiały. Mój partner i syn również znaleźli się obok mnie. Porozumiewaliśmy się bez słów, dając temu miejscu chwilę ciszy i odpoczynku po pamiętnej walce. W końcu pojawiła się oczekiwana reszta stada, zwłaszcza medycy i wśród nich drugi wyjątek - Miriada. Cieszyłam się na sam widok, jak pomaga w opatrywaniu moich i innych ran, biegając od jednego konia do drugiego. Byłam z niej chyba po prostu dumna.
<Khonkh? Jak przeżycia, ekspresjonizm się kłania...?XD>

3.09.2018

Od Yatgaar do Khonkha ,,Rozegrajmy to wreszcie"

Po krótkiej, acz intensywnej galopadzie zwolniliśmy do kłusa, głównie ze względu na to, że nawet w miarę szeroka, leśna ścieżka dla tabunu po pewnym czasie gwarantowała ofiary śmiertelne wbite w pnie drzew i tratowane kopytami towarzyszy. Poza tym lepiej było nie ujawniać przedwcześnie swoich zamiarów ani nie tworzyć niepotrzebnych aluzji takim bojowym marszem. Znacznie lepiej było ostrożnie, ale prędko posuwać się do przodu, po cichu. Jeżeli reny zauważyłyby naszą grupę, miałyby dobry powód, aby pozbawić życia Khonkha lub żądać za nie okupu.
Przynajmniej żadnemu z bojowników nie paliło się do zadawania jakichkolwiek związanych z misją pytań. Jedyne, co musieli wiedzieć, to fakt, że czeka ich walka. Cały czas w głowie powtarzałam sobie w kółko plan i ewentualne zmiany. Biegnąc na czele, mogłam swobodnie rozglądać się na wszystkie strony, a jednak to Ganerdene odezwała się cicho pierwsza:
— Tam jest stado reniferów. - spojrzałam we wskazanym przez nią kierunku. Faktycznie, w dość dużej odległości od nas step przemierzała poszukiwana przeze mnie ekipa, uszczuplona o parę sztuk. Może z kopyt Khonkha...? Pytanie to przestało mieć teraz znaczenie, bo sam widok tych darmozjadów podsycił gorejące płomienie gniewu. Lecz w tym momencie i reny zauważyły nas; zamiast podążać w obranym kierunku, zaczęły zbaczać z trasy ku zboczu, jakby pragnęły uniknąć konfrontacji. Chwilę ważyłam decyzje, po czym wydałam rozkaz do ataku na mój sygnał, a sama zagalopowałam. Grupa przystanęła, przyglądając mi się niechętnie, gotowa do walki. Dzieliła nas coraz mniejsza odległość. W końcu uznałam, że kilkadziesiąt kroków wystarczy.
— Witajcie. - słowo to ledwo przeszło mi przez gardło - zdecydowanie bardziej wolałabym przejść już do czynów. - Nie współpracujecie z Klanem Mroźnej Duszy, prawda...? - spytałam z nadzieją, przyjmując niewinną, niemalże pokorną pozę. Dowódca rogatych uśmiechnął się lekko, podchodząc nieco bliżej, a tym samym się ujawniając.
— Oczywiście, że nie. Ty zapewne również, nieprawdaż? - nim skończył swoją wypowiedź, zdążyłam porządnie wstrząsnąć grzywą. W tym momencie w jego spojrzeniu pojawił się błysk strachu, a do moich uszu dotarły dźwięki szybko przybliżającego się tętentu kopyt na twardej powierzchni. Mój wygląd zewnętrzny przeszedł przemianę. Wyprostowałam się z całą dumą, a z mojego pyska wydobył się śmiech, śmiech łączący radość, wściekłość, nienawiść i ekscytację, wobec czego dosyć nienaturalny i trochę przerażający. Rzuciłam się na przywódcę i sczepiliśmy się ze sobą w walce; reszta straciła parę cennych sekund na rozeznanie się w sytuacji i zdecydowanie o własnym losie. Jeden z renów zdezerterował, niektóre wciąż stały zszokowane, ale dwójka ruszyła na pomoc towarzyszowi, którego koniec życia był już bardzo blisko; gdyby nie ich interwencja, udałoby mi się powalić go na ziemię. Sytuacja się odwróciła, lecz w tej chwili tabun dotarł na miejsce i rozpoczął właściwy atak. Podniosłam się z ziemi i otrzepałam. Poczułam pieczenie w paru miejscach na ciele i krwistą wilgoć.
Z czystą rozkoszą biłam kopytami o ciała zwierząt, atakowałam zębami i całym swoim ciężarem, wybijając zamknięte w kręgu utworzonym przez konie reny, ginące bez możliwości ucieczki, w tłoku, w bólu, w panice, których ostatnie spojrzenie napotykało jedynie mój ognisty, nienawistny wzrok. Dałabym wiele, żeby w tym czasie patrzyli jeszcze na zniszczenie ich bazy, ale cóż. Na wykonanie tej roboty nie straciliśmy zbyt wiele czasu. Dopiero po paru minutach, gdy szał walki trochę opadł, w moim umyśle znów pojawiło się zapytanie o to, gdzie podział się mój partner. Serce zaczęło bić mi szybciej, lecz musiałam się tego dowiedzieć; zobaczyć na własne oczy.
— Za mną. - wydałam krótką komendę, po czym przełknęłam ślinę i ruszyłam do celu.
Po dłuższym czasie znalazłam się w rozpoznawalnym dzięki samotnemu modrzewiowi miejscu. Nigdzie na horyzoncie nie widziałam żadnego końskiego ciała, ni żywego, ni martwego ducha - może oprócz jednego rogatego ścierwa, czym się nie przejmowałam. Już miałam westchnąć z ulgą, kiedy obok zauważyłam nieco krwi, niepochodzącej od renifera, zabitego głównie siłą uderzenia. Zacisnęłam zęby, przenosząc wzrok na zalesione połacie Gerel Uul. Szczury gdzieś tam są, i zapłacą za Miriadę. Za to również. - obiecałam sobie, po czym rzekłam śmiało:
— Dobra. Ruszamy z powrotem. Dołączymy do grupy Mikada.
Ogier przez ten czas powinien już znaleźć bazę wroga, nasłuchiwałam więc echa odgłosów walki rozchodzącego się po dolinie. Wokół panowała jednak na przekór niczym niezmącona cisza. Niepokój narastał zarówno we mnie, jak i w innych koniach. Dochodziliśmy już do miejsca postoju klanu, gdy wreszcie doszedł mnie odległy krzyk, mogący być równie dobrze tylko złudzeniem, iluzją, lecz równocześnie był moją jedyną poszlaką. Przystanęłam i wsłuchałam się mocno w otoczenie; znów zdawało mi się, że w szumie wiatru przewijały się dźwięki jęków cierpienia i walki, dochodzące zza naszych grzbietów. Odwróciłam się gwałtownie, stając dęba, i ruszyłam galopem ku nim, na zbocze. Reszta uczyniła to samo.
Przedzierałam się jak najszybciej przez krzaki, klucząc i usiłując dokładnie namierzyć źródło odgłosów, bowiem jakby coraz bardziej cichły; jak czyjeś życie. Wtem pośród mojego miotania się mignęło mi w polu widzenia prę interesujących ruchów. Sylwetki kopytnych zwierząt. Wypadłam na polanę, gdzie bój toczył się już zapewne od dawna; konie pędzone były w ślepy zaułek, wycieńczone walką. Wśród nich zauważyłam mojego partnera. Połączenie furii i miłości zaowocowało moją szarżą; postanowiłam natychmiast wykorzystać element zaskoczenia, nacierając na każdego przeciwnika, który nawinął się pod moje kopyta. Udało się znów wprowadzić ekipę Mikada do gry, przebijając pancerz z renów.
<Khonkh?>

25.08.2018

Od Yatgaar do Khonkha ,,Szansa"

Niechętnie ruszyłam z dwójką nastolatków u boku z powrotem do stada, zaciskając mocno zęby i uderzając o siebie przednimi nogami, byle odpędzić myśli o pognaniu dzikim galopem ku pozostawionemu przeze mnie na pastwę losu partnerowi. Z punktu widzenia rozsądku było to najlepsze wyjście, lecz cóż to mogło obchodzić serce rwące się na pomoc ogierowi życia, a z drugiej strony pragnące ochronić młode, rozrywane ostrzami miłości palącej się do działania. Wzięłam parę głębokich wdechów i przymknęłam oczy. Przebierałam mechanicznie kończynami, patrząc tylko przed siebie. Jeżeli zaraz nie dotrzemy do stada, to zawrócę, po prostu zawrócę i stracę dzieci.
— Chodźcie, pogalopujmy sobie trochę! - krzyknęłam z entuzjazmem maskującym wszystkie inne negatywne emocje. Odczekałam, aż klaczka i ogierek ruszą, po czym sama zagalopowałam i dogoniłam ich. Wiatr i pęd powietrza wyciskał mi z oczu łzy, usłane zeschłymi i przegniłymi kolorowymi liśćmi fruwającymi pod naszymi kopytami podłoże trzeszczało przy każdym dotknięciu. Wreszcie ujrzałam pierwszą końską sylwetkę wśród drzew, a powoli wyłaniał się cały klan.
— Lećcie, znajdźcie koniecznie swojego brata. Później was znajdę. - wyszeptałam szybko. Miriada wraz z Dante'ym oddalili się kłusem. Podeszłam do pierwszego lepszego konia, którym na szczęście okazała się być Hasmina.
— Popilnuj tej dwójki, dobrze? - wysiliłam się na łagodny ton, zwracając pysk w kierunku nastolatków. Starsza klacz pokiwała z uśmiechem głową, po czym spuściła wzrok i odeszła. Partnerce Byorna mogłam zaufać na tę chwilę, bowiem nie było czasu do stracenia. Dopiero teraz zauważyłam, że wyczekujący, zaniepokojony wzrok wszystkich koni skierowany jest na moją osobę. Opuściłam łeb aż do klatki piersiowej, zamykając oczy i wsłuchując się we własny, nierówny oddech. Przygotowywałam się już do kolejnej szalonej galopady w odwrotnym kierunku, kiedy w umyśle błysnęły ostatnie iskierki chłodnego rozumu.
...Już zgasły? Potrząsnęłam lekko głową. Nie, dalej się tlą i tym razem muszą zapłonąć, bo atak w pojedynkę jest jak dobrowolne samobójstwo plus zabójstwo ukochanego. Nawet dla mnie. Uniosłam powieki i ogarnęłam spojrzeniem całe nasze stado, zdezorientowane całą tą dziwną sytuacją. Wściekłość, żal i zdecydowanie podsycały ognisko zapalne, a ono promieniowało tymi uczuciami, zamykając koło. Plan...plan, plan. W mojej głowie zaczęły się tworzyć obrazy schematów jeden za drugim, sortowane szybko i bezwzględnie. Odwróciłam się w stronę reszty koni, wyprostowana, ze spokojnym, acz pewnym wyrazem pyska.
— Yatgaar, co się dzieje? - zadał pytanie stojący najbliżej zwiadowca, Dorian.
— Dzieje się. - rzekłam z lubością, kiwając głową. - Niechaj oddzielą się wszystkie konie zdolne do walki od medyków, źrebiąt, nastolatków. Potrzebna będzie też na miejscu jedna czujka. - konie zaczęły wykonywać polecenie, jednak dosyć niechętnie, niepewnie, z ociąganiem, tracąc cenny czas. Położyłam uszy po sobie i weszłam między klan, pomagając odpychaniem maruderów. - Bez dyskusji i ruchy! - dodałam poważnie, dzięki czemu coś jednak do tych koni dotarło. Gdy już prawie podział został zakończony, miałam przed sobą drużynę złożoną z dwudziestu trzech wojowników. To już w sumie coś. - pomyślałam, dodając sobie tym samym otuchy, po czym wywołałam Mikada. Ogier podszedł do mnie nieco speszony.
— Będziesz miał pod swoją opieką i dowodzeniem dziesięciu. Znajdziecie bazę reniferów i rozpoczniecie walkę. My dołączymy do was niedługo. - gniadosz chwilę trawił przekazane mu informacje. - Zrozumiano? - przechyliłam lekko łeb.
— Tak jest. - odrzekł jedynie, po czym ruszył na poszukiwanie swoich towarzyszy.
Jeżeli Khonkh nadal się trzyma...musi się trzymać - poprawiłam się - Zaczniemy od tamtego miejsca. Jeśli nie, napadniemy na nich w drodze i rozrzucimy ich członki po całym zboczu... - uśmiechnęłam się do siebie - Było ich kilkunastu, więc zapewne planowali napad. Ich baza została uszczuplona, ekipa Mikada ma teraz szansę. - kątem oka obserwowałam powiększającą się grupę - Tak, my zatrzymamy posiłki, a później dołączymy do nich. - w tym momencie moje rozmyślania zostały przerwane, bowiem zauważyłam dwudziestego czwartego młodocianego członka ekipy.
— Shiregt. - rzekłam zdecydowanie, patrząc prosto na kręcącego się wśród starszych ogierka. Ów podszedł niespeszony do mnie.
— Gdzie Dante i Miriada? - to pytanie jako pierwsze nasunęło mi się na język.
— Z Hasminą. - odrzekł spokojnie.
— I ty również. - odparłam spoglądając mu w oczy. Oczy pełne ognia i pewności, jak nigdy dotąd.
— Przykro mi, mamo, ale tym razem nie powstrzymasz mnie od walki. To jest moja rola. A jeżeli nie - walczył będę i przeciwko swoim, byle być w ten sposób z wami. - oświadczył. Mój syn wyglądał niemalże na dorosłego, aż wierzyć mi się nie chciało. Czas płynął nieubłaganie, a ja traciłam go na pogaduszki. Westchnęłam cicho i uśmiechnęłam się, odsyłając go gestem do reszty. Mikado usunął się już z pola widzenia. Nadszedł czas, by wyruszyć. Stanęłam dęba, dając upust ekscytacji.
— Naprzód! - krzyknęłam krótko, ruszając galopem. Tabun podążył za mną szeroką ścieżką, którą jeszcze dziś maszerowaliśmy rodziną. Najpierw rozbijemy tych kilkunastu niczym wapienną skałę. - powtórzyłam sobie w myślach.
<Khonkh? Akcja proszę! :p>

6.08.2018

Od Yatgaar do Khonkha ,,Ukradli mi ją"

Gdzie jest Miriada...? - pomyślałam, patrząc przez chwilę prosto w wypełnione strachem i bólem, maskowanymi przez ulgę oczy. Przełykałam łzy z zaciśniętymi zębami, by nie dać po sobie poznać żalu i nie załamać klaczki jeszcze bardziej. Moja córka jest pewna siebie, radosna, piękna. Oni mi ją ukradli. - zaczął we mnie narastać płomienny gniew, palący wszystko na swojej drodze, wszystkie emocje. Renifery poznają cenę działania przez moje kopyta, właściwie ich nędznych, robaczywych żyć nigdy nie starczy, by wyrównać nasze rachunki, choćbym miała wybić wszystkie osobniki ich gatunku. Po burzy tym razem nie nadeszło słońce ani tęcza na niebie - miast tego wyprane z deszczu, lecz wciąż ponure chmury. Naturalny porządek rzeczy runął.
Uspokoiłam przyspieszony oddech. Sk**wysyny nie są jednak warte tego, żebym straciła panowanie nad sobą. Miriada tym razem nie uciekła przed dotykiem, jednak stała sztywno, niczym w oczekiwaniu na cios. Moja wyobraźnia podsuwała wszystkie najgorsze obrazy całego porwania, które tak diametralnie zmieniło moją córkę. Jeszcze raz spojrzałam na jej rany. 
— Ale teraz pójdziemy do medyka. Ktoś musi to opatrzyć. - odezwałam się. Klacz znowu spuściła głowę, po czym pokiwała nią niemrawo. Rzuciłam ostatnie spojrzenie Khonkhowi.
— Zajmij się Shi i Dante'ym. Proszę. - szepnęłam.
Obserwowałam bacznie wszystkie ruchy Nick'a, wcierającego zioła w jeszcze nie do końca zasklepione rany i stosującego inne swoje zabiegi. Ogier z początku próbował jeszcze prowadzić jakąś rozmowę, jednak od pewnego czasu się nie odzywał, zorientowawszy się, że obie nie mamy na to ochoty. Wreszcie wraz z Miriadą mogłam odejść. Postanowiłam dać jej trochę spokoju. Skubałam niedaleko trawę, uważnie jednak obserwując córkę z paranoicznym wręcz przeczuciem, że gdybym spuściła ją z oka, zniknęłaby znowu jak leśny ognik. Klaczka również zabrała się bez przekonania do posiłku.
Wkrótce przybyli jej bracia, uprzedzenie chyba przez mojego partnera, bowiem po wymianie paru zdań z siostrą również odeszli.
— Już lepiej, prawda? - rzekłam cicho, by przerwać milczenie i dać jakiś znak, pokazać, że nie jest osamotniona. Uśmiechnęła się i skinęła lekko, przechodząc do innej kępy trawy.
~Kilka dni później~
Było lepiej. Ale nie dość ,,lepiej".
Uraz Miriady nie był elementem chwilowego szoku. A my, jako rodzina, wciąż nie potrafiliśmy domyślić się, dowiedzieć, co tak naprawdę się wydarzyło. Przestałam już wierzyć, że córka sama nam to powie. Nie byliśmy w stanie jej pomóc, nie znając przyczyny. Nieraz sama patrząc na nią czułam ból. Równocześnie Khonkh czynił jakieś przygotowania w klanie, lecz nie starałam się wnikać w ich szczegóły. Mniejsza o to, jeżeli będą skuteczne.
Otworzyłam oczy wczesnym rankiem pod wpływem kłujących, pomarańczowych promieni przedzierających się przez przestrzenie między koronami drzew. Odwróciłam odruchowo łeb. Po mojej lewej stronie kilkanaście kroków dalej na kobiercu z opadłych liści leżała na brzuchu izabelowata klaczka, wpatrzona w przestrzeń. Zaczęłam powoli do niej podchodzić, nie skradając się, by mogła się w porę zorientować. Położyłam się obok niej. Słońce wędrowało w górę nieboskłonu w całkowitej ciszy na ziemi. Obudziła się we mnie iskierka nadziei. Postanowiłam jakoś zacząć rozmowę.
— Tak. 
— Nie piękniejszy od ciebie... - zapadła pauza milczenia. Pysk Miriady nie wyrażał żadnych emocji. - Już niedługo oni za to zapłacą. Nie mają żadnych szans. - ciągnęłam ten dziwny monolog. - Tylko czy ty nam wybaczysz...? - głos prawie mi się załamał.
— Wybaczysz...? - powtórzyła klaczka z niedowierzaniem. - Ja...jesteście najlepszymi rodzicami na świecie. - rzekła szczerze. Przełknęłam ślinę.
— Chcę ci pomóc. Chcę, żebyś wiedziała. Zawsze będę przy tobie. Jasne? - córka westchnęła cicho, ale uśmiechnęła się przy tym. Najpiękniejszy widok, jaki mogłam sobie w tej chwili wyobrazić.
Wtem naszą uwagę przykuł śpiew jakiegoś nieznanego ptaka, melodyjny, płynny, to cichnący, to odbijający się echem po całym lesie. Zanuciłam pod nosem brzmienie, przymykając oczy. Nastolatka obok mnie powtórzyła melodię. Wkrótce nuciłyśmy ją wzajemnie, zatopione w tych dźwiękach.
<Khonkh? Robimy marsz wojenny czy marsz pokoju?XD U mnie zresztą z pisaniem nie lepiej...>

20.07.2018

Od Yatgaar do Khonkha ,,Powinniśmy sami umrzeć ze szczęścia"

Pokiwałam powoli głową z zaciśniętymi zębami, pierwszy raz w życiu będąc wdzięczną swojej własnej długiej grzywce zasłaniającej szkliste w tym momencie oczy. Po pierwszej połowie dnia pełnej złości, gniewu i rozpaczy pozostał tylko spokój. Był to jednak spokój martwy, bezsilny, wykańczający. Nie miałam prawa prosić kogokolwiek o wsparcie. Przełknęłam ślinę.
— Nie. Wszystko to jest również moją winą, i dobrze o tym wiesz. Zachowałam się jak palant. Mogę cię przeprosić...i zniknąć? - rzekłam cicho, wyciągając w jego stronę prawą przednią nogę. Partner z lekkim uśmiechem na widok znaku uniósł również prawą kończynę i, wahając się nieco, przyłożył do mojego kopyta. Przez chwilę trwaliśmy tak, dopóki obie nam nie zdrętwiały. Zamierzałam się już pożegnać, by dać odpocząć od swojej osoby przede wszystkim gniadoszowi, kiedy ogier objął mnie za szyję.
— Ale ja nie chcę, żebyś znikała. Jedna zaginiona wystarczy. - szepnął.
— Przepraszam. - uśmiechnęłam się, powtarzając ciągle to słowo w myślach, dające w połączeniu z jego bliskością dziwne ukojenie. Przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam. Po rozluźnieniu uścisku złożyliśmy na swoich wargach kilka krótkich pocałunków. Westchnęłam z ulgą, czując, że wreszcie nastąpiło przynajmniej małe pogodzenie. Z pewnością jednak postaram mu się to wynagrodzić.
— Co z Shiregt'em? - spytałam. Wspomnienie o synu w związku z dzisiejszymi wydarzeniami wciąż bolało, a czas nie dało się cofnąć.
— Nic mu nie jest. Stoi chyba gdzieś tam, po drugiej stronie stada. - odparł Khonkh, wskazując głową kierunek. Zaraz jednak przekręcił łeb, przyglądając mi się z uwagą. - Co to za rany? - irbis. Zdążyłam prawie o nim zapomnieć.
— To tylko zadrapania. Pójdę później do medyka. - obiecałam pod wpływem jego kategorycznego spojrzenia. Ruszyliśmy obok siebie naokoło klanu w celu odnalezienia potomka, ważnego nie tylko dla araba. W końcu obowiązek wychowania przyszłego władcy spoczywał na obojgu rodzicach. Shiregt podniósł na chwilę pysk, lecz szybko spuścił wzrok i zajął się ponownie skubaniem trawy. Podeszłam do syna pierwsza.
— Przepraszam. To była nasza wina, a ty nie powinieneś brać w tym wszystkim udziału. - ogierek milczał długo, ale wreszcie odezwał się spokojnie:
— Wybaczam i tobie, i tacie. Czasem tak chyba bywa... - uśmiechnął się lekko. Odwzajemniłam uczucie, muskając go chrapami.
— Moja dwójka prawdziwych ogierów - jeden lepszy od drugiego. - stwierdziłam, na co reszta parsknęła śmiechem. Popołudnie upłynęło mi w ich towarzystwie, a w międzyczasie pojawiła się kolejna radość - dołączył do nas Dante. Khonkh zorganizował jeszcze krótką naradę, niewiele z niej mimo wszystko wynikło. Po wykańczającym dniu zasnęłam niemalże od razu u boku partnera, ze świecącą jasno między liśćmi gwiazdą na czarnym tle.
~Późnym rankiem~
Przyszły władca zapodział się gdzieś w tłumie, a Miriady wciąż nigdzie nie było widać. Nasz drugi potomek wciąż krążył przy nas. Miałam ochotę wyrwać się i rozpocząć własne poszukiwania, ale ciągle dręczyły mnie przeróżne wątpliwości. Gdy po raz kolejny podniosłam głowę, by rozejrzeć się dookoła, stwierdziłam, że wiek mi chyba nie służy, skoro mam już fatamorgany.
Prosto w naszą stronę zbliżała się charakterystyczna dwójka: jeden z ogierów zaliczających się do naszej straży, Thunder, oraz jego niższa, powłócząca nogami towarzyszka, izabelowata klaczka z naderwanym uchem, o ciele pełnym siniaków i pobrużdżonym ranami. A jednak wzrok mnie nie mylił. Miriada szła w naszą stronę. Jedyna córka.
Czułam, jak gdyby moje serce przeszył snop niebieskiego światła, a umysł przepełniła euforia; wszelkie zmartwienia odeszły na bok. Wciąż nie mogłam uwierzyć w niezwykłą pomyślność losu. Po policzku spłynęła mi łza radości, ukradkiem rzuciłam zaskoczone spojrzenie Khonkhowi. Kiedy klaczka stanęła przed nami, rżąc na powitanie, podeszliśmy do niej, by to odwzajemnić. Język zaczynał mi się plątać ze szczęścia. Wszystko było dobrze do chwili, gdy po prostu dotknęliśmy córki.
<Khonkh? Mam nadzieję, że to jest już ciut lepszego sortu. XD>

16.07.2018

Od Yatgaar do Khonkha ,,Bezsilność"

Im bardziej ten zgoła bezsensowny dialog się wydłużał, tym większą - paradoksalnie - odczuwałam satysfakcję i przyjemność z tego, czego dokonałam. W końcu miałam ochotę parsknąć śmiechem. Jak widać, zbyt duża wytrzymałość nie wyszła mu na dobre. Może przy okazji potrzebowałam kolejnej dawki morderstwa, widoku krwi, martwego, bezwładnego ciała...lecz nie to było motywacją, a skutkiem ubocznym. Słowa Shiregt'a nie docierały do mnie. W tej chwili postanowiłam zająć się tylko przegonieniem całego tłumu i zostaniem sam na sam z rodziną. Dokładniej ujmując - Khonkhiem.
— Poczekaj, Shi, idź może znaleźć brata i siostrę. - szepnęłam do ogierka, po czym rzekłam głośniej w stronę zebranych:
— Rozejdźcie się. Nie ma czego oglądać. - w końcu ostatni zszokowani maruderzy opuścili to miejsce, naszą trójkę instynkt również popchnął do wycofania się gdzieś głębiej w las ze względu na siedlisko zarazków jakim były wszelkie truposze. Jedna Valentia została przy ciele, nie mówiąc już nic. Gdy zatrzymaliśmy się z wolnego stępa w znacznym oddaleniu od stada, lecz wciąż na kontakcie wzrokowym, mój syn nagle wybuchnął:
— Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Nigdzie nie ma Miriady! Przez cały dzień! - wykrzyknął z desperacją na pysku, po czym zamilkł, wzdychając. Wraz z moim partnerem spojrzeliśmy po sobie. Widok zakrwawionego Eragona i oburzenia w jego oczach wybladł na skutek kolejnego kłopotu. Przez moment czułam się tak, jak gdyby ktoś podciął mi kopyta. Shiregt mówił to poważnym, niepozostawiającym wątpliwości tonem. Zerknęłam w bok, odruchowo oczekując, że znajdę tam Miriadę, gotową zaprzeczyć jego słowom, ale wokół mnie pozostała jedynie pustka. Jak...mogliśmy myśleć, że się odnajdzie? Zapomnieć?
Dlaczego...do tej pory nic z tym nie zrobiliśmy? 
— Przepraszam. - powiedziałam najpierw cicho, pochylając głowę w jego stronę z westchnieniem przypominającym bardziej łkanie. - Jesteś pewien? - ogierek pokiwał energicznie głową.
— Jesteś z siebie zadowolona? - zapytał niespodziewanie Khonkh. Odwróciłam łeb w jego stronę, zaskoczona.
— Jak widzę, ty owszem. - odparowałam z nutą złości w głosie.
— Rozumiesz, co zrobiłaś? Pomyślałaś może, że zabiłaś jedynego świadka? Nie dałaś mu w ogóle żadnych szans? Pomyślałaś cokolwiek? - wyrzucił z siebie gniadosz. Zacisnęłam zęby, kładąc lekko uszy po sobie. W moim ciele pojawiało się coraz większe napięcie.
— Teraz zamierzasz do tego wracać? I nie, nie rozumiem! Za to ty powinieneś zrozumieć jedno: swoim gadaniem nie przywrócisz mu życia, a Miriadzie je odbierasz! - zaczęłam krzyczeć, wyładowując nadmiar emocji. W środku gotowałam się z wściekłości i rozpaczy. Nim zdążył odpowiedzieć, obróciłam się na tylnych kończynach i ruszyłam przed siebie galopem. W życiu mnie nie dogoni. W pędzie zdążyłam jeszcze obejrzeć się; mój wzrok natrafił na sylwetkę Valentii. Powinna być teraz szczęśliwa.
Skierowałam się w stronę gór. Przez dłuższy czas nie odczuwałam zmęczenia, jednak w końcu zaczęłam opadać z sił. Wreszcie zwolniłam do naprzemiennego kłusa i stępa. Nie miałam pojęcia, co mam tu do zrobienia. Wiedziałam tylko, że wszystko to jest moją winą. Wszystko.
Spojrzałam w górę, pod mieszaną koronę lasu, domu dla mnóstwa stworzeń. Może nie opłaca się wracać? Znajdę gdzieś swoje miejsce w przyrodzie, a tamta jej część doskonale sobie beze mnie poradzi. Tylko miłość powodowała czasem nieprzyjemne ukłucie w sercu, gdy maszerowałam słabo widoczną ścieżką. Nagle usłyszałam gdzieś z dala szelest w krzakach. Irbis schodził po zboczu. Najwyraźniej był trochę zdziwiony, iż jego zdobycz nie ucieka w popłochu. W pewnym momencie skoczył w moją stronę, przejeżdżając pazurami po mojej łopatce. Dalej zadawał ciosy raz za razem w przypadkowe miejsca. Spuściłam głowę, mrużąc oczy z bólu. Ostatecznie miałam dość. Jednym celnym kopnięciem pozbawiłam drapieżnika życia. Piekące obrażenia przynosiły swego rodzaju ulgę. W umyśle miałam totalny chaos, wirujący coraz szybciej wokół własnej osi. Zaczęłam iść przed siebie w stronę klanu. Najpierw mogę przeprosić partnera i zrzucić to na moje barki.
<Khonkh? Trochę bez sensu, ale debil aka kretyn obok mnie rozpraszał. Wprost się żaląc, nie rozumie poleceń złożonych z dwóch prostych słów.>
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika