
→ Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
7.01.2018
Od Yatgaar do Khonkha ,,I płaszczyk spadł"
Wraz ze stadem wróciliśmy niemalże do punktu wyjścia. Galopowaliśmy po płaskiej, dość piaszczystej przestrzeni, przecinanej krzewami saksaułu, plamami roślinności i niższymi niż wcześniej wydmami, które przeważnie okrążaliśmy. Khonkh obejrzał się na chwilę w biegu, zaś po odwróceniu łba przyspieszył nieznacznie, ze spojrzeniem wciąż utkwionym w dali, jednak lekko zaniepokojonym, z napiętymi mięśniami. Mogło to oznaczać tylko podążający za nami pościg. Do zamkniętej przestrzeni, choćby rzadkiego lasu w którym konieczna była przy dużej prędkości zwinność, do jakiej zapewne mieszkańcy pustynnego krajobrazu nie byli przystosowani, został szmat drogi, a w szybkości zdecydowanie nas wyprzedzali. Mierzyć się z przeciwnikami nie byłoby teraz łatwo...
Sadziliśmy do przodu długimi skokami, wyrywając do przodu z całej siły, pokładając wszelkie nadzieje w ucieczce. Piana zaczęła spływać mi po pysku, sierść skleiła się od potu mimo mrozu. Kilometr za kilometrem a napastnicy nie odpuszczali. Wkrótce ciszę wypełnioną jedynie naszymi chrapliwymi oddechami zaczął przerywać ledwo słyszalny tętent kopyt. Po chwili myślenia wywnioskowałam z niego kilku napastników, których liczba nie mogła przekraczać sześciu. Na horyzoncie raz to majaczał cienki, ciemny pasek nadziei, raz znikał, i nie można było być tego pewnym.
Wtem do dobiegającego z tyłu wrogiego w tym momencie dźwięku dołączył kolejny, z boku. Zamierzają nas osaczyć? - sytuacja była co najmniej niebezpieczna, ale jakoś nie potrafiłam się tym martwić, biegnąc u boku ogiera z włócznią zatkniętą za pas, grożącą nocy, i rozwianą grzywą.
- Hola! - dotarł do nas krzyk, mocno zniekształcony przez pęd, ale głos niby znajomy. Przymknęłam powieki, analizując swoje położenie. Wróg miałby tak wołać do swojej ofiary, by podstępem zmusić ją do zaprzestania ucieczki?...Nie, tych półgłówków w przeciwieństwie do Yatgaar i frakcji Kruczych Cieni na to nie stać. - zatrzymałam się więc gwałtownie o sekundy przed władcą, równocześnie rżąc przenikliwie, ostrzegawczo, w razie wrogiej postawy nieznajomych. Jednak z księżycowej poświaty wyłoniły się jeno dwie niezbyt wysokie sylwetki Fenrira i Hasminy. Zdążyłam jeszcze zauważyć, iż dokładnie przeciwników było pięciu, podążających tuż za nami, gdy ogier wykrzyknął, podbiegając do nas wraz z klaczą:
- Khonkh! - nie dane mu było wypowiedzieć nic więcej, bowiem na to słowo po chwili ,,przewodnik" grupy stanął jak wryty, a wraz z nim cała czeladź. No tak, to imię nadal najwyraźniej robiło furorę. Świetlista tarcza, która wyszła właśnie zza chmur, odsłoniła przywódcę stada z kilkoma pachołkami. Zastanawiał się krótko, cały czas z wzrokiem skoncentrowanym na nas.
- Ty...! - rzekł wreszcie, kładąc uszy na potylicy. - Tak chcemy grać? Zagarnąć chciałeś przemocą ziemie sprawiedliwym rozlewem krwi zdobyte?* Imiona równie szybko się rozchodzą, jak czyny. - uśmiechając się, wymruczał zdanie na koniec, gdy jeden z jego towarzyszy zerwał się już do przodu z gniewnymi ślepiami. Błyskawicznie stanęłam dęba, z odgłosem bardziej przypominającym wycie niż rżenie końskie, prezentując w całej krasie jak najlepiej to, co mogłam mu zafundować. To powstrzymało wnet jego zapędy. Na moment spojrzenia moje i Khonkha spotkały się, lecz szybko uciekły z niewiadomej przyczyny.
- Przetrzebieni! - wrzasnął przywódca, przewiercając niemal poselstwo na wylot.
- Zdradzeni! - odparował z wściekłością władca. - Równie szybko rozchodzą się zdrady, jak i imiona. I radziłbym ci, tchórzu, czasem poużywać mózgu. - nastało długie milczenie, podczas którego ogier próbował jakby na siłę zdusić w sobie wzbierającą furię.
- Śmierć przyjdzie po ciebie tylko od tych kopyt. Kto spokój dobrobytu rządzących zagłusza, ten nie pozostaje wśród żywych. Chciałeś wojny...i zostaniesz zgnieciony. - uśmiechnął się półgębkiem, po czym zaczął zbierać się do odejścia. Grupa pocwałowała w swoją stronę. Wojna.
<Khonkh? Wracamy?XD Też ch*jowe takie opko...>
*,,Stepy południa polityczną planszą i cudowną krainą zarazem", ok. 1860 r., miano autora nieznane.
Sadziliśmy do przodu długimi skokami, wyrywając do przodu z całej siły, pokładając wszelkie nadzieje w ucieczce. Piana zaczęła spływać mi po pysku, sierść skleiła się od potu mimo mrozu. Kilometr za kilometrem a napastnicy nie odpuszczali. Wkrótce ciszę wypełnioną jedynie naszymi chrapliwymi oddechami zaczął przerywać ledwo słyszalny tętent kopyt. Po chwili myślenia wywnioskowałam z niego kilku napastników, których liczba nie mogła przekraczać sześciu. Na horyzoncie raz to majaczał cienki, ciemny pasek nadziei, raz znikał, i nie można było być tego pewnym.
Wtem do dobiegającego z tyłu wrogiego w tym momencie dźwięku dołączył kolejny, z boku. Zamierzają nas osaczyć? - sytuacja była co najmniej niebezpieczna, ale jakoś nie potrafiłam się tym martwić, biegnąc u boku ogiera z włócznią zatkniętą za pas, grożącą nocy, i rozwianą grzywą.
- Hola! - dotarł do nas krzyk, mocno zniekształcony przez pęd, ale głos niby znajomy. Przymknęłam powieki, analizując swoje położenie. Wróg miałby tak wołać do swojej ofiary, by podstępem zmusić ją do zaprzestania ucieczki?...Nie, tych półgłówków w przeciwieństwie do Yatgaar i frakcji Kruczych Cieni na to nie stać. - zatrzymałam się więc gwałtownie o sekundy przed władcą, równocześnie rżąc przenikliwie, ostrzegawczo, w razie wrogiej postawy nieznajomych. Jednak z księżycowej poświaty wyłoniły się jeno dwie niezbyt wysokie sylwetki Fenrira i Hasminy. Zdążyłam jeszcze zauważyć, iż dokładnie przeciwników było pięciu, podążających tuż za nami, gdy ogier wykrzyknął, podbiegając do nas wraz z klaczą:
- Khonkh! - nie dane mu było wypowiedzieć nic więcej, bowiem na to słowo po chwili ,,przewodnik" grupy stanął jak wryty, a wraz z nim cała czeladź. No tak, to imię nadal najwyraźniej robiło furorę. Świetlista tarcza, która wyszła właśnie zza chmur, odsłoniła przywódcę stada z kilkoma pachołkami. Zastanawiał się krótko, cały czas z wzrokiem skoncentrowanym na nas.
- Ty...! - rzekł wreszcie, kładąc uszy na potylicy. - Tak chcemy grać? Zagarnąć chciałeś przemocą ziemie sprawiedliwym rozlewem krwi zdobyte?* Imiona równie szybko się rozchodzą, jak czyny. - uśmiechając się, wymruczał zdanie na koniec, gdy jeden z jego towarzyszy zerwał się już do przodu z gniewnymi ślepiami. Błyskawicznie stanęłam dęba, z odgłosem bardziej przypominającym wycie niż rżenie końskie, prezentując w całej krasie jak najlepiej to, co mogłam mu zafundować. To powstrzymało wnet jego zapędy. Na moment spojrzenia moje i Khonkha spotkały się, lecz szybko uciekły z niewiadomej przyczyny.
- Przetrzebieni! - wrzasnął przywódca, przewiercając niemal poselstwo na wylot.
- Zdradzeni! - odparował z wściekłością władca. - Równie szybko rozchodzą się zdrady, jak i imiona. I radziłbym ci, tchórzu, czasem poużywać mózgu. - nastało długie milczenie, podczas którego ogier próbował jakby na siłę zdusić w sobie wzbierającą furię.
- Śmierć przyjdzie po ciebie tylko od tych kopyt. Kto spokój dobrobytu rządzących zagłusza, ten nie pozostaje wśród żywych. Chciałeś wojny...i zostaniesz zgnieciony. - uśmiechnął się półgębkiem, po czym zaczął zbierać się do odejścia. Grupa pocwałowała w swoją stronę. Wojna.
<Khonkh? Wracamy?XD Też ch*jowe takie opko...>
*,,Stepy południa polityczną planszą i cudowną krainą zarazem", ok. 1860 r., miano autora nieznane.
7.01.2018
Od Valentii do Yatgaar ,,Łaknąca wiedzy"
Samotność dokuczała mi jak nigdy, taki fałszywy przyjaciel u mojego boku od rana do wieczora. Leżąc zamyślona patrzyłam w puszysty śnieg który jak kołdra zakrywał wszystko dookoła. Nadszedł Nowy Rok, nie wiedziałam co mam robić, nie wiedziałam co się działo w Klanie, nic właściwie nie wiedziałam. Ociągając się wstałam i wygrzebałam coś do jedzenia. Nagle w mojej głowie przeszła myśl, którą odtrącałam jak muchę, jednak ona natarczywie chciała się wedrzeć na całość do mojego umysłu, no tak, ale co to była za myśl? Adopcja jakiegoś źrebaka, nie przepadałam za dziećmi, ale to, że byłam samotna zagłuszało wszystko. Postanowiłam odłożyć tą myśl na później. Patrzyłam w las, nagle przebiegł tam cień, zignorowałam to. Cień już się nie pojawił. Do końca dnia myślałam nad tym.
=======Następnego Dnia=======
Obudziłam się, ze strachem zauważyłam że zasnęłam na śniegu. Nagle przed moim pyskiem pojawiła się czyjaś głowa, źrebaka lub nastolatka. W jednej chwili źrebo – nastolatek uciekł nie zostawiając za sobą żadnych śladów, zamazało je przy biegu. Ten dzień robił się naprawdę dziwny.
Postanowiłam pójść do Yatgaar, w końcu była drugim, po Khonkhu koniem którego w ogóle znałam. Posępniałam, no tak, jaki koń taki charakter. Westchnęłam długo i przeciągle i poszłam szukać klaczy. Po jakimś czasie zauważyłam ją i pozdrowiłam ją:
- Cześć Yatgaar, masz chwilkę? –zapytałam.
- Tak, o co chodzi? – Popatrzyłam na klacz i wydusiłam z trudem-
- Mogłabyś mi nie co opowiedzieć o klanie..? Co się teraz dzieje.. i w ogóle..?
<Yatgaar?> (Sorry że tak mało dialogów ale jeszcze się uczę tak jakby ,,pisać” za kogoś)>
=======Następnego Dnia=======
Obudziłam się, ze strachem zauważyłam że zasnęłam na śniegu. Nagle przed moim pyskiem pojawiła się czyjaś głowa, źrebaka lub nastolatka. W jednej chwili źrebo – nastolatek uciekł nie zostawiając za sobą żadnych śladów, zamazało je przy biegu. Ten dzień robił się naprawdę dziwny.
Postanowiłam pójść do Yatgaar, w końcu była drugim, po Khonkhu koniem którego w ogóle znałam. Posępniałam, no tak, jaki koń taki charakter. Westchnęłam długo i przeciągle i poszłam szukać klaczy. Po jakimś czasie zauważyłam ją i pozdrowiłam ją:
- Cześć Yatgaar, masz chwilkę? –zapytałam.
- Tak, o co chodzi? – Popatrzyłam na klacz i wydusiłam z trudem-
- Mogłabyś mi nie co opowiedzieć o klanie..? Co się teraz dzieje.. i w ogóle..?
<Yatgaar?> (Sorry że tak mało dialogów ale jeszcze się uczę tak jakby ,,pisać” za kogoś)>
5.01.2018
Od Kasji ,,Ostatni dzień w roku"
Było blisko trzydziestego pierwszego grudnia. W ten dzień obchodzimy
ostatni dzień w roku. Wszyscy przygotowują się do zabawy. Jednak ja
zawsze czekam na trzydziestego, a nie zaczynam dwudziestego dziewiątego.
Nie spieszę się, choćbym chciała wkońcu dwa tysiące osiemnasty rok.
Nigdy wcześniej nie robiłam tego w tym stadzie. Nikt tego nie robił, bo
przecież te stado jest dopiero od marca. Tak mówił Khonkh. Jednak gdy
zauważyłam, że Tarnos ma coś dla mnie, bo to po nim widać, to zaczęłam,
by się nie czepiał. Gdy przyszedł, dał mi stary szalik, który podobno
znalazł.
-Ociepl się, a potem go oddamy tam, gdzie był. Zgoda?- spytał.
-Zgoda, ale spędzisz ze mną sylwestna? Tak?- spytałam.
-Dobrze- powiedział Tarnos. Potem założył mi szalik, i pobiegł robić nowo roczne sprzątanie. A ja myślałam o tym, jak mi zakładał ten, szalik. Gdy go zakładał, było mi cieplej. Jednak on go tylko zarzucił na moją szyję, złapał pyskiem, i go zakręcił. Gdy tak się zamażyłam, potrącił mnie jakiś typ. Odrazu go chciałam złapać, lecz był za szybki. Zaczęłam go gonić. Skręcałam za nim, i skakałam. W końcu się zatrzymałam, i uświadomiłam sobie, że się oddaliłam od stada, a goniłam Tarnosa biegnącego w stronę odniesienia śmieci do czyjegoś starego kompostownika. Pobiegłam do niego, a on zaprowadził mnie tam, gdzie stało stado. Było tak dziwnie, że nie chciałam więcej gonić nikogo. No chyba że jak będę szpiegować. Gdy przyjdzie ostatni dzień w roku, będzie wesoło, więc teraz nie muszę się zamartwiać. Za to nie wiem, co ten Tarnos kombinuję tak z tym wszystkim. Ale co tam. Najważniejsze jest mieć dobrą kondycję. Wszystkiego trzeba też sprubować. Myślę, że te Święta były lepsze. Ale co z tym zrobić. Tak to już jest w ostatni dzień w starym roku. Starym, bo był bardzo długo. Wydawało się, że to trwa aż trzysta pięćset dwadzieścia dziewięć lat, lub więcej. Lubię najbardziej święta, bo one są miłe, i z rodziną. Rodziną... nie ważne. Poprostu je lubię. Jest wtedy miło. Naj milej. Wtem do mnie podszedł Tarnos.
-Gorlansa odpisano od stada- powiedział smutny.
-Jak to?
-Tak to... wiem wiem
-Ale co wiesz?
-Że to smutne dla ciebie
-A ja że dla ciebie- Powiedzieliśmy do siebie. Potem powiedzieliśmy to wszystkim, którzy nie zostali poinformowani. Nagle całe stado stało się smutne. Jakby jakaś strzała smutku wbiła się w Gerel ull. Było tak smutno, że aż Tarnos obiecał wszystkim słodkich jabłek na wiosnę. Dla każdego po czterech. Odciągną mnie na bok, i ze smutkiem mi powiedział, że tamten stary kompost jest takim nie starym, a nowym kompostem tych, co zabrali Gorlansa. Ach ten nowy rok. Tyle smutku spadło na stado. Dla tego o smutku mówi się w normalne dni. Nigdy wcześniej nie chciałam zwalić nowego roku smutkami, to zrobił to Tarnos i Gorlans. Ale radość jest ważna, więc zaczęłam mówić do Tarnosa, by znowu pokazał tamte sztuczki. Zgodził się, i był zadowolony. Chciałam też dać mu kwiatka, lecz pod śnieguem nic nie urosło. Nie dziwię się. Podszedł Khonkh i Marabell. Tarnos przestał. Zaraz się ukłonił, a z nim wszyscy. Ja też.
-Starczy! Wstańcie!- krzyczał Khonkh. Wszyscy wstali. Nawet ja. Khonkh kazał wszystkim brać się za przygotowania, a ja miałam poszpiegować dalszą drogę. Na początku znalazłam półapkę na konie. Odrazu wróciłam powiedzieć o niej, a Khonkh powiedział, że tu zostaniemy aż ci, którzy porwali Gorlansa poszli gdzieś indziej. Ja tylko przytaknęłam głową, i powiedziałam innym. Wtedy dopiero mieli pośpiech. Mogli by tu przyjść. Myślę że Tenebis ma się dobrze, więc pójdę do niej. Była jednak tam, gdzie inni, i pomagała Yatgaar. Ja chciałam pomóc Tarnosowi. Zgodził się. Pomagałam mu, a przy tym zakochałam się w nim mocniej. A może jednak ostatni dzień w roku nie jest aż taki zły...
-Ociepl się, a potem go oddamy tam, gdzie był. Zgoda?- spytał.
-Zgoda, ale spędzisz ze mną sylwestna? Tak?- spytałam.
-Dobrze- powiedział Tarnos. Potem założył mi szalik, i pobiegł robić nowo roczne sprzątanie. A ja myślałam o tym, jak mi zakładał ten, szalik. Gdy go zakładał, było mi cieplej. Jednak on go tylko zarzucił na moją szyję, złapał pyskiem, i go zakręcił. Gdy tak się zamażyłam, potrącił mnie jakiś typ. Odrazu go chciałam złapać, lecz był za szybki. Zaczęłam go gonić. Skręcałam za nim, i skakałam. W końcu się zatrzymałam, i uświadomiłam sobie, że się oddaliłam od stada, a goniłam Tarnosa biegnącego w stronę odniesienia śmieci do czyjegoś starego kompostownika. Pobiegłam do niego, a on zaprowadził mnie tam, gdzie stało stado. Było tak dziwnie, że nie chciałam więcej gonić nikogo. No chyba że jak będę szpiegować. Gdy przyjdzie ostatni dzień w roku, będzie wesoło, więc teraz nie muszę się zamartwiać. Za to nie wiem, co ten Tarnos kombinuję tak z tym wszystkim. Ale co tam. Najważniejsze jest mieć dobrą kondycję. Wszystkiego trzeba też sprubować. Myślę, że te Święta były lepsze. Ale co z tym zrobić. Tak to już jest w ostatni dzień w starym roku. Starym, bo był bardzo długo. Wydawało się, że to trwa aż trzysta pięćset dwadzieścia dziewięć lat, lub więcej. Lubię najbardziej święta, bo one są miłe, i z rodziną. Rodziną... nie ważne. Poprostu je lubię. Jest wtedy miło. Naj milej. Wtem do mnie podszedł Tarnos.
-Gorlansa odpisano od stada- powiedział smutny.
-Jak to?
-Tak to... wiem wiem
-Ale co wiesz?
-Że to smutne dla ciebie
-A ja że dla ciebie- Powiedzieliśmy do siebie. Potem powiedzieliśmy to wszystkim, którzy nie zostali poinformowani. Nagle całe stado stało się smutne. Jakby jakaś strzała smutku wbiła się w Gerel ull. Było tak smutno, że aż Tarnos obiecał wszystkim słodkich jabłek na wiosnę. Dla każdego po czterech. Odciągną mnie na bok, i ze smutkiem mi powiedział, że tamten stary kompost jest takim nie starym, a nowym kompostem tych, co zabrali Gorlansa. Ach ten nowy rok. Tyle smutku spadło na stado. Dla tego o smutku mówi się w normalne dni. Nigdy wcześniej nie chciałam zwalić nowego roku smutkami, to zrobił to Tarnos i Gorlans. Ale radość jest ważna, więc zaczęłam mówić do Tarnosa, by znowu pokazał tamte sztuczki. Zgodził się, i był zadowolony. Chciałam też dać mu kwiatka, lecz pod śnieguem nic nie urosło. Nie dziwię się. Podszedł Khonkh i Marabell. Tarnos przestał. Zaraz się ukłonił, a z nim wszyscy. Ja też.
-Starczy! Wstańcie!- krzyczał Khonkh. Wszyscy wstali. Nawet ja. Khonkh kazał wszystkim brać się za przygotowania, a ja miałam poszpiegować dalszą drogę. Na początku znalazłam półapkę na konie. Odrazu wróciłam powiedzieć o niej, a Khonkh powiedział, że tu zostaniemy aż ci, którzy porwali Gorlansa poszli gdzieś indziej. Ja tylko przytaknęłam głową, i powiedziałam innym. Wtedy dopiero mieli pośpiech. Mogli by tu przyjść. Myślę że Tenebis ma się dobrze, więc pójdę do niej. Była jednak tam, gdzie inni, i pomagała Yatgaar. Ja chciałam pomóc Tarnosowi. Zgodził się. Pomagałam mu, a przy tym zakochałam się w nim mocniej. A może jednak ostatni dzień w roku nie jest aż taki zły...
4.01.2018
Od Khonkha do Yatgaar "I wszystko poszło się..."
Wiedziałem, że cała nasza misja niesie ze sobą ogromne ryzyko. Ponadto przed wejściem do przesmyku miałem bardzo złe przeczucia. W końcu oni mieli nad naszą dwójką (czwórką, jeśli liczyć Hasminę i Fenrira, którzy, miałem nadzieję, podążają za nami) ogromną przewagę, zwłaszcza na tak małej przestrzeni. Wkrótce moje obawy się spełniły. Zachowanie ogiera, który do nas podbiegł, wprawiło w osłupienie mnie i Yatgaar, ale też sprawiło, że staliśmy się w pełni gotowi do działania. Po chwili koń przypuścił atak w moją stronę, ale nim zdołałem zareagować, Yatgaar rzuciła się w jego stronę ze swoją włócznią. Byłem w szoku jak szybko rozegrała się przede mną ta scena, ale już po chwili u mych stóp leżał martwy ogier, a koniec włóczni klaczy ociekał krwią. Wokół zapanowało niebezpieczne poruszenie.
- Co ty wyprawiasz?! Zabiłaś jednego z moich najlepszych towarzyszy!- niemal od razu dało się słyszeć krzyki przywódcy stada, który zaczął się przedzierać przez tłum w naszą stronę. Yatgaar podniosła na niego swoje żądne krwi spojrzenie.
- Sheep, spokojnie- powiedziałem, obawiając się, że klacz gotowa jest rzucić się ze swoją włócznią na wszystkich zgromadzonych. Byłem jej wdzięczny za uratowanie życia, ale przede wszystkim musiałem ją teraz uspokoić. Po chwili Yatgaar spuściła wzrok, jednak nadal dało się zauważyć, że jest cała spięta. Podobnie zresztą jak ja.
- On nas zaatakował-powiedziałem twardo, starając się brzmieć jak najspokojniej. Zdawałem sobie jednak sprawę, że nic to już nie da. Miałem tylko nadzieję, że Fenrir i Hasmina są gdzieś w pobliżu.
- To nasze tereny, więc miał prawo!- odwrzasnął ogier.
- Przybyliśmy do was w pokoju i chcieliśmy pokazać lepsze tereny, a w zamian zaatakowano nas!
- Ale ostatecznie to członek mojego stada stracił życie! Za to zostaniecie odpowiednio ukarani!- zawołał Walker.- Złapać ich- dodał po chwili, a z tłumu wyłoniła się dwójka dobrze zbudowanych ogierów. Wiedziałem, że nie mamy szans w walce, a zostanie tutaj oznaczałoby prawdopodobnie śmierć. Jedyną naszą nadzieją była ucieczka, ale nie w obecnej sytuacji.
- Jaką otrzymamy karę?- zapytałem. Walker uśmiechnął się z satysfakcją.
- Za tak niegodny czyn obowiązuje kara najsurowsza ze wszystkich. Z tego też powodu kiedy tylko wydostaniemy się z przesmyku wymierzymy waszej dwójce odpowiednią karę- odparł Walker. Nie miałem pojęcia, czemu postanowił zwlekać, ale było to dla nas ogromną korzyścią. W końcu znaliśmy te tereny nieco lepiej niż oni, przebyliśmy je już raz. Razem z Yatgaar ponownie mieliśmy straż, tym razem liczniejszą, w dodatku o wiele bardziej przykładającą się do powierzonego im zadania. Stado urządziło ceremonię pogrzebową i ruszyło dalej. Szliśmy na samym końcu, pilnowani dokładnie przez dwójkę koni. Jak się spodziewałem, okazało się później, iż Walker nie ma pojęcia jak iść, więc chcąc nie chcąc musiał poprosić o pomoc swoich skazanych. Razem z Yatgaar specjalnie poprowadziliśmy ich dłuższą, bardziej zawiłą drogą. Mimo że nie dane nam było porozmawiać na osobności, miałem wrażenie, że klacz doskonale rozumie mój plan. Nie wiedziałem, czy go popiera, ale jak na razie starała się go realizować. Gdy byliśmy niedaleko wyjścia z przesmyku, zapadła zmierzch, więc zarządzono postój. Naszych strażników na noc zmieniła kolejna dwójka. Razem z Yatgaar pożywiliśmy się, a potem udaliśmy, że idziemy na spoczynek. Teraz za wszelką cenę nie mogliśmy zasnąć. Mając zamknięte oczy starałem się mimo zmęczenia zachować trzeźwy umysł. Skupiałem się na odgłosach dokoła, które powoli cichły. W końcu nie było już słychać żadnego szurania kopytami czy rozmów. Cisza wypełniony była tylko cichymi odgłosami oddychania. Kiedy otworzyłem oczy, niemal równocześnie szturchnąłem stojącą obok Yatgaar. Ta natychmiast uniosła łeb i spojrzała na mnie wyczekującą. Popatrzyłem w stronę naszych strażników. Jak się spodziewałem, jeden z nich spał, kiedy drugi trzymał wartę.
- Wezmę tego, który nas teraz pilnuję- powiedziałem. Nie czekając na odpowiedź klaczy, jak najszybciej i najciszej zbliżyłem się do ogiera. Nie było to trudne. Stał do nas bokiem i dość blisko, więc natychmiast się przy nim znalazłem. Ogier spostrzegł ruch i odwrócił się w moją stronę, ale zrobił to zbyt późno. Jeden zamach mieczem wystarczył, by zakończyć jego żywot. Wyraz zaskoczenia na jego pysku nie zdążył się nawet przeistoczyć w przerażenie, kiedy jego serce przecięło twarde ostrze. Ciało upadło powodując doskonale słyszalny hałas, jednak wszyscy w pobliżu spali zbyt głęboko, by to usłyszeć. Spojrzałem w stronę Yatgaar, która stała nad drugim trupem.
- Teraz szybko uciekamy. Być może gdzieś dalej są jacyś inni strażnicy, którzy to słyszeli- powiedziałem. Klacz spojrzała na mnie, ale nie zdołałem dostrzec wyrazu jej pyska. Musiałem za to przyznać, że wyglądała naprawdę upiornie stojąc tak nad martwym ciałem. To już jej drugie morderstwo tego dnia, a ona nie zdaje się za bardzo tym przejmować- pomyślałem, ale przegoniłem tę myśl, gdyż nie miałem teraz czasu się nad tym zastanawiać. Rzuciliśmy się do biegu w bliżej nieznanym kierunku. Kierowaliśmy się po prostu na północ, przynajmniej według moich założeń. Ucieczka przebiegała dobrze przez pierwszych kilka minut, póki nie usłyszeliśmy za sobą pogoni. Cóż, czego innego mogliśmy się spodziewać... Obejrzałem się za nas. W lekkiej poświacie księżyca i gwiazd dało się dostrzec cztery sylwetki.
<Yatgaar? Nie najlepsze, wiem, ale zupełnie nie miałam pomysłu, a nie chciałam dłużej zwlekać. I postanowiłam, że Khonkh będzie już tam miał swój miecz>
- Co ty wyprawiasz?! Zabiłaś jednego z moich najlepszych towarzyszy!- niemal od razu dało się słyszeć krzyki przywódcy stada, który zaczął się przedzierać przez tłum w naszą stronę. Yatgaar podniosła na niego swoje żądne krwi spojrzenie.
- Sheep, spokojnie- powiedziałem, obawiając się, że klacz gotowa jest rzucić się ze swoją włócznią na wszystkich zgromadzonych. Byłem jej wdzięczny za uratowanie życia, ale przede wszystkim musiałem ją teraz uspokoić. Po chwili Yatgaar spuściła wzrok, jednak nadal dało się zauważyć, że jest cała spięta. Podobnie zresztą jak ja.
- On nas zaatakował-powiedziałem twardo, starając się brzmieć jak najspokojniej. Zdawałem sobie jednak sprawę, że nic to już nie da. Miałem tylko nadzieję, że Fenrir i Hasmina są gdzieś w pobliżu.
- To nasze tereny, więc miał prawo!- odwrzasnął ogier.
- Przybyliśmy do was w pokoju i chcieliśmy pokazać lepsze tereny, a w zamian zaatakowano nas!
- Ale ostatecznie to członek mojego stada stracił życie! Za to zostaniecie odpowiednio ukarani!- zawołał Walker.- Złapać ich- dodał po chwili, a z tłumu wyłoniła się dwójka dobrze zbudowanych ogierów. Wiedziałem, że nie mamy szans w walce, a zostanie tutaj oznaczałoby prawdopodobnie śmierć. Jedyną naszą nadzieją była ucieczka, ale nie w obecnej sytuacji.
- Jaką otrzymamy karę?- zapytałem. Walker uśmiechnął się z satysfakcją.
- Za tak niegodny czyn obowiązuje kara najsurowsza ze wszystkich. Z tego też powodu kiedy tylko wydostaniemy się z przesmyku wymierzymy waszej dwójce odpowiednią karę- odparł Walker. Nie miałem pojęcia, czemu postanowił zwlekać, ale było to dla nas ogromną korzyścią. W końcu znaliśmy te tereny nieco lepiej niż oni, przebyliśmy je już raz. Razem z Yatgaar ponownie mieliśmy straż, tym razem liczniejszą, w dodatku o wiele bardziej przykładającą się do powierzonego im zadania. Stado urządziło ceremonię pogrzebową i ruszyło dalej. Szliśmy na samym końcu, pilnowani dokładnie przez dwójkę koni. Jak się spodziewałem, okazało się później, iż Walker nie ma pojęcia jak iść, więc chcąc nie chcąc musiał poprosić o pomoc swoich skazanych. Razem z Yatgaar specjalnie poprowadziliśmy ich dłuższą, bardziej zawiłą drogą. Mimo że nie dane nam było porozmawiać na osobności, miałem wrażenie, że klacz doskonale rozumie mój plan. Nie wiedziałem, czy go popiera, ale jak na razie starała się go realizować. Gdy byliśmy niedaleko wyjścia z przesmyku, zapadła zmierzch, więc zarządzono postój. Naszych strażników na noc zmieniła kolejna dwójka. Razem z Yatgaar pożywiliśmy się, a potem udaliśmy, że idziemy na spoczynek. Teraz za wszelką cenę nie mogliśmy zasnąć. Mając zamknięte oczy starałem się mimo zmęczenia zachować trzeźwy umysł. Skupiałem się na odgłosach dokoła, które powoli cichły. W końcu nie było już słychać żadnego szurania kopytami czy rozmów. Cisza wypełniony była tylko cichymi odgłosami oddychania. Kiedy otworzyłem oczy, niemal równocześnie szturchnąłem stojącą obok Yatgaar. Ta natychmiast uniosła łeb i spojrzała na mnie wyczekującą. Popatrzyłem w stronę naszych strażników. Jak się spodziewałem, jeden z nich spał, kiedy drugi trzymał wartę.
- Wezmę tego, który nas teraz pilnuję- powiedziałem. Nie czekając na odpowiedź klaczy, jak najszybciej i najciszej zbliżyłem się do ogiera. Nie było to trudne. Stał do nas bokiem i dość blisko, więc natychmiast się przy nim znalazłem. Ogier spostrzegł ruch i odwrócił się w moją stronę, ale zrobił to zbyt późno. Jeden zamach mieczem wystarczył, by zakończyć jego żywot. Wyraz zaskoczenia na jego pysku nie zdążył się nawet przeistoczyć w przerażenie, kiedy jego serce przecięło twarde ostrze. Ciało upadło powodując doskonale słyszalny hałas, jednak wszyscy w pobliżu spali zbyt głęboko, by to usłyszeć. Spojrzałem w stronę Yatgaar, która stała nad drugim trupem.
- Teraz szybko uciekamy. Być może gdzieś dalej są jacyś inni strażnicy, którzy to słyszeli- powiedziałem. Klacz spojrzała na mnie, ale nie zdołałem dostrzec wyrazu jej pyska. Musiałem za to przyznać, że wyglądała naprawdę upiornie stojąc tak nad martwym ciałem. To już jej drugie morderstwo tego dnia, a ona nie zdaje się za bardzo tym przejmować- pomyślałem, ale przegoniłem tę myśl, gdyż nie miałem teraz czasu się nad tym zastanawiać. Rzuciliśmy się do biegu w bliżej nieznanym kierunku. Kierowaliśmy się po prostu na północ, przynajmniej według moich założeń. Ucieczka przebiegała dobrze przez pierwszych kilka minut, póki nie usłyszeliśmy za sobą pogoni. Cóż, czego innego mogliśmy się spodziewać... Obejrzałem się za nas. W lekkiej poświacie księżyca i gwiazd dało się dostrzec cztery sylwetki.
<Yatgaar? Nie najlepsze, wiem, ale zupełnie nie miałam pomysłu, a nie chciałam dłużej zwlekać. I postanowiłam, że Khonkh będzie już tam miał swój miecz>
4.01.2018
2.01.2018
Postarzanko

- 24 głosy na ,,Tak"
- 27 głosów na ,,Nie"
~Yatgaar
Subskrybuj:
Posty (Atom)
