→ Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU

27.12.2018

Od Mint do Mivany „Nieudolne unikanie się”


~~po odejściu Miv po kłótni na słowa~~
Mivana skierowała się w odwrotnym kierunku, obrzucając mnie chłodnym niczym lód spojrzeniem. Ruszyłam przed siebie, zostawiając w białym puchu małe ślady kopyt. Moje myśli wciąż krążyły uparcie wokół ukochanego ogiera. Wróciłam duchowo do tego miłego popołudnia i pierwszego pocałunku z nim. Przypomniałam sobie swoje odczucia wtedy i znów niemal uniosłam się do gwiazd, by zaraz zdać sobie sprawę z szarej, nieprzyjemnej rzeczywistości. Otrząsnęłam się wściekła na siebie. Chciałam pomóc Shiregtowi, a nie popadać w jeszcze większą depresję porównując przeszłość z teraźniejszością. I to nie dlatego, że Mivana zaczepiła mnie TYM tekstem na odchodne. Gdyby na mnie nie wpadła, byłabym już bliżej do obmyślenia jakiegoś dobrego planu. Jestem przecież psychologiem... problem w tym, że on też. Mogę żenująco wypaść i jeszcze pogorszyć naszą relację, próbując go podnieść na duchu technikami stosowanymi w pracy. Nie dane byłoby mi jednak rozmyślać dalej, gdy jeleniowata klacz znowu wyszła mi na spotkanie, prowadząc obok siebie zakrwawionego ogiera. Gdyby nastolatek nie był Wichrem, zapewne bym ją zignorowała.
- Witaj, moja droga. To chyba twoje- podrzuciła mi pod nos przybranego syna, wyglądającego jak siedem nieszczęść, zachowując przy tym swój zarozumiały uśmiech.
Nie racząc jej ani jednym moim słowem, odsunęłam się z Wichrem na bok i zapytałam go, co się dokładnie wydarzyło.
-Nic wielkiego-odparł oszczędnie.
Dobrze znając jego upartość, wiedziałam, że nie piśnie ani słowa więcej. Szybko podbiegłam do najmłodszej członkini rodu Kataxo, powstrzymując się przed powiedzeniem jej „Co mu zrobiłaś?” i zmusiłam się do normalnej rozmowy.
-Co się właściwie stało?-zwróciłam się do Mivany, odrobinę zdenerwowana.
-A co się miało stać?-machnęła ogonem lekceważąco.
-Wicher nie wygląda najlepiej...-mruknęłam.
- Cóż, miał małą przygodę z wilkiem.
-Małą?-zapytałam, licząc, że może wyłuskam z niej więcej szczegółów.
-Niech on ci tłumaczy, w gruncie rzeczy, ja nic nie wiem-pokręciła łbem.
-On mi powiedział tyle co nic- powiedziałam trochę wymuszonym smutnym tonem.

-Usłyszałam go, kiedy się przechadzałam. Walczył z jakimś wychudzonym basiorem -wyglądała, jakby miała wzruszyć zaraz ramionami, których nie miała — Odegnałam go- dodała tonem, który mówił, jaka to oczywista jest jej reakcja. Przez chwilę chciałam zapytać, czy odegnała Wichra, czy wilka, lecz powstrzymałam się od takiej zaczepki.
-Cieszę się, że choć tyle zrobiłaś — westchnęłam, nie wiedząc co mam dokładnie sądzić o jej słowach.
-Wybacz, że nie zrobiłam coś z tymi ranami, nie znam się na tym-wyszczerzyła zęby w fałszywym uśmieszku.
-Dziw, że w ogóle znasz się na walce- prychnęłam zażenowana klimatem jej wypowiedzi. A już miałam wyrazić zrozumienie dla jej znikomych umiejętności medycznych. Swoim żenującym zachowaniem nie zasłużyła na żadną pozytywną reakcję z mojej strony.
-Ostatnim razem cię pokonałam- jej wzrok był pełen dezaprobaty do mnie.
- Zaraz po tym, jak ja ciebie-popatrzyłam na nią z politowaniem i zaczęłam odchodzić razem z Lendem, który właśnie zasiadł między moimi uszami i Wichrem. Kierowaliśmy się w stronę medyka.
-A ty wiesz coś o tym mały? - zagadnęłam go, kiedy trochę oddaliliśmy się od klaczy.
-Miałem okazję ich obserwować- miałam wrażenie, że się uśmiechnął- Nie mogę zaprzeczyć słowom Mivany.
-To o tyle dobrze- stwierdziłam, postanawiając zaufać ptakowi.
Gdy w końcu dotarliśmy na miejsce i jeden z zielarzy pomagał Wichrowi, Hadvegar podszedł do mnie.
-Ktoś na ciebie czeka niedaleko — powiedział. Licząc na to, że jest to Shiregt, weszłam ochoczo do zagajnika, który pokazał mi medyk. Kiedy jednak zastałam tam jeleniowatą klacz, która wyszła mi na spotkanie, przewróciłam oczami i zapytałam.
-Co znowu?
<Miv?> Koooniec, bo parę miechów później  zdecydowałam się odświeżyć wątek (09.08)

27.12.2018

Od Mint do Dantego „Nie potrafię żyć”


Shiregt jedynie pokręcił łbem i widziałam, że ciężko jest mu się nie uśmiechnąć. Zauważyłam także w jego oczach małą iskierkę chęci przyłączenia się, lecz nie nie powiedział tego na głos. Po chwili oddalił się bez słowa, co z jakiegoś powodu sprawiło, że poczułam, jakby ktoś odkrawał mi kawałek serca. Spojrzeliśmy z Dantym na siebie zdezorientowani i speszeni. We mnie nie pozostało ani trochę pragnienia dokończenia zabawy, więc grzecznie podziękowałam i już miałam wychodzić z zaspy śniegu z zamiarem otrzepania się i skierowania w stronę stada, gdy Dante zatrzymał mnie słowami.
-Mój brat jednak musi wszystko schrzanić- podniósł kąciki ust, a gdy ja zareagowałam na to wymuszonym uśmiechem, na jego pysku przez ułamek sekundy pojawiła się troska. Siedział jednak cicho, nie chcąc dopytywać. Okoliczności uznałam już za całkowicie dobre do ponownej próby oddalenia się i zostawienia ogiera samego w puszystym śniegu. Pokłusowałam przed siebie, czując w sobie mieszające się uczucia. Zażenowanie, strach, smutek i...miłość. Miłość, która pożerała mnie od środka, nie dając złapać oddechu i prowadząc moje myśli wciąż w kierunku Shiregta. Po chwili poczułam ogromną zawiść... Mivana spędzała z nim coraz więcej czasu, podczas gdy ja czułam się odrzucana. Wyrwałam energicznie jeden z korzeni, który kusząco wystawał z ziemi i przeżułam go, starając się moje wszystkie złe uczucia zamienić w energię do wyżycia się na tej niewinnej roślinie.
Nie potrafiłam normalnie żyć i zamiast skierować się w stronę władcy z moim problemem, zawróciłam w kierunku kasztanka.
<Dante? Vayola za niedługo :D>

27.12.2018

Od Kasji ,,Tajemnica #4"

Obudziłam się wcześniej niż zwykle. Pomyślałam sobie, że pójdę na spacer. Poszłam lasem, ponieważ chciałam przy okazji zjeść coś na śniadanie. Gdy sobie tak jadłam, nagle usłyszałam dziwne odgłosy. Jakby wilki. Dwa wilki. Walczące ze sobą wilki. Po chwili z pobliskich krzaków, jakieś kilka kroków stąd, wybiegł wilk. Znajomy mi wilk. To była...
- Tajemnica! Co się dzieje!? - wykrzyknęłam.
- Kasja!? Uciekaj! - krzyknęła do mnie. Nie rozumiałam, dlaczego. Po chwili z krzaków wyłonił się jeszcze jeden, nieznajomy mi wilk. Zaczęłam rozumieć, dlaczego Tajemnica mnie odganiała. Uciekałam ile sił w kopytach, a Tajemnica próbowała odgonić ode mnie tego wilka. Niestety, Tajemnica została skrzywdzona, ale nie umarła. Drugi wilk odpuścił, ale...
- Zobaczymy, co zrobisz, gdy spotkamy się jutro! - groził mi tenże osobnik. Gdy przyszłam do stada, wszyscy już się obudzili, oprócz Alifiego, który zawsze śpi dłużej, ponieważ jest źrebakiem. Poszłam do Shiregta, by natychmiast zmienił teren stada, ponieważ w pobliżu grasuje dużo wilków, bo po drodze słyszałam więcej odgłosów wskazujących na to, że jest ich więcej. Shiregt powiedział, że nie wierzy mi, lecz nagle z lasu, jak na zawołanie, słychać było wycie wilka. Tak więc Shiregt powiedział to całemu stadu, po czym wyruszyliśmy w drogę. Oczywiście obudziliśmy Alfiego, choć trochę to trwało - nie powiem, że nie.
CDN.

27.12.2018

Od Hypnosa do Shiregt'a ,,Czyżby koniec tułaczki?"

Nagły, głośny szmer. To on wyrwał mnie ze stanu głębokiego snu. Gwałtownie rozprostowałem kończyny, stając chwiejnie w lekkim rozkroku. Podniosłem z nagłością głowę i naprężyłem z przestrachem wszystkie mięśnie, w gotowości do ucieczki przed niespodziewanym wrogiem. Moje oczy rozwarły się szeroko, bardzo szybko pomimo faktu, że jeszcze przed chwilą przewracałem się dopiero na drugi bok. Senne przedtem, zlewające się nieco z mymi tęczówkami źrenice powiększyły się znacznie. Niespokojny oddech przez chwilę pozostał przyspieszony, jednak nieznacznie jak i przez nie nazbyt długi czas. Serce zaczęło panicznie łomotać, nakazywało wręcz uciekać, co osłabiło mnie nieco i odniosłem chwilowe wrażenie, iż moje nogi zrobione są z waty. Me całe ciało przeszedł dziwny, choć często występujący u mnie dreszcz paraliżu. Na szczęście wszystkie bardzo nieprzyjemne odczucia i pierwsze myśli dotyczące ucieczki, trwały nie więcej niż chwilę. Kiedy już nieco ochłonąłem po tychże doznaniach, zacząłem rozglądać się dookoła, bacznie przypatrując się gęstwinom, w których postanowiłem w dniu wczorajszym odpocząć przed dalszymi poszukiwaniami. Czego szukałem? Szczęścia, godniejszego życia, a może po prostu towarzystwa...sam nie mogłem się tego domyślić. Moje stado nakazało mi opuścić je i wyruszyć w poszukiwania swego miejsca na świecie. Wszyscy najstarsi i najmądrzejsi jego członkowie, którzy wychowali nas - tych, których dobry tydzień temu pożegnali - mówili, że po prostu tak musi być, muszę stać się samodzielny, silny i niezależny, tak jak wszyscy oni. Że tylko tak uda mi się przetrwać z daleka od ludzi. I że nigdy nie powinienem do nich wracać, gdyż bywają fałszywi i liczy się dla nich tylko zysk. Jeżeli nie z rajdów, to z mięsa. Czułem, że starsi mówią mądrze, aby unikać wszelkiego człowieczeństwa na tym świecie. Oni wszystko niszczą i zawsze robią tak, by im żyło się tu dobrze. Nie myślą o naszych losach. Tak czy siak, męczyłbym się u ludzi okropnie przez ciągłe treningi lub - gdybym buntował się, albo po prostu nie był najlepszym w swoim fachu - przez niezbyt litościwych rzeźników. Młode mięso podobno lepiej się sprzedaje. Ta niespokojna jak i okropna myśl poruszyła całym moim ciałem. Podszedłem w przód, wychodząc spośród gęstwiny wysokich krzewów i kilku drzewek. Deptałem po nielicznych źdźbłach trawy i malutkich rozmiarów górskich kwiatkach pachnących delikatną, słodką i mdłą zarazem wonią. Różne rodzaje roślin uginały się pod moimi ciemnymi kopytami. Skubnąłem od niechcenia trawy, jakbym nie był głodny wcale. Przywykłem już do małych ilości pokarmu, jak i wody w ciągu dnia. Pustynne życie bywa o wiele mniej łaskawe, niż to tutaj, wśród niskiej roślinności. Podniosłem wzrok z ziemi przed siebie. Moim oczom ukazała się zaspana jeszcze wyżyna z licznymi wzniesieniami i małymi dolinami. Ciągnęły się one najczęściej nad niezbyt głębokimi i szerokimi rzeczkami, w których zazwyczaj brałem poranną kąpiel i które pozwalały mi zaczerpnąć kilka łyków świeżej, zimnej wody. Jednak dzisiaj nie miałem zbytnio ochoty jeść, pić, czy się pławić. Nieprzebyty krajobraz ten, przed którym stałem, wołał echem pustki i samotności moje imię. Niemalże byłem w stanie usłyszeć jego nawoływania. Lecz wydawałoby się że nie ma tu żywej duszy. Wpadłem w zamyślenie i zadowolenie, obserwując to wszystko, tak potężne, dumne i śliczne. Ale męczył mnie również strach przed nieznanym. Nie wiem, dokąd iść. Nie wiem nawet w którą stronę... Poczułem się niczym zagubione wśród lasu pełnego wilków źrebię. Bezbronne, niewinne, zmuszone do ucieczki mimo strachu nadawanego również przez samotność. Westchnąłem pchając przed siebie kopytem mały kamień. Nie obserwowałem nawet jego długiej drogi, kiedy toczył się w dół niezbyt stromej doliny. Czułem się już naprawdę bardzo samotny... Zwróciłem głowę na swój grzbiet. Padał nań promień poranku, rozpromieniający moją ciemną, błyszczącą sierść. Promień ów mógł być oznaką tylko jednego. Słońce zaczyna wschodzić, a wraz z nim zaczął panować nowy dzień mojej bezustannej tułaczki. Szaro-granatowe niebo poczęło przechodzić w nieśmiały róż, następnie w jasny pomarańcz zmieszany ze złotem, ten zaś kolor wyblakł cudownym błękitem, który na sam już koniec jakże magicznej zmiany barw nieba, pociemniał i pociągnął za sobą w górę słońce. Zjawisko to było nie tyle co piękne, ale także niezwykłe. Cała gama kolorów padała po kolei nieśmiałym cieniem na niebosa zwiastujące poranek. Wszystko to nastało w bardzo niedługim czasie, więc patrząc na cudne, zmienne niebo ruszyłem powolnym kłusem przed siebie. Pragnąłem rozbudzić się właściwie w wypadku, kiedy musiałbym uciekać przed niebezpieczeństwem. W końcu nadal nie wiedziałem, co miał oznaczać poprzedni szmer, który to postawił mnie błyskawicznie na nogi i spowodował lekką panikę. Nie chciałbym, abym przez kontuzję w trakcie ucieczki padł na glebę zmorzony bólem zerwanego mięśnia lub innej ciężkiej kontuzji skazując sam siebie na śmierć okrutną, rozszarpany przez chociażby watahę silnych basiorów. Przemierzałem więc po kolei górkę po górce, lekkim moim kłusem, który matka i ojciec mi we krwi przekazali. Z biegiem czasu zaczęło dnieć całkiem. Czyste niebo zwiastowało ładną pogodę, mimo dość dużego chłodu. Nie było widać ani jednej ciemniejszej chmury, z której mógłby spaść deszcz, czy śnieg, który wyglądał tu na rzadkość. Owszem, wiał dość mocny wiatr. Był on jednak cieplejszy od temperatury powietrza i kojący, więc zapewne wiał z południa. Rozwiewał rozkosznie moją skąpo rozrośniętą, jednak mocną grzywę. Przecinałem opór wiatru powolnym, wysokim galopem, nadal przemierzając wyżyny. Niedługo potem teren zaczynał się zmieniać; żwir chrzęścił z każdym moim krokiem, a początkowo niegroźny wicher nieco się wzmocnił i szybko stał się nieprzyjemny. Słońce coraz wolniej się unosiło, aby w końcu po wielu godzinach mojego nieustannego, ale pogodnego podróżowania, zawisło wysoko nad wierzchołkami nielicznych, małych i biednie wyglądających drzewek i nad moją głową. Wyczuć mogłem o wiele wyższą temperaturę powietrza, niż rankiem. Daleko od miejsca mojegi wcześniejszego spoczynku ustał prawie całkowicie także chłodzący wiatr. Krajobraz zmieniał się coraz to mocniej. Wokół nie mogłem dostrzec niemalże żadnych roślin prócz rosnących gdzieniegdzie kępek trawy i niskich ziół, kwiatów czy krzewów. Żwir, który zaskoczył mnie poprzednio, zmienił się w nieprzebyte, grząskie bagno. Zatrzymałem się na moment, aby namyśleć się, jakby ominąć tą małą przeszkodę. Rozejrzałem się wokół swoim bystrym okiem. Tam gdzie sięgał mój wzrok, wszędzie rozciągały się podmokłe bagienne tereny. Cóż, wszystko wskazywało na to, że muszę zaryzykować i przebyć je. Z niezadowoleniem zatopiłem przednie kopyta w błocie. Na nieszczęście, nie było dziś dużego mrozu, który mógłby utworzyć wierzchnią twardą warstwę na bagnie. Moje w miarę małe kopyta nie przywykły do niczego innego jak pustynia i rzadkie trawy nizin jak i wyżyn. Ich niewielka powierzchnia powodowała, że w niektórych momentach po nadgarstki grzązłem szarpiąc się nerwowo. Z czasem jednak opanowałem się i szybko, ale spokojnie stawiałem dalsze kroki naprzód. Szczęśliwym trafem, to podłoże nie było aż tak rozległe, jak przedtem mi się wydawało. Nie zajęło mi wiec zbyt dużo czasu, zanim stanąłem na twardej, suchej ziemi. Ku mojemu zdziwieniu, w oddali ujrzałem jakiś potężny zbiornik wodny. Z pewnością nie była to rzeka, nie mogłem dostrzec doliny ani zbytnio dużych nierówności terenu. Przyglądałem się owemu obrazowi, gdyby to jezioro było co najmniej niezwykłe. Może to jego barwa przykuła mój wzrok, a może to ten nowy, nieznany mi zapach, którego dokładnie opisać nie potrafię? Wtem ujrzałem sylwetkę zwierzęcą w oddali. Gdy pochyliła łeb nad wodą, aby napić się, nie miałem już wątpliwości co do tego, że jest to koń. Sam nie wiem dlaczego, ale ucieszył mnie ten fakt niezmiernie. Od tygodnia, jak nie dłużej, nie widziałem prawie żadnej żywej duszy, co dopiero mojego gatunku. Ruszyłem galopem w jego, zadowolony ze swojego odkrycia. Do jeziora nie było jeszcze niestety tak blisko, jak początkowo śmiałem myśleć. Jednak odziedziczywszy niemałą wytrzymałość po nawet najdalszych z moich przodków, nie miałem większego problemu z utrzymaniem średniej prędkości biegu. I ów koń po chwili zauważył mnie. Podniósł głowę z zaciekawieniem i postawił nieufnie uszy. Nie rozpoznawał w mojej postaci żadnego ze znanych sobie, więc zwolniłem, aby nie wydawać się wrogi czy nazbyt śmiały. W końcu nie miałem pojęcia czyj jest ten teren, po którym tak odważnie stąpam. Postać jego wyglądała pewnie i dostojnie. Gniada maść odbijała promienie padające harmonijnie na jedną stronę jego ciała. Wzrok miał nieufny, choć w żadnym przypadku nie wiązałbym go z agresją czy nieprzyjaznym nastawieniem. Przystanąłem, zauważając w nim z niewielkiej już odległości pewną potęgę. Patrzyłem pytającym, ale także pełnym nadziei wrogiem na ogiera. Ten jednak począł iść spokojnie, lecz odważnie w moją stronę. Zacząłem czynić to samo, biorąc to za pewnego rodzaju zezwolenie. W końcu stanęliśmy całkiem blisko siebie. Dopiero wówczas miałem okazję przyglądać się dokładniej ogierowi. Był ode mnie nieco wyższy, budowy mocniejszej niż ja, jednak widać, że mocno wysportowanej. We łbie jego dostrzec nietrudno mi było nieco głębsze, prawdopodobnie jednak arabskie zarysy. Wyglądał na niewiele starszego ode mnie, jednak sama postać jego budziła we mnie szacunek, dostrzegłem w niej szlachetność nie tylko krwi. Przyglądał mi się już nieco spokojniej, niemniej jednak nieufnie. W końcu ogier skierował do mnie pytanie:
-Kim jesteś i czego szukasz na terenach naszego Klanu? Nie rozpoznaję cię, przybyszu. - uśmiechnął się jednak przyjaźnie, co ośmieliło mnie nieco. Podniosłem wzrok, i zachwiałem lekkim westchnięciem nad odpowiedzią.
-Imię moje brzmi Hypnos, przybyłem z pustyń odległych w miarę. Pytasz czego szukam, kiedy ja sam nie wiem. Kazano mi szukać stada nowego, czy też klanu. Czy myślisz, drogi... - tu przerwałem, nie znając imienia jeszcze mojego rozmówcy.
-Shiregt z dynastii Altbachów, władca Klanu.
Zamieszały mnie nieco jego słowa, mimo tego, że w prawdzie domyśliłem się pochodzenia królewskiego ogiera. Szybko jednak ochłonąłem i począłem na nowo pytać Shiregta:
-Więc czy sądzisz, drogi władco, że znajdzie się w waszym Klanie miejsce dla młodego ogiera, jakim jestem ja?
Patrzyłem nadal niezbyt śmiało na postać pełną dumy, mimo sympatycznego charakteru.
<Shiregt?>

26.12.2018

Od Vayoli do Vivian "Wybadać teren"

-To miłe, że tak się o mnie troszczysz-powiedziałam, posyłając klaczy przyjazny uśmiech.-A tak właściwie, co cię tak martwi?-dodałam.
-Mogłam się pospieszyć i wtedy może twoja rana nie byłaby tak poważna-wyjaśniła Vivian.
-Daj spokój. Niby jak miałaś się pospieszyć? Wyczarować kamień? Zresztą, spójrzmy na dobre strony tej sytuacji. Przynajmniej władca wysłał tam kogoś, aby sprawdził, czy nie ma inny pułapek-odparłam.
-Naprawdę?
-Tak, słyszałam, jak rozmawiał o tym z jakimś koniem-powiedziałam.
-To świetnie!-zawołała wyraźnie uradowana Vivian. Postanowiłam wykorzystać okazję, aby sprawdzić, czy nadawałaby się na członka frakcji. Musiałam wykorzystywać każdą okazję.
-Gdyby tylko wszystkie decyzje władców tego klanu był tak trafne-powiedziałam, po czym westchnęłam, aby dodać swojej wypowiedzi dramatyzmu.
-Nie rozumiem. O co ci chodzi?-zdziwiła się klacz.
-Prawda jest taka, że nie jestem przekonana co do nieomylności naszego władcy. A właściwie to nie tylko jego, ale i poprzednika Shiregt'a, Khonkha-zaczęłam, grzebiąc kopytem w ziemi. Chciałam, aby ta rozmowa wyglądała na zwykłą, koleżeńską pogawędkę, więc próbowałam odkopać sobie trochę czegoś, co nadawałoby się do zjedzenia. Na szczęście warstwa śniegu nie była jeszcze aż tak gruba, ale nie ułatwiał tego zadania zgromadzony pod nią lód. Tak jakby natura naumyślnie jednego dnia spowodowała ulewę, a drugiego obniżyła temperaturę i wywołała opady śniegu. Dzięki ci, matko naturo, która wiecznie dbasz o wszystkie swoje dzieci-pomyślałam z sarkazmem.
-Hmm...jestem w klanie od niedawna, ale...pewnie każdy popełnię błędy-odparła Vivian.
-Pewnie tak. Ale to nie usprawiedliwia bezpodstawnego okrucieństwa-powiedziałam. Klacz spojrzała na mnie, nie kryjąc zdziwienia.
-Nie lubię wojen. I nie uważam, że dobre było to, iż nasz klan stoczył ich już tak wiele. Myślę, że inne stada nie walczą tak często. Tylko coś w naszym klanie...albo w jego przywódcach musi sprawiać, że stale z kimś walczymy. Chociaż to tylko moje zdanie. Wierzę, że nasi władcy chcą dla nas jak najlepiej-ostatnie dwa zdania dodałam, aby nie wyjść na stuprocentową buntowniczkę. Nie chciałam nikogo niepokoić i robić wokół siebie szumu jakimiś wyssanymi z kopyta wieściami o zbrojnym powstaniu albo walce. Musiałam brzmieć jak członkini klanu, która jest wierna władcą, ale ma jedynie jakieś małe zarzuty w stosunku do nich.
<Vivian? Sorki, że dopiero teraz i że takie nijakie>

26.12.2018

Od Dantego do Mint "Przerwana zabawa"

Ze zdziwieniem spostrzegłem, że podeszła do mnie Mint. Czekałem cierpliwie, aż odezwie się pierwsza. Uznałem, że skoro do mnie przyszła, to ma mi coś do powiedzenia. Klacz jednak przez dłuższy czas się nie odzywała.
-Coś się stało?-zapytałem.
-Nie, właściwie to nic-odparła po chwili Mint. Przyjrzałem się jej uważnie.
-Na pewno?-spytałem dla pewności.
-Tak. Chyba tak.
-Chyba?
-Sama nie wiem, co się ze mną ostatnio dzieje-wyznała szczerze klacz.
-Jeśli o to idzie, to oboje mamy ten sam problem-odparłem. Mint spojrzała na mnie zdziwiona.
-Długo by tłumaczyć-wyjaśniłem, choć tak naprawdę po prostu nie chciałem opowiadać o tym, co dzieje się w moim sercu nikomu, nawet byłej/obecnej dziewczynie mojego brata. Klacz posłała mi spojrzenie pełne zrozumienia. Nie wiem jakim cudem, ale odniosłem wrażenie, że była w stanie odgadnąć, co mnie trapi od jakiegoś czasu.
-Rozumiem-powiedziała klacz. Między nami ponownie zapanowała cisza. Mógłbym przerwać ją, pytając o to, jak mają się sprawy między nią, a moim bratem, ale coś podpowiadało mi, że lepiej tego nie robić.
-Mint, wiesz, co uważam?-zapytałem, oddalając się nieco od klaczy.
-Co takiego?-spytała. Uważnie obserwowała mnie, jak nachylam się w stronę śniegu.
-Chyba ostatnio za dużo się martwisz, a to bardzo źle!-zawołałem, po czym wyprostowałem się nagle i sypnąłem w jej stronę jak największą ilość śniegu. Mint krzyknęła, a chwilę później była już tylko w połowie koniem, a w połowie bałwanem. Nim zdołałem się zorientować, klacz odpłaciła mi się tym samym. Zaczęliśmy się śmiać, a ja cieszyłem się tym bardziej, bo udało mi się ją rozbawić. Rzeczywiście zauważyłem, że klacz przez długi czas była dość smutna i przygnębiona. Po chwili usłyszeliśmy kroki na śniegu, świadczące o tym, że ktoś się zbliża. Po kolejnej chwili ciszę przerwał głos mojego brata.
-A wiec to wy tutaj tak hałasujecie?-zapytał Shiregt. Jak na zawołanie oboje z Mint zamilkliśmy i odwróciliśmy się w jego stronę.-Coś się stało? Nie wiedziałem, że moje pojawienie się tak na was podziała-dodał, po czym uśmiechnął się. Podszedł do nas powoli. Jego wzrok spoczął na dłuższą chwilę na klaczy, po czym Shiregt skierował swój wzrok z powrotem na mnie.
-Jak zawsze psujesz dobrą zabawę-odparłem z uśmiechem. Shiregt już chyba przywykł do takich reakcji i odpowiedzi z mojej strony.
<Mint?>

26.12.2018

Od Mivany do Mint ,,To był idealny dzień"

Przechadzałam się po całej rozpiętości bazy, jaką zajmowało stado, tak, jak to miałam w zwyczaju robić, kiedy potrzebowałam pomyśleć, jednocześnie czując, że jeśli zostanę na miejscu, może stać się coś interesującego. Bez pośpiechu tańczyłam pomiędzy członkami klanu, nie zwracając większej uwagi na ich czynności, jednym uchem przysłuchując się ich rozmowom w nadziei na zdobycie jakichś przydatnych informacji, a drugim oddając się przyjemności podziwiania odgłosów otaczającej mnie przyrody. W pewnym momencie mojego chaotycznego spaceru natknęłam się na siwiejącego, pozbawionego dawnej siły życiowej, nie tylko za sprawą starości, ogiera. Spojrzałam w zasnute smutkiem oczy Mikada, które znalazły mnie w tłumie kształtów, gdy tylko się zbliżyłam. Nie potrafiłam, nie mogłam z nim rozmawiać. Wymagał ode mnie niemożliwego - zastąpienia wszystkim Marabell. Nie chciałam wracać do tematu, przy którym czułam się tak bezsilna i mała. Bo czymże ja byłam w porównaniu do mojej matki, przyjacielskiej i troskliwie opiekującej się stadem?
- Witaj, ojcze. Czy dobrze się dzisiaj czujesz? - zapytałam jedynie, pochylając głowę w geście przywitania.
- Tak jak codziennie. Samotnie i pusto, nie zauważając nawet, kiedy ten czas ucieka. Jednak cieszy mnie twoja obecność, księżniczko - posłał mi słaby uśmiech, od którego moje serce zaczęło się krajać. Musiałam się stąd zmyć, patrzenie na jedynego członka rodziny, jaki mi pozostał, sprawiało niewyobrażalny ból, którego starałam się unikać jak ognia. Bo jakże mam być silna, kiedy on kona u mych kopyt?
- Powinieneś znaleźć sobie jakieś zajęcie - swój wzrok skierowałam gdzieś na otwartą przestrzeń rozciągającą się przed nami - Masz przyjaciół, nie musisz zaniedbywać kontaktów z nimi tylko z powodu... Straty, jaką oboje przeżyliśmy. Nie jesteś taki stary, jeszcze zdążysz się nastać.
Gniadosz zaczął przetrawiać sens mych słów. Spokojne czekanie nie było jednak z moich najlepiej rozwiniętych cech, więc jedynie z nadzieją w sercu na poprawę jakości wegetacji nestora rodu Kataxo, oddaliłam się w bliżej nieznanym kierunku.
Nie przeszłam bardzo długiego dystansu, gdy przede mną wyrósł kolejny znany mi koń, na którego spotkanie nie wyczekiwałam dniami i nocami. Akurat śpiewałam piosenkę, której słowa ułożyłam do melodii, którą usłyszałam dawno temu z ust rodzicielki.
Wiem, że jestem przegrana
Trwonię czas na marzenia płonne
Ale gdybyś choć mi jedną szansę dał
Mogłabym zaskoczyć cię
Lubię twą niekompletność
Taką, jak ma
Może dlatego dziwna jestem
Lubię twoją pustkę
Taką jak ma
Ja mogę wypełnić ją
- Pragniesz zdechnąć jak twoja matka czy załatwić sprawę pokojowo? - wrogi głos Mint, stojącej nieruchomo tuż przy moim pysku, zepsuł mi całą przyjemność, a wizja miłego, spokojnego dnia odpłynęła w siną dal.
Nie wiem, czy to wzmianka o Marabell, zazdrość, czy coś innego, popchnęło mnie do wyciągnięcia z pochwy mojego nowego nabytku - dość ładnie ozdobionego sztyletu. Moim celem nie było zabić, a jedynie zadać kilka mniejszych ran i przestraszyć - zdecydowanie bardziej wolałam walkę słowną niż tą fizyczną. Przez chwilę to ja ciągałam za sznurki, jednak na jedną, przerażającą chwilę, to przedziwnie biała istota zyskała przewagę, o mało nie pozbawiając mnie, może nie tyle życia, co przytomności. W końcu powaliłam rywalkę na ziemię. Chwilę trzymałam ją przy ośnieżonej trawie, przygniatając kopytami, jednak nie za mocno. Jednakowoż nie chciałam jej zrobić krzywdy. Wizja wygnania czy kolejnej kary nie brzmiała zachęcająco.
- Rozmowa brzmi cudownie - powiedziałam, dając jej do zrozumienia, że nie chcę się bić. Odsunęłam się, by mogła wstać. Przyglądałam się jej rysom, powoli chowając broń - Ale nie wiem, jaką sprawę mam niby z tobą załatwiać. Jedyna rzecz, jaką mi się naraziłaś, to aluzja co do pewnego niefortunnego wypadku. Więc co takiego sprawia, że powinnam paść przed tobą z mea culpa* na ustach?
- Twoja zarozumiałość? - z wyrazu jej pyska wnioskowałam, że powinnam była się tego domyśleć.
- Ah, zarozumiałość. Cóż... A gdzie ją słyszysz? - postanowiłam pobawić się trochę w naszą ulubioną grę w przepychanki słowne.
- W prawie każdym twym słowie.
- No nie wiem, nie wiem... Nie zauważyłam, żeby ta cecha jakoś nadzwyczajnie się u mnie rysowała - udałam zamyśloną, spoglądając w niebo. Było pysznie błękitne, oprószone małymi, szarymi chmurami. Było to dość niespotykane o tej porze roku. Aż chciałoby się pogalopować samotnie poprzez niekończące się, puste przestrzenie, z dala od tego denerwującego elementu.
- Wątpisz w moją prawdomówność?
- Po prostu stwierdzam, że twoje spostrzeżenia mijają się z prawdą.
- Sama nie zaprzeczyłaś, że tej cechy u ciebie nie ma. Robisz ze mnie idiotkę, która nie potrafi spoglądać w głąb duszy - Mint wyprostowała się jeszcze bardziej. Wyglądało to co najmniej komicznie.
- A potrafisz? - spojrzałam na nią szczerze rozbawiona.
- Jak ci się zachce to we mnie zobaczyć - wstrzymała na chwilę oddech - Póki co jestem tępą idiotką i zatrutym jedzeniem, które musisz zjeść, nie?
- Ja jedzeniem wątpliwej jakości się nie raczę. Zostawiam je, aż samo zgnije - uniosłam kąciki ust w tryumfalnym geście, choć walka jeszcze nie została rozstrzygnięta.
- Równie dobrze mogłabyś zostawić całe stado w spokoju - jej dziwne wyzwanie zbiło mnie trochę z tropu.
- A cóż ja robię temu stadu? - prychnęłam, patrząc na nią jak na zieloną panterę.
- Obniżasz łączną psychiczną wiarę stada
- Sugerujesz, że jestem niespełna rozumu?
- Może - jej uśmiech ociekał czystą złośliwością - Zwłaszcza kiedy nie rozumiesz moim najprostszych zdań.
- Może dlatego, że twoje zdania są na zbyt niskim poziomie, abym w ogóle chciała próbować wpaść na ich sens.
- A może twój mózg jest na zbyt niskim poziomie by je przetworzyć?
Jej docinki zaczęły mnie już naprawdę irytować. Ktoś patrząc z boku mógł pomyśleć, że zachowujemy się jak źrebaki, które ledwo odrosły od ziemi. Wzdrygnęłam się na tą myśl. Nie mogłam tego dłużej ciągnąć.
- Nie sądzę, by to było możliwe, moja droga. Ale, zakończmy te bezsensowne dogryzki w tym momencie. Może lepiej powrócić na początek? Przyznaj, że nie podoba ci się moje zainteresowanie Shiregtem - tak, przywrócenie konwersacji na właściwy tor było tym, czego potrzebowałam.
- Z twoją wzajemnością jak widzę - klacz wręcz pożerała mnie wzrokiem.
- Cóż, zawsześ była mi przeszkodą - odparłam obojętnym, lekko znudzonym tonem.
- Lub TY MI - warknęła.
- Ja? A w czymże ja ci zawadzam? Czyżbyś bała się, że odbiję twojego kochanka?
- Zwłaszcza jak przychodziłaś się utulić z płaczem, przez co niektórym już opadły kopyta - wciągnęła głęboko powietrze do płuc - Zniszczyłaś Shiregta, zniszczyłaś go.
Ta wypowiedź wbiła mnie w ziemię. Co prawda, zauważyłam, że Shi ostatnio zdarza się być średnio obecnym, jednak, czy to była moja wina? Ledwo co odzyskałam jego przyjaźń, a ta już postanawia zrzucić na mnie ciężar tego, iż nie potrafiła się nim zająć należycie?
- Jak to, zniszczyłam? Że niby JA go zniszczyłam? Czy uważasz, że to ja obwieszałam się na nim, odkąd go spotkałam? Czy to ja prowadziłam tak namiętne życie towarzyskie w młodym wieku? W tym, co dzieje się z naszym władcą nie mąciłam ani ja, ani ty - mimo, że nie chciałam dać jej satysfakcji z wyprowadzenia mnie z równowagi, pozwoliłam sobie na chwilę podnieść głos.
- To kto w takim razie mącił? Może Khonkh, co? - postawienie na tym miejscu założyciela klanu było ostatnim, co mogłoby mi przyjść do głowy.
- Nie doszukuj się na siłę winnych - patrzyłam na nią coraz bardziej lekceważąco.
- A wiesz coś na ten temat więcej ode mnie może?
- Zakładam, że tyle co ty - czyli nic.
- Z tego punktu widzenia nasze wymądrzanie się jest żałosne, a z jakiegoś powodu je ciągniesz - chciałam przez chwilę skoczyć z wykrzyknieniem W końcu powiedziałaś coś mądrego!, ale uznałam to za zbyt dziecinne.
- Przypomnę ci, że ja próbowałam to choć trochę przystopować, ale ty nie masz zamiaru odpuścić.
- Odpuściłabym, gdyby nie wyszła na jeszcze większą idiotkę przerywającą ci kwestie.
- Ah, jakaż z ciebie miła osóbka - uśmiechnęłam się krzywo - Skoro tak bardzo zależy ci na szukaniu psychicznego mordercy twojego gniadosza, zamiast próbowaniu naprawienia go, to proszę bardzo, życzę powodzenia. A teraz przepraszam, żegnam cię. Chciałam jeszcze zagadnąć dzisiaj jednego ogiera - strzeliłam ogonem, oficjalnie kończąc tą dziwną rozmowę.
- Żebyś  wiedziała - posłała mi ostatnie, zabójcze spojrzenie, po czym również odeszła, w kierunku przeciwnym niż ten, w którym ruszyłam ja.

~*~

- Pusta romantyczka - prychnęłam pod nosem, truchtem pokonując zaspy śniegu. Mój i tak już zmącony spokój zakłócił krzyk jakiegoś konia. Głos ewidentnie należał do ogiera, może nie do końca jeszcze dorosłego. Postanowiłam to sprawdzić, tak czy inaczej, sen o idealnym dniu został już podeptany. Kiedy z wyciągniętym sztyletem dotarłam do małej polanki, na której to jakiś młodzik próbował pokonać wilka. Basior był wychudzony, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że został porzucony przez swoją watahę. Bez wahania skoczyłam na drapieżnika. Pierwszy ruch - stratowanie. Następnie kopnęłam chwilowo unieruchomionego zwierza, który uniósł się na chwilę w powietrze. Nie był on bardzo waleczny, lecz wytrwały. Podniósł się, po czym spróbował ostatni raz zadać mi cios. Uniknęłam jego zębów, przy okazji zahaczając ostrzem o szary pysk. Oślepiony, ranny, ale żywy przeciwnik poddał się, zanikając między drzewami. Nie goniłam go - i tak nie przeżyje następnych dni. Odwróciłam się do nastolatka. Wpatrywał się we mnie swoimi brązowymi ślepiami, oddychając dość ciężko.
- Zaskoczył mnie - wycharczał - Walczyłem dość długo i... Dzięki.
- Nie dziękuj - odparłam, przyglądając się jego sylwetce - Czyjeś ty?
- Jeśli chodzi o konia, który się mną opiekuje, jest to Mint.
To imię odbiło mi się w głowie, wgryzając się powoli w mózg.
- Mint powiadasz? Chodź, masz szczęście. Rozmawiałam z nią niedawno i chyba nawet wiem, gdzie teraz się znajduje. Niech ona decyduje, czy idziesz do medyka.
- A mogę się nie zgodzić? - zapytał kasztanek.
- Nie - odparłam krótko i ruszyłam przed siebie, co jakiś czas sprawdzając, czy mały nigdzie nie uciekł.
Droga do jego przybranej matki nie zabrała nam długo, na całe szczęście.
- Witaj, moja droga. To chyba twoje - wskazałam pyskiem na Wichra, który przedstawił mi się podczaj krótkiej wędrówki.

<Mint? Dziecko ci się urwało xD>

*z łaciny - moja wina
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika