-Ciekawe –wymamrotałem, krzywiąc się z bólu. –Trochę.. to boli.
-No raczej, paskudna rana. Walczyłeś z kimś? –zapytała klacz, kończąc opatrywanie mojej nogi.
-Tak, ze starym, naszpikowanym kolcami łańcuchem. –prychnąłem, spoglądając na nogę.
-Łańcuchem? –odparła zdziwiona. W sumie.. faktycznie dziwne. Ktoś może go tam zostawił? Podstęp to raczej nie jest.
-Dokładnie.. jeszcze dzisiaj wybiorę się tam z powrotem i pozbędę się go. –powiedziałem stanowczo, nie chciałem, żeby ktoś jeszcze wpadł na ten paskudny kawał metalu. Gdy Miriada skończyła mnie opatrywać, Nick przez chwilę ze mną rozmawiał, nakazując abym uważał na siebie.
-Bardzo dziękuję –pochyliłem głowę z szacunkiem i oddaliłem się. Chciałem trochę odpocząć. Oparłem się wygodnie o najbliższe drzewo i usnąłem. Zbudziłem się chwilę potem, cały czas myśląc o pozbyciu się diabelskiego przyrządu. Ociągając się trochę, ruszyłem jak najszybciej w ostatnie miejsce, gdzie ranił mnie łańcuch. Niedługo potem, dotarłem tam i popatrzyłem na jeszcze zakrwawiony łańcuch. Próbowałem podnieść go na wiele sposobów, jednak był za ciężki, a kolce nieubłaganie dawały o sobie znać. W końcu, jednak zepchnąłem go do wody. Zanurzył się i zniknął w głębinach. Westchnąłem i wróciłem do Klanu.
-Ty jesteś Etsiin? –zapytała mnie jakaś siwa - jabłkowita klacz. Najprawdopodobniej Forever, jak słyszałem.
-Tak –odparłem zdziwiony.
-Chciałam przekazać, że będziemy wędrować dalej, do jeziora Uws. Więc najlepiej zabrać wszystkie rzeczy. –powiedziała i odeszła w stronę grupy koni. Dostrzegłem wśród nich Miriadę, która siłowała się z czymś ciężkim. Podszedłem i spojrzałem na klacz.
-Pomóc Ci? –zapytałem.
<Miriada? Wena trochę zgasła>
→ Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
5.11.2018
5.11.2018
Od Gwiazdy do Khairtai ,,Niemiła znajoma"
-Wybacz, ale muszę już iść- powiedziałam w jej stronę złowrogo.
- No ok. To w takim razie idę z tobą, bo co tu mam sama robić? - powiedziała.
- Niech ci będzie- odpowiedziałam ze smutkiem.
Od samego początku Khairtai zaczęła być nie miła, trochę bałam się jej zapytać czemu taka jest. No i w końcu się odważyłam i spytałam się jej:
-Czemu jesteś trochę niemiła?- spytałam się ściszonym głosem.
-Nie twój interes. - odpowiedziała z krzykiem
No tak, i czego to ja się spodziewałam? W końcu dotarłyśmy do klanu. Poszłam i wmieszałam się w tłum, klacz ustała trochę dalej ode mnie, a ja zaczęłam skubać trawę, moją uwagę przykuł nowy koń, jednak jakoś nie za bardzo chciałam tam podejść. Nagle Khairtai podeszła do mnie i przeprosiła za to, że była chamska, a ja jej wybaczyłam. Razem skubałyśmy trawę, poszłyśmy się napić. Było już ciemno, więc znalazłam sobie miejsce do spania, i spytałam się jej:
-Znasz tego nowego konia? Bo ja niezbyt go kojarzę.
<Khairtai? Sorry że trochę krótkie>
- No ok. To w takim razie idę z tobą, bo co tu mam sama robić? - powiedziała.
- Niech ci będzie- odpowiedziałam ze smutkiem.
Od samego początku Khairtai zaczęła być nie miła, trochę bałam się jej zapytać czemu taka jest. No i w końcu się odważyłam i spytałam się jej:
-Czemu jesteś trochę niemiła?- spytałam się ściszonym głosem.
-Nie twój interes. - odpowiedziała z krzykiem
No tak, i czego to ja się spodziewałam? W końcu dotarłyśmy do klanu. Poszłam i wmieszałam się w tłum, klacz ustała trochę dalej ode mnie, a ja zaczęłam skubać trawę, moją uwagę przykuł nowy koń, jednak jakoś nie za bardzo chciałam tam podejść. Nagle Khairtai podeszła do mnie i przeprosiła za to, że była chamska, a ja jej wybaczyłam. Razem skubałyśmy trawę, poszłyśmy się napić. Było już ciemno, więc znalazłam sobie miejsce do spania, i spytałam się jej:
-Znasz tego nowego konia? Bo ja niezbyt go kojarzę.
<Khairtai? Sorry że trochę krótkie>
5.11.2018
Od Miriady do Etsiina ,,Znajomy pacjent"
Nad ranem Etsiin gdzieś zniknął, było to jednak bez znaczenia. Robiłam to, co przez większą część doby robią wszystkie konie: zaspokajałam swój głód, przy okazji uważnie obserwując otoczenie. Po nocnej burzy niebo prędko się rozpogodziło, lecz słońce stało jeszcze na niebie zbyt krótko, by osuszyć kropelki oblepiające wszystko dookoła i większe od nich kałuże, pozostawiając na razie za to piękne, tęczowe refleksy. Zwierzęta również zaczęły wychodzić ze swoich kryjówek na czas panowania żywiołu. Pierwsze oznajmiły o tym swymi trelami ptaki, również Marisha; samiczka wyśpiewała swoją ,,kwestię" na szczycie najbliższego klonu, po czym zleciała i wylądowała zadowolona na moim grzbiecie. Drżałam od czasu do czasu z zimna, ale generalnie czułam się dobrze wśród klanu, z towarzyszem na plecach.
Zaczęłam rozmyślać na temat dzisiejszej przygody. Owszem, zdarzało mi się lunatykować, ale w życiu nie odchodziłam tak daleko, najwyżej kilkadziesiąt kroków. Nic się nie stało. - nic, oprócz tego, że właśnie nowy członek stada mógł zginąć przez prawie że obcą klacz, która zapewne również pożegnałaby się z egzystencją na tej ziemi, gdyby nie jego pomoc, paradoksalnie zagrażająca życiu ogiera...Huh.
— Miri! - rozmyślania przerwał mi głos Dantego, podbiegającego truchtem. - Masz wezwanie od medyka. - rzucił krótko, po czym się ulotnił.
— No, to lecimy do pracy, Marisha. - rzuciłam w stronę ptaka i ruszyłam kłusem we wskazanym kierunku. Nieco dalej przekonałam się, że chyba nieprędko pożegnam się z towarzystwem nakrapianego konia. Nick już był przy pacjencie, oglądając głębokie, paskudnie krwawiące rany na przedniej nodze. Wyjątkowo nieprzyjemne. Zaczęłam przygotowywać się do opatrywania.
— Przypadek? Nie sądzę. - mruknęłam, rozbawiona trochę tą sytuacją, mimo że wcale nie powinno mi być do śmiechu. Etsiin zachichotał cicho. Najwyraźniej to usłyszał.
<Etsiin?>
Zaczęłam rozmyślać na temat dzisiejszej przygody. Owszem, zdarzało mi się lunatykować, ale w życiu nie odchodziłam tak daleko, najwyżej kilkadziesiąt kroków. Nic się nie stało. - nic, oprócz tego, że właśnie nowy członek stada mógł zginąć przez prawie że obcą klacz, która zapewne również pożegnałaby się z egzystencją na tej ziemi, gdyby nie jego pomoc, paradoksalnie zagrażająca życiu ogiera...Huh.
— Miri! - rozmyślania przerwał mi głos Dantego, podbiegającego truchtem. - Masz wezwanie od medyka. - rzucił krótko, po czym się ulotnił.
— No, to lecimy do pracy, Marisha. - rzuciłam w stronę ptaka i ruszyłam kłusem we wskazanym kierunku. Nieco dalej przekonałam się, że chyba nieprędko pożegnam się z towarzystwem nakrapianego konia. Nick już był przy pacjencie, oglądając głębokie, paskudnie krwawiące rany na przedniej nodze. Wyjątkowo nieprzyjemne. Zaczęłam przygotowywać się do opatrywania.
— Przypadek? Nie sądzę. - mruknęłam, rozbawiona trochę tą sytuacją, mimo że wcale nie powinno mi być do śmiechu. Etsiin zachichotał cicho. Najwyraźniej to usłyszał.
<Etsiin?>
4.11.2018
Od Etsiina do Miriady ,,Łańcuch"
-Nic się nie stało. Ważne, że nie zapadłaś się w to błoto.. –westchnąłem i popatrzyłem w niebo. –Wracajmy już, burza szaleje. –dodałem, a Miriada zgodziła się ze mną kiwnięciem głowy. Ruszyliśmy szybko, galopem. Oboje ślizgaliśmy się po błocie, a deszcz bezlitośnie uderzał w nasze pyski. Czułem wielki strach, że jakieś drzewo się na nas przewróci, ale na szczęście dotarliśmy do Klanu w ostatniej chwili, gdy jakieś schorowane i stare drzewo upadło gdzieś niedaleko. Kilka koni popatrzyło na nas jak na wariatów. Poszliśmy w swoje strony a gdy burza ustała, wybrałem się na zwiady. Kałuże pluskały mi pod nogami, i brudziły kopyta błotem. Powietrze pachniało burzą i deszczem. Podziwiałem różne zwierzęta i rośliny, który stawały mi w zasięgu wzroku. Doszedłem nad rzekę Uws, nad którą podczas burzy, Miriada zaczęła zapadać się w błoto. Oparłem się o drzewo i rozglądałem się z ciekawością. Idąc z powrotem do Klanu, miałem złe przeczucie. To była sekunda, na ziemi leżał stary łańcuch. Był tak nieszczęśliwie ułożony i naszpikowany dziwnymi kolcami, że potknąłem się a on mocno zaplątał mi się na nodze i brutalnie ją poharatał. Zapach krwi uniósł się w powietrze. Wykonywałem serię różnych ruchów, które mogłyby mi jakoś pomóc.
-Pomocy! –krzyknąłem, jednak byłem zbyt daleko. Parsknąłem zdenerwowany i mocno szarpnąłem, uwolniłem się, ale jeszcze bardziej się zraniłem. Kulejąc zaszedłem trochę, ale ból był nie do zniesienia, kolce porobiły mi głębokie rany. Zagryzłem zęby i starałem się iść jak najszybciej, bo zapach mógł zwabić niepożądanych gości. Minęło dużo czasu, aż w końcu zjawiłem się w Klanie. Większość koni, albo stała tyłem, albo po prostu się nie interesowała.
-Jest tu medyk? –zapytałem głośno, kilka koni się obróciło.
<Miriada? Tym razem same opisy XD on taki biedny, ulecz go c:>
-Pomocy! –krzyknąłem, jednak byłem zbyt daleko. Parsknąłem zdenerwowany i mocno szarpnąłem, uwolniłem się, ale jeszcze bardziej się zraniłem. Kulejąc zaszedłem trochę, ale ból był nie do zniesienia, kolce porobiły mi głębokie rany. Zagryzłem zęby i starałem się iść jak najszybciej, bo zapach mógł zwabić niepożądanych gości. Minęło dużo czasu, aż w końcu zjawiłem się w Klanie. Większość koni, albo stała tyłem, albo po prostu się nie interesowała.
-Jest tu medyk? –zapytałem głośno, kilka koni się obróciło.
<Miriada? Tym razem same opisy XD on taki biedny, ulecz go c:>
4.11.2018
Od Miriady do Etsiina ,,Lunatyk"
Otworzyłam szeroko oczy i zamrugałam parę razy. Pierwszymi odczuciami, jakie mi towarzyszyły, była przede wszystkim nieprzyjemna wilgoć wpełzająca pod warstwę letniej sierści, chłód nocy, monotonny szum ulewy, głośne, choć odległe pluskanie, czyjeś wołanie, i najdziwniejsze ze wszystkich - jak gdyby coś zasysało moje przednie kończyny. Tylne miałam głęboko wstawione pod kłodę, więc musiałam dopiero co wyhamować ze znaczą prędkością. Zaskoczona, obracałam głowę na wszystkie strony, przystosowując powoli wzrok do ciemności. W tym momencie niebo rozświetliła błyskawica, a tuż po niej nastąpił grzmot. W gwałtownym rozbłysku światła dostrzegłam, iż moje nogi uwięzione były w gęstej, błotnistej masie do połowy, zanurzając się coraz bardziej. Krew poczęła krążyć znacznie szybciej. Zaparłam się zadem, próbując je wyciągnąć, lecz nie miała dość siły. Jeszcze raz poderwałam się desperacko, osiągając tym razem trochę więcej. Wtem poczułam czyjś dotyk na boku. Odskoczyłam odruchowo, jak zwykle.
— Ych, spokojnie! Przecież ci tylko pomagam! - krzyknął ktoś poirytowanym tonem, chwytając mnie za ogon. Oprzytomniałam i z pomocą tajemniczego głosu wyciągnęłam przednie kończyny z błotnistej pułapki. Cofnęłam się o parę kroków, oddychając głęboko. Zorientowałam się, iż znajduję się na brzegu jeziora Uws, dookoła zaś szaleje sobie burza. Odwróciłam głowę w stronę wybawcy i z lekkim zaskoczeniem rozpoznałam w nim...
— Etsiin? - rzuciłam cicho. Ogier milczał dobrą chwilę.
— Co ci...Co to było? Najpierw stałaś z otwartymi oczami, potem zaczęłaś tutaj cwałować jak szalona. - zrelacjonował trochę sam do siebie koń. Teraz skojarzyłam wszystkie fakty.
— A...pewnie lunatykowałam. Zdarza mi się. Bardzo cię przepraszam, i dziękuję. - odparłam z ciężkim westchnieniem.
<Etsiin?>
— Ych, spokojnie! Przecież ci tylko pomagam! - krzyknął ktoś poirytowanym tonem, chwytając mnie za ogon. Oprzytomniałam i z pomocą tajemniczego głosu wyciągnęłam przednie kończyny z błotnistej pułapki. Cofnęłam się o parę kroków, oddychając głęboko. Zorientowałam się, iż znajduję się na brzegu jeziora Uws, dookoła zaś szaleje sobie burza. Odwróciłam głowę w stronę wybawcy i z lekkim zaskoczeniem rozpoznałam w nim...
— Etsiin? - rzuciłam cicho. Ogier milczał dobrą chwilę.
— Co ci...Co to było? Najpierw stałaś z otwartymi oczami, potem zaczęłaś tutaj cwałować jak szalona. - zrelacjonował trochę sam do siebie koń. Teraz skojarzyłam wszystkie fakty.
— A...pewnie lunatykowałam. Zdarza mi się. Bardzo cię przepraszam, i dziękuję. - odparłam z ciężkim westchnieniem.
<Etsiin?>
4.11.2018
Od Specter do Dantego ,,Niebezpieczne posunięcie"
W ciszy podążaliśmy w stronę widniejącego już na horyzoncie jeziora Uws. W pewnym momencie spojrzałam na Dantego. Los chciał, aby on też się na mnie popatrzał.
- Kto pierwszy przy jeziorze jest mistrzem wyścigów! - krzyknęłam i puściłam się cwałem. Mój towarzysz przychnął oburzony i po kilkunastu metrach był już obok mnie. Przyśpieszyłam zbiegając ze zbocza, a obraz zamazywał mi się przed oczami. Widząc wystający z ziemi konar chciałam zwolnić, lecz nachlenie terenu mi na to nie pozwalało. Napięłam mięśnie przygotowując się do skoku. W odpowiednim momencie wybiłam się i przeleciałam nad pniem z dość dużym marginesem. Położyłam pierwsze kopyto na ziemii, oczywiście w dołku. Szybko je wyciągnęłam co poskutkowało strąceniem równowagi. Przewróciłam się na bok i przeturlałam się tak aż do końca zbocza.
- Au... - wystękałam. Dante pojawił się obok mnie z uśmieszkiem na pysku.
- Nic ci nie jest? - zapytał
- Nie, nic... Wcale nie spadłam ze zbocza turlając się przez jakieś 30 metrów. Wcale a wcale... - warknęłam i wyciągnęłam przednie kopyta spod siebie. Powoli się podniosłam spoglądając na swoją - teraz brązową - sierść. Na chwiejnych nogach podeszłam do brzegu jeziora. Zanużyłam się w wciąż lodowatej wodzie obserwując ogiera. Po kilkunastu minutach, kiedy zimno stało się nie do zniesienia, wyszłam na brzeg otrzepując się z reszty kamieni. Na bokach miałam trochę ran które ciągle szczypały, ale ignorowałam to. Mina Dantego przypomniała mi ten dzień - chociaż może lepszym określenieniem byłaby noc - kiedy Dante wpadł na mnie uciekając przed piorunami. Parsknęłam na to wspomnienie.
- Zostajemy tutaj. - zdecydował mój przyjaciel, na co jedynie kiwnęłam głową. Położyłam się na kawałku trawy i przymrużyłam oczy. Nie zwróciłam zbytniej uwagi na to, że koń położył się obok mnie. Spojrzałam na niego dopiero kiedy trącił moją szyję
<Dante? Może być? Zaczynamy już teraz? Bo wena mi się kończy;-;>
- Kto pierwszy przy jeziorze jest mistrzem wyścigów! - krzyknęłam i puściłam się cwałem. Mój towarzysz przychnął oburzony i po kilkunastu metrach był już obok mnie. Przyśpieszyłam zbiegając ze zbocza, a obraz zamazywał mi się przed oczami. Widząc wystający z ziemi konar chciałam zwolnić, lecz nachlenie terenu mi na to nie pozwalało. Napięłam mięśnie przygotowując się do skoku. W odpowiednim momencie wybiłam się i przeleciałam nad pniem z dość dużym marginesem. Położyłam pierwsze kopyto na ziemii, oczywiście w dołku. Szybko je wyciągnęłam co poskutkowało strąceniem równowagi. Przewróciłam się na bok i przeturlałam się tak aż do końca zbocza.
- Au... - wystękałam. Dante pojawił się obok mnie z uśmieszkiem na pysku.
- Nic ci nie jest? - zapytał
- Nie, nic... Wcale nie spadłam ze zbocza turlając się przez jakieś 30 metrów. Wcale a wcale... - warknęłam i wyciągnęłam przednie kopyta spod siebie. Powoli się podniosłam spoglądając na swoją - teraz brązową - sierść. Na chwiejnych nogach podeszłam do brzegu jeziora. Zanużyłam się w wciąż lodowatej wodzie obserwując ogiera. Po kilkunastu minutach, kiedy zimno stało się nie do zniesienia, wyszłam na brzeg otrzepując się z reszty kamieni. Na bokach miałam trochę ran które ciągle szczypały, ale ignorowałam to. Mina Dantego przypomniała mi ten dzień - chociaż może lepszym określenieniem byłaby noc - kiedy Dante wpadł na mnie uciekając przed piorunami. Parsknęłam na to wspomnienie.
- Zostajemy tutaj. - zdecydował mój przyjaciel, na co jedynie kiwnęłam głową. Położyłam się na kawałku trawy i przymrużyłam oczy. Nie zwróciłam zbytniej uwagi na to, że koń położył się obok mnie. Spojrzałam na niego dopiero kiedy trącił moją szyję
<Dante? Może być? Zaczynamy już teraz? Bo wena mi się kończy;-;>
4.11.2018
Od Etsiina do Miriady ,,Kwiat"
Szliśmy krętą ścieżką, którą porastały różne rośliny, a drzewa były bardzo wysokie i nie widać było nieba. Promienie słońca przebijały się jako tako, przez drzewną barierę. Lato dawało o sobie znać, było strasznie gorąco. Lekko przysypiałem, ale głos Miriady dostatecznie mnie rozbudził.
-Na pewno dobrze idziemy? –zapytała klacz, rozglądając się w poszukiwaniu rośliny. Kiwnąłem głową i przyspieszyłem, Miriada również. Minęło trochę czasu, a klacz zrównała się z moim krokiem.
-Jaką rangę otrzymałeś? –spytała zaciekawiona.
-Ja? Mhm, jestem zwiadowcą. –odparłem skupiony na drodze. –A ty? Kim jesteś?
-Medycznym pomocnikiem –powiedziała Miriada i na tym rozmowa się zakończyła. Później przed naszymi oczami ukazała się polana usłana białymi kwiatami, których nigdy nie widziałem. Popatrzyłem na klacz i ostrożnie zerwałem jeden i podałem go Miriadzie.
-Może odkryjesz jakieś lecznicze substancje.. –mrugnąłem do niej.
-Um.. dziękuję. –uśmiechnęła się i schowała kwiat do tobołka.
~Jakiś czas później~
W końcu dotarliśmy na miejsce, klacz ucieszyła się i od razu podbiegła do rośliny. Pozrywała dosyć dużo i schowała do torebeczki.
-Czyli to to, czego szukałaś? –zapytałem z uśmiechem.
-Oczywiście! Jeszcze raz dziękuję, że wskazałeś mi jej położenie –odparła klacz i ruszyliśmy w drogę powrotną. Trochę to zajęło, ale dotarliśmy do Klanu o zmierzchu.
-To.. do zobaczenia –powiedziała Miriada i poszła w swoją stronę. Stałem jeszcze chwilę w miejscu i patrzyłem za nią, potem zwróciłem się w moją stronę i poszedłem się przespać. Zbudziłem się w środku nocy, czując krople deszczu. Zamrugałem kilka razy, trochę nieprzytomnie. Wtem dostrzegłem Miriadę. Klacz stała wrośnięta w ziemię z szeroko otwartymi oczami, a biały kwiat upadł na ziemię. Podszedłem do niej zdziwiony.
-Miriada? –zapytałem. Cisza.
-Miriada? –powiedziałem głośniej, jednak klacz miała zamglone oczy.
-Miriada co jest? –zapytałem raz jeszcze, tym razem dość głośno.
<Miriada? 99.9% dialogów <: >
-Na pewno dobrze idziemy? –zapytała klacz, rozglądając się w poszukiwaniu rośliny. Kiwnąłem głową i przyspieszyłem, Miriada również. Minęło trochę czasu, a klacz zrównała się z moim krokiem.
-Jaką rangę otrzymałeś? –spytała zaciekawiona.
-Ja? Mhm, jestem zwiadowcą. –odparłem skupiony na drodze. –A ty? Kim jesteś?
-Medycznym pomocnikiem –powiedziała Miriada i na tym rozmowa się zakończyła. Później przed naszymi oczami ukazała się polana usłana białymi kwiatami, których nigdy nie widziałem. Popatrzyłem na klacz i ostrożnie zerwałem jeden i podałem go Miriadzie.
-Może odkryjesz jakieś lecznicze substancje.. –mrugnąłem do niej.
-Um.. dziękuję. –uśmiechnęła się i schowała kwiat do tobołka.
~Jakiś czas później~
W końcu dotarliśmy na miejsce, klacz ucieszyła się i od razu podbiegła do rośliny. Pozrywała dosyć dużo i schowała do torebeczki.
-Czyli to to, czego szukałaś? –zapytałem z uśmiechem.
-Oczywiście! Jeszcze raz dziękuję, że wskazałeś mi jej położenie –odparła klacz i ruszyliśmy w drogę powrotną. Trochę to zajęło, ale dotarliśmy do Klanu o zmierzchu.
-To.. do zobaczenia –powiedziała Miriada i poszła w swoją stronę. Stałem jeszcze chwilę w miejscu i patrzyłem za nią, potem zwróciłem się w moją stronę i poszedłem się przespać. Zbudziłem się w środku nocy, czując krople deszczu. Zamrugałem kilka razy, trochę nieprzytomnie. Wtem dostrzegłem Miriadę. Klacz stała wrośnięta w ziemię z szeroko otwartymi oczami, a biały kwiat upadł na ziemię. Podszedłem do niej zdziwiony.
-Miriada? –zapytałem. Cisza.
-Miriada? –powiedziałem głośniej, jednak klacz miała zamglone oczy.
-Miriada co jest? –zapytałem raz jeszcze, tym razem dość głośno.
<Miriada? 99.9% dialogów <: >
Subskrybuj:
Posty (Atom)