→ Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU

25.04.2018

Od Mikada ,,Trochę bardziej praktyczny trening" Seria treningowa #4 Siła fizyczna. Szybkość. Kamuflaż.

I powtarzamy kamuflaż. Z pełnym entuzjazmem, poszedłem szukać Marabell, która wyszła wcześnie rano na spacer. Mgła lekko łaskotała moje chrapy i obolałe po wczorajszym treningu sile fizycznej podpalane kończyny. Po chwili poszukiwań, w których znalazłem wiele przeróżnych rzeczy, ale nie moją ukochaną partnerkę. A wśród tych dziwów, które znalazłem: były części gruzu i jakiegoś metalu, żelazna konewka oraz tępy nóż. Nagle poczułem wydzielany przez silnik parowy. Gdy ruszyłem jego śladem, bez problemu odnalazłem prowizoryczny traktor, prowadzony przez ludzi. Coś zaczynało mi tu śmierdzieć.
...
Nudziłem się już chyba prawie cały dzień. Nigdzie nie było Mary. Nagle ujrzałem przemieszczającą się sylwetkę. Wiedząc, że to mogła być Marabell, nie zastanawiałem się nad ratunkiem. I nagle stanąłem jak wryty. Traktor... Upadająca Mara... Schowałem się, nie chcąc by, ludzie mnie zauważyli i powiem szczerze, że całkiem nieźle mi to szło, ale po co mi to było? Może dało jakieś pozytywy, nie widziałem zderzenia. Siedziałem tam do nocy. Ludzie cały czas kombinowali coś przy swojej maszynie.

25.04.2018

Od U'schii ,,A widzisz? Jednak da się to naprawić" Seria treningowa #6 Kamuflaż. Zwinność. Szybkość.

Na swojej drodze jednak napotkałam paru członków stada, którzy przejęli się moją historią i zorganizowali kolejny trening z szybkości. Początkowo pytała, czy przypadkiem nie mają nic do roboty i czy nie przeszkadzam. Odpowiedzi były dość różne, ale łączyły się w jedno znaczenie „Nie o mnie teraz chodzi, a poza tym nie mam nic do roboty i cieszę się, że mogę ci pomóc”. Chciałam ich za to obficie wynagrodzić. Byli tam: Khokh, Hadvegar, Bush Brawe (swoją drogą on nic nie robił, tylko się patrzył i stwierdzam, że to bardzo dobrze), Hiney i Mikado. Dość niezręcznie czułam się w towarzystwie samych ogierów i to w tak dużej ilości, lecz nie protestowałam. Był to mały biegowo, przełajowo (śmieszkowy) tor. Za bardzo nie dało się tego określić, bo tam było wszystko. Nawet trochę westernu. Hadvegar parę razy „utopił” się w rozstawionej wodzie, Hiney złamał przeszkodę (po nim startował Khokh i się wymigał, mówiąc, że nie ma sensu tego odbudowywać), Mikado bardzo wolno pokonywał niektóre obszary toru, ponieważ zależało mu na dokładności. Władca przeszedł bez szwanku i nie zrobił żadnych szkód.

Jednym słowem jednym szło gorzej, drugim lepiej. Te ćwiczenia zdecydowanie wynagrodziły ostatnie niepowodzenie.

25.04.2018

Od U'schii ,,Nie zawsze wszystko się udaje" Seria treningowa #5 Kamuflaż. Zwinność. Szybkość.

Kolejny szary i mozolny dzień ćwiczeń, ale czy taki słaby? Miałam dzisiaj ćwiczyć szpiegostwo. Ochoczo ruszyłam w stronę jaskini szpiegów. Jednak Kasji nie zauważyłam. Tylko dziwną pustkę. Zadrżałam na całym ciele. Ostatnio nic nie szło po mojej myśli. A miałam zamiar trochę te mięśnie powypinać. Przeszukałam część Dzawchan. Rozległe łąki jednak były puste od jakichkolwiek tą zajadających pyszną, soczystą i zieloną trawą. Pobliskie krystaliczne rzeki — również opuszczone. W końcu zrezygnowana poszłam robić do lasu ćwiczenia z ostatniego kamuflażowego treningu. Dość marnie mi szło, więc dodałam parę swoich. Jednakże nic się nie zmieniło. Zrezygnowana padłam na trawę. Miałam ochotę się rozpłakać się, poczuć taką rozpacz jak mała dziewczynka w mniej istotnych sprawach. Byłam okropnie zmęczona, a nic nie udało mi się zrobić. Westchnęłam ciężko i ruszyłam w stronę stada. Ten trening = istny koszmar.

25.04.2018

Od Forever do Hadvegara ,,Kolejny aspekt historii"

-Ejże,Hadvegarze. To przecież moją praca. Po to tutaj jestem. To był mój wybór i nie wąż się zrzucać na siebie winy. Gdyby nie ty,to bym umarła. Przecież ty jesteś medykiem który ratuje bojowników. - zakończyłam wypowiedź i podniosłam jego pysk. Ogier milczał wpatrując się w ziemię.
- Chodź - powiedziałam i pokuśtykałam. W tym momencie otuchy dodawała mi myśl,że w każdej chwili Hadvegar może mi pomóc. No i oczywiście widok dwóch koni które opuściły stajnię jako ostatnie. Każdy ucierpiał tak samo - Ja i Hadvegar. Ogier może nie tyle fizycznie,co psychicznie. Po chwili dołączył do mnie. Idąc przez stado wszędzie napotykałam zdziwione i szczęśliwe spojrzenia. Byłam cała w ranach i trudno było mi się poruszać.
- Forever! - usłyszałam. Obróciłam nieznacznie głowę i ujrzałam galopującą w moją stronę Marabell z Mikadem.
- Witajcie - powiedziałam. Hadvegar stał obok mnie.
- Wybudziłaś się! - powiedziała Marabell.
- Też mi się tak wydaje. Ona chyba już jest gotowa do kolejnej walki,jednak ja ją przykuję do drzewa - powiedział Hadvegar spoglądając na mnie
- No może... W końcu wybiłam płot w płonącej stajni... - powiedziałam udając zamyślenie. Po jeszcze kilku minutach rozmowy para odeszła
- Bardzo mnie zainteresowałaś tą stajnią... - mruknął
- Opowiedzieć ci wszystko od początku? - zapytałam spoglądając w jego oczy.
<Hadvegar? Przepraszam za jakość...>

25.04.2018

Od Hadvegara do U'schii ,,Złoto i srebro"

Wędrówka trwała i trwała, jednak nie było to nic złego. Lubiłem podróżować, a tym bardziej, jeśli miałem z kim. Cudownie się tutaj czuję, a z każdym postojem, mam więcej czasu na głębsze relacje. Zwykle trzymam się gdzieś na uboczu, żeby nie przeszkadzać i tak właśnie było tym razem. Kiedy inni odpoczywali, ja postanowiłem się przejść i pozbierać zioła, może znajdę tutaj coś przydatnego.
– Czekaj! Gdzie idziesz? – podbiegła do mnie klacz, która w promieniach słońca mieniła się w odcieniach brązu, miedzi czy też złota. Znałem ją, średnio, ale znałem.
– Witaj moja droga. – ukłoniłem się delikatnie, żeby zaraz po tym odpowiedzieć na pytanie. Nie kłamałem, wszystko to o czym aktualnie myślałem, przeszło mi przez gardło z uśmiechem... o ile jestem w ogóle zdolny do takiej mimiki pyska. Nie wiem jak wyglądałem, bo skąd miałbym to wiedzieć? Może wyglądam śmiesznie, gdy tak robię? Może, a sądzić to mogę po podobnym zachowaniu mojej towarzyszki. Uśmiechnęła się i zachichotała.
– Czy szanowna klacz byłaby zainteresowana towarzyszeniem mi podczas poszukiwań? – zapytałem, a na jej pysku pojawiło się zamyślenie. Nim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, zapewniłem ją, że nie będzie musiała nic robić. Sam wszystko pozbieram i zabiorę. Nawet pożyczyłem od innego konia dziwny wynalazek, który wisiał mi na szyi i do którego mogłem włożyć wszystko co tylko zechciałem. Bardzo mi to ułatwi zbiory. Z tego co się dowiedziałem, mówi się na to "torba", jednak nie wyjaśnił mi dlaczego. Przyjęło się i tak zostało. Może kiedyś sam sobie coś takiego sprawię? Tylko gdzie?
<Uschia? Idziesz zbierać kwiatki? XD>

24.04.2018

Od Yatgaar do Khonkha (i U'schii) ,,Do ostatniego tchu"

Grube sznury zostały owinięte wokół moich nóg i tułowia. Wiłam się na wozie prowadzonym przez dwójkę niespokojnych wołów niczym piskorz, próbując chwycić zębami za każdą możliwą rzecz, naprężając z całych sił skrępowane kończyny i machając wściekle ogonem jak biczem; moje rżenie  ginęło w ogólnym rejwachu i terkocie kół. Czułam, że w wyniku zmęczenia i mojej od pewnego czasu narastającej z nieznanego powodu ociężałości gorący, wysoki płomień werwy zaczyna opadać i w panice i wściekłości starałam się go podtrzymać. Była to jak na razie moja jedyna szansa ratunku. Ludzie wyraźnie mieli już dość całego przedstawienia. To, czego dowiedziałam się o nich i ich praktykach w zupełności wystarczało mi za powód do takiego zachowania.
Pomiędzy tymi szalonymi zapasami i potokiem myśli skupiających się wokół wydostania z tak nieciekawej sytuacji zauważyłam iż zbliżamy się do na oko starych zabudowań. Na ich obejrzenie poświęciłam parę sekund. Z zewnątrz praktycznie nie różniły się od zwykłych mongolskich domów: bielone wapnem, drewniane ściany, w niektórych miejscach spróchniałe, spadzisty dach i kilka okien. Łącznie takich średniej wielkości budowli była trójka.
Przez ten czas moi ,,strażnicy" stracili czujność, więc zaczęłam rzucać się znowu ze zdwojoną szybkością i siłą. Czułam już, że naprężenie sznurów dochodzi do granicy ich wytrzymałości, gdy wóz gwałtownie zatrzymał się i musiałam skupić się na utrzymaniu równowagi. Gdy zarżałam ponownie mój głos przeszedł w ryk wyrażający głównie bezsilność i rozpacz, ale także ból który przeszył moje ciało od brzucha. Dysząc, obserwowałam z szeroko otwartymi oczami i nadstawionymi uszami dalszy ciąg wydarzeń. Dwoje z pięciu ludzi wygramoliło się ze środka transportu i wyszło na spotkanie dwunogowi który pojawił się w tym samym momencie w drzwiach. Był dość niski, w jego włosach znajdowało się kilka siwych pasm, barczysty, jasnoskóry; przede wszystkim zupełnie inny od tutejszych mieszkańców. W myślach zarezerwowałam już dla niego specjalną nazwę: dziwadło. 
— Nie-eźle się spyseliście chłopaki. - rzekł, jakby równocześnie łamał sobie język nad głoskami. - Niezła śtuka. - zaczął się zbliżać do wozu. Niemalże automatycznie zaczęłam ponownie walczyć z więzami, kłapiąc w jego stronę zębami. Cofnął się wolno, lecz na tyle tylko, by być całkowicie bezpiecznym.
— Zaraz... - zmrużył oczy, przypatrując mi się. - Kretyni! - wybuchnął nagle. Wystraszona znów pomimo bólu przez chwilę rzucałam się. Powoli miałam dość. Wszystko to wykańczało mnie i porywało w swego rodzaju psychiczny wir, lecz nie krwawej walki, a znienawidzonej bezsilności. - Ona być w ciąży, a wy ją spetaliście jak os...ła! - mężczyźni cofnęli się.
— Mamy ją przenieść, senior? - wydukał jeden z nich.
— W tej chwili. I jak najszybciej ją z...tego wyplątać. I nie kłać jej, posmarować rany maścią z półki wyżej. - hm, ta wypowiedź poszła mu całkiem gładko. Po tej rozmowie cała gromada ,,strażników" zabrała się do działania. Stawiałam jeszcze opór, jednak trzymana równocześnie za pysk i wszystkie cztery kończyny mogłam tylko wywijać ogonem i chłostać najbliżej stojących. Przy okazji rzuciłam mordercze spojrzenie dziwadłu. Wniesiono mnie do oddzielonego drewnianymi bramkami z wbitymi nań krótkimi, zaokrąglonymi prętami sterczącymi ordynarnie do góry kawałka pomieszczenia w jednym z budynków wysłanego zeschłą trawą. Gdy już namęczyli się z rozwiązaniem mnie, jak oparzeni wyskoczyli i zatrzasnęli za sobą drzwi. Zmęczona stałam spokojnie, próbując zregenerować w krótkim czasie siły. Ból podbrzusza jakoś w ślimaczym tempie ustępował. Jednak taką ciszą przed burzą niedługo się nacieszyłam. Wkrótce zawiasy znów skrzypnęły i tym razem w pomieszczeniu pojawiło się dziwadło z dziwną, wypchaną mocno, grubą torbą.
— No ploszę...Bedziesz miała śliczne źrebaki, co? Trzeba będzie ci...ę jekoś przytransportować. - mruczał coś dalej do siebie, grzebiąc w ekwipunku. Wyciągnął stamtąd...broń. Niewielką, ale BROŃ. Ponowiłam rozpaczliwe próby wydostania się z tego koszmaru. Dziwadło zbliżyło się. Stare deski trzeszczały pod naporem mojego ciała.
— Znasz tu... - szepnął znowu zanim nacisnął spust; w chwili, gdy kolejny raz rzuciłam się na bramkę i wyłamałam jeden fragment. Poczułam ukłucie, a tuż po nim ogarniające mnie uczucie senności i apatii. Rozsądek nakazywał mi od razu upaść i zapaść w błogi sen, jednak siłą woli udało mi się przynajmniej na pewien czas odwlec tę wizję. Z furią uderzyłam jeszcze raz, mężczyzna zachwiał się. Rozległo się krótkie ,,puf", strzałka odbiła się od ściany i utkwiła w dłoni dziwadła. Całe zdarzenie trwało ułamek sekundy. Człowiek podjął jeszcze próby usunięcie jej, lecz po chwili osunął się na ziemię. Ostatni raz naparłam, wyłamując bramkę. Zrobiłam jeszcze jeden krok do przodu i przepadłam. Kto będzie zwycięzcą w tym wyścigu snów?
<Khonkh? U'schia? Co tam porabiacie?XD>

24.04.2018

Od Khonkha do Yatgaar "Wrogość"

Przez pewien czas cała nasza trójka tylko patrzyła na siebie w milczeniu. Nagle Yatgaar podniosła swoją przednią nogę. Reakcja ogiera była co najmniej dziwna, więc rzuciłem mojej partnerce zniecierpliwione i zaskoczone spojrzenie. Klacz trąciła mnie głową, po czym skierowała swoją nogę w moją stronę. Na jej kopycie ujrzałem symbol, o którym już kiedyś mi mówiła. Był on czymś w rodzaju pieczęci jej starego rodu, "Czarnej Winorośli". Yatgaar zawsze jednak dawała do zrozumienia, że wszystko to jest dla niej przeszłością, do której nie zamierza wracać. Zamiast więc co nieco mi wyjaśnić, swoim zachowaniem klacz tylko wywołała u mnie większe zdziwienie.
-On ma ten sam symbol na swoim kopycie-powiedziała klacz, wskazując głową stojącego przed nami ogiera.
-Jak masz na imię?-spytałem, przenosząc na niego swoje uważne spojrzenie.
-Nie twój interes-odparł koń. Można powiedzieć, że zawdzięczał nam życie. Sam nie uwolniłby się  z tej pułapki. Gdyby nie my, być może nikt by mu nie pomógł. Zginąłby z głodu lub został rozszarpany przez drapieżniki, a mimo to nadal zachowywał się tak samo nieprzychylnie jak na początku.
-My się przedstawiliśmy-powiedziała moja partnerka, stając obok mnie.
-Nie prosiłem was o to. Poza tym nie zamierzam mówić z wami ani o tym, jak ładnie świecą dzisiejszej nocy gwiazdy, ani o "Czarnej Winorośli", ani tym bardziej o powodach, które sprawiły, że się tu znalazłem, jasne? Dziękuję za pomoc, tyle w temacie-powiedział ogier agresywnym tonem. Teraz już nabrałem pewności, że ma coś do ukrycia. Nie byliśmy dla niego żadnym zagrożeniem, a on zachowywał się jakbyśmy go atakowali. Typowe postępowanie kogoś, kto ma coś do ukrycia. Chciałem jeszcze porozmawiać z koniem, ale ten odwrócił się i zaczął odchodzić w stronę lasu.
-Hej! Jeszcze z tobą nie skończyliśmy!-zawołała Yatgaar, nim ja zdążyłem jakoś zareagować. Natychmiast też ruszyła i już po chwili stanęła przed ogierem, zmuszając go tym samym do zatrzymania się. Od razu podszedłem do nich, stając obok mojej partnerki. Chciałem być blisko niej, na wypadek gdyby koń zdecydował się fizycznie zaatakować.
-Ja skończyłem. Pytaliście mnie wcześniej o stado, więc wy pewnie do jakiegoś należycie. Nie macie w nim nic do roboty? A jeśli się nudzicie, to zajmijcie się czymś pożytecznym jak szukanie pożywienia czy przedłużanie gatunku-powiedział gniewnym tonem koń. Przesunął się w lewo, chcąc nas ominąć, ale ja skutecznie uniemożliwiłem mu to.
-Zgodzisz się łaskawie zleźć mi z drogi?-zapytał koń, sztucznie się przy tym uśmiechając.
-Najpierw odpowiesz na kilka pytań-powiedziała Yatgaar.
-A jeśli nie, to co?-spytał ogier.
-Nie masz wyboru-odparłem.
-Jesteś "Czarną winoroślą"?-zapytała natychmiast klacz.
-To chyba już wiesz-powiedział koń.
-Pragnęłam się upewnić-odparła moja partnerka, uśmiechając się przy tym. Dało mi to do myślenia, czy klacz chciała tylko wprawić ogiera w konsternację, czy też uśmiech ten miał oznaczać, że ma już jakiś plan. Byłem bowiem pewien, że łatwo nie odpuści. Może i nie mówiła nigdy wiele o swojej przeszłości, ale nie znaczyło to, że była ona dla niej zupełnie obojętna. Koń rzucił nam kolejne wrogie spojrzenie. Zerwał się lekki wiatr, który zaszumiał koronami drzew otaczających polanę. Nie licząc tego szumu, wokół nadal panowała cisza.
-Jak masz na imię?-spytałem.
-Nie dacie mi spokoju?-spytałogier, wzdychając przy tym. Zapanowała chwila głębokiej, ciężkiej ciszy. Takiej, która ma miejsce tylko wtedy, kiedy w środku nocy rozmawiasz z podejrzanym koniem na nie do końca znanym sobie terenie.-Nazywam się Ganbayar-dodał po chwili ogier.
<Yatgaar?>
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika