→ Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU

16.03.2018

Nowy szpieg - Mitrega!


Źródło: Zdjęcie główne
Motto: Poter bunden med et genialt hoved (polski: łap dnie z głową pomysłową)
Imię: Mitrega
Wiek: 7 lat
Płeć: Klacz
Ranga: Szpieg
Głos: -
Rodzina:
Matka- Mita
Ojciec- Rittens
Brat - Atom Bomb
Brat - Hiney
Osobowość: Z charakteru jest miła. Kocha źrebaczki, i dla tego chce je mieć. Potrafi naprawdę zaskoczyć. Nie zawsze ma czas na bzdury, bzdety i bluzgi, więc lepiej z nią nie rozmawiać o pierdołkach. Potrafi bardzo wysoko skakać, choć ma rysę. Lubi się nie spieszyć, i gdy ktoś się spieszy, mówi: ,,po co ten pośpiech!", lub ,,Nie śpiesz się!".
Orientacja: Heteroseksualizm, płeć przeciwna.
Partner/Partnerka: Jeszcze szuka, a jak chętny, pisz!
Potomkowie: Brak partnera, brak źrebaków!
Aparycja:
Rasa: Haflinger!
Wygląd: Izabelowaty jasny koń, z białą grzywą i brązowymi oczyma.
Znaki charakterystyczne: Na na prawym tylnim kopycie rysę po spotkaniu z ludźmi.
Wzrost: 124 cm WK
Waga: 498 Kg
Umiejętności:
Siła fizyczna: 30
Szybkość: 10
Zwinność: 10
Technika: 20
Wytrzymałość: 20
Kamuflaż: 20
Umiejętności dodatkowe: Ma bardzo dobry wzrok.
Historia: Jeszcze w wieku 4 lat odeszła ze stada, ale powodu nie powie. Szukała stada 2 lat, i gdy był czas na jakieś nie znane jej dotąd miejsca, znalazła Stado Hańby. Po 3 latach odeszła, bo zrobili jej na kopycie rysę za to, że nie szpiegowała okolicy, choć nie dostała rozkazu. Potem przeszła przez Gerel ull, i wtedy, w Tsenkher znalazła to stado. Od razu podeszła do koni.
Inne: Lubi biegać, najczęściej skacze, bo to też lubi.
Kontakt: Piecha812009 (alternatywny)

16.03.2018

Od Hiney'a do Khonkha ,,Wszystko za nami"

Na początku myślałem, ale chyba...
-Jest dobrze- powiedziałem z niepewnością. Khonkh przedstawił mi nadbiegającego ogiera.
-To był Atom bomb. Ostatnio ma dużo ziół na głowie- powiedział Khonkh, i nawet cicho się zaśmiał. Jednak szybko spoważniał. Potem zacząL mnie przedstawiać wszystkim koniom, znajdujących się w stadzie. Potem poznałem miejsca, ale z innym koniem. A mianowicie klaczą o imieniu Tenebris. Już wcześniej ją poznałem.
-Cześć Tenebris- powiedziałem. Klacz chwilę nie odpowiedziała, ale w końcu chyba chciała powiedzieć...
-No cześć... Hiney? Tak cię zwą?- spytała. Kiwnąłem głową.
***
Po powrocie z oprowadzanki wziąłem się za rozmowę z władcą. Jednak był zajęty. Podeszła do mnie Kasja.
-Hej Kasja!- powiedziałem do klaczy.
-Hej Hiney!- powiedziała klacz. Potem jednak podbiegła do Marabell, i zostawiła mnie samego. Potem Khonkh powiedział do mnie, że muszę wybrać rangę, i inne potrzebne rzeczy. Zacząłem jak najszybciej.
***
Po tym wszystkim stwierdził, że mogę zostać Mordercą, ale pod warunkiem że nikogo z Klanu Mroźnej Duszy nie zabiję. Miałem nadzieję, że nic mi się nie stanie, i innym koniom. Naprawdę się bałem, ale szybko musiałem się przyzwyczaić do stada, zanim je zabiję. Potem Khonkh ogłosił zebranie, na które zawołał tylko mnie, i wszystkie konie z rangą straży władcy. Domyśliłem się, że chodzi o pilnowanie mnie.
<Khonkh? Jak chcesz, nie odpowiadaj szybko! Odpowiedź nawet za 5 lat! XD>

16.03.2018

Od Valentii do Kirka ,,Źrebię"

Leżałam zmęczona, ale szczęśliwa, u mojego boku była maleńka klaczka, całkiem biała. Usłyszałam czyjeś kroki, podniosłam czujnie głowę. Zbliżał się Kirk i Nick. Mój partner podszedł niepewnie, i zbliżył się do źrebaczka.
-Klaczka..? –wyszeptał.
-Tak.. jest taka maleńka.. –odparłam. Kirk uśmiechnął się szeroko. Wstałam powoli a Kirk mi pomógł.
Mała klaczka otworzyła oczy, rozglądając się z ciekawością i patrząc na nas wszystkich z osobna, źrebię spróbowało wstać ale od razu upadło, zaśmiałam się cicho lekko ją podpierając. Klaczka delikatnie się trzęsąc wstała, miała długie i szczuplutkie nogi. Postawiła kilka niepewnych kroków, Kirk i ja patrzyliśmy na to niesamowite stworzenie idące ku nam. Maleńka klacz popatrzyła na mnie z uśmiechem, a potem podeszła napić się mleka. Przytuliłam Kirka.
-Jest niesamowita.. –powiedziałam.
-Tak, niesamowita.. –powtórzył jak echo Kirk.
-Jak ją nazwiemy? –spytałam.
-Hm.. pomyślmy, a wieczorem sobie powiemy co wymyśliliśmy – zaproponował ogier a ja się zgodziłam. Po jakimś czasie przyszła Vayola z Eragonem, mój adoptowany syn uśmiechnął się widząc źrebię.
-Gratuluje –powiedział a ja podziękowałam. Vayola popatrzyła na klaczkę zaciekawiona.
-Kto to? –spytała przekręcając główkę.
-Twoja siostra –powiedział Kirk.
-Siostra..? Naprawdę? –Vayola zdziwiła się.
-Naprawdę, będziesz mogła się z nią bawić –powiedziałam a Vayola uśmiechnęła się.
Biała klaczka przestała pić mleko i spojrzała na Vayolę.
-Cześć.. –powiedziała niewyraźnie.
-O, cześć.. –odparła Vayola, a ja z Kirkiem patrzyliśmy uradowani jak nasze dzieci się poznają.
Klaczki patrzyły na siebie chwilę, a potem jeszcze o czymś rozmawiały i moje rodzone źrebię poszło spać obok mnie. Patrzyliśmy razem z Kirkiem na małą klaczkę z zachwytem.
-A więc? –spytałam- Jak nazwiemy to małe stworzonko?
-Może coś na ,,K”? –odparł Kirk.
-Niezły pomysł.. może.. Khai.. Khair.. Khairtai..?- powiedziałam w zamyśleniu.
-Właściwie? Chyba do niej pasuje.. –odpowiedział ogier.
-Tak.. Miłość.. –uśmiechnęłam się opierając głowę o ciało Kirka.
<Kirk? Nie miałam pomysłu xD>

16.03.2018

Od Mikada do Marabell ,,Miłość nie jest łatwa"

Rozejrzałem się zamglonym wzrokiem po zebranych. Byli wśród nich lekarze, a także poddani Khokha, a także sam on.
A ja znowuż byłem oderwany od rzeczywistości i szybko musiałem do niej wrócić. Między innymi dlatego, że stała nade mną Marabell i gniewnie sapała. Bałem się nawet spojrzeć w jej źrenice. Pamięć zaczęła powoli do mnie wracać. Kolejny raz miałem szczęście... Mogłem narazić się na ogromny gniew. Nasza klacz często się dąsała, ale tak niedawno się pogodziliśmy... nie chciałbym tego zwalić. Wreszcie uniosłem wzrok.
- Dotrze do ciebie kiedyś Mara, że zemdlałem? Nie musiałaś więc robić afer, bo czułem się jak wrzucony w zupełnie inny świat. Myślisz, że coś pamiętałem... Głuptasku, zmądrzyj — na słowa „głuptasku zmądrzyj” uśmiechnąłem się po chwilowym krzyku z frustracji.
Moja wypowiedź może i była chaotyczna, lecz wyrażała wszystko, co w tej chwili poczułem. Niestety nie wiem, czy to były adekwatne uczucia, bo klacz spuściła głowę i odeszła jeszcze trochę zagniewana. Utkwiłem w niej wzrok. Widziałem, że odeszła na parędziesiąt dobrych metrów, rozsypując liście, ziemię oraz grzyby, zmieszane z ziemią dookoła siebie. Jak szybko jednak odeszła takim sprintem powróciła. Sam już nie wiedziałem co mam czuć... Może miłość może zmieszanie...a może zwykłą tolerancję? Nie wiem czemu, ale życie nie dało mi czasu na rozmyślania. Miałem po prostu ruszyć w akcję. Marabell schowała się wśród tłumu, a do mnie podszedł jakiś koń. Po samym kształcie charakterystycznej sylwetki wiedziałem, że to medyk. Niby mi się to nie podobało, ale jak się troszczą, to się niech troszczą. Tylko czemu o mnie? Wszystkie konie wydają się bardzo pokiereszowane... A tu na chorobę zajmują się mną, zamiast choćby Khokhem. We wszystkich oczach biła jednak nadzieja, że wszyscy wrócą do zdrowia po walce z tą piekielną mafią wilków. Cóż wiem jedno — cieszę się, dlatego iż wszyscy wstali. Nie było widać śladu martwych zwierząt, oprócz wilków oczywiście. Co chwila miałem wrażenie, że jednak wejdą do walki, ale z czasem zrozumiałem, że ich zabiliśmy. Drugą sprawą jest to, że nie zostawiliśmy czarnej plamy ze swojego honoru. Chociaż mało koni to widziało i tak ważną rzeczą jest reputacja. Choćby to, że nie daliśmy się im, że zwyciężyliśmy. Podnieśliśmy zwycięską flagę..., ale musieliśmy za to zapłacić... Zapłacić siłami...
Może wydawało się, że to takie proste... Może... W sumie to też walka o miłość...i o nasze stado... Walczymy o swoich podopiecznych... Walka nie jest łatwa... Miłość w takim razie też...choć nie tylko dla tego, ale można to porównać do takiej mini walki, żeby utrzymać tę szalę honoru, a w tym przypadku...małżeństwo. Nie wiem czemuż to, zacząłem o tym myśleć, ale wiem jedno...musiałem zamknąć oczy, ponieważ gdy się wybudziłem, leżałem w jaskini szpiegów i arystokratów. Spoglądały na mnie trzy klacze — Kasja, Valentia oraz Marabell.
<Boszeeee...jakie to chaotyczneX'D...Marraaa, znajdź sposób na Mikada; ')>

15.03.2018

Od Yatgaar do Khonkha ,,Rozplątywanie gordyjskiego węzła"

— ...kocham. - wyszeptał, jednocześnie dotykając swoimi wargami moich. Mimo całej otoczki ze sprzecznych ze sobą emocji powstałych w tej sytuacji, instynktownie poddałam się losowi, wyciągając szyję. Przez dłuższą chwilę trwaliśmy w tej pozycji, rozkoszując się muśnięciami i uczuciami. W końcu oderwaliśmy się od siebie, spuszczając łby, wciąż mimo to patrząc sobie w oczy. A jednak...niemożliwe stało się możliwe. Jak zawsze z nim. - nadal przetrawiałam tę błogą, słodką wieść, choć pierwszy szok minął. Zapadło długie, pełne tajemniczości milczenie.
— Ja ciebie też. Od...dawna. - wydusiłam wreszcie z siebie, chcąc przerwać nieco niezręczną ciszę. Ogier nagle rozpromienił się. W ciągu kilku minut wyparowała ze mnie większość duszonych negatywnych wrażeń, zastąpiona ulgą i radością, chociaż wiele jeszcze ciężkich momentów zostało przede mną.
— Wróćmy proszę do stada. Tam wszystko wyjaśnimy. - Khonkh uśmiechnął się, po czym podpierając się wzajemnie powoli kuśtykaliśmy do klanu. Ni stąd, ni zowąd, zaczęłam przedstawiać fakty, czując, że to odpowiedni moment i tylko teraz będę w stanie wszystko wyłożyć szczerze. Gniadosz słuchał wciąż nie odzywając się ani słowem, uważnie, niekiedy kiwając głową, ale nie wyglądał na zbytnio tym przejętego, przynajmniej na razie. Pozwalało to zapomnieć też o pulsującym bólu. Skończyłam, wzdychając głęboko.
— Rozumiem. - rzekł krótko, acz wymownie, spoglądając na mnie spod poklejonej, zabrudzonej krwią grzywki. Przymknęłam powieki, przemieniając na chwilę obojętną minę w lekki uśmiech.
Ale miłość nie była wystarczająco dobrym opatrunkiem na fizyczne rany; powoli opadaliśmy z sił. Każdy krok był mordęgą, a krótka dotąd i łatwa droga do stada wydawała się ciągnąć w nieskończoność. Lecz nie trzeba było czekać zbyt długo, by stado wybiegło nam na spotkanie, oczywiście zaniepokojone, a wręcz przerażone takim obrotem spraw. Trafiliśmy od razu na śnieg obok siebie, podczas gdy medyk i zielarz uwijali się jak w ukropie, by zatamować liczne krwawienia, a Nick wyglądał, jakby był już dziś u kresu wytrzymałości. Przy każdym najmniejszym ruchu głową mglisty i tak obraz ciemniał. Ostatecznie, ze wzrokiem utkwionym w oczach ogiera pożegnałam się ze świadomością, mdlejąc. Gdy zbudziłam się po pewnym czasie, oboje wciąż leżeliśmy obok siebie, opatrzeni już i nadzorowani przez Atom Bomb'a. Ta krótka drzemka przywróciła do łask pamięci część moich dawnych trosk, które nie dawały mi spokoju, choć wiedziałam, że aktualnie jestem bezpieczna.
— Gdzie Hanken...? - spytałam cicho władcy.
— Cii. Tym się na razie nie przejmuj. - mruknął w odpowiedzi.
<Khonkh? Cóż, chyba skończyły mi się opowiadania na 1500 słówXD>

15.03.2018

Od Khonha do Yatgaar "Brak zrozumienia"

Nick natychmiast podbiegł do Yatgaar. Myślałem, że przyprowadzi ją, aby opatrzyć rany. Jednak po chwili sam zawrócił, a kiedy oddalił się od klaczy, ta zawróciła i odbiegła w stronę, z której przyszła.
-Yatgaar!-zawołałem za nią, usiłując ponownie wstać. Nie było jednak szans, aby mnie usłyszała. Nick, widząc moją reakcję, odwrócił się by móc zauważyć oddalającą się sylwetkę klaczy.
-Co jej się stało? Ona powinna zostać jak najszybciej opatrzona!-zawołał, ale nie pobiegł za nią. Za pewne uznał, że i tak jej już nie dogoni. W tym czasie jakimś cudem udało mi się wstać.
-A ty co robisz?-zdziwił się, kiedy odwrócił się w moją stronę.
-Wstaję i idę jej szukać-odparłem zgodnie z prawdą.
-W takim stanie? Nie przejdziesz nawet pięciu kroków. Poza tym nie zdołasz jej dogonić.
-A założymy się? Nie może przecież biec wiecznie. Nie dam rady przejść nawet pięciu kroków, tak? To patrz-powiedziałem, po czym z wielkim bólem zacząłem małymi krokami się przemieszczać.
-Dobra, udowodniłeś już, że dasz radę. A teraz daj spokój, wyślemy kogoś po nią-odparł kuc.
-Ty tutaj jesteś władcą, czy ja?!-powiedziałem zdenerwowany. Rozumiałem motywy medyka, ale jego upór zaczynał mnie już denerwować.-Nie rozumiesz, że to JA muszę ją znaleźć i z nią porozmawiać?!-dodałem po chwili głosem nieznoszącym sprzeciwu. Sam zdziwiłem się, ile we mnie zostało jeszcze siły. Jednak jeśli chciałem rzeczywiście odnaleźć Yatgaar, będę musiał przezwyciężyć samego siebie, żeby faktycznie przejść nawet te "pięć kroków". Kuc na szczęście nic już nie odpowiedział i zszedł mi z drogi.
-Dalej szukajcie członków, których brakuje. I uważajcie na nich. Macie ich traktować jak podejrzanych-powiedziałem, oddalając się powoli.
-Jakich podejrzanych?-zdziwił się Nick.
-Tego nie musisz na razie wiedzieć ani ty, ani nikt inny. Po prostu miejcie się na baczności, trzymajcie się w grupach i ich szukajcie-odparłem. Medyk, widząc, że nic mu więcej nie powiem, zrezygnował z zadawania dalszych pytań. Ja zaś ruszyłem, by odnaleźć Yatgaar. Myśl, jak małe mam na to szanse, nawet do mnie nie docierała. Skupiłem się tylko na swoim celu, by nie myśleć o bólu. Wędrówka zdawała się trwać wieczność, choć doskonale wiedziałem, że nie przeszedłem nawet kilku metrów. Jednak z czasem nieco przyzwyczaiłem się do bólu. Kiedy dotarłem do miejsce, gdzie wcześniej była Yatgaar, mogłem już iść po śladach jej krwi i kopyt. Czemu nie chciała pomocy, skoro jest ranna?-myślałem. Droga zdawała się nie mieć końca. Ślady ciągnęły się przez coraz gęstsze zarosła. W końcu usłyszałem dochodzący z oddali, urywany oddech, a po chwili dostrzegłem między drzewami końską sylwetkę. Kiedy pojawiłem się przed Yatgaar, ta, samemu ledwo trzymając się na nogach, stała gotowa do ataku. W pysku miała zakrwawioną włócznię. Mimo to ucieszyłem się na jej widok.
-Yatgaar!-zawołałem z mieszanką radości i ulgi w głosie. Jednocześnie zaczęły dochodzić do głosu inne emocje, o których zapomniałem, kiedy martwiłem się o klacz. Bardzo chciałem, żeby pozwoliła sobie pomóc, a potem, jak już nabierze sił, wyjaśniła mi co się tutaj właściwie dzieje, bo czułem, że ona coś wie. Jednocześnie inna część mnie mówiła mi, że czas najwyższy powiedzieć Yatgaar, że się o nią zamartwiałem, jak bardzo i dlaczego. Innymi słowy, chciałem już powiedzieć jej, co do niej czuję. Bowiem dopiero teraz nabrałem pewności co do tego uczucia. Miłość. -Miałaś rację, a ja cię nie posłuchałem...Chcę...-zacząłem, chcąc jej to wszystko powiedzieć. Jednak ze względu na swój stan nie mogłem zrobić tego tak szybko, jak chciałem.
-Zabij mnie-przerwała mi klacz. Przez dość długi czas znaczenie tych słów do mnie nie docierało, stopniowo jednak zacząłem zdawać sobie sprawę z ich wagi.
-Co? Yatgaar, nie wygłupiaj się. Oboje jesteśmy zmęczeni...-zacząłem, chcąc wyjaśnić sytuację.
-Zabij mnie!-krzyknęła w odpowiedz klacz. W jej głosie słychać było mnóstwo pewności i determinacji. Uznałem, że w takiej sytuacji od razu powiem jej, co do niej czuję. Nie wierzyłem bowiem, że Yatgaar nie odwzajemnia moich uczuć. Więź, która się między nami wytworzyła, była zbyt wyjątkowa i unikalna. Zacząłem się do niej zbliżać.
-Yatgaar, ja c...-nie zdążyłem jednak dokończyć, gdyż przerwały mi głosy ze strony stada. Klacz także je usłyszała. Kopnęła w moją stronę swoją włócznię i ustawiła się tak, żebym mógł szybko i łatwo ją...zaatakować. Ja jednak podszedłem do niej i spróbowałem ją objąć. Klacz wyrwała się mi, pochwyciła swą bronią i puściła się galopem, jakby wcale nie miała żadnych poważnych ran. Niewiele myśląc, zacząłem biec, a raczej próbować biec za nią. W praktyce wyglądało to jednak tak, że po prostu szedłem nieco szybciej niż poprzednio. Logiczne więc było, że po chwili dogonili mnie członkowie stada. Byli to Marabell i Mikado.
-Co ci się stało? Co miało miejsce na tym spotkaniu? Gdzie Yatgaar? Ale przede wszystkim, jak się czujesz? Potrzebujesz czegoś?-klacz od razu zasypała mnie gradem pytań.
-Nie mam teraz na to czasu. Wracajcie do stada-odparłem.
-Kiedy nam kazano cię odnaleźć, sprawdzić jak się masz, przyprowadzić do stada i przekazać, że udało nam się odnaleźć Grey-powiedział Mikado.
-Schwytaliście Grey?-zapytałem.
-Odnaleźliśmy-poprawił mnie Mikado.
- Mniejsza o to. Coś mówiła?
-Powiedziała tylko, że widziała, iż sam zaatakowałeś posłańców, a Aron stanął w ich obronie-odparła Marabell.
-Ona niby to widziała? Jakim cudem, skoro było zupełnie na odwrót! Poza tym nie mogło jej tam być pod żadnym pozorem, więc niby jak miała to widzieć?!-zdenerwowałem się. Po raz kolejny z powodu Grey byłem stawiany w jak najgorszym świetle.
-Wielu członkom również wydało się to podejrzane, a kiedy zaczęli ją dokładniej wypytywać, poczęła się jąkać, gubić we własnych słowach, aż w końcu na dobre zamilkła-odparła Marabell.
-Dobrze, słuchajcie więc teraz uważnie. Wróćcie do stada i każcie dokładnie pilnować Grey. Poza tym szukajcie dalej innych członków-powiedziałem.
-A co z tobą?-zapytał Mikado.
-O mnie się nie martwcie. Idę dalej szukać Yatgaar-odparłem.
-Nie możesz...-zaczęła Marabell.
-Jestem władcą. Wszystko mogę-choć bardzo nie chciałem, musiałem ponownie użyć swej pozycji i władczego tonu. Oboje zrozumieli, że zdania nie zmienię. Pożegnali się i zawrócili w stronę, z której nadal dobiegały głosy stada.
-Niech nikt już tu nie przychodzi więcej-rzuciłem do nich na odchodne. Sam zaś pędem, a raczej szybkim chodem puściłem się w pościg za Yatgaar. Na szczęście ponownie mogłem iść po jej śladach. Czemu ona się tak zachowuje? O co chodzi? Co się tutaj dzieje? Co się jej stało?-w mojej głowie pojawiało się coraz więcej niepewności, jednak nadal przebijała się przez nie jedna myśl. Kocham Yatgaar i muszę ją odnaleźć. Zrozumieć, co się z nią dzieje. Nacieszyć jej obecnością, a potem dopiero spróbować się dowiedzieć czegoś od niej o tej sytuacji-myślałem. Strasznie się o nią bałem. Obawiałem się, że w takim stanie sama sobie coś jeszcze zrobi. Poza tym nie była teraz raczej w pełni sił, a wilków, które zwietrzą krew, nie trzeba specjalnie zapraszać. Ani żadnych innych drapieżników. Kiedy zdałem sobie sprawę z wszystkich możliwości, od razu przyspieszyłem. W końcu udało mi się ją jakimś cudem ponownie odnaleźć.
-Co ty robisz?!-spytałem, widząc Yatgaar gotową przebić się własną włócznią.
-Nienawidziłam cię. Wszystko szło jak po maśle, a potem...-klacz przerwała. Nienawidziła mnie? Szło jak po maśle? Potem...?-zastanawiałem się, co mają znaczyć jej słowa.
-Co to ma znaczyć? Czemu mnie nienawidziłaś? Kiedy? I co szło jak po maśle? Co potem? Yatgaar, co się tutaj dzieje?-zasypałem ją pytaniami, podczas gdy klacz nawet na mnie nie patrzyła. Między nami zapadła pełna napięcia cisza.
-Nie zrozumiesz tego. Poza tym po co mam ci mówić, skoro nic nie da się już odkręcić. Stało się i najlepiej będzie, jeśli mnie zabijesz-powiedziała klacz, podnosząc na mnie swój pełen determinacji wzrok. Do kompletu miała jeszcze zaciśnięte wargi, postawione uszy. Stała sztywno, ale widziałem, że ledwo trzyma się na nogach. Nie zdawałem sobie tylko sprawy, czy to z powodu utraty krwi, czy też wagi całej tej sytuacji.
-Yatgaar, jeśli masz mówić takie rzeczy, zamilcz. Wróć ze mną do stada i pozwól chociaż sobie pomóc. Błagam-odparłem. Klacz ponownie długo się nie odzywała, a ja wykorzystałem ten czas, by podejść do niej. Wziąłem jej włócznie i odrzuciłam jak najdalej, po czym poprawiłem jej grzywkę. W końcu Yatgaar podniosła na mnie swój wzrok.
-Czemu ty zawsze musisz wszystko utrudniać? Miałam idealny, łatwy plan. A ty go zniszczyłeś, sprawiając, że....-klacz przerwała na chwilę.- A teraz, kiedy chcę wszystko zakończyć jak najlepiej dla ciebie i dla mnie, znowu wszystko komplikujesz-dodała po chwili.
-O jakim planie ty mówisz?-zdziwiłem się.
-Nieważne. To wszystko nieważne. Zabij mnie, to będzie najprostsze rozwiązanie!-zawołała Yatgaar, oddalając się powoli do tyłu.
-O nie, tym razem nigdzie stąd nie idziesz-odparłem, podchodząc ponownie do klaczy.
-Ty nic nie rozumiesz-odparła klacz.
-To mi wytłumacz.
-Nie mogę-powiedziała łamiącym się głosem Yatgaar.
-Dlaczego?-spytałem spokojnie.
-Bo tego nie zrozumiesz! Dlaczego nie chcesz mnie zabić?! Albo po prostu zostawić w spokoju?! Jeśli nie chcesz, sama to zrobię lub po prostu odejdę i już nigdy nie wrócę ani nie pozwolę się odnaleźć!-zawołała klacz, ponownie się cofając.
-Yatgaar, nie mogę cię zabić. A jeśli odejdziesz, moje życie straci całkowicie swój sens. Bo ja cię...-zacząłem, podchodząc do klaczy. Yatgaar patrzyła na mnie niepewnie, ale i z nutką ciekawości. Początkowego zdecydowania i pewności było w niej coraz mniej.
<Yatgaar? Ciekawe co ty tam wymyślisz XD>

15.03.2018

Od Yatgaar do Khonkha ,,Zabij mnie"

Pokręciłam powoli głową, z wzrokiem wbitym w ziemię. Nogi, pokryte strużkami krwi sączącymi się z ran odmówiły mi posłuszeństwa. Nagle moje źrenice rozszerzyły się. Zupełnie nie miałam pojęcia jakim cudem mogłam się tu znaleźć, co popchnęło mnie do czegoś takiego. Muszę uciekać. Jakkolwiek! - kasztanowato-srokaty kuc był już jednak tuż-tuż, zbliżając się kłusem z równocześnie zaniepokojoną i pełną ulgi miną. Mój umysł, wyczerpany, pracował na najwyższych obrotach, próbując z trudem wymyślić jakąś wymówkę.
— Och, Yatgaar...Wszędzie cię szukaliśmy. Chodź, pomogę ci. - zaoferował się od razu. Nie odpowiedziałam nic, wsłuchując się w świszczenie wiatru, nie poruszyłam się ani o milimetr. W końcu w przeciągającym się zdecydowanie zbyt długo kłopotliwym milczeniu, udało mi się coś wykminić.
— Ja tu poczekam...zostanę, a ty idź po coś... - mruknęłam, napinając mięśnie z całych sił, by utrzymać się na nogach.
— Nic nie mów, tylko chodź. - rzekł stanowczo medyk, jednak rzuciłam mu jedno ze spojrzeń, wkładając w to całą swą determinację i stanowczość. Nick westchnął, mrucząc coś pod nosem o szalonych pacjentach, po czym posłusznie odszedł. W oddali przez całą rozmowę z przerażeniem obserwowałam kątem oka sylwetkę Khonkha leżącego na ziemi, przynajmniej żywego. Pragnęłam z nim rozmowy, a równocześnie tego nie chciałam. I nie był to bynajmniej strach. Z nim byłoby łatwiej. Wystarczyłoby wyjść mu naprzeciw i przemówić do rozumu. Ale tu im bardziej posuwałam się naprzód, tym bardziej musiałam się cofać.
Gdy osobnik był już wystarczająco daleko, prędko, na tyle, na ile mogłam, szybkim kłusem oddaliłam się, za sobą słysząc jakieś urojone wołania. Wreszcie zatrzymałam się na brzegu lasu, w jego gęstym kawałku, dobrze ukryta na tle okrągłego głazu. Całe moje ciało stanęło w ogniu; ból powodowany przez wypływającą pulsacyjnie krew z ran, pieczenie od biegu i osłabienie wżerały się w moją świadomość. Oparłam głowę o drzewo, zamykając oczy, lecz nadal kręciło mi się w niej jak w pralce. Oddychałam stopniowo coraz wolniej. Zaciskając zęby, podniosłam pysk do góry, wbijając wzrok tym razem w pogodne, intensywnie turkusowe niebo po którym przetaczały się łagodne, białe, pierzaste olbrzymy, niezmiennie od tylu lat, jakby jakiś odrębny, nieziemski świat, którego nie dosięgały jego troski. Zerknęłam na włócznię z tyłu, zatkniętą za szkarłatny w tym momencie pas. Na jej ostrzu wciąż bujała się kropelka krwi. Wtem do moich uszu dotarł dźwięk posuwania się z trudem końskich kończyn przez warstwę śniegu w moim kierunku, gdzieś blisko. Sięgnęłam po trzon broni i czekałam, trzymając ją w pysku. Wkrótce w zasięgu mojego wzroku znalazł się Khonkh, ledwo już ciągnący do przodu, lecz na mój widok jakby się ożywił.
— Yatgaar! - krzyknął słabo. Przez te kilka sekund zżerała mnie obawa, że do połowy obandażowane, pokryte maściami, zmasakrowane ciało odmówi ogierowi posłuszeństwa, ale nie miałam śmiałości zbliżyć się i mu pomóc. Kiedy był już blisko, mimo wszystko doskoczyłam, podpierając jego lewy bok.
— Yatgaar, proszę... - wydyszał, lecz zastrzygłam uchem dając do zrozumienia, by złapał oddech, wpatrując się wciąż w jego pysk. Z pozoru nic się nie zmieniło; rany, przynajmniej mi, nie robiły różnicy. Lecz oczy wypełnione były przerażeniem, niepokojem i dezorientacją, zgasło w nich iskrzące się w tle światełko. Gniadosz odszedł nieco, rezygnując z podparcia, tak, by mógł mi patrzeć prosto w oczy. - Miałaś rację, a ja cię nie posłuchałem...Chcę... - nieustannie cofałam się podczas tej przemowy, dłuższej ze względu na stan Khonkha. Spuściłam łeb całkowicie do ziemi. Niechaj sprawiedliwość wymierzy, jeśli tak bardzo tego pragnie. Przerwałam mu.
— Zabij mnie. - rzekłam cicho, lecz tonem pewnym i wypranym z uczuć, choć w środku aż się od nich roiło. Czułam, że długo nie wytrzymam. Arab gwałtownie zamilkł, sztywniejąc. Powoli jego wyraz zmieniał się z uradowanego i zaniepokojonego w pełen smutku, goryczy i zaskoczenia. Odłożyłam niespiesznie włócznię na śnieg.
— Oboje jesteśmy zmęczeni...
— Zabij mnie! - wrzasnęłam, by wziął to w końcu na poważnie. Nagle wezbrało we mnie wszystko to, co dusiłam w sobie do tej pory. Niech już ma swoją przyjemność, niech skończy się to. Khonkh jeszcze bardziej osłupiał, lecz po chwili zaczął się zbliżać.
— Yat, ja c... - zaczął, jednak przerwały mu wołania dochodzące od strony stada, przybliżające się coraz bardziej. Kopnęłam z całej siły włócznię w jego stronę, odsłaniając wszelkie wygodne punkty, ale gniadosz miast tego spróbował mnie przytrzymać, obejmując. Delikatnie wyrwałam się, po drodze odzyskując broń. Nie uśmiechało mi się spotkanie z resztą stada. Ruszyłam galopem, kompletnie ignorując ból i zmęczenie. Nieustannie krztusiłam się i zarzucałam głową, cwałując na oślep, byle uciec jak najdalej. Dlaczego nie mógł najzwyczajniej w świecie pozbyć się tego, co było dla niego najbardziej szkodliwe? Niczym rak planujący kolejne przerzuty. Nienawidzę. - myśli przelatywały mi i znikały natychmiast jak pociąg pełen ludzi w tunelu. Kocham go. - zatrzymałam się gwałtownie na polance czyli gładkiej, śnieżnej tafli, padając po prostu na puch. Włócznia poturlała się kilka metrów dalej. Powoli podniosłam się z boku i ułożyłam na przednich nogach, nie będąc w stanie zrobić nic więcej. Ból paraliżował wszelkie moje ruchy po szalonej gonitwie. Tuż nade mną, na wprost, górował trójkątny kształt pokryty bruzdami w postaci skał, zielonymi plamami w postaci lasów i białymi na samym szczycie; Tsenkher. Za mną i po mojej prawej stronie rozciągał się bór. Od lewej ciągnęła się strefa przejściowa. Zacisnęłam powieki, po czym zaczęłam po cichu rzucać melodię na wiatr, wśród którego podmuchów szybko niknęła.
Spróbowałam wyciągnąć szyję. Ledwo złapałam zębami drewniany trzon, ale udało mi się przyciągnąć go wystarczająco blisko. Grot iskrzył się prawie niewidocznie niczym śnieg w jasnym słońcu. Czas mijał nieubłaganie, księżyc wstępował na niebiosa. Po raz trzeci tego dnia usłyszałam kroki. Wiedziałam przynajmniej, do kogo należą. To bez sensu. - westchnęłam, czekając na jego wypowiedź.
— Co ty robisz...? - tylko tyle zdołał z siebie wydusić.
— Nienawidziłam cię. Wszystko szło jak po maśle. A potem... - Potem pojawił się Hanken. Nie byłam w stanie dłużej podtrzymywać takiego stanu. Coraz bardziej traciłam kontrolę nad frakcją. I wtedy zdałam sobie sprawę z tego, jaka jest prawda. Kocham cię. Rozwaliłam ich plan, mordując morderców. Chcę, żebyś był szczęśliwy i bezpieczny. 
<Khonkh? Tej piosenki słuchałam na długo przed pomysłem, żeby ją tu wrzucić, polecam w stanach depresyjnych (XD). Tekst akurat pasuje, co zdarza się rzadko...E, no, dość o tym, końcówka trochę maślana, ale chyba jest do przełknięcia opko. Czekam na twoje pomysły :D XD>
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika