→ Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU

6.11.2017

Koniec uczty

Moi drodzy, to już koniec uczty. Ostatni okruszek został zjedzony, ostatnie echo bębnów poniosło się po dolinie. Witamy w normalnym świecie! *A nie...jak on może być normalny ze mną i wami na czele?XD*
Myślę, że wypadałoby powiedzieć parę słów o tym evencie.
Bezgłowy koń miał pełne kopyta roboty - co rusz głowę zawracał mu Bush Brave czy Marabell. Miejmy nadzieję, że nie stracił przy liczeniu głowy...Bush odważył się poprosić o zadanie 2 razy (drugiego do tej pory nie wykonał, ale ma na to czas do 12 listopada), Marabell jeden (z czego zadanie wykonała dawno) Ogółem naprawdę fajnie się to ułożyło :3
I tu będę wychwalała Marabell i robiła jej biografię, więc jeżeli komuś nie odpowiada to radzę ominąć ten kawałek *) To wszystko dlatego, że nieumyślnie przysłałam jej za dużą paczkę wenyXD
Jako jedyna napisała opowiadanie o Halloween złożone z dwóch części, za które dostała 20 nietoperzy. Tu Część 1 i Część 2. Brawo!
Wykonała także 3 dynie w kreatorze naraz. Oto jej prace:
I kolejne gacki musiałam wypuścić :(
Oraz napisała opowiadanie również podzielone na dwie części o wyprawie do krainy zmarłych Tu Część 1 i Część 2. 50 nietoperków i brawka!
Dostaliśmy też od Marabell faviconę i banner. Ostatnio zaoferowała się także napisać naszą pierwszą legendę! Sama z uzbieranej waluty wykupiła stanowisko arystokraty i odmłodzenie o 2 lata, ale w sumie naprawdę nie wiem, co zrobi z resztą, a sporo jej zostało...
A teraz czas na tzw. szczęśliwy traf, czyli loterię! Wzięli w niej udział Marabell, Bush Brave i Tayfun. Żeby nie było, korzystałam z tego cacka i patrzyłam centralnie w bok. Przedstawiam więc wyniki losowania:

Niestety, Bush Brave'owi nie udało się niczego wygrać. Spróbuj ponownie.
Marabell wygrywa 5 pszenic.
Tayfun wygrywa odmłodzenie o 2 lata.

I tak oto opisałam wam wszystko, co się działo w związku z eventem. Myślę, że w tym miesiącu należą się szczególne uznania dla naszej Marabell. Nie można już wykonywać zadań związanych z eventem i nie będą one przyjmowane. Wyjątkiem są wcześniej zakupione eliksiry Cruxo, które do 12 listopada można wykorzystać, i niedokończone zadania od bezgłowego.

Może trochę z innej beczki; jak pewnie zauważyliście, pojawiła się ankieta w związku z zabawą na chacie. Rozstrzygnie ona, która z nich zostanie zorganizowana ok. 20 listopada.
Nastąpiły drobne zmiany w punkcie 4 z paragrafu II kodeksu stadnego! (Zaczynam gadać jak jakiś urzędnik?) Radzę wszystkim zainteresowanym zapoznać się z jego treścią ponownie. Cóż, to chyba tyle. Miłego dnia i weny!
~Yatgaar

6.11.2017

Od Marabell do Mikada ,,Miękkie drzewo"

Szukałam sobie różnych pyszności, chrapy znajdowały się przy ziemi. Jak miałam zauważyć, że ktoś jest przede mną?' - tak tłumaczyłam sama siebie, gdy wpadłam w jakiegoś konia, tego byłam pewna. Był za miękki na bycie drzewem, a budowa klatki piersiowej, w którą z całej pary uderzyłam głową z pewnością należała do koniowatego. Podniosłam głowę i spojrzałam na zawalidrogę.
- Przepraszam.
- Nic nie szkodzi - odparł ogier - w połowie to była moja wina.
Nie odpowiedziałam na to, nie miałam żadnego pomysłu. Spojrzałam w dół, na ziemię, gdzie leżała część moich zapasów, która wysypała się z torby. Zaczęłam ją zbierać z powrotem wsadzając do skórzanego schowka.
- Jesteś zielarką? - zapytał ogier, który po chwili ciszy przyłączył się do zbierania mojego jedzenia.
- Dlaczego tak myślisz? A, to! Nie, ja tylko zbieram zapasy dla siebie, wiesz jak o nie trudno teraz, a dzięki temu prawie zawsze mam co włożyć do pyska.
- Pomysłowe. A zatem, jeśli nie zielarką, to kim jesteś?
- Jestem czujką. Wiesz, tą od latania po całym miejscu postoju wypatrując różnych drapieżników i innych niebezpieczeństw. A ty?
Milczał przez chwilę, zastanawiając się, czy odpowiedzieć na moje pytanie.
- Nie musisz mówić - uśmiechnęłam się najszczerzej jak umiałam - A tak w ogóle, jestem Marabell.
<Mikado?>

6.11.2017

Od Marabell ,,Bycie czujką"

Przechadzałam się, to tu, to tam, ot, codzienność czujki. Podzieliłam się z Aronem na warty - on swój patrol zaczynał o 5, kończąc go o 17, a ja na odwrót, gdyż zaczynałam swoją wartę o 17 i kończyłam o 5. Dzięki temu dzień miałam wolny, a w nocy mogłam bezkarnie łazić, choć najczęściej skutkowało to tym, że nie przesypiałam ani minuty przez 24 godziny. Czasem latałam jak kot z pęcherzem do patyka wbitego w ziemię, który pokazywał, która godzina, by sprawdzić, czy moja kolej nie nadeszła właśnie. Kłusowałam więc tak sobie wśród nocnej ciszy, czasami przystając by zerwać trochę roślinności do swojej torby, albo na odwrót - coś z niej zjeść. Chyba powoli zaczynałam rozumieć Tayfuna z jego zamiłowaniem do roślin. Wiedza, czy coś jest jadalne, czy też ma jakieś właściwości lecznicze przydawała się. Czasem po swoich patrolach zanosiła swój zbiór zielska do ogiera, który tłumaczył mi działanie poszczególnych chwastów. Dużo więcej jak połowę nazw roślin które podawał Tayfun zapomniałam, tak samo jak większość przypadłości, które mogą wystąpić lub niknąć po zjedzeniu danej rośliny. Jednak, dzięki sile swojej woli zapamiętałam jak wyglądają wszystkie rośliny które bez obaw mogłam spałaszować. W swoim zamyśleniu wpadłam w drzewo.
- Ała! - krzyknęłam szeptem, by nie obudzić śpiących członków stada.
Chodziłam tak, dopóki zegar nie wskazał 5, o której grzecznie pokłusowałam budzić biednego Arona.
Koniec

5.11.2017

Od Marabell ,,Z wizytą w zaświatach" Cz. 2

Szłam tym mostem, podziwiając piękno owej krainy, jak i rozglądając się za kimś, kto wyglądał by inaczej - jak ktoś, kto może mi pomóc wrócić z powrotem do swojego świata. Na moją głowę i grzbiet cały czas padał deszcz płatków kwiatów. W pewnym momencie wpadłam na jedną z postaci. Jej ciało, złożone z kości, było zadziwiająco miękkie, jakby pokryte drobnymi włoskami. Cofnęłam się, ale tak niefortunnie, iż jedno z moich tylnych kopyt znalazło się poza mostem. Nie miałam możliwości by się złapać - moje nogi ślizgały się na płatkach, nigdzie nie było czegoś, za co mogłabym się złapać. Spadałam. Powietrze wyło mi w uszach, jednocześnie sprawiając, że moje oczy zaczęły łzawić od pędu. Jednak nie uderzyłam się. Spadłam prosto w miękkie może płatków, działających jak sprężyna - zapadłam się, odbiłam, po czym stanęłam na nogach. Kopyta ginęły trochę wśród kolorowej nawierzchni, po której ciężko było chodzić, gdyż uginała się pod kopytami. W moją stronę schyliła się postać z mostu, przez którą tu wylądowałam.
- Wszystko dobrze? - zapytała zatroskanym głosem. Wydawało mi się, że skądś go znam, ale nie miałam pojęcia skąd.
- Tak. Tylko nie wiem, jak stąd wyjść! - odkrzyknęłam w odpowiedzi.
- Idź w stronę placu - powiedziała znajoma-nieznajoma i pobiegła mostem w tamtą stronę.
Postawiłam jeden krok. Znowu ledwo utrzymałam równowagę. Podskoczyłam. Kwiecista nawierzchnia ugięła się pode mną i... Wybiła z powrotem w górę. Takimi skokami przemierzałam owe morze. W pewnym momencie odkryłam, że mnie to nawet bawi. Gdy zbliżyłam się do placu, odkryłam że jedna z krawędzi tworzy łagodne zbocze kończące się w morzu. Kilka koni wesoło skakało po kwiatach.
- Tutaj! - usłyszałam głos tamtej klacz, która stała na brzegu i machała do mnie głową.
Skierowałam swoje kroki w tamtą stronę.
- Niezła zabawa, prawda?
- Hm... W sumie, tak - odpowiedziałam po chwili namysłu, gdy stanęłam już na stałym gruncie. Kilka metrów od nas, na samym środku placu tańczyły wesołe grupki w takt muzyki wygrywanej na bębnach.
Zaczęłyśmy się sobie przyglądać, tak właściwie to ona zaczęła pierwsza, ja się tylko zastanawiałam, o co jej chodzi.
- Marabell? - pytanie dość mnie zaskoczyło.
- Tak... Ale skąd to wiesz?
- Byłaś taka malutka, pewnie mnie nie pamiętasz. Zmarłam miesiąc po twoich narodzinach.
- Mam rozumieć, że jestem w krainie umarłych? - podświadomie wiedziałam to, jednak nie potrafiłam dać wiary.
- Tak, Marabell. A ja jestem twoją babcią ze strony matki.
- Babcią ale... Mówisz bardziej młodzieńczo!
- Tutaj wszyscy młodnieją. Choć, pójdziemy do reszty. Potańczymy trochę, pozwiedzamy...
Szybko przystanęłam na propozycję babci, po czym ruszyłyśmy na poszukiwania reszty rodziny. Jednak nie znaleźliśmy jej, więc same przystąpiłyśmy do tańczenia. Po jakiejś godzinie nogi całkiem mi odpadały.
- Co ci jest?
- Nic, jestem tylko zmęczona. Nogi mnie już bolą od tańca!
- Zmęczona? Oh, ja już od tak dawna nie czuję zmęczenia... Tutaj nikt nie czuje pragnienia, nie musi oddychać, jeść ani pić. Jednak robimy to, z przyzwyczajenia, a również dlatego, że wciąż czujemy smaki.
- Naprawdę? Dziwne to trochę.
- Jak dawno tu przybyłaś? - zapytała babcia po chwili milczenia, jakby olśniona.
- Nie wiem... Kilka godzin temu.
- Naprawdę? Musisz jak najprędzej wrócić na powierzchnię!
- Dlaczego? Tu jest tak miło, kolorowo, nie ma wojen i zmartwień...
- Jeśli tego nie zrobisz na czas, albo umrzesz i zostaniesz tu, albo wrócisz tam schorowana, stara i słaba.
- Chyba naprawdę wolę zostać...
- Masz jeszcze tyle życia przed sobą, kochanie! Tyle wspaniałych chwil. Naprawdę chcesz to zaprzepaścić? Może, jeśli się uda, wrócisz tu za rok... Ale teraz, choć za mną!
Stałam chwilę, ale ruszyłam w ślad babci. Doszłyśmy do skraju placu, jednak zamiast wejść na most, stanęłyśmy na czymś w rodzaju kwiatu. Wokół nas zawirowały iskierki, po czym znalazłyśmy się w jakimś pomieszczeniu. Na skale leżała bardzo elegancko ubrana klacz, w kapeluszu, z pod którego wypływały kruczo czarne, falowane włosy.
- Z czym przychodzisz, Jawialima?
- La Catarino, moja wnuczka za sprawą jakiegoś zaklęcia znalazła się tutaj. Czy możesz ją wysłać z powrotem do domu?
- Za sprawą jakiego zaklęcia trafiłaś tutaj, moja droga? - zapytała piękna klacz.
- Wypiłam taki tęczowy napój... - odpowiedziałam dość niepewnie.
Zamiast odpowiedzi dostałam fiolkę podobnego płynu.
- Wypij - powiedziała La Catarina.
Gdy zawartość butelki znalazła się w moim pysku, uczucie było odwrotne od tego, które czułam poprzednio - w mój język wbiły się malutkie drzazgi, a po ciele przeszła pala zimna. Świat znowu zawirował, po czym znalazłam się tam, gdzie byłam wcześniej - w lesie obok miejsca postoju klanu. Ruszyłam tam, skąd dochodziły rozmowy koni i uradowana spostrzegłam, że jestem w domu - w Klanie Mroźnej Duszy.
The End

5.11.2017

Nowy szpieg - Mikado!


1, 2
Źródło: Zdjęcie główne, 1, 2
Motto: Motto mottem, życie życiem!
Imię: Mikado
Tytuł: Kataxo
Wiek: 15,5 roku
Płeć: Ogier
Ranga/i: Emeryt
Głos: Ronnej (Nightcore)
Rodzina:
Matka:
Eumi - Klacz o wielkim sercu. Jest delikatna i subtelna. Jest pracowita, ale czasem bierze ją leń.
Wszystko zmieniło się jak porwali matkę ogiera. Czuł się bardzo źle. Chciał namówić tatę, by pójść jej szukać, ale on podrywał kolejną. Matka potem męczyła się w szkółkach i zrobiła się bardzo buntownicza. Najbardziej tęskniła za mężem i synem. W końcu w deszczowy dzień, padła na piasek…
Ojciec :
Wars miko – Zdecydowany typ lowelasa. Pomimo to twardo stąpa po ziemi. Nie jest specjalnie miły, ani specjalnie oschły. Zawsze ostry dla swojego syna, gdy w pobliżu nie było Eumi. Miał na celu zniszczyć klaczy życie.
Osobowość: Miły, a czasami wstydliwy. Stara się unikać kłótni. Nie lubi za bardzo zagłębiać się w marzenia, ale marzy. To ogier, który zawsze mówi prawdę, bardzo szczery, do bólu. Jeśli według niego jesteś tym, kto nie spodoba się naszemu bohaterowi, szybko ci to powie. Pamiętaj jeśli złamiesz jego duszyczkę, nie wiadomo co zrobi.
Jeśli chcesz wiedzieć ile przeklina to powiem ci u niego nie ma „wymsknięć” , ale jednak robi to nawet często. Nie koniecznie jeśli się martwi czy coś mu się nie podoba.
Orientacja: Jednak woli klacze niż ogiery w miłości. Choć nigdy nic nie wiadomo....
Partner/Partnerka: Dawniej Marabell.
Potomkowie: Mivana.
Aparycja: 

  • Rasa: Niekreślona. Skąd ma wiedzieć jaką rasą jest. To tylko ludzie sobie wymyślili.
  • Wygląd: Brzydszy niż sobie wyobrażałaś :>Skarogniady gier z karą grzywą i wielkimi kopytami. Wystarczy klaczo?
  • Znaki charakterystyczne: Kępka białej sierści. Za uchem.
  • Wzrost: 180 cm
  • Waga: 600 Kg

Umiejętności: 
Siła fizyczna: 115
Szybkość: 120
Zwinność: 55
Technika: 65
Wytrzymałość: 35
Kamuflaż: 110
Umiejętności dodatkowe: -
Historia: Mikado urodził się w styczniu. Mama zawsze mówiła na niego "mały facet". Była bardzo troskliwa, ale gdy ją zabrano, źrebak nie wiedział co począć. A po ojcu słuch zaginął.. Szedł w stronę światła, bo mama zawsze kojarzyła mu się z nadzieją. Okazało się, że doszedł do stajni. Bardzo dobrze się nim opiekowano, ale tęsknił za mamą. W końcu uciekł, niestety szukając mamy zgubił się. Dorastał sam sobie radząc. Pewnego dnia znalazł to stado. Szczęśliwy, lecz strapiony stratą matki do niego dołączył.
Inne: Czasami jest inny niż sobie wyobrażałeś…
Kontakt: aisza

4.11.2017

Od Marabell ,,Z wizytą w zaświatach" Cz. 1

Szłam przez las, rozglądając się za kolejnymi kawałkami roślin, które mogłabym potem zjeść. Moja torba powoli zaczynała świecić pustkami. Nagle zobaczyłam kępkę trawy. Była pięknie, soczyście zielona, tak kusząca. Przez moją głowę przeszła myśl 'Skąd się wzięła taka trawa o tej porze roku?', ale odepchnęłam ją od siebie. Zaczęłam szybko zrywać pokaźną stertę, która w końcu przestała mieścić mi się w torbie. Zjadłam więc stare badyle z dna torby, po czym na ich miejsce spakowałam resztkę tej świeżej trawy. Troszkę uszczknęłam, by sprawdzić, jak smakuje. a smakowała ona jak w lipcu, soczysta i pyszna. Nagle, zobaczyłam, że coś się świeci pośród oszronionych listków oszronionego krzewu, rosnącego obok tamtej trawy. Niezbyt chciało mi się wierzyć, iż jest to tylko szron, gdyż wyglądało to zupełnie inaczej. Twierdząc, iż nic mnie nie kosztuje odgarnięcie kilku gałązek, dodatkowo pchana ciekawością zajrzałam pod gałązki i kilka oszronionych listków, które nie opadły na czas. Leżała tam butelka, a tuż obok niej małe drewienko, służące zapewne jako zatyczka. Szkło odbijało promienie słońca, a dodatkowo płyn, znajdujący się w środku, niejako świecił. Koloru cieczy nie dało się rozpoznać, bowiem mieniła się ona wszystkimi kolorami tęczy. Kopytem przyturlałam ją na gołą ziemię, którą pozostawiłam po zerwaniu trawy. Mała kropelka płynu spadła na ziemię, na której błyskawicznie urosła pyszna trawa. Gdy schyliłam się, go moich nozdrzy dotarł słodki, drażniący zapach.
- Niesamowite! - stwierdziłam, przeżuwając pyszną zieleninę.
Stwierdziłam, że jeżeli ciecz wpływa tak świetnie na rośliny, to dlaczego ma źle wpłynąć na mnie? złapałam butelkę w zęby po czym przekręciłam ją. Do mojego pyska wlała się zawartość tajemniczej butelki. Musowała na języku, a po ciele rozniosła przyjemną falę ciepła. Już nie było mi zimno. Nagle świat zaczął się rozmazywać. Zmieniać, rozciągać, przemieszczać. Głowa zaczęła mnie boleć, ale przestała, gdy świat przestał wirować. Nie byłam jednak już wśród drzew niedaleko miejsca gdzie zatrzymało się stado. Stałam na drodze usianej płatkami chryzantem oraz aksamitek, głównie pomarańczowych. Z nieba leniwie i nielicznie, ale jednak, spadały kolejne płatki. Tak właściwie, nie było nieba. Nad moją głową znajdowało się sklepienie, podobne do tych w jaskiniach. Na dość licznych zaciekach pozawieszane były girlandy z kolorowych kwiatów, często takich, których nigdy wcześniej nie widziałam. Nie było ziemi. Tylko skalne mosty, pokryte płatkami, a w dole widać jak okiem sięgnąć rozpościerało się jedynie morze płatków. Gdzieś dalej widać było ogromny placyk, dalej następny, po nim kolejny, i kolejny. Z każdej strony rozpościerały się takie mosty i placyki, tworząc coś na kształt pajęczej sieci. Zrobiłam krok na przód. I wtedy okazało się, iż spokój, który dotąd panował, był tylko iluzją, abym miała szansę się jako-tako rozejrzeć. Naraz zaczęły przechodzić koło mnie dziwne postacie - końskie kościotrupy, w barwnych strojach na kształt ludzkich oraz wymalowanych we wzorki kościach głowy. Klacze nosiły na głowach wianki, ogiery zaś kapelusze. Do moich uszu dochodziła skoczna muzyka i stukot kopyt. Na mostku, na którym stałam, nie było wielkiego tłumu, gdyż wszyscy zebrali się na jednym z placów i urządzili sobie potańcówkę. Każdy koń, który mnie mijał, przypatrywał się mi zaskoczony, lecz nikt o nic nie pytał, a ja postanowiłam pójść w stronę tańczących. Nie miałam racjonalnego wytłumaczenia, dlaczego tam idę. Po prostu tam szłam.
CDN

4.11.2017

Od Marabell ,,Zadanie bez głowy"

W brzuchu burczało mi coraz bardziej. Starałam się wyszukać cokolwiek, co mogłabym zjeść. Chodziłam w kółko, bez celu, tylko po to, by patrzeć na jedzenie, które jest już niejadalne. Było mi zimno i byłam przygnębiona. Czegoś mi w życiu brakowało, czegoś, co towarzyszyło mu zawsze.
- Może to strach, przed gniewem i oskarżeniami? A może to... - spojrzałam na majestatyczne góry, znajdujące się tuż przede mną. Wysokie, o ostrych zakończeniach w kolorze tych pięknych, małych kwiatuszków, rosnących w czerwcu. Niektóre szczyty znikały za warstwą puchatych chmur - chęć do przygody?
Nagle poczułam przemożną chęć, by wyruszyć w podróż. Zobaczyć, co kryją góry. Rozejrzałam się wokół. Wszystkie rośliny były pokryte szronem (nowym, białym czymś, będącym bardzo podobnym do spadających płatków), większość gniła powoli. Jednak były kawałki, które nie rozkładały się jeszcze, były tylko przysłonięte szronem. Pobiegłam więc w stronę skał, wśród których schowałam swoją torbę. Wzięłam ją szybko w zęby, po czym, nie odpuszczając żadnej malusiej kępce, żadnemu listkowi i roślince, napełniłam ją różnym jadalnym zielskiem. Gdy już byłam tak przygotowana i zlokalizowałam już Khonkha, stojącego na szczycie jakiegoś pagórka, zapewne dlatego, że widział stamtąd wszystkich członków klanu, ruszyłam w jego stronę. Wchodząc pod górę, poślizgnęłam się o śliską trawę i szczątki chryzantem, które niedawno przekwitły. Zebrałam kilka kolejnych kawałków zieleniny, po czym weszłam na szczyt.
- Dzień dobry. Czy mogłabym się tam wybrać? - zapytałam, łbem wskazując pierwszy lepszy punkt w górach.
- Witaj, Marabell. Oczywiście, że możesz, nawet nie musiałaś pytać.
- Dziękuję. Miłego patrzenia - powiedziałam, po czym zaczęłam schodzić ze wzniesienia.
- Marabell? - zapytał, a ja się odwróciłam.
- Tak?
- Uważaj na siebie. Słyszałem, iż osiedliły się tam irbisy.
- Dobrze, dobrze - powiedziałam, tym razem skutecznie, znikając z wzgórza.
'Irbisy... Co to w ogóle jest? Czy to nie te wielkie drapieżne koty, takie jak te, o których mówili na zajęciach w szkole? Czego ja mam się bać? W szkole zawsze mówili wszystko nad wyraz. Zapewne to tylko malutkie biało-czarne koteczki!' - stwierdziłam w duchu, by podnieść się na duchu. Przejście przez las, oddzielający miejsce postoju klanu, od gór było pestką. Po drodze zjadłam część swojego zapasu, jednak uzupełniając go tym, co znalazłam wśród łysych drzew i krzewów. Zaraz za ostatnim drzewem zaczynał się kamienisty grunt wspinający się coraz wyżej, i wyżej... Spokojnym kłusem pokonywałam coraz większy odcinek, zwalniając tylko wtedy, gdy na swojej drodze znalazłam błoto, lub hałdy śniegu. Spojrzałam w dół. Nie byłam bardzo wysoko - zaledwie kilka metrów nad szczytami najwyższych drzew rosnących jeszcze na normalnym gruncie. Mogłam widzieć stamtąd kilka koni z klanu, ale nie mogłam rozpoznać, kto to, gdyż wszyscy byli malutcy, niczym mrówki. Stałam tak, i patrzyłam na konie w dole, gdy nagle coś przebiegło tuż koło mnie. Na moment straciłam równowagę, lecz zaraz stanęłam na wszystkich czterech nogach.
- Uważaj może trochę! - krzyknęłam w stronę... To był chyba renifer.
- Co? Uciekaj!
- Może trochę kultury. Przed czym tak uciekasz?
- Przed irbisem!
- Ale... - nie zdążyłam dokończyć, kiedy za sobą usłyszałam czyjeś kroki. Odwróciłam się.
- Co jest, przekąseczki? Boicie się? - zapytał jeden z tych kotowatych.
Przełknęłam ślinę i położyłam uszy po sobie. Cofnęłam się o krok w tył.
- Za mną! - krzyknął renifer, po czym zaczął uciekać. Nie czekałam długo, tylko zaczęłam biec za nim. Moje ciało ominęło pazury kot, który właśnie skoczył, o milimetry. Biegłam ile sił miałam w kopytach.
- Tędy!
Zatrzymałam się. Renifer wskazał na strome zbocze, po czym zaczął skakać po większych półkach skalnych. Nie miałam czasu rozmyślać, po prostu ruszyłam za nim. Kot skakał z dużo większą wprawą, nawet trochę ze zniechęceniem. W końcu, gdyby chciał mnie tu złapać, spadł by, a nawet jeśli nie, miałby wielkie przeszkody, więc po prostu nie opłacało mu się robić tego teraz. W końcu zeskoczyłam na stały, liściasty grunt. Jednak irbis dalej nie rezygnował. Zobaczyłam nogi renifera, za którym cały czas biegłam, więc stwierdziłam, że wolę się nie rozdzielać. Biegłam bardzo szybko między drzewami, aż w końcu dogoniłam rena. Biegliśmy dalej razem, gdyż stwierdziłam, że niehonorowo by było go teraz zostawić. Wypadliśmy na pustą przestrzeń, przebiegając koło Khokha. Wyhamowałam gwałtownie.
- Marabell? Co się stało? Kto to?
- Ir...
Irbis wypadł z lasu. Jednak kiedy zobaczył, że jesteśmy dość liczną grupą, warknął i odszedł.
- Dziękuję - zwróciłam się do renifera.
- Nie ma za co - odpowiedział i otrzepał się trochę.
- Ależ jest. Dzięki tobie żyję - stwierdziłam - Jak się nazywasz? I skąd się tam wziąłeś?
- Naroo. Byłem tam... na wycieczce. A ty?
- Marabell. Też poszłam pozwiedzać.
- Muszę już znikać. Żegnaj! - powiedział, po czym pobiegł dalej, przez trawiaste pole.
- Nic ci nie jest? - tym razem zwrócił się do mnie Khonkh.
- Nie, nic - odpowiedziałam, patrząc dalej w stronę, gdzie zniknął ren.
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika