→ Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU

13.06.2017

Od Nadiry do Shere Khana (S) - "Powrót do domu"

23 kwietnia, godzina do zachodu słońca 
Powietrze zmieniło temperaturę na niższą, zwiastując niechybne nadejście gwieździstej nocy. Stado wciąż wędrowało w poszukiwaniu miejsca na nocleg. Otwarta przestrzeń z pewnością nie byłaby dobrym wyborem. Szłam jak zwykle na końcu, w pewnym odstępie od osobników zamykających pochód. Shere Khan i Amigo szli z przodu, jednak ja czułabym się niezręcznie, wyprzedzając resztę. Raz po raz omiatałam nogi miękkim włosiem mlecznobiałego ogona, czujnie strzygąc uszyma. W pewnym momencie usłyszałam niepokojący dźwięk, więc przystanęłam i obróciłam głowę w jego stronę, nasłuchując. Kiedy odgłos się powtórzył, zdałam sobie sprawę, że jest to przepełnione bólem rżenie. Parsknęłam w stronę stada, by zwrócić ich uwagę, jednak byli zbyt daleko, by mnie usłyszeć. Rozdarta, ponownie spojrzałam w stronę skąd dobiegło mnie słabe wołanie o ratunek. Nie chciałam stracić z oczu innych, jednak serce nie pozwalało go zignorować. Byłam medykiem i niesienie pomocy  było moim powołaniem. Potrząsając nerwowo grzywą zboczyłam ze szlaku, wyruszając na poszukiwania rannej. 

Kilka godzin później, 24 kwietnia 
Nie spodziewałam się tego, co zostałam na miejscu. W szuwarach spoczywała nerwowo wyciągnięta klacz. Bok unosił się chaotycznie, a łeb co chwila wyłaniał się z morza zieleni i na powrót opadał w wysoką trawę. Słyszałam jej ciężki oddech będąc kilkanaście metrów dalej. Zarżałam miękko, by nie wystraszyć jej nagłym pojawieniem się. Spojrzała na mnie krótko, nim ponownie wyprężyła się w bólu. Podeszłam bliżej, pochylając się, aby przefiltrować jej zapach. Był mi zupełnie obcy. Potem przesunęłam po niej spojrzeniem. Liczyłam oddechy i spazmy jej ciała. Szybko zdałam sobie sprawę, że nieznajoma lada moment wyda na świat nowe życie, jednak proces nie idzie zgodnie z planem. Nie mogłam nic dla niej zrobić. Wiedziałam, że okropnie cierpi i jedyne co mi pozostało, to wspierać ją w ciężkich chwilach. Musnęłam pyskiem jej ucho, a potem skroń, by bo chwili ułożyć smukłe ciało tuż przy niej z nadzieją, że uda mi się podtrzymać w ten sposób jej ciepło. Straciła dużo energii, pomału docierała do mnie metaliczna woń krwi. Noce wciąż były chłodne. Przyłożyłam głowę przez jej spoconą szyję, na miarę możliwości przygarniając ją do siebie. Przez cały ten czas nie wymieniłyśmy ani słowa. To nie było konieczne. Obie miałyśmy świadomość, że ta historia nie będzie mieć szczęśliwego zakończenia, a ja wiedziałam, że nie porzucę źrebięcia, które niebawem się urodzi. 

24 kwietnia, wschód słońca
Ostatkiem sił, Kalina zmusiła obolałe ciało do ostatniego wysiłku. Parła z całą siłą woli, w pewnym momencie wydając z siebie okropny wrzask. Podejrzewałam pęknięcie kanału rodnego, jednak wciąż nie podniosłam się na nogi więc nie mogłam stwierdzić tego na pewno. Usłyszałam, jak coś niewielkiego porusza trawami, osuwając się na ziemię. 
- Udało Ci się - szepnęłam do niej z czułością, jakby to uczucie w moim głosie miało ukoić jej męki. Miałam nadzieję, że mój głos nie drży tak jak drżały mi nogi, gdy podnosiłam się, aby obejrzeć maleństwo. Teraz widziałam, że krwotok był przynajmniej dwukrotnie większy. 
- Jak mam dać jej na imię? - zapytałam z łagodnością, po czym pochyliłam się, by rozerwać błonę płodową i umożliwić klaczce swobodny oddech. Jej matka poruszyła się z trudem, usiłując po raz pierwszy i ostatni spojrzeć na swoje dziecko. Pomogłam jej,  podpierając zmizerniały łeb. 
- Peril - odparła tak cicho, że ledwie mogłam ją usłyszeć. Patrzyła na śnieżnobiałe źrebię, aż nie zabrakło jej sił. Wtedy położyłam jej głowę w trawie, zaczynając delikatnie skubać jej grzywkę. Ostatnie chwile jej życia, pomyślałam. Jakie to smutne. 
- Zaopiekuję się nią - obiecałam, chcąc sprawić, by choć u kresu życia była spokojna. Widziałam, że spogląda na mnie z wdzięcznością, a pysk rozświetla blady uśmiech. Właśnie to chciała usłyszeć i z tą myślą zaczerpnęła powietrza po raz ostatni. Starałam się nie pokazać, jak bardzo się boję. Jak mogłam brać odpowiedzialność za kogoś, kiedy nie potrafiłam zadbać sama o siebie? Mając pewność, że Kaliny już ze mną nie ma, ponownie podniosłam się na nogi, by odtąd całą swoją uwagę poświęcić małej Peril. Wylizałam ją dokładnie, czyszcząc źrebięcą sierść i pobudzając krążenie. Zachęciłam ją, by zaczerpnęła pierwszego mleka od nieżyjącej już matki. Wiedziałam, że to przesądzi o jej życiu lub śmierci, zwłaszcza, że ja mleka nie produkowałam. Podejrzewałam, że to tylko kwestia czasu. 

27 kwietnia 
Martwiłam się. Peril stanęła na nogi, jednak nie nabierała sił. Wręcz przeciwnie, słabła z dnia na dzień, a ja wciąż nie mogłam jej karmić. Zastanawiałam się, czy to z powodu ogromnego stresu. Pewnie tak. 

28 kwietnia 
Peril po raz pierwszy pociągnęła moje mleko. Czułam, że jeśli będzie próbować, w końcu się uda. Choć uczucie było przedziwne, starałam się nie wzdrygać za każdym razem, gdy jej drobny pyszczek sięgał wymienia. Spędziłyśmy tam kilka następnych dni, posilając się i zbierając siły. Jadłam za dwoje, by odpowiednio ją nakarmić. Miałam nadzieję, że parę dni głodówki nie odbije się znacząco na jej zdrowiu. 

5 maja 
Peril wygląda i chyba czuje się dużo lepiej. Jej sierść lśni niczym kość słoniowa, a błękitne ślepia błyszczą nieodpartą ciekawością świata. Sądzę, że to dobrze. Przez chwilę myślałam, że nigdy się nie ożywi. Jest urocza, kiedy usiłuje gonić motyla i kiedy przewraca się, gdy zaplączą jej się nogi. To najpiękniejsze źrebię, jakie kiedykolwiek widziałam. Jedyne, jakie kiedykolwiek widziałam, ale to nie przeszkadza mi w stwierdzeniu faktu - kocham ją. Kocham jakby była moja.

6 maja 
Ruszyłyśmy o świcie. Mała ma już na tyle sił, by wędrować przy moim boku. Wiedziałam, że będziemy często się zatrzymywać, ale po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułam, że może nam się udać. Zamierzam odnaleźć mój klan. Wiem, że tam będzie bezpieczna. Wiem, że muszę zapewnić jej bezpieczeństwo, a w pojedynkę nie jestem w stanie tego dokonać. 

19 maja 
Idziemy już strasznie długo, jednak nie tracę nadziei. Stado to nasza jedyna szansa na przeżycie i wiem o tym aż za dobrze. Nie śpię w nocy, bo wiem, że muszę czuwać. Przysypiam za dnia w porze karmienia. Jestem coraz bardziej zmęczona, ale to mnie nie powstrzymuje. Nic mnie już nie powstrzyma, bo paradoksalnie do wyczerpania wędrówką wstępują we mnie nowe siły witalne. Wszystko przez Peril. Ona mnie napędza. Gdyby nie ona, już dawno bym się poddała. Muszę dać radę dla niej, muszę odnaleźć Shere Khana i resztę klanu. 

28 maja 
Trafiłam na pierwsze tropy. Nie mam pewności, do kogo należą, ale jedne z nich są znacznie większe i głębsze od reszty. Mam nadzieję, że to ślady Shere Khana. Jak bardzo chciałabym, aby były jego! Narzuciłam szybsze tempo. Mała nadąża z trudem, ale prędko się hartuje. Jeśli mamy ich dogonić - kimkolwiek są - musimy znacząco się sprężyć. Wciąż nie śpię, ale Peril je teraz dużo więcej. Niedawno zaczęła skubać trawę, co bardzo mnie cieszy. 

8 czerwca 
Jesteśmy coraz bliżej. Mogę stwierdzić, że siedzimy im na ogonie. Ślady są coraz świeższe, a moja ekscytacja rośnie. Jednocześnie się obawiam - nie jestem w stanie rozpoznać woni, które unoszą się nad tropami. Idziemy w ciemno, licząc na łut szczęścia, ale to jedyne, co nam pozostaje. 

10 czerwca 
Nigdy wcześniej się tak nie bałam. Może dlatego, że zawsze chodziło tylko o moje życie. Teraz gra toczy się przede wszystkim o życie Peril, a ja mogłam ją stracić. Nawet nie chcę myśleć, co by się stało, gdyby jeden z tych wilków ją dopadł. Nie wiem też, co we mnie wstąpiło. Zawsze uciekałam przed zagrożeniem, a dziś... Dziś stawiłam mu czoła. Coś się we mnie zmieniło, na zawsze. Zasłoniłam małą własnym ciałem, broniąc przed szczękami drapieżników. Nie dosięgnęły jej, ale poharatały mi nogi i grzbiet. Na szczęście to tylko zadrapania. Mam nadzieję, że znajdziemy niedługo jakiś zbiornik wodny, bo słońce górujące na nieboskłonie sprawia, że strasznie swędzą. 

13 czerwca, godzina po północy 
Wiem, że spotkanie z klanem to tylko kwestia czasu. Połacia wyciętej trawy i ogołocone krzaki świadczą o tym, że zatrzymali się gdzieś w okolicy. Wciąż nie mam pewności czy wytropiłam właściwe stado, więc razem z Peril skryłyśmy się w niewielkim zagajniku. Gęste ściany drzew otaczają nas z trzech stron, więc czuję się odrobinę spokojniej. Nie kładę się jednak, nawet jeśli Peril leży od dawna. Chowa się jak zawsze pod moim brzuchem. Jestem z niej dumna, jest bardzo bystrym dzieckiem. Wie, że musi być cicho i nie oddala się na krok, chyba, że jej pozwolę. 
Wzdycham, odciążając zadnią nogę. Po raz kolejny spływa na mnie trud poprzednich tygodni, przymykam zatem ślepia. Światło księżyca oblewa moje ciało, załamując się na jego krawędziach. Peril emanuje srebrną poświatą i zastanawiam się, czy lśnię w ten sam zapierający oddech sposób. Otacza nas łuna mistycyzmu. Dawno nie widziałam czegoś tak pięknego. 
Z rozmyślań wyrywa mnie trzask gałązki, a potem następnej. Sciółka zagajnika skrzypi pod kimś ciężkim. Czym prędzej przestępuję z nogi na nogę, zmuszając źrebię do wstania. Robi to natychmiast, ale nie wychodzi spode mnie, plącząc mi się między nogami. Strzygę uszyma i odwracam głowę, starając się zlokalizować intruza. Kiedy go dostrzegam, wszystko we mnie zamiera. Mój oddech, mój głos i moje serce. Peril również nie rusza się choćby o centymetr. 
W ciszy obserwuję zwalistą sylwetkę, jednak nie rozpoznaję jej od razu. Zbyt mocno stapia się z mrokiem, zacierając znajomą linię łba i grę stalowych mięśni. Powoli wypuszczam powietrze, a mała niespokojnie drobi w miejscu, drobnym kopytkiem łamiąc kruchą gałązkę. To wystarcza, aby postać spojrzała w naszą stronę. 
Przez chwilę po prostu się sobie przyglądamy. Nerwowo poruszam ogonem, a księżycowe refleksy sprawiają, że kiedy to robię zdaję się strząsać z włosów iskrzący pył. Czarne ślepia lśnią niczym kryształy, a Peril przytula się do mojej nogi. Mam nadzieję, że weźmie nas za zjawy. Piękne, długonogie zjawy, które nawiedzają to miejsce w noce takie jak ta. 
Wtedy dociera do mnie jego woń. Tak ciepła i cudownie znajoma. Otula mnie i w mgnieniu oka czuję, że nic nam nie grozi. 
- Shere Khan - rżę więc cichutko w jego stronę, by i on mnie rozpoznał, jeśli jeszcze tego nie zrobił. Barwę głosu mam ciepłą i łagodną, jakbym zwracała się do dziecka lub umierającego. Stawiam parę niepewnych kroków w jego stronę, wychodząc przed Peril, która błękitnymi ślepiami taksuje jego sylwetkę zza mojego ogona. - Jak dobrze Cię widzieć. 

<Shere Khan? Wybacz mi tę długość. Miałam natłok weny po przerwie.>

12.06.2017

Nadira powraca!

Nadira, członkini Klanu Mroźnej Duszy, która odeszła 23 kwietnia, postanowiła do nas wrócić. Witamy z powrotem!

Inne zdjęcia: 1, 2 
Źródło: Pinterest
Motto: "Nie bój się cieni. One świad­czą o tym, że gdzieś znaj­du­je się światło."
Imię: Nadira, co w języku jej przodków oznacza cenna
Tytuł: Brak
Wiek: 3 lata
Płeć: Klacz
Przynależność: Klan Mroźnej Duszy
Ranga/i: Medyk
Głos: Beyonce
Rodzina: Krewni klaczy zostali zabici przez watahę wilków. Jej udało się uciec tylko dlatego, że rodzice poświęcili za nią życie, stając do walki z drapieżnikami. Nigdy nie miała rodzeństwa.
Osobowość: Nadira jest klaczą bardzo strachliwą i zamkniętą w sobie, trochę przypomina zagubione źrebię. Od tragicznej śmierci bliskich stroni od towarzystwa innych koni i stara się nie wchodzić nikomu w drogę, a gdy jest speszona, chowa oczęta na białą grzywką lub ucieka spojrzeniem, nerwowo przestępując z nogi na nogę. Długo uczono ją, że może ufać tylko tym, którzy na to zasłużą - czynem, a nie słowem, zatem każdego, nawet władcę, traktuje z pewnym dystansem (oczywiście pokornie stosując się do jego poleceń). Odkąd dołączyła do stada trzyma się raczej na uboczu, skubiąc trawę w cieniu drzew lub krzewów, a do wodopoju zawsze rusza ostatnia. Nigdy nie odchodzi daleko, zawsze jest na tyle blisko, by słyszeć, czy ktoś przypadkiem nie potrzebuje jej pomocy. Kiedy tak się dzieje, zapomina, co to strach i może pracować nawet pod ogromną presją. Nie zostawi rannego, nawet jeśli dla niej samej byłby to wyrok śmierci. 
Partner/Partnerka: Klacz jest jeszcze bardzo młoda i nie doświadczyła jeszcze miłości innej od tej, którą darzyli ją rodzice. Kto wie, może z czasem uda jej się na kogoś otworzyć?
Potomkowie: W głębi duszy marzy o potomku, jednak obawia się, że nie będzie potrafiła otoczyć go należytą opieką, poza tym, najpierw wypadałoby znaleźć partnera, a który by ją chciał?
Aparycja:
  • Rasa: koń czystej krwi arabskiej
  • Wygląd: Klacz jest bardzo drobna, jednak nie można odmówić jej uroku. Ślepia czarne niczym dwa węgle zawsze nieśmiało spoglądają na innych spod wachlarzy długich rzęs, które rzucają delikatny cień na jej szczupaczy pysk. Szyję łabędzia przystraja aksamitna, mlecznobiała grzywa. Ogon podczas biegu niesie dumnie jak sztandar i nie ma od tego wyjątków, niezależnie od sytuacji. Wąska pierś, mała kłoda i zgrabny zad wieńczą długie nogi o stosunkowo niedużych kopytach. Jej dużą zaletą jest bajeczny, sprężysty ruch, którym zapewne mogłaby zwieść niejednego ogiera, gdyby tylko miała na tyle śmiałości.  
  • Znaki charakterystyczne: Kiedy się boi, nie potrafi opanować drżenia nóg.
  • Wzrost: 151 cm
  • Waga: 421 kg

Umiejętności: Siwka nie należy do koni nawet przeciętnie silnych. Cechuje ją kruchość i delikatność budowy, ale z pewnością jest wytrzymała, a w dodatku niewiarygodnie szybka - tak szybka, że jedynie wiatr może ją dopędzić. Często ściga się z podrywającymi do lotu ptakami, jest nieocenioną mistrzynią ucieczki przed drapieżnikami. Poza tym dysponuje ogromną wiedzą na temat zielarstwa i wie, jak leczyć rozmaite schorzenia. W walce nie miałaby jednak najmniejszych szans, dlatego w chwili zagrożenia zawsze trzyma się blisko władcy. 
Historia: Stadem Nadiry od zawsze była jej własna rodzina, matka Norma i ojciec Kahlan. Żyli we trójkę, troszcząc się o siebie nawzajem i unikając większych grup koni. Rodzicielka od źrebaka wpajała jej tajniki zawodu, jako że była zielarką, natomiast jej mąż czuwał nad bezpieczeństwem ukochanych klaczy zarówno w dzień, jak i w nocy. Byli wędrowcami, dla bezpieczeństwa zatrzymywali się naprawdę rzadko i jeśli już to tylko po to, by zregenerować siły, ugasić głód i pragnienie. Niestety, pewnego dnia za bardzo zbliżyli się do granicy terytorium wilków, co rozgniewało ich Alphę, w dodatku była to jedna z najsurowszych zim w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Głodne drapieżniki uknuły zatem misterny plan - zgodziły się, by konie przeszły przez ich teren, obiecując, że nie zrobią im krzywdy. Gdyby stadko nie było skrajnie wycieńczone, zapewne nie skorzystałoby z oferty, jednak ze względu na wciąż zbierającą po porodzie siły Normę podjęli ryzyko. Wataha, wbrew obietnicy, zasadziła się na konie w zaśnieżonym wąwozie. Skupiły się jednak na dwóch dorosłych osobnikach, w końcu źrebię byłoby dla nich niczym więcej jak przystawką. Nadira miała wtedy zaledwie rok i sparaliżowana strachem patrzyła, jak bestie powalają jej rodziców na ziemię, rozszarpując im gardła. Rzuciła się do ucieczki dopiero, gdy jedna z wader ruszyła w jej stronę. Szczęśliwie udało jej się uciec, choć było to szczęście w nieszczęściu. Przez następny rok była sama, ale tak bała się, że wilki prędzej czy później ją dopadną, że zaczęła poszukiwać innych koni. Natknęła się na ślady kopyt i przez kilka dni snuła się jak cień za Klanem Mroźnej Duszy, a kiedy nieznajomi wreszcie ją zauważyli, powstrzymała odruch ucieczki, decydując się do nich dołączyć i wspierać ich jako medyk.

12.06.2017

Od Shere Khana do Amigo (S) - "Poważna rozmowa"

- Co robić?- zapytał mnie Amigo. Był zdenerwowany. Ja także, ale postarałem się to ukryć.
- Cóż, jak na wyprawę poszukiwawczą przystało, będziemy jej dalej szukać. Jeśli nie znajdziemy Iris do zmroku, to będziemy musieli zawrócić i wznowimy poszukiwania następnego dnia, klan zaś nadal pozostanie na postoju. Choć oczywiście mam nadzieję, że nie będziemy musieli tego robić i ona zaraz się znajdzie- powiedziałem, na co wszyscy pokiwali głowami z aprobatą.
- A może, żeby przeszukać większy teren, rozdzielimy się?- zaproponował Amigo.
- Doskonały pomysł. Monte, ty i Hana pójdziecie w tamtą stronę, a ja i Amigo w przeciwną. Będziemy szukać jej do skutku. Chyba, że wcześniej zapadnie zmierzch, wtedy wracamy do stada. W razie kłopotów informujemy albo kogoś z nas, albo z klanu- zarządziłem, po czym rozeszliśmy się zgodnie z moimi ustaleniami. Na początku szliśmy dość szybko i rozglądaliśmy się dokoła. Całą uwagę skupiliśmy na obserwowaniu otoczenia i wypatrywaniu dobrze znanej sylwetki. Właściwie taka cisza nie przeszkadzałaby mi, ale uznałem, że należy ją przerwać. Czułem, że muszę pogadać z Amigo, bo od jakiegoś czasu chodził po stadzie taki nieswój. Jakby ktoś zabrał dawnego, który może nie był najbardziej optymistycznym ogierem na tej planecie, ale był raczej dość przyjacielski i podmienił go na kogoś niezwykle przygaszonego.
- Amigo, od paru dni jesteś jakiś nieswój. Co cię dręczy?- przeszedłem od razu do sedna sprawy. Ogier na początku nie odpowiedział. Może miał nadzieję, że odpuszczę sobie, gdy uda, iż nie słyszał tego co przed chwilą powiedziałem.
- Amigo?- spróbowałem zwrócić na siebie jego uwagę. Ogier, widząc, że nie ma wyjście, westchnął ciężko.
- Właściwie to nic wielkiego się nie stało- powiedział wreszcie.
- Skoro tak, to dlaczego jesteś w tak złym stanie?
- Po prostu... strasznie ucieszyłem się, kiedy do klanu dołączyła moja siostra i brat. Nie zdążyłem nawet spędzić z nimi za wiele czasu, a oni, jedno po drugim, odeszli. To mnie trochę przybiło- wyrzucił w końcu z siebie Amigo.
- Wiem, jak to jest stracić kogoś bliskiego, ale nie mam pojęcia, jak mógłbym ci pomóc, co powiedzieć. Pewnie żadne słowa nie pomogą. Mogę jedynie zapewnić cię, że zawsze możesz na mnie liczyć. Pamiętaj też, że życie cały czas toczy się do przodu i nie ma co się nad sobą za bardzo użalać- powiedziałem po chwili milczenia. Nawet mnie zaskoczyła szczerość tych słów i forma ich przekazu.
<Amigo? Na razie mamy tylko poważne rozmowy>

12.06.2017

Nawiązujemy współpracę ze Stadem z Ognistych Gór!

11.06.2017

Od Amigo do Shere Khana (S) - ,,Poszukiwania''

Zaczęliśmy powoli oddalać się od stada. Szliśmy powoli rozglądając się uważnie na boki i zastanawiając się gdzie poszła Iris...Najbardziej prawdopodobne było to, że poszła na zwiady (w końcu też była zwiadowcą) ale bez poinformowania Shere'a i pewnie oddaliła się zbyt daleko od stada.
 Chociaż ja obstawiałem bardziej fantastyczną opcję...Znalazła w oddali przystojnego ogiera, pobiegła w jego kierunku....zgubiła go i drogę powrotną...Tak wiem robię się złośliwy zwłaszcza w stosunku do niej.
  Minęło już trochę czasu ale ani Iris ani żadnych jej śladów lub wskazówek nie było w pobliżu. Zaczynało się już ściemniać, a Shere zaczął się niepokoić.
- Co teraz? - zapytałem zdenerwowany.

<Shere? Rozkręcimy....mam przynajmniej taką nadzieję xd>

10.06.2017

Od Shere Khana do Amigo (S) - "Zaginięcie"

Dzień robił się coraz gorętszy, wyglądało na to, że będzie on właśnie jednym z gorętszych dni tej wiosny. Całe stado ogarnęło lenistwo. Większość członków drzemała gdzieś w cieniu lub po prostu się tam wylegiwała. Sam aktualnie nie miałem nic do roboty, więc po prostu położyłem się pod jednym z drzew. Było ich coraz mniej, gdyż cały czas kierowaliśmy się w stronę pustyni. Uniosłem lekko łeb i popatrzyłem w niebo. Nie było na nim ani jednej chmurki. Przypomniało mi się, jak kiedy byłem źrebięciem, moja ciotka często żartobliwie lub aby przywołać mnie do porządku powtarzała, że w takie dni  bóg Arot jeszcze lepiej nas widzi. To, co robimy, o czym myślimy, czego pragniemy. Choć oczywiście były to tylko wymysły, gdyż Arot, nieważne kiedy, po prostu zawsze wie o nas wszystko. W końcu jest naszym Ojcem. Gdy tak rozmyślałem, pogoda stopniowo zaczęła się zmieniać. Nadciągnęły chmury, które zakryły słońce. Jednak na deszcz nie było co liczyć. Byliśmy na terenach tak bliskich pustyni, że naprawdę rzadko tu padało. Jednak dzięki chmurom zrobiło się przynajmniej chłodniej. To dało mi kopa do działania. Stwierdziłem, że dość tego dobrego. Właśnie gdy wstałem i miałem zamiar się przejść, podbiegli do mnie wystraszeni i przejęci Hana oraz Monte.
- Co się stało?- spytałem od razu. Popatrzyli po sobie, nie wiedząc, kto ma zacząć.
- Otóż, wczoraj wieczorem wpadłam na pomysł poszukania tutaj w czasie postoju jakichś sucholubnych ziół, które rosną tylko w takich okolicach, a które mogą nam się przydać. Postanowiłam też, że zrobię to dzisiaj. Miała mi w tym pomóc Iris, dlatego też dziś, zaraz po śniadaniu, zaczęłam jej szukać. Nie znalazłam jej, więc poprosiłam o pomoc Monte. Niestety, nawet gdy szukaliśmy razem, nie udało nam się jej znaleźć.
- Mało tego, od wczorajszego wieczoru nikt jej nie widział- dodał ogier.
- I nikt tego też wcześniej nie zauważył i mi nie zgłosił?- byłem lekko zirytowany.
- Widocznie tak było- odparł Monte.
- Dobrze, w takim razie trzeba jej poszukać. Zajmę się tym
- Pomożemy- odparli jednocześnie Monte i Hana.
- Dobrze, więc zaczekajcie tutaj na mnie chwilę- powiedziałem, po czym udałem się na poszukiwania Amigo. Jak dotąd doskonale radził sobie z każdym zadaniem, które mu powierzyłem. Dodatkowo uważałem, że to poniekąd jego działka, gdyż jest w końcu zwiadowcą, a ci zawsze pracują w terenie. Odnalazłem go smacznie drzemiącego pod jakimś drzewem. Obudziłem go i wyjaśniłem mu sytuację. Mimo że nie przepadał za Iris, bez wahania zgodził się pomóc w poszukiwaniach. Zawróciliśmy więc do Hany i Monte. Po drodze poszukałem jeszcze Nicoleta i uprzedziłem go, jako najstarszego członka stada, że przez jakiś czas mnie nie będzie i jemu powierzam dowództwo. Następnie w czwórkę udaliśmy się na poszukiwania Iris.
<Amigo? Rozkręcimy to?>

10.06.2017

Zagadka trzecia

Nieco spóźniona zagadka trzecia. Odpowiadajacie na poprzednie;)

,,Lśni sierść jak słońce
Lubią jej szukać brzdące
Czasem złość w postaci burzy wykipie
Może dziś nas złotem obsypie?"
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika