→ Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU

11.01.2020

Od Miriady do Etsiina "Przypadki nie istnieją" Cz. 6

Cofnęłam się prędko o kilka kroków, tratując tłum. Jak...? Wciąż miałam ten makabryczny obraz przed oczami, nawet gdy orszak posunął się dalej. W szoku nie byłam w stanie poskładać wszystkich myśli w jakąś spójną całość, w głowie słyszałam tylko dwa przeciwne głosy: - Masakra! - I po ślubie! W tym momencie przez tłum, który już podjął gorącą dyskusję, przedarł się Etsiin i od razu doskoczył do mnie.
— Miriada? Miriada, co się dzieje?! - potrząsnęłam gwałtownie głową, jakby ten gest miał mnie uwolnić od zbędnych fantazji, i wskazałam jedynie kopytem kierunek. Ogier wychylił się do przodu. Jego zacięty, niemalże gniewny wyraz pyska przeobraził się w szok i odrazę. Po chwili zmrużył oczy, pociągając mnie delikatnie za grzywę. Z miłą chęcią opuściłam to miejsce, wysoko unosząc nogi nad czerwonym szlakiem na śniegu. Yatgaar i Cardinano wybiegli nam na spotkanie, od razu zasypując pytaniami o to, co się stało.
— Książę nie żyje. - rzekł krótko appaloosa.
— Jest tylko głowa... - dodałam cicho, kiwając łbem. Nie mogłam uwierzyć w to, jak szybko i brutalnie los odwrócił kota ogonem. Wczoraj narzeczony, przekleństwo, a dziś...tak po prostu zgasł, znikł?
— Heh...Jeden problem z głowy, tak? - mruknął strateg, przestępując z nogi na nogę. Matka tylko uśmiechnęła się z wyraźną ulgą i podeszła do mnie, po czym zaczęła wyjmować z moich włosów ozdoby. Zaczęłam jej w tym pomagać, co jakiś czas machając szyją. Ostatecznie pozbyłam się wszystkich dekoracji, będących teraz kupką przykrych symboli, przysypanych białym puchem.
— Może chodźmy dowiedzieć się czegoś więcej. - rzekł skarogniady koń. Wszyscy "wzruszyliśmy ramionami" i ruszyliśmy za nim.
— Możesz zostać, jeśli chcesz. - oznajmiła moja rodzicielka, sama z gracją poruszająca się naprzód.
— Nie. Idę z wami. - odparłam stanowczo, wbijając wzrok w jeden punkt na horyzoncie.
Wkrótce znaleźliśmy się z powrotem w otoczeniu kułanów, obrzucani większą ilością spojrzeń niż zwykle. Yatgaar wraz z Cardinanem przedzierali się gdzieś w kierunku elity, w pewnym momencie również ja i Etsiin rozdzieliliśmy się. Wtedy dostrzegłam osła wyglądającego na kogoś wyżej postawionego, a więc niemalże z pewnością lepiej doinformowanego.
— Przepraszam. - zagaiłam, stając obok niego.
— Ach, księżniczka Miriada. - uśmiechnął się szeroko. - Co...
— Jak to się stało? - przerwałam mu trochę nieumyślnie.
— Chodzi o panicza Dain'a? - spytał od razu chłodniejszym tonem, jednak w tej chwili nie zwracałam na to uwagi. - Znaleźli go tuż nad rzeką...a właściwie tylko tę górną część. - dodał z prześmiewczą nutą.
— Nad rzeką...? - czułam jak nogi się pode mną uginają, oddech staje się płytki, a wszystko wokół powoli zapada w gęstą, czarną dziurę mojego życia. Nie, nie, nie...to musi być sen, jakiś głupi koszmar, z którego zresztą próbuję się wybudzić już od kilku dni. Wzniosłam łeb ku górze, jednak ani jedno światełko nadziei nie rozświetlało firmamentu. Dain, powiadasz? Średniego wzrostu, szara sierść, taki szujowaty? Da się zrobić. Tak, chciałam, żeby dostał za swoje i zniknął z naszego życia...ale nie w taki sposób! Spojrzałam w dół, na przednie kopyta. Splamione krwią. To ja jestem mordercą. To ja go zabiłam.
— Halo! - odskoczyłam, czując czyjś dotyk na łopatce. Zacisnęłam zęby i wzięłam głęboki wdech.
— Przepraszam. - mruknęłam tylko na pożegnanie.
~~~
Potrząsnęłam głową, próbując poprawić obiecany żałobny wianek z suchych gałązek i orzechów, opadający mi coraz niżej czoła. Stałam pomiędzy Etsiinem i matką w pierwszym rzędzie, starając się równocześnie jak najbardziej zapaść pod ziemię. Wreszcie po długiej ceremonii pozostałości księcia kułanów spoczęły w dole i były przysypywane ziemią zmieszaną ze świeżym śniegiem. Nie byłam w stanie nawet spojrzeć na lamentującą rodzinę, lecz również mimo wszystko nie potrafiłam też płakać. Trwałam tylko ze spuszczoną głową, niczym kamienny posąg, zamarła pomiędzy dwoma dylematami nie do rozstrzygnięcia. Nie da się cofnąć czasu. 
— Hej, co to za kwaśna mina? - wyszeptał, szturchając mnie nagle ogier. Wzdrygnęłam się, odruchowo kładąc po sobie uszy, jednak prędko się opanowałam i z trudem spojrzałam na jego sylwetkę z pytającym wzrokiem. - Dosyć szczęśliwy zbieg okoliczności...nie? - mruknął, powoli głaszcząc mnie po szyi. Szczęśliwy zbieg okoliczności. Dosyć ciekawy sposób myślenia. Szczęśliwy przypadek sprawił, że dotarłam nad jezioro. I szczęśliwym trafem akurat polował tam...to coś. Szczęśliwie mnie nie udziabał, a wręcz przeciwnie, zaoferował pomoc. I szczęśliwym zbiegiem okoliczności książę Dain oszalał i jakimś cudem odciął sobie głowę nad rzeką. Zaczęły się rytualne, monotonne śpiewy, przeplatane lamentami, jednak szepty w tłumie całkowicie umilkły, stado kołysało się tylko lekko. Przypadki nie istnieją. Chociaż...w jednym musiałam mu przyznać rację. Uratowałam nas. Ale za jaką cenę?
— Cóż...chyba tak. - odparłam nieco bardziej przytomnie, nieśmiało muskając ukochanego wargami. Śnieg padał coraz mocniej, pokrywając wszystko zimną kołderką, zacierając kształty, wyciszając wszystkie dźwięki przez wycie wichru. Płatki wirowały coraz szybciej.
~~~
— Naprawdę przykro nam z powodu syna. To doprawdy ogromna tragedia. Sama pewnie bym nie wytrzymała, gdyby coś się stało mojej córce... - kontynuowała matka współczującym tonem, podczas gdy władca kładł swój odcisk kopyta na porozumieniu, ostatecznie podjętym na naszych warunkach. Byliśmy zmuszeni oddać połowę ajmaku Hovd, choć nie była to duża strata biorąc pod uwagę żyzność terenów, dostarczyć stadu trochę broni i zobowiązać się do niesienia sobie wzajemnie pomocy w razie zaistniałej potrzeby, na miarę swoich możliwości, co dawało szerokie pole do popisu. Miało więc ono raczej charakter sojuszu.
— Tak...tragedia... - mruknął Khuvi Zayaa, cofając się o krok ze smętnie spuszczonym łbem. Trzymałam się z tyłu, ze wzrokiem wbitym w ziemię. Większość zapewne poczytywała to za smutek. Z jednej strony może to i dobrze, mniej cierpienia.
— Gotowe. - oznajmiła cicho klacz, pakując jeszcze jedną rzecz do torby przewieszonej przez szyję. Ja otrzymałam dodatkowo wianek na cześć zmarłego narzeczonego. Po długim, nieco łzawym pożegnaniu z ulgą opuściliśmy bazę stada i ruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Dom. W tej chwili słowo to brzmiało niemal magicznie. Od razu atmosfera zrobiła się lżejsza, a nasz krok bardziej raźny. W końcu doprowadziliśmy sprawę do końca, zakończyliśmy misję powodzeniem. Na tę myśl aż się uśmiechnęłam. Wkrótce, kiedy już nacieszyliśmy się wolnością, leśnym otoczeniem i bielą iskrzącego się w słońcu śniegu, zaczęliśmy z Etsiinem dyskutować na temat tego, co zrobimy po powrocie do klanu. Po chwili oczywiście do dyskusji włączyła się Yatgaar:
— No, Miri, a co chciałabyś ubrać na ożenek? Myślę, że ładnie by ci było w fiolecie. - rzuciła zupełnie swobodnie.
— Ożenek...? - powtórzyłam zaskoczona, odruchowo rzucając spojrzenie ogierowi obok. Natychmiast jednak odwróciłam głowę, czując wykwitające rumieńce. W sumie, to chyba oczywiste...no ale jednak.
— No, delikatnie mówiąc, to widać było iskry między wami. Myślałaś, że oszukasz własną matkę? Jestem stara, ale jeszcze jara. - zaśmiała się dźwięcznie. Znów zapadła cisza, trochę bardziej niezręczna niż przedtem. Ponownie pierwszy odezwał się Etsiin:
— Najważniejsze, że to już koniec. - westchnął z ulgą, parskając i wzniecając małą chmurkę śnieżnego pyłu. Zamierzałam już odpowiedzieć, jednak uprzedziła mnie matka:
— Jeszcze nie. - wyrzekła nagle tajemniczym, poważnym tonem, prostując się i unosząc górną wargę. - Biegniemy. Teraz!

CDN

6.01.2020

Od Tanga do Mint ” WSADZIŁEM GDZIE NIE TRZEBA (18+)”

Ból, cierpienie, napięcie, radość, zachwyt... To wszystko wylądowało w mojej głowie, w głowie, w której od wielu lat panoszyła się myśl o przeszłości i przyszłości, teraz została zniewolona przez nagły błąd. Czułem, że naprężam się coraz bardziej i bardziej, jakby nie było odwrotu tej sytuacji. Mój łeb... Boże, co ja narobiłem?!

3.01.2020

Od Miriady do Etsiina "Głowa" Cz. 5

Wlokłam się noga za nogą, ponownie przez otwartą przestrzeń ni to pustyni, ni to stepu, zostawiając za sobą ciemny bór, ale niosąc w sobie jedną z jego tajemnic. W głowie wciąż kłębiło mi się tysiące myśli, w dodatku sprzecznych ze sobą. Wygląda na to, że los da się oszukać. - pomyślałam z satysfakcją - Największa przeszkoda zniknie, cała reszta jakoś się ułoży, jednak...to też poniesie za sobą konsekwencje. - skrzywiłam się, spoglądając w górę. Noc zaczynała właśnie tracić swoje panowanie nad światem, niebo powoli bledło, a wraz z nim zacierały się księżyc i gwiazdy. Na wschodzie pojawił się cienki pasek światła. Ale najważniejsze, że będziemy razem. Robisz to dla niego, dla mamy, dla siebie, Miriado. Miłość jest tego warta. 
— Miriada! - z głębokiego zamyślenia wyrwał mnie roztrzęsiony głos, tak dobrze znany i bliski memu sercu. Podniosłam głowę z lekkim uśmiechem. - Tak się o ciebie martwiłem... - mruknął czule Etsiin, przytulając mnie. Mimo woli wzdrygnęłam się na nagły dotyk, ale z radością odwzajemniłam uścisk. - Gdzieś ty się podziewała? - warknął nieoczekiwanie, jednak nie było widać w tym groźby, po prostu troskę.
— Chciałam trochę pobyć w samotności, i tyle. - odparłam krótko. Kątem oka zauważyłam stojącą z tyłu matkę z nieodgadnionym wyrazem pyska. Nie odzywała się, przyglądała mi się tylko uważnie. Posłałam jej wesołe spojrzenie, na co zareagowała zaskoczoną miną. W sumie nie mogłam się jej dziwić - mało kto cieszyłby się z czegokolwiek w takim dniu, jak ten. - Jestem głodna. - oznajmiłam, wygrzebując roślinność spod śniegu i w ten sposób ucinając wszelkie dyskusje. Reszta grupy uznała to najwyraźniej za dobry pomysł. Jak zawsze podczas śniadania towarzyszył mi nakrapiany ogier. Od dłuższego czasu wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale dopiero teraz wydusił:
— Wyglądasz na szczęśliwą. - rzekł z wyraźnym zdumieniem. Odwróciłam głowę w jego stronę, wciąż się uśmiechając. Widziałam w jego oczach ból i niezrozumienie, w pełni uzasadnione zresztą. Patrzenie na jego smutek było równie dotkliwe, co odczuwanie go samemu. Wiem, że jesteś nieszczęśliwy, ta sytuacja cię wykańcza. Ale nie możesz wiedzieć, kochany, nie możesz. Oby twoje cierpienie nie trwało zbyt długo. 
— Powinniśmy jak najlepiej wykorzystać ten czas, nie sądzisz? Nie warto smucić się już teraz. - odparłam wreszcie z trudem, po czym pod wpływem impulsu obsypałam go śniegiem. Oczywiście Etsiin nie pozostał mi dłużny. Już po chwili obrzucaliśmy się na całego we czwórkę, a kułany patrzyły na nas jak na ostatnich wariatów.
W południe zostałam zabrana przez trójkę młodych oślic, które miały "zrobić mnie na bóstwo", jak to określiły. Czesząc moją grzywę i przyczepiając różnorakie ozdoby nieustannie gadały, całe szczęście pomijając w dialogu moją osobę. Stałam spokojnie, czekając na rozwój wydarzeń, a kolokwialnie mówiąc, na cud. Miałam przeczucie, że mogę zaufać temu stworzeniu, ale mimo wszystko w miarę upływu czasu traciłam nadzieję i miałam coraz więcej wątpliwości. W końcu jak chciał to niby załatwić? Z tego, co zaobserwowałam, nie mógł się poruszać na lądzie. Zamierzał Dain'owi zrobić jakieś pranie mózgu czy co?
— ...Halo! Nad czym się tak królowa zastanawia? - zawołała jedna z klaczy, Moria. Łatka królowej przylgnęła już do mnie na dobre.
— A, nad niczym ważnym... - mruknęłam wymijająco.
— Pytałam, jak pani myśli, czy ta szyszka będzie lepiej pasować po prawej, czy po lewej stronie? - przekrzywiała głowę, przymierzając przedmiot z obu stron.
— Zdecydowanie po lewej! - wykrzyknęła druga, zajmująca się aktualnie moim ogonem.
— No, masz rację. Ślicznie ci wychodzą te pasemka.
— Ooo, dziękuję! - i trajkotały dalej.
Westchnęłam cicho, szukając wzrokiem ponad stadem sylwetki appaloosa. Nagle do moich uszu dotarły nieokreślone dźwięki, przypominające szloch. Natychmiast zwróciłam głowę w tamtą stronę, a większość kopytnych poszła za moim przykładem. Wkrótce kułany rozstąpiły się, przepuszczając orszak złożony z kilkunastu osób, w tym władcy, szlachty i jego małżonki, łkającej głośno przy akompaniamencie cichych prób pocieszenia ze strony reszty towarzystwa. Wokoło zapadła pełna napięcia cisza. Z wyczekiwaniem i strachem wpatrywałam się w Khuvi'ego, wyglądającego jak kłębek rozpaczy i nieszczęścia. W końcu podniósł umęczony wzrok i spojrzał prosto na mnie. Na chwilę serce podskoczyło mi do gardła.
— Nie czas dziś przywdziewać wdzięczne ozdoby, księżniczko, lecz wieniec żałobny. - rzekł łagodnie, bez zwyczajnej pewności siebie, po czym ruszył dalej. Wyjaśnienie przyszło chwilę później. Na końcu orszaku trójka ogierów ciągnęła na linach głowę. Zakrwawioną, uciętą w połowie szyi, mokrą, poszarpaną głowę, z wywróconymi na wierzch białkami oczu, zamarłymi w tej pozycji raz na zawsze. Głowę Dain'a.

CDN

3.01.2020

Od Maliah do ..."Nowe życie"

W stajni słychać było jedynie miarowe odgłosy przeżuwania. Wszystkie konie zostały przed chwilą nakarmione, więc teraz ich pyski tkwiły w żłobach. Nikt nie wyrażał chęci na podniesienie głowy, choć na chwilę, ponieważ pora posiłku była to jedna z przyjemniejszych w ciągu dnia. Życie tutaj nie było bowiem takie proste jak by się mogło wydawać. Większość dnia mieszkańcy stajni spędzali na robieniu tego co podoba się człowiekowi. Skakanie przez przeszkody, robienie dziwnych figur i chodzenie w kółko wokół niego to jedynie niektóre z dziwnych aktywności, które wymyślali sobie dwunożni. Jakby tego było mało w większości z nich pojawiała się przemoc i konieczność bezwzględnego posłuszeństwa. Na pastwisku konie spędzały zdecydowanie zbyt mało czasu, a jeśli wychodziły to opatulone derkami, które nie zawsze były komfortowym dodatkiem.
Dzisiejszego dnia wcale nie było lepiej. Ledwo konie skończyły spożywać śniadanie, a już stajnia zapełniła się ludźmi.
- Mam nadzieję, że nie będą mnie znowu oblewać wodą - mruknęła Maliah odnosząc się do wydarzeń dnia poprzedniego, a mianowicie porządnych kąpieli. - Nie jestem kwiatkiem i wytrzymam bez podlewania.
- Ehh, daj już spokój. Przecież wiesz jacy oni są - prychnął Touch of Grace, jej przyjaciel z sąsiedniego boksu, którego nie poruszały już ludzkie kaprysy. Był on bowiem spokojnym i wyważonym osobnikiem. W dużej mierze przyczyniła się do tego utrata jego męskości.
Z boksów wyprowadzanie były kolejne konie. Maliah prosiła w duchu, żeby nie zabrali również jej, ale przeliczyła się. Człowiek, który jeszcze niedawno sypał jej jedzenie do żłobu, stał teraz przed jej boksem trzymając uwiąz. Otworzył go i podczepił linkę do kantara klaczy. Szarpnięciem dał znak do ruszenia. Maliah nie zostało nic innego niż posłuchać sygnału. Pożegnała się tylko z Touchy'm i powoli ruszyła do przodu.
Człowiek prowadził ją do miejsca, które doskonale znała. Pod sąsiednimi ścianami sześciokątnego pomieszczenia o wysokim stropie i kamiennej posadzce znajdowało się kilka myjek odgrodzonych od siebie, zbudowanymi z zakonserwowanego drewna, półściankami. Po przeciwnej stronie można było dostrzec solaria. Były one w tym samym układzie co myjki. Na środku pomieszczenia mieścił się sześciokątny koniowiąz, zbudowany z gładkiego metalu. W pewnej odległości od niego stały pojedyncze słupy z metalowymi kółeczkami dla koni, które nie mogły stać blisko innych.
Człowiek poprowadził Maliah do koniowiązu. Nie była sama. W pomieszczeniu znajdowało się jeszcze pięć innych koni. Podczas czyszczenia klacz rozejrzała się dookoła. Jednym z nich był potężny ogier, Hannibal. Zadufany w sobie i egoistyczny nie zyskał sympatii Maliah. Kolejna była klacz, Nothern Light, zachowywała się wręcz depresyjnie i nie wchodziła nikomu w drogę, kasztanka nie miała więc o niej zdania. Przy koniowiązie stało też rodzeństwo, Hesper i Hermes, dwójka rozrabiaków, jednak Maliah darzyła ich sympatią. Następny był Pharaoah. Klacz nie rozmawiała z nim nigdy i znała tylko jego dziwaczne imię.
Gdy ludzie założyli wszystkim derki i wyjątkowo duże ochraniacze, bez problemu można było poznać, że szykuje się podróż. Wszystkie konie wprowadzono do przyczepy. Był to duży, podłużny wóz, w którym konie ustawione były parami, jedna za drugą. Każdego oddzielała ścianka, lecz Maliah i tak czuła się nieswojo, gdy koło niej wylądował Hannibal. Szykowała się męcząca podróż.
Mimo złych przeczuć Maliah, podróż przebiegła wyjątkowo spokojnie. Na końcu czekała jednak duża niespodzianka. Zamiast do kolejnej stajni konie zostały wprowadzone do wielkich pudeł. Klacz była dość zaniepokojona, jednak cieszyła się że będzie sama.
Podczas długiej i nużącej podróży kasztance oczy same zaczęły się zamykać. Nie wypoczęła jednak długo, bo usłyszała wielki hałas. Poczuła silne uderzenie od spodu. Była porządnie przestraszona więc kopnęła w ścianę, która ustąpiła zaskakująco łatwo. Jednak to nie był koniec. Zobaczyła przed sobą długi korytarz. Już miała zawracać, lecz zobaczyła biegnącego Hannibala.
"Może chociaż raz się na coś przyda" pomyślała i podążyła jego śladem. Nie wiedziała jakim cudem trafili do wyjścia, ale nie zastanawiając się wyskoczyła na zewnątrz. Ignorując zaczepki Hannibala biegła u jego boku. Zamartwiała się jedynie czy już na zawsze będzie skazana na jego obecność.
Jej rozmyślania przerwał ogier.
-Drapieżniki! - krzyknął obracając głowę. Maliah spojrzała za siebie. Rzeczywiście, w ich stronę zbliżała się grupka zwierząt. - Zajmę się nimi, a ty uciekaj - powiedział, a klacz przystanęła z zaskoczenia. Wszystkiego się spodziewała, tylko nie tego. Hannibal, ten egoista, planował ryzykować życie, aby mogła uciec.
- Dziękuję Hanni - szepnęła zawstydzona klacz i nie chcąc marnować jego poświęcenia, ruszyła biegiem.
Błąkała się po stepie już parę dni. W jej głowie błąkała się tylko jedna myśl. Będzie musiała zacząć żyć od nowa. Ale jak? Nie miała pojęcia. Nie miała co pić, co jeść. Śmierć Hannibala dodatkowo ją dobijała i jakby tego było mało miała pójść na marne. Myślała że to już koniec, gdy nagle jej oczom ukazało się stado. Konie. Zarżała cicho, po czym upadła tracąc przytomność z wycieńczenia.
<Ktoś? >

2.01.2020

Witajcie w 2020!

Moi drodzy, wpierw pragnę życzyć Wam wszystkiego najlepszego, dosłownie. Aby wszystkie wasze marzenia i plany się ziściły, byście wytrwali w swoich noworocznych postanowieniach, aby czepiały się was jak rzep psiego ogona zdrowie, szczęście i dobre towarzystwo - SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!
Zanim przejdziemy do postarzania i innych formalnych pierdół, czas na małe podsumowanie 2019 Ach, te stare, dobre czasy...:
  • Przede wszystkim na przełomie stycznia i lutego blog przeszedł generalny remont, który znacznie wpłynął na jego obecny kształt. Powitaliśmy wtedy między innymi Giełdę Pięciu Kopyt
  • Mieliśmy okazję kibicować Miriadzie i Etsiinowi, żeby już skończyli cimcirimcim z kułanami i zostali szwagrami
  • Byliśmy świadkami, jak miłość potrafi zawrócić w głowie i ostatecznie połączyć Shiregt'a i Mivanę
  • A także jak buzujące hormony, wymiar sprawiedliwości czy nierozumienie słowa "NIE" może wpłynąć na liczbę urodzeń
  • Powitaliśmy Skiresa, Shantsai i Moa, wiodące trio nowego pokolenia
  • Obserwowaliśmy knowania Stada Hańby z Alisahar na czele, która (nie)stety zdecydowała się przejść na wcześniejszą emeryturę na zielonych łąkach
  • Dzięki Kasji znacznie pobiliśmy rekord postaci zamordowanych przed jednego sprawcę
  • Zrobiliśmy w ciul ankiet=drobnych zmian
Postarzanie
  W związku z powyższym o nowe formularze proszone są wciąż te same osoby - właściciele Skiresa i Shantsai (nastolatka) oraz właściciel Nivero (dorosły). Poza tym nie ma żadnych istotnych zmian. W grudniu na blogu pojawiło się jedynie 13 postów, co z pewnością nie jest powodem do dumy, z drugiej strony mieliśmy spory postęp w wątku Miriady i Etsiina, pojawiło się też parę nowych.
Temtsel Dotood - Co dalej?
  Jak już pewnie sami zauważyliście, od dawna nie mieliśmy na EF zawodów Temtsel Dotood. Było to spowodowane głównie brakiem czasu z naszej strony, administratorów. Aktualnie zastanawiamy się nad jego całkowitą likwidacją. To wydarzenie nie jest istotnym czynnikiem podwyższającym sprawność postaci, pojawiał się również problem zabójstw podczas TD i najzwyczajniej w świecie skomplikowana logistyka. W takim wypadku miejsce w hierarchii stada byłoby zależne głównie od fabuły oraz zajmowanego stopnia rangi, co jest według mnie sporym plusem. W związku z tym przygotowaliśmy dla was ankietę, która będzie trwać do 20 stycznia 2020 roku i rozstrzygnie wątpliwości co do losu Temtsel Dotood.
A gdzie się podziały podsumowania pszenicy?
  Tak, tu też winowajcą jest po części brak czasu, ale także niska aktywność na blogu. Stwierdziliśmy, że nie ma sensu teraz przeprowadzać podsumowań i zabierać praktycznie wszystkim postaciom pszenicę. Za to nowy rok rozpoczniemy z przytupem i już za 2 tygodnie, 14 stycznia, możecie się spodziewać kolejnego podliczania :)
Postanowienia noworoczne dla Eternal Freedom
  Aktualnie mamy parę pomysłów, które chcielibyśmy wcielić w życie, trochę rzeczy do poprawy, trochę do całkowitego usunięcia; Postaramy się:
  • Konsekwentnie wraz z postarzaniem postaci zmieniać rok w fabule, a także w każdym poście nadawać mu unikalny tytuł, aczkolwiek jest to tylko jedna z opcji. Druga z nich proponuje, by w ogóle zostawić czas w fabule w spokoju i zatrzymać się na roku 2000 #EFrozwalaczasoprzestrzeń. Zastanawiamy się również nad ogólną zmianą systemu postarzania, najbardziej innowacyjną regulacją, która zakładałaby postarzanie postaci w miarę postępów fabularnych. 
  • Skupić się bardziej na promocji bloga.
  • Wybrać pierwszą w klanie Betę, oj przyda się...
  • Pobić dotychczasowy rekord postów na miesiąc i rok! Absolutely possible
  • Dalej się dobrze bawić! :D
Zatem bywajcie, weny dwie garście, i do zobaczenia!
~Ekipa SZAPULUTU

1.01.2020

Śmierć NPC

W dniu dzisiejszym żegnamy dwie postacie NPC, Saminarię oraz Mirabikę, zmarłe z przyczyn naturalnych. Niechaj spoczywają w pokoju [*].

1.01.2020

Od Lumina do Mivany "Ośmieszony"


Kiedy dotarliśmy na miejsce, ujrzałem grupkę prawie depczących po sobie koni, które taksowały nasz krok, co jakiś czas mamrocąc  coś niezrozumiałego do najbliższego towarzysza.  Prychnąłem zirytowany,  a kiedy wszystkie spojrzenia zwróciły się  ku nowej parze młodej,  pozwoliłem sobie usunąć się w cień. Dziesiątki pysków. Dziesiątki oczu. Dziesiątki zamiarów. Cały tłum łączyło tylko narastające oczekiwanie. Być może czekali na najgorszą parę stulecia, być może oczekiwali dumnych małżonków. Być może w ich sercach  tkwił tylko żal i przyszli spojrzeć jak bawi się i upada  kolejne pokolenie. Rozejrzałem się nerwowo, czując jak i we mnie narasta napięcie. I stało się. Pyski dwóch nazbyt wyrośniętych nastolatków zetknęły się w  niepewnym i delikatnym, ale czułym pocałunku. Upojeni wzajemnym żarem swoich ciał spojrzeli sobie głęboko w oczy, szukając pozwolenia na powtórzenie tej przyjemności. Tłum zaczął głośno wiwatować, a ja posłałem porozumiewawcze spojrzenie w kierunku Mivany i postanowiłem się wycofać, chcąc zrobić miejsce rozentuzjazmowanej grupie koni. Jednak natychmiastowo zostałem przepchnięty do miejsca przed sceną. Próbując utrzymać się na kopytach, musnąłem pyskiem nos Boroo. Natychmiastowo dostałem w zęby oraz w katuszach poleciałem na plecy. Na moim pysku wymalowało się przerażenie. W akcie desperacji uniosłem kopyta ku nieboskłonie i jęknąłem ostrzegawczo.
-Gej!-usłyszałem za sobą i zacisnąłem zęby. Kiedy udało mi się podnieść na chwiejne kończyny, ujrzałem tylko zawiedzione spojrzenie Mivany. Ze złością zacząłem wypatrywać konia, który postanowił tak się narazić. Kiedy napotkałem tylko kpiące spojrzenia, a Boroo zaczął zmniejszać swój dystans do Shiregta
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
-Lumino?-usłyszałem głos jeleniowatej klaczy i pogrążyłem się w oczekiwaniu- Czy to prawda, że...
<Miv? Takie trochę na szybko, wstawiam równo o 24>
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika