→ Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU

2.06.2019

Od Mivany ,,Zemsta jest słodka?"

Jeden z tych chłodnych poranków po letnim deszczu, który nawiedził Klan w nocy. Trójka koni stojąca naprzeciw odwiecznemu wrogowi. Stado w oddali oddaje się jeszcze odpoczynkowi. Żadne z nich nie ma pojęcia, co się zaraz zdarzy.
Poprzedniego dnia, kiedy stałam na uboczu, jak zwykle racząc się roślinnością i obserwowaniem cudzego życia, oraz, oczywiście, moich podejrzanych, dostrzegłam, że w Kasja idzie po kole, na którego krawędzi się znajdowałam. Przechodząc obok mnie, rzuciła - Jutro, kiedy tylko wstanie słońce, nad bazą - przez resztę dnia miałam zebrać szybką naradę z Carnim i Miri. Wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że na spotkanie przyjść trzeba. Nie powinno nam grozić nic, my młodzi, sprawni i liczniejsi od tej starzejącej się nauczycielki. Mimo wszystko, trzymaliśmy się na baczności - miała na koncie już wiele zabójstw.
- Teraz już wiecie, jak to było - zakończyła swój monolog, który miał objaśnić całą historię jej mrocznej części życia. Nie miałam pojęcia, dlaczego nam to opowiedziała. Czyżby chciała się wyspowiadać, by móc w spokoju odejść? Wydawała się taka łagodna - nic dziwnego, że nikt nie posądzał jej o tajemnicze zniknięcia członków. Jednak jej pysk zmieniał wyraz szybciej, niż zdążyło się mrugnąć - Ah, Mivana, gdybyś mogła zobaczyć śmierć Mary... Mówię ci, piękny widok.
Z wielką siłą, która buzowała we mnie jak w wulkanie, podsycana wspomnieniem stojącej u progu dorosłości nastolatki, zanoszącej się od szlochu nad brzegiem rzeki, rzuciłam się do przodu. Księżniczka i poddany szybko jednak odciągnęli mnie do tyłu.
- Musisz nad sobą panować. Znasz prawo. Zanim zginie, musi paść wyrok - Miriada przemawiała do mnie kojącym, acz stanowczym, głosem. Czułam się jak niegrzeczny źrebak, który dostaje naganę.
- Wiem - warknęłam tylko.
- Pójdziesz z nami po dobroci, czy mamy użyć siły? - jedyny ogier z mojej detektywistycznej bandy zajął się naszym więźniem.
- Pójdę po dobroci, dziękuję, że pytasz.
W czwórkę, prowadząc byłego kronikarza między nami, na wszelki wypadek, doszliśmy do budzącego się stada. Bez zbędnych ceregieli podeszliśmy do władcy oznajmując, że mamy dla niego sprawę niecierpiącą zwłoki. Mimo, iż przed chwilą był zaspany, słysząc to i widząc nasze poważne oblicza, zwołał natychmiast tymczasową radę. Moja drużyna, para królewska starej generacji oraz przedmiot sprawy oddaliliśmy się od innych pobratymców, których rozochocona sensacją chorda mimo wszystko ruszyła za nami, zatrzymując się w niewielkim oddaleniu.
- Wytłumaczcie mi, o co chodzi - zażądał przywódca.
Jego siostra, wspierana zdaniem szeregowca, wytłumaczyła w dość drobnych szczegółach przebieg naszego śledztwa oraz opowieść Kasji. Do mojego milczenia dołączyli niedługo pozostali zebrani, jednak została ona przerwana przez głowę naszej braci.
- Kasjo, czy przyznajesz się do zarzucanych ci win?
- Tak, to ja - przez chwilę miała wrażenie, że splunie na władcę, czy w jakiś inny sposób obrazi jego majestat - Ale chciałam tylko chronić innych... Oni robili złe rzeczy...
- Dosyć! - krzyknęłam, momentalnie znajdując się przy klaczy ze sztyletem w pysku. Zostałam jednak odepchnięta przez uczestniczących w naradzie. Shiregt spojrzał na mnie z góry, udzielając niesłownej nagany. Patrząc na miodową klacz z poczuciem, że muszę coś zrobić, a jednak nie mogę, poczułam napływ ogromnego gniewu i smutku. W oczach zaczęły kręcić mi się łzy. Spuściłam głowę, cofając się o krok od reszty.
- Mivana, ta sprawa dotyczy ciebie w personalny i delikatny sposób. Nie powinnaś brać udziału w tej naradzie. Rządzą tobą zbyt silne emocje - władca wciąż patrzył surowo.Wiedział, że nie mogę negować tego rado-rozkazu, więc bez słowa oddaliłam się od nich, w stronę tłumu.
Zaciekawiona, szepcząca między sobą gawiedź irytowała mnie niemiłosiernie. Miałam wrażenie, że ich słowa wwiercają się w moją głowę. Uniosłam głowę, stając przed nimi z groźnym wyrazem pyska.
- Czegoś tu szukacie? - mój głos, prawie syk, skupił ich na mnie na tyle, bym jednym błyśnięciem ostrza mogła pozbyć się wszystkich gapiów. Jeden z niewielu razów moja pozycja przydała się do czegoś większego, niż udział w kierowaniu klanem. Przez długi okres czasu, a może jedną, wydłużającą się chwilę, stałam samotnie, próbując okiełznać szalejącą we mnie burzę. On nie chce, abyś się mściła, on jest również twoim wrogiem. Chcesz dać sobą pomiatać? Głos w mojej głowie dyktował nienawistne komentarze w kierunku każdego z członków zwołanej Rady. To było w jakiś sposób... Przygnębiające, mimo, iż faktycznie miałam ochotę wpaść tam i wybić wszystkich co do joty. No, może Shiregt'a bym tylko trochę poturbowała. W końcu zobaczyłam skarogniadego, smukłego ogiera. Grzecznie poczekałam, aż podszedł do mnie, po czym od razu wypaliłam:
- Postanowiliście coś?
- Shiregt cię wzywa -odparł tylko. Nie miał najbardziej zadowolonej miny, wręcz krzywił się jak po zjedzeniu nieświeżych jagód.
Bez słowa poszłam za nim w stronę zebranych. Kiedy do nich dołączyłam, obecny władca ogłosił swój wyrok.
- Postanowione. Kasja, za liczne dokonane zbrodnie, zostaje skazana na karę śmierci - wziął głęboki wdech, wpatrując się we mnie, niemalże świdrując mnie wzrokiem - Mivana, zgodnie uznaliśmy, że ty nie miałabyś większych oporów, by wykonać tę karę.
Mój pysk nie wyrażał żadnych uczuć, ciało zesztywniało, napinając się jak struna. Z jednej strony na tą chwilę czekałam już wiele lat, na dopełnienie się mojej zemsty. Z drugiej, to wciąż było zabijanie. Zabijanie innego konia. Czy to na pewno było... Odpowiednie? Czy nie będę miała problemów, by normalnie funkcjonować, żadnych...
- Mivana? - Shiregt przywołał mnie do rzeczywistości. Spojrzałam mu mężnie w oczy.
- Zrobię to.
Gniadosz patrzył na mnie z niejakim... Smutkiem? Kiwną jednak na Cardinaniego, który stał obok skazanej. Ta posłała nam lekki, skruszony uśmiech.
- Przepraszam was za kłopoty, jakie wam przyprawiłam - powiedziała.
A może taki ma plan? Żeby narobić mi wyrzutów sumienia? A może faktycznie żałuje za swoje czyny? To nie grało jednak roli. Zbrodnie wymaga kary.
Miriada wraz ze swoją matką odeszły. Była medykiem, więc pewnie widziała niejedną konającą postać. Sama jednak nie byłam pewna, czy chciałabym być obserwatorem tego wydarzenia. Khonkh staną przy potomku. Patrzyli na mnie wyczekująco. Wzięłam do pyska Vespę. Smak metalu podrażnił mi język. Teraz, nie wahaj się dłużej. Podeszłam do byłej nauczycielki. Przed oczami miałam wszystkich tych, którzy padli jej ofiarami. Widząc pysk matki, ten przyjazny, brązowy pysk... Szybkim cięciem przerwałam główną tętnicę szyjną. Niedługo potem klacz zaczęła krztusić się, po czym upadła w agonii. Chwilę jeszcze drgała, zanim obecny przy nas medyk nie stwierdził zgonu. Zamiast upragnionego spokoju i spełnienia, czułam pustkę. Głęboką, wiszącą ciężko nad moją duszą, jak mgła. Wpatrywałam się tępo w zwłoki.
- To chyba koniec zabawy. Żegnaj, moja najgłębsza złości. Do zobaczenia po drugiej stornie, Kasjo.

KONIEC
Kasja umiera, cieszmy się, nasi przyjaciele i rodzina przeżyją ten dzień!

2.06.2019

Od Dantego do Specter "Lepszy ojciec niż przyjaciel"

Szła powoli. Krokiem za krokiem, co jakiś czas się chwiejąc. Naero...dowiedziałem się, że tak właśnie ma na imię.
-To nie wygląda najlepiej-powiedziałem. Poczułem na sobie spojrzenie klaczy. Przeniosłem na nią wzrok i spostrzegłem, że patrzy na mnie jak na wroga.-Chodzi mi o nią. Znaczy, o...o to, że powinien ją zobaczyć medyk, nie uważasz?-wyjaśniłem. Specter jakby złagodniała. Przez dłuższą chwilę jednak nie otrzymałem odpowiedzi, aż nieoczekiwanie klacz ruszyła z miejsca. Trójka źrebiąt poszła za nią. Ja również nie zamierzałem tam sam zostawać. Już po chwili dołączyłem do Specter.
-Dokąd idziemy?-spytałem.
-Wracam do klanu. Myślę, że Naero faktycznie powinien zobaczyć medyk-odparła klacz. Zignorowałem przytyk skierowany w moją stronę. Przez jakiś czas dalej szliśmy, nie rozmawiając ze sobą. Ciszę przerywały jedynie głosy źrebaków, co jakiś czas przystawaliśmy też, aby Naero mogła nieco odpocząć.
-Posłuchaj...-zacząłem. Klacz popatrzyła na mnie i w tej samej chwili zupełnie zapomniałem, co chciałem powiedzieć. Słowa uciekły z mojej głowy. Tak bardzo mi na niej zależy. Ale...ja? Ojcem?-przeniosłem wzrok na jej...nasze dzieci. Wydawały się nawet fajne. Miłe, zabawne. Faktycznie, kiedy na nie patrzyłem, jak beztrosko stawiają swoje kolejne kroki na tym świecie i próbują się ze sobą bawić, robiło mi się jakby cieplej na sercu. Ale to przecież nie wszystko. Nie zawsze będzie kolorowo. Czy ja dam sobie z tym radę? A Specter? Ona sobie poradzi?
-Czego mam posłuchać?-spytała w końcu szorstkim głosem klacz. Miało się wrażenie, że tamtej chwili, kiedy staliśmy razem przytuleni, ledwo kilka minut temu, nigdy nie było. Wszystko, co chcieliśmy i mogliśmy sobie powiedzieć, odeszło poniekąd w niepamięć wraz z tą chwilę. Znowu na to pozwoliłem. Przegapiłem szansę. Ile jeszcze będę ich potrzebował? I czy Specter w ogóle mi je da?
-Właściwie to... Chciałem powiedzieć, że cię przepraszam-powiedziałem.
-Przepraszasz? Za to, że mnie zostawiłeś? Samą, w ciąży? Czy że w ogóle narobiłeś mi jakichkolwiek nadziei? Albo za to, że tyle mnie zwodziłeś? Po co w ogóle się ze mną zadawałeś? Byłam tylko zabawką?!-było tak, jakbym niechcący otworzył drzwi do jakiegoś pomieszczenia w jej duszy, z którego wylały się wszystkie wyrzuty, jakie miała do mojej osoby. A najgorsze były to, że wszystkie były prawdziwe.-Nie jestem pewna, czy przeprosiny coś tu dadzą, Dante. Czy ty w ogóle żałujesz tego, co zrobiłeś?-dodała klacz.
-Żałuję-odparłem niemal bez namysłu.
-Jeśli się czegoś żałuje, to powinno też chcieć się to naprawić-powiedziała Specter.
-Jak? Powiedz mi, jak mam to naprawić?-zapytałem natychmiast.
-Bądź dla tych źrebiąt lepszym ojcem, niż dla mnie przyjacielem-odparła klacz. Słowa te w ułamku sekundy wyryły mi się w umyśle, sercu i duszy. Jednocześnie wiedziałem, co znaczą, ale też ich nie rozumiałem i starałem się znaleźć w tym wszystkim sens. Kiedy w końcu zdecydowałem się coś powiedzieć, dotarliśmy do klanu. Z daleka dało się słyszeć rozmowy i śmiechy, więc Specter skupiła się na tym, aby przygotować źrebaki na to, co wkrótce je miało czekać.
-Pewnie wiele koni się nimi zainteresuje-powiedziała klacz, zwracając się z powrotem do mnie.
-Zapewne-potwierdziłem. Na pewno też będą chcieli wiedzieć, kto jest ich ojcem-pomyślałem.
-Ja się tym zajmę, a ty idź poszukać jakiegoś medyka-odparła Specter.
-Dobrze-powiedziałem. Przynajmniej tyle mogłem zrobić. Kiedy znaleźliśmy się w zasięgu wzroku pierwszych koni, rzeczywiście wzbudziliśmy niemałą sensację. Mając na uwadze wykonanie swojego zadania, korzystając z tego, że jako książę mam nieco większe przywileje, przedarłem się przez grupę koni w poszukiwaniu medyka.
-Gdzie ty się znowu tak spieszysz, chcesz wszystkich staranować?-usłyszałem za sobą dobrze znany głos, pełen nagany, oburzenia, ale też doskonale skrywanej, bratniej troski.
-Tak, to moje marzenie od dawna-odparłem. Nie mogłem się powstrzymać od odrobiny złośliwości. Shitegt posłał mi spojrzenie, które jasno dawało do zrozumienia, że zdążyłem go już zdenerwować. Postanowiłem jednak, skoro już go spotkałem, wykorzystać go to pomocy.-Potrzebuję medyka. Widziałeś gdzieś któregoś?-dodałem.
-Ja jestem medykiem, braciszku-odparł nieco znudzonym głosem. Na tak! Zupełnie o tym zapomniałem! Chyba jednak niekoniecznie powinienem prosić o pomoc akurat jego, chociaż... On jest podobno dobrym medykiem, więc może zna się lepiej na tym wszystkim niż inni i będzie mógł bardziej pomóc Naero?-pomyślałem.
-W takim razie potrzebuję twojej pomocy-odparłem.
-A po co? Wyglądasz całkiem nieźle-powiedział ogier.
-Zawsze wyglądam całkiem nieźle. Ale żarty na bok, ja mówię serio. Musimy iść pomóc pewnej... pewnemu źrebakowi-wyjaśniłem. Shiregt od razu się ożywił i przestał żartować. Zamiast tego zaczął wypytywać, o co chodzi, ale ja kazałem mu po prostu iść za mną. Doprowadziłem go do Specter i źrebaków. W tym czasie zainteresowanie nimi tylko wzrosło. Wyjaśniłem pokrótce bratu, o co chodzi, a ten szybko kazał się rozejść całemu towarzystwu. W końcu została tylko nasza szóstka. Shiregt przystąpił do badania Naero. W tym czasie Specter i ja w milczeniu czekaliśmy na to, co powie, a dwa pozostałe źrebaki bawiły się kawałek dalej. W końcu mój brat zwrócił się do klaczy.
-Pozostała dwójka jest zdrowa?-spytał.
-Tak, jak widzisz, nic się z nimi nie dzieje-odparła Specter.
-Rozumiem. Pozwól jeszcze, że zapytam. Kto jest ich ojcem?
Na chwilę klacz umilkła.
-Nie mają go-odparła. Spojrzałem na nią zaskoczony. Czy ona zdawała sobie sprawę, na co się pisze? Na plotki? Pomówienia? Głupie domysły? A może po prostu... nie chciała, aby ktokolwiek wiedział o tym? Jednak nie mogłem pozwolić, żeby Specter stała się ofiarą tych plotek.
-Ja jestem ich ojcem-wypaliłem. Właśnie wtedy pomyślałem coś jeszcze. A może...nie zasługiwałem na to określenie?
<Specter? Możesz mnie zabić, ja naprawdę myślałam, że już ci odpisałam>

2.06.2019

Od Mivany do Shiregt'a ,,Podział władzy na płaszczyznach wielu"

Spojrzałam lekko zszokowana na Avę. Bądź co bądź, chyba nikt jej się tutaj nie spodziewał, rankiem, w oddaleniu od stada.
- Skąd się tu wzięłaś? Nic ci nie jest? - bacznie lustrowałam wzrokiem towarzyszkę. Musiała być na skraju wyczerpania, spowodowanego zapewne długim lotem.
- Wszystko... W porządku... - wyrzuciła z siebie, głęboko wciągając powietrze - Muszę tylko... Chwilę odpocząć.
Pozwoliliśmy sokolicy na zamilknięcie. Ze zmartwieniem przyglądałam się, jak uspokajała oddech i drżenie ciała. Jak długo podróżowała? Czy stado wysłało ją, aby nas znalazła, czy szukała nas z własnej woli? A może postanowiła polować w okolicy? W końcu stan ptaka unormował się, a z jej dziobu wypłyną dobrze znany, radosny głos.
- Klan zaczął się niepokoić. Chwilowo rządy przejął Khonkh, jednak nie bez powodu oddał pałeczkę Shiregt'owi. Wybacz - zwróciła się do ogiera - Dobrze by było, gdybyście jak najszybciej wrócili. Bóg wie, na co oni tam wpadną. A, Mivana, Lumino zmartwił się twoim zniknięciem. Kazał przekazać, że jeśli wrócisz, wygarbuje ci skórę - uśmiechnęłam się w duchu. Czy nie miło czasem mieć przyjaciół, rodzinę?
- Znasz bezpieczną drogę? - zapytał gniadosz. On pewnie również galopował już przy znajomych, jednak zachował większą jasność umysłu, niż ja.
- Sądzę, że dam radę was zaprowadzić. Stado przemieściło się niedawno, znajdują się nie tak daleko od nas.
- Nie tak daleko, czyli..?
- Niecały dzień drogi. Byłoby szybciej, gdybyście wspięli się na to wzniesienie, ale tego nawet nie rozważam.
- Nie powinniśmy zatem zwlekać. Avo, jesteś gotowa do kolejnego lotu? - władca mówił rzeczowym tonem. On naprawdę potrafił przewodzić, nawet osobami innego gatunku.
- Sokoły są do tego stworzone - powiedziała, jednak w jej oczach ujrzałam wahanie i niepokój - Może po drodze coś upoluję?
- Tego ci nie zabronimy - zapewnił.
Już po chwili byliśmy w drodze. Ava leciała na znacznej wysokości, patrząc na okolicę z wysokości, co jakiś czas obniżając pułap, by zdać nam relację. Kilkakrotnie zdarzało jej się również pozbawić jakiegoś gryzonia życia. Nie mieliśmy jej tego za złe - potrzebowała energii. W dodatku poświęcała się dla sprawy, która mogła jej w ogóle nie obchodzić. Stado nie było przecież jej, wystarczyłaby chwila, by zniknęła w przestworzach, na zawsze. Na myśl o takiej możliwości wzdrygnęłam się. Ona nie mogła zniknąć, nie tak. Przez dużą część mojego życia była przy mnie, stając się dozgonną przyjaciółką.
- O czym myślisz? - Shiregt spróbował nawiązać rozmowę. Zerknęłam na niego. Brązowa sierść połyskiwała w letnim słońcu, które kazało przymrużać oczy. Jego pysk nie okazywał większych emocji, przybrał jedynie życzliwy wyraz. Moje oderwanie od rzeczywistości musiało zwrócić jego uwagę. To... Słodkie.
- O domu - przyznałam - Ostatnie chwile były naprawdę cudowne i... - nagle dotarło do mnie, co powiedziałam - Taaak, hm.. Ale tęsknię za Luminem, znanymi pyskami, nawet moje obowiązki nagle wydają się takie przyjemne! Chciałabym się teleportować tam, jak Luna.
- Kto? - ogier przekrzywił łeb, jakby chciał podkreślić swoją niewiedzę.
- Nie słyszałeś legendy o Księżycowej Klaczy? Matka opowiedziała mi ją, kiedy byłam małym, niepoczytalnym źrebakiem - prychnęliśmy rozbawieni.
- Nikt nigdy mi o niej nie opowiedział, jednak żywię nadzieję, że to się za moment zmieni.
Reszta podróży minęła nam na wymienianiu się fantastycznymi historiami i niezobowiązujących rozmowach, zazwyczaj o dziwnych rzeczach,. które wyczyniało nasze rodzeństwo. Nietrudno zgadnąć, że tym razem królował Dante.

<Shiregt? Mówiłam, że wena poszła w las :C>

2.06.2019

Od Etsiina do Miriady ,,Rycerz na białym... Śniegu?"

Nagle rozproszył mnie dziwny odgłos. Najpierw odległy i głuchy, a następnie tak głośny, że ziemia zaczęła drżeć... Chwila... ZIEMIA ZACZĘŁA DRŻEĆ? Wyrwany z zamyślenia, gwałtownie się odwróciłem. Ze skał pędziła lawina, w tak zawrotnym tempie, że nie dałem rady nawet dokończyć zdania. 
- Miriada! Uważ... - poczułem,  jak zimny i kujący śnieg uderza mnie w pysk, a następnie brutalnie odbiera grunt spod nóg. Wszystko pociemniało, potem na chwilę ujrzałem przed oczyma zupełną biel i straciłem przytomność.  

Zamrugałem kilka razy, nieprzytomnie poruszając głową na boki. 
- Co się dzieje? - wymamrotałem. Moja głowa pękała z bólu, musiałem się mocno uderzyć. Gdy jakimś cudem dałem radę otworzyć oczy, tam ukazała się wyraźna sylwetka konia, na tle bezkresnej bieli. - Czy to już? Nie żyję? - zapytałem.
- Wygląda na to, że jednak żyjesz. - usłyszałem niewyraźny głos. Musiał należeć do Cardinaniego. 
- O Boże... - jęknąłem, ale jednocześnie odetchnąłem z ulgą. Ogier pomógł mi wydostać się z zaspy i wstać. - Co tu się stało? 
- Zaskoczyła nas lawina. - powiedziała Yatgaar, która właśnie otrzepywała się z puchu. 
- Wszyscy już są? - zapytałem.
Yatgaar zamilkła na chwilę, a potem gwałtownie się obejrzała. Widziałem, jak jej oczy przybierają duży rozmiar. 
- Moment... Gdzie jest Miriada? - krzyknęła klacz. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że faktycznie Miriady nie ma. Zamarłem. Świat przed moimi oczyma rozmazał się na chwilę, a potem poczułem głuchą ciszę. Miriada... Miriada... Gdy oprzytomniałem, zobaczyłem, jak Yatgaar zaczyna wpadać z panikę. Cardinano próbował coś do niej mówić, jednak klacz widocznie nie chciała słuchać. Starałem się uspokoić, ale dalej czułem zimne kucie w sercu.
- Trzeba ją znaleźć. - powiedziałem powoli. Co, jeżeli coś się jej stało? Co, jeżeli nie żyje?! Starałem się odtrącić tę myśl, jednak została mi gdzieś z tyłu głowy. Rozejrzałem się. Ziemię pokrywała gruba warstwa śniegu, drzewa przypominały wysuszone badyle. Gdzie można byłoby zacząć szukać klaczy? Czułem, że we mnie także wzbiera się panika. Kułany też gdzieś zaginęły.
- No pięknie... - wymamrotałem i odwróciłem się w stronę Yatgaar i Cardinaniego. - Słuchajcie, nie możemy próżnować. Jeżeli Miriada żyje, to może jej grozić śmierć z powodu zimna. Kto wie, czy coś jej nie przysypało? Jak przez mgłę pamiętam, że ukryła się za dużym kamieniem. Musimy ją znaleźć.
Yatgaar spojrzała na mnie niepewnie, a następnie przeniosła wzrok na Cardinaniego.
- Dobrze. W takim razie ja będę szukać w tamtej okolicy. - pokazała łbem i nie czekając na nasze zdanie, ruszyła w tamtą stronę.
- Ja postaram się poszukać kułanów. - mruknął Cardninano. - Może przy okazji znajdę też Miriadę. A ty?
- Będę jej szukać. Tam. - odparłem i drżąc, postanowiłem iść w stronę z której wcześniej zaskoczyła nas lawina. Minęło dużo czasu. Nie wiem jak dużo. Z każdą chwilą traciłem nadzieję.
- Gdzie jesteś, Miriado? - zapytałem sam siebie i kopnąłem kamyk leżący na ziemi. Ponownie minęło dużo czasu, a poszukiwania spełzły na niczym. Na horyzoncie dostrzegłem zbliżających się Yatgaar i Cardinaniego. Widocznie oni też nikogo nie znaleźli.
- I co teraz...? - zapytałem sam siebie, jednakże nagle Yatgaar zamarła i postawiła uszy na sztorc. Wszyscy ucichli.
- Usłyszałam coś! Słowo... - wyszeptała. - Cansli!
Spojrzałem na klacz lekko zakłopotany, a Cardinano lekko wzruszył ramionami.
- Hm...? - wymamrotałem.
- Stamtąd! - Yatgaar wskazała częściowo zasypany głaz. Nie zadając pytań, pogalopowaliśmy we wskazanym kierunku. W sercu zapaliła mi się iskierka nadziei.

<Miri? Przepraszam za tego gniota ;_;>

2.06.2019

Erina zachodzi w ciążę!

Kolejny mały cud! Erina zachodzi w ciążę ze swoim partnerem, Arrow'em. Gratulujemy naszej medycznej parze!
  • Ojciec- Arrow, medyk I stopnia. Matka - Erina, medyk I stopnia.
  • Ilość źrebiąt: 2
  • Data zajścia w ciążę: 1.06. 2019 r. 
  • Planowana data porodu: 8.06. 2019 r. 

1.06.2019

Od Eriny do Arrow'a "Jesteś w ciąży"

Też nie wiedziałam, czy nadam się na matkę.
- Był seks, będą źrebaki.
Po chwili dotarliśmy do klanu. Arrow mnie pocałował i położyliśmy się spać.            
~Kilka miesięcy później~
 Leżeliśmy jeszcze chwilę i trochę poczułam lekkie mrowienie w brzuchu. Wiedziałam, że to zwiastun tego, co ma się stać.
- Arrow chyba jestem w ciąży-powiedziałam.
- Co? - Zapytał jeszcze niedobudzony.
- Będziemy mieli źrebaki! Poczułam coś w brzuchu i to na pewno oznaka zbliżającego się porodu. - Nie wiedziałam co myśleć. Byłam ciężarną klaczą, która nie umie wychowywać źrebiąt. Jednak możliwe, że to, co poczułam nie było w stu procentach wiadomością o źrebiętach. Trzeba było to sprawdzić u medyka.
- Trzeba to sprawdzić u specjalisty. - Powiedział Arrow z lekkim lękiem w głosie. Po chwili ruszyliśmy w drogę wyciągniętym stępem. Po dość krótkim dystansie poczułam zmęczenie.
- Arrow możemy tu odpocząć? - Zapytałam, bo przechodziliśmy właśnie obok łąki pełnej trawy.
- Już się zmęczyłaś?
- Tak, przedzież klacze w ciąży nie męczą się tak wolno, jak inne konie.
- Cz... y... li ty już.. jest...eś..pewna, że.... jestr...eś w .ci...ą..ży? - Jąkał się z wielką obawą o nasze dalsze losy.
- Nie do końca, ale na te objawy nie pojawiają się o ile mi wiadomo to typowe przy ciąży, ale najpierw warto odwiedzić medyka. Po chwili odpoczynku ruszyliśmy dalej bez konwersacji, bo każdy z nas był przy tym wszystkim w wielkim stresie.
- Już niedługo się dowiem czy na pewno jestem w ciąży — myślałam. Kiedy dotarliśmy na miejsce. Spotkaliśmy karego ogiera.
- My do medyka to ty? - Zapytałam.
- Tak - Odpowiedział po czym zabrał się do właściwych czynności. Dokładnie mnie obejrzał i powiedział:
- Jesteś w ciąży.
<Arrow?>

1.06.2019

Od Virginii do Shiregt'a "Misja"

Dlaczego to właśnie mnie spotyka? I co mnie obchodzą jakieś wilki? Ja tam mogę z nimi walczyć, poradzę sobie. A jeśli inni, na przykład mój brat, nie, to ich strata. Niech giną, tak działa selekcja naturalna-myślałam, kłusując raźno koło jednego z koni. To była klacz i miała chyba na imię Mindy. Mimo to rozumiałam poniekąd sens tych działań, w końcu lepiej zbadać teren, niż od razu zarządzać ewakuację lub też narażać wszystkich na ryzyko utraty życia. Bądź co bądź, ten nasz władca nie był wcale taki głupi i dobrze zachowywał pozory troskliwego ojca narodu. Zwiadowcy, z pomocą paru innych koni, mieli sprawdzić ślady wilków, na które ktoś natknął się w czasie spaceru. Czy są świeże, czy już raczej nie, i czy grozi nam jakieś niebezpieczeństwo ze strony tych drapieżników. W końcu dotarliśmy do wskazanego miejsca. Najwidoczniej nikt nie miał ochoty na zbędne pogaduszki, bo całą drogę wszyscy zgodnie milczeli. Przystąpiliśmy do wstępnych oględzin, ale szybko je przerwaliśmy. Wiatr przyniósł ze sobą świeżą woń. Woń drapieżników. Zbiliśmy się niejako w gromadę. Każdy z nas uważnie i nerwowo rozglądał się w celu wypatrzenie niebezpieczeństwa. Woń z każdą chwilą nasilała się, toteż po ustaleniu, skąd pochodzi, wszyscy postanowiliśmy zawrócić. Chcieliśmy wrócić do klanu, ale nieco okrężną drogą, aby nie sprowadzić ze sobą drapieżników. Niestety, te nie pozwoliły nam spokojnie odejść. Kilka z nich wyskoczyło z zarośli i rzuciło się do ataku. Czym prędzej każdy z nas zaczął uciekać. Biegłam co sił w nogach i już po chwili wysunęłam się niejako na prowadzenie. Odwróciłam się lekko, aby sprawdzić, jak się sprawy mają z naszym pościgiem. W ten sposób zauważyłam, że ta cała Mindy niezbyt za nami nadążała. Biegła spory kawałek w tyle, a wilki były już dość blisko. Zaczęłam powoli redukować swoją prędkość. Inne konie wyprzedzały mnie, nie zwracając na moją osobę większej uwagi. Kiedy byłem już blisko Mindy, jeden z drapieżników przyspieszył. Niemal bez namysłu jeszcze gwałtowniej zwolniłam. Klacz wyprzedziła mnie, a ja zaatakowałam owego wilka, zanim zdołał się na nią rzucić. Kiedy szykował się do skoku, schyliłam głowę i odepchnęłam go jak najdalej. Następnie odwróciłam się i zaczęłam dalej biec. Szybko dogoniłam Mindy, a jeszcze szybciej kolejny wilk dogonił nas. A może to był ten sam? W każdym razie, siedział nam już na ogonie, więc zdecydowałam się ponownie przyhamować i zaatakować. Przeciwników było tylu, że najlepiej było zredukować ich liczbę. Na szczęście nie wszystkie wilki były tak samo szybkie. Odwróciłam się i tym razem uniosłam kopyto, chcąc kopnąć drapieżnika. Udało mi się! Trafiłam go w głowę. Niestety, w tej samej chwili drugi wilk, pojawiając się nie wiadomo skąd, skoczył i wylądował na moim grzbiecie, wbijając w niego pazury. Wrzasnęłam z bólu, po czym poczułam, jak moja skóra ponownie jest przecinana, tym razem przez jego kły. Zaczęłam wierzgać ile tylko miałam sił. Wilkowi nie łatwo było się utrzymać. Zaczął się ze mnie zsuwać, raniąc jednak przy tym dalej swoimi pazurami. Po chwili ciężar zelżał. Odwróciłam się i spostrzegłem, że napastnika pomogła mi się pozbyć sama Mindy. Puściłyśmy się dalej biegiem, nawet się za siebie nie oglądając. Klacz widocznie teraz już lepiej się zmobilizowała i biegła szybciej. Niebezpieczeństwo jednak nadal nie minęło. Złowrogie warczenie, kłapnięcia pyskami i odgłosy pościgu zbyt długo dało się jeszcze słyszeć. Udało nam się wreszcie jakimś cudem dogonić resztę, ale wiele to nie dało. Wilki nadal nas goniły. Na szczęście po jakimś czasie wszystkie te dźwięki zaczęły się oddalać, aż w końcu całkowicie ucichły. Wilki prawdopodobnie dały już sobie spokój, ale nasza grupa jedynie nieznacznie zwolniła. Każdy jak najszybciej chciał znaleźć się w klanie.
~Jakiś czas później~
Kiedy wróciliśmy, kilka koni, w tym dowódca naszej grupy, poszło donieść o wszystkim władcy. Ja zaś oddaliłam się nieco, aby nikt niepotrzebnie nie zwracał na mnie uwagi. Nie czułam się najlepiej i rany mnie bolały, toteż nie miałam ochoty na jakiekolwiek towarzystwo. Nie dane mi było jednak doznać choć chwili spokoju, bo zaraz podeszła do mnie Mindy. Nie mam pojęcia, jakim cudem mnie znalazła.
-Hej. Chciałam ci podziękować za ratunek i spytać, czy wszystko u ciebie w porządku-powiedziała klacz.
-Nie ma za co. I tak, u mnie wszystko gra-odparłam, po czym posłałam jej lekki uśmiech.
-Naprawdę? Nie wyglądasz najlepiej-oświadczyła Mindy. Spokojnie Virginia, jakoś to wytrzymasz-pomyślałam, chcąc dodać samej sobie otuchy.
-Tylko tak ci się wydaje-powiedziałam. Planowałam, że sama zaraz opatrzę sobie swoje rany.
-Jesteś pewna?-powtórzyła klacz.
-Jak najbardziej. Dziękuję za troskę-odparłam.
-Nie dziękuj. Troska z mojej strony to i tak zdecydowanie o wiele za mało. Nie wiem, jak ci się odpłacę. Gdyby nie ty to...to nic by już nie było, przynajmniej dla mnie-powiedziała Mindy.
-Każdy zrobiłby tak na moim miejscu-odparłam.
-Jesteś zbyt skromna. A może jest coś, co mogłabym dla ciebie zrobić?-spytała nagle klacz. Udałam, że się chwilę zastanawiam. Jednocześnie zaczęłam się czuć gorzej.
-Nie, raczej nie-odparłam.
-Szkoda. Chciałabym ci się jakoś odwdzięczyć, naprawdę-powiedziała klacz.
-Jeśli znajdzie się coś, co będziesz mogła dla mnie zrobić, na pewno cię o tym poinformuję-odparłam. Wiedziałam, że klacz taka wiadomość sprawi przyjemność, liczyłem też, że w końcu mnie zostawi.
-Ok...Jesteś pewna, że dobrze się czujesz?-spytała ponownie Mindy. W tej samej chwili poczułam, że całe moje ciało zaczyna mimowolnie drżeć. Chyba jednak nie poradzę sobie sama...-pomyślałam. Już chciałam coś powiedzieć, poprosić jednak o pomoc, jednak...
~*~
Przez ułamek sekundy wokół mnie panował chaos i nie miałam pojęcia, kim jestem, gdzie jestem i co się wokół mnie dzieje. Świadomość jednak szybko powróciła, a wraz z nią ból. Otworzyłam oczy. Leżałam na trawie. Uniosłam lekko głowę, aby się rozejrzeć, i ze zdziwieniem spostrzegłam obok mnie...władcę. Ten szybko zauważył, że odzyskałam przytomność i do mnie podszedł. Spróbowałam wstać, ale on mnie powstrzymał.
-Lepiej jeszcze nie wstawaj. Odniosłaś poważne rany-powiedział. Spróbowałam chociaż zobaczyć swoje rany i samemu je ocenić, ale obecnie nie było to zbyt możliwe. Wstanie także było dla mnie wyzwaniem.
-Co się właściwie stało?-spytałam.
-Jak już powiedziałem, odniosłaś poważne rany. Dlatego trzeba było cię opatrzyć. Poza tym zemdlałaś, ale na szczęście nic poważniejszego z tego powodu raczej ci się nie stało-powiedział ogier.
-Raczej?-spytałam.
-Najlepiej będzie, jeśli pozostaniesz pod obserwacją jeszcze kilka dni-wyjaśnił władca. Ah, więc to tak. Może zaczął już coś podejrzewać? Może dlatego to on się mną zajął? No bo czyżbym była aż tak ranna, że potrzebowałabym pomocy tak wysokiej rangi medyka? Jeśli tak, dlaczego akurat on? A może nawet...Może nawet przydzielenie mnie do tej misji także nie było przypadkowe...
-Wilki-postanowiłam jak gdyby nigdy nic dalej kontynuować rozmowę.-Zaatakowały nas wilki. Powinniśmy jak najszybciej to miejsce opuścić-powiedziałam.
-To prawda. Na razie jednak ty nie za bardzo się nadajesz, aby gdzieś iść. Na razie rozstawiłem wszędzie straże, klan wyruszy wieczorem. Jeżeli do czego czasu nie odzyskasz sił, kilka koni zostanie z tobą-odparł ogier. Oh, jak on sobie to wszystko doskonale zaplanował...Chyba że to tylko zbieg okoliczności, taką ewentualność także musiałam brać pod uwagę-starałam się zanalizować sytuację, podczas gdy cisza między nami się przeciągała. Przerwał ją wkrótce ogier.
-Podobno uratowałaś Mindy-powiedział.
-Nie nazwałabym tak tego. Zrobiłam tylko to, co powinnam-odparłam.
<Shi? W końcu to napisałam XD>
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika