→ Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU

3.03.2019

Nowy stróż - Halt!



Źródło: Zdjęcie główne
Motto: ,,Dziewięciu na dziesięciu ludzi widzi tylko to, co spodziewa się ujrzeć."
Imię: Halt, dla znajomych Halt bądź Arratay.
Tytuł: Brak
Płeć: Ogier
Ranga/i: Stróż
Głos: -


RELACJE: Rodziców nie poznał, lecz ma dwójkę młodszego rodzeństwa: brata Ferrisa i siostrę Caitlyn.
OSOBOWOŚĆ: Halt to koń odznaczający się niezwykłą przenikliwością oraz przebiegłością, jest wspaniałym strategiem. Sprawia wrażenie zimnego i twardego, ale pod tą maską kryje się ogromne serce i oddanie. Arratay jest osobnikiem praktycznym, który nie przejmuje się zasadami rycerskości. Liczy się skuteczność oraz cel, który osiągnie z wielką satysfakcją.
ORIENTACJA: Heteroseksualny
APARYCJA:
  • RASA: Koń andaluzyjski.
  • WYGLĄD: Maść siwa jabłkowita.
  • ZNAKI CHARAKTERYSTYCZNE: Brak. Wszyscy, którzy spotkali Halta twierdzą, że ma charakterystyczny błysk w oku. Tajemniczy, i w pewnym sensie przerażający.
  • WZROST: 154 cm
  • WAGA: 502 kg
UMIEJĘTNOŚCI: 
• Krycie się w ciemności - niektórzy twierdzą, że Arratay włada czarną magią, lecz to tylko niedorzeczne plotki. Ogier do perfekcji opanował krycie się w cieniu i wpasowywanie się do krajobrazu.
• Tropienie - ślady wroga na terenie stada? Trzeba wytropić uciekiniera? Halt z chęcią pomoże.
HISTORIA: Ten ogier urodził się daleko od obecnych ziem na których przebywa. Krainę w której mieszkał, zwano Hibernią. Jako iż urodził się jako pierwszy, (choć tylko o 7 minut wcześniej niż brat) miał odziedziczyć władzę po swoim ojcu. Zazdrość wstąpiła w Ferrisa, który usiłował zabić swojego brata. Próba zamachu na jego życie okazała się nieudana, a młody dziedzic uciekł z ojczystego kraju. Wędrował przez wiele dni i nocy, rozwijając swoje umiejętności, dopóki nie natrafił na stado Eternal Freedom.
INNE: -
KONTAKT: Catton [HW]

3.03.2019

Żegnamy Vivian, Gwiazdę i Olimpię!

Powyższe postacie odchodzą z powodu takowej decyzji ich właścicieli. Szmaragdowe łany przepadają z braku potencjalnych spadkobierców. Mamy nadzieję, że kiedyś zdecydują się wrócić w nasze skromne progi!

Olimpia|7 lat|Klacz|Nauczyciel I stopnia|50 p.|Brak|wiki25.09.06 

Gwiazda|6 lat|Klacz|Nauczyciel I stopnia|48 p.|Brak|Kalahari20

Vivian|7 lat|Klacz|Szeregowiec|45 p.|Brak|Kalahari20

2.03.2019

Od Mivany do Lumina ,,Ucieczka w mokrą dzicz"

Obudziłam się, gdy promienie słoneczne, przedzierając się przez zasłonę z gałęzi, postanowiły zajrzeć w moje oczy. Wzdrygnęłam się, otrzepując z siebie resztki snu. Wciąż półprzytomnym wzrokiem omiotłam otoczenie. Gdzieś w oddali źrebaki zbierały się powoli, aby wziąć udział w lekcji. Mimo mych usilnych starań, nie mogłam wypatrzeć w tej grupie swojego kuzynka. Jako przykładna opiekunka, powinnam przejmować się losem swojego nastoletniego przybranego brata, prawda? Nie zastanawiając się długo postanowiłam wypytać się o jego losy.
- Wiesz, gdzie jest Lumino? - zapytałam młodzika, stojącego na uboczu, jakby chował się przed towarzystwem. Jego czarno-białe ciało zatrząsało się, gdy tylko na mnie spojrzał.
- N-nie wiem - odparł, jąkając się przy tym.
- Poszedł do lasu - rzuciła w locie jakaś klaczka. Kiwnęłam głową po czym zaczęłam oddalać się we wskazanym kierunku.
Zaraz lekcja, a on się włóczy. Trzeba było wcześniej wstać i go upilnować. Nigdy więcej łażenia po nocy i śledztw. Nigdy. Gdzieś w podświadomości wiedziałam, że nie jestem w stanie żyć bez intryg i tajemnic, ale taka myśl powinna przynajmniej pojawić się w mojej głowie, jeśli chciałam uznawać się za dobrą siostrę. Idąc powoli przez ocieplający się las, zauważałam coraz to więcej śladów zbliżającej się wiosny - powoli wyrastających pąków, zalążków ziół, ptactwa na niebie, o mokrym, nieprzyjemnym śniegu nie wspominając. Nigdy nie lubiłam momentów przejścia między porami roku, a już z pewnością szukania cichej istoty w takim otoczeniu. W końcu jednak udało mi się zauważyć tą ciemną kulkę, turlającą się w kierunku naszego postoju, po chwila zatrzymując się i kontemplując nad otaczającą nas przyrodą.
- Masz zamiar tam kiedyś dojść? - zapytałam, na co on, lekko zaskoczony, odwrócił się w moim kierunku.
- Kiedyś na pewno - uśmiechnął się, jakoby spodziewał się mojego rychłego przyjścia.
- Nie żartuj sobie, młody - prychnęłam - Idziesz ze mną po dobroci, czy mam cię zanieść?
- Obejdzie się.
Ruszyliśmy w drogę powrotną, która minęła w zupełnej ciszy. Odprowadziłam go pod sam pysk nauczyciela. Zanim odeszłam, szepnęłam mu jeszcze.
- Uciekanie od innych nic ci nie da. Mógłbyś się czasem z innymi pobawić. Nie bądź mną, nigdy.
Zostawiłam go, nie czekając na odpowiedź, licząc, iż jako mądry ogierek dotrze do sensu mych słów i przetrawi je na swój sposób.
<Lumino?>

2.03.2019

Od Shiregt'a do Mondream ,,Tajemnicze, nowe życie"

Dzień zaczynał pakować swoje manatki. Nadchodził zmierzch, okres najgłębszej szarości w ciągu całej doby, po pewnym czasie ustępujący czarnej, rozgwieżdżonej nocy. Robiłem to, co przez większość dnia: pasłem się na jednej z rozległych łąk jeziora Chirgis, gdzie się zatrzymaliśmy. Powietrze przeszyło nagle podniecone rżenie; wszystkie konie automatycznie nadstawiły uszu, aczkolwiek nie była to przestroga przed niebezpieczeństwem, raczej ogłoszenie. Podniosłem błyskawicznie głowę. Wyraźnie w moją stronę zmierzała raźnym kłusem świeżo upieczona medyczka, Lea, z dumną miną.
— Mondream się oźrebiła. - oznajmiła radośnie, zatrzymując się na parę kroków przede mną i dygając lekko. Zaskoczyło mnie to trochę. W głowie zaroiło mi się od przeróżnych, sprzecznych myśli, pewne było jedynie to, że bardzo mnie ten fakt ucieszył. Oznaczało to w końcu nowego członka klanu, mojej rodziny.
— Prowadź. - odparłem krótko i stanowczo.
Chwilę potem ostrożnie przedarłem się przez zasłonę z gęstych krzaków i stanąłem w bezpiecznej odległości od matki i źrebięcia. Oboje byli już na nogach, wyglądali na całych i zdrowych. Klacz szepnęła coś na ucho swojemu dziecku. 
— Witaj, Mondream. Widzę, że mamy co świętować. - odezwałem się pierwszy. - Jak się nazywasz, mały? - spytałem przyjaźnie.
— Z-zee. - odparł nieśmiało nowonarodzony źrebak, próbując się niezdarnie ukłonić, jednak przy okazji przewrócił się. Mondream popchnęła go delikatnie, ale przerwałem jej:
— Nic nie szkodzi. Odpocznijcie trochę. Do stada wrócimy później.
Odwołałem medyczkę, a właściwie poprosiłem, by zostawiła nas samych na parę chwil. Nurtowała mnie taka jedna kwestia, aczkolwiek wielkiej wagi...
— Bądźmy, proszę, ze sobą szczerzy. Kim jest jego ojciec? - spytałem łagodnie, lecz zdecydowanie. Nie przypominałem sobie, żeby klacz miała jakiegoś adoratora, a na pewno nie partnera, w klanie.
<Mondream?>

1.03.2019

Od Arrow'a do Zee "Ty chcesz się ze mną bawić?"

Obie moje siostry tego dnia gdzieś zniknęły, co jednocześnie mnie cieszyło i smuciło. Przynajmniej miałem spokój, ale zaczynałem się też trochę nudzić. Stałem więc w pobliżu jakiegoś drzewa, nieopodal mnie była moja mama. Grzebałem kopytem w ziemi, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić. Wtem kawałek dalej zobaczyłem jakiegoś źrebaka. Na początku chciałem do niego podejść i się przywitać, ale potem wystraszyłem się. A co, jeśli on mnie nie polubi? Co, jeśli moja obecność tylko go zdenerwuje?-pomyślałem przejęty. W tej samej obok źrebaka pojawiła się jakaś klacz i, ku mojemu zaskoczeniu, oboje zaczęli się kierować w naszą stronę! A konkretnie to w stronę mojej mamy. W klaczy wkrótce rozpoznałem medyczkę, która ostatnio się mną zajmowała. Miała chyba na imię Mondream, o ile dobrze pamiętam, to tak mi się przedstawiła. Podeszła więc do mojej mamy razem z jakimś źrebakiem i zaczęła z nią o czymś rozmawiać. W pewnym momencie klacz coś powiedziała i popatrzyła na mnie. Wzrok mojej mamy powędrował za jej spojrzeniem i także skupił się na mojej osobie.
-Arrow, podejdź tutaj-powiedziała mama. Najszybciej i najlepiej jak mogłem podszedłem do mamy, klaczy i tego źrebaka.-Może chcesz poznać kolegę?-dodała moja rodzicielka. Spojrzałem niepewnie na młodego ogierka, maści cremello.
-J-jestem Arrow-powiedziałem po chwili.
-A ja Zee-odparł niepewnie ogierek. Poczułem się nieco lepiej z myślą, że widocznie nie tylko ja strasznie się tym wszystkim przejmuję.
-Może pójdziecie się razem pobawić?-zasugerowała klacz.
-Ja bym chciał!-zawołał Zee.
-Świetnie, Arrow na pewno też. Bardzo się nudził, bo jego siostry gdzieś się jak zwykle zapodziały-odparła z uśmiechem moja mama.-Zostawmy ich tutaj samych i chodźmy dalej porozmawiać-dodała. Mondream spojrzała na moją rodzicielkę dość niepewnie i z lekką obawą.-Spokojnie, nie odejdziemy nigdzie daleko, tylko kawałek. Cały czas będziemy ich widzieć-uspokoiła ją moja mama. Po chwili wahania klacz zgodziła się i obie kawałek odeszły.
-To jak? Pobawimy się w coś?-spytał Zee.
-Ehm...a ty chcesz się ze mną bawić?-zapytałem niepewnie.
-A dlaczego nie?
-No bo ja jestem...chory. Czasem mam problemy z chodzeniem i się przewracam. Kaleka ze mnie i zazwyczaj nikt nie ma ochoty spędzać ze mną czasu-odparłem ze smutkiem. Nie chciałem, żeby to zabrzmiało tak żałośnie, jak zabrzmiało, ale prawdą było, że bardzo się tym wszystkim przejmowałem.
<Zee?>

1.03.2019

Od Vayoli "Następca"

Czas mijał nieubłaganie. Dzień przechodził w noc, potem upływał tydzień i nim się zorientowało, mijało pół roku, rok dwa. A wraz z tym wszystkim pewne rzeczy się zmieniały, inne pozostawały takie same. Ale jeśli chciałam cokolwiek osiągnąć, musiałam każdą zmianę obrócić na swoją korzyść. W klanie ostatnio panowało duże poruszenie. Osobiście uważałam, że trochę zbyt duże. Niestety zamieszana w to była moja siostra, Khairtai. Bałam się, aby tylko nie miało to żadnych negatywnych konsekwencji dla mojego Stada Hańby. Musiałam sama przed sobą przyznać, że mimo wszystko pewien brak doświadczenia mocno dawał mi się we znaki. Wiedziałam jednak, że teraz pozostaje mi jedynie robić swoje i jak na razie zostawić sprawę mojej siostry, aby biegła swoim własnym torem. Musiałam to rozegrać w niezwykle delikatny sposób. Musiałam dalej realizować swój główny plan. Musiałam iść nadal naprzód. I musiałam liczyć się z tym, że kiedyś będę potrzebować pomocy. W dalekiej przyszłości, jeśli zabraknie mi sił, czasu albo po prostu coś mi się stanie. Zastępcy, albo raczej następcy. W miarę jak moje dzieci stawały się coraz starsze, coraz bardziej utwierdzałam się w tym przekonaniu. Wybór także zaczął we mnie powoli dojrzewać. Arrow odpadł już na samym początku. Właściwie to jako przyszły członek frakcji z jednej strony nie miał praktycznie żadnej wartości, ale z drugiej...nikt nie będzie podejrzewał o spisek biednego inwalidy, prawda? Mimo to jego niepełnosprawność przekreślała jego szanse na zostanie przyszłym przywódcą frakcji. Risa...Risa byłaby lepszym wyborem, jednak zauważyłam u niej pewną bardzo niechcianą cechę. Była wybuchowa. Zbyt wybuchowa. Być może z czasem udałoby się poskromić jej trochę dziki temperament, możliwe ponadto, że jej charakter sam jeszcze trochę się zmieni, jednak nie miałam żadnej gwarancji w tej sprawie. Pozostawała jeszcze Virginia. Ona z kolei wydała mi się wręcz idealna do tej roli. Coś mi mówiło, że to właśnie na niej powinnam skupić swoją uwagę. Nie mogłam jednak w tak ważnej kwestii zaufać jedynie intuicji. Potrzebny był rozsądek, musiałam przemyśleć wszystkie "za" i "przeciw". Klaczka już teraz wydała mi się bystra i nieufna w stosunku do innych, a u przyszłego przywódcy rewolucji takie cechy są wręcz wymagane. Zauważyłam ponadto, że z niechęcią odnosi się do osób słabszych od niej. Choć właściwie, nawet jeśli ktoś jest od niej starszy, silniejszy, większy, to nawet to jej nie onieśmiela. Oczywiście mogło się to niedługo przekształcić w bezzasadną agresję i pomiatanie innymi osobami, chyba że ktoś umiejętnie pokierowałby Virginią i odpowiednio ją...ukształtował. Uzmysłowił jej pewne fakty oraz jej własną wartość i to, jak powinna postępować. Poza tym, zarówno Arrow, jak i Risa od pierwszych dni swojego życia słuchają się swojej najstarszej siostry, a klaczka tak jakby automatycznie stała się "przywódczynią" tej małej grupki. Pół roku wystarczyło mi, aby przekonać się, że Virginia oprócz tego wszystkiego ma więc rzecz najpotrzebniejszą memu następcy, to jest zdolności przywódcze.
-Virginia, Risa, Arrow, chodźcie do mnie!-zawołałam źrebaki, które właśnie bawiły się kilkanaście metrów dalej. Shiregt jakiś czas temu zarządził postój i aż do jutra mieliśmy pozostać w tym samym miejscu, a potem dopiero wyruszyć w dalszą drogę w stronę jeziora Chirgis. Postanowiłam więc wykorzystać ten moment. Wzięłam źrebaki i odeszłam od klanu, pod pretekstem spaceru z nimi. Przy okazji upewniłam się, ze nikt nie zwraca na mnie większej uwagi.
-Dokąd się wybierasz?-spytała nagle Mivana, pojawiając się obok mnie. Jej ton nie brzmiał zbyt podejrzanie, brzmiała po prostu, jakby była ciekawa, gdzie idę. Zresztą, gdyby tak nie było, nie zadałaby tego pytania. Mimo to jej nagła ciekawość zaskoczyła mnie jednak.
-Idę na spacer z moją trójką zuchów-odparłam i posłałam jej przyjazny uśmiech.-A ty pewnie wybierasz się, aby pogadać z Shiregt'em?-zapytałam. W sumie sama nie wiem, dlaczego akurat wtedy i akurat to powiedziałam.
-Być może. Moje życie nie kręci się tylko wokół niego, choć przyznam, że lubię jego towarzystwo-odpowiedziała klacz, odwzajemniając uśmiech. Niedługo później po prostu się pożegnałyśmy i każda z nas udała się w swoją własną stronę. Odeszłam od klanu spory kawałek, upewniając się co jakiś czas, że nikt naszej grupki nie śledzi. Po jakimś czasie przystanęłam i pozwoliłam dzieciom trochę się pobawić. Właściwie to bawiły się tylko Risa i Virginia, bo Arrow, jak zazwyczaj, stał tylko z boku i starał się udawać, że nie istnieje, aby siostry nie zaczęły mu dokuczać. Westchnęłam na samą myśl, jak bardzo słaby charakter ma mój syn. Nadal nie jestem pewna, czy to możliwe, aby był z niego kiedyś jakikolwiek pożytek-pomyślałam. Następnie zawołałam dzieci i powiedziałam im, że idziemy znowu na krótki spacer. Odeszliśmy po raz kolejny kawałek dalej od naszego klanu, po czym źrebaki zaczęły się znowu ze sobą bawić. To znaczy, tak jak poprzednio, Virginia i Risa zaczęły się ze sobą bawić.
-Hej, może poszukacie sobie pierwszych oznak wiosny?-spytałam, co spowodowało, że spojrzenia całej trójki skupiły się na mojej osobie.
-To znaczy?-zapytała Virginia. Nie wydała się jednak moją propozycją zbyt zainteresowana.
-Sprawcie, czy gdzieś nie widać już świeżej trawy albo pierwszych kwiatów. Może znajdziecie drzewo, które wyjątkowo śpieszy się z obleczeniem się w swoją liściastą szatę...Nie chcielibyście być pierwszymi osobami, które znajdą te wiosenne cuda?-zapytałam.
-Kwiaty? To już rosną kwiaty?-zainteresował się Arrow.
-Raczej nie, ale być może wam uda się coś znaleźć. Nigdy nic nie wiadomo. To, że coś jest nieprawdopodobne lub prawie niemożliwe, nie znaczy, że jest niemożliwe w ogóle. Zapamiętajcie to sobie-ostatnie słowo dodałam, aby podkreślić ważność mojej uwagi.
-Super!-zawołał Arrow. Risa zaś przewróciła oczyma.
-Nie ekscytuj się tak, zanim ty gdziekolwiek dojdziesz, ja znajdę i zerwę wszystkie kwiaty, o ile jakiekolwiek już są! Albo je zniszczę, żebyś ty nie mógł ich zebrać!-zawołała.
-Ej! To niesprawiedliwe! Mamo, powiedz jej coś!-krzyknął ogierek. Westchnęłam.
-Arrow, musisz liczyć się z tym, że inni nie będą cię w życiu traktować z taryfa ulgową. Nie w tym klanie-odparłam. Ogierek chciał coś jeszcze powiedzieć, ale uciszyłam go gestem i spojrzeniem.
-To lecimy?-spytała Risa. To pytanie było oczywiście skierowane do jej siostry, która w odpowiedzi kiwnęła głową. Arrow odwrócił się i także zaczął się oddalać. Virginia chciała popędzić za siostrą, jednak w porę chwyciłam ją lekko z grzywę i pociągnęłam w tył, co spowodowało jednak, że klaczka upadła.
-Co jest? O co chodzi?!-spytała, odwracając się w moją stronę.
-Co się stało?-zapytała Risa, która zatrzymała się i zrobiła kilka kroków z powrotem w naszą stronę.
-Nic, nic, tylko Virginia się przewróciła. Dlatego muszę się upewnić, że nic jej nie jest-odparłam.
-Co? Ja wcale nie...!-Virginia zamilkła, widząc moje surowe spojrzenie.
-To ja na nią poczekam-powiedziała Risa.
-Lepiej idź, przypilnuj brata-odparłam.
-Co?! Nie będę go pilnować!-zawołała klaczka.
-Nie dyskutuj ze mną. Masz przypilnować brata. A co, jak znajdzie jakieś roślinki przed wami?-spytałam.
-No dobra, niech będzie. Chociaż ta łamaga pewnie i tak nic nie zrobi-odparła Risa, naburmuszonym tonem, po czym odwróciła się i pomaszerowała w stronę niewielkiego lasku. Cała jej sylwetka wprost emanowała złością.
-Dlaczego mnie przewróciłaś?-spytała Virginia.
-Musimy poważnie porozmawiać-odparłam.
-O czym niby?-zdziwiła się klaczka.
-Widzisz, moja droga...ten klan jest zły-powiedziałam. Virginia spojrzała na mnie jeszcze bardziej zaskoczona.
-Myślisz zapewne, że jest tutaj całkiem fajnie, wszyscy są mili, pomocni...
-Czy ja wiem? Są też nudni i jakoś tak...nie lubię tych koni-przerwała mi nagle moja córka. Spojrzałam na nią zdziwiona. Czyżby los się do mnie uśmiechnął i miałoby to być łatwiejszy, niż się spodziewałam?-pomyślałam.
-Virginia...trzeba to zmienić. Trzeba zmienić ten klan-powiedziałam. Klaczka spojrzała na mnie wyczekująco, widocznie interesowała się dalszą częścią mojej wypowiedzi.-Ja chciałabym coś z tym zrobić. Bo nasz klan trzeba zmienić. Wiele koni jest tutaj zepsutych do cna i nie można tak tego zostawić. Virginia, mówię ci to, gdyż nie chcę, aby zwiodła cię ich powierzchowność, ich zewnętrzna przyjacielskość, ich zakłamanie, podczas gdy w środku wszystkie te konie są złe. Bardzo złe. Pełne okrucieństwa i bezwzględności. Jesteś moim dzieckiem, dlatego chcę cię ostrzec, córeczko-powiedziałam. Przez dłuższą chwilę Virginia przypatrywała mi się w ciszy. Byłam pewna, że myśli właśnie nad słowami, które ode mnie usłyszała.
-Dlaczego mówisz to tylko mi? Co z Risą?-spytała Virginia.-I z Arrowem-dodała niechętnie.
-Lepiej nie mówić za wiele, zwłaszcza przy innych członkach o tym, że chce się cokolwiek zmienić. A właściwie to najlepiej nie mówić o tym nic. Można niepotrzebnie ściągnąć na siebie kłopoty. Ty jesteś na tyle dojrzała, aby poznać prawdę. Risa i Arrow być może poznają ją trochę później. Nie możesz nikomu powiedzieć o tym, co ja ci powiedziałam, gdyż wtedy uznają cię za zagrożenie. A wiesz, co robi się z takim zagrożeniem?-zapytałam.
-Nie wiem, ale jeśli stadu zagrażają wilki, to albo się ucieka, albo w ostateczności walczy z nimi i się je zabija. Więc myślę, że mogę z tego wywnioskować, co robi się z zagrożeniem?-spytała Virginia. Musiałam przyznać, że byłam miło zaskoczona jej spostrzegawczością i umiejętnością tak dobrego łącznie faktów.
-Zgadza się. Możesz z tego łatwo wywnioskować. Czy uważasz, że Risa i Arrow powinni wiedzieć o tym?-zapytałam. Był to poniekąd kolejny test dla klaczki. Ta chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią, aż w końcu odparła:
-Nie. Risa mogłaby się przypadkiem zdradzić. A Arrow...to po prostu Arrow.
Skinęłam lekko głową.
-Cieszę się, że tak dobrze wszystko rozumiesz. Z czasem dowiesz się więcej i zrozumiesz więcej. Teraz musisz po prostu wiedzieć, że nie wszyscy tutaj są tacy mili, jacy się wydają-powiedziałam. Tym razem to Virginia skinęła głową.
-To...co teraz mam zrobić?-zapytała po chwili klaczka.
-Idź do siostry. I do brata. Pobaw się-odparłam.
-Ale...
-Nie ma żadnego "ale". Udawaj, że tej rozmowy nie było, moja kochana. Nie przejmuj się i baw się, śmiej, rozmawiaj. Czas sprawi, że wszystko pojmiesz, ale to nie znaczy, że masz teraz porzucić wszystko i skupić się tylko na zakłamaniu członków klanu. Musisz pamiętać, że nikt nie może się dowiedzieć, że znasz o nich prawdę-powiedziałam.
-Myślę, że rozumiem, o co ci chodzi-powiedziała klaczka, po czym uśmiechnęła się lekko.-Idę poszukać Risy!-zawołała następnie, a potem odwróciła się i pognała w stronę, w którą udała się jej siostra i brat. Ja z kolei nie mogłam się powstrzymać i także uśmiechnęłam się pod nosem. Poszło o wiele lepiej, niż myślałam. Ale to nie znaczy, że mam teraz spocząć na laurach. To dopiero początek długiej drogi-pomyślałam, po czym schyliłam głowę i zaczęłam grzebać kopytem w śniegopodobnej, rozmokniętej brei, w poszukiwaniu być może czegoś nadającego się do jedzenia.
~*~
-No proszę, zostańmy jeszcze trochę!-zawołała Risa. Ona i Virginia nie chciały zbytnio wracać z powrotem do klanu, w przeciwieństwie do Arrowa, który miał już zdecydowanie dość tego, jak siostry mu cały czas dokuczały. Kilka razy zwróciłam im uwagę, ale nie interweniowałam za bardzo. Według mnie, jeśli on kiedykolwiek ma zmężnieć, to na pewno nie wtedy, kiedy ja będę cały czas wokół niego skakać. Albo uodporni się na kpiny i wyzwiska, albo ja ukróci, albo się podda. Jeśli wybierze tę trzecią opcję, to...no cóż, dwoje dzieci wyszło mi całkiem nieźle, więc jedna pomyłka niczego aż tak bardzo nie zmieni.
-Nie. Wracamy do domu. Już niedługo zacznie się ściemniać, a wtedy nie można przebywać poza klanem. Chyba, że chce się skończyć jako czyjś obiad. To też zapamiętajcie-odparłam. Naprawdę przerażało mnie to, jak wielu rzeczy musiałam ich nauczyć. Później źrebaki już posłusznie poszły za mną, aż w końcu dotarliśmy z powrotem na teren postoju klanu. Pozwoliłam jeszcze na chwilę swoim dzieciom iść się pobawić. W pewnym momencie zauważyłam jednak, że Risa i Virginia znowu dokuczają Arrow'owi. Tym razem jednak nie mogłam przejść obok tego aż tak obojętnie. Ja swojej metodzie wychowawczej nie miałam nic do zarzucenia, niestety domyślałam się, że pozostałe konie nieco inaczej zapewne zapatrywały się na coś takiego.
-Risa, Virginia, zostawcie brata. Nie śmiejcie się z niego-powiedziałam, podchodząc do swoich dzieci.
-Ale dlaczego?-zapytała zaskoczona klaczka. Virginia z kolei tylko popatrzyła na mnie, po czym odciągnęła od nas siostrę.
-Bo tak chyba nie można, Ris-powiedziała.
-A ciebie co nagle ugryzło?!-zdziwiła się klaczka.
-Nic. Chodźmy lepiej pobawić się gdzieś indziej-odparła Virginia.
-Nie tak szybko. Najpierw przeproście brata-powiedziałam. Risa i Arrow popatrzyli na mnie zaskoczeni.
-Przepraszamy cię, Arrow-powiedziała Virginia. Ogierek spojrzał na nią zdziwiony.
-N-nic się nie stało-odparł niepewnie.
-Dobrze więc. A teraz chodźmy, czas uszykować się do snu-powiedziałam.
~*~
-Właściwie to dlaczego oni są źli?-zapytała Virginia. Obecnie znajdowałyśmy się w jakiejś jaskini. Od naszej ostatniej rozmowy minęła ponad doba. Tym razem postój mieliśmy w miejscu, gdzie udało mi się znaleźć małą jaskinię i postanowiłam wykorzystać ją, aby nieco odpocząć. Arrow gdzieś zniknął, a Risa skubała trawę na zewnątrz.
-Dowodził nimi bezwzględny morderca. A teraz władcą jest jego syn, zapewne tak samo pełen ślepej nienawiści i chęci do przemocy, jak jego ojciec. Tutaj w grę wchodzi ogromne cierpienie. I polityka. A ty jesteś trochę za młoda, aby to zrozumieć. Musisz jednak mieć się na baczności. Nigdy, przenigdy nie daj się zwieść. Właściwie to...opowiem ci pewną historię-powiedziałam. Klaczka popatrzyła na mnie z uwagą.-Klan Mroźnej Duszy wywołał wojnę z pewnym stadem. Stadem Hańby. I w czasie tej wojny prawdopodobnie zginęła moja matka, chcąc uratować mnie i moją siostrę. Ona także zmarła, zabita przez członków Klanu Mroźnej Duszy. To straszna, makabryczna opowieść. Być może trochę cię wystraszyłam...
-Nie. Wcale nie. To jest bardzo ciekawe-odparła Virginia. Popatrzyłam na nią z zaskoczeniem. Myślałam, że jest do mnie podobna. Ale ja zdecydowanie nie byłam taka w jej wieku. Byłam bardziej jak Arrow i zmieniłam się dopiero później. Oby tylko ona nie przeszła tej drogi na odwrót i nie stała się w przyszłości zbyt cicha, niepewna albo strachliwa-pomyślałam.
-Klan Mroźnej Duszy ma na swoim koncie wiele oszustw. Ja sama także zapewne o wiele nie wiem-powiedziałam. Virginia cały czas w skupieniu słuchała tego, co mówiłam.-Virginia, chciałabym, abyś coś zrozumiała. Jesteś wyjątkowa, bo, nie licząc mnie, tylko ty znasz prawdę. I ty ją rozumiesz. Nie wszystko jeszcze wiesz, ale masz już podstawy-powiedziałam. Potem już umilkłam, gdyż usłyszałam jakieś hałasy dochodzące z zewnątrz. Po chwili do środka wbiegła Risa.
-Mamo, jakaś...klacz chce z tobą porozmawiać. Bo coś się stało z Arrow'em-powiedziała. Spojrzałam na nią zaskoczona, po czym wstałam.
-Zaprowadź mnie do tej klaczy-powiedziałam. Virginia oczywiście, zaciekawiona, ruszyła razem z nami. Klaczka zaprowadziła mnie przed oblicze Mondream, jednej z medyczek.
-Co się stało?-spytałam, widząc ją, przejętą i pochylającą się nad moim synem.
-Cóż, Arrow się przewrócił i...wezwano mnie. Pozwoliłam sobie go zbadać i dowiedziałam się, że on...
-Nie jest w pełni sprawny-dokończyłam za klacz. Ta spojrzała na mnie z powagą.
-Dokładnie-powiedziała.
-Ma tak od urodzenia-odparłam. Klacz westchnęła.
-Domyśliłam się. Może porozmawiamy w innym miejscu?-spytała Mondream. W odpowiedzi kazałam całej trójce wrócić do jaskini, którą wybrałam na nasze lokum tej nocy. Domyśliłam się, że klacz chce jeszcze porozmawiać ze mną o moim synu.
-A więc? Co się stało?-zapytałam.
-Widzisz, nie wiem niestety, jak nazywa się choroba, na który chory jest Arrow. I nie mam pojęcia, czy to się da jakoś wyleczyć. Ale obawiam się jednocześnie, czy ta przypadłość nie będzie się z wiekiem...pogarszać-wyjaśniła medyczka.
-Nie rozumiem-powiedziałam. Tak naprawdę domyślałam się, o co chodzi klaczy, jednak pragnęłam skłonić ją, aby opowiedziała coś więcej.
-Możliwe, że kiedyś chodzenie stanie się dla niego w ogóle niemożliwe, a wtedy...
-Wiem, co się wtedy stanie. I naprawdę nie można nic na to poradzić?-spytałam.
-Jak już wspomniałam, ja nie znam lekarstwa. Ale może inni medycy. Postaram się czegoś na ten temat dowiedzieć-powiedziała klacz.
-Dobrze. Dobrze, dziękuję za informację. I za pomoc-powiedziałam. Następnie pożegnałam się z Mondream i udałam do miejsca spoczynku.
~Kilka dni później~
Z każdą chwilą przekonywałam się coraz bardziej, że Virginia przyszła na świat, aby zostać moim idealnym następcą. A Arrow...klaczka była ucieleśnieniem wszystkiego, czego potrzebowałam, pojętnym i oddanym uczniem. Miałam wrażenie, że bóg czy los postanowił ze mnie zadrwić. Dam ci jedno idealne dziecko, ale w zamian drugie będzie całe życie niepełnosprawne. Tak, na pewno ktoś właśnie tak zadecydował. Pozostali medycy także nie znali sposobu, aby pomóc Arrow'owi. I też byli zdania, że jego choroba może postępować, choć nie musi. Zdarzyć może się wszystko. Jestem wymagającą matką, ale nadal matką. Patrząc na Arrow'a, który właśnie pasł się nieopodal, odczuwałam jakiś żal, smutek. Było mi po prostu szkoda. Szkoda jego, mnie. Pomyślałam nawet, że powinnam zmienić swoje nastawienie do niego, ale po przemyśleniu tego zmieniłam zdanie. Jeśli Arrow przeżyje, to musi być silny. A jeśli choroba stanie się dla niego wyrokiem śmierci, też musi być silny-pomyślałam. Ponadto, jeśli chcę osiągnąć swój cel, muszę się skupić na czymś innym. Arrow ze swoją chorobą bardzo mocno krzyżował mi moje plany. Jednocześnie musiałam być w stosunku do całej trójki wymagająca, aby odpowiednio ich wyszkolić, ale też powinnam okazywać mu szczególną troskę, aby nikt nie nabrał żadnych podejrzeń w stosunku co do mojego zdania i zamiarów. Jednak, jak wspomniałam, nie uważam, żeby nadmierna troska, opieka i skakanie dookoła niego miałoby być dobrym rozwiązaniem. Samo wyszkolenie odpowiedniego następcy, ukształtowanie go i przekazanie mu całej potrzebnej wiedzy w odpowiedni sposób będzie niełatwym zadaniem, a co dopiero w połączeniu z opieką nad Arrow'em. Nie traciłam jednak nadziei. Nie mogłam się poddać, więc nie zostało mi nic innego, jak podjąć wyzwanie. Od samego początku wiedziałam, że bunt wobec systemu i władzy wiąże się z wyrzeczeniami i pewnymi trudnościami. A podjęcia się tego zadania wymagało ode mnie to, kim byłam. Założycielką frakcji Stado Hańby. Niestety, zdawałam sobie sprawę z tego, jak może być postrzegana ta nazwa. "Hańba" raczej nie kojarzy się zbyt dobrze. Ale ja planowałam to zmienić. To słowo powinno kojarzyć się z silnym, potężnym klanem koni, którym było prawdziwe Stado Hańby, zanim zostało pokonane przez ten Klan Mroźnej Duszy. Pokonane w bestialski sposób, na własnym terytorium. Krew mnie zalewa, kiedy pomyślę, jakich oni świętych czasem z siebie robią! Ojojaj, ktoś rości sobie prawa do naszych terenów! Straszne! Co z tego, że sami wybiliśmy całe stado, żeby powiększyć swoje własne terytorium. Całe, niewinne stado Wstrętni hipokryci-pomyślałam z niesmakiem. Moim zadaniem było doprowadzić do tego, aby Stado Hańby się odrodziło, odzyskało to, co do niego należy. Chwałę i szacunek. Oraz żeby wszyscy poznali prawdę o tej piekielnej wojnie, którą wywołał Klan Mroźnej Duszy. Chociaż, czego się spodziewać po stadzie, którego założycielem jest podstępny morderca-pomyślałam.

1.03.2019

Kiedy to minęło?...Czyli II URODZINY BLOGA!

1 marca. Mówi Wam to coś? Tak, dokładnie dziś 2 lata temu nastąpiło uroczyste otwarcie Eternal Freedom! , Zdrówka, szczęścia, pieniędzy, spełnienia marzeń, i Wszystkiego Najlepszego!
Kiedy to sobie uświadomiłam, moją pierwszą, koronną myślą było, z najwyższym zaskoczeniem: Kiedy to minęło...? Jakim cudem? Kolejny dowód na to, że przy dobrej zabawie i wśród wspaniałego towarzystwa czas mija jak z bicza trzasł! A pierwszym uczuciem, które mi towarzyszyło, była...panika, bo zorientowałam się przez to w ostatniej chwili i wszystko robię na spontana xD. WERBLE I WIELKIE HIP, HIP, HURRA, PLEASE!
Znalezione obrazy dla zapytania happy birthday horses gif
Epicki Rak
Od tego czasu dużo się zmieniło - zarówno fabularnie, jak i liczbowo. A tak dokładniej, do tej pory zdobyliśmy...
  • Prawie 100 tys. wyświetleń
  • 1148 postów, z czego 882 opowiadania (w latach 2018-2019)
  • 3 założone frakcje, z czego 2 zlikwidowane
  • Dołączyło ok. 80 postaci, odeszło oficjalnie 38
  • Mieliśmy 9 ciąży i 5 par
  • Zaadoptowano 6 źrebaków
Doskonale wiem, jak bardzo kochacie długie wywody filozoficzne, ale musicie to jakoś przeżyć.

|Hej kochane ziomeczki :3 To teraz ja was pomęczę. Wstajemy, jak nas pani w przedszkolu uczyła i śpiewamy ślicznie ,,Sto lat". W końcu, urodziny obchodzi nie kto byle jaki, ale nasz blog, a razem z nim nasza pozytywnie walnięta społeczność. Cóż mogę dodać do wywodu Owcy... Ten czas minął jak mrugnięcie okiem, a ja wciąż czuję się nowym członkiem. Z wieloma osobami pisałam i zapewne z wieloma będę miała jeszcze przyjemność. Po prostu nie zmieniajcie się, szlifujcie umiejętności. Do pracy, rodacy!~Najmi|

|Nie owijając w bawełnę, EF jest częścią mojego życia. Przywiązałam się do tego środowiska, stylu, ludzi; kocham pisać, a największą radość sprawia mi chyba poznawanie nowych, utalentowanych ziomków, zrzeszanych dzięki Eternal Freedom. Słowa nie oddają tego, jak bardzo się cieszę, że jestem tu z wami już 2 okrągłe lata - niezły szmat czasu, nie? Mimo administratorskich obowiązków, ten blog pozwala mi się odprężyć po ciężkim dniu i rozwijać swoją literacką twórczość.~(Ł)owca much|

Nie byłoby to jednak możliwe bez Was. Jestem z Nas dumna. To Wy, każdy ludzik z osobna, tworzycie nasze niepowtarzalne EF; wszyscy jesteśmy równi, ale wypadałoby podziękować tym szczególnie mocno zaangażowanym osobom, prawda?

Tego roku wyjątkowo mocno muszę uściskać Najmi, naszego najmłodszego admina, ksywkowego Boga i równocześnie wspaniałą przyjaciółkę. Udziela się codziennie na chatach, swoimi odpisami i tempem ich pojawiania się przez zdecydowaną większość czasu daje przykład, pomaga często na miarę swoich możliwości i dodaje mi otuchy. Jasno świadczy to o tym, że blog również wiele dla niej znaczy. Dosyć często zdarza nam się gryźć i ciągać, możemy mieć dwa różne punkty widzenia, ale jak to mawiają ,,kto się czubi, ten się lubi". Wiedz, że jesteś świetną i wartą świeczki osobą. Tak trzymaj!
Ogromne podziękowania należą się również Liskowi, autorowi i niezwykle aktywnemu członkowi z niezłym stażem. Co tu dużo mówić, wena zaczyna mi szwankować nie bez powodu tworzymy z Najmi swoiste ,,trio" - mamy sporo wspólnego. Również i ty bierzesz czynny udział w życiu bloga, wywiązujesz się ze swoich obowiązków i...bardzo, bardzo ci dziękuję. Kocham cię jako przyjaciółkę :3
Ponownie wyrażam wdzięczność w stosunku do Kromka, tj. gracza DODA, drugiego admina EF. Z pewnością godne podziwu jest to, że jest z nami od początku jego istnienia i stanowiła dla mnie nieocenione wsparcie, zwłaszcza na samym starcie. Ostatnio miała gorszy okres, jednak postara się to naprawić. Nie łam się, moja droga, wciąż o tobie pamiętamy i rozumiemy życie :)
Dziękujemy również Kasji (świat opowiadań) i Etsiinowi (Aurea), którzy są jednymi z aktywniejszych członków. Po prostu...
Dziękuję Wam! A teraz - UCZCIJMY TO!
Z okazji II urodzin bloga w dniu 3 marca 2019 roku w godzinach 17.00-22.00 odbędzie się urodzinowy chat! Udział będzie mógł wziąć każdy, czy to członek bloga, czy też zwykły przechodzeń, serdecznie zapraszamy! 
Ponadto tuż po tym wydarzeniu zorganizowana zostanie urodzinowa loteria, ale o tym później.

Tak więc, jeszcze raz, sto lat dla EF; niechaj blogowe pisarstwo, czarne wątki i anarchia dalej kwitną!

~Ekipa SZAPULUTU
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika