W powietrzu rozniósł się głuchy trzask, gdy krucha powierzchnia lodu przykrywającego wartki nurt strumienia załamała się pod naporem moich przednich kopyt. Woda gwałtownie zmąciła się i plusnęła, zaniepokojona tą napaścią, lecz już po chwili znów płynęła spokojnie, pewna, że mróz niedługo zapewni jej nową, jeszcze trwalszą taflę. Schyliłem łeb i zacząłem pić. Sama ciecz wydawała się mieć jeszcze niższą temperaturę, niż jej otoczenie. Gdy już zaspokoiłem swoje pragnienie, odwróciłem się i ruszyłem w dół strumyka bardzo powoli, niespiesznie, długim krokiem, idąc praktycznie mechanicznie, a umysł mając zajęty podziwianiem zimowego krajobrazu. Czułem już w kościach, że niedługo jeszcze będzie mi dane patrzeć na rzędy długich, wilczych kłów - sopli zwisających z pokrytych grubą warstwą drobniutkiego szronu gałęzi, na skamieniałe w dziwnych grymasach korony drzew, na zlewającą się z błękitem sklepienia biel. To śmiercionośne piękno zachwycało może nie na co dzień, lecz jeżeli już - chwytało głęboko za serce.
Zatrzymałem się w pewnym momencie, by przyjrzeć się bliżej kruczoczarnemu ptakowi. Wtedy to w polu widzenia pojawiła się ciekawsza istota: Rose.
— Dobry wieczór, panie. - odezwała się z uśmiechem. Przybrałem po chwili ten sam wyraz pyska. Jej widok przywołał rozmyślania sprzed tego wieczoru. Spodziewałem się, że zareaguje na to inaczej, bardziej...dramatycznie. A może wcale się nie domyśliła? W każdym razie, dobrze było ją widzieć. Podeszła bliżej.
— Jak tam twoja noga? - zagaiłem.
— A, to nic takiego. - odparła wymijająco klacz. Pokiwałem łbem, spoglądając w dal.
Wtem znienacka na mojej szyi wylądowała czapa śniegu, zapewne z jakiejś gałęzi nad nami. Natychmiast odruchowo otrzepałem się, całkiem sporą część zrzucając na Rose. Ta oddała mi, prychając cicho. Spojrzałem na nią zadziornie i wznieciłem chmurę puchu kierującą się w jej stronę. Teraz już oboje zaśmialiśmy się krótko i przystąpiliśmy do wymiany ciosów. Uszkodzona kończyna jeszcze trochę przeszkadzała klaczy, ale z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że dawała radę. Zabawę przerwał nam fakt, że cofając się potknęła się o jakąś szarą, miękką rzecz, o dziwnie znajomym kształcie. Zacisnąłem zęby, odwracając wzrok. Martwe ciało leżało całkowicie odkryte.
<Rose?>
→ Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
9.10.2018
8.10.2018
Żegnamy Thundera!
Thunder odchodzi z powodu decyzji właściciela, w tym między innymi z braku czasu. Mamy nadzieję, że kiedyś zdecyduje się wrócić w nasze progi!

Thunder|11,5 roku|Ogier|Straż władcy|Brak|gabixd12345
7.10.2018
Od Rose do Shiregt'a ,,Mała, wielka przygoda"
Gdy otworzyłam oczy było ranek, ale było ciemno jak w wieczór. Zobaczyłam Shiregta, który w oczekiwaniu na mnie jadł śniadanie złożone z kory drzew. Spojrzałam na ziemię, chcąc ujrzeć wilczka, ale jego tam nie było. Rozejrzałam się dookoła z niepokojem. Nigdzie nie było go widać.
- Gdzie wilczek? - spytałam Shi. On odwrócił głowę w moją stronę, ale nie odpowiadał.
- Rose, on nie mógł zostać z nami, musiał odejść. - Shi podszedł do mnie i odpowiedział niechętnie.
- Co?! Ale... W sumie i tak prędzej czy później wróciłby do swoich rodzinnych stron. Będę tęsknić za tym małym urwisem. - na początku zdenerwowałam się i podniosłam, ale zrozumiałam, że po prostu nie może z nami zostać. Przecież nie mógł zostać w klanie na całe swoje życie.
- Wracajmy już do stada. - oznajmiłam spoglądając na ogiera.
- Dasz radę chodzić? Pamiętaj że mogę ci trochę pomóc. - zapytał się uśmiechając.
- Tak, tylko będziesz musiał mnie podpierać. - Shiregt podszedł, a się na nim podparłam, stawiając z bolesnym jękiem. Po kilkudziesięciu, dla mnie nieprzyjemnych krokach byliśmy już w klanie. Shi zaprowadził mnie do medyka, który opatrzył moją ranę. Następnie pożegnałam się z Shiregtem i poszłam pod jabłonkę odpocząć. Położyłam się delikatnie na zimnym śniegu. Najpierw leżałam i przyglądałam się koniom rozmawiających z innymi, albo jedzących korę drzew i inne zimowe przysmaki. Po kilku chwilach spojrzałam w las.
- Mam nadzieję, że znalazłaś już swoją rodzinę, szczeniaczku. - pomyślałam wyobrażając sobie małego szczeniaka tulącego się do swojej matki. Położyłam głowę na śniegu, zamknęłam oczy i od razu zasnęłam. Gdy się ponownie obudziłam, był wieczór. Z trudem wstałam na nogi. Rozejrzałam się i kulejąc podeszłam do Shi stojącego przy małym strumyku, które konie że stada piją wodę.
- Dobry wieczór panie. - uśmiechnęłam się w stronę ogiera.
<Shiregt?>
- Gdzie wilczek? - spytałam Shi. On odwrócił głowę w moją stronę, ale nie odpowiadał.
- Rose, on nie mógł zostać z nami, musiał odejść. - Shi podszedł do mnie i odpowiedział niechętnie.
- Co?! Ale... W sumie i tak prędzej czy później wróciłby do swoich rodzinnych stron. Będę tęsknić za tym małym urwisem. - na początku zdenerwowałam się i podniosłam, ale zrozumiałam, że po prostu nie może z nami zostać. Przecież nie mógł zostać w klanie na całe swoje życie.
- Wracajmy już do stada. - oznajmiłam spoglądając na ogiera.
- Dasz radę chodzić? Pamiętaj że mogę ci trochę pomóc. - zapytał się uśmiechając.
- Tak, tylko będziesz musiał mnie podpierać. - Shiregt podszedł, a się na nim podparłam, stawiając z bolesnym jękiem. Po kilkudziesięciu, dla mnie nieprzyjemnych krokach byliśmy już w klanie. Shi zaprowadził mnie do medyka, który opatrzył moją ranę. Następnie pożegnałam się z Shiregtem i poszłam pod jabłonkę odpocząć. Położyłam się delikatnie na zimnym śniegu. Najpierw leżałam i przyglądałam się koniom rozmawiających z innymi, albo jedzących korę drzew i inne zimowe przysmaki. Po kilku chwilach spojrzałam w las.
- Mam nadzieję, że znalazłaś już swoją rodzinę, szczeniaczku. - pomyślałam wyobrażając sobie małego szczeniaka tulącego się do swojej matki. Położyłam głowę na śniegu, zamknęłam oczy i od razu zasnęłam. Gdy się ponownie obudziłam, był wieczór. Z trudem wstałam na nogi. Rozejrzałam się i kulejąc podeszłam do Shi stojącego przy małym strumyku, które konie że stada piją wodę.
- Dobry wieczór panie. - uśmiechnęłam się w stronę ogiera.
<Shiregt?>
6.10.2018
Od Shiregt'a do Salkhi ,,Potrzebna ruda dusza"
W rejonach wysokogórskich nasze stado przebywało już od dłuższego czasu, a ja odnosiłem wrażenie, że praktycznie od wieków - obrazy soczyście zielonych, płaskich, wiosennych stepów, wijące się pośród nich brudno-błękitne wstęgi potężnych leniwych rzek, zlepków tysięcy strumieni czy też nawet zwykłych, liściastych lasów była jakże odległe i zamglone, niczym największe senne marzenia. Moje serce tęskniło do tych prawdziwie ojczystych krajobrazów, zwłaszcza otwartych, płaskich przestrzeni. Czas było ten stan zmienić - głównym powodem był też fakt zbliżającej się wiosny, okresu pamiętnych wichur i ubogich pastwisk. Zamierzałem skorzystać jeszcze z jej pierwszych owoców nad jeziorem Uws, a następnie przenieść się w leśne okolice, gdzie drzewna zapora uchroniłaby klan przed podmuchami rozgoryczonego żywiołu.
Do takiego zadania potrzebni byli mi głównie zwiadowcy, którzy mogliby prędko przebyć tę trasę i dostarczyć informacji o jej i miejsca docelowego stanie. Nie chciałem się o tym dowiadywać w czasie wędrówki, nie mając już możliwości odwrotu. Podjadłem więc trochę, zrobiłem krótki patrol i ruszyłem na poszukiwania pewnej pary - Doriana i Salkhi. Już po niedługim czasie dowiedziałem się, że pierwszy zwiadowca nie wróci do wieczora. Przepadł gdzieś ze swoją partnerką. Przewróciłem oczami z niezadowoleniem. Kiedyś jeszcze zajmę się lekceważeniem obowiązków na rzecz jakichś głupich miłosnych zabaw. - obiecałem sobie, po czym zacząłem wypatrywać w tłumie klaczy. Wkrótce zauważyłem charakterystyczną kasztanowatą sylwetkę w tłumie. Podkłusowałem bliżej. Salkhi uniosła kształtny łeb na smukłej szyi i utkwiła we mnie spojrzenie ciemnych oczu. Właściwie musiała trochę zadzierać głowę z powodu swojego wzrostu. Znałem ją tylko z imienia, widzenia i faktu, że została osadzona na randze zwiadowcy.
— Coś się stało? - spytała z zaciekawieniem.
— Nie...nie całkiem. - rzekłem, śmiejąc się dla rozpędzenia podejrzeń. - Ale potrzebny jest mi jakiś zwiadowca. Znasz go może? - klacz milczała chwilę ponuro, ale odezwała się przyjaźnie:
— Może ty, władco, coś mi o nim opowiesz? - jej odpowiedź na moment dosłownie mnie zgasiła - na szczęście nie na długo.
— To sprytna, ruda dusza. - odparłem krótko.
<Salkhi?>
Do takiego zadania potrzebni byli mi głównie zwiadowcy, którzy mogliby prędko przebyć tę trasę i dostarczyć informacji o jej i miejsca docelowego stanie. Nie chciałem się o tym dowiadywać w czasie wędrówki, nie mając już możliwości odwrotu. Podjadłem więc trochę, zrobiłem krótki patrol i ruszyłem na poszukiwania pewnej pary - Doriana i Salkhi. Już po niedługim czasie dowiedziałem się, że pierwszy zwiadowca nie wróci do wieczora. Przepadł gdzieś ze swoją partnerką. Przewróciłem oczami z niezadowoleniem. Kiedyś jeszcze zajmę się lekceważeniem obowiązków na rzecz jakichś głupich miłosnych zabaw. - obiecałem sobie, po czym zacząłem wypatrywać w tłumie klaczy. Wkrótce zauważyłem charakterystyczną kasztanowatą sylwetkę w tłumie. Podkłusowałem bliżej. Salkhi uniosła kształtny łeb na smukłej szyi i utkwiła we mnie spojrzenie ciemnych oczu. Właściwie musiała trochę zadzierać głowę z powodu swojego wzrostu. Znałem ją tylko z imienia, widzenia i faktu, że została osadzona na randze zwiadowcy.
— Coś się stało? - spytała z zaciekawieniem.
— Nie...nie całkiem. - rzekłem, śmiejąc się dla rozpędzenia podejrzeń. - Ale potrzebny jest mi jakiś zwiadowca. Znasz go może? - klacz milczała chwilę ponuro, ale odezwała się przyjaźnie:
— Może ty, władco, coś mi o nim opowiesz? - jej odpowiedź na moment dosłownie mnie zgasiła - na szczęście nie na długo.
— To sprytna, ruda dusza. - odparłem krótko.
<Salkhi?>
4.10.2018
Od Shiregt'a do Rose ,,W objęciach zamieci"
Światełko żarzyło się błękitnawo, wręcz przyzywająco, a ja przypatrywałem się temu ze zdziwieniem, ważąc ryzyko. Duch jaki? Zmora? - przyszło mi nawet do głowy, ale takie stworzenia istniały chyba tylko w legendach, opowieściach dla tchórzliwych lub niepokornych źrebiąt. Chyba. A jednak ten ułamek niepewności pozostał, bo starcy nie brali materiału na swoje nietypowe przygody z powietrza. Rzecz jasna, zwyciężyła ciekawość. Ponownie zbliżyłem się do zjawiska, sytuacja się powtórzyła. Przyspieszyłem do kłusa i w ten sposób podążałem za migającą przede mną wskazówką, nieraz raptownie zmieniającą kierunek mojego biegu, kluczącą pomiędzy drzewami, co mocno utrudniało mi wędrówkę. Gdzie w taki sposób pragnie mnie zaprowadzić? Nie minęło wiele czasu, gdy wokół mnie atmosfera gęstniała coraz bardziej od różnych dziwnych rzeczy. Przede wszystkim zaczęła pojawiać się narastająca mgła, kondensująca się powoli, acz ciągle, bez przerwy, wznosząca się ku górze. Przebiegł mnie dreszcz z zimna. Ten cholerny mróz... - pomyślałem dla rozładowania napięcia, i dalej pobiegłem wolnym galopem. Światełko dostosowało się do tej zmiany tempa.
Wtem wśród drzew zamajaczyła mi końska sylwetka. Parsknąłem z radością, pewny, że natknąłem się właśnie na Rose albo innego poszukiwacza wilka, bo w starciu z nienaturalnymi, pradawnymi siłami przydałby się znajomy pysk - co dwie głowy, to nie jedna. Nie zauważyłem nawet, że pojawiło się więcej błękitnych kuleczek wiszących w przestrzeni. Gdy podszedłem bliżej, ze zdumieniem rozpoznałem...
— Mint? - tylko tyle zdołałem wykrztusić, bowiem już po chwili przez mgłę dostrzegłem jej otwartą klatkę piersiową. W głębi biło serce. Rozerwane na pół, plujące krwią. Zaraz z głębi sceny zaczęły wyłaniać się kolejne klacze prezentujące taki sam obraz. Mivana, Khairtai, Specter, tak milczące, aż straszne. Ich przesłanie sprawiło, że w oku zakręciła mi się łza, a nogi wrosły w warstwę śniegu. Po paru chwilach sam poczułem, że bicie mego serca sprawia mi ból. Dobrze. Dobrze mi tak. - pomyślałem. Na szczęście z otępienia wyrwał mnie dziwny odgłos z prawej strony. Rzuciłem się tam, byle uciec od tego miejsca. Stała tam Miriada. Do tej pory w pamięci miałem każdy siniak, każdy strup, każdą ranę na ciele klaczki, gdy do nas wróciła - czy jednak mogę tak powiedzieć, jeśli do tej pory psychicznie nie jest sobą? - teraz zostały one przeniesione na jej dorosłą postać z żałosną miną włącznie. Nie śmiałem się zbliżyć. Co tu się dzieje?! Nim powoli przeniosła na mnie swoje spojrzenie, ruszyłem galopem na oślep.
O dziwo, nie nadziałem się wcale na żaden pień ani wystające korzenie, jakby las ustępował mi ciągle miejsca. Przede mną migało tylko to nieszczęsne światełko. Biegłem z pełną prędkością, bez zastanowienia. Kończyny zapadały mi się w zaspach. To zdążałem pod górę, to w dół. W pewnym momencie dostrzegłem końskie ciało leżące na ziemi. Byłem zmuszony gwałtownie wyhamować. Zamierzałem już odwrócić się i gnany przerażeniem uciec, ale w ostatnim momencie rozpoznałem te szare kopyta i piękną, jasną grzywę. Leżała przede mną Rose z krwi i kości. Leżała! Szybko rzuciłem się, by sprawdzić oddech. Wtedy dostrzegłem futrzastego uciekiniera śpiącego przy jej głowie. Całe szczęście, żyła, choć na jej tylnej kończynie pojawiła się jakaś dziwna, straszna rana, jakby wygryziona od środka.
— Rose, obudź się! - rzekłem cicho, trącając ją łbem. Pierwsze obudziło się szczenię, lecz zdrętwiałe i zmarznięte nie miało mi zbyt wiele do powiedzenia.
— Shi? To ty? - odezwała się, podnosząc głowę.
— Tak, to ja. Widzę, że znalazłaś szczeniaka. - nie miałem zbytnio pojęcia, co powiedzieć.
— Właściwie to futrzak znalazł mnie. - uśmiechnęła się, po czym zaczęła się gotować do wstania.
— Zaczekaj. - rzuciłem stanowczo, przyciskając ją z powrotem do ziemi. - Na pewno możesz chodzić? Jak to się stało? - dopiero teraz Rose przeniosła wzrok na swoją ranę.
— Ach... - westchnęła. - Przed zaśnięciem poczułam ból, jakby coś mnie ugryzło. Nie wiem...W każdym razie musimy dotrzeć do stada. - pokiwałem powoli głową. W tym momencie na nos klaczy spadł płatek śniegu. I jeszcze jeden na moje ucho. Znów na moją towarzyszkę. Oboje wznieśliśmy oczy ku górze.
— Zaczyna padać. Jeżeli tego chcemy, lepiej się zbierajmy. - powiedziałem, oferując swoją pomoc przy wstawaniu. Z nieprzyjemnym jękiem, ale stanęła na nogi. Kierowaliśmy się spokojnie w stronę klanu, kiedy stało się jasne, że pogoda nie ma zamiaru odpuścić. Wystarczyło kilka minut, by pojedyncze płatki zamieniły się w wir śnieżycy, który uniemożliwiał nam dalszą wędrówkę. Wybrałem miejsce pod ogromnym, starym drzewem do przeczekania. Rose szybko z ulgą zasnęła znowu, ale ja wciąż nie mogłem oderwać wzroku od szczenięcia. Od wilczka nie czuć już było nawet zapachu drapieżników. Przymknąłem oczy, wzdychając. Jeżeli mamy wszyscy przeżyć, to musi się skończyć.
— Przykro mi. Skoro możesz chodzić. - szepnąłem wprost do młodziana, wpierw odsuwając go prędkim ruchem od klaczy. Ten podniósł się, najeżony, lecz błyskawicznie umknął przed moim kopytami i zębami w las. Śnieżyca porządnie obmyje go ze wszystkich woni. A jeśli pozostawi jedynie woń śmierci? - spojrzałem na towarzyszkę. To był jej podopieczny.
Dlaczego z taką łatwością łamię wszystkie serca?
<Rose?>
Wtem wśród drzew zamajaczyła mi końska sylwetka. Parsknąłem z radością, pewny, że natknąłem się właśnie na Rose albo innego poszukiwacza wilka, bo w starciu z nienaturalnymi, pradawnymi siłami przydałby się znajomy pysk - co dwie głowy, to nie jedna. Nie zauważyłem nawet, że pojawiło się więcej błękitnych kuleczek wiszących w przestrzeni. Gdy podszedłem bliżej, ze zdumieniem rozpoznałem...
— Mint? - tylko tyle zdołałem wykrztusić, bowiem już po chwili przez mgłę dostrzegłem jej otwartą klatkę piersiową. W głębi biło serce. Rozerwane na pół, plujące krwią. Zaraz z głębi sceny zaczęły wyłaniać się kolejne klacze prezentujące taki sam obraz. Mivana, Khairtai, Specter, tak milczące, aż straszne. Ich przesłanie sprawiło, że w oku zakręciła mi się łza, a nogi wrosły w warstwę śniegu. Po paru chwilach sam poczułem, że bicie mego serca sprawia mi ból. Dobrze. Dobrze mi tak. - pomyślałem. Na szczęście z otępienia wyrwał mnie dziwny odgłos z prawej strony. Rzuciłem się tam, byle uciec od tego miejsca. Stała tam Miriada. Do tej pory w pamięci miałem każdy siniak, każdy strup, każdą ranę na ciele klaczki, gdy do nas wróciła - czy jednak mogę tak powiedzieć, jeśli do tej pory psychicznie nie jest sobą? - teraz zostały one przeniesione na jej dorosłą postać z żałosną miną włącznie. Nie śmiałem się zbliżyć. Co tu się dzieje?! Nim powoli przeniosła na mnie swoje spojrzenie, ruszyłem galopem na oślep.
O dziwo, nie nadziałem się wcale na żaden pień ani wystające korzenie, jakby las ustępował mi ciągle miejsca. Przede mną migało tylko to nieszczęsne światełko. Biegłem z pełną prędkością, bez zastanowienia. Kończyny zapadały mi się w zaspach. To zdążałem pod górę, to w dół. W pewnym momencie dostrzegłem końskie ciało leżące na ziemi. Byłem zmuszony gwałtownie wyhamować. Zamierzałem już odwrócić się i gnany przerażeniem uciec, ale w ostatnim momencie rozpoznałem te szare kopyta i piękną, jasną grzywę. Leżała przede mną Rose z krwi i kości. Leżała! Szybko rzuciłem się, by sprawdzić oddech. Wtedy dostrzegłem futrzastego uciekiniera śpiącego przy jej głowie. Całe szczęście, żyła, choć na jej tylnej kończynie pojawiła się jakaś dziwna, straszna rana, jakby wygryziona od środka.
— Rose, obudź się! - rzekłem cicho, trącając ją łbem. Pierwsze obudziło się szczenię, lecz zdrętwiałe i zmarznięte nie miało mi zbyt wiele do powiedzenia.
— Shi? To ty? - odezwała się, podnosząc głowę.
— Tak, to ja. Widzę, że znalazłaś szczeniaka. - nie miałem zbytnio pojęcia, co powiedzieć.
— Właściwie to futrzak znalazł mnie. - uśmiechnęła się, po czym zaczęła się gotować do wstania.
— Zaczekaj. - rzuciłem stanowczo, przyciskając ją z powrotem do ziemi. - Na pewno możesz chodzić? Jak to się stało? - dopiero teraz Rose przeniosła wzrok na swoją ranę.
— Ach... - westchnęła. - Przed zaśnięciem poczułam ból, jakby coś mnie ugryzło. Nie wiem...W każdym razie musimy dotrzeć do stada. - pokiwałem powoli głową. W tym momencie na nos klaczy spadł płatek śniegu. I jeszcze jeden na moje ucho. Znów na moją towarzyszkę. Oboje wznieśliśmy oczy ku górze.
— Zaczyna padać. Jeżeli tego chcemy, lepiej się zbierajmy. - powiedziałem, oferując swoją pomoc przy wstawaniu. Z nieprzyjemnym jękiem, ale stanęła na nogi. Kierowaliśmy się spokojnie w stronę klanu, kiedy stało się jasne, że pogoda nie ma zamiaru odpuścić. Wystarczyło kilka minut, by pojedyncze płatki zamieniły się w wir śnieżycy, który uniemożliwiał nam dalszą wędrówkę. Wybrałem miejsce pod ogromnym, starym drzewem do przeczekania. Rose szybko z ulgą zasnęła znowu, ale ja wciąż nie mogłem oderwać wzroku od szczenięcia. Od wilczka nie czuć już było nawet zapachu drapieżników. Przymknąłem oczy, wzdychając. Jeżeli mamy wszyscy przeżyć, to musi się skończyć.
— Przykro mi. Skoro możesz chodzić. - szepnąłem wprost do młodziana, wpierw odsuwając go prędkim ruchem od klaczy. Ten podniósł się, najeżony, lecz błyskawicznie umknął przed moim kopytami i zębami w las. Śnieżyca porządnie obmyje go ze wszystkich woni. A jeśli pozostawi jedynie woń śmierci? - spojrzałem na towarzyszkę. To był jej podopieczny.
Dlaczego z taką łatwością łamię wszystkie serca?
<Rose?>
1.10.2018
Wrześniowe postarzanie!
Jako że czekają lekcje do odrobienia i nauka, a przy tym również inne typowe życiowe czynności i pasje, nasze wrześniowe spotkanie w poście, drodzy czytelnicy, będzie zapewne krótkie i treściwe. Początek roku szkolnego jak zwykle dał w kość, tak przypuszczam, nie tylko mnie, był to więc miesiąc odrobinę ulgowy. Kiedy zamykam oczy, od razu widzę te wiwatujące tłumy uczniów, cieszące się z końca wakacji... Lecz od dziś sprawdzajcie dokładnie skrzynki pocztowe w poszukiwaniu upomnień oraz zaległych opowiadań, a także domagajcie się więcej uwagi od adminów - to pomaga nam się kopnąć w tyłek.
W bliższej nam rzeczywistości do stada dołączył Wicher, źrebak pod opieką klaczy Mint. Nikt nie dorasta, nikt nie umiera, kolejne lato nam przemija. Zachęcamy do zajrzenia na Giełdę Pięciu Kopyt do kolejnego podliczania pszenicy i SŁ. Zmienia się również pora roku - żegnamy się powoli z mroźną zimą i witamy jej młodszą siostrę, wczesną wiosnę!
Dziękujemy ślicznie za uwagę i życzymy przyjemnie spędzonego wieczoru!
Stare niebezpieczeństwa i nowe perspektywyW Klanie Mroźnej Duszy wydarzyło się ostatnio wiele, o czym powinni wszyscy wiedzieć. Przede wszystkim - hip, hip, hurra! - mamy nowego, drugiego w historii władcę klanu, syna Khonkha, czczonego po wsze czasy założyciela, Shiregt'a, który musi jeszcze zasłużyć na swą chwałę. Drugą ważną wiadomością jest fakt, że stado uporało się z reniferami w krwawej bitwie, zajmując z ulgą siedzibę na Gerel Uul. Epidemia, co stwierdzili już wymęczeni niedawnymi wydarzeniami medycy, z dziewięćdziesięcioprocentową pewnością odeszła w niepamięć. Mivana i jej ekipa detektywistyczna tropią wytrwale Kasję, podejrzaną o zabójstwo, co jest poważnym oskarżeniem.
W bliższej nam rzeczywistości do stada dołączył Wicher, źrebak pod opieką klaczy Mint. Nikt nie dorasta, nikt nie umiera, kolejne lato nam przemija. Zachęcamy do zajrzenia na Giełdę Pięciu Kopyt do kolejnego podliczania pszenicy i SŁ. Zmienia się również pora roku - żegnamy się powoli z mroźną zimą i witamy jej młodszą siostrę, wczesną wiosnę!
Zakończenie zawodów Naadam
Nadszedł oto czas, kiedy należy podsumować historyczne, w dodatku
pierwsze w Klanie Mroźnej Duszy Igrzyska Naadam. W pierwszej części
eventu uczestnicy - innymi słowy Mivana, Shiregt, Cardinano i Dante - rywalizowali ze sobą, zasypali nas kreatywnymi postami treningowymi, ale o
drugiej nie można już tak powiedzieć. Najwidoczniej dotychczasowi
uczestniczący zapomnieli, nie mieli już ochoty albo czasu dalej brać w
nim udziału. Niestety nie dołączyła się też żadna nowa postać. Do
tej części Igrzysk dotrwał tylko nasz władca Shiregt, za co oczywiście należy mu się nagroda w postaci odmłodzenia o 2 lata oraz mikstury Muti.
Pozostali członkowie, w tym niestety
również ja, DODA, nie wykazali się zbytnio na tym etapie eventu. Myślę jednak, że nic nie stoi na
przeszkodzie, aby w ramach pokuty jak najwięcej osób wzięło udział w
kolejnym ciekawym wydarzeniu XD.
Pomysły na przyszłośćAktualnie planujemy głównie rozwijanie fabuły, a w ścisłym związku z tym - może jakieś wydarzenie typu konkursowego :D. Poza tym zastanawiamy się nad odświeżeniem chatu i specjalnym programem dla par.
Dziękujemy ślicznie za uwagę i życzymy przyjemnie spędzonego wieczoru!
![]() |
| Mała motywacja Nie mogłam się powstrzymać |
~Yatgaar, Shiregt, Miriada oraz Staruszek Khonkh, Dante i Vayola
1.10.2018
Od Yatgaar do Khonkha ,,Upragniony spokój czy bolesne wiszenie?"
— Dziękuję...że we wierzyliście i wierzycie. - odparł syn mojemu partnerowi, delikatnie, kurtuazyjnie przytulając za szyję nas oboje.
Ruszyliśmy za synem, jednak w pewnej odległości, po obrzeżach, aby od razu ustawić się za nim i w odpowiednim momencie potwierdzić swoją obecność. Czułam się niczym wypchany emocjami rybi pęcherz pławny. Rozpierała mnie przede wszystkim duma z najstarszego potomka, mieszanka radości i władczej powagi. Spełniły się nasze senne wizje, najważniejszy cel, do jakiego dążyliśmy przez ostatnie lata, oto Shiregt stawał przed - już od dziś - swoim własnym klanem, by oznajmić tę nowinę, a my stawaliśmy się jego normalną częścią, symbolem minionych lat, może jeszcze ostatnią deską ratunku i radą...chyba ta właśnie świadomość kręciła się i wierciła gdzieś tam, poza zasięgiem umysłu, ale jeszcze wyczuwalna. Czy będziemy potrafili zmienić swój tryb życia?
Całą koronację uwieńczyło długie przyjęcie, pozwalające w pełni rozkoszować się nowym stanem rzeczy. Khonkh jednak był znacznie bardziej zamyślony przez ten czas, niż powinien. Co było nie tak?
~Dwa dni później~
Uniosłam powieki na równi ze wschodem słońca. Nawykłam do wczesnych pobudek. Nic już nigdy nie było w stanie ściągnąć ich w dół, więc pierwsze chwile wykorzystałam na powitanie słońca. Szeptałam do siebie jakieś niezrozumiałe frazy, które jednak pomagały mi się rozbudzić i przygotować do działania...tylko jakiego? - spytałam się w myślach. Przewodnik nie był teraz potrzebny, użyteczny zresztą stawał się raz na ruski rok. Muszę znaleźć sobie jakieś zajęcie.
Khonkh spał jeszcze, lecz jego sen wydawał mi się dość niespokojny. Na moment się zawahałam, ale musnęłam jego wargi swoimi i ruszyłam przed siebie wolnym stępem. Właściwie, dlaczego musi to być zajęcie w klanie? - uświadomiłam coś sobie. Jesteśmy wolni. Nie podlegamy obowiązkom ani władczemu prawu. Jesteśmy wolni! - uśmiechnęłam się sama do siebie, przyspieszając do kłusa, kierując się w górę zbocza w poszukiwaniu porannej przygody.
<Khonkh? A Yatgaar ma zaciesz że hej :D XD>
Ruszyliśmy za synem, jednak w pewnej odległości, po obrzeżach, aby od razu ustawić się za nim i w odpowiednim momencie potwierdzić swoją obecność. Czułam się niczym wypchany emocjami rybi pęcherz pławny. Rozpierała mnie przede wszystkim duma z najstarszego potomka, mieszanka radości i władczej powagi. Spełniły się nasze senne wizje, najważniejszy cel, do jakiego dążyliśmy przez ostatnie lata, oto Shiregt stawał przed - już od dziś - swoim własnym klanem, by oznajmić tę nowinę, a my stawaliśmy się jego normalną częścią, symbolem minionych lat, może jeszcze ostatnią deską ratunku i radą...chyba ta właśnie świadomość kręciła się i wierciła gdzieś tam, poza zasięgiem umysłu, ale jeszcze wyczuwalna. Czy będziemy potrafili zmienić swój tryb życia?
Całą koronację uwieńczyło długie przyjęcie, pozwalające w pełni rozkoszować się nowym stanem rzeczy. Khonkh jednak był znacznie bardziej zamyślony przez ten czas, niż powinien. Co było nie tak?
~Dwa dni później~
Uniosłam powieki na równi ze wschodem słońca. Nawykłam do wczesnych pobudek. Nic już nigdy nie było w stanie ściągnąć ich w dół, więc pierwsze chwile wykorzystałam na powitanie słońca. Szeptałam do siebie jakieś niezrozumiałe frazy, które jednak pomagały mi się rozbudzić i przygotować do działania...tylko jakiego? - spytałam się w myślach. Przewodnik nie był teraz potrzebny, użyteczny zresztą stawał się raz na ruski rok. Muszę znaleźć sobie jakieś zajęcie.
Khonkh spał jeszcze, lecz jego sen wydawał mi się dość niespokojny. Na moment się zawahałam, ale musnęłam jego wargi swoimi i ruszyłam przed siebie wolnym stępem. Właściwie, dlaczego musi to być zajęcie w klanie? - uświadomiłam coś sobie. Jesteśmy wolni. Nie podlegamy obowiązkom ani władczemu prawu. Jesteśmy wolni! - uśmiechnęłam się sama do siebie, przyspieszając do kłusa, kierując się w górę zbocza w poszukiwaniu porannej przygody.
<Khonkh? A Yatgaar ma zaciesz że hej :D XD>
Subskrybuj:
Posty (Atom)
