Od ogiera zaczęło bić osobliwe ciepło. Przymknęłam powieki, rozmyślając i podsumowując dzisiejsze zbiory. Po chwili dźwignęłam się na chwiejne kończyny, uśmiechając się. Hadvegar po krótkim namyśle również powstał i przypatrywał mi się z jawną ciekawością. Ja zaś zagłębiałam wzrok gdzieś u linii horyzontu. Z tamtej strony było słychać aż za dobrze skowyt zwierzęcia zwanego wilkiem. Mój towarzysz również to zauważył i przysunął się do mnie, jakby chcąc dodać mi otuchy i powiedzieć „jestem przy tobie, nie bój się”. Jednakże to jego ciało niespokojnie drgało. Zza mgły wyłoniło się masywne cielsko zwierza. Powoli zbliżało się do nas. Gdy podeszło, w jego oczach zaiskrzyła chęć mordu i rzucił się na ogiera. Paroma szybkimi ruchami powaliłam przeciwnika na trawę. Widać na coś przydały się te ćwiczenia. Jednakże mogłam sobie to odpuścić. Wilczysko miało rodzinę nie od parady. A mogliśmy uciec... No cóż, przez mój wybór musieliśmy we dwójkę stawić się watasze. A może jednak dalibyśmy nogi za pas i uciekli, gdzie pieprz rośnie? Szybko pociągnęłam za sobą ogiera i krzyknęłam.
-Wiejemy!
Niektórzy mogliby stwierdzić, że zachowuję się samolubnie, nie dając Hadvegarowi pola do popisu. Jednak według mnie to była dobra decyzja... Gdy uciekliśmy, byliśmy dosłownie skonani.
.............................................................................................................................................................................
Okazało się, że było kilku świadków. Wszyscy byli jednego zdania — zachowałam się źle. Nie dość, że samolubnie, to jeszcze mogliśmy zwalczyć watahę i nie byłoby takiego niebezpieczeństwa teraz. Podobno przez tę grupę wilków zostało rannych dużo koni. Ciekawe, że świadkowie nie pomogli. Mnie nie obchodziła zbytnio ich opinia, ale nie mogłam wyzbyć się uczucia, że postąpiłam karygodnie. Zapłakana udałam się do jednej z jaskiń. Jednak je pomyliłam i zamiast do swojej trafiłam do tej medycznej, gdzie cudem był tylko Hadvegar.
- Co się stało?- zapytał.
Westchnęłam.
<Hadvi?>
→ Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
2.05.2018
Od Miriady do Dantego ,,Puchate...ale groźne"
Miałam złe przeczucia, gdy to zwierzę o nieco podłużnym ciele porośniętym gęstym futrem zbliżało się do nas z lekko otwartą paszczą pełną ostrych zębów i małymi, czarnymi oczami utkwionymi w jednym punkcie. Serce zaczęło mi bić szybciej, spojrzałam w stronę Dantego, również nieufnie nastawionego. Wtedy stworzenie syknęło krótko i rzuciło się z niewiarygodną szybkością w naszą stronę, wystawiając do przodu pazury. Pisnęłam, odskakując w bok, lecz drapieżnik zapewne obrał sobie mnie za cel. Zaczęłam biec ile sił w nogach, ale w pewnym momencie poczułam draśnięcie i pieczenie w tylnej nodze przez co upadłam, ryjąc nosem w wysokiej trawie. Nie byłam w stanie wydać z siebie jakiegokolwiek dźwięku, mogłam tylko mimo bólu szybko zerwać się i spróbować ucieczki w kierunku stada. Gdy odwróciłam głowę, widziałam zwierzę szykujące się do skoku na mój grzbiet z wyszczerzonymi kłami i furią, jednak na moment zawahało się. Wtedy usłyszałam tętent kopyt i szaro-biała plama przemknęła obok mnie z głośnym rżeniem. Moja mama uderzyła przednimi kończynami w ciało istoty która stęknęła cicho i skryła się powoli w leśnej gęstwinie.
— Co to było? - spytałam po dobrej chwili, kiedy tata również do nas dołączył.
— Rosomak. - mruknęła klacz, wpatrując się jeszcze przez chwilę w tamto miejsce. - A gdzie Dante, Miriado? - dodała. Rozejrzałam się. Faktycznie, podczas pogoni rozpłynął się gdzieś w powietrzu.
<Dante?>
2.05.2018
Od Ganerdene'y do Kirka ,,Zerwanie więzów przeszłości"
Podszedła do mnie jedna klacz i jej dwoje towarzyszy. Co jak co to ona najbardziej spode łba na mnie łypała. Zauważyłam też, że tylko jeden z ogierów był hop do przodu. Ten drugi milczał i trzymał się z tyłu.
Arab, sam wprzódy nie przedstawiając się, zapytał o moje imię. Spojrzałam po zebranych niepewnie aż w końcu zawiesiłam wzrok na gniadym ogierze przede mną. To on to musi tutaj rządzić. Ładnie się nosił i prezentował się z dumą. Przez co mnie jeszcze bardziej utwierdzał w przekonaniu, że nic tu po mnie.
Odpowiedziałam mu najprostrzymi słowy. "Jestem Ganerdene." - ech.... a mogło mi coś lepszego do głowy wpaść. Jeny...
O dziwo, następne pytania wcale nie nadeszły. Zgoła co innego. Ogier wystrzelił odpowiedź z pyska jak żerujący ptak opada na swoją ofiarę. Khonkh, władca czyli tak jak myślałam. Klan Mroźnej Duszy. Zastanawiałam się krótko nad tą nazwą. Dlaczego mroźnej? Czyżby przez ich przeszłość?
Khonkh przedstawił również inne konie. Siwa klacz to była jego życiowa partnerka a ogier obok, ten co mnie przyuważył , to był Kirk. Skinęłam łbem na znak, że rozumiem i zwróciłam swoją uwagę na Yatgaar, która dalej nieufna, spytała się dlaczego pałętam się na terenach należących do stada. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Byłam trochę niepewna ich intencji, ale jakoś nie skora byłam do kłamania. To chyba nie moja rzecz kłamać. Szczególnie przy władcy i obrońcy.
Następne co usłyszałam to propozycja. Dołączenia do klanu. Albo wynoszenia się gdzie pieprz rośnie. Do tego zostałam poinformowana, że nie powinnam żałować zostania z nimi przez dotychczas nic nie mówiącego siwka. Między nami nastąpiła cisza, której to lekki woal, rozszarpywało niekiedy rżenie oraz ćwierkanie ptaszków. Westchnęłam lekko i odwróciłam głowę, żęby spojrzeć na step na horyzoncie. Chyba nie za bardzo mam wybór. Jak nie dołączę, będę zmuszona odejść z tych terenów a może nawet i stepów bo jeszcze nie wiem dokąd ich terytorium sięga, kiedy się kończy. W efekcie zabraliby mi dom. A gdzie by to szukać wody w zupełnie mi nieznanych terenach? Odwróciłam łeb i mój wzrok przykuł jakiś ruch z przodu, za końmi. Cofnęłam się lekko, zaalarmowana. Spojrzałam jeszcze raz i odkryłam, że to tylko miniaturowe figurki koni. Dopiero źrebięta.
A więc mają nowego członka.
- Możecie się cieszyć z nowego członka. - powiedziałam z lekkim już uśmiechem. Wstąpiły we mnie jakby nowe siły i ogromnie się cieszyłam. Nie zwracałam nawet uwagi na potencjalne zagrożenie z ich strony.
<Kirk?>
Arab, sam wprzódy nie przedstawiając się, zapytał o moje imię. Spojrzałam po zebranych niepewnie aż w końcu zawiesiłam wzrok na gniadym ogierze przede mną. To on to musi tutaj rządzić. Ładnie się nosił i prezentował się z dumą. Przez co mnie jeszcze bardziej utwierdzał w przekonaniu, że nic tu po mnie.
Odpowiedziałam mu najprostrzymi słowy. "Jestem Ganerdene." - ech.... a mogło mi coś lepszego do głowy wpaść. Jeny...
O dziwo, następne pytania wcale nie nadeszły. Zgoła co innego. Ogier wystrzelił odpowiedź z pyska jak żerujący ptak opada na swoją ofiarę. Khonkh, władca czyli tak jak myślałam. Klan Mroźnej Duszy. Zastanawiałam się krótko nad tą nazwą. Dlaczego mroźnej? Czyżby przez ich przeszłość?
Khonkh przedstawił również inne konie. Siwa klacz to była jego życiowa partnerka a ogier obok, ten co mnie przyuważył , to był Kirk. Skinęłam łbem na znak, że rozumiem i zwróciłam swoją uwagę na Yatgaar, która dalej nieufna, spytała się dlaczego pałętam się na terenach należących do stada. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Byłam trochę niepewna ich intencji, ale jakoś nie skora byłam do kłamania. To chyba nie moja rzecz kłamać. Szczególnie przy władcy i obrońcy.
Następne co usłyszałam to propozycja. Dołączenia do klanu. Albo wynoszenia się gdzie pieprz rośnie. Do tego zostałam poinformowana, że nie powinnam żałować zostania z nimi przez dotychczas nic nie mówiącego siwka. Między nami nastąpiła cisza, której to lekki woal, rozszarpywało niekiedy rżenie oraz ćwierkanie ptaszków. Westchnęłam lekko i odwróciłam głowę, żęby spojrzeć na step na horyzoncie. Chyba nie za bardzo mam wybór. Jak nie dołączę, będę zmuszona odejść z tych terenów a może nawet i stepów bo jeszcze nie wiem dokąd ich terytorium sięga, kiedy się kończy. W efekcie zabraliby mi dom. A gdzie by to szukać wody w zupełnie mi nieznanych terenach? Odwróciłam łeb i mój wzrok przykuł jakiś ruch z przodu, za końmi. Cofnęłam się lekko, zaalarmowana. Spojrzałam jeszcze raz i odkryłam, że to tylko miniaturowe figurki koni. Dopiero źrebięta.
A więc mają nowego członka.
- Możecie się cieszyć z nowego członka. - powiedziałam z lekkim już uśmiechem. Wstąpiły we mnie jakby nowe siły i ogromnie się cieszyłam. Nie zwracałam nawet uwagi na potencjalne zagrożenie z ich strony.
<Kirk?>
2.05.2018
Od Quinlan do Hadvegara ,,Zagubieni"
Z lekkim strachem uchem poruszyłam. To prawda, faktycznie wianek zgubiłam!
- Nic się nie stało, Hadvegar. To nie twoja wina - szepnęłam cichutko.
Ponieważ padało już bardzo malutko, wyszliśmy z mokrego lasu. Spędziliśmy tam wiele czasu, a zmysł orientacji mój już oszalał. Chociaż Hadvegar bardzo się starał, nijak nie można trafić do stada. Khonkh nam pewnie w domu nagada, lecz jak się tam dostać? To inna sprawa. Niezbyt zabawna już ta zabawa.
Byłam coraz bardziej przerażona, po minie Hadvegara widać było, że również jest zaniepokojony. Zdawało mi się, że raz przybliżamy się do stada, raz oddalamy. W dodatku moje zmęczone oczy raz po raz miały zwidy dużego cielska przemykającego między nielicznymi drzewami, a nawet błyszczących groźnie oczu. Chcąc nareszcie znaleźć się w bezpiecznym miejscu, przyspieszyłam. Niestety, na dobre mi to nie wyszło. Potknęłam się i upadłam. Na coś bardzo ostrego, albo przynajmniej zadającego ogromną ilość bólu. Obstawiam krzemień.
Miałam rozciętą łopatkę, chociaż ból rozchodził się dużo dalej. Nie mogłam się podnieść.
Dopiero po chwili zarejestrowałam, że pochyla się przy mnie Hadvegar. Bez specjalnego wysiłku, ale bardzo delikatnie obrócił mnie na drugi bok i usiłował obejrzeć ranę w nikłym świetle. Chwilę później złapał za coś zębami i pociągnął, a moje ’kuku’ zaprotestowało nowym bólem. Teraz jednak pozbawiona byłam uczucia, że coś w niej tkwi.
- Postaram się znaleźć jakieś zioła. Staraj się nie ruszać - poprosił, odbiegając szybkim kłusem.
Niespecjalnie miałam jakieś możliwości w tej dziedzinie, za to usiłowałam spełnić jego prośbę najlepiej jak umiałam. Zastygłam bez ruchu.
Jak trup.
- Umrę - wymamrotałam do siebie.
W myślach, a potem na głos zaczęłam się żegnać ze światem; trochę po to, żeby zabić czas i nie myśleć o bólu.
- Do zobaczenia, mamo... Kocham cię - ostatnie słowa wypowiedziałam głośniej.
Dopiero po chwili zorientowałam się, że nie byłam już sama - Hadvegar klęczał już koło mnie.
Jestem skończoną idiotką.
- Znaczy... Och, nieważne, co powiem, uznasz mnie za idiotkę, bo jak idiotka się zachowałam. W każdym razie, to nie tak jak myślisz, nie kocham cię, to znaczy... Sleipnirze, ja już najlepiej pójdę.
Dopiero wzrok Hadvegara, na wpół rozbawiony, na wpół litościwy, uświadomił mi, że znowu powiedziałam coś, czego nie powinnam.
Pójdziesz, tak, jasne.
<Hadvegar? Quinlan się nie spodziewała, serio.>
- Nic się nie stało, Hadvegar. To nie twoja wina - szepnęłam cichutko.
Ponieważ padało już bardzo malutko, wyszliśmy z mokrego lasu. Spędziliśmy tam wiele czasu, a zmysł orientacji mój już oszalał. Chociaż Hadvegar bardzo się starał, nijak nie można trafić do stada. Khonkh nam pewnie w domu nagada, lecz jak się tam dostać? To inna sprawa. Niezbyt zabawna już ta zabawa.
Byłam coraz bardziej przerażona, po minie Hadvegara widać było, że również jest zaniepokojony. Zdawało mi się, że raz przybliżamy się do stada, raz oddalamy. W dodatku moje zmęczone oczy raz po raz miały zwidy dużego cielska przemykającego między nielicznymi drzewami, a nawet błyszczących groźnie oczu. Chcąc nareszcie znaleźć się w bezpiecznym miejscu, przyspieszyłam. Niestety, na dobre mi to nie wyszło. Potknęłam się i upadłam. Na coś bardzo ostrego, albo przynajmniej zadającego ogromną ilość bólu. Obstawiam krzemień.
Miałam rozciętą łopatkę, chociaż ból rozchodził się dużo dalej. Nie mogłam się podnieść.
Dopiero po chwili zarejestrowałam, że pochyla się przy mnie Hadvegar. Bez specjalnego wysiłku, ale bardzo delikatnie obrócił mnie na drugi bok i usiłował obejrzeć ranę w nikłym świetle. Chwilę później złapał za coś zębami i pociągnął, a moje ’kuku’ zaprotestowało nowym bólem. Teraz jednak pozbawiona byłam uczucia, że coś w niej tkwi.
- Postaram się znaleźć jakieś zioła. Staraj się nie ruszać - poprosił, odbiegając szybkim kłusem.
Niespecjalnie miałam jakieś możliwości w tej dziedzinie, za to usiłowałam spełnić jego prośbę najlepiej jak umiałam. Zastygłam bez ruchu.
Jak trup.
- Umrę - wymamrotałam do siebie.
W myślach, a potem na głos zaczęłam się żegnać ze światem; trochę po to, żeby zabić czas i nie myśleć o bólu.
- Do zobaczenia, mamo... Kocham cię - ostatnie słowa wypowiedziałam głośniej.
Dopiero po chwili zorientowałam się, że nie byłam już sama - Hadvegar klęczał już koło mnie.
Jestem skończoną idiotką.
- Znaczy... Och, nieważne, co powiem, uznasz mnie za idiotkę, bo jak idiotka się zachowałam. W każdym razie, to nie tak jak myślisz, nie kocham cię, to znaczy... Sleipnirze, ja już najlepiej pójdę.
Dopiero wzrok Hadvegara, na wpół rozbawiony, na wpół litościwy, uświadomił mi, że znowu powiedziałam coś, czego nie powinnam.
Pójdziesz, tak, jasne.
<Hadvegar? Quinlan się nie spodziewała, serio.>
2.05.2018
Wielki powrót wraz z postarzaniem!
Jeszcze szum trzciny w uszach nie przebrzmiał...
Jeszcze zapach świeżego powietrza w nozdrzach przetrwał...
Jeszcze chłodne muśnięcia wodnej tafli nie odeszły...
Jeszcze ogniki w oczach na widok ptactwa nie zgasły...
Jeszcze zapach świeżego powietrza w nozdrzach przetrwał...
Jeszcze chłodne muśnięcia wodnej tafli nie odeszły...
Jeszcze ogniki w oczach na widok ptactwa nie zgasły...
Ale jestem! Główna adminka, Łowca Much - wróciłam, ciut wcześniej niż planowałam, więc zbieramy się już w sobie i WRACAMY DO PEŁNEJ GRY. Tęskniłam naprawdę za wami i pisaniem, więc ta radość równoważy tęsknotę za Biebrzą i jej krajobrazami :3
Jak widzę, podczas mojej nieobecności nie wybuchła żadna III wojna światowa, co mnie bardzo cieszy. Rzecz jasna dziś, 2 maja, odbędzie się postarzanie. W fabule wiele rzeczy się ,,ustabilizowało" - mamy następcę tronu zajmowanego aktualnie przez Khonkha, lecz wiele tajemnic nadal pozostaje nierozwiązanych. Jakie mamy plany na ten miesiąc? Pomyślimy nad aspektami FAQ, chcemy również przeprowadzić korektę drobnych błędów i zaktualizować Grafikę. Przy okazji pragnę powiadomić, że od tej pory rezerwacje niewykorzystane przez okres 3 miesięcy od zarezerwowania, wygasają, zaś kolejną rezerwację można podjąć miesiąc później.
W maju nie zostanie zorganizowany event, za to bardzo proszę o odbiór lub powiadomienie o rezygnacji z nagród z Wielkanocnego Eventu (od kurczaków). Przydałby się również formularz nastolatka dla postaci Khairtai.
~Yatgaar, Shiregt i Miriada
2.05.2018
Od Hadvegara do Forever ,,Nie bój się, już jestem przy tobie"
Widząc lęk w jej oczach, sam byłem lekko przerażony, jednak wiedziałem, że przywódca wie co robi i jeśli jesteśmy bezpieczni to jesteśmy. Stres nie wpłynie dobrze na jej obecny stan zdrowia i to wszystko może się tylko pogorszyć, a tego oczywiście bym nie chciał. Nie tylko dlatego, że jestem medykiem, ale też jako jej przyjaciel... o ile mogę się kimś takim nazywać.
Przypominając się historię o stajni, którą kiedyś mi opowiadała, mogłem sądzić, że boi się ognia bardziej niż zwykłe konie. Musiało to być coś naprawdę strasznego, z czego wcześniej nie zdawałem sobie sprawy.
– Ej, nie bój się. – musnąłem ją chrapami, żeby ją jakoś pocieszyć, choć to nic nie dawało. Spojrzała na mnie, lecz w niemal błyskawicznym tempie skierowała wzrok w inną stronę i zamknęła oczy. Jednak coś nie pozwalało jej zrobić tego dłużej, przez co otworzyła je ponownie i pustym wzrokiem obserwowała źdźbła trawy, które delikatnie falowały na wietrze.
Nie mogłem na to patrzeć, więc przybliżyłem się do niej, tak, że nasze łopatki dotykały się, a ona mogła ułożyć swoją głowę na moim grzbiecie. Zrobiła to zaraz po tym, jak zacząłem ją uspokajająco smyrać po boku, grzbiecie i szyi. Czując, że się uspokaja i moje działania coś dają, zacząłem jej nucić... by zająć jej myśli jeszcze bardziej.
"Do góry głowa w chmurach smutek swój schowaj,
uśmiechnij się nawet, gdy czasem ranią te słowa.
Do góry głowa, z radości niech trzęsie się ziemia
I nie mów, że szczęściem jest to czego nie ma. "
Nawet nie wiem kiedy, ona zasnęła. Ja jednak postanowiłem jeszcze trochę jej przypilnować, żeby się upewnić iż na pewno śpi, a nie tylko czuwa. Reszta koni w stadzie także się ułożyła do snu, oczywiście mam tu na myśli tych, którzy mogli to zrobić. Niektórym pozostało pilnowanie śpiących i czekanie na wieści o pożarze... Sam chciałem poczekać, jednak ciepło mojej towarzyszki sprawiło, że oczy odmówiły mi posłuszeństwa, a mózg od dłużej chwili odgrywał marzenia senne.
Obudziłem się przed Forever, więc nie chcąc niemiłej sytuacji z rana, odsunąłem się na bezpieczną odległość. Przytuliła się tylko dlatego, że się bała i nie powinienem tego wykorzystywać, a tym bardziej wrzucać jej do studni zakłopotania. Mam nadzieję, że śniło jej się coś naprawdę przyjemnego...
<Forever?>
Przypominając się historię o stajni, którą kiedyś mi opowiadała, mogłem sądzić, że boi się ognia bardziej niż zwykłe konie. Musiało to być coś naprawdę strasznego, z czego wcześniej nie zdawałem sobie sprawy.
– Ej, nie bój się. – musnąłem ją chrapami, żeby ją jakoś pocieszyć, choć to nic nie dawało. Spojrzała na mnie, lecz w niemal błyskawicznym tempie skierowała wzrok w inną stronę i zamknęła oczy. Jednak coś nie pozwalało jej zrobić tego dłużej, przez co otworzyła je ponownie i pustym wzrokiem obserwowała źdźbła trawy, które delikatnie falowały na wietrze.
Nie mogłem na to patrzeć, więc przybliżyłem się do niej, tak, że nasze łopatki dotykały się, a ona mogła ułożyć swoją głowę na moim grzbiecie. Zrobiła to zaraz po tym, jak zacząłem ją uspokajająco smyrać po boku, grzbiecie i szyi. Czując, że się uspokaja i moje działania coś dają, zacząłem jej nucić... by zająć jej myśli jeszcze bardziej.
"Do góry głowa w chmurach smutek swój schowaj,
uśmiechnij się nawet, gdy czasem ranią te słowa.
Do góry głowa, z radości niech trzęsie się ziemia
I nie mów, że szczęściem jest to czego nie ma. "
Nawet nie wiem kiedy, ona zasnęła. Ja jednak postanowiłem jeszcze trochę jej przypilnować, żeby się upewnić iż na pewno śpi, a nie tylko czuwa. Reszta koni w stadzie także się ułożyła do snu, oczywiście mam tu na myśli tych, którzy mogli to zrobić. Niektórym pozostało pilnowanie śpiących i czekanie na wieści o pożarze... Sam chciałem poczekać, jednak ciepło mojej towarzyszki sprawiło, że oczy odmówiły mi posłuszeństwa, a mózg od dłużej chwili odgrywał marzenia senne.
Obudziłem się przed Forever, więc nie chcąc niemiłej sytuacji z rana, odsunąłem się na bezpieczną odległość. Przytuliła się tylko dlatego, że się bała i nie powinienem tego wykorzystywać, a tym bardziej wrzucać jej do studni zakłopotania. Mam nadzieję, że śniło jej się coś naprawdę przyjemnego...
<Forever?>
2.05.2018
Od Hadvegara do U'schii ,,Pochmurne niebo"
Poczułem ciepło drugiego ciała, ten dotyk był naprawdę przyjemny, taki kojący. Uśmiechnąłem się lekko, ale też było mi niezręcznie. Co ja miałem robić w tej sytuacji? A co jeśli pozwoliłbym sobie na coś, co by ją uraziło? Nie wiedziałem, więc też postanowiłem nie reagować jakoś gwałtownie. Klacz po chwili się poprawiła, ale nieznacznie. Przeniosła głowę wyżej i oparła ją o moją szyję, zerknąłem na nią, lekko przechylając łeb w jej stronę. Dotknąłem ją w czoło swoim ganaszem, jednak po chwili wyprostowałem łeb i spoglądałem w tym samym kierunku co ona.
Przed nami znajdowały się rozległe równiny i delikatne górki, na które spoglądały te większe, wystające gdzieś znad horyzontu. Było tutaj naprawdę urodziwie, dużo traw, lasów, krzewów i innych zielonych roślin w kontraście do piasków i łysych górek. Dopiero potem można było zauważyć, że słońce właśnie chowa się, gotowe do snu, sprawiając, że niebo przybrało dzisiaj barwę fioletów, różu i pomarańczy. Gdzieniegdzie białe chmurki odłączone od stada, malowały najróżniejsze kształty.
– Widzisz tę chmurkę? – zapytałem, wskazując łbem na jedną z nich.
– Którą? – zapytała moja złota towarzyszka, która w tym świetle wyglądała co najmniej jak wszystkie blaski świata.
– Tę w kształcie konia. Jest prawie tak samo ładna jak ty. – oznajmiłem ze spokojem, przyglądając się chmurze dokładniej.
– Prawie? – odsunęła się ode mnie, spoglądając zadziornie.
– Prawie. Uważasz, że ona jest ładniejsza? – zapytałem z uśmiechem, jednocześnie spodziewając się odpowiedzi oczywistej. Klacze już takie są, że same siebie chwalić nie będą, więc to my musimy im często mówić jakie to są śliczne. Oczywiście powinien to robić tylko ten jeden, jedyny ogier. Od przyjaciela można otrzymać komplement raz na jakiś czas, żebym czasem nie został źle zrozumiany.
<Uschia?>
Przed nami znajdowały się rozległe równiny i delikatne górki, na które spoglądały te większe, wystające gdzieś znad horyzontu. Było tutaj naprawdę urodziwie, dużo traw, lasów, krzewów i innych zielonych roślin w kontraście do piasków i łysych górek. Dopiero potem można było zauważyć, że słońce właśnie chowa się, gotowe do snu, sprawiając, że niebo przybrało dzisiaj barwę fioletów, różu i pomarańczy. Gdzieniegdzie białe chmurki odłączone od stada, malowały najróżniejsze kształty.
– Widzisz tę chmurkę? – zapytałem, wskazując łbem na jedną z nich.
– Którą? – zapytała moja złota towarzyszka, która w tym świetle wyglądała co najmniej jak wszystkie blaski świata.
– Tę w kształcie konia. Jest prawie tak samo ładna jak ty. – oznajmiłem ze spokojem, przyglądając się chmurze dokładniej.
– Prawie? – odsunęła się ode mnie, spoglądając zadziornie.
– Prawie. Uważasz, że ona jest ładniejsza? – zapytałem z uśmiechem, jednocześnie spodziewając się odpowiedzi oczywistej. Klacze już takie są, że same siebie chwalić nie będą, więc to my musimy im często mówić jakie to są śliczne. Oczywiście powinien to robić tylko ten jeden, jedyny ogier. Od przyjaciela można otrzymać komplement raz na jakiś czas, żebym czasem nie został źle zrozumiany.
<Uschia?>
Subskrybuj:
Posty (Atom)