W drugiej części opowiadania autorka postanowiła zakpić sobie z fizjologii i anatomii. Tylko ostrzegam: pretensje do weny. XD
To było zupełnie bez sensu...przynajmniej już się skończyło. Uśmiechnęłam się do siebie. Maszerowaliśmy w ciszy, oboje pogrążeni we własnych galopujących myślach. Wtem przypomniało mi się coś, co mogło rozwiązać nasze problemy.
— Mam pewien pomysł. I więcej nie wrócimy do tematu. - dodałam uspokajająco, ze wzrokiem wbitym w rozmokłą od nagłej odwilży glebę, o grząskiej, błotnistej konsystencji, w której kopyta plaskały cicho, a wraz z ziemią przyklejały się do nich zeszłoroczne igły i liście. Jednak stopień grząskości nie utrudniał na razie chodzenia.
— Dobrze. Dajesz. - Khonkh również uśmiechnął się przyjaźnie.
— Można ich ulokować wśród dżejranów.
— Dżejranów...? Dlaczego akurat tam...? - spytał z lekkim powątpiewaniem.
— To stworzenia z natury płochliwe i pokojowo nastawione do reszty. Walczą jedynie z siłami natury, przeważnie się lenią...i z wdzięcznością przyjmą każdego obrońcę w swe stalowe objęcia. - rzekłam z zadowoleniem.
— Tak. - odpowiedział ogier, trącając swoim o mój pysk.
~Następnego ranka~
Eskorta składająca się z dwójki naszych silniejszych członków klanu była już gotowa do wyruszenia. Pośrodku orszaku znajdował się siwy ogier, z czarną, rzadką grzywą, spływającą prosto na jego szyję. Wyraźnie dał nam znać o swojej nieodwołalnej decyzji - a raczej wyroku - lecz nie wyglądał ani na szczęśliwego z tego powodu, ani przygnębionego. Warunki były tak czy inaczej jasne. Fenrir nie uraczył polany nawet ostatnim pogardliwym spojrzeniem, po czym oddalił się kłusem ze strażnikami. Poczułam, jak Khonkh odetchnął z ulgą. Grey otrzymała jeszcze jedno długie upomnienie, aż władca uznał, że starczy tej tyranii. Klacz w gruncie rzeczy była dobra, tyle że porywał ją każdy najmniejszy wir zdarzeń. Moje zainteresowanie przykuwał tylko Bush Brave, który również postanowił zostać - przynajmniej na jakiś czas.
Podczas gdy załatwialiśmy te sprawy w stadzie rozpoczęły się przygotowania do uroczystości na cześć naszego partnerstwa. W okolicy wrzało od rozmów, szeptów, poleceń i źrebięcych okrzyków. Wszyscy uwijali się jak pszczoły w ulu, a śnieg został całkowicie zryty przez dziesiątki kopyt. Cała krzątanina trwała równo dzień i połowę nocy; każdy ustawił się w pierwszym lepszym miejscu i zasnął natychmiast.
~Night skip~
Jasne, wiosenne promienie słońca, niczym wąskie woale mgły wśród których wirował kurz i pył oświetlały przygotowaną konstrukcję z wydzielonym obszarem na strawę w przerwach od zabawy na o wiele większym kawałku. W okolicy porozkładane były jeszcze ludzkie chustki, liny i inne przedmioty, przydatne w czasie niektórych gier. Co jakiś czas ktoś znosił jeszcze jakąś kępę żywności.
Dopiero po południu wybuchła radosna wrzawa i wpierw rozpoczęło się pałaszowanie. Stopniowo niektórzy ośmielali się coraz bardziej, a mongolski trunek robił swoje. Mnie jednak wciąż do tego nie ciągnęło; stałam oparta o barierę, przypatrując się wygibasom reszty. Wtem poczułam mocne pchnięcie od tyłu. Zaskoczona, prawie że upadłam na nos, a i tak wylądowałam na dawnym miejscu pewnej pary koni. Podniosłam głowę. Moje zażenowanie pierwszy raz nie miało granic. Wykonałam na szybko jakiś ruch, po czym odwróciłam się, by dać żartownisiowi nauczkę; arab zaś śmiał się nadal, do momentu, gdy rzuciłam się na niego. Chwilę tarzaliśmy się w śniegu, po czym wstaliśmy i zaczęliśmy tańczyć. Nieporadne kroki zdołałam po wielu próbach przećwiczyć i związać w pewne układy. I tak rozpoczęła się pętla o danej kolejności: strawa-tańce-gry-strawa-upadki-tańce...Nie czułam nóg, w uszach szumiało, ale jak wszyscy (oprócz źrebiąt) czerpałam siłę z obecności partnera i trunku. Zapadł zmrok. Choć drapieżniki z pewnością czyhały gdzieś w pobliżu, to forsowanie ogrodzenia i atak rozszalałych kopytnych i mi nie wydawał się kuszącą opcją. W pewnym momencie gniadosz zaczął odciągać mnie na bok. Z lekkim oporem ruszyłam za nim, spoglądając tęsknie w stronę kawalkady. Kilka minut później tęsknota zupełnie zniknęła, a jej miejsce zajęła błogość.
Rano obudziłam się leżąc obok Khonkha. Czaszka pulsowała mi trochę, ale stopniowo rozkojarzenie ustępowało. Do południa odchorowaliśmy resztki święta, ze zgromadzonych zapasów nic nie zostało. Uświadomiłam sobie, że właściwie wszystko zostało już załatwione.
— Mamy trochę czasu dla siebie. - mruknęłam od niechcenia, skubiąc gałązkę niskiego drzewka.
— Faktycznie. A co, masz jakieś koncepcje? - milczałam przez chwilę.
— Cóż, dobrze byłoby rozejrzeć się na dalszej północy...Może uda się odnaleźć nowy teren - rzuciłam z uśmiechem.
<Khonkh? Trochę...nieco...przepraszam, to jest tak bardzo logiczne i rzeczywiste *koń by się uśmiał* opowiadanie.XD A więc?...>
→ Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
3.04.2018
Od Yatgaar do Bush Brave'a ,,Trzeba nakarmić potworka"
Czekałam, aż zakończy wygłoszony iście królewskim, jadowitym tonem monolog, po czym milczałam chwilę, wwiercając w niego stalowe, obojętne spojrzenie, z którego nie dało się odczytać żadnych zamiarów. Wreszcie parsknęłam i zaniosłam się śmiechem. Ogier wciąż pozostawał niewzruszony, ale chyba nie tego się spodziewał. A ja? Nie było to niczym dziwnym ani nadzwyczajnym, że dawni członkowie frakcji uważali mnie za zhańbione ścierwo. Nie chcieli bądź nie potrafili przystosować się do nowej sytuacji, liczyli, że może znów będą mieli łatwą okazję do naostrzenia kopyt. Nie dziwiłam się im.
— Honor? Jaki honor? - wstrząsnęłam gwałtownie grzywą, powoli opanowując śmiech. - Branże ci się pomyliły. - koń już otwierał pysk, by wyrzucić z siebie kolejny potok słów, jednak ciągnęłam bezlitośnie dalej. - Ale mogę spełnić twoje życzenie, byłoby proste, nieodwołalne i jakże poetyczne. - westchnęłam cicho, spoglądając na bok. Khonkh zmierzał już zaniepokojony w naszą stronę, lecz odchyliłam przednią nogę, dając znać, że wszystko w porządku, przynajmniej jeśli chodzi o naszą małą ,,grę". Ciało kuca drżało z wściekłości, przesuwającej się po nim fala za falą, oczy ciskały płomienie. Stałam w bezpiecznej odległości, gdyby zamierzał mimo swojej inteligencji targnąć się na życie.
— Kochałeś Tenebris. - rzuciłam w pewnym momencie niemalże szeptem. Lawa natychmiast stężała, wyraz pyska został zamknięty w kamiennej powłoce niechęci, a reszta zamieniła się w słup soli.
— Zniżyć się do twojego poziomu? Zamierzasz oszukiwać siebie czy mnie? - syknął, niczym rozzłoszczony wąż. Potworek goryczy zemsty był głodny, ale na dźwięk falujących łanów traw nadstawił uszu. Opanowałam się jakimś cudem (włócznia wywoływała wyraźny swąd), i rzekłam:
— Zamiast uciekać, stawiłam czoło miłości. Jestem władczynią. Gdybyś więc miał jeszcze jakieś pytania - śmiało. Na jedno już znasz odpowiedź: Kochałeś Tenebris. - uśmiechnęłam się na koniec, i odeszłam do Khonkha.
<Bush Brave? ^^ W pewnym momencie wena się skończyła...>
— Honor? Jaki honor? - wstrząsnęłam gwałtownie grzywą, powoli opanowując śmiech. - Branże ci się pomyliły. - koń już otwierał pysk, by wyrzucić z siebie kolejny potok słów, jednak ciągnęłam bezlitośnie dalej. - Ale mogę spełnić twoje życzenie, byłoby proste, nieodwołalne i jakże poetyczne. - westchnęłam cicho, spoglądając na bok. Khonkh zmierzał już zaniepokojony w naszą stronę, lecz odchyliłam przednią nogę, dając znać, że wszystko w porządku, przynajmniej jeśli chodzi o naszą małą ,,grę". Ciało kuca drżało z wściekłości, przesuwającej się po nim fala za falą, oczy ciskały płomienie. Stałam w bezpiecznej odległości, gdyby zamierzał mimo swojej inteligencji targnąć się na życie.
— Kochałeś Tenebris. - rzuciłam w pewnym momencie niemalże szeptem. Lawa natychmiast stężała, wyraz pyska został zamknięty w kamiennej powłoce niechęci, a reszta zamieniła się w słup soli.
— Zniżyć się do twojego poziomu? Zamierzasz oszukiwać siebie czy mnie? - syknął, niczym rozzłoszczony wąż. Potworek goryczy zemsty był głodny, ale na dźwięk falujących łanów traw nadstawił uszu. Opanowałam się jakimś cudem (włócznia wywoływała wyraźny swąd), i rzekłam:
— Zamiast uciekać, stawiłam czoło miłości. Jestem władczynią. Gdybyś więc miał jeszcze jakieś pytania - śmiało. Na jedno już znasz odpowiedź: Kochałeś Tenebris. - uśmiechnęłam się na koniec, i odeszłam do Khonkha.
<Bush Brave? ^^ W pewnym momencie wena się skończyła...>
2.04.2018
Od Bush Brave'a do Yatgaar "Nienawiść"
*time skip*
Zawarcie partnerstwa. Yatgaar i Khonkh... Trzeba wyjaśnić sobie parę spraw. Z Yatgaar. Tylko z nią. Podszedłem do klaczy, która miziała się z władcą bez wątpienia przerywając im z pewnością jakąś intymną chwilę. Miałem to gdzieś.
Zawarcie partnerstwa. Yatgaar i Khonkh... Trzeba wyjaśnić sobie parę spraw. Z Yatgaar. Tylko z nią. Podszedłem do klaczy, która miziała się z władcą bez wątpienia przerywając im z pewnością jakąś intymną chwilę. Miałem to gdzieś.
-O pani, czy zechciałaby wasza wysokość zamienić ze mną słówko - skłoniłem się ze sztucznym szacunkiem.
-Tak, oczywiście - odrzekła klacz,i szepnąłwszy coś na ucho Khonkhowi zwróciła się w moją stronę. Odszedłem kawałek, a ona ruszyła za mną. Gdy przystanąłem odwróciłem się w jej stronę.
-Zawiodłem się na tobie Yatgaar. A raczej wasza wysokość. Jak mam do ciebie mówić o pani? Tak się martwiłaś, że Tenbris zabierze mi czas, a teraz sama dałaś się ponieść uczuciom. Dowódca niewierny swojemu oddziałowi. Jaka hańba. Dezercja. Ucieczka. Zawiodłaś moje zaufanie. Widocznie nie byłaś jego godna. Nie jesteś godna aby tu być. Życzę ci z okazji Wielkanocy, abyś szczezła gdzieś w środku stepu. Tam gdzie nikt cię nie odnajdzie. Nawet ten twój zasrany Khonkh. Tenebris odeszła. Przez ciebie. Nie mam tego za złe ani jej, ani co gorsza tobie. To była dobra decyzja. Wspaniała. Lepsza niż przebywanie w takiej propagandzie. W takim reżimie. Nie jesteś nikim więcej niż jakąś jeb**ą ku**ą. Śmieciem. Z chęcią rozpier****ł bym ci łeb, wasza wysokość - zakończyłem swój monolog. Zabolało? Cóż. Miało.
<Yatgaar?>
2.04.2018
Od Yatgaar ,,Pierzasta Wielkanoc"
Niebo rozświetliło tej nocy przepiękne, niespotykane zjawisko: zorza polarna. Kontury ciemnego kształtu będącego w rzeczywistości poszarpanym, ośnieżonym szczytem Tsenkher, wiecznie zmrożonym i wietrznym, przechodzącym w porośnięte niską roślinnością zbocza, których uroków doświadczyłam na własnej skórze, ten obrys był rozświetlany przez toczącą się na firmamencie grę świateł. Świetlne pasma falowały niczym jasno-niebieskie, zielonkawe i różowawe płomienie, z kolei przypominające jakąś kurtynę, za którą odgrywało się prawdziwe przedstawienie. Zorza była bardzo słaba, ale mimo to piękna, druga w moim życiu. Stałam obok Khonkha, również zapatrzonego w niebo. Czułam ciepło jego ciała, wyraźne w chłodzie wczesnowiosennej nocy, ale przede wszystkim serca. Byłam szczęśliwa. Miałam przy sobie partnera, przed sobą cudowny spektakl, a w przyszłości perspektywę wielkanocnej krzątaniny - może nie do końca dla mnie wesołej i trochę krępującej ze względu na funkcję władczyni, ale...Oczy zamknęły mi się same.
Jako ranny ptaszek w stadzie zbudziłam się już o bladym świcie, dosłownie, bowiem tym razem niebo zasnuły ciemne, ołowiane chmury. Wpatrywałam się w to z lekkim niepokojem, tymczasowo pielęgnując swój zaniedbany przez ostatnie wydarzenia wygląd. Właściwie od dłuższego czasu zupełnie się tym nie przejmowałam i dopiero teraz to dostrzegłam. Wytrząsnęłam z grzywy i ogona wszelkie kłaki, nieco je przeczesując, naostrzyłam kopyta. Wtem na głowę spadły mi pierwsze krople deszczu, które obudziły szybko ze snu resztę klanu. Wkrótce rozpętała się prawdziwa ulewa, przez co konieczne było natychmiastowe przeniesienie się do lasu. Gdy znaleźliśmy się w bezpiecznym miejscu, odetchnęłam głęboko, kątem oka spoglądając na gniadego ogiera. Ten uśmiechnął się lekko.
— Ładnie dziś wyglądasz. - rzucił. Deszcz zmył resztę brudu. Przewróciłam oczami, również podnosząc kąciki warg.
Choć intensywny, opad był krótki, a zza obłoków wyjrzało jeszcze lekko pomarańczowe słońce, co oznaczało, że ani trochę nie spóźnimy się z rozpoczęciem przygotowań. Wróciliśmy rączym kłusem na polanę. W pewnym momencie zagalopowałam, dając upust swojej nowej energii i wolności. Wolność. Zrozumiałam już to pojęcie na tyle, na ile się dało; a ono i tak nie dawało się wpisać w ścisłe ramy słów. Należało to poczuć całym sobą. I to było najcudowniejsze.
Wpierw pozwoliliśmy sobie na małe śniadanie. Uszczknęłam trochę zeszłorocznej trawy której nie musiałam już wygrzebywać spod metrowej warstwy śniegu (zamieniła się w kilkunastocentymetrową warstwę brył przemieszanych z puchem), ale na więcej nie miałam ochoty. Rozglądałam się po pyskach innych, zastanawiając się, z czym będę musiała się zmierzyć. To, że przypadnie mi i Khonkhowi dowodzenie, było aż nazbyt oczywiste.
— Zapraszam tutaj! - zawołał wreszcie władca. Szybko ustawiłam się obok partnera na nieznacznym wzniesieniu. Nie mogłam spoglądać na poddanych całkowicie z góry, ale lepsze to niż nic. - Zbliża się radosny i owocny dla całego klanu czas: Wielkanoc! A przygotowania do niej rozpoczniemy już dziś. Bez zbędnych wstępów chciałbym podzielić was na grupy według waszych charakterów i talentów, jednak zawsze możecie się przenieść. - Wszystko przygotowane, wyczesane do ostatniej pętelki. Cały on. - uśmiechnęłam się. - No dobrze... - ogier rozejrzał się po zebranych, po czym zaczął recytować: - Atom Bomb, Nick, Spear - zarówno dziś, jak i jutro zajmiecie się zbieraniem potrzebnych ziół. Kirk, Mitrega, Byorn, Dorian, Hiney, wasze zadanie to podstawy, czyli fundamenty miejsca uroczystości. U'schio, Kasjo i Lexus, uprzątniecie polanę, a jutro zdobędziecie świeże pąki i korę drzew. Mikado, Valentia, Eragon, Marabell i Cherry, potrzebne nam będą dekoracje, cokolwiek znajdziecie, a nazajutrz tyle trawy, ile zdołacie znieść. Ja z Yatgaar nadzorować będziemy prace i we wszystkim pomagać.
— A źrebięta zajmą się zaplataniem ozdób. - dodałam jakoś impulsywnie. Khonkh spojrzał na mnie z wdzięcznością.
— Zaczynajmy! - rzekł radośnie, wyraźnie paląc się do roboty.
Zrazu podbiegłam do grupy ,,budowlanej", która wpierw zapaliła się do cichej dyskusji. Na mój widok umilkła nagle, może nie wrogo, lecz czujnie mnie obserwując. Przełknęłam ślinę, ale powiedziałam spokojnie:
— Nie przeszkadzajcie sobie. Chętnie posłucham, żeby móc wam później pomóc. - konie rozluźniły się i wkrótce miały gotowy plan: wpierw należało znaleźć pale, co akurat nie było takie trudne w śnieżnym krajobrazie, po czym wbić je w ziemię, co już wymagało wysiłku. Na razie tyle ustalono. Z łatwością przeniosłam cztery dość grube pieńki, prowizorycznie je ociosałam, a z pomocą Doriana wepchnęłam je płytko do zmarzniętego podłoża. Oby tylko puch nie stopniał, a wszystko będzie się trzymało. Uznałam, że już dość, i przeszłam do grupy ,,sprzątaczy". Klacze dobrze sobie radziły. W milczeniu pomogłam powiększyć nieco kupkę odpadów, po czym oddaliłam się bezszelestnie. Nigdy jakoś nie lubiłam zaplatania dekoracji, udzieliłam więc tylko treściwych rad ,,artystom" i ruszyłam przed siebie. Nie mogłam znaleźć dla siebie zajęcia; przez moment tułałam się tu i tam, aż wreszcie skierowałam swe kroki do lasu. Nadal czułam w kościach skutki ostatniej potyczki, przez co zaczął mi teraz dokuczać prawy bok, ale parłam do przodu. W pożyczonej od Kirka pochwie na jego broń znalazło się parę szyszek, kwiatów i owoców, ale było to tyle co nic; ot, parę frykasów. Krążyłam po terenie od dłuższego czasu, gdy spojrzałam do góry i zlokalizowałam źródło ambrozji, rozkosznej, rzadkiej cieczy: miodu. Wspięłam się dęba, strącając gniazdo i szybko rozbijając je. Zaskoczone, przemarznięte pszczoły nie miały szans, ginąc tysiącami pod uderzeniami moich kopyt. Wpakowałam plastry wosku do ,,torby" i zadowolona powróciłam do reszty, odkładając ją do zapasów. Następnie zaangażowałam się w poszukiwanie dekoracji: a to jakaś piękna, iglasta gałązka, a to łodyżka, a to uschnięty owocek...
Po południu spotkałam Khonkha. Po całym dniu samotności poczułam ukłucie miłości.
— Może wybierzemy się na poszukiwanie jajek? - trochę zdziwiła mnie ta propozycja. Jakim cudem ciężki, dorosły koń miałby dostać się do ptasich gniazd? Źrebię jeszcze da się zrozumieć.
— Właściwie to...możemy się gdzieś wybrać. - oświadczyłam po chwili z uśmiechem na pysku. Z powrotem znalazłam się w lesie, tym razem z gniadym towarzyszem u boku. Mimo, że gniazd faktycznie znajdowało się w koronach drzew sporo, to większość była jeszcze pusta, przestarzała bądź czekająca na zapełnienie. Powróciliśmy na polanę, mimo wszystko w dobrych nastrojach, gdy mą uwagę przykuło coś między korzeniami starego, ogromnego modrzewia. Delikatnie wybraliśmy stamtąd jedno białe, niczym posypane drobnym popiołem jajko, i uradowani dołożyliśmy je do reszty. Odetchnęłam głęboko.
W sumie naprawdę mi się to spodobało.
~One day later~
Wczesnym rankiem odbyły się ostatnie przygotowania do uroczystości. Zielarze kręcili się jeszcze wokoło, przeczesując uważnie teren i odgarniając każdą grudkę śniegu, podobnie część koni, tyle że mających na celu bardziej pospolite pożywienie w większej ilości. Frykasy w postaci jajek, miodu, owoców i innych zostały już wyłożone, jednak nikt nie śmiał ich tknąć. Źrebięta ganiały wszędzie, próbując pomóc na swój sposób. ,,Arena" została już przygotowana: wokół sporego obszaru rozciągały się wbite co kilka metrów wysokie pieńki i kołki, zaś przestrzenie między nimi wypełniono ciernistymi, nagimi gałęziami, od wewnątrz zabezpieczając śnieżnymi zaspami. Podłoże starannie ubito, by nikt przypadkiem nie zapadł się po kolana w puch. Wszystko to zostało przystrojone najróżniejszymi ozdobami: między ciemną zielenią igieł i brązem zeschłych, przegniłych liści przeplatały się czerwień, pomarańcz i głęboki fiolet starych owoców. Kolory komponowano w najróżniejsze wzory. Wreszcie skromny posiłek został ułożony i po krótkim wstępie wszyscy rzucili się w tamtą stronę. Wkrótce konie ośmieliły się nieco i rozpoczęły się tańce; poprawka, coś w rodzaju tańców, a bardziej zabawy, tyle że nikt nie wiedział, w co konkretnie w tym momencie się bawimy. Ale to nie stało na przeszkodzie, bym razem z partnerem śmiała się ku niebu, stukając kopytami.
Zaliczone.
1.04.2018
Od Khairtai do Vayoli ,,Pisanki"
-Nie dogonisz mnie! –krzyknęłam do mojej siostry która biegła za mną, odwróciłam głowę, co było błędem. Wpadłam w drzewo i upadłam na ziemię, moja siostra wylądowała obok mnie widocznie uderzając się o mnie. Obie patrzyłyśmy na siebie rozkojarzone, nic nie mówiąc. Zacisnęłam wargi, po czym wybuchnęłam śmiechem, a Vayola mi zawtórowała. Wstałam otrzepując się z ziemi i liści.
-I co? –zapytała Vayola patrząc na mnie a ja się zarumieniłam.
-No dobra, wygrałaś. Idziemy do mamy i taty? –spytałam a ona ochoczo pokiwała głową. Po niedługim czasie napiłyśmy się mleka od naszej mamy.
-Mamo! Tato! Możemy iść na tamtą polanę? –spytałam przy tym podnosząc głos, przez to moja mama podskoczyła na moje słowa. Obróciła głowę, patrząc z rozbawieniem na mojego tatę.
-Dobrze, Kirk, mógłbyś z nimi iść? Muszę troszkę odpocząć..–spytała moja mama taty, a on pokiwał głową, przytulił ją, po czym powiedział:
-No dobrze, chodźmy! –po jego słowach wraz z Vayolą szczęśliwie kłusowałyśmy w stronę polany, wybrałam ją z powodu tego, że pojawiały się już kwiaty i pączki. A po drugie była Wielkanoc! Po chwili wpadłyśmy na polanę, od razu skoczyłam do dość bladego, ale już prawie rozwiniętego kwiatka. Zbliżyłam do niego pysk, i uważnie mu się przyglądałam. Nagle poczułam popchnięcie. To byłą moja siostra.
-Teraz ty gonisz! –krzyknęła i zaczęła uciekać, przez chwilę nie wiedziałam jeszcze co się dzieje, ale po chwili zrozumiałam. Dziko wstałam, i ruszyłam za Vayolą, zrobiłyśmy tak kilka kółek, aż w końcu padłyśmy zmęczone na trawie. Po kilku sekundach zaczęłam się szczęśliwie tarzać. W końcu zawołał nas tata, przybiegłyśmy do niego w podskokach.
-No, chodźmy już! Nie chcecie przegapić chyba szukania pisanek? –spytał nasz tata, obie pisnęłyśmy z radości i zanim on coś powiedział, ruszyłyśmy galopem, w stronę. Obróciłam głowę patrząc na niego, pokręcił głową, ale uśmiechnął się i ruszył za nami. Podbiegłyśmy do mamy.
-Mamo! Będziemy szukać pisanek? –spytała Vayola całą promieniejąc.
-No właśnie? –spytałam patrząc na naszą mamę.
-No oczywiście! –odpowiedziała mama. – Chcecie teraz? –dodała po chwili.
-Teraz? –spytałam Vayolę.
<Vayola?>
-I co? –zapytała Vayola patrząc na mnie a ja się zarumieniłam.
-No dobra, wygrałaś. Idziemy do mamy i taty? –spytałam a ona ochoczo pokiwała głową. Po niedługim czasie napiłyśmy się mleka od naszej mamy.
-Mamo! Tato! Możemy iść na tamtą polanę? –spytałam przy tym podnosząc głos, przez to moja mama podskoczyła na moje słowa. Obróciła głowę, patrząc z rozbawieniem na mojego tatę.
-Dobrze, Kirk, mógłbyś z nimi iść? Muszę troszkę odpocząć..–spytała moja mama taty, a on pokiwał głową, przytulił ją, po czym powiedział:
-No dobrze, chodźmy! –po jego słowach wraz z Vayolą szczęśliwie kłusowałyśmy w stronę polany, wybrałam ją z powodu tego, że pojawiały się już kwiaty i pączki. A po drugie była Wielkanoc! Po chwili wpadłyśmy na polanę, od razu skoczyłam do dość bladego, ale już prawie rozwiniętego kwiatka. Zbliżyłam do niego pysk, i uważnie mu się przyglądałam. Nagle poczułam popchnięcie. To byłą moja siostra.
-Teraz ty gonisz! –krzyknęła i zaczęła uciekać, przez chwilę nie wiedziałam jeszcze co się dzieje, ale po chwili zrozumiałam. Dziko wstałam, i ruszyłam za Vayolą, zrobiłyśmy tak kilka kółek, aż w końcu padłyśmy zmęczone na trawie. Po kilku sekundach zaczęłam się szczęśliwie tarzać. W końcu zawołał nas tata, przybiegłyśmy do niego w podskokach.
-No, chodźmy już! Nie chcecie przegapić chyba szukania pisanek? –spytał nasz tata, obie pisnęłyśmy z radości i zanim on coś powiedział, ruszyłyśmy galopem, w stronę. Obróciłam głowę patrząc na niego, pokręcił głową, ale uśmiechnął się i ruszył za nami. Podbiegłyśmy do mamy.
-Mamo! Będziemy szukać pisanek? –spytała Vayola całą promieniejąc.
-No właśnie? –spytałam patrząc na naszą mamę.
-No oczywiście! –odpowiedziała mama. – Chcecie teraz? –dodała po chwili.
-Teraz? –spytałam Vayolę.
<Vayola?>
1.04.2018
Kwietniowe *radosne* postarzanie
Marzanna łzy roni
Serce rwie się z piersi koni
To już wiosna
Chociaż mokra!
Dziś z okazji Wielkanocy
Składam Wam życzenia o wielkiej mocy
Zdrowia, szczęścia, pomyślności
Czerpania z życia przyjemności
Pieniążków, bo czasem na loda potrzebne
I odjęcia wszystkiego, co zbędne
I jeszcze raz, jeszcze raz:
Wesołych Świąt!

Marzec był, przynajmniej tak sądzę ja, bardzo owocnym dla nas miesiącem - nastąpił rozwój fabuły poprzez zakończenie wojny, następnie gwałtowne zwroty akcji prowadzące do rozwiązania ukrytej w klanie frakcji i ostatecznie partnerstwa Yatgaar oraz Khonkha, a trzeba wiedzieć, że koło fortuny dalej się toczy i nastaje już 1888 rok! Napisaliśmy sporo (o 2 posty mniej niż poprzedniego roku), parę postaci dołączyło (Khairtai, Vayola, Hiney, Mitrega), parę odeszło (choć na pewno nie w niepamięć), a pod koniec pojawił się ciekawy Event Wielkanocny. Jest to też miesiąc wyjątkowy dla EF, bowiem stanowi rocznicę jego powstania ^^.
Zgodnie z comiesięcznym rytuałem odbywa się postarzanie postaci, przy czym nie występują żadne rewelacje. Za to możemy się pochwalić, że nowy wiosenny szablon jest już w trakcie tworzenia, przy czym spodziewamy się go w przyszłym weekendzie lub tygodniu.
Jakie ma plany nasza ekipa na kwiecisty kwiecień?
Nie zamierzamy zbytnio szaleć, lecz oczywiście do jego połowy trwać będzie Event Wielkanocny, w związku z czym mamy nadzieję, że jajka trafią na dobrych opiekunów :). Ponadto szykuje nam się pewna ankieta, ale więcej nie możemy zdradzić. Stworzona zostanie oddzielna strona prezentująca naszą wciąż powiększającą się ekipę zrzeszającą autorów i adminów, ogarniemy wreszcie tajniki Discorda i uczynimy go komunikatorem łatwym oraz przyjaznym dla członków (wciąż zachęcamy do zakładania konta), postaramy się też o FAQ.
Prosimy jednak o pamięć, że są to jedynie plany - plany, które chcemy zrealizować, lecz nie możemy zapewnić w 100%, że tak się stanie.
Tyle faktów i fikcji na dziś. Do zobaczenia!
PS Już jutro rozpoczynamy Mokry Pojedynek!
~Yatgaar
1.04.2018
Zagadka jajka #3
Wielki Czwartek
Dzień w Niemczech kolorowy
Wszyscy chyba się wtedy zamieniają w króliki
A jajka są niczym sałatki główki
Jaki to kolor w Niemczech dominuje?
Subskrybuj:
Posty (Atom)