Obudziły mnie już pierwsze cieplejsze od otoczenia słoneczne promienie, które z łatwością prześlizgiwały się między nagimi, pokrytymi cienką warstwą śniegu i dodatkowo oszronionymi gałązkami koron drzew. Uporczywy, nieprzyjemny, mroźny wiatr torturujący mnie i inne konie w nocy stworzył jednak piękne zjawisko: długie kryształy szadzi ułożone w jednym kierunku, sprawiające, że wszystko zdawało się jeszcze bielsze. Wkrótce większość stada przeciągała się już, szmery rozmów stawały się coraz głośniejsze. Rozgrzałem się nieco częstym kłusem i chodzeniem w kółko podczas śniadania. Później natknąłem się na Mint.
Przywitaliśmy się przyjaźnie, a klacz postanowił wyciągnąć mnie na wspominki na temat dawnych czasów. Rozmowa była właściwie przyjemna do momentu, gdy zeszła na kwestie miłosne. Nie potrafiłem normalnie odpowiadać na choćby najprostsze pytania z tym związane. W każdym momencie pragnąłem oznajmić głośno, że miłości już nie ma, lecz w rezultacie milczałem tylko, słuchając pilnie słów towarzyszki. Dopóki ma z tego radość...nie będę jej psuć.
W końcu pożegnaliśmy się z powodu obowiązków związanych z naszymi rangami, a ja westchnąłem wręcz cicho z ulgą, mając teraz towarzystwo wyłącznie w postaci rodziny kręcącej się w pobliżu. Wreszcie jednak znudziło mi się bezczynne stanie w miejscu. Wyruszyłem, lecz tym razem miałem określony cel. Wybrałem najkrótszą trasę prowadzącą na stepy, ku otwartej przestrzeni. Zaczynałem mieć dość tego przeklętego lasu.
Całkiem szybko znalazłem się na upragnionym terenie. Długo rozkoszowałem się świeżym powietrzem, wiatrem w grzywie, zmrożoną ziemią o którą biłem kopytami; w pewnym momencie zauważyłem nadlatującego nisko drapieżnego ptaka. Obserwowałem go uważnie. Postanowiłem wykorzystać okazję. Zarżałem głośno i pogalopowałem za nim, starając się wyciągnąć maksymalną prędkość. Nieznajomy uznał to najwyraźniej za wyzwanie, bowiem zaskrzeczał irytująco i również wystrzelił do przodu. Serce obijało mi się o klatkę piersiową, mięśnie bolały, ale czułem, że żyję. Gonitwa trwała długo.
Kiedy wyprzedziłem drapieżnika, mój cel został wypełniony. Zatrzymałem się gwałtownie z uśmiechem na pysku. Ptak niezbyt zadowolony odleciał we wschodnim kierunku. Spuściłem głowę, parskając.
→ Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
16.08.2018
16.08.2018
Od Hadvegara do Forever ,,Bezpieczeństwo"
Wydawało mi się, że skądś kojarzę to miejsce i starałem sobie wszystko przypomnieć, jednak nie za bardzo byłem tego pewien. Wolę się jednak nie odzywać, bo przecież nie chciałbym wyjść na jakiegoś ignoranta czy coś. Forever chciała pobyć chwilkę razem, a jaskinia to idealne miejsce. Czasami się zastanawiałem, skąd one się tutaj biorą... w rodzinnym stadzie rzadko natrafialiśmy na jaskinie, można nawet stwierdzić, że w ogóle ich nie było.
Mniejsza jednak o to, nie wolno mi się teraz rozpraszać takimi pierdołami, kiedy ukochana chce mnie, w tym momencie pragnie ciepła mojego ciała, które jej ofiarowuję. Przytuliłem się do niej i zacząłem smyrać delikatnie chrapami. Forever zamknęła przy tym oczy i delikatnie zarżała. Lubiłem to. Po prostu uwielbiałem jak tak robi, jak tak wygląda. Oddaje mi się cała, jakby... czuła się bezpiecznie. To właśnie to poczucie jest dla mnie niezwykle ważne i wyjątkowe. Jej szczęście i bezpieczeństwo... nasze. Jesteśmy jednością. Tyle czasu już spędziliśmy wspólnie, a ja nadal nie potrafię uwierzyć, że to dzieje się naprawdę... jednak... ciągle to mi się śni, ten paskudny dzień.
– Hadvegar? – zapytała, widząc moją minę.
– Przepraszam, znowu zdarzyło mi się o tym pomyśleć. – oznajmiłem ze spokojem.
– Tyle już czasu minęło... – westchnęła, a ja ujrzałem rozczarowanie w jej oczach.
– Wiem, ale nie rozmawiajmy o tym. Mamy w końcu czas tylko dla siebie moja miła. – uśmiechnąłem się do niej.
<Forever?>
Mniejsza jednak o to, nie wolno mi się teraz rozpraszać takimi pierdołami, kiedy ukochana chce mnie, w tym momencie pragnie ciepła mojego ciała, które jej ofiarowuję. Przytuliłem się do niej i zacząłem smyrać delikatnie chrapami. Forever zamknęła przy tym oczy i delikatnie zarżała. Lubiłem to. Po prostu uwielbiałem jak tak robi, jak tak wygląda. Oddaje mi się cała, jakby... czuła się bezpiecznie. To właśnie to poczucie jest dla mnie niezwykle ważne i wyjątkowe. Jej szczęście i bezpieczeństwo... nasze. Jesteśmy jednością. Tyle czasu już spędziliśmy wspólnie, a ja nadal nie potrafię uwierzyć, że to dzieje się naprawdę... jednak... ciągle to mi się śni, ten paskudny dzień.
– Hadvegar? – zapytała, widząc moją minę.
– Przepraszam, znowu zdarzyło mi się o tym pomyśleć. – oznajmiłem ze spokojem.
– Tyle już czasu minęło... – westchnęła, a ja ujrzałem rozczarowanie w jej oczach.
– Wiem, ale nie rozmawiajmy o tym. Mamy w końcu czas tylko dla siebie moja miła. – uśmiechnąłem się do niej.
<Forever?>
15.08.2018
Od Shiregt'a ,,Na krótką metę wiele nie osiągniesz (Naadam)"
Starałem się wplatać jakieś ćwiczenia w mój codzienny plan od dawna. Czułem, że muszę udowodnić swą siłę i wartość fizyczną jako władcy, a igrzyska Naadam były do tego wręcz idealną okazją. Oczywiście do przewidzenia było, że wszystkie tytuły nie będą należeć do mnie. Nie zamierzałem zresztą odbierać innym możliwości zabawy i cieszenia się równocześnie nagrodami, bowiem mogłoby to wywołać skutek wręcz odwrotny; zraziłbym do siebie stado jako pyszny i brutalny przywódca, niepotrafiący się dzielić, nieznający umiaru. Skupiłem się na tym, by dobrze wypaść na samym początku rządów. Moje życie kręciło się wokół tejże kwestii oraz...tańca. Musiałem jakoś określić swoje wygibasy, a to słowo wydało mi się najodpowiedniejsze. Im robiłem się starszy, tym bardziej mnie do tego ciągnęło, poddałem się więc i pozwalałem od czasu do czasu swemu ciału i umysłowi oddawać się rozrywce, jednak tylko wtedy, gdy miałem pewność, że w okolicy nie ma żywej końskiej duszy.
Dzisiejszego dosyć ładnego, bowiem bezchmurnego i z w miarę grubą warstwą śniegu na ziemi dnia postanowiłem wczesnym popołudniem udać się na...spacer? Przechadzkę? Trening? Och, nieważne. - pomyślałem, kłusując ostrożnie w nieznanym kierunku pomiędzy pniami drzew. Wkrótce zwolniłem do stępa. Skupiałem się na przebyciu jak największej odległości i powrocie do reszty przed zmrokiem. Poruszałem się na przemian kłusem i stępem, parskając niekiedy, by strząsnąć śnieg z niskiej gałęzi. Wirujące w dół płatki śniegu wyglądały po prostu uroczo.
Wkrótce zacząłem się męczyć, to jednak paradoksalnie dodawało mi tylko sił i odwagi. Powstrzymał mnie widok zniżającego się ku horyzontowi słońcu zza gałęzi drzew. Zatrzymałem się, dysząc przez chwilę, dla odpoczynku. Dalej poniosły mnie emocje i uczucie bezgranicznej wolności. Odtańczyłem krótki ,,układ", dając upust swej radości.
Na szczęście starczyło mi czasu na normalny powrót. Przywitał mnie obraz spokojnego, szczęśliwego klanu, mojej bezpiecznej rodziny. Dobrze jest takową mieć. Ciekawe, dlaczego wiele zwierząt zdecydowanie woli wędrować samotnie?
Dzisiejszego dosyć ładnego, bowiem bezchmurnego i z w miarę grubą warstwą śniegu na ziemi dnia postanowiłem wczesnym popołudniem udać się na...spacer? Przechadzkę? Trening? Och, nieważne. - pomyślałem, kłusując ostrożnie w nieznanym kierunku pomiędzy pniami drzew. Wkrótce zwolniłem do stępa. Skupiałem się na przebyciu jak największej odległości i powrocie do reszty przed zmrokiem. Poruszałem się na przemian kłusem i stępem, parskając niekiedy, by strząsnąć śnieg z niskiej gałęzi. Wirujące w dół płatki śniegu wyglądały po prostu uroczo.
Wkrótce zacząłem się męczyć, to jednak paradoksalnie dodawało mi tylko sił i odwagi. Powstrzymał mnie widok zniżającego się ku horyzontowi słońcu zza gałęzi drzew. Zatrzymałem się, dysząc przez chwilę, dla odpoczynku. Dalej poniosły mnie emocje i uczucie bezgranicznej wolności. Odtańczyłem krótki ,,układ", dając upust swej radości.
Na szczęście starczyło mi czasu na normalny powrót. Przywitał mnie obraz spokojnego, szczęśliwego klanu, mojej bezpiecznej rodziny. Dobrze jest takową mieć. Ciekawe, dlaczego wiele zwierząt zdecydowanie woli wędrować samotnie?
15.08.2018
Zakończenie ankiety oraz w związku z nim...
Już od pewnego czasu na naszym pasku bocznym pokutuje ankieta dotycząca z pozoru błahej sprawy, a mianowicie punktu ,,głos" znajdującego się w naszych formularzach i tego, czy ma on zostać usunięty. Wiem, czego oczekujecie - wyniki, wyniki! Sama nie wiem, czy będziemy zaskoczeni...:
Ale jak zauważyłeś, czytelniku, tytuł posta wskazuje, iż to nie wszystko, co mam ci do przekazania.
A w związku z tym, że jestem w stanie pisać to teraz na klawiaturze komputera i uśmiechać się do tych słów, to możesz być pewien, że Łowca much, adminka Eternal Freedom, powróciła. Wprawdzie nie na długo, jak się przekonasz spoglądając na tablicę informacyjną, lecz postaram się tych kilku dni nie zmarnować.
- 13 głosów na ,,Tak"
- 120 głosów na ,,Nie"
- 1 głos na ,,Jest mi to obojętne"
Ale jak zauważyłeś, czytelniku, tytuł posta wskazuje, iż to nie wszystko, co mam ci do przekazania.
A w związku z tym, że jestem w stanie pisać to teraz na klawiaturze komputera i uśmiechać się do tych słów, to możesz być pewien, że Łowca much, adminka Eternal Freedom, powróciła. Wprawdzie nie na długo, jak się przekonasz spoglądając na tablicę informacyjną, lecz postaram się tych kilku dni nie zmarnować.
Do zobaczenia więc.
~Yatgaar, Shiregt i Miriada
15.08.2018
Od Salkhi ,,Ból zdradza najlepsze plany" Misja #1
Otworzyłam powieki, powodujące to, że widziałam jedynie mrok, po to, by ujrzeć... Ponownie ciemność. Zamrugałam oczami, chcąc się upewnić, czy na pewno nie są dalej zamknięte. Już miałam uznać to za sen, kiedy poczułam rozrywający ból w nodze, przez który miałam ochotę zwinąć się w kłębek i krzyczeć. To nie mógł być wytwór wyobraźni. Wzięłam głęboki wdech, by uspokoić oddech, gdy do moich uszu dotarło sapanie.
Przejęta szybko skoczyłam na nogi, zapominając o zranionej kończynie, jednak ta szybko dała o sobie przypomnieć nagłym przypływem kolejnej fali cierpienia. Rozejrzałam się dookoła, chcąc znaleźć źródło bolączki i dźwięku, a gdy je ujrzałam, zostałam niemal sparaliżowana przez strach.
Moje odnóże uwięzione było we wnyce, która wbijała się coraz głębiej w moje ciało przy każdym ruchu. To nie było jednak najgorsze. Stałam oko w oko z człowiekiem.
Był to postawny mężczyzna, na ramieniu miał zawieszony sznur, a on sam stał i wpatrywał się we mnie, będąc w równie wielkim szoku co ja.
Rozejrzałam się w panice — uwięziona i zraniona nie miałam szans mu uciec. Gdybym miała wolną nogę, może jakoś bym mu się wymknęła... W mojej głowie uformował się plan, który miał minimalne szanse powodzenia. Nic innego mi jednak nie wpadało do głowy, więc zdecydowałam się działać.
Udając spokój, poczekałam, aż dwunożny otrząśnie się z szoku. Tylko on w tej chwili mógł mnie uwolnić, a jeśli uzna, że jestem zbłąkanym koniem hodowlanym, może prędzej to zrobi. Pozostało tylko wierzyć, że jest niezbyt inteligentny.
Wkrótce uśmiech wpłynął na jego usta, a on powoli zaczął się do mnie zbliżać z wyciągniętą do przodu dłonią. Nie ruszałam się i wpatrywałam w niego, w razie, gdyby miał zamiar mnie ukatrupić. Kiedy jego ręka była tuż przed moim pyskiem, trąciłam ją delikatnie i zarżałam żałośnie, mając nadzieję, że to wzbudzi w nim współczucie. Przesunął dłonią po mojej sierść, a na szyję założył mi pętlę sznura. Złapał go i schylił się do pułapki, a ja spięłam mięśnie. Chwila...
Kiedy wnyka puściła, gwałtownie odskoczyłam. Mężczyzna, który nie spodziewał się tego po dotkliwie rannym koniu, od razu wypuścił linę z rąk. Zaciskając zęby, by powstrzymać jęk bólu, wzięłam zamach łbem i uderzyłam go w głowę z całej siły. Zaszumiało mi w uszach, ale akcja udała się — człowiek jak długi poległ na ziemi, zapewne nieprzytomny.
Wzięłam głęboki wdech i powolnym krokiem ruszyłam w stronę, z której nad drzewami prześwitywał fragment Gerel Uul. Przy każdym posunięciu czułam, jakby w moją kończynę wbijały się setki igieł i rozrywały ją na strzępy. Po czasie wydającym się wiecznością (gdzie musiało minąć kilka godzin, gdyż wstawał świt) zauważyłam końską sylwetkę. Nareszcie.
Przejęta szybko skoczyłam na nogi, zapominając o zranionej kończynie, jednak ta szybko dała o sobie przypomnieć nagłym przypływem kolejnej fali cierpienia. Rozejrzałam się dookoła, chcąc znaleźć źródło bolączki i dźwięku, a gdy je ujrzałam, zostałam niemal sparaliżowana przez strach.
Moje odnóże uwięzione było we wnyce, która wbijała się coraz głębiej w moje ciało przy każdym ruchu. To nie było jednak najgorsze. Stałam oko w oko z człowiekiem.
Był to postawny mężczyzna, na ramieniu miał zawieszony sznur, a on sam stał i wpatrywał się we mnie, będąc w równie wielkim szoku co ja.
Rozejrzałam się w panice — uwięziona i zraniona nie miałam szans mu uciec. Gdybym miała wolną nogę, może jakoś bym mu się wymknęła... W mojej głowie uformował się plan, który miał minimalne szanse powodzenia. Nic innego mi jednak nie wpadało do głowy, więc zdecydowałam się działać.
Udając spokój, poczekałam, aż dwunożny otrząśnie się z szoku. Tylko on w tej chwili mógł mnie uwolnić, a jeśli uzna, że jestem zbłąkanym koniem hodowlanym, może prędzej to zrobi. Pozostało tylko wierzyć, że jest niezbyt inteligentny.
Wkrótce uśmiech wpłynął na jego usta, a on powoli zaczął się do mnie zbliżać z wyciągniętą do przodu dłonią. Nie ruszałam się i wpatrywałam w niego, w razie, gdyby miał zamiar mnie ukatrupić. Kiedy jego ręka była tuż przed moim pyskiem, trąciłam ją delikatnie i zarżałam żałośnie, mając nadzieję, że to wzbudzi w nim współczucie. Przesunął dłonią po mojej sierść, a na szyję założył mi pętlę sznura. Złapał go i schylił się do pułapki, a ja spięłam mięśnie. Chwila...
Kiedy wnyka puściła, gwałtownie odskoczyłam. Mężczyzna, który nie spodziewał się tego po dotkliwie rannym koniu, od razu wypuścił linę z rąk. Zaciskając zęby, by powstrzymać jęk bólu, wzięłam zamach łbem i uderzyłam go w głowę z całej siły. Zaszumiało mi w uszach, ale akcja udała się — człowiek jak długi poległ na ziemi, zapewne nieprzytomny.
Wzięłam głęboki wdech i powolnym krokiem ruszyłam w stronę, z której nad drzewami prześwitywał fragment Gerel Uul. Przy każdym posunięciu czułam, jakby w moją kończynę wbijały się setki igieł i rozrywały ją na strzępy. Po czasie wydającym się wiecznością (gdzie musiało minąć kilka godzin, gdyż wstawał świt) zauważyłam końską sylwetkę. Nareszcie.
Zaliczone.
15.08.2018
Od Mivany do Salkhi ,,Pobawmy się w szpiegów"
Obudziłam się jak zwykle grubo przed rankiem. Chciałam już udać się na trening, jednak przypomniałam sobie o tym, że miałam poćwiczyć w czyimś towarzystwie. Spojrzałam na ciało stojące obok mnie. Kasztanka najwidoczniej ani myślała o wstawaniu, sądząc po jej głębokich, spokojnych oddechach i braku reakcji na delikatne szturchanie ją pyskiem. Postanowiłam więc udać się na mały spacer, aby się trochę rozruszać, jednakowoż nie męcząc się przed zabawą z Salkhi. Dość szybko dołączyła do mnie Ava, której znudziło się polowanie z dala od mojego stada.
- Hej, szefowo. Jaki mamy na dzisiaj plan? - sokolica zaskrzeczała lecąc nad moją głową.
- Nic nadzwyczajnego. Spacer, potem trening. Na później się coś znajdzie - spojrzałam na skrzydlatą towarzyszkę.
- Znowu będziesz biegać na czas? A może rozwalimy jakieś drzewa? Albo... - Raróg jak zwykle podszedł optymistycznie do każdego mojego słowa.
- Ava, przystopuj. Dzisiaj mam zamiar potrenować z kimś - ostudziłam trochę zapał mojej towarzyszki.
- Z kimś? Dawno nie widziałam cię rozmawiającej z kimkolwiek, oprócz mnie oczywiście. Kim jest ten koń?
- Nowa w stadzie. Taka, ot, nowa znajoma. Nazywa się Salkhi.
- Klacz? - ptaszyna syknęła, zawiedziona - Znalazłabyś w końcu jakiegoś partnera. Uganiasz się za tym Shapegtem, jakby nie było innych ogierów w okolicy.
- Shiregtem - poprawiłam ją, ignorując resztę wypowiedzi - Chodźmy do stada, może Salkhi w końcu się obudziła.
Kiedy doszłam w końcu do stada, większość członków była już gotowa do funkcjonowania, jednak kilka osobników, których zdecydowanie nie można zaliczyć do rannych ptaszków, wciąż spało zadowolone z życia. Podeszłam do poznanego mi wcześniej przedstawiciela drugiej grupy i, tym razem, bezceremonialnie popchnęłam ją tak, że o mało nie przewróciła się na mieszankę trawy, błota i resztek śniegu.
- Śpiochu, mam rozumieć, że nie chcesz ze mną trenować? - prychnęłam, lekko rozbawiona sytuacją.
- Idę, idę - z pyska kasztanki wydobył się zaspany głos.
Potruchtałam w miejsce, gdzie zwykle trenowałam. Zwolniłam jednak, słysząc jakieś głosy. Jeden zdecydowanie należał do Atlasa, jednak drugiego nigdy nie słyszałam. Był trochę piskliwy, zupełnie jak głos mojej ptasiej towarzyszki, która swoją drogą powinna za chwilę się tu zjawić. Wyszłam zza krzaków.
- Gdzie idziecie? - ogier zapytał nas, jakby nigdy nic.
- Będziemy trenować. Ale tak cudownie umięśnione osobniki chyba nie potrzebują już dorabiać muskuł, prawda? - mruknęłam zawadiacko. Ktoś mógłby to uznać za podryw, i w sumie taki był mój plan, jednak ja miałam na celu rozbudzić jego męskie ego, które nie pozwoliłoby mu na podążanie za nami.
- Cóż, nigdy za dużo siły - gniadosz uśmiechną się do mnie i do mojej niskiej towarzyszki.
- Ależ, to zupełnie niepotrzebne. My będziemy się bawić w damskie zabawy, które dla ciebie będą pewnie równie trudne, jak gryzienie trawy - dalej ciągnęłam swoje gierki.
W tym momencie zmaterializowała się koło nas znajoma sokolica.
- Ej, szefowo, a ty nie miałaś trenować TYLKO z jakąś klaczą? - zapytała, patrząc podejrzliwie na ogiera.
- Miałam, to prawda - powiedziałam, również kierując wzrok w tamtym kierunku.
- Atlas, bądź tak miły i nas zostaw same - do rozmowy dołączyła Salkhi, która najwidoczniej rozbudziła się na tyle, by kontaktować ze światem.
- No dobrze, już wam nie przeszkadzam - ogier zmierzył nas wzrokiem, po czym odszedł, z aż nazbyt widoczną niechęcią.
- Nie wydaje ci się dziwne, że zawsze, kiedy go spotykamy, rozmawia z kimś, kogo później nijak zobaczyć? - szepnęłam do ucha kasztanki, kiedy upewniłam się, że nowego bojownika nie ma już na horyzoncie.
- Masz rację, to trochę podejrzane - odpowiedziała klacz, również bardzo cicho.
- Co ty na to, żeby zostawić nasz trening na później i pobawić się w szpiegów? - zapytałam, szczerząc się uśmiechem, który Ava określała jako przerażający.
<Salkhi? Akcja się powoli rozkręca, nie śpieszmy się, bo po co>
- Hej, szefowo. Jaki mamy na dzisiaj plan? - sokolica zaskrzeczała lecąc nad moją głową.
- Nic nadzwyczajnego. Spacer, potem trening. Na później się coś znajdzie - spojrzałam na skrzydlatą towarzyszkę.
- Znowu będziesz biegać na czas? A może rozwalimy jakieś drzewa? Albo... - Raróg jak zwykle podszedł optymistycznie do każdego mojego słowa.
- Ava, przystopuj. Dzisiaj mam zamiar potrenować z kimś - ostudziłam trochę zapał mojej towarzyszki.
- Z kimś? Dawno nie widziałam cię rozmawiającej z kimkolwiek, oprócz mnie oczywiście. Kim jest ten koń?
- Nowa w stadzie. Taka, ot, nowa znajoma. Nazywa się Salkhi.
- Klacz? - ptaszyna syknęła, zawiedziona - Znalazłabyś w końcu jakiegoś partnera. Uganiasz się za tym Shapegtem, jakby nie było innych ogierów w okolicy.
- Shiregtem - poprawiłam ją, ignorując resztę wypowiedzi - Chodźmy do stada, może Salkhi w końcu się obudziła.
Kiedy doszłam w końcu do stada, większość członków była już gotowa do funkcjonowania, jednak kilka osobników, których zdecydowanie nie można zaliczyć do rannych ptaszków, wciąż spało zadowolone z życia. Podeszłam do poznanego mi wcześniej przedstawiciela drugiej grupy i, tym razem, bezceremonialnie popchnęłam ją tak, że o mało nie przewróciła się na mieszankę trawy, błota i resztek śniegu.
- Śpiochu, mam rozumieć, że nie chcesz ze mną trenować? - prychnęłam, lekko rozbawiona sytuacją.
- Idę, idę - z pyska kasztanki wydobył się zaspany głos.
Potruchtałam w miejsce, gdzie zwykle trenowałam. Zwolniłam jednak, słysząc jakieś głosy. Jeden zdecydowanie należał do Atlasa, jednak drugiego nigdy nie słyszałam. Był trochę piskliwy, zupełnie jak głos mojej ptasiej towarzyszki, która swoją drogą powinna za chwilę się tu zjawić. Wyszłam zza krzaków.
- Gdzie idziecie? - ogier zapytał nas, jakby nigdy nic.
- Będziemy trenować. Ale tak cudownie umięśnione osobniki chyba nie potrzebują już dorabiać muskuł, prawda? - mruknęłam zawadiacko. Ktoś mógłby to uznać za podryw, i w sumie taki był mój plan, jednak ja miałam na celu rozbudzić jego męskie ego, które nie pozwoliłoby mu na podążanie za nami.
- Cóż, nigdy za dużo siły - gniadosz uśmiechną się do mnie i do mojej niskiej towarzyszki.
- Ależ, to zupełnie niepotrzebne. My będziemy się bawić w damskie zabawy, które dla ciebie będą pewnie równie trudne, jak gryzienie trawy - dalej ciągnęłam swoje gierki.
W tym momencie zmaterializowała się koło nas znajoma sokolica.
- Ej, szefowo, a ty nie miałaś trenować TYLKO z jakąś klaczą? - zapytała, patrząc podejrzliwie na ogiera.
- Miałam, to prawda - powiedziałam, również kierując wzrok w tamtym kierunku.
- Atlas, bądź tak miły i nas zostaw same - do rozmowy dołączyła Salkhi, która najwidoczniej rozbudziła się na tyle, by kontaktować ze światem.
- No dobrze, już wam nie przeszkadzam - ogier zmierzył nas wzrokiem, po czym odszedł, z aż nazbyt widoczną niechęcią.
- Nie wydaje ci się dziwne, że zawsze, kiedy go spotykamy, rozmawia z kimś, kogo później nijak zobaczyć? - szepnęłam do ucha kasztanki, kiedy upewniłam się, że nowego bojownika nie ma już na horyzoncie.
- Masz rację, to trochę podejrzane - odpowiedziała klacz, również bardzo cicho.
- Co ty na to, żeby zostawić nasz trening na później i pobawić się w szpiegów? - zapytałam, szczerząc się uśmiechem, który Ava określała jako przerażający.
<Salkhi? Akcja się powoli rozkręca, nie śpieszmy się, bo po co>
15.08.2018
Od Salkhi do Mivany „Lepiej się zdrzemnę”
— Oczywiście — skinęłam głową i spojrzałam sceptycznie na nowego członka klanu. Cóż, pozostaje mi wierzyć intuicji Khonkha, a miałam nadzieję, że jakąś posiada po tylu latach życia i władania stadem. Kto tam wie? Niektórzy potrafią wspaniale grać. Mam nadzieję, że Atlas nie wniesie żadnych szkodliwych cech do naszego środowiska i, że naprawdę ma dobre zamiary.
Westchnęłam cicho.
— Chodź — mruknęłam w stronę ogiera, patrząc mu przez chwilę w oczy.
Ruszyłam w stronę polany, na której zebrała się już większość członków stada. Przystanęłam w miejscu obok Mivany, bo chcąc nie chcąc była tutaj najbliżej przeze mnie poznanym osobnikiem. Chyba jej to nie przeszkadzało (albo w ogóle tego nie zauważyła), gdyż po prostu stanęła. Gdy gniadosz zajął miejsce blisko niej cicho prychnęła, ale koniec końców przymknęła powieki, zapewne próbując chwilę odpocząć. Powinnam chyba zrobić to samo, ale na razie jakoś nie miałam ochoty na sen. Mam tylko nadzieję, że Kataxo nie zdecyduje się zrobić naszego treningu z samego rana, gdyż prawdopodobnie będę przypominać wtedy żywego trupa. Zastanawiało mnie jedynie to, czy Atlas dalej będzie nam towarzyszyć. Spojrzałam na niego.
Stał spokojnie, a jego oddech był równy. Mimo to, co chwilę uchylał delikatnie powieki, jakby wypatrywał jakiegoś zagrożenia. Nasunęło mi to wnioski, że w jego poprzednim stadzie rzeczywiście nie było zbyt kolorowo. Tylko co go skłoniło do nagłego przeniesienia się do Klanu Mroźnej Duszy? Z tego, co usłyszałam, wiem, że spotkał się z moją jelenią towarzyszką tydzień temu. To sporo czasu na przemyślenia... Z jednej strony było mi go nieco szkoda — nie wiadomo, jak było w Stadzie Białego Orła, mogli go tam trzymać pod kloszem z wrażeniem, że na świecie nic lepszego nie ma. Z drugiej strony zaś coś mnie od niego odciągało, miałam wrażenie, że nie powinno go tu być.
Lepiej się zdrzemnę.
< Miv? To jak, rozkręcamy akcję, czy jeszcze parę przejściówek idzie? xP>
Westchnęłam cicho.
— Chodź — mruknęłam w stronę ogiera, patrząc mu przez chwilę w oczy.
Ruszyłam w stronę polany, na której zebrała się już większość członków stada. Przystanęłam w miejscu obok Mivany, bo chcąc nie chcąc była tutaj najbliżej przeze mnie poznanym osobnikiem. Chyba jej to nie przeszkadzało (albo w ogóle tego nie zauważyła), gdyż po prostu stanęła. Gdy gniadosz zajął miejsce blisko niej cicho prychnęła, ale koniec końców przymknęła powieki, zapewne próbując chwilę odpocząć. Powinnam chyba zrobić to samo, ale na razie jakoś nie miałam ochoty na sen. Mam tylko nadzieję, że Kataxo nie zdecyduje się zrobić naszego treningu z samego rana, gdyż prawdopodobnie będę przypominać wtedy żywego trupa. Zastanawiało mnie jedynie to, czy Atlas dalej będzie nam towarzyszyć. Spojrzałam na niego.
Stał spokojnie, a jego oddech był równy. Mimo to, co chwilę uchylał delikatnie powieki, jakby wypatrywał jakiegoś zagrożenia. Nasunęło mi to wnioski, że w jego poprzednim stadzie rzeczywiście nie było zbyt kolorowo. Tylko co go skłoniło do nagłego przeniesienia się do Klanu Mroźnej Duszy? Z tego, co usłyszałam, wiem, że spotkał się z moją jelenią towarzyszką tydzień temu. To sporo czasu na przemyślenia... Z jednej strony było mi go nieco szkoda — nie wiadomo, jak było w Stadzie Białego Orła, mogli go tam trzymać pod kloszem z wrażeniem, że na świecie nic lepszego nie ma. Z drugiej strony zaś coś mnie od niego odciągało, miałam wrażenie, że nie powinno go tu być.
Lepiej się zdrzemnę.
< Miv? To jak, rozkręcamy akcję, czy jeszcze parę przejściówek idzie? xP>
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)