Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU

5.01.2019

Od Hypnosa do Kasji ,,Zabawna towarzyszka"

Mijały dni od czasu kiedy zostałem ciężko ranny w potyczce z wilkami. Całe szczęście, że Kasja w porę zareagowała i zaprowadziła mnie do medyczki. Mondream siedziała przy mnie właściwie cały czas, wykazywała się niemałą pomocnością. Każdego dnia gdy byłem jeszcze bardzo słaby, pomagała mi wstać, abym mógł przejść się do jeziora zaczerpnąć nieco wody. Nierzadko zdarzało się, że przyniosła mi również jakieś owoce, które były dobrym i koniecznym w chorobie źródłem witamin. Jej obowiązkiem było też codzienne przemywanie moich ran, kładzenia na nie okładów zamoczonych w różnych zielarskich naparach i podawanie mi leków, abym szybciej wyzdrowiał. Widać było, że naprawdę mnie polubiła, chociaż wydawałoby się, że ja nie czuję nic prócz wdzięczności za opiekę. Cóż... Inna sprawa, jeżeli chodzi o Kasję. Ta, dużo ode mnie starsza i tym samym bardziej doświadczona, wydawała mi się najpierw całkiem odmienna od wszystkich koni, które poznałem w trakcie mojego krótkiego jeszcze życia. Czy było to dobre, czy też złe, sam nie miałem pojęcia, ale sama ironia bijąca z tej drobnej postaci raziła mnie niczym prąd, a przyciągała jak magnes. Kasja odwiedzała mnie tak często, jak często wspominała że to jej obowiązek. Innymi słowy codziennie. Słowa te budziły we mnie z początku oziębłość i pewien rodzaj zdenerwowania, jednak z czasem zacząłem śmiać się z nich, a jeszcze później całkiem odwracać kota ogonem i dogryzać pogodnej klaczy. Myślę, że właśnie to zbudowało nasze relacje do takiego stopnia, że staliśmy się przyjaciółmi. Mój stan szybko ulegał poprawie mimo tego, że początkowo bliski byłem przedwczesnej śmierci. Medyczka jednak otaczała mnie tak dobrą opieką, że bez jej pomocy śmiałbym wątpić w mój szybki powrót do pełnej sprawności. Mondream wydawała mi się z początku cicha i nieśmiała, długi okres czasu skrępowana wyraźnie nowym towarzystwem. Z czasem jednak zamieniła ze mną kilka słów, głównie pytała o zdrowie i samopoczucie. Dopiero niedawno pierwszy raz zagadała mnie na nieco dłużej, tym razem próbując dowiedzieć się czegoś o mnie. Nie byłem skory do odpowiedzi, bowiem temat był zdecydowanie nietrafiony. Widząc jednak lekki zawód w oczach klaczy, zmieniłem po prostu temat, ciągnąć nadal rozmowę. Mondream wywołała jednak na mnie wrażenie po prostu dobrego medyka i miłej postaci. I tak właśnie dostrzegam ją do dziś. Ignoruję więc wszelkie uszczypliwe intrygi ze strony Kasji, w których nawiązuje ona przy mnie i Mon do związków, miłości i tak dalej. Dzisiejszy dzień zapowiadał się jak każdy inny. Czułem się już w miarę dobrze, ale powinienem zostać jeszcze w pobliżu medyka, a przynajmniej tak uważa śnieżnobiała klacz. Leżałem więc na polanie, nudząc się już nieco i tęskniąc mocno za swoją pracą. Może nie za samym odbieraniem życia wrogom, lecz za pchaniem się we wszystko, co niebezpieczne, zabójcze, krwawe. Taki już byłem i mogłem tłumaczyć to innym na różne sposoby, za każdym razem kłamiąc. Moja pasja do niebezpieczeństwa wydawała się głupia nawet mi, ale potrzebowałem tego. Widocznie do tego zostałem stworzony. Wtem z zamyśleń wyrwało mnie dzienne powitanie.
-Nie należałeś się już wystarczająco, leniu? Już dochodzi południe, a nasi odwieczni wrogowie nadal czekają na egzekucję.
Nie musiałem nawet odwracać się, aby wiedzieć z czyich ust padają jakże śmiałe słowa. Jakby na potwierdzenie moich przypuszczeń, zaraz dostałem lekko kopytem w kręgosłup. Westchnąłem tylko i odrzekłem:
-I jeszcze kopie leżącego...-wstałem pospiesznie z udawanym oburzeniem-A ty, Kasjo? Tyle rang stoi przed twym dumnym obliczem, krzycząc abyś zajęła się czymś ważnym, a ty wolisz odwiedzać byle rannego na chorobowym? Kto mi wyszpieguje wrogów pod nóż?
Zaśmiałem się pogodnie, mówiąc nadal z przekąsem i próbowałem trafić w nią lekko pyskiem. Ta odskoczyła jednak szybko.
-E-e-e, podrywaj sobie Mondream, nie ze mną takie numery. - popatrzyła na mnie z pogardą, ale zaraz przybrała znów złośliwego wyrazu -Tak się składa, że odwiedzenie cię to dziś mój ostatni z obowiązków, który i tak miałam odłożyć na jutro. Ze wszystkim uwinęłam się do południa.
Popatrzyła triumfalnie na mnie, po czym sama się lekko zaśmiała. Odwzajemniłem tylko uśmiech i popadłem znów w chwilowe zamyślenie. Czułem się już dobrze, a nawet zdolny do pracy. Po prostu nie mogłem usiedzieć dłużej w miejscu, przysparzając tylko pracy Mondream. Udałem się więc do niej, aby spytać kiedy mógłbym powoli wracać do pełnienia swojej roli w Klanie i przy okazji do nieco szerszego życia towarzyskiego. Klacz stała na drugiej stronie polany, przypatrując się mi i Kasji. Gdy zauważyła, że kieruję się w jej stronę, uciekła wzrokiem nieco speszona. Uśmiechnąłem się tylko lekko i pewnym krokiem podszedłem. Tym razem podniosła głowę, poniekąd udając zdziwienie ujrzeniem mojej osoby.
-Witaj, Mondream. Jak ci mija poranek?
Przywitałem się tymi słowami. Odpowiedź uzyskałem niemal natychmiast.
-Cześć, Hypnosie. Emm...całkiem nieźle, a tobie?
Odrzekła przyglądając się raz mojej ranie, a raz śniegowi, po którym stąpaliśmy.
-Słuchaj, mógłbym może już wrócić do wykonywania swoich obowiązków? Zaczyna mi tego brakować, a czuję się już świetnie.
Przedstawiłem sprawę jasno, nie chcąc zabierać czasu sobie ani jej. Medyczka zamyśliła się na moment, odwracając ode mnie swą uwagę. Później spojrzała na mnie, analizując zapewne mój stan. Krwi dawno mi przybyło, nie wyglądałem niewyraźnie, dawna siła powróciła. Rana goiła się także prawidłowo, chociaż bardzo wolno i niepokoiło to nas obydwu. Wiem, że muszę teraz uważać, aby rana nie otworzyła się na nowo. Gdyby wdało mi się tam zakażenie, prawdopodobnie długo bym nie pożył. W końcu klacz wzięła wdech, jeszcze moment pomyślała i odparła:
-Hmm... No dobrze. Ale musisz na siebie uważać, jeszcze niedawno prawie się wykrwawiłeś. Nowa krew pewnie nie zdążyła jeszcze zapełnić całkowicie braków i sam wiesz, że gdybyś znów uległ poważnemu wypadkowi...
Patrzyła na mnie z powagą i pewnym strachem w oczach. Słuchałem jej słów, przyznając jej w duchu rację, ale nie wytrzymałbym dalszego leżenia w bezczynności.
-Będę uważał. Obiecuję.
Uśmiechnąłem się lekko i pożegnałem medyczkę, kierując się w stronę Kasji. Ta przyglądała się z dużej odległości całej naszej rozmowie z Mondream. Stała patrząc na mnie spode łba, jednak z lekkim uśmiechem politowania.
-Dobrze patrzeć na młodą miłość w Klanie.
Doskonale wiedziała, co denerwuje mnie najbardziej, a nawet nadużywała tego świadomie. Prawdziwa przyjaźń.
-Pozwoliła mi już wrócić do pracy i wieść dalej samotne, niezmącone niczym oprócz twojej obecności, życie.
-Coś ty powiedział?
Oburzyła się moim zuchwalstwem. Ja tylko zaśmiałem się cicho i ciągnąłem dalej:
-Co więc powiesz na wspólną pracę? Potowarzyszę ci w odnalezieniu poszukiwanych wrogów, a potem spokojnie oddam się swojej uroczej pracy... - wziąłem ze śniegu nóż, który towarzyszył mi od kiedy leżałem ranny - Chyba, że nie masz nastroju na przelewanie cudzej krwi. W takim przypadku mogę zaprosić cię chociażby na przechadzkę w Gerel uul. Może to kawałek stąd, ale przynajmniej bogato tam w roślinność. Czego tu brakuje. No, nie licząc trawy. To co?
Spojrzałem pytająco na Kasję.

<Kasja?>

5.01.2019

Od U'schii „Młoda staruszka”

Na ten dzień miałam mnóstwo planów, między innymi rano miałam obgadać coś w radzie starszych, następnie spotkać się ze znajomymi mi końmi- Hadvegarem, Yatgaar i Khonhkiem. Gdyby życie było idealne, a los nieprzekorny pewnie by mi się to udało, ale że nie mieszkam w idealnym świecie... Dziś rano obudziłam się już ze słabym samopoczuciem. Nie miałam jednak pojęcia, że po mdłościach nadejdą zemdlenia i utraty świadomości. Powoli powłóczyłam się w kierunku zebrania, udając, iż nie czuję żadnych negatywnych uczuć w związku z moim samopoczuciem. Westchnęłam, rozglądając się. Zima spokojnie królowała i nie zamierzała, na razie robić miejsca dla żadnej pory roku. Idealna pogoda na spacer, na który pewnie nie będę miała dziś sił. Samotne gnicie gdzieś jakiejś w jaskini nie należało do moich ulubionych działań i rozrywki mojej duszy. Po tym spotkaniu jednakże powinnam odpocząć, jeżeli nie chcę narazić się na kompromitację... Zaraz kompromitację czym? Starością? W duchu w pokorze liczyłam te wszystkie siwe włoski, które mogą się na mnie znajdować, wyobrażając sobie swój widok jako takiej biednej staruszki i próbowałam wywróżyć, ile mi jeszcze z życia zostało. Miesiąc? Dwa? A może tydzień? Wzdrygnęłam się, przyspieszając. Kolorowanie rzeczywistości coraz czarniejszą kredką nie poprawiało na pewno mojego samopoczucia. Gdy ruszyłam ślimaczym galopem, poczułam palenie w mięśniach. Mój wiecznie młody umysł, nie mógł tego przyjąć, a ja zaczęłam się trząść. Poczułam, jak kończyny odmawiają mi posłuszeństwa i bezradnie padam na zimny śnieg. Przymykałam oczy i otwierałam je, z każdym mrugnięciem mniej rozumiejąc co dzieje się wokół mnie. Czy to już koniec? Nie ważne ile wcześniej przygotowywałam się na ten moment, ogarnęła mnie panika. A potem... wszystko się rozmazało i ... zniknęło, dając mi słuszną świadomość, że już powoli uciekam ze swojej ziemskiej postaci. W końcu wyzionęłam ducha i udałam się na wieczny spoczynek.
KONIEC

4.01.2019

Świąteczna seria START.

Wyniki ankiety na SaintMiss 2018 wyglądają następująco:
  • 4 głosy na Mięsożerną Owcę Argali
  • 2 głosy na Mint, Mondream i kawałek ośnieżonej kory
  • Po 1 głosie na Khairtai, Kasję, Viriginię, Yatgaar i Khonkha
Jak widać, zdania były dosyć mocno podzielone i wiele postaci uzyskało choć jeden głos. Mimo to zwycięzca może być tylko jeden - króluje nam Mięsożerna Owca Argali, SaintMiss 2018! *Oklaski w tle* Opowiadanie pojawi się jutro, gdyż dziś miałam na tyle zawalony plan dnia, że byłam w stanie zrobić tylko tę zapowiedź.
Dziękujemy za wszystkie oddane głosy! Już niedługo pojawi się kolejna ankieta.
...
Nie, to nie kiepski żart. MOA naprawdę rozpocznie serię świątecznych opowiadań. Przyjmuję wyzwanie!
Znalezione obrazy dla zapytania siłacz
~Łowca much

4.01.2019

Od Shiregt'a do Mivany ,,Czy mogę ci zaufać?"

Zaryłem nosem w prawie metrową w tym miejscu warstwę śniegu, wyrzucając w powietrze chmurkę migoczącego w promieniach zimowego słońca puchu. Podekscytowany nieco zabawą, wyhamowałem zbyt gwałtownie. Rosnące tu gęsto krzaki były nagie, ale mocno ścieśnione, drzewa liczne, a zaspy wyjątkowo wysokie. Położyłem się w tym miejscu na brzuchu, starając się jak najlepiej wykorzystać osłonę. Zbliżał się wieczór, świat powlekał się powolutku przejściową szarówką. Nie wiem, jak dałem się namówić na starego dobrego chowanego. Choć w głębi duszy potrzebowałem przerwy od obowiązków i stresu, z drugiej strony ciężko było mi uporać się z myślą, że przez lenistwo coś zawalę. Potrząsnąłem lekko głową, by skupić się na ukrywaniu. Mivana była w tej kwestii groźnym przeciwnikiem. Nadstawiałem uszu i wytężałem wzrok cały czas w napięciu. Wreszcie usłyszałem zbliżające się zwierzę. Zawsze mógł to być drapieżnik. Odetchnąłem z ulgą, gdy w oddali dostrzegłem sylwetkę...nie, dwie końskie sylwetki, idące przez las. Czyżby Miva wzięła kogoś do pomocy...? To nie w jej stylu. - zastanawiałem się, uważnie przypatrując się postaciom, ale żadna z nich nie reprezentowała koloru sierści klaczy. Przypadłem do ziemi jeszcze bardziej. Karo-srokatego osobnika, Vayolę, rozpoznałem bez trudu jednak Khairtai musiała podejść wraz z towarzyszką nieco bliżej. Zmrużyłem oczy. Cała sytuacja była podejrzana. Zresztą od jakiegoś już czasu, może od śmierci matki, Valentii, nasza czujka oddaliła się od reszty. A te ostatnie trzy źrebięta...Może ma to ze sobą jakiś związek? Co może być tak tajne, że wymaga odejścia w serce zagajnika? Ku memu przerażeniu towarzyszki zatrzymały się blisko mojej kryjówki, lecz nie zauważyły mojej obecności. Postanowiłem...cóż, krótko mówiąc, poszpiegować.
Klacze mówiły głównie szeptem, więc docierały mnie tylko urywki z rozmowy:
— No [...], jest jeszcze ktoś? - odezwała się trochę głośniej jasna siostra. Rozmówczyni uciszyła ją prędko i znów parę niesłyszalnych dla mnie zdań.
— Musimy [...], i to jak najszybciej. [...] taka okazja. - odparła Vayola.
— [...] mogę [...] już doczekać. - była to jedyna wypowiedź, której całości mogłem się domyślić.
Wtem towarzyszki ucichły, czymś zaniepokojone. Po chwili i mnie doszło wołanie na cały las:
— Shiiiregt! Wiesz, że i tak cię znajdę! - O k*rwa. 
Nie, no proszę... - odprowadzałem bezradnie wzrokiem tę tajemniczą parkę, nie śmiąc się podnieść, dopóki nie zniknęła mi z oczu. Zerwałem się gwałtownie w złości, której nie mogłem powstrzymać mimo, że Miv była niczego nieświadoma. Żałowałem, że nie dowiedziałem się więcej, jednak nie dałem tego po sobie poznać, gdy przyjaciółka podbiegła do mnie w podskokach. Właściwie, na powód do rozpoczęcia dochodzenia to wystarczy.
No weź, nawet się nie postarałeś. - prychnęła, wstrząsając grzywą pełną śniegu. Z jej pyska wydobywały się kłęby ciepłego powietrza w postaci przypominającej dym. Westchnąłem tylko, ,,wzruszając ramionami".
— Wracajmy już do klanu. - oświadczyłem. Moja towarzyszka przystała na to, choć nieco niechętnie.
Zjadłem trochę kolacji, ale nie mogłem już dłużej się z tym kryć. Podszedłem do klaczy i poprosiłem ją na bok.
— Czy mogę ci zaufać? - spytałem prosto z mostu.
<Mivana?>

3.01.2019

Zawiązujemy współpracę z Hidden!

3.01.2019

Od Kasji do Risy ,,Pierwsza lekcja spadania"

- No dobrze, ale czy nic wam się nie stanie? - spytałam.
- Nic! Znamy się na rzeczy. - odpowiedziały klaczki.
- A więc, nauczymy się teraz... - zaczęłam mówić, ale Risa przerwała mi z dziwną miną.
- Jasne, że musimy się czegoś nauczyć! - powiedziała Virginia. A więc zaczęłam cofać się.
- A wieci,e co to unik? Wiecie, czym kończy się walka? Wiecie, że to trudne? Nie radziłabym wam być mordercami, bo taki morderca umiera szybciej niż normalny koń! - powiedziałam tajemniczo. Virginia wyglądała na zamotaną.
- Właśnie... - zaczęłam mówić.
- Wiemy, co to unik, wiemy co to strach, czym kończy się walka, i że to...łatwe. - odpowiedziała Risa pewnym siebie głosem.
- To jaki temat wybieracie? - spytałam. Nie chciałam im mówić, że to trudne jak na tak jeszcze małe źrebaki.
- Walkę! - krzyknęła Virginia.
- Naukę! - krzyknęła Risa.
- To co w końcu? - zapytałam wkurzona już kłótnią dwóch sióstr o byle co. Trochę jeszcze mnie powkurzały innymi bzdurami i niepotrzebnymi sprawami, aż w końcu nie wytrzymałam, i...
- Spokój! - krzyknęłam na cały las. Klaczki natychmiast się uspokoiły. Stanęły prosto, i czekały na polecenia.
- Ech...widzicie tamte ruiny? Tam nauczymy się uciekania w bardzo stromych miejscach. - powiedziałam im. Obie ruchem głowy oznaczyły, że mówią ,,tak". Nie zauważyłam jednak, że przy ruinach jest zbocze, i można spaść tam, gdzie nie można się wspiąć.
<Risa? Wiedz, że Kasja źrebów nie zabije, jeżeli o to ci chodziło. Virginia ma spaść!>

3.01.2019

Od Gwiazdy do Angel ,,Nowa klacz"

Wstałam, rozejrzałam się po czym schyliłam głowę, by wziąć kęsa trawy. Zauważyłam jakąś klacz, stała sama, więc podeszłam do niej.
-Hej, jestem Gwiazda, a ty?- spytałam przyjaźnie.
-C- cześć, ja jestem Angel.- odpowiedziała, lekko się jąkając.
Nie chciałam tak szybko kończyć więc zadałam jej jeszcze jedno pytanie:
-I jak ci się podoba nasz klan?
-Jest super, a może oprowadzisz mnie trochę?- zadała mi pytanie.
-Tak. Sama chciałam cię o to spytać. - oznajmiłam.
Ruszyłyśmy w stronę jeziora Uws, a przy tym rozmawiałyśmy i opowiadałyśmy trochę o sobie. Tylko jedno pytanie ciągle mnie męczyło, a mianowicie jak ona się tu znalazła? Na razie chciałam przystopować z tym pytaniem. Potem poszłyśmy do lasu, następnie na plaże i potem na łąkę, gdzie odpoczywałyśmy. Do głowy wpadł mi pomysł dotyczący wyścigu, klacz się zgodziła i ruszyłyśmy szybkim cwałem, Angel wyprzedziła mnie i wygrała. Wracałyśmy do klanu i sapałyśmy ze zmęczenia. Na miejscu położyłam się na trawie, zachciało mi się spać, ale nie mogłam się powstrzymać i spytałam:
-Jak się tu znalazłaś?
<Angel? sorry, że bez zapowiedzi>
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika