Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU

30.06.2017

Od Shere Khana do La Vidy (S) - ,,Miłosna propozycja"

Gdy wróciłem do La Vidy, ta była właśnie w trakcie nader łapczywego picia wody. Nic dziwnego, musiała się mocno odwodni- pomyślałem. Doszedłem też do wniosku, że muszę wyznać klaczy, co do niej czuję, ale powinienem poczekać na lepszy moment. Teraz najważniejsze było dla mnie to, żeby w pełni odzyskała siły.
- Hej - powiedziała w końcu La Vida słabym głosem, gdy już skończyła pić.
- Hej, jak się czujesz?- zapytałem.
- Lepiej. Strasznie chciało mi się pić - odparła klacz. Spróbowała najpierw lekko się do mnie uśmiechnąć, a potem wstać. Niestety nadal była zbyt słaba, przez co upadła. Na szczęście nic sobie nie zrobiła. Położyłem się obok niej.
- Chyba jednak nie jest z tobą jeszcze aż tak dobrze - powiedziałem.
- Ale aż tak źle też nie - odparła La Vida.
- Heh, a ty jak zwykle uparta - skomentowałem.
- Gdybym nie była taka, jaka jestem, to byś mnie mógł nie lubić. Bo lubisz mnie, prawda?
- Oczywiście - odpowiedziałem.
- Wiesz... ja ciebie też bardzo lubię. Cieszę się, że dołączyłem do twojego klanu - powiedziała po chwili wahania klacz.
- A ja się cieszę, że podoba ci się mój klan - odparłem. Jeszcze chwile porozmawialiśmy, po czym La Vida stwierdziła, że jest zmęczona i zasnęła.
~~Kilka dni później~~
Przez te kilka dni klan cały czas stacjonował w jednym miejscu, gdyż wszyscy, którzy w jakikolwiek sposób zostali zranieni przez ludzi, musieli zostać do końca wyleczeni. La Vida także doszła do siebie. Już wieczorem, tego dnia, kiedy się wybudziła, uparła się, iż wstanie i się przejdzie, aby rozprostować kości. I faktycznie przespacerowała kilka metrów. Ku mojej uciesze, chciała, abym jej towarzyszył. I tak każdego dnia robiliśmy sobie coraz dłuższe spacery. Oboje czuliśmy się w swoim towarzystwie doskonale. Ostatniego dnia naszego postoju także postanowiliśmy się przespacerować. La Vida była już prawie w pełni sprawna, więc zaszliśmy dość daleko. Szliśmy tak i rozmawialiśmy sobie, aż w pewnym momencie zauważyłem zbierające się chmury.
- Chyba zanosi się na ulewę- powiedziałem.
- Na to wygląda. W takim razie nie ma na co czekać, wracajmy- odparła klacz. Ruszyliśmy w drogę powrotną, jednak nie zdążyliśmy dotrzeć do klanu przed deszczem. Lało naprawdę mocno, dlatego też postanowiliśmy przeczekać aż ulewa zelżeje pod drzewami. Wiadomo jednak, że taka ochrona nie jest zbyt dobra i już po chwili oboje byliśmy i tak mokrzy.
- Mongolia jest taka zaskakująca pod względem pogody- westchnęła klacz.
- Co racja, to racja- odparłem. Staliśmy jeszcze przez jakiś czas pod drzewami. Deszcz zaczął padać lżej, więc zdecydowaliśmy się ruszyć w drogę powrotną. Szliśmy w ciszy. Chociaż z zewnątrz wyglądałem na bardzo spokojnego, wewnątrz byłem kłębkiem nerwów. Czułem, że muszę teraz zadać to najważniejsze pytanie. Albo teraz, albo nigdy.
- Wiesz, La Vido, jutro wyruszamy z powrotem na wędrówkę. I jeszcze za nim wyruszymy, chciałbym ci się o coś zapytać.
- Tak?- klacz przekręciła głowę lekko w bok, aby móc na mnie patrzeć.
- Chciałabyś może... zostać moją partnerką?
<La Vida? Spoko:)>

29.06.2017

Od La Vidy do Shere Khana (S) - "Pustynia"

Ciemność. Długi czas byłą  tylko ciemność. Czułam się jak w pułapce. Żadnych krat, łańcuchów tylko nicość. Miałam wrażenie, że spadam, spadam i nie mogę spaść. Nie było żadnej ziemi, nie było niczego. Dosłownie pustka. Nagle zobaczyłam światło. Byłam na pustyni. Przede mną sucha, spękana ziemia. Tylko co jakiś czas sterty kamieni. Ruszyłam przed siebie. Choć postawiłam tylko kilka kroków, już miałam wrażenie, że płonę. Miałam wrażenie, że zamiast przełyku mam wyschnięte koryto rzeki, w którym powinna płynąć woda, a jednak jest wyschnięte. Po długiej wędrówce dotarłam do oazy. Stawiałam chwiejne kroki w stronę wodopoju. Weszłam w krzaki. Miałam już krok do wodopoju, ale zabrakło mi sił. Padłam na ziemię. Niby dookoła pełno krzaków, a jednak nie mogę ich ruszyć. Ciernie tylko zaszkodziłyby mi. Wyciągnęłam szyję, język, ale brakowało mi dosłownie dziesięciu centymetrów. Usiłowałam przesunąć się, ale odpowiedział mi tylko palący ból. Ból nogi. Ale zaraz... Skąd on się wziął. Przecież ani się nie przewróciłam, ani nie uderzyłam. Zamknęłam oczy, ale zaraz je otworzyłam. Zniknęła woda, zniknęły krzaki. Pojawiły się inne konie. Powoli zaczęłam sobie przypominać co się stało. Zaatakowali mnie ludzie. Kilku zabiłam. Postrzelili mnie w nogę, zranili mnie w bok. Potem ciemność i pustynia. Nagle ujrzałam nad sobą pysk Viki.
-Wody...-zdołałam wychrypieć.
Klacz powiedziała coś, ale ja zamknęłam oczy, nie mogąc wytrzymać słonecznego blasku który raził moje oczy. Otworzyłam je dopiero, gdy postawiono przede mną pojemnik z wodą. Zaczęłam łapczywie pić, gdy kątem oka zobaczyłam jakiegoś konia zbliżającego się w szybkim tempie. Delikatnie przekręciłam głowę. Teraz, gdy widziałam szczegóły, dostrzegłam, że to galopujący w moją stronę Shere Khann.
<Shere Khan? Przepraszam, że tak późno i krótko. Coś ostatnio nie mam weny, a jeszcze to zamieszanie na koniec roku, teraz jeszcze przygotowywania do obozu>

26.06.2017

Od Donatella do Calipso (F) - ,,Wyjaśnienia i zapoznanie siwki"

Przy boku przywódczyni mogłem czuć się spokojnie, jednak wcale tak nie było. Członkowie klanu patrzyli na mnie z lekkim zaniepokojeniem lub zmieszaniem. Moje pierwsze odczucie nie było pozytywne, wręcz się zestresowałem. Miałem jednak nadzieje, że w przyszłości jakoś przyzwyczają się do mojej obecności w ich stadzie. Pewnie rzadko widzą kogoś obcego, więc jasne było to, że czują lekkie zaniepokojenie. Nie wiedzą o nowym przybyszu totalnie nic. Nie wiedzą jak się wobec niego zachować, żeby go nie rozzłościć czy też nie zasmucić - przecież mógł przeżyć jakąś traumę. A co jeżeli zachowam się nietaktownie, co jeśli swoim pytaniem lub wypowiedzią go urażę? Pytania te i wątpliwości pewnie miotały tutaj zgromadzonymi, nie pozwalając im czuć się w pełni swobodnie w moim towarzystwie.
Szybko podniosłem łeb i przyśpieszyłem kroku by dogonić odchodzącą beze mnie klacz. Miałem nadzieję, że zajmie się mną dopóki nie zrozumiem systemu władzy w jej klanie. Bardzo dobrze zawsze mogła by mnie podrzucić komuś innemu - doświadczonemu osobnikowi, który by się mną zajął i mnie oprowadził. W pewnym momencie zastanawiałem się czemu zgodziłem się tu dołączyć. Moja samotność była może lekko męcząca, ale satysfakcjonowała mnie i pewnie inne istoty, które nie miały ze mną do czynienia. Teraz jednak mój spokój został zagrożony a moja przestrzeń osobista - pewnie runie w gruzach. Westchnąłem ciężko, sam skazując się na taki los - nadal męczyłem się sam ze sobą, a teraz narażam na mnie jeszcze innych, którym już zaczynałem współczuć. Z osobą mojego pokroju naprawdę trudno trzymać nerwy na wodzy czy też mnie znieść. Postanowiłem przełamać panującą wokoło nas ciszę, która zaczynała się robić coraz bardziej niezręczna.
- Przepraszam, Calipso tak? - upewniłem sam siebie, mówiąc to głośno. Wolałem przypomnieć sobie jej imię głośno by później w trakcie rozmowy nie palnąć czegoś nie odpowiedniego co mogło by ją razić.
- Tak - odpowiedziała krótko, ale jej ton głosu już wyraźnie złagodniał i mogłem dostrzec lekki uśmiech na jej pysku. Miałem nadzieję, że nie sprawie przywódczyni kłopotu należąc do jej klanu.
- Czy mogła byś mi opowiedzieć coś o swoim stadzie? - zapytałem się, w sumie z czystej formalności. Ten temat ani trochę mnie nie interesował, ale po chciałem zagaić jakąkolwiek rozmowę, w sumie było to czysto formalne pytanie. Klacz zastanowiła się chwilę nad odpowiedzią, jakby chciała wszystko najpierw dokładnie przeanalizować i dopiero po tym udzielić konkretnej i jasnej odpowiedzi.
- Cóż, jesteśmy wędrującym stadem, jak już zapewne zauważyłeś aktualnie idziemy wraz z południowym brzegiem rzeki Eg, z której czerpałeś wody - trafna lekko kąśliwa uwaga, którą jednak zignorowałem i pozwoliłem klaczy ciągnąć dalej - Nie widziałeś wszystkich członków, ale jest nas w sumie sześcioro, więc nie wydaje mi się byś miał jakiś problem z zapoznaniem się z resztą... - zrobiła krótką przerwę, po czym znowu kontynuowała - Wyznajemy politeizm, ale to z czasem zapoznasz się z naszymi bóstwami, mam nadzieję, że cię to jakoś nie zrazi, przecież każdy ma wolne kopyto w tej kwestii - zaznaczyła. Cóż, zdziwiłem się odrobinę, ale cieszę się, że nie jest to n mnie z góry narzucone. W oddali dostrzegliśmy pijącą siwą, stosunkowo małą klacz.
- Donatello, nie mam teraz czasu oprowadzić cię po terenach, na których aktualnie się znajdujemy, ale widzę kogoś kto może zrobić to za mnie - Calipso wskazała łbem na klacz. Ta jakby wiedziała o naszej obecności i intuicyjnie podniosła łeb. Kiedy tylko nas dostrzegła, żwawo do nas podeszła.
- Witaj Calipso! - siwa klacz przywitała się radośnie z przywódczynią z uśmiechem na pysku, po czym jej wzrok wylądował na mojej osobie - I witam...?
- Donatello - powiedziałem. Jej imię idealnie pasowało do jej jasnego, nieskazitelnego umaszczenia.
- Witam cię Krystal, cieszę się, że cię tu spotykam. Chciała bym byś oprowadziła tego tutaj, ponieważ ja niestety nie mam teraz na to aktualnie czasu. Była bym ci dozgonnie wdzięczna - wypowiedziała się Calipso. Jej ton głosu zmienił się diametralnie w delikatny ton, jakby w żaden sposób nie chciała urazić białej klaczy. Ta pokiwała twierdząco głową na znak, że się zgadza. - To zostawiam ci tego ogiera... nie zgub go gdzieś po drodze - zażartowała z uśmiechem szara klacz, zostawiając nas samych. Popatrzyłem z zaciekawieniem na siwkę.

<Calipso lub Krystal? Przepraszam, że nic nie wnosi do akcji, ale ja to taki sobie biedny statyczny człowieczek xd>

26.06.2017

Od Calipso do Edwarda Malligins'a (F) - ,,Suma istnienia"

Zaśmiałam się krótko, odruchowo zatrzymując wzrok na jego grzywie i przesuwając go w stronę linii oczu.
- Jeszcze nie oślepłam. - teraz i on parsknął śmiechem, i na tym skończyła się rozmowa. Zewsząd dobiegał śpiew i gwizd przeróżnych ptaków, jednak rzadszy, niż rankiem. Często jeden z nich, szaro-bury, beżowo-czarny lub jednolicie hebanowy przelatywał błyskawicznie nad otwartym terenem i znikał pośród koron drzew. Do tej harmonii dołączało stukanie dzięciołów w pniach, szemrzenie przelewającej się w rzece wody, szelesty roślinności poruszanej przez dziką zwierzynę i chrupanie jakiegoś owocu przez Lociego. Na naszej drodze pojawiało się coraz więcej krzaków, aż oczywiste stało się, iż weszliśmy do lasu. Utrudniało to orientację, ale miałam nadzieję, że idziemy we właściwym kierunku. A raczej, że Edward wybrał właściwą drogę. W końcu podobno faceci mają kompas w głowie...Mech i gęsty podszyt skutecznie tłumiły nasze kroki, czasem tylko jakiś kolec pozostawiał bolesny, płytki ślad. Jednak puszcza robiła się coraz bardziej zwarta i ciemna, a między nas wkradał się niepokój. Musieliśmy wytężać wzrok, odsuwają łbem zwisające liany i inne rzeczy. Napięcie narastało, a pragnienie dawało o sobie znać. Pewnie minęło już południe. Wtem dostrzegłam jasną, złotą smugę, przypominającą brzeg strumienia, jednak nigdzie nie było wody. Kiedy podeszliśmy bliżej, okazało się to głębokim parowem, szerokim na jakieś 6 kopyt, efektem erozji i powolnego wyschnięcia okresowej rzeczki, powtarzanym od setek lat. Westchnęłam, spoglądając w dół, i serce podeszło mi do gardła. W życiu nie udałoby się nam zejść po stromych, wąskich półkach, zwłaszcza, że nie były to skały, a jedynie dobrze utwardzony piach. Przygryzłam wargę, rozglądając się na boki. Jak szeroki, tak i długi, a noc spędzona tutaj to nie jest dobry pomysł.
- Ścieżka. - powiedział nagle ogier.
- Hę? - mruknęłam. Wskazał kopytem na przeciwny brzeg. Faktycznie, widniała tam wyraźna droga, skręcająca w odpowiednim kierunku. Już się ucieszyłam, lecz pozostał problem przebycia rowu. Kątem oka obserwowałam Edwarda. Cofnął się, napinając mięśnie.
- Zaczekaj! - spojrzał na mnie zdziwiony - Pójdę przodem. W końcu jestem przywódcą. - poza tym, gdyby coś mu się stało...nie wybaczyłabym sobie. - pomyślałam, szykując się do skoku. Wolałam nie wyobrażać sobie dzielącej mnie odległości. Na moment zamknęłam oczy. Od razu zagalopowałam, Loci pisnął cichutko, z całej siły wtulając się w moją grzywę. Tuż przed krawędzią wybiłam się jak najmocniej. Poczułam uderzenie powietrza, nie miałam pod sobą już nic; trwało to sekundy, aż moje ciało uderzyło z hukiem o ścianę, wyciskając mi z płuc powietrze. Gwałtownie zaczerpnęłam powietrza, jednocześnie usilnie próbując się wdrapać na górę. Znalazłam oparcie na wystających korzeniach, jednak nie mogłam wciągnąć się za pomocą przednich nóg, ledwo dotykających skraju wąwozu. Piach i drewno nie wytrzymały. Wokół mnie pojawiła się tylko próżnia i pustka, której nic nie mogło zapełnić.
- Calipso! - krzyknął ogier. Spadłam bokiem na usianą żwirem, kamieniami i piachem ziemię. Jęknęłam, czując sączącą się powoli krew i ostry, kłujący ból. Mój towarzysz zszedł i przerażony wpatrywał się we mnie, próbując podnieść mój łeb.
- Spokojnie. - powiedziałam, choć w środku ogarniał mnie strach. Z niemałym wysiłkiem dźwignęłam się, i o mały włos nie upadłam. Podeszłam do zbocza i podniosłam przednią kończynę, wyciągając ją przed siebie. Wiedziałam, że to na nic, lecz zapamiętale próbowałam, z coraz większym uczucie beznadziei.
- Calipso, przestań! - ponownie usłyszałam krzyk przyjaciela. - Poczekaj, spróbuję zejść... - w tym momencie pod kopytami wyczułam jakiś ruch, średniej wielkości zwierzęcia. Z tą różnicą, że nie było samo.
- Edward, idź stąd! - odparłam stanowczo.
- W życiu! - wiadomo było, że odmówi. Skierowałam wzrok w górę i przełknęłam ślinę. Dwa wychudzone rysie, cienie samych siebie. Jeden, warcząc, próbował znaleźć zejście.
- Uciekaj żesz! Znajdź klan! - wydzierałam się. Z łatwością dopadłyby kolejny kąsek, który wkroczyłby do akcji. Zresztą... - pokręciłam głową. Moje istnienie nie ma sensu. - położyłam się i drżąc wpatrywałam się w drapieżniki. Starałam się nie spanikować. Burunduk popiskiwał w ich stronę, chyba grożąc im. Stado...oni wszyscy...Edward...muszą żyć. 
Będę mogła pokochać go...już na wieki.

<Edward? Spokojnie, nie mam zamiaru tu umieraćXD Zignoruj ostatnie zdanie, coś mi się wydaje że jeden kieliszek za dużoO_O>

26.06.2017

Od Calipso do Donatella (F) - ,,Mini wywiad"

Westchnęłam i nie patrząc mu w oczy milczałam, by nie dolewać oliwy do ognia. Po kilku minutach zastanowienia odezwał się:
- W takim razie, co musiałbym zrobić, by móc tu pozostać? - nadstawiłam uszu. Po chwili odparłam spokojnym głosem:
- Możesz dołączyć do nas. - zaproponowałam, grzebiąc kopytem w ziemi. Koń obejrzał się za siebie, a w końcu powiedział cicho, niemalże szeptem:
- Zgoda. - uśmiechnęłam się lekko, po czym wykonałam gest, by szedł za mną, i udałam się w kierunku obecnego miejsca pobytu stada. Postanowiłam pierwsza zadać pytanie:
- Jak się nazywasz?
- Donatello. - odrzekł z nutką dumy. - A ty?
- Calipso. - oddaliśmy się już trochę od rzeki, lecz nadal poruszaliśmy się w cieniu drzew, niebezpieczne blisko granicy między nim a prażącym słońcem na stepie. Znów zapadła cisza, dookoła niósł się tylko ptasi śpiew, ćwierkanie i gwizdy. Sylwetki członków klanu pojawiły się na horyzoncie.
- Właściwie, skąd pochodzisz? - spytałam z ciekawości, bowiem dręczyła mnie już ta monotonia i nuda wędrówki.
- Z południa. - wzruszył niby ramionami, gdy wkroczyliśmy między stado, zaniepokojone nowym przybyszem.
<Donatello? Wybacz, że takie chujowe, ale wena mnie tu nie słucha:(>

26.06.2017

Od Edwarda Malligins'a do Calipso (F) - ,,W drodze"

Wypatrując drogi, którą zeszłego południa podążałem aż do krzaczastego zagajnika, gdzie dołączyła do mnie Calipso, skinąłem twierdząco głową na znak, że powinniśmy wracać. Okolica w ogóle nie ułatwiała orientacji w terenie, a flora nie odznaczała się w żaden sposób, który teraz przychodziłby mi na myśl. Pozostaje tylko kierować się na wschód. Jestem pewien tylko tego, że właśnie stamtąd przyszliśmy. Przeniosłem wzrok na dereszowatą klacz, która przez chwilę przekopywała kopytem wciąż wilgotną ziemię aż nie odkopała stalowoszarego sztyletu. Podniosła go za pomocą pyska i wróciła do miejsca, w którym stałem z usadowionym przy kłębie burundukiem. Nie przerywając trwającej od dłuższej chwili ciszy, obejrzałem się za siebie na wyspę, która powoli wyłaniała się z wody i prowadzącą do niej groblę chcąc jak najlepiej zapamiętać drogę do tego miejsca. Nie wiadomo kiedy jeszcze może się przydać. Wkrótce potem wyruszyliśmy w kierunku domu. Jak na razie nie miałem problemu z utrzymywaniem przysięgi milczenia, którą złożyłem przed sobą tej nocy. Nie przypuszczałem nawet, że może okazać się to dla mnie tak proste. Wręcz przeciwnie, ponieważ czy cokolwiek może wymagać większego samozaparcia od powstrzymywania się od rozmów z kimś bliskim? Calipso skutecznie mi w tym pomagała nie mówiąc ani słowa, choć co czas przyłapywałem ją, tak samo jak ona mnie na tym, że patrzymy po sobie nawzajem. Wtedy stanąłem przed pierwszą próbą by nie zaśmiać się, a tym bardziej nie powiedzieć nic zaczepnego. Cały mój upór poszedłby wtedy na marne, a to nie jego brak sobie zarzucałem? W pewnym sensie tak. Nie zawziąłem się wystarczająco, by oszczędzić nam tego nocnego żałosnego przedstawienia, a wiedziałem, że jetem w stanie to zrobić. Skoro uparłem się mocno na to, żeby swojego prawdziwego imienia nie zdradzać nikomu i udało mi się to, to znaczy, że nie jestem aż tak beznadziejny za jakiego się uważam. Nie wiem tylko po co to robię. By odpędzić przeszłość? Można o niej zapomnieć, jednak nie odciąć się bez reszty. Przeszłość jest dowodem na to, że żyjemy jakakolwiek by nie była. W swojej nie zawiniłem niczym. Była doskonała, gdyby mi jej nie popsuto. W tym wszystkim to nie ja zawiniłem najbardziej, a czuję się jakbym cały dług wziął na siebie. Poza tym w tej chwili wiedziałem, że była to nie jedna rzecz, która na mnie ciąży.
- Mam coś na głowie, że tak mi się przyglądasz? - zapytałem, odrywając wzrok od lasu i przenosząc go na idącą obok klacz, która sprytnie spojrzała tam gdzie ja przed chwilą.
- Nie tylko ty jesteś na tyle spostrzegawczy, żeby zauważyć, że ktoś na ciebie patrzy - żachnęła się dereszowata, gdy parsknęłam śmiechem. - A ja mam coś na głowie? - dodała mrukliwie.
- Burunduka - wyjaśniłem, zachowując przy tym jednoznaczną powagę. - To on przyciągnął moją uwagę - powiedziałem i wtedy oboje się zaśmialiśmy. Przez następne kilka chwil znów żadne nie powiedziało ani słowa, jednak ja poczułem, że idzie mi się lżej. Moja dusza stała się mniej ciążąca. - No dobrze - zagaiłem. - Skoro mnie zaciekawił burunduk, to jak ty się usprawiedliwisz? - Calipso nie zawahała się ani przez moment.
- Ty miałeś zmartwienie.
- Już nie mam - odparłem, lecz zaraz dodałem. - To nie było nic ważnego.
- Za to wyglądałeś jakby było - uśmiechnęła się dereszowata, podczas, gdy na jej głowę wbiegł Loci.
- Musiałaś mi się naprawdę dokładnie przyglądać.

[Calipso?]

25.06.2017

Zakończenie eventów

Elo wam
Szkoła skończyła się już definitywnie, choć nadal czuć ją z odległości kilometra (przynajmniej w moim przypadku), ale to już tylko kwestia przyzwyczajenia. Życzę wam z tej okazji wspaniałych, przygodowych i ciekawych wakacji, połamania nóg i rąk, rekinów na morzu, oczywiście weny i chęci, i wszystkiego co kto lubi!
Nooo, wyniki miały być 24, ale znacie mnie:p Przemyślałam sobie to wszystko na spokojnie, chociaż wiele do przemyślenia nie było. Odnośnie kolejnych eventów, w lipcu zapewne będą. 70% szans, tak bym to określiła. Rok 1998 możemy zwać ,,rokiem wędrówki", a teraz ładna liczba: 1999! Dalej, bez zbędnego gadania:

Stanowisko Manufaktury
Tu popisała się tylko La Vida, niestety. Praca konkretna, dobra, i spodobała mi się, także opisy na zdjęciach są ładne. Widać, że włożyła w to swój czas i wysiłek. Tu zaprezentuję całość:
Amulet Ośmiu Bóstw
Wyświetlanie IMG_20170601_201729.jpgWyświetlanie IMG_20170601_201835-01.jpegWyświetlanie IMG_20170601_202156-01.jpegWyświetlanie IMG_20170601_202225-01.jpegWyświetlanie IMG_20170601_202622-01.jpegWyświetlanie IMG_20170601_202630-01.jpegWyświetlanie IMG_20170601_202702-01.jpegWyświetlanie IMG_20170601_202725-01.jpegWyświetlanie IMG_20170601_202731-01.jpegWyświetlanie IMG_20170601_202814-01.jpeg
Zasłużyłaś na porządną nagrodę. Niech Ci będzie dane...ranga w świcie. Pod warunkiem, że przedtem napiszesz opowiadanie:)

Stanowisko gimnastyczne
Udział wzięli...ja i ja. Nieco nie fair, lecz cóż, ratuję nasz honorXDD Opowiadanie składało się z trzech części, natomiast oceny, z względów oczywistych, dokonała DODA, czyli Shere Khan. Tutaj fragment jej wypowiedzi:
Jak zwykle zrobiłaś bardzo ładne opisy no i spodobał mi się ten cytat w I części oraz że połączyłaś to jakoś z resztą fabuły poprzez częste wplatanie innych, prawdziwych członków, bo u mnie to było zupełne oderwanie od rzeczywistości. Wadą może być chyba tylko to, że mam lekkie wrażenie, iż było to trochę krótkie, ale za to wszystko było po kolei opisane i zrobione tak, jak powinno być.
Więc z czystym sumieniem mogę sobie przyznać odmłodzenie o 2 lata do wykorzystania w przyszłości na dowolnym koniu.

Stanowisko łucznicze
Tutaj się zawiodłam. Jest mi trochę przykro. To chyba naprawdę nie było zbyt trudne, serio. Przestałam dodawać zagadki nie tylko z powodu braku czasu pod koniec roku, ale miałam też wrażenie, że to ignorujecie...Mówi się trudno, żyje się dalej:D

Przeprowadzona została także ankieta na temat dodania znaków zodiaku. Wyniki przedstawiają się następująco:

  • 16 głosów na ,,Tak"
  • 8 głosów na ,,Nie"
Niby spora przewaga, lecz...Ja sama po namyśle uznałam, że byłby to niepotrzebny dodatek, który namieszałby nam, adminom, w głowach, i niczego by nie wniósł. Nie obraźcie się, ale nie wejdzie to w życie. Postarzanie zrobię 1 lipca. Post krótki, wena przygotowuje pewnie bunt, więc czeja.
Pochwalcie się w komentarzach, gdzie kto jedzie, i jakie macie opinie.
We aren't champions, but we'll be champions! Pamiętać i stosować!


~Przywódczyni Klanu Ognistej Grzywy Calipso 
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika