Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU

11.09.2018

Od Specter do Dantego ,,Nareszcie"

Po naprawdę udanym wyścigu chciałam zrobić coś jeszcze. Coś, aby nie być sama.
- Porobimy coś jeszcze? - zapytałam po chwili
- A co sobie życzysz? - odpowiedział z uśmiechem
- Cokolwiek, tylko żeby nie siedzieć sama. - odpowiedziałam przewracając oczami.
- Hm... Co ty na... spacer? - zapytał.
- Ja? Z chęcią. - powiedziałam
*Znowu kilka miesięcy później*
Minęło trochę czasu i sprawiłam, iż mój brat był jedynym młodziakiem w stadzie. Rozglądałam się po bokach szukając pewnej tylko mi znanej osoby. Zignorujmy fakt, iż zna go każdy w stadzie. Ciekawie musiał wyglądać wielki, biały koń mrużący oczy i rozglądający się po bokach szukając kogoś w dużej grupie koni, niektórych bardzo do siebie podobnych. Wreszcie ujrzałam mój cel. Raźnym kłusem podbiegłam do Dantego. Zanim cokolwiek powiedziałam podeszłam do niego i przytuliłam szyją.
- Cześć, Specter - uśmiechnął się
- Hej... Wiesz jak trudno cię znaleźć? - zapytałam
- Serio? To raczej nie był komplement - powiedział na co przewróciłam oczami.
- Co robimy? Bo raczej nie będziemy tu tak bezczynnie stali, co nie? - zapytałam.
- Może pójdziemy na małą wyprawę? - zapytał.
- Taką jak wtedy? - zapytałam wracając wspomnieniami do naszej ostatniej wyprawy.
- Nie do końca... - uśmiechnął się.
- No... Dobra - powiedziałam przewracając po raz kolejny oczami na co ogier uśmiechnął się. Mimo opinii wielu Dante mógł być naprawdę dobrym przyjacielem. Powolnym stępem ruszyliśmy przed siebie. W pewnym momencie zobaczyłam powalone drzewo. Spojrzałam na Dantego wzrokiem proponującym wyzwanie. Kiwnął głową i przyśpieszył. Ruszyłam za nim. Jak zawsze zaczęłam odliczanie przyspieszając do galopu. 1...2...3... Wybiłam się i poszybowałam nad drzewem. Ogier wylądował jakąś sekundę po mnie. Uśmiechnęłam się tryumfalnie.
- No... Nieźle mała - powiedział akcentując ostatnie słowo.
- Pragnę zauważyć, że jestem tylko o trochę od ciebie młodsza a wzrostem ci dorównuję. - parsknęłam
(Dante? Startuj z planem default smiley xd)

11.09.2018

Od Khonkha do Yatgaar "Ostatni wróg, ostatni problem"

Wszędzie wokół było pełno ciał. Na szczęście żadne z nich nie należało do członka klanu. Medycy przybyli i zaczęli zajmować się rannymi, w tym Yatgaar. Miriada uwijała się przy swoich zadaniach jak nikt inny, Shiregt odszedł kawałek, aby wydać jakieś rozkazy.
-Albo tutaj jakoś posprzątamy, albo zmienimy miejsce postoju, albo poczekamy aż krew zwabi tutaj wilki czy inne drapieżniki-usłyszałem, jak mówi to do Mikada. Postanowiłem dać mu "wolne kopyto". W końcu jako władca nieraz będzie zmagał się z trudnymi sytuacjami. Wiedziałem jednak, że Shiregt ze wszystkim sobie poradzi, a w razie potrzeby zawsze starałem się być obok. Dante zniknął mi gdzieś z pola widzenia, ale miałem nadzieję, że nie robi niczego głupiego. W końcu jednak, zakończywszy swoje rozmyślania, przeniosłem wzrok na swoją partnerkę. Miriada właśnie skończyła ją opatrywać.
-To poważna rana, ale nie śmiertelna. Niestety nie mam przy sobie żadnych ziół, które mogłyby zrobić coś z bólem. Hadvegar albo Rose na pewno coś mają, zaraz ci przyniosę-powiedziała Miriada. Choć starała się, aby jej głos brzmiał twardo i pewnie, ja i tak wyczułem w nim utajony strach. Nic dziwnego, kto by się nie przejął, gdyby musiał opatrywać własną, poważnie zranioną matkę?
-Nie trzeba. Innym zioła na pewno przydadzą się bardziej-odparła Yatgaar, krzywiąc się lekko, prawdopodobnie z bólu.
-Wykluczone. Miriada, idź po zioła-powiedziałem. Spojrzenia moje i mojej córki na chwilę się spotkały, po czym klacz oddaliła się.
-Nie potrzebne mi są żadne lekarstwa-powiedziała Yatgaar, kiedy nasza córka się oddaliła.
-Potrzebne. Chociaż ty i tak byś temu zaprzeczała, nawet gdybyś wykrwawiała się na śmierć-odparłem, lekko się uśmiechając.
-Przecież nie wykrwawiam się na śmierć-powiedziała moja partnerka, odwzajemniając uśmiech. Dzięki tej dawce normalności mogłem zakopać swój strach o nią głęboko w podświadomości i skupić się na rozmowie z nią. Zwyczajniej rozmowie.
-Jak się czujesz?-zapytałem.
-Czuję się tak, jak wyglądam. Zaraz zacznę tańczyć-odparła z sarkazmem Yatgaar. Uśmiechnąłem się ponownie. Skoro moja partnerka miała siłę na złośliwości, znaczyło to, że nie było z nią aż tak źle. Po chwili wróciła do nas Miriada z naręczem ziół w pysku.
-Mam to wszystko zjeść?-spytała Yatgaar.
-Tak. A kiedy będzie ci zmieniany opatrunek, to dostaniesz jeszcze specjalną maść-odparła nasza córka. Moja partnerka westchnęła, po czym bez przekonania zaczęła jeść przyniesione przez Miriadę rośliny. Po chwili podszedł do nas Shiregt.
-Trzeba tutaj...wszystko załatwić-powiedziała Yatgaar, kiedy tylko go ujrzała. Prawdopodobnie jego osoba przypomniała jej, że jesteśmy na terenie, który obecnie jest pobojowiskiem.
-Nie martw się, matko, już prawie wszystkim się zająłem-odparł Shiregt. W tej samej chwili, jakby na zaprzeczenie jego słów, ktoś zawołał:
-Mamy tutaj jeńca!
Jak na rozkaz cała nasza trójka niemal w tym samym momencie odwróciła głowy, aby ujrzeć młodego renifera, prowadzonego w naszą stronę przez Kirka i Mikada.
<Yatgaar? Zabijamy czy oszczędzamy...?>

11.09.2018

Zawiązujemy współpracę z New York City!

BANER

10.09.2018

Od Bush Brave'a do Yatgaar "Sąd (prawie)ostateczny"

jakby ktoś zgubił fabułę: klik
- Masz nam coś do zaoferowania? – rzekła ironicznie Yatgaar.
- Szczerze mówiąc nie, ale chyba skazanemu należą się ostatnie słowa? Niby taki ten sąd uczciwy, chociażby Valentia jest tu po to, aby to podkreślić, ale jednak takie podstawowe prawo jest łamane. No i starca będziecie mordować. Został mi rok, może dwa życia. Ech… Ale do rzeczy. Nie wspominając już o tym, że dla frakcji nie zamordowałem nikogo, większa wina leży tu po jej stronie – spojrzałem na Yatgaar spod oka. – Pewnie co poniektórzy z was pamiętają Tayfuna. Miły był z niego koń, ale w pewnym momencie zagroził Frakcji Kruczych Cieni. Prawie ją zdemaskował. Yatgaar zabiła go i zrzuciła z urwiska. „Tajemnicze zaginięcie” – rzekłem z przekąsem. Nie doliczając już do tego, że pozabijała jeszcze kilku członków klanu, a ja pod tym względem jestem czysty. Gdyby to ona była osądzana, to myślę, że wyrok byłby podobny. Za wroga monarchii uznać mnie nie można. Może i nie jestem jej zwolennikiem. Przyznaję, czuje w stosunku do Khonkha i innych z niewartej wspomnienia grupy, czuję skrajne obrzydzenie. Ale czy kiedykolwiek próbowałem kogoś zabić? Kogoś skrzywdzić? Nie. Przynajmniej nie z klanu, ale osądzaniem morderstw z poza klanu nie powinniście zajmować się my. A to „brutalne morderstwo źrebaków”? Uwierzcie, cierpiałyby bardziej gdybym dał im spłonąć w swoim prawdziwym domu wraz z resztą stada. Mogą być mi tylko wdzięczne.
<Yatgaar?>


10.09.2018

Od Yatgaar do Khonkha ,,Dom we krwi, lecz czyjej?"

W trakcie przeraźliwego okrzyku rena gdzieś pomiędzy łkaniem a rozpaczliwym wyciem poczułam wbijające się w mój bok twarde, metalowe, obce ciało. Okropny ból oderwał mnie od przypatrywania się całej scence; ponownie zassał mnie wir walki, umysł znów ogarnęła furia. Błyskawicznie uskoczyłam w bok, przy okazji zwalając kogoś z nóg, lecz ostrze zdążyło utworzyć dość głęboką ranę. Na moment mnie zamroczyło. Kiedy zamrugałam parę razy i spojrzałam jasno, napastnik leżał martwy. Rzuciłam jeszcze partnerowi wdzięczne spojrzenie, po czym wróciłam do pracy. Ciągle ratujemy się nawzajem. To aż niewyobrażalne, ile razy ktoś bliski może to zrobić. I dość zabawne. - pomyślałam, tocząc walkę z jakimś młodym reniferem, któremu zadałam śmiertelny cios zębami.
Walka była już przesądzona, lecz nasi przeciwnicy posiadali jakieś resztki honoru i żaden z nich nie uciekł z pola bitwy. Wkrótce wszystko dobiegło końca. Nikt jednak nie miał siły ani ochoty na świętowanie. Sprawy techniczne przeważyły szalę. Wysłano parę najmniej uszkodzonych członków po medyków i resztę klanu - że też wcześniej o tym nie pomyślałam, a poza tym niemal wszyscy znieruchomieli po prostu i obserwowali w zamyśleniu, a zarazem uważnie, jakby nagle czas miał się cofnąć, pole bitwy.
Cały teren bazy, nasz dom, mienił się przeróżnymi odcieniami czerwieni; od świeżego rubinu, przez karmazyny i krwiste rozpryski, po mniej szlachetną purpurę, lecz w większości pochodziły one od wroga, bezlitosnego przeciwnika, którego zwyciężyliśmy. Wśród nich na ziemi przebłyskiwały białe połacie śnieżnego puchu i niekiedy nieśmiało wystające spod niego brązowe łodyżki traw. Ciała, do których odsunięcia nikt się nie palił, niektóre wciąż ,,ciepłe", leżały wszędzie, blisko i daleko. Nad całym pobojowiskiem splatały się długie konary drzew, a jeszcze wyżej - niebieskie sklepienie świata.
Po pewnym czasie położyłam się, bowiem rany, szczególnie ,,dziura" w boku powoli mnie osłabiały. Mój partner i syn również znaleźli się obok mnie. Porozumiewaliśmy się bez słów, dając temu miejscu chwilę ciszy i odpoczynku po pamiętnej walce. W końcu pojawiła się oczekiwana reszta stada, zwłaszcza medycy i wśród nich drugi wyjątek - Miriada. Cieszyłam się na sam widok, jak pomaga w opatrywaniu moich i innych ran, biegając od jednego konia do drugiego. Byłam z niej chyba po prostu dumna.
<Khonkh? Jak przeżycia, ekspresjonizm się kłania...?XD>

9.09.2018

Od Shiregt'a do Rose ,,Serce kontra rozum"

— ...Przecież to wilk! - do tej pory w spokoju przeżuwałem pożywienie, niewiele rozmyślając i cały czas rzecz jasna zachowując czujność jak na przywódcę klanu przystało - dlatego jako pierwszy z nielicznych wyłowiłem z lodowatej, milczącej próżni i szumu natury okrzyk którejś z klaczy, dochodzący z daleka, więc zrozumiałem tylko jego końcówkę. Lecz ona i fakt, że po głosie rozpoznałem moją przyjaciółkę Mivanę wystarczyła, by w moim ciele natychmiast pojawiło się napięcie; krew zaczęła szybciej krążyć, zmysły jeszcze bardziej się wyostrzyły, wypoczęty umysł zabrał się do pracy. Jednak tym razem to nie chłodna kalkulacja i rozsądek, a bardziej przeczucia popchnęły mnie do biegu, mimo że dopiero po krótkim zastanowieniu. 
Jak najszybszym tempem i po prostej linii dosyć szybko dotarłem na miejsce zdarzenia. Wcześniej jeszcze między krzakami zauważyłem z ulgą dwie, jakby walczące końskie sylwetki, ale nigdzie nie mogłem dojrzeć rzekomego wilka. Nikt tutaj sobie na stepie z drapieżników nie żartował, więc co to ma być? Gdy podszedłem bliżej, klacze - Rose oraz Miva - całkowicie zamilkły.
— Co się tu dzieje? - spytałem spokojnie ze zdziwieniem, przerzucając wzrok z jednej na drugą. - Usłyszałem krzyk i... - dodałem na wszelki wypadek. Gniadoszka już miała coś odpowiedzieć, kiedy wyprzedziła ją błękitnooka:
— Znalazłam go tutaj w krzakach. Jest ranny i taki bezradny, że naprawdę nawet nie jest w stanie niczego nam zrobić. Powinniśmy mu pomóc. - otworzyłem już pysk, gdy odsunęła się. W zaroślach leżało wilcze szczenię. Czarnymi jak węgiel oczkami wypełnionymi przestrachem wpatrywał się w naszą trójkę, przebierając co jakiś czas łapami. Z jednej z nich sączyła się powolutku krew, rana wyglądała na pierwszy rzut oka na poważną. Przez dobrych parę chwil wpatrywałem się w malucha. Zranił się lub zraniono go zapewne przez jego nieuwagę, jest zdenerwowany, a przy tym uzbrojony w kły i pazury, nawet małe. Prawo natury jest bezlitosne, ale sprawiedliwe, i zawsze dąży do przetrwania gatunku. To nasz cel, cel wszystkich. A ona...ona jest w stanie zaryzykować, żeby mu pomóc. - jedyne, co mi z tego rozmyślania przyszło, to podziw dla Rose, która nie ograniczała się tylko do zaspokajania podstawowych potrzeb. Życie a życie...tak bardzo potrafią się różnić.
— Pomożemy. - uśmiechnąłem się lekko w jej stronę, po czym przeniosłem wzrok na Mivanę. Ta po chwili wahania odwzajemniła gest. 
<Rose?>

9.09.2018

Od Khonkha do Yatgaar "Poważny cios"

Nasz nowy "przyjaciel" zaczął nas prowadzić. Wokół niego szło kilka koni, aby w razie gdyby wpadł na tak głupi pomysł, nie zdołał uciec. W końcu dotarliśmy do innej części lasu. Nagich drzew i choinek było coraz więcej. W pewnym momencie ren przystanął, unosząc uważnie łeb.
-Wilki?-powiedział szeptem, jednak każdy z nas doskonale go usłyszał. Wziął przy tym duży wdech, jakby chciał wyczuć obecność drapieżników właśnie dzięki węchowi. Naturalnie zapanowało lekkie poruszenie i kilka koni także skupiło się na tym, aby sprawdzić prawdziwość słów naszego jeńca. W tym samym momencie renifer wydał z siebie dziwny okrzyk, coś jak połączenie wilczego wycia i końskiego rżenia z nutą warknięcia. Ren odepchnął na bok zaskoczonego Bush'a i wyrwał się do przodu. Zanim zdążyłem wydać jakikolwiek rozkaz, w pogoń za nim rzuciło się już kilku członków.
-Zatrzymajcie się!-zawołałem, bo coś mi tu nie grało. Usłyszała mnie jednak tylko część koni. Reszta pobiegła za reniferem. Po jakimś czasie zasłoniły ich nam różnego rodzaju iglaste drzewa. Po chwili zaś do naszych uszu dotarły okrzyki i dało się słyszeć szczęk broni.
-Ruszamy!-zawołałem. Kiedy dobiegliśmy na miejsce okazało się, że renifer swoim krzykiem zaalarmował towarzyszy, którzy rzucili się do ataku na ścigające go konie. Od razu przyłączyliśmy się do walki, aby pomóc towarzyszom. Niestety po pewnym czasie zaczęliśmy przegrywać, gdyż reniferów było o wiele więcej niż nas. Jednakże po jakimś czasie zaciekłej walki (podczas bitwy czas płynął dla mnie zupełnie inaczej) na polanę, gdzie walczyliśmy, wpadły pozostałe konie z naszego klanu. We wszystkich obecnych wstąpiła nowa nadzieja. Jeszcze bardziej poczułem jej przypływ, kiedy ujrzałem swoją partnerkę powalającą jednego z renów.
-Zaczęliście zabawę bez nas?-spytała, kiedy już znalazła się przy mnie.
-Trzeba było się nie spóźniać na imprezę-odparłem.
-Ciesz się, że w ogóle złożyliśmy wam wizytę. Przyda wam się pomocne kopyto jak widać-powiedziała Yatgaar, robiąc przy tym unik przed ciosem, który chciał jej zadać jeden z renów. Z rozpędu zatrzymał się on dopiero przede mną, a ja nie miałem oporów, aby zdzielić go kopytem aż miło.
-Nie potrzeba ci czegoś?-zapytał nagle Kirk, który dosłownie pojawił się znikąd i rzucił mi moją broń.
-Skąd...-zacząłem.
-Nie ma teraz na to czasu-przerwała mi Yatgaar, posyłając Kirkowi w moim imieniu uśmiech wdzięczności. Złapałem swoją halabardę, po czym ruszyłem do ataku ze zdwojoną siłą. Teraz było nas już więcej, a renifery spanikowały i zaczęły biegać bez celu. Skupiłem się głównie na zadawaniu jak największej liczby ciężkich ran. Świat wokół mnie stał się jednym wielkim polem bitwy.
-Hej, ty!-usłyszałem nagle głos. Odruchowo przerwałem walkę, aby poszukać jego właściciela. W końcu zauważyłem jakiegoś rena. Był dość dobrze zbudowany. Wysoki i umięśniony Pod jego stopami leżał długi i ostry jak brzytwa miecz. W jego stalowym ostrzu odbijały się promienie słońca.
-Tak, właśnie ty. Założyłeś Klan Mroźnej Duszy, prawda? I rozpocząłeś wojnę z nami?-zapytał renifer. Skinąłem głową, bo nie czułem potrzeby ukrywania tych faktów.
-A więc wiedz, że ja, Sarkham z dynastii Saelitów, następca naszego wodza, zamierzam pozbawić cię życia!-zawołał ren, po czym chwycił swoją broń i ruszył do ataku. Kiedy znalazł się w odpowiedniej odległości, zrobiłem po prostu unik, robiąc jednocześnie zamach halabardą. Niestety renifer zdążył szybko zareagować i ostrze jedynie lekko go musnęło.
-Jesteś dobrym wojownikiem, ale twój los i tak jest już przesądzony. Zabiłem już wielu znamienitszych od ciebie, pomiocie-wycedził przez zęby ren.
-Zaczniemy w końcu naprawdę walczyć, czy zamierzasz się tak cały czas przechwalać?-zapytałem. Spojrzenie renifera w jednej chwili pozwoliło mi przekonać się, jak bardzo mój przeciwnik się wściekł. Ponownie ruszył do ataku, udało mi się jednak zablokować cios. Następnie po raz kolejny zamachnąłem się. I tym razem ren zrobił unik. W tej samej chwili zauważyłem nadciągającą z przeciwnej strony Yatgaar.
-Spokojnie, zostaw to mnie. Sam chcę się nim zająć!-zawołałem. Klacz niemal natychmiast zatrzymała się więc i skupiła na walce z jakimś innym reniferem. Coś w jego wyglądzie sprawiało, że nie wyglądał on jak reszta. Był znacznie lepiej zbudowany, a do tego z jego sylwetki emanowała swego rodzaju...duma? Tak, to z pewnością była duma. Odłożyłem jednak rozmyślania na bok i skupiłem się na walce. Renifer ponownie zaatakował i tym razem zadał mi cios. Na szczęście rana była bardzo płytka. To sprawiło, że obudziła się we mnie żądza mordu, której nigdy wcześniej nie odczuwałem. A przynajmniej nie w takiej postaci. Kradną nasze tereny, porywają moją córkę i próbują wybić cały klan...Tego już za wiele!-pomyślałem, po czym zarżałem głośno, potrząsając przy tym grzywą na boki. Mój przeciwnik spojrzał na mnie z nieukrywanym zdziwieniem. Zamachnąłem się, aby zadać mu cios. Wykonał oczywiście szybki unik, ale nie przewidział, że w tak krótkim odstępie czasu uda mi się ponownie go zaatakować. Dosłownie nadziałem go na swoją broń. W uderzenie włożyłem tyle siły, że do moich uszu dotarł głośny trzask pękającego drewna. Ren znieruchomiał. Przez chwilę miałem jeszcze wrażenie, że spogląda na mnie jakby z niedowierzaniem, po czym padł na ziemię. Kiedy zauważył to ren walczący z Yatgaar, po prostu odwrócił się od niej i do nas podbiegł.
-Mój syn!-zawołał, dopadając do ciała nieżyjącego renifera. Chwilę przy nim postał. Widać było, że ledwo powstrzymuje się przed... Nie byłem pewien, czy przed wybuchem agresji, złości, płaczu, czy szaleństwa. Spojrzałem na swoją zbliżającą się partnerkę z nieskrywanym zdziwieniem, a jej spojrzenie mówiło mi to samo, co zapewne moje jej. Czułem, że powinienem dalej walczyć, ale jednocześnie nie byłem w stanie znienacka zaatakować ojca opłakującego swojego syna. Miałem swój honor.
-Zabiję was wszystkich. Choćby miało mi to zająć sto lat! Choćby to miała być ostatnia rzecz, jaką zrobię w życiu!-zawołał ren, podnosząc na mnie swoje wściekłe spojrzenie.
<Yatgaar?>
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika