→ Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU

5.10.2017

Od Kirka do Tayfuna "Zbieranie ziółek"

- Aż jeden dzień- odparłem.- A ty?- dodałem niemal natychmiast.
- Ja jestem już tutaj kilka dni- odparł ogier.
- Czyli także nie masz za długiego stażu- zauważyłem.
- Zgadza się.
- Co właściwie robisz? Mam nadzieję, że nie przeszkodziłem ci w niczym ważnym- powiedziałem, przypominając sobie, że kiedy tu dotarłem, Tayfun był prawdopodobnie czymś zajęty.
- Zbierałem lecznicze rośliny- odparł ogier.- Jestem zielarzem, więc to moja praca- dodał po chwili.
- Może więc chciałbyś, abym ci pomógł?- zapytałem.
- Nie pogardzę niczyim pomocnym kopytem- odpowiedział Tayfun, uśmiechając się lekko. Podszedłem do niego, aby wytłumaczył mi i pokazał, jakie rośliny mam zbierać. Już po chwili obaj je zrywaliśmy.
- A jak one się właściwie nazywają?- spytałem.
- Szczerze? Nie mam pojęcia. Wiem tylko, że mają bardzo duże właściwości lecznicze- odpowiedział Tayfun.
- Zbierasz zioła, których nazwy nawet nie znasz?- zdziwiłem się trochę
- Nie znam, ale wiem, na co i jak działają- odparł ogier. Na jakiś czas zapadła między nami cisza.
- A ty właściwie kim jesteś? To znaczy, jakie stanowisko objąłeś?- spytał w końcu Tayfun.
- Zostałem obrońcą- odpowiedziałem. Przez następnych kilka minut zbieraliśmy rośliny i rozmawialiśmy, głównie o klanie i naszych rangach. Jednak po jakimś czasie nastąpił koniec naszej pracy, gdyż wyzbieraliśmy już chyba wszystkie zioła.
- Co teraz z nimi wrócimy?- spytałem.
- Najlepiej byłoby część z nich gdzieś schować, a resztę wysuszyć. Trudno jednak będzie to teraz zrobić, gdy nie ma słońca. Dobrze, żeby kilka zostawić świeżych, a pozostałe poddać suszeniu, bo pod obiema postaciami działają na coś innego- wyjaśnił Tayfun.
- A to ciekawe. Ja tam za wiele nie znam się na ziołach i gdybym napotkał gdzieś takie roślinki, pewnie bym je ominął bez zatrzymania się choćby na chwilę albo zwyczajnie zjadł- powiedziałem, uśmiechając się. Na pysku mojego towarzysza także rozkwitł uśmiech.
- Dziękuję ci za pomoc- powiedział po chwili ogier.
- Czyli teraz wracamy do klanu, czy szukamy innych ziółek?- zapytałem lekkim tonem.
<Tayfun?>

5.10.2017

Od Khonkha do Yatgaar "Tajemnicze zniknięcie"

W czasie mojego małego spaceru ujrzałem stojącą na uboczu Lindę. Klacz nieco kuliła się, osłaniając brzuch. Z daleka widać było, że coś ją boli. Razem ze mną podeszła do niej Yatgaar. Dopiero z bliska zdołałem dostrzec rozbiegany wzrok klaczy i jej zdenerwowanie.
- Cóż się stało, Lindo?- zapytałem, chcąc jak najszybciej ulżyć jej w cierpieniu. Klacz otworzyła usta, aby mi odpowiedzieć, ale wydobył się z nich tylko cichy jęk.
- Nie zadawaj głupich pytań. Od razu widać, że potrzebuje pomocy- powiedziała szorstkim tonem Yatgaar.
- Poczekaj więc tutaj, a ja znajdę kogoś znającego się choć trochę na medycynie? Powiedz jednak najpierw Lindo, zjadłaś coś podejrzanego, nieświeżego? Boli cię coś jeszcze? Kiedy cię rozbolał brzuch?- zadałem masę pytań, jak typowy lekarz, którym nawet nie jestem. Klacz poruszyła ustami, ale mówiła za cicho. Nachyliłem się więc nieco i poprosiłem o powtórzenie.
- O mnie się nie martwcie. Przejdzie mi. Znajdzie Keppera- powiedziała Linda.
- Jak to mamy go znaleźć?- nie rozumiałem nic z jej słów.
-  Kiedy zatrzymaliśmy się na postój, zniknął mi z oczu. Myślałam, że jak zwykle poszedł gdzieś się bawić. Jednak z czasem zaczęłam się martwić i szukać go, ale do tej pory nie znalazłam. Nie wiem, co się z nim stało i mam złe przeczucia- wyrzuciła z siebie Linda, a z jej oczu poleciały łzy.
- Nie martw się, na pewno jest gdzieś w pobliżu. Albo cię nie słyszał, albo robi sobie głupie żarty. Proponuję więc, abyś wróciła do klanu i odpoczęła chwilę, a ja zajmę się poszukiwaniami Keppera- powiedziałem.
- Nie dam rady tak siedzieć z założonymi rękami i czekać, zwariuję- odparła klacz.
- Jednak w tym stanie i tak nie zdołasz przejść nawet kilku metrów- zauważyła Yatgaar. Linda posłała jej spojrzenie z nutką bólu i lekkiej pretensji. Widząc to, Yatgaar odwróciła ze złością głowę.
- Ale ona ma rację. Wróć pomału do klanu, my zorganizujemy poszukiwania- dodałem. Linda nadal nie wydawała się być przekonana do tego pomysłu.- Z każdą chwilą marnujemy niepotrzebnie czas- dodałem, chcąc przyspieszyć podjęcie przez klacz decyzji.
- Dobrze, zgoda- odparła. Razem z Yatgaar powoli zaprowadziliśmy Lindę do klanu, gdzie zajęli się nią pozostali członkowie. Nie mamy jeszcze co prawda medyka, za to zielarza. Tayfun na szczęście nigdzie dalej nie odszedł.
- Zajmij się Lindą- powiedziałem.- Jeśli zaś jest ktoś chętny, zamierzam zorganizować poszukiwania Keppera. Kto podjąłby się tego zadania?
<Yatgaar? Możesz zrobić jakoś tak, żeby Kohnkh i Yatgaar poszli na poszukiwania razem? I, jak byś mogła, nie znajduj jeszcze źrebaka. Mam pewien plan... XD>

5.10.2017

Od Yatgaar do Khonkha ,,Podziemna sieć"

- Nic się nie stało. - uśmiechnęłam się, starając się rozładować napięcie. Rozmowa się zbytnio nie kleiła, w szczególności dla mnie, więc tym akcentem postanowiłam ją zakończyć. Oboje zamilkliśmy i dalej w ciszy, powoli przeżuwaliśmy posiłek, co jakiś czas rzucając sobie ukradkiem spojrzenia. Tak minęło nam popołudnie, a słoneczna kula przetoczyła się na zachodni kraniec nieba. Wolałam, by jak najszybciej opuściła scenę i ustąpiła miejsca gwiazdom; sławom wieczoru. Mimo wszystko wolałam  ich zimne, odległe a równocześnie tak bliskie światło od palącego blasku.
Wszystkie konie zaczęły się szykować do snu. Odeszłam zwyczajowo na bok, by sam na sam rozpocząć bitwę z myślami. Całe szczęście, władca klanu nie miał ochoty na nocne rozmowy. Czyżby wystraszył go mój wczorajszy wywód? - cień uśmiechu przebiegł po moim pysku, lecz zaraz przybrał zwyczajny wyraz. Dzięki wielu godzinom rozmyślań miałam prawie gotowe dwie wersje planu. W trakcie okaże się, który bardziej się nada. Przestałam nadążyć za tokiem myślenia, gdy me powieki zrobiły się ciężkie i przyszedł po mnie Sen.
~Dwa dni później~
Długi, monotonny marsz wiódł nas przez coraz bardziej górzyste tereny. Szlak stawał się coraz trudniejszy, jednak jakoś wciąż parliśmy do przodu, właściwie samoczynnie. Wreszcie przedostaliśmy się na o wiele bardziej płaską część krajobrazu. Stąd od jeziora Uws dzielił nas już tylko jeden dzień marszruty. Zmęczona z ulgą przystanęłam w miejscu, które Khonkh wybrał na postój, i skubnęłam trochę trawy. Roślinność, jak zwykle o tej porze roku, nie była najsmaczniejsza. Zaczęłam uważnie przysłuchiwać się otoczeniu. Z szumu rozmów mogłam nawet zrozumieć niektóre słowa.
Zapewne większości było już przynajmniej mgliście wiadomo o powstaniu frakcji, chodź niewielu zdawało sobie sprawę ze związanych z tym spraw, bowiem język ich był zawiły i pełen pułapek. Tylko prawdziwe szelmy mogły zorientować się w temacie, co dawało mi pewność, że nie dowie się o tym ktoś niepowołany. Było to jak podziemna sieć; plotki rozchodziły się błyskawicznie, nie wiadomo jak i kiedy. Każdy pożądany odbiorca wiedział też, do kogo się zwrócić. Reszta puszczała to wkrótce mimo uszu, jednak echo nadal odbijało się i przyciągało nowych.
Aron potwierdził me oczekiwania i przyłączył się. Wszelaki zwolennik się liczy, ale nie należy zatrzymywać tych, którym nie starczy sił.
Wtem usłyszałam ciche jęki. Odwróciłam głowę w tamtą stronę. Ujrzałam Lindę, dotykającą cały czas swojego brzucha. Podbiegłam do klaczy. W tym samym momencie pojawił się również sam przywódca.
<Khonkh? Ale proszę, bez jakichś tajemniczych ciąży :x XDD>

4.10.2017

Od Khonkha do Yatgaar "O kluczach ciąg dalszy"

Po kłótni z Aronem odszedłem, kipiąc złością. Niczym naburmuszone dziecko stanąłem na uboczu i zacząłem przeżuwać trawę. Byłem tak zdenerwowany, że nawet nie zrobił na mnie wrażenia jej niezbyt wyszukany smak. Na szczęście z czasem udało mi się trochę ochłonąć, bowiem kiedy podeszła do mnie Yatgaar, przynajmniej nie miałem już miny kogoś, kto właśnie przed chwilą zjadł pół kilo cytryn. Uśmiechnąłem się do klaczy na przywitanie, ale ona nie zauważyła tego, skupiona na przeżuwaniu trawy. Staliśmy w ciszy obok siebie. Dopiero po kilku minutach powietrze przecięły dolatujące znad naszych głów hałasy, na przykład w postaci trzepotu skrzydeł. Podniosłem oczy do góry i dostrzegłem, że tuż nad naszymi głowami przeleciał ptasi klucz. Po chwili przeniosłem spojrzenie na klacz, by przekonać się, że ona również spogląda w górę.
- Nie ma co tyle patrzeć, o tej porze roku to dość normalny widok- powiedziałem, licząc na to, że w ten sposób zapoczątkują jakąś dłuższą wymianę zdań między nami.
- Pierwszy podniosłeś głowę i zacząłeś wgapiać się w te ptaki. Ja tylko poszłam za twoim przykładem- odparła klacz.
- Jak dobrze mieć wokół siebie poddanych, którzy zawsze będą szli za twoim przykładem- skwitowałem. Na te słowa Yatgaar uśmiechnęła się do mnie, co wydało mi się dość dziwne i niepasujące do niej. Tym bardziej, iż przez chwilę miałem wrażenie, że przez jej pysk przebiegł cień ironii, ale zaraz ją odgoniłem. Postanowiłem na razie się tym nie przejmować.
- Czy ten uśmiech oznacza, że się ze mną zgadasz?- spytałem.
- Może...
- Jak zwykle mogę liczyć na wyczerpującą odpowiedź z twojej strony- odparłem. Jak na razie rozmowa szła nam przedziwnie gładko.
- Cóż, nic na to nie poradzę. Taka już jestem- powiedziała klacz, nieco obrażonym tonem. Z jednej strony zdziwiłem się, że to ją uraziło, ale z drugiej poczułem się głupio. Przecież nie taki był mój zamiar.
- Wybacz, nie chciałem cię urazić- odparłem natychmiast bez zastanowienia.
<Yatgaar? Wybacz tą zwłokę...>

4.10.2017

Od Yatgaar do Bush Brave'a ,,Bezczelna prośba"

Stałam na pochyłym terenie, osłonięta przez wzgórze od zimnego, porywistego wiatru smagającego raz po raz wierzchołki wzniesień, to zrywając się, to cichnąc, jednak mogłam dostrzec niewielki kawałek z kadru rozmowy Khonkha i obcego mi konia, zapewne nowego. Nadstawiłam uszu, czujnie obserwując całe zajście, każdy ich ruch. Po zakończeniu dialogu zaczęli zbliżać się w stronę stada. Przywódca odszedł, by załatwiać swoje sprawy, natomiast ogier rozejrzał się dookoła. Jego wzrok spoczął na mnie. Odwzajemniłam beznamiętne spojrzenie, nieruchomiejąc. Zaczął zbliżać się w moją stronę wolnym krokiem wśród traw, zupełnie bezszelestnie. Dopiero gdy znalazł się kilka metrów ode mnie w mroku mogłam dokładnie go obejrzeć. Sierść barwy ciemno-gniadej naznaczona była miedzianymi plamami, zaś czarne grzywa i ogon posiadały rdzawe końcówki. Siła raczej nie była jego mocną stroną, wnioskując z umięśnienia ciała. Nagle odwróciłam się na pięcie i ruszyłam przed siebie, uśmiechając się lekko, prowokująco. Najwyraźniej nieco zdziwiony, mój towarzysz przystanął, lecz po chwili podążył moim śladem. Gdy oddaliliśmy się od klanu na tyle, by nie było szans na podsłuch, zatrzymałam się i odwróciłam w jego stronę, prostując się. Oczy nieznajomego posiadały charakterystyczny, niebezpieczny błysk.
- Witaj. - rzekłam ściszonym, lecz twardym głosem, machając ogonem.
- Jak się zwiesz? - najwyraźniej koń postanowił oszczędzić sobie formalności. Mimo niskiego wzrostu był wyjątkowo pewny siebie.
- Yatgaar.
- Bush Brave. - odparł po krótkim zastanowieniu. Postanowiłam przerwać przedłużające się milczenie:
- Co cię tu sprowadza?
- Wędrowałem samotnie po stepie, aż natrafiłem na was. - jego odpowiedź brzmiała szczerze. - Mam nadzieję, że trafiłem na właściwą osobę. - Była to wyraźna, niebezpieczna sugestia. Takiej osobie chyba mogłam zaufać, poza tym nie było jeszcze żadnych dowodów.
- Na dowódcę frakcji Kruczych Cieni? Brawo.
- Zakładam, że każda para kopyt do walki z władzą się przyda. - powiedział z wahaniem. Parsknęłam śmiechem. Bezczelna prośba. Ledwie dołączył do stada...Jeżeli szukał jakiegoś naiwniaka, to źle trafił.
- Masz mi coś do zaoferowania? - w tym zdaniu pobrzmiewał lekceważący ton.

<Bush Brave? Masz coś w zanadrzu? *) XD>

4.10.2017

Od Bush Brave'a do Yatgaar ,,Ładny mi przywódca"

Kolejny, długi dzień wędrówki był już za mną. Leniwym krokiem szedłem przez uśpiony las. Cisza była taka usypiająca... Gdyby tak zamknąć o...
Poczułem uderzenie widocznie wpadłem na jakąś istotę. Tak, istotę. Osobnik był ciepły i i futrzasty, co nie jest cechą kamieni albo drzew. Odwrócił się do mnie. Przyjrzałem się i bez problemu dostrzegłem, że jest koniem.
-Kim jesteś? - spytał koń.
-Chciałbym zadać to samo pytanie - odparłem.
-Jestem Khonkh, przywódca Klanu Mroźnej Duszy - przedstawił się mój rozmówca miłym głosem.
-Bush Brave, przywódca samego siebie - odrzekłem z nutką kpiny w głosie.
Przywódca powinien być twardy, ostrożny i silny. Ten tutaj był miły i przyjazny. Aż nazbyt jak na władcę.
-A więc rozumiem, że jakieś stado przebywa w okolicy? - spytałem z lekceważeniem - Może znalazło by się tam dla mnie jakieś miejsce?
Mimo mojego kiepskiego zdania na temat przywódcy Klanu Mroźnej Duszy, postanowiłem skorzystać z okazji i zakończyć samotne szwędanie się po stepie.
-Najpierw musiałbyś mi opowiedzieć coś o sobie. Nie znam cię i wolę być ostrożny.
Ostrożny? Może trochę, ale wątpię, że ktoś taki jak on mógłby być ostrożny.
-No dobra... - westchnąłem ciężko. - Jestem Bush Brave. Urodziłem się gdzieś w środku stepu. Niedaleko jakiegoś lasku, ale szczegółów nie pamiętam. Co tu mówić. Matka zmarła mi jak byłem jeszcze maluszkiem, niedługo po porodzie, więc nie zdążyłem jej poznać. Wiem tylko, że ma na imię Stracy. Ojciec znęcał się nade mną. Zapisał się w mojej pamięci krzykiem i przemocą. Jego imię pamiętam dokładnie. Cutdown. Nie mogłem wytrzymać tego, że się nade mną pastwił i uciekłem. Po roku tułaczki znalazłem się właśnie tu i na ciebie wpadłem.-zakończyłem.
-Dobrze, możesz dołączyć - powiedział po chwili zastanowienia. - A jakie chciałbyś zajmować stanowisko? - spytał.
-Jest może takie stanowisko jak morderca? - spytałem po chwili zastanowienia.
-A i owszem. Mam rozumieć, że chcesz je zająć? - spytał, a gdy Skinąłem twierdząco głową powiedział - Gratulacje, jesteś już pełnoprawnym członkiem stada. Chodź, zaprowadzę cię do stada - zakończył i ruszył dając znak, że mam kierować się za nim.
Poszedłem, więc tam gdzie chciał. W stadzie rozstaliśmy się. Khonkh poszedł załatwiać swoje sprawy. Kiedy się odwrócił splunąłem. Ładny mi przywódca i piękna ostrożność. Przyjął mnie od razu, nie zważając na mój charakter. Rozejrzałem się. Jedynym rzucającym się w oczy koniem była klacz. Mimo ciemności od razu to wiedziałem, bo miała dosyć jasną sierść. Podszedłem do niej mając nadzieję, że intuicja mnie nie myli.
<Yatgaar?>

4.10.2017

Nowy morderca - Bush Brave!

Źródło: Ghost Presenter
Motto: ,,Na spotkania z damami należy przychodzić pierwszym. Śmierć to też dama."
Imię: Crunchy Pure Cornflake Freddy. To jego prawdziwe imię jednak nikt tego imienia nie zna (oprócz posiadacza oczywiście). Posługuje się imieniem Bush Brave w skrócie Bush, Brave, BB. Wie, że to imię brzmi dziwnie, ale się do niego przywiązał. W kruczych cieniach znany był pod pseudonimem Hydro.
Tytuł: von Schmerz
Wiek: Póki co chodzi po tej ziemi piętnaście lat.
Płeć: Ogier, a imię jak najbardziej na to wskazuje. Zabije gdy powiesz inaczej.
Ranga/i: Morderca, Dowódca morderców, Członek Rady Starszych
Głos: Eliast Gustavsson
Rodzina: 
Matka - Stracy, chyba tak się nazywała. Bush jej nie pamięta, bo zmarła gdy był źrebakiem.
Ojciec - Cutdown. Zapisał się w pamięci Brave'a krzykiem i przemocą.
Osobowość: Potrafi znakomicie oszukiwać i udawać. Potrafi, aby zdobyć coś być potulny jak baranek, a po osiągnięciu celu stać się twardym, niezależnym koniem. Nie boi się praktycznie niczego. Jest bardzo pyskaty. Nawet chwilę przed śmiercią potrafi splunąć w twarz katowi. Bez problemu dostosowuje się do każdej sytuacji. Nigdy nie wyda wspólnika.
Orientacja: Heteroseksualna
Partner/Partnerka: Brak
Potomkowie: Przybrana córka Tenebris.
Aparycja:

  • Rasa: Kuc Zaniskari 
  • Wygląd: Ma brązową sierść z miedzianymi plamami i ciemną, bujną grzywę i ogon o rdzawych zakonczeniach. Na pysku posiada białą plamę wyglądającą jak hak. 
  • Znaki charakterystyczne: Nie ma nic charakterystycznego, zawsze znajdzie się na świecie ktoś, kto ma ten sam "znak charakterystyczny" co ty. Takie rzeczy na nic się nie zdają. 
  • Wzrost: 147 cm
  • Waga: 372 kg
Umiejętności:
Siła fizyczna: 91
Szybkość: 41 +15
Zwinność: 91
Technika: 91
Wytrzymałość: 25
Kamuflaż: 21
Umiejętności dodatkowe: Potrafi cicho się poruszać.
Historia: Urodził się gdzieś na stepie. Co tu mówić. Matka zmarła mu niedługo po porodzie, więc nie zdążył jej poznać. Ojciec znęcał się nad Brave'm. Młody Bush nie mógł tego wytrzymać i uciekł. Trafił tu. Do Klanu Mroźnej Duszy.
Inne:
- Należy do Kruczych Cieni
Kontakt: Azor
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika